Wydawca ebooka: Videograf Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 278 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 41 min Lektor: Joanna Domańska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 41 min Lektor: Joanna Domańska

Opis ebooka Oni - Olga Haber

Natalia jest na życiowym zakręcie. Była świadkiem śmiertelnego wypadku, rozstała się z mężczyzną i odeszła z pracy. Żeby zapomnieć o traumatycznych przejściach, zaszywa się w drewnianym domku nad jeziorem. Zauroczona sporo młodszym chłopakiem i pełna nadziei na lepsze jutro, powoli dochodzi do siebie. Sielska okolica ma jednak swoje mroczne tajemnice – wokół dziewczyny zaczynają się dziać niepokojące wypadki. Natalia czuje się obserwowana, dręczą ją pełne krwi senne koszmary, a okoliczni mieszkańcy zachowują się tak, jakby coś w nich wstąpiło. Coś, co ma bardzo złe intencje i krąży wokół starego cholerycznego cmentarza. Po serii brutalnych wydarzeń kobieta postanawia wyjechać, jednak Oni z pewnością jej na to nie pozwolą – osaczona, przerażona i bezwolna, powoli zamienia się w sterowaną diabelską siłą marionetkę. I chociaż wszytko w niej krzyczy „uciekaj”, nie ma już drogi odwrotu… „Olga Haber raczy czytelnika historią pełną emocji, plastycznych opisów i w większości żywych (przynajmniej do czasu!) bohaterów. Tę powieść warto sprezentować zarówno komuś bliskiemu, jak i samemu sobie... Gwarantuję, że nie będziecie zawiedzeni”. Kazimierz Kyrcz, pisarz; „Zaskakująca, świeża, przewrotna – czegoś takiego jeszcze w naszym horrorze nie było. Atmosfera gęstniejąca z rozdziału na rozdział, tajemnica i poczucie osaczenia. Będziecie śnili po tej książce koszmary...”. Krzysztof T. Dąbrowski, pisarz, scenarzysta

Opinie o ebooku Oni - Olga Haber

Fragment ebooka Oni - Olga Haber

Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

© Pracownia WV

Ilustracja na okładce

© mythja/istockphoto.com

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

tekst © Katarzyna Misiołek

ISBN 978-83-7835-355-3

1.

Obudził mnie jakiś zgrzyt. Dziwny metaliczny dźwięk przypominający upiorny odgłos gniecionej blachy. Usiadłam na łóżku, nasłuchując, jednak panująca w niewielkim parterowym domku cisza była wręcz wymowna — wszystko musiało mi się przyśnić. Spojrzałam na Łukasza. Spał na brzuchu, przykryty skotłowanym lnianym prześcieradłem. Pomyślałam, że to dziwne widzieć go śpiącego na ulubionym miejscu Emila… Zerknęłam w stronę okna. Czerwcowa noc była parna, wilgotna. Po gwałtownej burzy, która wieczorem przeszła nad okolicą, nie było już śladu, jednak targający konarami silny wiatr rodził we mnie dziwny niepokój. Poprawiłam opadające mi na twarz włosy, przyglądając się wybrzuszanej wietrznymi podmuchami półprzezroczystej firanie. Radośnie tańczyła w świetle zbliżającego się do pełni księżyca — wolna i beztroska. Pomyślałam, że jej zazdroszczę. Że pewnie długo jeszcze nie będę się tak czuła. Nie po tym, co stało się w marcu…

Wstałam, wsuwając stopy w czekające przy łóżku bambosze, i podeszłam do okna. Oparłam łokcie o parapet i wyjrzałam na zewnątrz — otulona srebrną księżycową poświatą polana za domem wydała mi się nagle dziwnie obca, jakbym widziała ją po raz pierwszy. Cofnęłam się w głąb pokoju i starając się poruszać bezszelestnie, wróciłam do łóżka. Łukasz wymamrotał w poduszkę coś, co zabrzmiało zupełnie niezrozumiale i wydał z siebie przeciągły świst. Ostatnio oboje miewamy zaskakująco dużo sennych koszmarów.

Pomyślałam o wypadku. Odgłos, który przed kilkoma minutami wyrwał mnie ze snu, musiał być jedynie uparcie powracającym wspomnieniem tamtego zdarzenia — podświadomością, która wciąż gdzieś w mojej głowie usiłowała uporać się z tamtą nocą. Wspomnienia zaatakowały nagle — jak zawsze nachalne, nieproszone, pełne dźwięków, krzyku i krwi. Druga czternaście nad ranem, w radiu smęcąca o utraconej wiosną miłości brytyjska wokalistka. Wypadający zza zakrętu samochód. Pisk opon, omiatające przydrożne drzewa snopy reflektorów, zawrotna prędkość i dziki taniec na mokrej, zdradziecko śliskiej jezdni. Strzępy moich myśli, fragmenty wspomnień. „Jest pijany?” — panikuję, odbijając kierownicą. Ten z przeciwka zbliża się nieuchronnie, raz za razem zahaczając o mój pas. Maksymalnie zjeżdżam na pobocze, z trudem opanowując chęć gwałtownego wciśnięcia hamulca. Przy tak śliskiej nawierzchni skończyłoby się to pewnie poślizgiem… Koła chroboczą na wyżwirowanym poboczu, fala mdłości podchodzi mi do gardła. Kilka sekund później pędzący z naprzeciwka szaleniec prawie się o mnie otarł. Nie widziałam nawet marki wozu — oślepiły mnie jego światła, po chwili z hukiem i dziwnym wizgiem jego samochód wpada na przydrożne drzewo, wbijając się w nie z całym impetem.

Resztę pamiętam, jak przez mgłę. Zatrzymuję się, szosa jest pusta. Mży i jest przenikliwie zimno, a od strony pobliskiego jeziora idzie gęsta mgła. Trzęsą mi się nogi; bohatersko walczę z kolejną falą mdłości. Robię niepewny krok do przodu, zlodowaciałymi palcami usiłując wybrać numer pogotowia. Wbity w drzewo samochód — teraz widzę, że stare białe BMW — tkwi nieruchomy, zastygły w swoich ostatnich sekundach. Usiłuję dostrzec kierowcę. Nie wiem nawet, czy to mężczyzna, czy kobieta. W słuchawce zgłasza się znudzony, zachrypnięty głos. „Pogotowie!” — mówi. Krzyczę coś bez ładu i składu, dzwonią mi zęby. Podchodzę bliżej, chociaż wcale tego nie chcę. Na myśl o krwi, zdradzieckich odłamkach przedniej szyby i nieludzko poharatanej twarzy nieszczęsnego pirata prawie mdleję z przerażenia. Czytałam kiedyś, że obecnie szyby już się nie tłuką, czemu więc uparcie myślę o tych przeklętych odłamkach? Idę dalej, krok za krokiem, chociaż wcale nie chcę, chociaż mam ochotę dopaść swojej nowej toyoty, wcisnąć się za kierownicę i jechać, dopóki nie zobaczę pierwszych nocnych świateł mojego miasta. „Pogotowie!” — powtarza dyspozytorka, głosem, w którym nadal nie słyszę nawet cienia empatii. Bardziej poirytowanie…

Robię jeszcze jeden niepewny krok; moje zamszowe mokasyny nasiąkają wodą z mokrej trawy na poboczu, po policzkach płyną łzy. A może to mżawka? Bełkoczę coś o tragicznym wypadku — język mam dziwnie skołowaciały, jak kiedyś, po zażyciu nerwosolu. Nie mam pojęcia, czemu po zażyciu nerwosolu drętwieje mi język… Coś syczy. Myślę o ogniu. Czy wbity w drzewo samochód może się zapalić? Tłumaczę dyspozytorce, gdzie jesteśmy, usiłując podać jak najdokładniejsze wskazówki. Kobieta mówi, że karetka jest w drodze; w jej ochrypłym głosie udaje mi się w końcu uchwycić coś na kształt współczucia.

Trawa jest coraz wyższa, oprócz butów mam już mokre nogawki spodni, a lodowate zimno zdaje się przenikać mnie do szpiku kości. Wszystko wydaje się dziać w dziwnie zwolnionym tempie, chociaż wiem, że od wypadku musiały minąć co najwyżej dwie minuty. Zmuszam się, żeby przyspieszyć. Usiłuję przypomnieć sobie wszystko, czego uczyli nas na zajęciach z pierwszej pomocy, ale w głowie mam kompletną pustkę. „Ten człowiek potrzebuje twojej zimnej krwi — mówię sobie, zastanawiając się, czy w ogóle zdołam podejść bliżej. Wiem, jakie są konsekwencje nieudzielenia pomocy, jednak czy w takiej sytuacji można zmusić własne oporne ciało do posłuszeństwa? Mówią, że buzująca w żyłach adrenalina napędza do działania, jednak ja czuję jedynie paraliżujący, obłędny strach. Nogi z każdym krokiem głębiej wrastają mi w ziemię, wszystko we mnie krzyczy: „Uciekaj!”. Pierwszą rzeczą, jaką widzę, jest krew na masce — wyraźnie widoczna na białym lakierze, ciemnoczerwona i lepka. Od dziecka bałam się widoku krwi. Podobno u kobiet to znacznie rzadsze niż u mężczyzn. My — według psychologów — od urodzenia boimy się pająków. Strach przed widokiem posoki to ponoć przypadłość typowo męska, a jednak…

Za plecami słyszę warkot silnika, chwilę później ktoś zatrzymuje się na poboczu. „Proszę pani?”. Męski głos. Obcy, chociaż dziwnie kojący. Odwracam się, siłą woli starając się uspokoić rozszalałe serce. Brnie przez wysoką trawę — szczupły, energiczny, raczej młody. „Jest pani ranna?” — pyta. Przecząco kręcę głową, robiąc dwa kroki w jego stronę. Wykrztuszam coś o będącej w drodze karetce i razem podchodzimy do wraku. Stoi tuż obok — milczący, zszokowany, pachnący wodą kolońską o mocnej morskiej nucie. Sama się sobie dziwię, że w tej dramatycznej sytuacji zwracam uwagę na takie detale jak jego zapach… Pośrodku chłodu marcowej nocy, mżawki i otulającej nas mgły jego obecność wydaje mi się błogosławieństwem — jawi mi się niczym te napotkane gdzieś przypadkiem anioły, podające ludziom rękę w trudnych sytuacjach. Przysuwam się bliżej, prawie stykamy się ramionami. Pyta, czy na pewno dobrze się czuję. „Tak” — szepczę, chociaż wcale nie jestem tego taka pewna. Czuję na ramieniu jego ciężką dłoń…

Dopiero po jakiejś sekundzie zdałam sobie sprawę, że to Łukasz musiał się obudzić i bezszelestnie do mnie podejść, wyrywając mnie z zamyślenia.

— Cała drżysz. Chłodno ci? — zapytał z troską.

Oparłam głowę na jego ramieniu. Pachniał zwietrzałą nutką wody kolońskiej, którą kupiłam mu kilka tygodni wcześniej, i dziecięcym rumiankowym szamponem, którego ponoć używał od lat.

— Wszystko okay? — dociekał, rozmasowując moje plecy.

— Jasne. Pić mi się chce — skłamałam.

Łukasz nie wiedział o tamtym wypadku, a ja nie zamierzałam mu o nim mówić. Byliśmy razem dopiero dwa miesiące. Dwa pełne seksu, dobrej zabawy i śmiechu miesiące. Nie chciałam tego psuć opowiastkami rodem z horroru, nie chciałam tej koszmarnej historii pomiędzy nami. Najśmieszniejsze było to, że w zasadzie w niczym wtedy nie zawiniłam. Czemu więc śmierć tamtego chłopaka z białego BMW stale śniła mi się po nocach? Zmarł, zanim dotarła do nas karetka. Mężczyzna, który zatrzymał się, żeby pomóc, reanimował go, dopóki nie przyjechali. Miałam jednak nieprzyjemne wrażenie, że już wtedy nie żył, a nasze wysiłki były jedynie cichym, bezsilnym krzykiem w stronę ciemnego, milczącego nieba. A może sam był sobie winny? „Pijany w dupę, bezmyślny szczeniak!” — mówię sobie czasem, przeklinając tamtą noc, tamtą drogę i cały ciąg niefortunnych zdarzeń, które przygnały mnie wtedy w tamtą okolicę. Gdybym tylko posłuchała przyjaciółki i została u niej do rana… Gdybym wyjechała od Marzeny parę minut wcześniej… Gdybym powiedziała, że nie mam ochoty oglądać u niej filmu, bo muszę pracować… Gdybym…

— Duszno tu — rzucił Łukasz, stając tuż za mną.

W całkowitej ciemności dom zdawał się żyć swoim życiem. Metalowe drzwi nowej wysokiej lodówki błyszczały w świetle wpadającej przez okno księżycowej poświaty, stary zegar z kukułką tykał jakby głośniej niż za dnia, a zrobiony przez miejscowego stolarza drewniany stół wydawał się bardziej kanciasty. Jak gdyby nagle wszystkie te swojskie, znajome sprzęty objawiły swoją drugą, zagadkową naturę.

Otwarłam pomrukującą przyjaźnie lodówkę i wyjęłam z niej butelkę mineralnej. Przyjemnie schłodziła mi palce; miałam ochotę przyłożyć ją sobie do policzka i przez chwilę tylko stać, studząc kłębiące się we mnie emocje.

— Dla mnie cola — powiedział Łukasz, całując mnie w szyję.

Otrząsnęłam się ze wspomnień. Podałam mu puszkę i zdjęłam z niewielkiej, zawieszonej nad stołem półki dwie wysokie szklanki.

— Żartujesz? — zaśmiał się, z sykiem otwierając napój.

— No tak, ty szklanek nie używasz — mruknęłam, opierając się o zimny blat.

— Dopiero kwadrans po drugiej — powiedział, szeroko ziewając. — Pewnie znowu do rana nie będę mógł zasnąć…

„Kwadrans po drugiej nad ranem” — pomyślałam i mimowolnie się wzdrygnęłam. Dokładnie tak jak wtedy, na szosie. Prawie…

— Coś cię gryzie, czy mi się wydaje? — zapytał Łukasz.

Wpatrzona w ciemną ścianę lasu za szeroko otwartym oknem, w milczeniu dopiłam wodę. Nie mogłam uwierzyć, że sypialiśmy w tej głuszy z otwartymi na oścież oknami. W Bielsku, w którym się wychowałam, byłoby to nie do pomyślenia. To jak zaproszenie dla złodzieja, jawna prowokacja, manifestacja czystej głupoty. Jednak w tej zalesionej dziczy… Nasz dom „wieńczył” wzgórze — za tylnymi oknami była już tylko pierwsza linia lasu. Jakieś sto pięćdziesiąt metrów niżej, jadąc wzdłuż pełnej kamieni, zakurzonej drogi, stała zbudowana z bali chata Maćka i Anety, naszych jedynych sąsiadów; reszta mieszkańców kisiła się w niewielkim, raczej brzydkim miasteczku w dolinie. Kilka innych domków letnich „porastało” drugą stronę zbocza — jednak tutaj wciąż było odludnie.

— Natalia? Przecież widzę, że coś cię podgryza — naciskał Łukasz.

Milczałam. Mój chłopak odgarnął mi z czoła przydługą ciemną grzywkę i cierpliwie czekał, aż zacznę mówić. Nie chciałam jednak opowieści o tamtej nocy. Nie tutaj. Nie w miejscu, które od lat było czymś na kształt mojego ukochanego azylu. Nocny incydent na szosie był zbyt upiorny, żeby o nim wspominać tu, gdzie czułam się szczęśliwa i bezpieczna.

— Wydaje ci się. — Wysiliłam się na uśmiech. Każde kolejne kłamstwo przychodziło mi coraz łatwiej…

— Skoro tak mówisz. — Łukasz lekko wzruszył ramionami i dopiwszy swoją colę, wrzucił zgniecioną puszkę do przepełnionego kosza.

Trzasnęła jedna z zawieszonych pod sufitem drewnianych belek, gdzieś za oknem zahukał puchacz. Albo coś, co w moich uszach zdeklarowanej mieszczki na puchacza mi zabrzmiało.

— Chodźmy spać — rzucił mój facet, chwytając mnie za rękę.

„Kolejny z jego uroczych, infantylnych gestów… Emil nigdy by się na to nie zdobył” — pomyślałam, dziwnie wzruszona.

W sypialni pomimo otwartego okna było nieprzyjemnie duszno. Wyjrzałam na zewnątrz, opierając się o parapet. Łukasz objął mnie od tyłu i całując moją szyję, wyszeptał, że nie może oderwać ode mnie rąk.

— Jak ty to robisz?

— Czary? — mruknęłam, przelotnie zerkając na zarośnięty trawnik przed oknami.

Drewniany piknikowy stół, zamówiony przez Emila dwa lata wcześniej u tego samego stolarza, który urządził nam kuchnię, stał samotnie pośrodku wysokiej, dawno niekoszonej trawy. Niedbale pozasuwane, zdobne w wysokie, rzeźbione zagłówki, krzesła tkwiły dookoła niego — nieruchome jak wypalone z gliny figury terakotowych żołnierzy chińskiej armii. Porywane nagłymi podmuchami ciepłego letniego wiatru drzewa szumiały nieprzerwanie i nagle te rozkołysane pod nocnym niebem konary wydały mi się jakoś dziwnie złowieszcze. Zerknęłam w stronę lasu. Dom był już definitywnie wykończony, jednak ciągle nie mieliśmy płotu. Trawnik, zwany kiedyś przez Emila naszą prywatną polaną, kilkanaście metrów dalej przemieniał się po prostu w rozległy zagajnik.

— Czego tak wypatrujesz? — szepnął Łukasz, przygryzając płatek mojego ucha.

Na piersiach poczułam jego ciepłe, duże dłonie, na szyi gorący oddech. Nie odpowiedziałam, zresztą pewnie sama nie znałam odpowiedzi. Po prostu coś niezdefiniowanego przykuło moją uwagę. Przymknęłam oczy, dając się ponieść chwili — jego dotyk sprawił, że zapomniałam o całym świecie. Zsunął z moich ramion cienkie jak nitki spaghetti ramiączka satynowej koszulki i, błądząc coraz bardziej niecierpliwymi dłońmi po moich pośladkach, wymruczał, że nigdy nie ma mnie dość.

— Chodź — powiedział. — Może to mało oryginalne podejście do miłości, ale w łóżku zawsze jest najwygodniej.

Ostatni raz zerknęłam w stronę lasu i przeszło mi przez myśl, że w nieprzeniknionej ciemności wietrznej nocy ktoś mi się stamtąd przygląda. Czułam, że to największa bzdura, jaką mogłabym sobie uroić, ale nawet kochając się z moim facetem pośród błękitno-beżowej skotłowanej pościeli, miałam upiorne wrażenie, że ktoś lub coś nie spuszcza z nas wzroku…

Jakieś pół godziny później Łukasz zasnął i boso wymknęłam się z łóżka. Trawnik przed oknami był pusty, jednak wpatrując się w ciemną ścianę lasu, wciąż odczuwałam czyjąś dziwną, niemal magnetyczną obecność. To pulsowało w mojej głowie, mrowiło w czubkach palców, wibrowało pod moją czaszką, gdzieś na krawędzi świadomości — uparte, milczące, czujne. Przez kilka minut stałam w oknie, jak przyrośnięta do chłodnych klepek parkietu, w końcu położyłam się obok Łukasza, odganiając od siebie myśl, że jakiś tajemniczy stwór — człowiek lub zwierzę — patrzy prosto w otwarte na oścież ciemne okno naszej sypialni.

2.

Ranek wstał pogodny i, o dziwo, bezwietrzny. Jedyną pamiątką po gwałtownej nocnej wichurze były niewielkie połamane gałązki na trawniku. Zaparzyłam świeżą kawę, śmiejąc się w duchu z moich dziwnych lęków. „Nigdy nie należałam do tchórzliwych kobieciątek, czemu więc nagle doszukiwałam się w moim życiu czegoś, co brzmiało jak scena żywcem wycięta ze scenariusza naprawdę marnego horroru?” — zastanawiałam się. Może po prostu byłam zmęczona… Przecież długie wakacje w „Emilówce” miały być swoistą formą terapii — zastrzykiem absolutnej wolności z dala od zgiełku miasta, nawału pracy i starych znajomych. Chciałam pozbierać się po tamtym marcowym wypadku. Podładować akumulatory po rozstaniu z Emilem, przemyśleć sobie na spokojnie kilka spraw, odetchnąć świeżym powietrzem. Zaszycie się pośrodku zalesionego wzgórza wydało mi się idealnym sposobem na chwilowe porzucenie dotychczasowej rutyny.

— Jak spałaś?

Łukasz pojawił się w kuchni, kiedy mieszałam swoją kawę.

— Marnie — przyznałam zgodnie z prawdą.

Nie skomentował. Wyjął z chlebaka resztę podeschniętego tostowego chleba i zaczął przetrząsać szafki w poszukiwaniu słoika z marmoladą. Przy okazji zjadł kilka zostawionych na blacie zbożowych ciasteczek i zagryzł je słonym paluszkiem.

— Skusisz się? — zapytał z pełnymi ustami. — Będą tosty z dżemem.

— Wiesz, że staram się nie jadać śniadań.

Łukasz, pogwizdując, kręcił się po kuchni — w kąciku ust miał odrobinę truskawkowego dżemu, który wyjadał ze słoja, przygotowując tosty, dzięki czemu wyglądał jeszcze bardziej chłopięco niż zwykle. Dosypałam cukru do śmiesznie pękatego, czerwonego garnuszka, prezentu od Emila, i pomyślałam o poranku, kiedy mi go dał. Był szósty sierpnia, moje urodziny. Czytałam gazetę, kiedy Emil pojawił się w kuchni całkiem nagi, z tym śmiesznym garnuszkiem w ręku. „Dla ciebie. Żeby kawa zawsze była słodka” — powiedział coś w tym stylu, całując mój niewielki, umieszczony tuż nad obojczykiem pieprzyk, który szczególnie sobie upodobał. W garnuszku był jeszcze wisiorek — elegancka „łezka” z białego złota, na łańcuszku tak wątłym jak łącząca nas więź… Tamtego ranka wypiliśmy z czerwonego garnuszka pierwszą wspólną kawę i zanim wzięliśmy prysznic, kochaliśmy się w wysokiej, mokrej od porannej rosy trawie przed domem. Przypomniałam sobie, lekko się uśmiechając, jak prawie nas wtedy przyłapał jeden z robotników mających akurat „wykańczać” kuchnię, co jeszcze przez jakiś miesiąc wspominaliśmy z dużym rozbawieniem.

„Powinnam pozbyć się chociaż części tych budzących wspomnienia rzeczy” — pomyślałam. Nie miałam jednak pojęcia, jak w ogóle się za to zabrać — cały dom był pełen kojarzących mi się z Emilem drobiazgów. Doniczki, garnuszki, śmieszne figurki, które lubiliśmy przywozić z naszych wspólnych wakacji. Obrazki w ramkach, długopisy, książki, lampki, wazony, kwiaty — otaczała mnie nasza wspólna przeszłość i musiałabym zrobić gruntowny remont, żeby pozbyć się wszystkiego. Remont, na który nie bardzo było mnie stać i na który nie miałam najmniejszej ochoty. Zresztą oficjalnie domek wciąż należał do Emila, a ja nie miałam chyba prawa aż tak się szarogęsić.

— Jedziesz ze mną do miasteczka? — zapytał Łukasz, przeszukując lodówkę, najpewniej w poszukiwaniu masła.

Po tostach, wysmarowanych hurtowymi ilościami dżemu, lubił jeszcze czasem usmażyć sobie jajecznicę. Wydawało mi się to kompletnie niedorzeczne — tym bardziej że wkrajał do niej tonę szczypiorku. Szczypiorek z truskawkowym dżemem — czy może być bardziej zaskakująca kombinacja?

— Natalia?

— Sama nie wiem… — wahałam się. — Chciałabym dziś rano trochę pobiegać. Może koło południa wybiorę się pieszo?

— Dobre dwadzieścia pięć minut szybkiego marszu przez las. Masz energię, dziewczyno — mruknął Łukasz, kładąc na stole miseczkę z masłem.

Bąknęłam coś o tym, że ponoć ruch to zdrowie, i zabrałam się za swoją kawę, smakując ją wolnymi łykami. Była przyjemnie ciepła, jednak aromat, który tak w niej kochałam, jakoś się ulotnił. Ostatnio dziwnie pogorszył mi się węch. Polipy? Stres? Bujna wyobraźnia? A może zwyczajnie zapomniałam uszczelnić opakowanie?

Łukasz krzątał się po kuchni, w samych czarnych bokserkach. Opalony, wysoki, ładnie zbudowany. Może nie nazbyt muskularny, jednak zdecydowanie męski. Szeroki w ramionach, z imponująco wyrzeźbionym, płaskim brzuchem. Wołające o fryzjerskie cięcie jasne włosy po chłopięcemu opadały mu na oczy, a urocze dołki w policzkach jeszcze bardziej go odmładzały, chociaż i bez nich nie wyglądałby na swoje dwadzieścia cztery lata. „Jak to w ogóle możliwe, że zaczęłam się spotykać z takim smarkaczem?” — zastanawiałam się, dopijając kawę. Nasz związek był przypadkiem czy próbą odreagowania po zerwaniu z Emilem? A może zadając się z dwanaście lat młodszym facetem, w banalny sposób usiłowałam podarować sobie jeszcze kilka lat młodości? W końcu Emila zostawiłam chyba z racji jego wieku. Zbliżał się do pięćdziesiątki. Spanikowałam. Zaczęłam szukać pretekstu, żeby z nim zerwać, w końcu zostawiłam go tuż przed jego urodzinami, niecałe dwa tygodnie po tamtym marcowym wypadku. Przyjął to całkiem dobrze, zupełnie jakby od dawna się tego spodziewał. Zostaliśmy przyjaciółmi, zaprosił mnie na lato do „Emilówki” — jak nazywał kupiony przez siebie cztery lata wcześniej dom na wzgórzu. Skorzystałam z zaproszenia — czemu nie miałabym tego zrobić? Emil był w Stanach. Dostał propozycję pracy z jednego ze szpitali w Miami i wydawał mi się tak samo odległy, jak przechadzające się gdzieś pod palącym słońcem Florydy bajkowo upierzone na różowo flamingi. Wiedziałam, że „Emilówka” najprawdopodobniej zostanie sprzedana — sama od niedawna zastanawiałam się, czyby jej nie kupić. W końcu poświęciłam naprawdę wiele czasu na jej urządzenie — Emil kupił ją w stanie surowym i cały ogrom pracy, jaki włożyliśmy w jej wykończenie, miałby pójść w niepamięć? Kochałam to miejsce, czułam się tutaj bezpiecznie. „Czemu nie miałabym sprawić sobie prezentu?” — zastanawiałam się.

Łukasz zakrztusił się pomarańczowym sokiem i śmiesznie machając rękoma, kaszlał, dopóki mu nie przeszło. Przyglądałam mu się znad garnuszka z kawą, nie mogąc się oprzeć wrażeniu, że w domu, któremu Emil poświęcił tyle pracy, mój młody kochanek wydawał się zupełnie nie na miejscu. A może byłam zwyczajnie przewrażliwiona?

— Lecę! — Głos chłopaka wyrwał mnie z zamyślenia.

Pocałował mnie w przelocie, ledwie muskając moje wargi, i pomyślałam, że nasz związek jest tak samo ulotny, jak ten pocałunek. Na co innego mogła liczyć trzydziestosześciolatka? Początkiem sierpnia skończę trzydzieści siedem lat. Jeszcze niezaawansowany wiek średni, jednak dla kobiety z całą pewnością już nie przedwiośnie…

Trzasnęły wejściowe drzwi. Chwilę później jasnoszare kombi Łukasza zniknęło z byle jak wylanego betonowego podjazdu.

Nagle przypomniałam sobie daną Emilowi obietnicę — jeszcze tego lata miałam dopilnować brukowania wyznaczonego placyku od frontu. Emil znalazł już nawet w miarę tanią ekipę i zamówił materiały. Musiałabym tylko kontrolować roboty, a — prawdę mówiąc — nie bardzo miałam ochotę zostać nadzorcą rozwrzeszczanej, cuchnącej potem, a często-gęsto również podpitej zgrai tak zwanych fachmanów. Jednak słowo się rzekło i zdałam sobie sprawę, że powinnam chociaż dopilnować, żeby kolorowa kostka brukowa trafiła pod „Emilówkę”. Do tej pory leżała w jednym z magazynów pobliskiego marketu budowlanego i z tego, co słyszałam, jego właściciel zaczynał już tracić cierpliwość. Składowana tam od długich tygodni, zabierała mu cenne miejsce, a ja wciąż nie mogłam się zmobilizować, żeby zorganizować jej transport pod domek na wzgórze… Wiedziałam, że resztki cierpliwości właściciela magazynu zawdzięczam jedynie jego starej znajomości z Emilem i chociaż głupio się czułam na myśl, że nadużywam jego dobrego serca, nie potrafiłam się zebrać do kupy, żeby to w końcu załatwić. Nigdy nie miałam głowy do takich spraw, co zawsze dość dobitnie powtarzał mi Emil… „Cholera by to wzięła” — pomyślałam, wkładając do zlewu garnuszek po kawie. Odkręcając wodę, obiecałam sobie, że późnym latem dopilnuję kładzenia podjazdu i od razu poprawił mi się humor. „A kostkę chrzanić — w końcu klient nasz pan. Kupiliśmy, zapłaciliśmy, to niech sobie jeszcze trochę leżakuje. Co prawda kostka brukowa nie wino, ale co tam” — pocieszyłam się w duchu.

W ciągu następnej godziny pobieżnie sprzątnęłam kuchnię, rozwiesiłam dwa sznury prania i przeprasowałam kilka najpotrzebniejszych ciuchów, starając się poświęcić tym czynnościom jak najmniej czasu. Nigdy nie należałam do przykładających nadmierną wagę do porządku kobiet i — szczerze mówiąc — sama już nie wiedziałam, czy była to moja wada, czy może zaleta. Przez chwilę posiedziałam na werandzie, ciesząc się najnowszym thrillerem medycznym Tess Gerritsen, w końcu przebrałam się w stary czerwono-szary podkoszulek, krótkie dżinsowe spodenki i podniszczone adidasy do biegania, pamiętające chyba jeszcze początki mojego związku z Emilem. Omiotłam wzrokiem ganek, zamknęłam za sobą frontowe drzwi i zawieszając sobie na szyi czerwoną „smycz” z kluczami od domku, niespiesznym truchtem ruszyłam w stronę lasu.

Wysoka trawa pieściła moje odsłonięte łydki; rozgrzane powietrze przyjemnie pachniało latem. Musiało być kilka minut po dziewiątej, może odrobinę później. Przyspieszyłam, wbiegając na wąską, ubitą ścieżkę pomiędzy drzewami. Teren opadał w dół, daleko, pomiędzy chaszczami migotały odległe dachy położonego w dolinie miasteczka. Biegłam, starając się nie szarżować — parę tygodni wcześniej nadwerężyłam sobie zwichniętą wcześniej kilkukrotnie kostkę. W miejscu, w którym skarpa dość gwałtownie opadała, zatrzymałam się, żeby złapać oddech, i ciaśniej spięłam gumką wysypujące się z kucyka ciemne włosy. Nad moją głową radośnie śpiewały ptaki, a miejscami prześwitujące przez rozłożyste korony drzew słońce jasnymi plamkami dawało znać o swoim istnieniu. Na „Polanę pod Świerkami” — jak nazywaliśmy ją z Emilem — dotarłam kilka minut później. Zgrzana, dziwnie zmęczona, całkowicie wyssana z formy.

— Zasiedziałaś się, dziewczyno — mruknęłam pod nosem, chwytając się pod boki.

Złapała mnie kolka. W skroniach szumiało, w ustach czułam nieprzyjemną suchość. Schyliłam się, łapczywie łapiąc powietrze, i w tym momencie dotarło do mnie, że stoję pośrodku dziwnego wypalonego w trawie kręgu o średnicy jakichś dwóch metrów i idealnie równych, jakby obrysowanych gigantycznym cyrklem krawędziach. Wciąż zdyszana i spocona, przykucnęłam w samym środku dziwnego znaleziska. Wypalona trawa była brzydko pożółkła, a pośrodku tajemniczego okręgu widniało coś, co wyglądało na kupkę popiołu. Pomyślałam, że zagadkowa obręcz przypomina odrobinę powstałe z owocników grzybów kręgi, zwane ponoć czarcimi kołami, i poczułam się nieswojo.

Rozejrzałam się dookoła, dziwnie podenerwowana. Śpiewające jeszcze przed chwilą nad moją głową ptactwo zamilkło, jakby w pół taktu, a panująca w lesie cisza wydała mi się wręcz nienaturalna. Zupełnie jakbym oglądała film, w którym nagle ktoś wyłączył dźwięk. Wstałam i powoli się wycofałam. Starałam się nie deptać po nadpalonej krawędzi i nie wpadać w panikę. Spojrzałam w górę — rosnące na skraju lasu wysokie sosny miały wypalone, poczerniałe wierzchołki, co w połączeniu z tajemniczym, pełnym popiołu kręgiem wyglądało szczególnie upiornie. Nie miałam pojęcia, czy takie zniszczenia mogą powstać od uderzenia pioruna, czy może stało się tutaj coś, czego nie potrafiłam nawet sobie wyobrazić. Oparłam dłonie na kolanach, wyrównując oddech. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe, z trudem przełykałam ślinę przez wyschnięte gardło. Jasność słonecznego letniego poranka nieco łagodziła całą tę niepokojącą scenerię, jednak zdałam sobie sprawę, że zwyczajnie się boję.

— Panikara — powiedziałam na głos, robiąc kilka skłonów tułowia i wymachów rąk. — Panikara i strachajło — powtórzyłam, przez parę sekund biegając w miejscu.

W końcu uspokoiłam się na tyle, żeby wbiec z powrotem do lasu, kierując się w stronę domu. Nagle dzień wydał mi się o wiele gorętszy, niż myślałam, wychodząc pobiegać. Pot spływał mi po plecach, a cienka strużka między piersiami i wilgotna, lepiąca się do czoła grzywka jasno dały mi do zrozumienia, że mam dość. Dość joggingu, dość odludnego terenu, dość wrażeń jak na jedną dobę.

Do „Emilówki” dotarłam po jakimś kwadransie — wyczerpana i niespokojna. Rozglądając się uważnie, obeszłam dom dookoła, jednak nie zauważyłam niczego podejrzanego. Moja czerwona toyota stała na betonowym podjeździe, na schodkach werandy leżał thriller, który zostawiłam tam przed wyjściem, i okulary w ciemnośliwkowych oprawkach, które czasem zakładałam do czytania. Usiadłam na stopniach przed frontowym wejściem i rozmasowałam sobie łydki. Poczucie zagrożenia minęło, jednak leśny incydent mocno wytrącił mnie z równowagi. Nigdy wcześniej nie bałam się biegać tą trasą, nawet mając świadomość, że w promieniu kilkuset metrów nie ma pewnie żywego ducha. „Czego więc przestraszyłam się tego ranka aż tak, żeby zawrócić i uciec, prawie w panice dopadając domu?” — myślałam, wstając.

W przedpokoju było duszno. Zamknęłam od środka frontowe drzwi na klucz, czego nigdy nie robiłam w ciągu dnia, i poszłam prosto do łazienki. Letni prysznic przyjemnie mnie orzeźwił, jednak nawet zamknięta w małej, utrzymanej w beżach i brązach łazience nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że dzieje się coś dziwnego. Nigdy wcześniej nie czułam się tak niespokojna w miejscu, które znałam i kochałam, nigdy wcześniej nie czułam czyjejś nachalnej, nieustannej nieobecności. Zerknęłam w stronę maleńkiego łazienkowego okna. Zielono-biała, kraciasta firanka była starannie zasunięta, paprotka na parapecie wyglądała na zadowoloną — Łukasz rano ją podlał — jakimś dość komicznym zbiegiem okoliczności ostatnio to głównie on dbał o kwiaty, które kiedyś kupił Emil. Szyba była czysta, za nią buchający zielenią fragment ściany lasu; jedynie kilka koron drzew, które mogłam dostrzec w okienku. Nic niepokojącego, a jednak…

Wzdrygnęłam się, wcierając w ciało nawilżający balsam. Przed południem zamierzałam napisać felieton do jednego z kobiecych miesięczników, z którym od paru lat współpracowałam, i chociaż pobieżnie przejrzeć końcówkę artykułu o podlaskich szeptuchach, nad którym od dłuższego czasu ślęczałam. Jednak na myśl o pozostaniu w położonym na zalesionym odludziu domu wzdłuż kręgosłupa przeszedł mi zimny dreszcz. Za oknem radośnie świeciło słońce. Ptasie trele i odległe szczekanie psa sąsiadów sprawiały wrażenie całkowitej normalności, jednak dziwny niepokój rozgościł się we mnie na dobre i bynajmniej nie zamierzał ustąpić. Włożyłam letnią sukienkę — jedną z tych upstrzonych kwiatami „łączek” na ramiączkach, które zawsze lubił mój były facet — i w pośpiechu wsuwając stopy w zdobione tandetnymi cekinami tanie klapki, wybiegłam z domu, ruszając w stronę mojego samochodu. Jeszcze tego ranka planowałam, że dotrę do miasteczka spacerem, jednak na myśl o samotnej wyprawie przez las, poczułam rosnącą w gardle gulę.

Nagle przypomniała mi się tamta dziwna lipcowa noc sprzed roku. Nie mogłam spać, zresztą nie ja jedna. Jakiś kwadrans wcześniej Emil wymknął się na werandę, zostawiając mnie samą w dusznej sypialni. Wstałam i, otulona jedwabnym szlafrokiem, wyszłam przed dom. Oparty o drewnianą barierkę Emil wpatrywał się w ciemną ścianę lasu. „Wiem, że brzmię jak wariat, ale mam takie głupie wrażenie, że ktoś mi się stamtąd przygląda” — powiedział mi wtedy. Chwilę później obrócił wszystko w żart, jednak znając go, czułam, że zrobił to tylko ze względu na mnie. Pewnie nie chciał mnie denerwować…

Podeszłam do samochodu. Nagrzana przedpołudniowym słońcem blaszana puszka nie zachęcała do przejażdżki, jednak wolałam to niż samotne leśne spacery. Otwierając toyotę, nie mogłam się nadziwić, czemu dopiero teraz przypomniałam sobie zagadkowe słowa Emila. Silnik zapalił od razu, co przyjęłam z ulgą. Siadając za kierownicą, miałam takie upiorne przekonanie, że auto nie zdoła ruszyć z miejsca, a ja samotnie utknę w samym środku tej zalesionej głuszy. Kilka minut później zmierzałam już w stronę pierwszych zabudowań miasteczka, a trzymająca mnie za gardło panika znikała z każdym mijanym kilometrem. Parkując nieopodal należącego do rodziny Łukasza zajazdu Zielony Łabędź, chciało mi się już tylko śmiać.

„Co się ze mną dzieje, na miłość boską?! — zastanawiałam się, zamykając auto. — Nigdy nie byłam rozhisteryzowaną paniusią, ale od kilku dni… Nieważne. Chyba muszę po prostu porządnie się wyspać” — pocieszyłam się w duchu.

3.

— Hej, kiciu! Widzę, że jednak dałaś sobie spokój z leśnymi spacerami. — Pomagający w rozładunku ciężarówki z piwem Łukasz pomachał w moją stronę, a młody barman, od niedawna pracujący w Zielonym Łabędziu, posłał mi zaciekawione spojrzenie.

— Sorry, gdzie moje maniery — zreflektował się Łukasz, stawiając na ziemi beczkę z piwem. — Poznajcie się. Kamil od niedawna pracuje u nas za barem, a to moja dziewczyna, Natalia — powiedział, wierzchem dłoni ocierając pot z czoła.

„Dziewczyna…” — pomyślałam, dziwnie spłoszona. W ustach dwudziestoczterolatka słowo „dziewczyna” brzmiało całkiem poważnie. A może jednak nie?

— Cześć. — Kamil podał mi rękę, przy okazji omiatając wzrokiem mój dekolt.

— Zjesz coś? — zapytał Łukasz.

Wyglądał na skrajnie zmęczonego upałem i dziwnie zniechęconego do rozładunku piwa. Ale może akurat to nie było aż takie dziwne? Poprosiłam o kanapkę. Powiedział, że w kuchni są jego siostra z matką, i, pobieżnie cmokając mnie w szyję, dodał, że muszą skończyć, zanim kierowca straci cierpliwość.

Idąc w stronę tylnego wejścia do zajazdu, przypomniałam sobie o moim zostawionym w bagażniku laptopie. Zdecydowałam jednak, że najpierw coś zjem, a później po niego wrócę. Pchnęłam ciężkie metalowe drzwi na zaplecze lokalu, wchodząc do olbrzymiej, wykładanej białymi kafelkami kuchni. W środku pachniało gotującą się kapustą — pewnie w jednym ze stojących na przedpotopowej kuchence dużych garnków gotował się bigos. Zdziwiło mnie to o tyle, że było o wiele za gorąco na tego typu potrawy, ale z drugiej strony… Nie moja sprawa.

Matka Łukasza — mocno otyła, ufarbowana na bliżej nieokreślony odcień spłowiałego brązu kobieta — nie wyglądała na zachwyconą moim widokiem. Burknęła coś o czekających na zamówienie gościach i w locie ściągając kuchenny fartuch, wyszła, zostawiając mnie sam na sam z Mirką — dziewiętnastoletnią siostrą mojego faceta. Dziewczyna obierała ziemniaki, siedząc na niskim zydlu. W świetle jarzeniówek wyglądała na trupio bladą i zmęczoną. Podkrążone oczy, wąskie usta zaciśnięte w cienką kreskę, przetłuszczone jasne włosy, niedbale spięte plastikową klamrą. Zauważyłam, że wymykające się z koka kosmyki mają taki sam jasny odcień jak u Łukasza, na tym jednak podobieństwo pomiędzy rodzeństwem się kończyło. Mój facet był szczupły, o chłopięcym wyrazie twarzy i wesołym usposobieniu. Jego młodsza siostra wydała mi się jakaś dziwnie toporna, jakby wyciosana w kamieniu niewprawną ręką rzeźbiarza amatora. Pomimo młodego wieku miała sporą nadwagę, opuchniętą twarz i masywny, niemal męski podbródek, który dodawał jej lat. W dodatku za każdym razem, kiedy się spotykałyśmy, sprawiała wrażenie sennej, wręcz nieobecnej duchem — nie miała w sobie za grosz energii, radości życia i rozgadania mojego Łukasza. Milcząca, ponura, wiecznie skwaszona…

Podeszłam bliżej, pytając, czy