Ona - H. Rider Haggard - ebook
Opis

„Fascynująca książka… pełna ukrytych znaczeń”

Sigmund Freud

Ona to opowieść o wykładającym w Cambridge profesorze Hollym i jego podopiecznym Leo Vinceyu i ich podróży do zagubionego gdzieś w afrykańskim interiorze królestwa.  Impulsem do wyprawy staje się tajemnicza paczka zostawiona Leo przez ojca z poleceniem, aby otworzono ją dopiero w jego dwudzieste piąte urodziny. W pakunku bohaterowie znajdują resztki starych glinianych skorup oraz dokumenty, które sugerują, iż z rodem Vinceyów wiąże się jakaś pradawna tajemnica. Profesor Holly i Leo po licznych tarapatach docierają do królestwa we wschodniej Afryce, gdzie prymitywnymi krajowcami włada biała królowa Ayesha, która panuje jako wszechwładna Ona, a którą z młodym Leo łączą jakieś zagadkowe więzy…

Wydana w roku 1887 powieść Ona H. Ridera Haggarda, która natychmiast stała się bestsellerem, wiktoriańska podróżnicza powieść grozy, to jedna z najsilniej oddziałujących powieści we współczesnej literaturze. O tym, jak wielki wpływ miała na ich twórczość, zwierzali się tacy autorzy jak Rudyard Kipling, Henry Miller, Graham Greene, J.R.R. Tolkien czy Margaret Atwood. Ze względu na swe bogactwo znaczeniowe powieść cieszyła się wielkim zainteresowaniem psychoanalityków -  odwołania do niej znalazły się w koncepcjach Sigmunda Freuda i Carla Junga, dla którego Ona była uosobieniem archetypu Animy. Z kolei wątki fantastyczne stały się inspiracją dla wielu opowieści o zaginionych  cywilizacjach – m.in. Edgara Rice Burroughsa i Arthura Conan Doyle’a, czy wymyślania mitów o nieistniejących  krainach w rodzaju Shangri-La, ale również wywarły wielki wpływ na klasyczne opowieści fantastyki mistycznej: Władcę Pierścieni Tolkiena i Opowieści z Narnii C.L.Lewisa. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 438

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dedykuję tę historię ANDREW LANGOWI jako wyraz mego szacunku dla jego osoby, a także najwyższego podziwu

NA ZIEMI, W NIEBIE I MORZU DZIWNE SIĘ RZECZY GAWORZO

DWUWIERSZ ZE „SKORUPY AMENARTAS”

Ayesha

WSTĘP

Wysyłając w świat zapis tego, co — rozważane tylko jako przygoda — jest, jak mniemam, najdziwniejszym i najbardziej tajemniczym zdarzeniem, jakiego kiedykolwiek doświadczył śmiertelnik, powinienem chyba wyjaśnić, jaki dokładnie miałem z tym związek. Zanim przejdę do wyjaśnienia, w jaki sposób znalazła się w mych rękach, z góry muszę uprzedzić, że nie jestem bynajmniej narratorem, a tylko redaktorem tej niezwykłej historii.

Otóż ja, redaktor, jakiś czas temu odwiedziłem mego przyjaciela, vir doctissimus et amicus meus, na pewnym uniwersytecie. Na użytek tej opowieści przyjmijmy, że było to Cambridge. Któregoś dnia uderzył mnie widok dwóch jegomości, którzy ramię w ramię kroczyli ulicą. Pierwszy z nich był — mogę chyba tak powiedzieć — jednym z najprzystojniejszych młodzieńców, jakich zdarzyło mi się widzieć. Nader wysoki, nader rosły, miał w sobie moc siły i wdzięku, które nosił z taką naturalnością, jak, powiedzmy, dziki ogier. Na dodatek jego twarz była bez najmniejszej nawet skazy — twarz szlachetna, a jednocześnie piękna — kiedy zaś uchylił cylindra — co zrobił, kłaniając się przechodzącej damie — zobaczyłem, iż jego głowę pokrywają krótkie złociste loki.

— Wielkie nieba! — odezwałem się do przyjaciela, z którym szedłem. — Czyż nie wydaje się, gdy na niego spoglądać, że to statua Apolla ożyła? Cóż to za wspaniały człowiek!

— Tak — zgodził się ze mną przyjaciel. — To nie tylko jeden z najurodziwszych, ale też i najmilszych w obejściu studentów na uniwersytecie. Zwą go greckim bogiem, ale przyjrzyj się także drugiemu. To mentor Vinceya (takie mało greckie miano nosił bóg), zda się pełen najróżniejszych wiadomości. Wołają na niego Charon.

Zgodnie z radą przyjrzałem się dokładniej i stwierdziłem, że to osoba na swój sposób równie interesująca, jak idący obok niego wzorzec człowieczeństwa. Wyglądał na jakieś czterdzieści lat i nie bawiąc się w ceregiele, powiem, że był tak brzydki, jak jego towarzysz — nadobny. Zacznijmy zatem od tego, że był niski, nogi miał, jak to mówią, prostowane na beczce, pierś wypukłą i niezwykle długie ręce. Czarne włosy porastały znaczną część czoła, bokobrody zaś tak daleko zapuściły się na policzki, iż nader niewiele widać było twarzy. W całości więc zupełnie przypominał goryla, atoli w jego oczach było coś urzekającego i genialnego. Pamiętam, że napomknąłem, iż rad bym z nim zawrzeć znajomość.

— Nic łatwiejszego — odrzekł przyjaciel. — Znam dobrze Vinceya, przedstawię was sobie.

Tak też zrobił, a po kilku już minutach gawędziliśmy o — jeśli dobrze pomnę — Zulusach, gdyż właśnie wróciłem był z Kraju Przylądkowego. Trzeba jednak trafu, że w pewnej chwili minęła nas korpulentna jejmość w towarzystwie pięknej dziewczyny o wspaniałych włosach, a ponieważ pan Vincey najwyraźniej obie dobrze znał, natychmiast się do nich przyłączył i odmaszerował w ich towarzystwie. Pamiętam, że dość mnie zaskoczyło zachowanie starszego mężczyzny — nazywał się, jak odkryłem, Holly — który spojrzał z wyraźnym wyrzutem w ślad za swym kompanem, a potem, kiwnąwszy mi głową lekko i zdawkowo, odwrócił się na pięcie i odszedł samotnie. Dowiedziałem się później, że w powszechnym przekonaniu tak lękał się kobiet, jak większość ludzi wściekłych psów, i to właśnie było przyczyną jego spiesznej rejterady. Przy okazji napomknę tylko, że nie wydało mi się, by młody Vincey podzielał tę awersję do rodu niewieściego. Zauważyłem ze śmiechem, pamiętam, iż jest to rodzaj osoby, którą niebezpiecznie byłoby przedstawić narzeczonej, skończyłoby się bowiem na tym, iż nasza wybranka przeniosłaby swe sympatie. Był aż zbyt urodziwy, na dodatek nie miał w sobie nic z tej samoświadomej arogancji, która rodzi sprawiedliwą niechęć, jaką darzeni są zazwyczaj przystojni mężczyźni.

Nazajutrz zakończyła się moja wizyta i przez długi czas nie słyszałem nic o Charonie i greckim bogu. Więcej, aż po dziś dzień nie widziałem żadnego z nich i nie przypuszczam, by kiedykolwiek miało się to zmienić. Miesiąc temu otrzymałem list i dwa pakunki — jeden z nich zawierał manuskrypt — a kiedy otworzyłem kopertę, zobaczyłem, że na dole kartki widnieje podpis Horace Holly — co nic mi w owej chwili nie powiedziało — nad nim zaś znajdują się następujące słowa:

Kolegium, Cambridge, 1 maja 18…

Drogi Panie!

Zważywszy na przelotną tylko naszą znajomość, może być Pan zaskoczony, otrzymawszy ten list. Dlatego też najrozsądniej chyba będzie, jeśli przypomnę, iż upływa pięć lat od momentu, kiedy to spotkaliśmy się, raz tylko, na ulicy w Cambridge, gdy przedstawiono nas sobie: Pana oraz mnie i mego towarzysza Leo Vinceya. Teraz zaś przechodzę do mej sprawy. Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem niedawno Pańską książkę o przygodach w Afryce Środkowej. Przypuszczam, że po części jest to prawdziwy opis zdarzeń, a po części dzieło wyobraźni. Jakkolwiek jednak rzecz by się z tym miała, lektura ta podsunęła mi pewien pomysł. Zrządzeniem losu, o czym będzie się Pan mógł przekonać, czytając załączony rękopis (który przesyłam wraz ze skarabeuszem, na którym widnieje napis „Królewski Syn Słońca”, oraz odłamkiem wazy), ja i mój towarzysz, Leo Vincey, który po prawdzie jest mym przybranym synem, przeżyliśmy jak najbardziej rzeczywistą afrykańską przygodę o tyle bardziej niezwykłą od tej, którą Pan przedstawił, że prawdę mówiąc, niemal wstydzę się prezentować ją Panu w obawie, iż uzna ją Pan za całkowicie zmyśloną. Znajdzie Pan w manuskrypcie stwierdzenie, iż postanowiliśmy — bo też nie była to moja tylko decyzja — by za swego życia nie ogłaszać tej historii, czego byśmy się trzymali, gdyby nie pojawienie się ostatnio pewnych nowych okoliczności. Z przyczyn, które łatwo Pan odgadnie po dobrnięciu do końca rękopisu, wyprawiamy się tym razem do Azji Środkowej, gdzie można napotkać mądrość, jeśli w ogóle da się to osiągnąć na tym padole, i przewidujemy, że podróż potrwa długo, a być może w ogóle z niej nie powrócimy. W tej nowej sytuacji musieliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy opowieść o zjawisku niezwykle, jak mniemamy, interesującym, mamy prawo skrywać przed światem tylko z tej racji, iż chodzi tu o nasze osobiste przeżycia albo że obawiamy się śmieszności lub powątpiewania. Ja żywiłem w tej kwestii jedno przekonanie, Leo — drugie, i po wielu deliberacjach doszliśmy do kompromisowego rozwiązania, takiego oto, aby historię przesłać Panu, Panu też dając zezwolenie na jej opublikowanie, gdyby wydała się Panu tego warta, a wtedy jedyny nasz wymóg jest taki, aby ukrył Pan nasze prawdziwe nazwiska, a także ukrył naszą tożsamość tak dalece, jak na to pozwolą wymogi narracji.

Cóż więcej mam powiedzieć? Chyba tylko powtórzę raz jeszcze, że w załączonym manuskrypcie wszystko zostało spisane tak, jak się wydarzyło. Co się tyczy Onej osobiście, niewiele mam do dodania. Każdego dnia coraz bardziej żałujemy, że nie wykorzystaliśmy lepiej okazji, by się więcej dowiedzieć o tej wspaniałej kobiecie. Kim była? Jak po raz pierwszy dotarła do Jaskiń Kôr? W co naprawdę wierzyła? Nigdy się tego nie dowiedzieliśmy i nie dowiemy się, przynajmniej na razie. Nękają mnie te pytania i jeszcze inne, ale po cóż stawiać je teraz?

Czy podejmie się Pan tego przedsięwzięcia? Zostawiamy Panu całkowicie wolną rękę, a jeśli Pan się zdecyduje, nagrodą będzie zaszczyt przedstawieniu światu historii najbardziej, jak sądzimy, zdumiewającej, a zarazem najzupełniej prawdziwej, o czym świadczą załączone dokumenty. Niechże Pan przeczyta rękopis (który starannie dla Pana skopiowałem) i da mi znać, co Pan postanowił.

Szczerze Panu oddany

L. Horace Holly1

PS: Rozumie się samo przez się, że gdyby się Pan zdecydował, a sprzedaż przyniosłaby jakieś zyski, może Pan z nimi zrobić, co się Panu spodoba, gdyby natomiast spowodowała ona straty, zostawię odpowiednie instrukcje mym prawnikom, panom Geoffreyowi i Jordanowi, aby je pokryli. Skorupę, skarabeusza i papirusy zostawiamy pod Pańską opieką do czasu, gdy się po nie zgłosimy.

L.H.H.

Łatwo sobie wyobrazić, jak zdumiał mnie ten list, wszelako mając różnorakie inne zajęcia, sięgnąłem po manuskrypt dopiero po jakichś dwóch tygodniach, wtedy jednak moje zdumienie wzrosło niepomiernie — a myślę, że nie inaczej będzie ze zdumieniem czytelnika — natychmiast więc uznałem, że trzeba się brać do publikacji, o czym niezwłocznie powiadomiłem pana Holly'ego, niestety jednak tydzień później pocztą zwrotną otrzymałem swój list od jego prawników, którzy opatrzyli go notką, że ich klient wraz z panem Leo Vinceyem wyjechali już do Tybetu, a ich obecny adres nie jest znany.

Tyle mam do powiedzenia, ocena samej historii to już sprawa czytelnika. Przekazuję mu ją niemal w takiej postaci, w jakiej ją otrzymałem, jeśli nie liczyć zmian, które musiałem wprowadzić, aby ukryć przed publicznością tożsamość bohaterów. Stanowczo natomiast postanowiłem powstrzymać się od jakichkolwiek komentarzy. Zrazu skłonny byłem sądzić, że opowieść o kobiecie, na którą w majestacie jej niemal niezliczonych lat, jakby rzucony mrocznym skrzydłem nocy, pada cień wieczności, to jakaś wielka alegoria, której sensu nie jestem w stanie dociec. Potem pomyślałem, iż może jest to śmiała próba odmalowania możliwych efektów posiadania praktycznej nieśmiertelności, stającej się udziałem istoty, która siły swe czerpała z ziemi i w której piersi — jakże ludzkiej — namiętności tak samo pulsowały, wzbierały i opadały, jak w otaczającym świecie niespokojnie pulsują, wzbierają i opadają wiatry i fale. Ale i tę ideę przyszło mi porzucić w trakcie lektury, gdy umacniałem się w poczuciu jej prawdziwości. Jej wyjaśnienie zostawiam innym, a teraz po tej krótkiej, wymuszonej przez okoliczności przedmowie przedstawiam światu Ayeshę i Jaskinie Kôr.

Redaktor

PS: Po drugiej lekturze uznałem, że nie mogę nie zwrócić czytelnikowi uwagi na pewną kwestię, która na mnie zrobiła wielkie wrażenie. Poznając stopniowo Leo Vinceya, będzie się przekonywał, iż nie było w jego charakterze niczego, co mogłoby przyciągnąć intelekt tak potężny jak Ayeshy. Moim zdaniem, nie był nawet szczególnie interesujący. Śmiało można by sobie nawet wyobrazić, że w normalnych warunkach to pan Holly zyskałby sobie fawory Onej. Czy chodzić mogło o to, że skrajności się przyciągają i właśnie z racji znakomitości i ogromu umysłu Ayeshy osobliwy fizyczny bodziec popchnął ją, by złożyła hołd cielesności? Byłbyż antyczny Kallikrates tylko olśniewającym zwierzęciem, kochanym za swą grecką urodę, przekazywaną z pokolenia na pokolenie? Czy też prawdziwe jest wyjaśnienie — a tak właśnie sądzę — że Ayesha, spoglądając dalej niż ktokolwiek z nas, dostrzegła w duszy swego kochanka tlącą się dopiero skrę wielkości i wiedziała, że ogrzewana jej darem życia, pojona jej mądrością i oświetlana blaskiem jej obecności, rozkwitnie niczym kwiat i rozbłyśnie jak gwiazda, napełniając świat blaskiem i aromatem?

Także i tutaj nie znam odpowiedzi, zostawiam więc czytelnikowi ocenę faktów, z którymi się zapozna na następnych stronach dzięki panu Holly'emu.

I WIZYTA

Bywają zdarzenia, których okoliczności i szczegóły tak są wyryte w pamięci, że niepodobna ich zapomnieć, i tak właśnie rzecz się ma z wypadkiem, który właśnie chcę opisać, a który mam przed oczyma tak wyraźnie, jakby rozegrał się wczoraj.

Dokładnie — co do miesiąca — dwadzieścia lat temu ja, Ludwig Horace Holly, siedziałem w swoim pokoju w Cambridge i zmagałem się z jakimś, nie pamiętam już jakim, problemem matematycznym. Tydzień później czekały mnie końcowe egzaminy, a mój opiekun i cała profesura wiele się po mnie spodziewali. Wreszcie zmęczony zamknąłem książkę, podszedłem do kominka i nabiłem wziętą z niego fajkę. Na kominku stała świeca, za nią było wąskie, wysokie lustro. Widząc w nim swe przypalające fajkę odbicie, zamyśliłem się. Po chwili musiałem gwałtownie odrzucić zapałkę, gdyż zapomniana sparzyła mi palce, wciąż jednak zadumany wpatrywałem się w lustro.

— No cóż — powiedziałem w końcu na głos — trzeba mieć nadzieję, że uda mi się zrobić coś z wnętrzem mojej głowy, bo nie ma co liczyć, że cokolwiek pomoże jej stronie zewnętrznej.

Uwaga ta, która nie wyda się zbyt jasna żadnemu czytelnikowi — gdyby się taki zdarzył — była aluzją do mych cielesnych ułomności. Większość dwudziestodwulatków, jeśli już nic innego za nimi nie przemawia, ma przynajmniej po swej stronie czar młodości, a mnie nawet to było odmówione. Niski, krępy, z klatką piersiową tak baryłkowatą, że zakrawało to na kalectwo, rękami długimi i żylastymi, głęboko osadzonymi szarymi oczyma, czołem niskim, gdyż do połowy zarośniętym gęstymi czarnymi włosami, a przypominającym zapomniany wyrąb, na który las ponownie zaczyna wpełzać: taka oto była moja aparycja niemal ćwierć wieku temu, taka też pozostała, jeśli nie liczyć kilku zmian. Byłem naznaczony jak Kain, naznaczony przez naturę pieczęcią niezwykłej brzydoty, aczkolwiek przez tę samą naturę zostałem obdarzony ogromną siłą fizyczną i duchową. Moja brzydota była tak wielka, że koledzy studenci, nader chętnie oglądający moje popisy wytrwałości i krzepkości, za nic nie chcieli być widziani w moim towarzystwie na ulicy. Czy to naprawdę dziwne, że stałem się ponurym mizantropem? Czy to naprawdę dziwne, że samotnie dumałem i pracowałem, nie mając żadnego przyjaciela, no, może jednego? To natura uczyniła mnie samotnikiem i kazała z jej tylko piersi ssać, jej i niczyjej innej. Kobiety nienawidziły mojego widoku. Raptem tydzień wcześniej słyszałem, jak jedna nich, pewna, iż nie mogę słyszeć, nazwała mnie „monstrum” i oznajmiła, że to za moją sprawą przekonała się do teorii małpiego przodka. Raz, owszem, zdarzyła się niewiasta, która na pozór zaczęła się o mnie troszczyć, co sprawiło, że obdarzyłem ją wszystkimi tłumionymi uczuciami, których mimo mego wyglądu natura też mi nie poskąpiła. Kiedy jednak okazało się, że pieniądze, które miałem otrzymać, trafiły gdzie indziej, bez chwili wahania mnie porzuciła. Błagałem ją tak, jak nigdy wcześniej i potem nie błagałem ludzkiej istoty, urzeczony bowiem jej słodką twarzyczką pokochałem ją całym sercem, a wtedy w odpowiedzi poprowadziła mnie tylko przed lustro i stanęła obok mnie.

— Spójrz — powiedziała. — Jeśli istotnie, jak powiadasz, jestem piękna, kim jesteś ty?

A miałem wtedy ledwie dwadzieścia lat.

Stałem więc teraz i w swe rozmyte odbicie wpatrywałem się z posępną satysfakcją, jaką dawało mi poczucie samotności: nie miałem bowiem ojca, matki ani rodzeństwa. I wtedy właśnie rozległo się pukanie do drzwi.

Nieufnie nasłuchiwałem, gdyż była już północ, a ja nie miałem ochoty na rozmowę z nikim obcym. Miałem w Kolegium, a więc i na świecie, jednego tylko przyjaciela, może był to on.

Gdy tak nadstawiałem ucha, osoba za drzwiami zakaszlała, a ja pospieszyłem otwierać, bo ten kaszel znałem.

Wszedł zaraz mężczyzna pod trzydziestkę, ze śladami wielkiej urody, uginający się pod ciężarem masywnego żelaznego kufra, który trzymał w prawej ręce. Postawił skrzynię na stole i zaniósł się strasznym kaszlem. Kaszlał i kaszlał, aż twarz mu spurpurowiała, a wtedy zgarbił się w fotelu i splunął krwią. Podałem mu nalaną do kieliszka whisky. Wypił i od razu mu się poprawiło, aczkolwiek nadal wyglądał fatalnie.

— Czemu kazałeś mi czekać na zimnie? — spytał z pretensją w głosie. — Dobrze wiesz, że przeciągi mnie zabijają.

— Nie wiedziałem, kto to — odparłem. — Późno jak na wizytę.

— Owszem, ale myślę, że to już ostatnia — odrzekł, a na jego wargach pojawiło się widmo uśmiechu. — Już po mnie, Holly. Koniec i kropka. Nie sądzę, bym ujrzał jutrzejszy poranek.

— Nonsens! — wykrzyknąłem. — Poślę po lekarza.

Machnął władczo ręką.

— Przemawia przez ciebie zdrowy rozsądek, ale nic mi po doktorach. Studiowałem medycynę i wiem o niej wszystko. Żaden lekarz mi już nie pomoże, wybiła moja godzina. I tak ostatni rok przeżyłem tylko cudem. A teraz posłuchaj mnie tak, jak jeszcze nigdy nie słuchałeś nikogo, gdyż nie będzie już okazji, bym mógł powtórzyć te słowa. Przyjaźnimy się od dwóch lat, powiedz, jak wiele wiesz o mnie?

— Żeś jest bogaty i miałeś kaprys, by podjąć studia w wieku, gdy inni już je kończą. Byłeś żonaty, ale twoja żona zmarła. Jesteś też najlepszym, a właściwie jedynym moim przyjacielem.

— Wiesz, że mam syna?

— Nie.

— Mam, pięcioletniego. To on kosztował mnie życie żony i dlatego potem nie mogłem znieść widoku jego twarzy. Holly, jeśli przystaniesz na to, chciałbym cię uczynić jego jedynym opiekunem.

Mało nie spadłem z fotela.

— Mnie?

— Tak, ciebie. Nie bez powodu przyglądałem ci się przez te dwa lata. Od jakiegoś czasu wiedziałem, że długo to już nie potrwa, a wtedy zacząłem szukać kogoś, komu mógłbym powierzyć mego syna, a także to. — Postukał w metalową skrzynię. — Jesteś właściwym człowiekiem, Holly; przypominasz mi chropowate drzewo: mocne i o zdrowym miękiszu. Posłuchaj, chłopak jest potomkiem jednego z najstarszych rodów na ziemi, a przynajmniej spośród tych, których ślady notuje genealogia. Pewnie teraz będziesz się ze mnie śmiał, ale nadejdzie dzień, gdy bez najmniejszej wątpliwości stwierdzisz, iż mój przodek w prostej linii w sześćdziesiątym piątym, a może sześćdziesiątym szóstym pokoleniu był egipskim kapłanem Izis, acz greckiego pokolenia, i zwał się Kallikrates2. Jego ojciec był greckim najemnikiem u faraona dwudziestej dziewiątej dynastii, Hakora z Mende, a jak mniemam, jego dziadek lub pradziadek to ów Kallikrates wzmiankowany przez Herodota3. W roku 339 przed Chrystusem, w czasie ostatecznego upadku faraonów, ówże Kallikrates (kapłan) złamał śluby celibatu i uciekł z Egiptu w towarzystwie zakochanej w nim księżniczki z królewskiego rodu, statek jednak rozbił się u wybrzeża afrykańskiego gdzieś w okolicach, jak przypuszczam, dzisiejszej zatoki Delagoa, czy może na północ od niej, z czego uratowali się tylko on z żoną, gdyż wszyscy inni pasażerowie w ten czy inny sposób zginęli. Wiele przeżyli, w końcu jednak zaopiekowała się nimi potężna królowa dzikusów, biała kobieta niezwykłej urody, tyle że w okolicznościach, w które nie będę teraz wnikał, gdyż któregoś dnia, jeśli dożyjesz, sam się o tym dowiesz dzięki zawartości pudełka, ostatecznie zamordowała mego przodka, Kallikratesa. Jego brzemiennej żonie udało się jednak, nie wiem jak, uciec do Aten, a syna nazwała Tisisthenesem, czyli Potężnym Mścicielem. W pięćset lat później, może więcej, rodzina w okolicznościach niedających się już odtworzyć przeniosła się do Rzymu, gdzie mężczyźni, najpewniej wierni idei zemsty zawartej w imieniu Tisisthenesa, regularnie przyjmowali przydomek Vindex, co po łacinie znaczy „mściciel”. Przetrwali następne pięć wieków aż do roku 770, kiedy to Karol Wielki najechał Lombardię, gdzie wówczas zamieszkiwali, i gdzie, jak się wydaje, głowa rodziny przystał do wielkiego cesarza, wraz z nim wrócił przez Alpy, by ostatecznie osiedlić się w Bretanii. Osiem pokoleń później jego potomek w prostej linii przeprawił się do Anglii pod rządami Edwarda Wyznawcy, zaś w czasach Wilhelma Zdobywcy doszedł do wielkich zaszczytów i znaczenia. Od tego momentu mogę odtworzyć swoją genealogię bez ani jednego brakującego ogniwa. Nie twierdzę, że Vinceyowie — taką bowiem postać przyjęło ostatecznie nazwisko, kiedy jego nosiciele zapuścili korzenie w angielskiej glebie — byli bardzo znamienici. Bywali rycerzami, bywali kupcami, najczęściej zachowując umiarkowany poziom szacowności i nie wykraczając poza przeciętność. Od czasów Karola II do końca poprzedniego stulecia trudnili się przede wszystkim handlem. W okolicach roku 1790 mój dziadek na produkcji piwa zrobił znaczny majątek i został na koniec rentierem. Zmarł w roku 1821. Ojciec rozpuścił większość pieniędzy, a gdy odszedł dziesięć lat temu, zostawił mi tyle, że mój roczny dochód wynosi mniej więcej dwa tysiące. Wtedy podkuszony przez to — wskazał żelazny kufer — podjąłem wyprawę, która skończyła się dość katastrofalnie. W drodze powrotnej jeździłem trochę po południowej Europie, aż wreszcie stanąłem w Atenach, gdzie poznałem moją ukochaną żonę, która śmiało mogłaby nosić imię Piękna. Poślubiłem ją, lecz rok później zmarła, wydając na świat syna.

Umilkł na chwilę z głową opartą na ręce, a potem ciągnął:

— Małżeństwo stanęło na drodze projektowi, nad którym nie będę się teraz rozwodził, gdyż nie mam czasu, Holly, nie mam już czasu! Któregoś dnia, jeśli tylko przyjmiesz moją propozycję, dowiesz się o wszystkim. Po śmierci żony znowu powróciłem do tego pomysłu. Najpierw jednak musiałem, co dopiero wtedy sobie uświadomiłem, opanować kilka języków wschodnich, a przede wszystkim arabski. To właśnie gwoli tej nauki zjawiłem się tutaj, szybko jednak rozszalała się moja choroba, a teraz już po mnie.

I jakby dla podkreślenia tych słów raz jeszcze straszliwie się rozkaszlał. Podałem znowu whisky. Kiedy trochę odpoczął, mówił dalej:

— Nie widziałem mojego Leo od chwili, gdy był niemowlakiem. Nie mogłem znieść jego widoku, ale słyszę, że jest ładnym i żwawym dzieciakiem. Tu — potrząsnął wyjętą z kieszeni kopertą — zapisałem, jakiego toku edukacji dla niego oczekuję. Jest dość niezwykły i nigdy nie powierzyłbym go komuś obcemu. Zatem raz jeszcze: zgadzasz się?

— Najpierw muszę się dowiedzieć, do czego miałbym się zobowiązać.

— Że Leo będzie mieszkał z tobą aż do osiągnięcia dwudziestego piątego roku życia. Pamiętaj: żadnej szkoły! W dniu jego dwudziestych piątych urodzin kończy się twoje nad nim opiekuństwo i wtedy, korzystając z tego — położył na stole pęk kluczy — otworzysz kufer, aby zobaczył jego zawartość, przeczytał tekst i zadecydował: chce podjąć poszukiwanie czy też nie. Wszystko zależy od niego, nie ma żadnego przymusu. Teraz o warunkach. Jak już wspomniałem, mój obecny dochód wynosi dwa tysiące funtów szterlingów rocznie. Połowę tego, jeśli się zdecydujesz, zapiszę ci w dożywocie. Jeden tysiąc to wynagrodzenie za to, że będziesz musiał wyrzec się własnego życia, do tego sto funtów na utrzymanie chłopaka, reszta będzie odkładana na procent, aby Leo miał do dyspozycji odpowiednią sumę, jeśli zdecyduje się na wyprawę, o której wspomniałem.

— A jeśli wcześniej umrę? — spytałem.

— Wtedy zajmie się nim Chancery i Leo będzie musiał liczyć na siebie. Pamiętaj tylko, żebyś zapisał mu w spadku kufer. Proszę cię, Holly, nie odmawiaj. Uwierz mi, tylko na tym skorzystasz. Nie dla ciebie światowe życie, czekałoby cię jedynie rozgoryczenie. Za kilka tygodni otrzymasz dyplom, a dochód, który ci to przyniesie, w połączeniu z zapisaną przeze mnie sumą pozwoli ci żyć wygodnie, bez rezygnacji z książek czy sportu, w którym tak gustujesz. Jestem pewien, że taki tryb życia będzie ci jak najbardziej odpowiadał.

Umilkł i spojrzał na mnie pytająco, ja jednak dalej się wahałem.

— Proszę cię, Holly. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi, a ja nie mam już czasu, żeby szukać innych rozwiązań.

— Zgoda — powiedziałem — jeśli tylko nie ma w tym liście niczego, co mogłoby zmienić moją decyzję.

Co mówiąc, wskazałem na kopertę leżącą na stole obok kluczy.

— Dziękuję, Holly, bardzo ci dziękuję. Nie, nie, nic tam nie ma. Przysięgnij mi tylko na Boga, że będziesz dla Leo jak ojciec i trzymaj się poleceń, jakie spisałem.

— Przysięgam.

— Świetnie, tylko pamiętaj, że któregoś dnia mogę cię rozliczyć z tej przysięgi, chociaż bowiem będę martwy i zapomniany, żyw będę. Nie ma żadnej śmierci, Holly, jest tylko odmiana, a jak może dowiesz się kiedyś — w co głęboko wierzę — w pewnych warunkach można tę przemianę odwlekać w nieskończoność.

Dopadł go kolejny napad spazmatycznego kaszlu, po którym rzekł:

— Teraz muszę już iść. Zostawiam kufer, testament będzie w papierach, na mocy których chłopak zostanie oddany ci pod opiekę.

Milczałem oszołomiony, on zaś podniósł świecę i przyjrzał się swojej twarzy w lustrze, pięknej, chociaż zniszczonej przez chorobę.

— Karma dla robaków— powiedział. — Dziwnie pomyśleć, że za kilka godzin będę sztywny i zimny; podróż skończona, gra dobiegła końca. Ach, drogi przyjacielu, życie nie jest warte całego tego mozołu, chyba że się kocha. Przynajmniej moje nie było warte, inaczej może będzie z Leo, jeśli nie zbraknie mu uwagi i wiary. Żegnaj, przyjacielu.

I w nagłym przypływie czułości Vincey objął mnie i pocałował w czoło, a potem odwrócił się, by odejść.

— Posłuchaj — powiedziałem — jeśli istotnie jesteś tak chory, jak sądzisz, naprawdę lepiej, bym posłał po lekarza.

— Nie, nie — zaprotestował gwałtownie. — Obiecaj mi, że tego nie zrobisz. Umieram i jak otruty szczur chcę to zrobić w samotności.

— Nie wierzę, by tak się stało — powiedziałem, na co się tylko uśmiechnął, mruknął: „Pamiętaj” i tyle go było widać.

Siedziałem, przecierając oczy i zastanawiając się, czy aby nie był to tylko sen. Ponieważ to przypuszczenie było zbyt absurdalne, więc odrzuciwszy je, pomyślałem, że Vincey musiał być pijany. Wiedziałem o jego poważnej chorobie, niemożliwe jednak, aby osiągnął stan, który pewnym czynił to, że nie przeżyje nocy, wtedy bowiem ledwie mógłby się ruszyć, a co dopiero mówić o dźwiganiu ciężkiego metalowego pudła. Kiedy się nad tym zastanawiałem, cała historia wydawała mi się zupełnie niewiarygodna, zbyt młody bowiem byłem wówczas, aby wiedzieć, jak wiele dzieje się w świecie rzeczy, które zdrowy rozsądek normalnego człowieka uzna za nieprawdopodobne czy wręcz niemożliwe. Tę wiedzę miałem dopiero zdobyć. Czy to możliwe, by ktoś miał pięcioletniego syna, którego nie widział od czasu niemowlęctwa? Nie. Czy to możliwe, by ktoś mógł tak dokładnie przewidzieć swoją śmierć? Nie. Czy to możliwe, by ktoś mógł odtworzyć swój rodowód aż do trzeciego wieku przed Chrystusem albo by znienacka przyjacielowi ze studiów oddał syna pod całkowitą opiekę, a także przekazał połowę swego majątku? Z pewnością nie. Vincey musiał więc być albo pijany, albo szalony. Jeśli jednak tak, to o co mu właściwie chodziło? I co się znajdowało w tym żelaznym kufrze?

Cała ta sprawa tak mnie zdetonowała i stropiła, że nie mogłem już tego znieść i postanowiłem się z nią przespać. Poderwałem się więc, schowałem klucze i list Vinceya do raportówki, kufer umieściłem w komodzie, po czym rzuciłem się do łóżka i szybko zasnąłem.

Zdało mi się, że spałem ledwie kilka minut, gdy zbudziło mnie czyjeś wołanie. Usiadłem, przecierając oczy; dzień był już jasny, ósma godzina, dla ścisłości.

— Co się stało, John? — spytałem chłopaka, który usługiwał mnie i Vinceyowi. — Masz taka minę, jakbyś zobaczył ducha.

— Bom zobaczył, panie — odrzekł. — A nawet gorzej, bo widziałem trupa. Jak zwykle zaszedłem do pana Vinceya, a ten ci leży martwy jak kłoda!

II PŁYNĄ LATA

Jak nietrudno zgadnąć, nagła śmierć Vinceya spowodowała wielkie poruszenie w Kolegium, nie było jednak żadnego dochodzenia, gdyż powszechnie wiedziano o jego chorobie, a lekarz nie miał żadnych wątpliwości. Mniej się wtedy niż dzisiaj troszczono o takie dochodzenia, a nawet w ogóle ich nie lubiano, gdyż pachniały skandalem. W tej sytuacji, niepytany, sam nie czułem się w obowiązku opowiadać o rozmowie, jaką miałem w Vinceyem w wigilię jego śmierci, wspomniałem tylko, że jak zwykł był czynić, zajrzał do mnie na chwilę. W dniu pogrzebu przyjechał z Londynu prawnik, który odprowadził do grobu doczesne szczątki mego przyjaciela, a potem wrócił do stolicy z jego papierami i dobytkiem, z wyjątkiem, rzecz jasna, żelaznego kufra, który był w mojej pieczy. Przez dobry tydzień nic więcej nie słyszałem o całej sprawie, bo też uwagę moją bez reszty zaprzątały końcowe egzaminy, które zresztą nie pozwoliły mi ani uczestniczyć w pogrzebie, ani zobaczyć się z prawnikiem. Ostatecznie jednak wszystkie sprawdziany miałem za sobą, a kiedy wróciłem do pokoju, usiadłem w fotelu z błogim przekonaniem, że wszystko udało mi się znakomicie.

Rychło jednak myśli, raz wyzwolone spod ciśnienia, które przez ostatnich kilka dni wpychało je w jedną tylko koleinę, zaczęły wracać do wydarzeń nocy poprzedzającej śmierć Vinceya i znowu począłem się zadręczać pytaniami, co to wszystko właściwie znaczyło, a także zastanawiać, czy jeszcze cokolwiek usłyszę w tej sprawie, a jeśli nie, to co wtedy uczynić z dziwacznym kufrem. Siedziałem więc, dumając i dumając, aż wreszcie zaczął we mnie wzbierać niepokój: tajemnicza nocna wizyta, zapowiedź śmierci tak szybko potwierdzona, solenna obietnica, którą złożyłem, a z której spełnienia Vincey miał mnie rozliczyć w innym świecie. Czyżby popełnił samobójstwo? Na to wyglądało. A o jakimż to mówił poszukiwaniu? Okoliczności były aż tak niezwykle, że chociaż nie tracę nerwów ani rezonu w obliczu czegoś, co na pierwszy rzut oka wykracza poza granice natury, czułem wzbierający lęk i żal, że w ogóle mam z tą sprawą coś wspólnego. A o ileż żal ten jest potężniejszy teraz, po ponad dwudziestu latach!

Siedziałem więc sobie, kiedy rozległo się stukanie do drzwi i doręczono mi dużą niebieską kopertę. Starczyło mi rzucić na nią okiem, bym wiedział, że to list od adwokata, a instynkt mi podpowiedział, iż wiąże się z moim opiekuństwem. A oto treść listu, który nadal przechowuję:

Szanowny Panie!

Śp. Wielmożny Pan M.L. Vincey, który zmarł dziewiątego dnia bieżącego miesiąca w Kolegium Uniwersytetu w Cambridge, zostawił testament, którego kopię znajdzie Pan w załączniku, a którego jesteśmy wykonawcami. Mocą tej ostatniej woli przejmuje Pan w dożywotnie posiadanie połowę majątku rzeczonego pana Vinceya — obecnie zainwestowanego w Consols — jeśli zgodzi się Pan być opiekunem Leo Vinceya, obecnie niepełnoletniego (5 lat). Chcemy podkreślić, że gdybyśmy, trzymając się wyraźnych, ustnych i złożonych na piśmie instrukcji pana Vinceya, a także dysponując jego oświadczeniem, iż ma takiego rozwiązania sprawy bardzo ważne powody, sami nie sporządzili rzeczonego dokumentu, jego postanowienia wydałyby się nam tak niezwykłe, iż musielibyśmy się zwrócić do Trybunału Lorda Kanclerza, aby ten podjął nieodzowne kroki i uznał testatora za niepoczytalnego, czy też w jakiś inny sposób ochronił interesy spadkobiercy. Wiedząc jednak, iż rzeczony testator odznaczał się wielką inteligencją i bystrością, a także, iż nie miał żyjących krewnych, którym mógłby przekazać opiekę nad dzieckiem, nie czujemy się upoważnieni do podejmowania takich kroków.

Oczekując na Pańskie instrukcje tyczące się przekazania dziecka i wypłacenia należnej sumy, kreślimy się szczerze oddani

Geoffrey i Jordan

Do rąk własnych: W.P. Horace L. Holly

Odłożyłem list i przebiegłem wzrokiem testament, z którego znacznej niezrozumiałości wywnioskowałem, że sporządzony jest w terminologii ściśle prawniczej, dość jednak z niego wychwyciłem, by się zorientować, że zawiera wszystko to, co mi powiedział Vincey w trakcie swej ostatniej wizyty. Była to więc prawda, że zostaję opiekunem chłopca. Znienacka przypomniałem sobie list, który zostawił wraz z kufrem. Wydobyłem go i otworzyłem, ale w środku znalazłem tylko polecenie, aby skrzynkę otworzyć dopiero na dwudzieste piąte urodziny Leo, a także, aby jego edukacja obejmowała grekę, wyższą matematykę i arabski. W postscriptum zamieszczono uwagę, że gdyby chłopak zmarł przed osiągnięciem dwudziestego piątego roku życia — co piszący uważał za mało prawdopodobne — sam miałem otworzyć kufer i jeśli tak uznam, postąpić zgodnie z zawartymi w nim informacjami. Gdybym nie uznał tego za stosowne, miałem zniszczyć całą zawartość, natomiast pod żadnym pozorem nie wolno mi było przekazać jej jakiejkolwiek osobie trzeciej.

Skoro list ten w niczym nie wzbogacił mojej wiedzy, a zarazem nie było w nim niczego, co kazałoby mi się wycofać z obietnicy, którą złożyłem memu zmarłemu przyjacielowi, nie pozostawało mi już nic innego, jak tylko napisać do panów Geoffreya i Jordana z informacją, iż podejmuję się roli opiekuna, a mogę zacząć ją pełnić za dziesięć dni. To mając za sobą, udałem się do władz Kolegium i z całej sprawy ujawniwszy im tyle, ile uznałem za konieczne — a więc niezbyt wiele — po pokonaniu pewnych oporów udało mi się je nakłonić, aby z płynącą z wyrozumiałości giętkością potraktowały reguły i w razie przyjęcia mnie w poczet Kolegium — czego byłem niemal pewien — zgodziły się, aby chłopiec zamieszkał ze mną. Zgoda była jednak obwarowana warunkiem, iż zwolnię swe pomieszczenia w Kolegium i wynajmę mieszkanie na mieście. Tak też postąpiłem, chociaż niełatwo było znaleźć odpowiednio dobre lokum w pobliżu uniwersytetu. Teraz trzeba było zapewnić chłopcu odpowiednią opiekę na co dzień. Tu postanowiłem sobie mocno, iż mowy nie może być o kobiecie, która by mnie pouczała na temat dziecka i podkradała jego uczucia. Chłopiec był już dostatecznie duży, aby się obyć bez kobiecej pielęgnacji, zacząłem więc szukać odpowiedniego guwernera. Były pewne trudności, ale w końcu udało mi się nająć budzącego zaufanie, krągłego na twarzy młodzieńca, który pomagał w stajni, jak jednak oznajmił, miał szesnaścioro rodzeństwa i dobrze wiedział, jak opiekować się dziećmi, a na dodatek wręcz się palił, aby zająć się Leo, gdy ten przyjedzie. Zawiózłszy kufer do Londynu i złożywszy go w moim banku, zakupiłem kilka książek traktujących o wychowaniu dzieci oraz dbałości o ich zdrowie, najpierw przeczytałem je sam, potem na głos Hiobowi — tak się nazywał ów młodzian — i czekaliśmy.

Wreszcie przyjechał, w towarzystwie starszej kobiety, która przy rozstaniu gorzko się popłakała, gdyż istotnie chłopiec był piękny. Nie sądzę, bym kiedykolwiek widział bardziej urodziwe dziecko. Oczy miał szare, czoło wysokie, a już w tym wieku twarz szlachetną i jakby wyciętą w kamei, wyrazistą, bez żadnych skaz. Kto wie, czy jednak najbardziej atrakcyjne nie były włosy: złociste i lekko sfalowane. Trochę płakał, kiedy niańka wreszcie oderwała się od niego i zostawiła z nami. Nigdy nie zapomnę tej sceny: promień słoneczny z okna igra w jego złotych lokach, piąstka ociera jedno oko, podczas gdy drugie wpatruje się w nas. Siedząc w fotelu, wyciągnąłem rękę, zapraszając, aby do mnie podszedł, podczas gdy Hiob z kąta wydawał jakieś cmokające dźwięki — które jego zdaniem, czy to wynikłym z dotychczasowych doświadczeń, czy z analogii do kurcząt, miały wzbudzić zaufanie w dziecięcym umyśle — a jednocześnie kołysał do przodu i w tył wyjątkowo szkaradnego konika na biegunach. Trwało to kilka minut, aż wreszcie malec z wyciągniętymi rączkami podbiegł do mnie.

— Lubię cię — oznajmił. — Jesteś brzydki, ale dobry.

Dziesięć minut później, ze wszystkimi oznakami zadowolenia, pałaszował wielką kromkę chleba z masłem. Hiob chciał mu na to nałożyć warstwę dżemu, ale surowo przypomniałem mu znakomite prace, które czytaliśmy, a które tego zabraniały.

Niedługo potrwało i — jak się spodziewałem — zostałem przyjęty do szacownego grona, a Leo stał się ulubieńcem całego Kolegium, w którym na przekór wszystkim regułom i zakazom nieustannie pojawiał się i znikał, stając się swego rodzaju koncesjonowanym rebeliantem, na użytek którego przez palce patrzono na wszystkie przepisy. Nie da się wprost zliczyć wszystkich uchybień wobec uniwersyteckiej dyscypliny, jakie dla niego czyniono, co stało się między innymi powodem ostrej scysji między mną a pewnym wiekowym profesorem, dziś już od dawna nieżyjącym, który uchodził nie tylko za największego aroganta na całej uczelni, ale także za zagorzałego wroga dzieci. Kiedy jednak u chłopca zaczęły się powtarzać ataki niestrawności, kazałem Hiobowi zbadać tego przyczynę, której po swojej stronie nie potrafiliśmy znaleźć, i co się okazało? Otóż ów wyzbyty skrupułów starzec zwykł był zwabiać chłopca na swe pokoje, gdzie, wymógłszy na nim przyrzeczenie, iż nikomu o niczym nie powie, bez umiaru faszerował go czekoladkami o smaku brandy. „Wstydzić się pan powinien”, bez ceregieli oznajmił Hiob, „i to w pańskim wieku, kiedy mógłby już pan być dziadkiem, gdyby w odpowiednim czasie dopełnił pan swojej powinności”. Przez ową powinność rozumiał Hiob małżeństwo, a efektem wszystkiego była straszna awantura, która i mnie nie zostawiła na uboczu.

Nie ma tu jednak miejsca na rozprawianie o tych cudownych latach, do których pamięć tak chętnie powraca. Upływały rok po roku, a im więcej ich było, tym bliżsi stawaliśmy się sobie. Niewielu synów tak jest kochanych, jak ja miłowałem Leo, niewielu ojców darzonych jest uczuciem gorętszym niż to, którym on mnie darzył.

Czas upływał niepowstrzymanie, dzieciak zamienił się chłopca, chłopiec w młodzieńca, a wraz z tymi naturalnymi przemianami rosła też jego uroda. Gdy osiągnął wiek piętnastu lat, powszechnie zaczęto go w Kolegium nazywać Pięknym, mnie obdarzając przydomkiem Bestii. „Piękny i Bestia” powtarzano, widząc nas na spacerze, który odbywaliśmy codziennie. Pewnego razu Leo rzucił się na rosłego, dwa razy od niego większego pomocnika rzeźnika, gdyż ten wykrzykiwał za nami te przezwiska, i złoił go na kwaśne jabłko. Zrazu szedłem przed siebie, jak gdybym nic nie zauważył, kiedy jednak walka rozgorzała już na dobre, zawróciłem i głośno zagrzewałem Leo. Pokpiwano sobie wówczas ze mnie w Kolegium, ale na to już nic nie mogłem poradzić. Gdy chłopiec podrósł jeszcze odrobinę, studenci znaleźli dla nas nowe miana: ja zostałem Charonem, Leo zaś — Greckim Bogiem. Co do mego przydomku ograniczę się do pokornej uwagi, że nigdy nie grzeszyłem urodą, a jeśli wiek cokolwiek w tym zmieniał, to tylko na gorsze. Co zaś do Leo — trudno o akuratniejsze określenie. W wieku dwudziestu jeden lat śmiało mógł uchodzić za podobiznę młodego Apolla. Nigdy nie widziałem nikogo, kto wyglądałby piękniej od niego, ani też nikogo, kto mniej byłby tego świadom. Błyskotliwy i bystry, nie miał jednak umysłu naukowca; brak mu było odpowiedniej cierpliwości i usilności. W kwestiach edukacji przestrzegaliśmy dokładnie ojcowskich wskazań, efekty zaś, szczególnie jeśli chodzi o grekę i arabski, były zadowalające. Tego ostatniego języka nauczyłem się specjalnie po to, aby móc pomagać Leo, ale po pięciu latach znał go tak jak ja, a niewiele ustępował nauczycielowi, który kształcił nas obu. Zawsze pasjonowałem się sportem i każdej jesieni udawaliśmy się na wyprawy myśliwskie i rybackie: do Szkocji, Norwegii, a raz nawet poniosło nas do Rosji. Strzelam całkiem nieźle, ale i w tym Leo rychło mnie przewyższył.

Kiedy skończył osiemnaście lat, powróciłem do swego mieszkania w Kolegium, gdzie i on podjął studia, które ukończył trzy lata później z oceną niezłą, ale nie wybitną. Wtedy po raz pierwszy coś mu wspomniałem o jego historii i o tajemnicy, która na nas czekała. Był oczywiście niesłychanie zaciekawiony, a ja, naturalnie, musiałem mu odrzec, iż na razie większość pytań musi pozostać bez odpowiedzi. Aby zająć mu czas, zaproponowałem, żeby zajął się prawem, co też zrobił, ucząc się w Cambridge, a do Londynu wyprawiając się tylko na wieczerze.

Miałem z nim ten tylko kłopot, że wszystkie dziewczęta — jeśli nawet nie każda, to niemal każda — które go spotkały, natychmiast deklarowały, że są zakochane. Powodowało to kłopoty, o których nie będę się tu rozpisywał, chociaż wiele miałem wówczas z nimi zgryzoty.

I wreszcie nadeszły dwudzieste piąte urodziny Leo, a więc dzień, w którym się na dobre rozpoczyna ta dziwna i pod pewnymi względami straszliwa historia.

III SKORUPA AMENARTAS

Dostępne w wersji pełnej

IV SZKWAŁ

Dostępne w wersji pełnej

V GŁOWA ETIOPCZYKA

Dostępne w wersji pełnej

VI DAWNY RYTUAŁ CHRZEŚCIJAŃSKI

Dostępne w wersji pełnej

VII PIEŚNI USTANE

Dostępne w wersji pełnej

VIII UCZTA I JEJ FINAŁ

Dostępne w wersji pełnej

IX STOPY

Dostępne w wersji pełnej

X DYWAGACJE

Dostępne w wersji pełnej

XI RÓWNINA KÔR

Dostępne w wersji pełnej

XII ONA

Dostępne w wersji pełnej

XIII AYESHA ODSŁONIĘTA

Dostępne w wersji pełnej

XIV DUSZA W PIEKLE

Dostępne w wersji pełnej

XV SPRAWIEDLIWOŚĆ AYESHY

Dostępne w wersji pełnej

XVI GROBOWCE KÔR

Dostępne w wersji pełnej

XVII WAŻĄ SIĘ LOSY

Dostępne w wersji pełnej

XVIII IDŹ PRECZ

Dostępne w wersji pełnej

XIX „DAJCIE MI CZARNEGO KOZŁA!”

Dostępne w wersji pełnej

XX TRIUMF

Dostępne w wersji pełnej

XXI SPOTKANIE ŻYCIA I ŚMIERCI

Dostępne w wersji pełnej

XXII HIOB MA PRZECZUCIE

Dostępne w wersji pełnej

XXIII ŚWIĄTYNIA PRAWDY

Dostępne w wersji pełnej

XXIV PO KŁADCE

Dostępne w wersji pełnej

XXV DUCH ŻYCIA

Dostępne w wersji pełnej

XXVI CO UJRZELIŚMY

Dostępne w wersji pełnej

XXVII SKOK

Dostępne w wersji pełnej

XXVIII PRZEZ GÓRY

Dostępne w wersji pełnej

1 Zgodnie z życzeniem autora listu jego nazwisko zostało zmienione — Redaktor.

2 Co znaczy piękny i mocny, czy lepiej — piękny w swej sile.

3 Ów wspomniany przez mego przyjaciela Kallikrates był Spartaninem, a Herodot w księdze IX Dziejów mówi o nim jako niezwykle pięknym. Padł w słynnej bitwie pod Platejami (22 września 479 p.n.e.), gdy Lacedemończycy i Ateńczycy pod wodzą Pauzaniasza zwycięsko stawili czoło Persom w sile prawie trzystu tysięcy. A oto tłumaczenie odpowiedniego fragmentu: „Albowiem Kallikrates zginął poza walką; był on najpiękniejszym z ówczesnych Hellenów, jacy przybyli do obozu, nie tylko z samych Lacedemończyków, lecz i z reszty Hellenów. W chwili gdy Pauzaniasz składał ofiarę, Kallikrates stał spokojnie w szeregu i został raniony strzałą w bok. Jakoż inni już walczyli, a on, wyniesiony, walczył ze śmiercią i rzekł do Arimnestosa, obywatela platejskiego, że nie tego mu żal, iż umiera za Helladę, ale tego, że nie użył swego ramienia i że nie dokonał żadnego godnego siebie czynu, choć tak tego pragnął” (Herodot, Dzieje, tłum. S. Hammer, Warszawa 2011, s. 524). Zdaje się, iż był równie waleczny jak urodziwy, skoro powiada o nim Herodot dalej, że został pochowany pośród ?????? (młodszych mężów), w innym grobie niż reszta Spartan i heloci — L.H.H.

Tytuł oryginałuShe: A History of Adventure

Copyright © 2014 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s. j., Poznań All rights reserved

Redaktor Hanna Kossak-Nowocień

Projekt graficzny okładki Anna Damasiewicz

ISBN 978-83-778-5509-6

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

[email protected]

www.zysk.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com