Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 10 min Lektor: Jarosław Boberek

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 10 min Lektor: Jarosław Boberek

Opis ebooka On wrócił - Timur Vermes

Niemiecki bestseller, ponad 700 tys. egzemplarzy.

Prawa sprzedane do 27 krajów.

Wizyta autora w Polsce!

Prawa filmowe do tytułu sprzedane.

W 2011 roku w Berlinie niespodziewanie pojawia się Adolf Hitler, który w tajemniczych okolicznościach budzi się na jednej z miejskich ławek wśród całkiem obcej dla siebie rzeczywistości zjednoczonych Niemiec rządzonych przez Angelę Merkel.

Opinie o ebooku On wrócił - Timur Vermes

Fragment ebooka On wrócił - Timur Vermes

Ti­mur Ver­mes

On wró­cił

Prze­ło­ży­ła Eli­za Borg

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Er ist wie­der da

Co­py­ri­ght © 2012 by Ba­stei Lüb­be AG

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Eli­za Borg, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Przebudzenie w Niemczech

Naj­bar­dziej za­sko­czył mnie chy­ba na­ród. Wszak osta­tecz­nie uczy­ni­łem na­praw­dę wszyst­ko, co w ludz­kiej mocy, by na tej zie­mi, zbez­czesz­czo­nej przez wro­ga, znisz­czyć pod­sta­wy jego dal­szej eg­zy­sten­cji: mo­sty, si­łow­nie, uli­ce, dwor­ce, roz­ka­za­łem znisz­cze­nie tego wszyst­kie­go. Te­raz wy­czy­ta­łem też, kie­dy to się sta­ło – w mar­cu, i są­dzę, że w tej kwe­stii wy­ra­zi­łem się do­sta­tecz­nie ja­sno. Znisz­czo­ne mia­ły być wszyst­kie in­sta­la­cje, wo­do­cią­gi, sieć te­le­fo­nicz­na, go­spo­dar­stwa chłop­skie, wszel­kie war­to­ści trwa­łe, wszyst­ko, a kie­dy mó­wi­łem wszyst­ko, mia­ło to zna­czyć: wszyst­ko! W tej kwe­stii trze­ba po­stę­po­wać skru­pu­lat­nie, nie ma pra­wa po­ja­wić się przy ta­kim roz­ka­zie żad­na wąt­pli­wość, zna­ne są wszak sy­tu­acje, że gdzieś tam na po­ste­run­ku pro­sty żoł­nierz, któ­re­mu ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów bra­ku­je ro­ze­zna­nia na jego od­cin­ku fron­tu, wie­dzy o stra­te­gicz­nych i tak­tycz­nych uwa­run­ko­wa­niach, że więc przy­cho­dzi taki i pyta: „No to jak, czy ja na­praw­dę mu­szę pod­pa­lić ten, daj­my na to, kiosk tu­taj? Czy nie mógł­by on wpaść w ręce wro­ga? Czy sta­ło­by się coś złe­go, gdy­by ten kiosk wpadł w ręce wro­ga?”. Na­tu­ral­nie, że by się sta­ło! Wróg prze­cież tak­że czy­ta ga­ze­ty! Han­dlu­je nimi, i wy­ce­lu­je ten kiosk prze­ciw­ko nam, ze wszyst­kim, co w nim za­sta­nie! Na­le­ży znisz­czyć wszel­kie, pod­kre­ślam raz jesz­cze, wszel­kie war­to­ści trwa­łe, i to nie tyl­ko domy, tak­że drzwi. I klam­ki. A po­tem jesz­cze śru­by, i to nie tyl­ko te więk­sze. Śru­by trze­ba wy­krę­cić, a na­stęp­nie bez­li­to­śnie po­giąć. A drzwi zmie­lić, na tro­ci­ny. A po­tem spa­lić. In­a­czej bo­wiem wróg, jak gdy­by nig­dy nic, bę­dzie so­bie przez nie wcho­dził i wy­cho­dził, jak mu się żyw­nie spodo­ba. Ale z po­psu­tą klam­ką i ster­tą po­gię­tych śrub oraz kupą po­pio­łu to ja ży­czę panu Chur­chil­lo­wi we­so­łej za­ba­wy! W każ­dym ra­zie te wy­mo­gi to bru­tal­na kon­se­kwen­cja woj­ny, to było dla mnie od za­wsze ja­sne, i dla­te­go też mój roz­kaz nie mógł ab­so­lut­nie brzmieć in­a­czej, na­wet je­śli u jego pod­staw le­ża­ło co in­ne­go.

W każ­dym ra­zie na po­cząt­ku.

Trud­no już było za­prze­czać, że na­ród nie­miec­ki w ostat­nim okre­sie epic­kich zma­gań z An­gli­kiem, z bol­sze­wi­zmem i im­pe­ria­li­zmem oka­zał się słab­szy i tym sa­mym z wła­snej winy utra­cił pra­wo do dal­szej eg­zy­sten­cji, na­wet na naj­bar­dziej pry­mi­tyw­nym po­zio­mie my­śli­stwa i zbie­rac­twa, mó­wię to wprost: utra­cił. Przez to za­prze­pa­ścił też wszel­kie pra­wo do wo­do­cią­gów, mo­stów, ulic. I do kla­mek. Dla­te­go wy­da­łem taki roz­kaz, a tro­chę tak­że dla ca­ło­ści ob­ra­zu, gdyż na­tu­ral­nie od cza­su do cza­su zda­rza­ło mi się wte­dy zro­bić kil­ka kro­ków przed Kan­ce­la­rią Rze­szy i wo­kół niej, i nie­odwo­łal­nie na­le­ży przy­jąć do wia­do­mo­ści rzecz na­stę­pu­ją­cą: Ame­ry­ka­nin czy An­glik, już tam oni ze swo­imi la­ta­ją­cy­mi for­te­ca­mi wy­ko­na­li za nas na znacz­nych ob­sza­rach spo­ro pra­cy w kwe­stii mo­je­go roz­ka­zu. Na­tu­ral­nie w póź­niej­szym okre­sie nie nad­zo­ro­wa­łem jego re­ali­za­cji we wszyst­kich szcze­gó­łach. Nie­trud­no zro­zu­mieć, że by­łem bar­dzo za­ję­ty, roz­bi­cie Ame­ry­ka­ni­na na Za­cho­dzie, od­par­cie Ro­sja­ni­na na Wscho­dzie, dal­szy urba­ni­stycz­ny roz­wój świa­to­wej sto­li­cy Ger­ma­nii, i tak da­lej, ale z po­zo­sta­ły­mi jesz­cze klam­ka­mi nie­miec­ki We­hr­macht we­dług mo­je­go ro­ze­zna­nia po­wi­nien był so­bie dać radę. I w ta­kim sen­sie ten na­ród wła­ści­wie nie miał już pra­wa ist­nieć.

Ale, jak stwier­dzam obec­nie, cią­gle jesz­cze ist­nie­je.

I po­nie­kąd jest to dla mnie nie­zro­zu­mia­łe.

Z dru­giej stro­ny: ja też ist­nie­ję, i sam tego za bar­dzo nie ro­zu­miem.

1

Pamię­tam, że się obu­dzi­łem, mo­gło być chy­ba wcze­sne po­po­łu­dnie. Otwo­rzy­łem oczy, zo­ba­czy­łem nad sobą nie­bo. Było błę­kit­ne, lek­ko za­chmu­rzo­ne, po­wie­trze cie­płe, i na­tych­miast uzmy­sło­wi­łem so­bie, że jak na kwie­cień jest zbyt cie­pło. Moż­na by nie­mal po­wie­dzieć – go­rą­co. Było sto­sun­ko­wo ci­cho, nie wi­dzia­łem nad sobą żad­ne­go wro­gie­go sa­mo­lo­tu, nie sły­sza­łem grzmo­tu dział, żad­nych po­ci­sków eks­plo­du­ją­cych w po­bli­żu ani sy­ren alar­mo­wych. Za­re­je­stro­wa­łem tak­że to: nie było Kan­ce­la­rii Rze­szy ani bun­kra Füh­re­ra. Prze­krę­ci­łem gło­wę, zo­ba­czy­łem, że leżę na zie­mi na ja­kiejś nie­za­bu­do­wa­nej par­ce­li, oto­czo­nej ścia­na­mi są­sied­nich do­mów, wy­bu­do­wa­nych z ce­gieł, czę­ścio­wo po­ma­za­nych przez ja­kichś bru­da­sów, od razu się zde­ner­wo­wa­łem i spon­ta­nicz­nie po­sta­no­wi­łem we­zwać Dönit­za. W pierw­szym mo­men­cie, jak­by w pół­śnie, po­my­śla­łem na­wet, czyż­by Dönitz też tu gdzieś le­żał, ale po­tem zwy­cię­ży­ła dys­cy­pli­na i lo­gi­ka, i bły­ska­wicz­nie ogar­ną­łem nie­zwy­kłość sy­tu­acji: za­zwy­czaj nie bi­wa­ku­ję pod go­łym nie­bem.

Naj­pierw za­czą­łem się za­sta­na­wiać: co ro­bi­łem wie­czo­rem po­przed­nie­go dnia? Nad­mier­ne spo­ży­cie al­ko­ho­lu mo­głem po­mi­nąć, w koń­cu nie piję. Przy­po­mnia­łem so­bie, że ostat­nio sie­dzia­łem z Evą na so­fie, przy­kry­tej kapą. Pa­mię­ta­łem tak­że, że ja, czy też my, sie­dzie­li­śmy tam w nie­ja­kiej bez­tro­sce i we­dle mo­jej wie­dzy po­sta­no­wi­łem, że spra­wy pań­stwo­we raz mogą tro­chę po­cze­kać, nie mia­łem żad­nych dal­szych pla­nów na wie­czór, wyj­ście do re­stau­ra­cji czy do kina z oczy­wi­stych wzglę­dów nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę, ofer­ta roz­ryw­ko­wa sto­li­cy Rze­szy w tym mo­men­cie, w znacz­nej mie­rze rów­nież zgod­nie z moim roz­ka­zem, była już po­myśl­nie uszczu­plo­na. Nie po­tra­fi­łem stwier­dzić z ab­so­lut­ną pew­no­ścią, czy w naj­bliż­szych dniach do mia­sta wej­dzie Sta­lin, na tym eta­pie dzia­łań wo­jen­nych nie moż­na było tego cał­ko­wi­cie wy­klu­czyć. Ale jed­no mo­głem po­wie­dzieć z ca­łym prze­ko­na­niem: po­dob­nie jak w Sta­lin­gra­dzie,ra­czej na próż­no szu­kał­by tu­taj ki­ne­ma­to­gra­fu. Wy­da­je mi się, że tro­chę jesz­cze ga­wę­dzi­li­śmy, Eva i ja, po­ka­za­łem jej swój sta­ry pi­sto­let, dal­sze szcze­gó­ły umknę­ły mi z pa­mię­ci, gdy się prze­bu­dzi­łem. Tak­że dla­te­go, że od­czu­wa­łem ból gło­wy. Nie, przy­po­mnie­nie po­przed­nie­go wie­czo­ru nie po­su­nę­ło mnie da­lej.

Po­sta­no­wi­łem za­tem prze­jąć ini­cja­ty­wę i zo­rien­to­wać się bli­żej w mo­jej sy­tu­acji. W ży­ciu na­uczy­łem się ob­ser­wo­wać, przy­glą­dać się, do­strze­gać na­wet naj­drob­niej­sze szcze­gó­ły, któ­re nie­je­den ma­gi­ster po stu­diach lek­ce­wa­ży, wręcz igno­ru­je. Ja na­to­miast, dzię­ki dłu­go­let­niej że­la­znej dys­cy­pli­nie, z czy­stym su­mie­niem mogę po­wie­dzieć o so­bie, że w ob­li­czu kry­zy­su za­cho­wu­ję jesz­cze zim­niej­szą krew, sta­ję się jesz­cze roz­waż­niej­szy, a moje zmy­sły się wy­ostrza­ją. Dzia­łam spo­koj­nie, pre­cy­zyj­nie, jak ma­szy­na. Me­to­dycz­nie pod­su­mo­wu­ję in­for­ma­cje, któ­ry­mi dys­po­nu­ję: Leżę na zie­mi. Wo­kół mnie wa­la­ją się śmie­cie, ro­sną chwa­sty, ja­kieś ba­dy­le, gdzie­nieg­dzie krza­ki, wi­dzę też sto­krot­ki i mlecz. Sły­szę gło­sy, nie są zbyt od­le­głe, ja­kieś okrzy­ki, po­wta­rza­ją­cy się od­głos zde­rza­nia ze sobą, spo­glą­dam w kie­run­ku tych dźwię­ków, po­cho­dzą od kil­ku chło­pa­ków, któ­rzy gra­ją tam w pił­kę noż­ną. Mają chy­ba wię­cej niż czter­na­ście lat, a więc to już nie pimp­fy, moje naj­młod­sze zu­chy, a na Volks­sturm, obro­nę te­ry­to­rial­ną, chy­ba jesz­cze za mło­dzi, przy­pusz­czal­nie są w Hi­tler­ju­gend, ale naj­wi­docz­niej w obec­nej chwi­li nie na służ­bie, za­pew­ne wróg zro­bił so­bie prze­rwę na od­po­czy­nek. Ja­kiś ptak po­ru­sza się wśród li­sto­wia, ćwier­ka, śpie­wa. Dla co po­nie­któ­rych to tyl­ko ozna­ka po­god­ne­go na­stro­ju, ale w tej nie­pew­nej sy­tu­acji, zda­ny na ja­ką­kol­wiek, choć­by naj­drob­niej­szą in­for­ma­cję, znaw­ca na­tu­ry i co­dzien­nej wal­ki o prze­trwa­nie po­tra­fi wy­cią­gnąć wnio­sek, że w po­bli­żu nie prze­by­wa­ją żad­ne dra­pież­ni­ki. Bez­po­śred­nio obok mo­jej gło­wy znaj­du­je się ka­łu­ża, wy­da­je się w sta­dium wy­sy­cha­nia, ostat­ni raz za­pew­ne pa­da­ło do­syć daw­no. Na jej skra­ju leży moja woj­sko­wa czap­ka z dasz­kiem. W taki spo­sób pra­cu­je mój wy­ćwi­czo­ny umysł i tak też pra­co­wał w tej de­pry­mu­ją­cej chwi­li.

Usia­dłem. Uda­ło mi się to bez pro­ble­mu, po­ru­szy­łem no­ga­mi, rę­ka­mi, pal­ca­mi, wy­glą­da­ło na to, że nie mam żad­nych ob­ra­żeń, stan fi­zycz­ny za­do­wa­la­ją­cy, by­łem też chy­ba cał­ko­wi­cie zdrów, po­mi­ja­jąc ból gło­wy, na­wet drże­nie ręki jak­by nie­mal cał­ko­wi­cie ustą­pi­ło. Spoj­rza­łem po so­bie. By­łem ubra­ny, mia­łem na so­bie uni­form, żoł­nier­ski mun­dur. Nie­co brud­ny, acz­kol­wiek nie za­nad­to, co ozna­cza, że nie by­łem za­sy­pa­ny. Znaj­do­wa­ła się na nim zie­mia, zda­je mi się też, że ja­kieś okrusz­ki, cia­sto czy coś po­dob­ne­go. Ma­te­riał czuć było sil­nie pa­li­wem. Nie­wy­klu­czo­ne, że ben­zy­ną, co mo­gło brać się stąd, że Eva być może pró­bo­wa­ła wy­czy­ścić mój mun­dur, tyle że uży­ła prze­sad­nie dużo ben­zy­ny, moż­na by po­my­śleć, że wy­la­ła na mnie cały ka­ni­ster. Jej sa­mej nie było, wy­glą­da­ło na to, że mój sztab w tym mo­men­cie tak­że nie znaj­do­wał się w po­bli­żu. Otrze­pa­łem z grub­sza mun­dur, rę­ka­wy, gdy do mo­ich uszu do­szedł ja­kiś głos.

– Hej, sta­ry, po­patrz!

– Hej, a co to za sie­ro­ta?

Zda­je się, że spra­wia­łem wra­że­nie oso­by po­trze­bu­ją­cej po­mo­cy, tych trzech chło­pa­ków z Hi­tler­ju­gend wzo­ro­wo to roz­po­zna­ło. Prze­rwa­li grę w pił­kę, zbli­ży­li się z re­spek­tem, to zro­zu­mia­łe, prze­żyć tak nie­ocze­ki­wa­ne, z bli­ska, spo­tka­nie z Füh­re­rem Rze­szy Nie­miec­kiej, na tym ugo­rze, wy­ko­rzy­sty­wa­nym za­zwy­czaj na sport i wzmac­nia­nie tę­ży­zny fi­zycz­nej, po­śród mle­czy i sto­kro­ci, to rów­nież dla mło­de­go, jesz­cze nie w peł­ni doj­rza­łe­go męż­czy­zny nie­zwy­kła od­mia­na w jego ryt­mie dnia, mimo to nie­wiel­ka gro­mad­ka przy­bie­gła, po­dob­na char­tom, go­to­wa po­móc. Mło­dzież to przy­szłość!

Chłop­cy sku­pi­li się w pew­nej od­le­gło­ści ode mnie, przy­glą­da­li mi się bacz­nie, po czym naj­wyż­szy spo­śród nich, wi­docz­nie füh­rer ich gro­ma­dy, zwró­cił się do mnie:

– Wszyst­ko okej, mi­strzu?

Przy ca­łym moim za­nie­po­ko­je­niu zmu­szo­ny by­łem za­re­je­stro­wać kom­plet­ny brak Nie­miec­kie­go Po­zdro­wie­nia „Heil Hi­tler”. Za­pew­ne temu na­der nie­for­mal­ne­mu zwró­ce­niu się do mnie, po­my­le­niu „mi­strza” i „Füh­re­ra”, win­ne było za­sko­cze­nie. W ja­kiejś in­nej, mniej pe­szą­cej sy­tu­acji mo­gło­by to ewen­tu­al­nie wy­wo­łać mi­mo­wol­ną we­so­łość, jak to na­wet pod­czas naj­sroż­szej sta­lo­wej na­wał­ni­cy w oko­pach zda­rza­ją się naj­dziw­niej­sze fi­gle, jed­nak­że żoł­nierz musi wszak i w nad­zwy­czaj­nych sy­tu­acjach wy­ka­zy­wać okre­ślo­ne au­to­ma­ty­zmy, to jest isto­ta dry­lu – gdy ta­kich au­to­ma­ty­zmów brak, to cała ar­mia nie jest war­ta fun­ta kła­ków. Po­wsta­łem, nie było to cał­kiem ła­twe, naj­wi­docz­niej le­ża­łem tu już od dłuż­sze­go cza­su. Mimo to ob­cią­gną­łem blu­zę od mun­du­ru, pa­ro­ma lek­ki­mi strzep­nię­cia­mi oczy­ści­łem z grub­sza no­gaw­ki. Po­tem od­chrząk­ną­łem i za­py­ta­łem füh­re­ra gro­ma­dy:

– Gdzie jest Bor­mann?

– A co to za je­den?

To było nie­po­ję­te.

– Bor­mann! Mar­tin!

– Nie znam.

– W ży­ciu nie sły­sza­łem.

– A jak on niby wy­glą­da?

– Jak Re­ich­sle­iter, do pio­ru­na!

Coś tu się ab­so­lut­nie nie zga­dza­ło. Wpraw­dzie, jak wi­dać, znaj­do­wa­łem się wciąż jesz­cze w Ber­li­nie, jed­nak naj­wy­raź­niej po­zba­wio­ny ca­łe­go apa­ra­tu wła­dzy. Mu­sia­łem do­stać się pil­nie do bun­kra Füh­re­ra, a obec­na tu mło­dzież, tyle było dla mnie ja­sne, nie mo­gła sta­no­wić wiel­kiej po­mo­cy. Naj­pierw trze­ba było od­na­leźć dro­gę. Ano­ni­mo­wy te­ren, na któ­rym się zna­la­złem, mógł być wszę­dzie w mie­ście. Ale po­trze­bo­wa­łem tyl­ko wyjść na uli­cę, pod­czas tej naj­wi­docz­niej prze­cią­ga­ją­cej się prze­rwy w wy­mia­nie ognia na ze­wnątrz bę­dzie chy­ba do­syć prze­chod­niów – lu­dzi pra­cy, tak­sów­ka­rzy – żeby wska­zać mi dro­gę.

Przy­pusz­czal­nie nie wy­da­łem się mło­dym z Hi­tler­ju­gend do­sta­tecz­nie bez­rad­ny, spra­wia­li wra­że­nie, jak­by chcie­li wró­cić do gry w pił­kę, w każ­dym ra­zie ten naj­wyż­szy od­wró­cił się te­raz do swych to­wa­rzy­szy, dzię­ki cze­mu zdo­ła­łem od­czy­tać jego na­zwi­sko, któ­re mat­ka wy­szy­ła mu na ja­skra­wej spor­to­wej ko­szul­ce.

– Hi­tler­jun­ge Ro­nal­do! Jak dojść do uli­cy?

Re­ak­cja była mi­zer­na. Mu­szę nie­ste­ty stwier­dzić, że od­dział wła­ści­wie mnie nie po­słu­chał, ale je­den z dwóch młod­szych, od­cho­dząc, bez po­śpie­chu wska­zał ra­mie­niem na róg par­ce­li, gdzie przy bliż­szym przyj­rze­niu się fak­tycz­nie ry­so­wa­ło się ja­kieś przej­ście. W my­ślach od­no­to­wa­łem so­bie coś w sen­sie „usu­nąć Ru­sta”, czło­wiek od 1933 roku spra­wo­wał swój urząd, a prze­cież, zwłasz­cza w edu­ka­cji, na ta­kie za­nie­dba­nia nie ma miej­sca. Jak mło­dy żoł­nierz ma od­na­leźć zwy­cię­ską dro­gę do Mo­skwy, do ser­ca bol­sze­wi­zmu, je­śli nie roz­po­zna­je na­wet swe­go wła­sne­go na­czel­ne­go wo­dza!

Schy­li­łem się, pod­nio­słem czap­kę i na­ło­żyw­szy ją, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem uda­łem się we wska­za­nym kie­run­ku. Do­sze­dłem do rogu, na­stęp­nie wą­skim przej­ściem po­dą­ża­łem mię­dzy wy­so­ki­mi mu­ra­mi, na któ­rych koń­cu wi­dzia­łem prze­świt. Pło­chli­wy kot prze­mknął przy ścia­nie obok mnie, był ła­cia­ty i za­nie­dba­ny, po­tem zro­bi­łem jesz­cze czte­ry, pięć kro­ków i wy­sze­dłem na uli­cę.

Dech mi za­par­ło na wi­dok po­tęż­ne­go na­po­ru świa­teł i ko­lo­rów.

Przy­po­mnia­łem so­bie, że ostat­nio wi­dzia­łem to mia­sto cał­kiem sza­re od pyłu, czy też feld­grau, a tak­że ze spo­ry­mi hał­da­mi gru­zów i uszko­dze­nia­mi. Jed­nak­że te­raz moje oczy ni­cze­go ta­kie­go nie uj­rza­ły. Gru­zy zni­kły, albo przy­najm­niej zo­sta­ły sta­ran­nie usu­nię­te, uli­ce uprząt­nię­to. Za­miast tego na po­bo­czach sta­ły licz­ne, ba, nie­zli­czo­ne wozy we wszyst­kich ko­lo­rach, za­pew­ne au­to­mo­bi­le, tyle że mniej­sze, ale mimo to przy ich pro­jek­to­wa­niu głów­ną rolę mu­sia­ły chy­ba od­gry­wać za­kła­dy Mes­ser­sch­mit­ta, ta­kie no­wo­cze­sne spra­wia­ły wra­że­nie. Domy były po­rząd­nie po­ma­lo­wa­ne, na róż­ne ko­lo­ry, nie­któ­re przy­po­mi­na­ły mi ła­ko­cie z cza­sów mo­jej mło­do­ści. Przy­zna­ję, że za­krę­ci­ło mi się tro­chę w gło­wie. Mój wzrok szu­kał cze­goś zna­jo­me­go, zo­ba­czy­łem odra­pa­ną ław­kę na pa­sie zie­le­ni po dru­giej stro­nie jezd­ni, zro­bi­łem parę kro­ków, i nie wsty­dzę się po­wie­dzieć, że mo­gły one spra­wiać wra­że­nie odro­bi­nę nie­pew­nych. Usły­sza­łem dzwo­nie­nie, tar­cie gumy po as­fal­cie, a po­tem ktoś za­czął na mnie krzy­czeć.

– Ży­jesz, dzia­du? Śle­py je­steś czy jak?

– Ja… pro­szę o wy­ba­cze­nie… – usły­sza­łem sie­bie mó­wią­ce­go te sło­wa, prze­ra­żo­ny i jed­no­cze­śnie z ulgą. Obok mnie stał ro­we­rzy­sta, przy­najm­niej ten wi­dok był mi sto­sun­ko­wo zna­jo­my, na­wet w dwój­na­sób. Woj­na jed­nak mu­sia­ła trwać nadal, bo tam­ten dla ochro­ny no­sił moc­no chy­ba uszko­dzo­ny przez wcze­śniej­sze ata­ki, wła­ści­wie zu­peł­nie po­dziu­ra­wio­ny hełm.

– Jak ty w ogó­le le­ziesz!

– Ja… prze­pra­szam, mu­szę… usiąść.

– Le­piej się po­łóż. I to na dłu­żej!

Po­szu­ka­łem schro­nie­nia na par­ko­wej ław­ce, by­łem zda­je się tro­chę bla­dy, gdy na nią opa­da­łem. Tak­że ten mło­dy czło­wiek naj­wy­raź­niej mnie nie roz­po­znał. Zno­wu za­bra­kło Nie­miec­kie­go Po­zdro­wie­nia, re­ak­cja cy­kli­sty była taka, jak gdy­by po­trą­cił ja­kie­goś zwy­kłe­go, pierw­sze­go lep­sze­go prze­chod­nia. I ten brak sub­or­dy­na­cji zda­wał się tu wszech­obec­ną prak­ty­ką: ja­kiś star­szy pan mi­nął mnie, po­trzą­sa­jąc gło­wą, dama o ob­fi­tych kształ­tach z fu­tu­ry­stycz­nym wóz­kiem dzie­cię­cym – ko­lej­ny zna­jo­my ele­ment, ale i to nie zdo­ła­ło spra­wić, by po­ja­wi­ło się ja­kieś nowe wyj­ście z mo­jej roz­pacz­li­wej sy­tu­acji. Pod­nio­słem się i pod­sze­dłem do niej, usi­łu­jąc za­cho­wać zde­cy­do­wa­ną po­sta­wę.

– Prze­pra­szam, za­pew­ne to pa­nią za­sko­czy, ale… po­trze­bu­ję na­tych­miast naj­krót­szej dro­gi do Kan­ce­la­rii Rze­szy.

– Pan jest od Ste­fa­na Ra­aba?

– Słu­cham?

– No tego z te­le­wi­zji. Albo od tego dru­gie­go, Ker­ke­lin­ga? A może od Ha­ral­da Schmid­ta?

Win­ne było za­pew­ne moje zde­ner­wo­wa­nie, ale tro­chę się roz­gnie­wa­łem i chwy­ci­łem ją za ra­mię.

– Ko­bie­to, niech się pani weź­mie w garść! Ma pani obo­wiąz­ki jako to­wa­rzysz­ka na­ro­do­wa! Jest woj­na! Jak pani my­śli, co Ro­sja­nin z pa­nią zro­bi, jak się tu zja­wi? Wie­rzy pani, że Ro­sja­nin rzu­ci okiem na pani dziec­ko i po­wie, oho, cóż to za świe­że nie­miec­kie dziew­czę, ale ze wzglę­du na dziec­ko za­cho­wam moje ni­skie in­stynk­ty w spodniach? Dal­sze ist­nie­nie Na­ro­du Nie­miec­kie­go, czy­stość krwi, prze­trwa­nie ludz­ko­ści roz­strzy­ga się w tych go­dzi­nach, w tych dniach, chce pani po­no­sić przed hi­sto­rią od­po­wie­dzial­ność za kres cy­wi­li­za­cji tyl­ko dla­te­go, że w swej nie­sły­cha­nej tę­po­cie nie jest pani go­to­wa wska­zać Füh­re­ro­wi Rze­szy Nie­miec­kiej dro­gi do Kan­ce­la­rii Rze­szy?

Wła­ści­wie już mnie nie zdzi­wi­ło, że nie do­cze­ka­łem się żad­nej re­ak­cji. Ta idiot­ka wy­rwa­ła swój rę­kaw z mo­je­go uści­sku, po­pa­trzy­ła na mnie osłu­pia­ła i pła­ską dło­nią wy­ko­na­ła kil­ka ko­li­stych ru­chów mię­dzy swo­ją i moją gło­wą, gest jaw­nej dez­apro­ba­ty. Trud­no już było za­prze­czać, że coś się tu cał­ko­wi­cie wy­mknę­ło spod kon­tro­li. Nie by­łem trak­to­wa­ny jak głów­no­do­wo­dzą­cy ar­mią, jak Füh­rer Rze­szy. Chło­pa­ki od pił­ki noż­nej, star­szy pan, ro­we­rzy­sta, ko­bie­ta z wóz­kiem – to nie mógł być przy­pa­dek. W na­tych­mia­sto­wym od­ru­chu chcia­łem po­wia­do­mić or­ga­ny bez­pie­czeń­stwa, by za­dba­ły o przy­wró­ce­nie po­rząd­ku. Jed­nak­że po­ha­mo­wa­łem się. Nie mia­łem do­sta­tecz­nej wie­dzy o swo­im po­ło­że­niu. Po­trze­bo­wa­łem wię­cej in­for­ma­cji.

Mój z po­wro­tem pra­cu­ją­cy me­to­dycz­nie umysł z lo­do­wa­tą pre­cy­zją zre­ka­pi­tu­lo­wał stan rze­czy. Znaj­do­wa­łem się w Niem­czech, w Ber­li­nie, na­wet je­śli mia­sto wy­da­wa­ło mi się cał­ko­wi­cie obce. Te Niem­cy były inne, ale w nie­któ­rych szcze­gó­łach przy­po­mi­na­ły Rze­szę, jaką zna­łem: byli jesz­cze ro­we­rzy­ści, były au­to­mo­bi­le, a więc przy­pusz­czal­nie były też ga­ze­ty. Ro­zej­rza­łem się. W rze­czy sa­mej, pod moją ław­ką le­ża­ło coś, co przy­po­mi­na­ło ga­ze­tę, jak­kol­wiek za­dru­ko­wa­ną nie­co zbyt prze­sad­nie. Pi­smo było ko­lo­ro­we, zu­peł­nie mi nie­zna­ne, na­zy­wa­ło się „Me­dia Markt”, mimo naj­szczer­szych chę­ci nie mo­głem so­bie przy­po­mnieć, że­bym wy­dał zgo­dę na coś po­dob­ne­go, zresz­tą nig­dy bym jej nie wy­dał. In­for­ma­cje w nim były cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­mia­łe. Wez­brał we mnie gniew na to, jak w cza­sach de­fi­cy­tu pa­pie­ru moż­na bez­pow­rot­nie trwo­nić cen­ne za­so­by na­ro­do­we na ta­kie idio­tycz­ne pa­skudz­two. Funk może się szy­ko­wać na re­pry­men­dę, kie­dy już zno­wu za­sią­dę za swo­im biur­kiem. Ale te­raz po­trze­bo­wa­łem ga­ze­ty z wia­ry­god­ny­mi in­for­ma­cja­mi, naj­le­piej „Völ­ki­scher Be­obach­ter” albo „Stür­me­ra”, na po­czą­tek za­do­wo­lił­bym się na­wet bo­jo­wym or­ga­nem obroń­ców Ber­li­na „Pan­zer­bär”. Nie­da­le­ko znaj­do­wał się kiosk, i na­wet z pew­nej od­le­gło­ści zda­wał się ofe­ro­wać zdu­mie­wa­ją­cy asor­ty­ment. Moż­na by po­my­śleć, że znaj­du­je­my się w cza­sach naj­głęb­sze­go, naj­bar­dziej zgni­łe­go po­ko­ju! Pod­nio­słem się nie­cier­pli­wie. Stra­ci­łem już zbyt dużo cza­su, na­le­ża­ło szyb­ko przy­wró­cić po­rzą­dek. Od­dział cze­kał na roz­ka­zy, moż­li­we, że gdzie in­dziej stwier­dzi­li już moją nie­obec­ność. Ru­szy­łem żywo w stro­nę kio­sku.

Już pierw­szy rzut oka do­star­czył in­te­re­su­ją­cych in­for­ma­cji. Na ze­wnętrz­nej ścia­nie kio­sku wi­sia­ły licz­ne ko­lo­ro­we pi­sma w ję­zy­ku tu­rec­kim. Naj­wi­docz­niej nie­daw­no prze­by­wa­ło tu wie­lu Tur­ków. W cza­sie gdy le­ża­łem bez przy­tom­no­ści, mu­siał mi umknąć dłuż­szy okres, w któ­rym w Ber­li­nie po­ja­wi­li się licz­nie przy­by­sze z Tur­cji. To da­wa­ło do my­śle­nia. Ostat­ni­mi cza­sy Tu­rek, w grun­cie rze­czy wier­ny po­moc­nik Na­ro­du Nie­miec­kie­go, mimo na­szych znacz­nych wy­sił­ków wciąż po­zo­sta­wał neu­tral­ny, nig­dy nie uda­ło się go na­kło­nić do przy­stą­pie­nia do woj­ny po stro­nie Rze­szy. Te­raz jed­nak wy­glą­da­ło na to, że ktoś, praw­do­po­dob­nie Dönitz, pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści mu­siał prze­ko­nać Tur­ka, by nas wsparł. A ra­czej po­god­ny na­strój na uli­cach po­zwa­lał wnio­sko­wać, że wkro­cze­nie Tur­ka do ak­cji przy­nio­sło, jak się zda­je, za­sad­ni­czy zwrot w prze­bie­gu woj­ny. Zdu­mia­łem się. Owszem, za­wsze re­spek­to­wa­łem Tur­ka, nie­mniej o ta­kie osią­gnię­cia bym go nie po­dej­rze­wał, z dru­giej stro­ny z bra­ku cza­su nie by­łem w sta­nie szcze­gó­ło­wo śle­dzić roz­wo­ju tego kra­ju. Re­for­my Ke­ma­la Ata­tür­ka mu­sia­ły mu nadać wręcz sen­sa­cyj­ny roz­pęd. To był naj­pew­niej ów cud, z któ­rym Go­eb­bels za­wsze tak kur­czo­wo wią­zał swo­je na­dzie­je. Ser­ce za­bi­ło mi go­rą­cą uf­no­ścią. Opła­ci­ło się, że ja, że Rze­sza, tak­że w go­dzi­nie rze­ko­mej naj­czar­niej­szej nocy nig­dy nie po­rzu­ci­li­śmy wia­ry w osta­tecz­ne zwy­cię­stwo. Czte­ry czy pięć róż­nych ko­lo­ro­wych pu­bli­ka­cji w ję­zy­ku tu­rec­kim da­wa­ło oczy­wi­ste świa­dec­two tej no­wej, tej zwy­cię­skiej osi Ber­lin–An­ka­ra. Te­raz, gdy moja naj­więk­sza tro­ska, tro­ska o po­myśl­ność Rze­szy, w tak nie­spo­dzie­wa­ny spo­sób zda­wa­ła się uśmie­rzo­na, mu­sia­łem się jesz­cze tyl­ko do­wie­dzieć, ile cza­su stra­ci­łem w tym oso­bli­wym sta­nie nie­świa­do­mo­ści na le­żą­cym odło­giem te­re­nie mię­dzy do­ma­mi. Ga­ze­ty „Völ­ki­scher Be­obach­ter” nie za­uwa­ży­łem, pew­nie lu­dzie już wy­ku­pi­li, to­też rzu­ci­łem okiem na na­stęp­ną, spra­wia­ją­cą bar­dziej swoj­skie wra­że­nie, nie­ja­ką „Frank­fur­ter Al­l­ge­me­ine Ze­itung”. Nie zna­łem jej, jed­nak­że w po­rów­na­niu z pa­ro­ma in­ny­mi, któ­re tam wi­sia­ły, ten wzbu­dza­ją­cy za­ufa­nie, dru­ko­wa­ny go­tyc­ką czcion­ką ty­tuł na­wet mnie ucie­szył. Po­mi­ja­łem in­for­ma­cje, szu­ka­łem tyl­ko ak­tu­al­nej daty.

Wid­nia­ło tam: 30 sierp­nia.

2011 roku.

Spo­glą­da­łem na te cy­fry z nie­do­wie­rza­niem, wy­trą­co­ny z rów­no­wa­gi. Skie­ro­wa­łem wzrok na inną ga­ze­tę, „Ber­li­ner Ze­itung”, tak­że z nie­na­gan­nym, nie­miec­kim kro­jem li­ter, i po­szu­ka­łem daty.

2011

Wy­szarp­ną­łem ga­ze­tę ze sto­ja­ka, otwo­rzy­łem ją, prze­wró­ci­łem na na­stęp­ną stro­nę i jesz­cze jed­ną.

2011

Zo­ba­czy­łem, jak licz­ba za­czy­na mi tań­czyć przed oczy­ma, jak­by szy­der­czo. Po­ru­sza­ła się z wol­na w lewo, po­tem szyb­ciej w pra­wo, na­stęp­nie jesz­cze szyb­ciej z po­wro­tem, jak­by fa­lu­jąc, jak lu­bią to czy­nić masy ludz­kie w na­mio­tach piw­nych. Mój wzrok usi­ło­wał za nią na­dą­żyć, po­chwy­cić ją, a po­tem ga­ze­ta wy­śli­znę­ła mi się z rąk. Czu­łem, jak pa­dam gło­wą w przód, na próż­no szu­ka­jąc opar­cia w in­nych ga­ze­tach na sto­ja­ku, cze­pia­jąc się ich, pa­da­łem na zie­mię.

A po­tem zro­bi­ło mi się czar­no przed oczy­ma.

2

Kiedy do­sze­dłem do sie­bie, le­ża­łem na zie­mi.

Ktoś po­ło­żył mi na czo­le coś mo­kre­go.

– Do­brze się pan czu­je?

Nade mną po­chy­lał się ja­kiś męż­czy­zna, mógł mieć czter­dzie­ści pięć lat, a może i po­nad pięć­dzie­siąt. Miał na so­bie ko­szu­lę w kra­tę, pro­ste spodnie, ja­kie nosi ro­bot­nik. Tym ra­zem wie­dzia­łem, któ­re py­ta­nie za­dam jako pierw­sze.

– Jaką dziś mamy datę?

– Mmm… Dwu­dzie­sty dzie­wią­ty sierp­nia. Nie, stop, trzy­dzie­sty.

– Któ­re­go roku, czło­wie­ku? – wy­chry­pia­łem, sia­da­jąc. Mo­kra szma­ta spa­dła mi z nie­ład­nym pac­nię­ciem na ko­la­na.

Męż­czy­zna pa­trzył na mnie ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

– Dwa ty­sią­ce je­de­na­ste­go – po­wie­dział, mie­rząc wzro­kiem moją blu­zę. – A co pan my­ślał? Ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­ste­go pią­te­go?

Szu­ka­łem wła­ści­wej od­po­wie­dzi, po­tem jed­nak zde­cy­do­wa­łem się sta­nąć na nogi.

– Może po­wi­nien pan jesz­cze tro­chę po­le­żeć – za­su­ge­ro­wał męż­czy­zna. – Albo usiąść. Mam w kio­sku fo­tel.

Z po­cząt­ku chcia­łem po­wie­dzieć, że nie mam cza­su na od­po­czy­nek, ale mu­sia­łem przy­jąć do wia­do­mo­ści, że nogi od­ma­wia­ją mi jesz­cze po­słu­szeń­stwa. Po­sze­dłem więc za nim do jego kio­sku. Męż­czy­zna za­jął miej­sce na krze­śle w po­bli­żu nie­du­że­go okien­ka, przez któ­re sprze­da­wał swój to­war, i przy­glą­dał mi się.

– Ły­czek wody? Może chce pan tro­chę cze­ko­la­dy? Ba­to­nik müsli?

Kiw­ną­łem gło­wą, oszo­ło­mio­ny. Wstał, przy­niósł bu­tel­kę wody so­do­wej i na­lał mi jej do szklan­ki. Z pół­ki wziął ko­lo­ro­wy ba­to­nik, pew­nie coś w ro­dza­ju że­la­znej ra­cji, za­wi­nię­ty w ko­lo­ro­wą cyn­fo­lię. Otwo­rzył fo­lię, od­sło­nił coś, co wy­glą­da­ło jak fa­brycz­nie spra­so­wa­ne ziar­na, i wci­snął mi do ręki. Trud­no­ści z za­opa­trze­niem w chleb zda­je się nie zo­sta­ły jesz­cze prze­zwy­cię­żo­ne.

– Po­wi­nien pan jeść wię­cej na śnia­da­nie – po­wie­dział. A po­tem usiadł z po­wro­tem. – Krę­ci pan gdzieś tu w po­bli­żu?

– Krę­ci…?

– No, ja­kiś pro­gram do­ku­men­tal­ny. Film. Tu cią­gle coś krę­cą.

– Film…?

– Czło­wie­ku, nie­źle pana trzep­nę­ło. – Ro­ze­śmiał się i wy­ce­lo­wał we mnie ręką. – A pan tak za­wsze cho­dzi?

Po­pa­trzy­łem po so­bie. Nie mo­głem stwier­dzić nic nie­zwy­kłe­go, oczy­wi­ście po­mi­ja­jąc kurz i za­pach ben­zy­ny.

– Wła­ści­wie to tak – przy­zna­łem.

Rzecz ja­sna, nie moż­na było wy­klu­czyć, że mia­łem ob­ra­że­nia na twa­rzy. – Ma pan zwier­cia­dło? – spy­ta­łem.

– Oczy­wi­ście – po­wie­dział i wska­zał ręką – koło pana, za­raz nad ma­ga­zy­nem „Fo­cus”.

Po­dą­ży­łem wzro­kiem za jego pal­cem. Zwier­cia­dło mia­ło po­ma­rań­czo­wą ramę, dla pew­no­ści na­pi­sał na nim „Zwier­cia­dło” – „Der Spie­gel”, tak jak­by bez na­pi­su nikt tego nie wie­dział. W jed­nej trze­ciej tkwi­ło wci­śnię­te od dołu mię­dzy ja­kieś ma­ga­zy­ny. Spoj­rza­łem w nie.

Moje od­bi­cie było zdu­mie­wa­ją­co nie­na­gan­ne, na­wet blu­za wy­glą­da­ła na upra­so­wa­ną – przy­pusz­czal­nie w kio­sku pa­no­wa­ło bar­dzo ko­rzyst­ne oświe­tle­nie.

– Z po­wo­du stro­ny ty­tu­ło­wej? – spy­tał męż­czy­zna. – W co trze­cim nu­me­rze dają na okład­kę ja­kąś hi­sto­rię o Hi­tle­rze. My­ślę, że nie musi się pan przy­go­to­wy­wać jesz­cze sta­ran­niej. Jest pan do­bry.

– Dzię­ku­ję – od­par­łem z roz­tar­gnie­niem.

– Nie, se­rio – mó­wił tam­ten – wi­dzia­łem Upa­dek. Dwa razy. Ten Bru­no Ganz w roli głów­nej był wspa­nia­ły, ale gdzie mu tam do pana. Cała po­sta­wa… moż­na by po­my­śleć, że jest pan nim.

Pod­nio­słem wzrok.

– Że je­stem kim?

– No, że jest pan Füh­re­rem. – Uniósł przy tym w górę obie ręce, złą­czył w każ­dej pa­lec środ­ko­wy i wska­zu­ją­cy, zgiął je do przo­du i strzep­nął nimi dwa razy. Le­d­wo mo­głem uwie­rzyć, ale naj­wy­raź­niej to było wszyst­ko, co po sześć­dzie­się­ciu sze­ściu la­tach po­zo­sta­ło z dziar­skie­go Nie­miec­kie­go Po­zdro­wie­nia. Wstrzą­sa­ją­ce, ale bądź co bądź świad­czy­ło to też o tym, że moja po­li­tycz­na dzia­łal­ność przez ten czas jed­nak po­zo­sta­wi­ła ja­kiś ślad.

Od­gią­łem ra­mię do tyłu, od­wza­jem­nia­jąc po­zdro­wie­nie.

– Ja je­stem Füh­re­rem!

Zno­wu się ro­ze­śmiał.

– Obłęd, to wy­glą­da tak na­tu­ral­nie.

Nie mo­głem się w tym mo­men­cie za­jąć jak trze­ba jego na­chal­ną we­so­ło­ścią.

Stop­nio­wo uzmy­sła­wia­łem so­bie wła­sne po­ło­że­nie. Je­śli to nie był sen – a na to trwał­by zde­cy­do­wa­nie za dłu­go – to rze­czy­wi­ście zna­la­złem się w roku 2011. Za­tem prze­by­wa­łem w świe­cie, któ­ry był mi cał­ko­wi­cie nie­zna­ny, i mu­sia­łem przy­jąć, że po­dob­nie ja też sta­no­wi­łem dla tego świa­ta ele­ment nowy. Je­śli ten świat choć­by w nie­wiel­kim stop­niu funk­cjo­no­wał lo­gicz­nie, to ocze­ki­wał ode mnie, że albo mam sto dwa­dzie­ścia dwa lata, albo, co bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że już od daw­na nie żyję.

– Gra pan też inne rze­czy? – spy­tał. – Wi­dzia­łem już pana gdzieś?

– Ja nig­dzie nie gram – od­po­wie­dzia­łem, chy­ba nie­co zbyt opry­skli­wie.

– Na­tu­ral­nie, że nie – przy­tak­nął i przy­brał oso­bli­wie po­waż­ny wy­raz twa­rzy. Po chwi­li mru­gnął do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo. – Gdzie pan wy­stę­pu­je? Ma pan ja­kiś pro­gram?

– Oczy­wi­ście – od­par­łem – od ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­ste­go roku! Jako to­wa­rzysz na­ro­do­wy, czło­nek wspól­no­ty rasy i krwi, chy­ba pan zna moje dwa­dzie­ścia pięć punk­tów.

Gor­li­wie ki­wał gło­wą.

– Mimo to nig­dzie pana jesz­cze nie wi­dzia­łem. Ma pan ja­kąś ulot­kę? Albo kar­tę?

– Nie­ste­ty nie – od­par­łem ze smut­kiem. – Wszyst­ko zo­sta­ło w cen­trum do­wo­dze­nia.

Pró­bo­wa­łem uzy­skać ja­sność w kwe­stii, co po­wi­nie­nem zro­bić w na­stęp­nej ko­lej­no­ści. Wy­da­wa­ło się lo­gicz­ne, że tak­że w Kan­ce­la­rii Rze­szy, a na­wet w bun­krze Füh­re­ra,

pięć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­ni Füh­rer spo­tka się z nie­do­wie­rza­niem, wła­ści­wie wręcz na pew­no tak się sta­nie. Mu­sia­łem zy­skać na cza­sie, prze­ana­li­zo­wać swo­je opcje. Po­trze­bo­wa­łem ja­kie­goś schro­nie­nia. Na­gle uświa­do­mi­łem so­bie z bo­le­sną ja­sno­ścią, że nie mam w kie­sze­ni ani gro­sza. Na chwi­lę z nie­mi­łym uczu­ciem przy­po­mnia­łem so­bie okres, gdy prze­by­wa­łem w schro­ni­sku dla sa­mot­nych męż­czyzn, w roku 1909. Był on ko­niecz­ny, z pew­no­ścią, umoż­li­wił mi zdo­by­cie wie­dzy, ja­kiej nie prze­ka­zu­je ża­den uni­wer­sy­tet świa­ta, a jed­nak ten etap wy­rze­czeń nie był cza­sem, któ­ry bym mile wspo­mi­nał. Przez gło­wę prze­my­ka­ły mi po­nu­re mie­sią­ce, po­mia­ta­nie, lek­ce­wa­że­nie, nie­pew­ność, lęk przed bra­kiem naj­po­trzeb­niej­szych rze­czy, su­chy chleb. Po­grą­żo­ny w roz­my­śla­niach, nie­obec­ny, ugry­złem te dziw­ne ziar­na w cyn­fo­lii.

Sma­ko­wa­ły za­dzi­wia­ją­co słod­ko. Obej­rza­łem do­kład­nie pro­dukt.

– Ja też to lu­bię – rzekł han­dlarz ga­zet. – Chce pan jesz­cze je­den?

Po­krę­ci­łem gło­wą. Mia­łem te­raz więk­sze pro­ble­my. Mu­sia­łem so­bie za­bez­pie­czyć choć­by naj­skrom­niej­sze, naj­pry­mi­tyw­niej­sze co­dzien­ne utrzy­ma­nie. Po­trze­bo­wa­łem kwa­te­ry, tro­chę pie­nię­dzy, za­nim zy­skam ja­sność co do dal­szych per­spek­tyw, ewen­tu­al­nie też ja­kie­goś za­ję­cia, choć­by do­raź­ne­go, do cza­su, aż będę wie­dział, czy i w jaki spo­sób uda mi się pod­jąć z po­wro­tem moją dzia­łal­ność rzą­do­wą. Do tego mo­men­tu ko­niecz­na była ja­kaś for­ma za­ra­bia­nia na chleb. Może jako ma­larz, może w ja­kimś biu­rze ar­chi­tek­to­nicz­nym. Oczy­wi­ście, na po­czą­tek nie po­gar­dzę też pra­cą fi­zycz­ną. Na­tu­ral­nie, dla Na­ro­du Nie­miec­kie­go moja wie­dza zo­sta­ła­by z więk­szym po­żyt­kiem wy­ko­rzy­sta­na w ja­kiejś kam­pa­nii zbroj­nej, ale bez zna­jo­mo­ści ak­tu­al­nej sy­tu­acji było to ilu­zo­rycz­ne. Prze­cież na­wet nie wie­dzia­łem, z kim Rze­sza Nie­miec­ka obec­nie gra­ni­czy, kto pró­bo­wał te gra­ni­ce na­ru­szyć, prze­ciw­ko komu trze­ba było wy­ce­lo­wać broń. Za­tem na ra­zie mu­sia­łem się chy­ba za­do­wo­lić zy­skiem z pra­cy swo­ich rąk, może przy bu­do­wie te­re­nu na de­fi­la­dy czy ja­kie­goś od­cin­ka au­to­stra­dy.

– A te­raz zu­peł­nie po­waż­nie – do mo­ich uszu do­tarł głos han­dla­rza ga­zet. – Jest pan jesz­cze ama­to­rem? Z ta­kim nu­me­rem?

To zno­wu wy­da­ło mi się na­der gru­biań­skie.

– Nie je­stem żad­nym ama­to­rem! – po­in­for­mo­wa­łem go z na­ci­skiem. – Nie je­stem w koń­cu jed­nym z tych miesz­czań­skich nie­ro­bów!

– Nie, nie – ła­go­dził męż­czy­zna, któ­ry w głę­bi swej isto­ty za­czął mi się wy­da­wać cał­kiem przy­zwo­ity. – Mia­łem na my­śli, czym się pan zaj­mu­je za­wo­do­wo?

Taa, czym ja się zaj­mo­wa­łem za­wo­do­wo? Co mia­łem mu po­wie­dzieć?

– Chwi­lo­wo… chwi­lo­wo tro­chę się… wy­co­fa­łem – opi­sa­łem ostroż­nie swo­ją sy­tu­ację.

– Pro­szę mnie źle nie zro­zu­mieć – za­pew­niał gor­li­wie skle­pi­karz – ale je­śli pan rze­czy­wi­ście jesz­cze nie… no to prze­cież nie­by­wa­łe! To zna­czy, chcia­łem po­wie­dzieć, że tu­taj cią­gle krę­cą się ja­cyś lu­dzie, w ca­łym mie­ście jest peł­no agen­cji, fa­ce­tów z fil­mu, go­ści z te­le­wi­zji, ci za­wsze się ucie­szą z każ­dej in­for­ma­cji, z no­wych twa­rzy. A sko­ro pan nie ma żad­nej wi­zy­tów­ki – zna­czy, jak mogę pana zna­leźć? Ma pan te­le­fon? Ad­res ma­ilo­wy?

– Ee…

– Albo gdzie pan miesz­ka?

Za­iste, tra­fił tym w mój czu­ły punkt. Z dru­giej stro­ny nie wy­da­wał się ży­wić wo­bec mnie ja­kichś nie­god­nych za­mia­rów. Po­sta­no­wi­łem za­ry­zy­ko­wać.

– Spra­wa z miesz­ka­niem jest chwi­lo­wo nie­co… jak by to po­wie­dzieć… nie­ja­sna.

– No tak, to może ma pan przy­ja­ciół­kę, u któ­rej pan miesz­ka?

Przez chwi­lę po­my­śla­łem o Evie. Gdzie też mo­gła się po­dzie­wać?

– Nie – wy­mru­cza­łem przy­gnę­bio­ny, co ra­czej mi się nie zda­rza­ło. – Nie mam to­wa­rzysz­ki ży­cia. Już nie mam.

– Och – po­wie­dział skle­pi­karz. – Ro­zu­miem. Spra­wa jest jesz­cze pew­nie cał­kiem świe­ża.

– Tak – przy­zna­łem. – To wszyst­ko tu­taj… jest dla mnie cał­kiem świe­że.

– Nie naj­le­piej się dzia­ło w ostat­nim cza­sie, co?

– To chy­ba słusz­na uwa­ga – po­ki­wa­łem gło­wą. – Atak z od­sie­czą gru­py Ste­ine­ra nie na­stą­pił, to nie­wy­ba­czal­ne.

Pa­trzył na mnie lek­ko skon­ster­no­wa­ny.

– Mia­łem na my­śli pań­ską przy­ja­ciół­kę. Kto był win­ny?

– Nie wiem – przy­zna­łem – w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku chy­ba Chur­chill.

Ro­ze­śmiał się. Po­tem przy­glą­dał mi się za­my­ślo­ny przez dłuż­szą chwi­lę.

– Pana po­dej­ście mi się po­do­ba. Niech pan po­słu­cha, mam dla pana pro­po­zy­cję.

– Pro­po­zy­cję?

– Nie wiem, ja­kie ma pan wy­ma­ga­nia. Ale je­śli nie szu­ka pan cze­goś spe­cjal­ne­go, to może pan jed­ną czy dwie noce prze­spać tu­taj.

– Tu­taj? – Ro­zej­rza­łem się po kio­sku.

– A może pan so­bie po­zwo­lić na apar­ta­ment w Ad­lo­nie?

Chy­ba miał ra­cję. Za­kło­po­ta­ny spu­ści­łem wzrok.

– Ma pan przed sobą czło­wie­ka prak­tycz­nie bez żad­nych środ­ków do ży­cia… – przy­zna­łem.

– No wła­śnie. I nic dziw­ne­go, je­śli ze swo­imi umie­jęt­no­ścia­mi nie ma pan od­wa­gi wyjść na ze­wnątrz. Nie może się pan ukry­wać.

– Wca­le się nie ukry­wam! – za­pro­te­sto­wa­łem. – To przez ten grad po­ci­sków.

– Tak, tak. – Mach­nął ręką. – No więc jesz­cze raz: zo­sta­nie pan tu dzień, dwa, a ja po­ga­dam z jed­nym czy dru­gim klien­tem. Wczo­raj przy­szedł nowy nu­mer „Współ­cze­sne­go Te­atru” i jed­no z cza­so­pism fil­mo­wych, wszy­scy to te­raz po­wo­li od­bie­ra­ją. Może coś wy­pa­li. Tak cał­kiem szcze­rze, to wła­ści­wie nie mu­siał­by pan ni­cze­go spe­cjal­ne­go po­tra­fić, już sam mun­dur wy­szedł panu su­per…

– To zna­czy, że te­raz tu zo­sta­ję?

– Na ra­zie. W cią­gu dnia bę­dzie pan ze mną. Jak­by ktoś przy­szedł, to mogę pana od razu przed­sta­wić. A jak nikt nie przyj­dzie, to się przy­najm­niej po­śmie­ję. No, chy­ba że może się pan za­trzy­mać gdzieś in­dziej?

– Nie – wes­tchną­łem. – To zna­czy, oprócz bun­kra Füh­re­ra…

Ro­ze­śmiał się. Po­tem umilkł.

– Niech pan po­wie, nie splą­dru­je mi pan chy­ba kio­sku?

Spoj­rza­łem na nie­go z obu­rze­niem.

– Czy ja wy­glą­dam na zbrod­nia­rza?

Po­pa­trzył na mnie.

– Wy­glą­da pan jak Adolf Hi­tler.

– No wła­śnie – po­wie­dzia­łem.

3

Następ­ne dni i noce mia­ły być dla mnie cięż­kim do­świad­cze­niem. W wa­run­kach urą­ga­ją­cych wszel­kiej god­no­ści, ulo­ko­wa­ny pro­wi­zo­rycz­nie mię­dzy po­dej­rza­ny­mi pu­bli­ka­cja­mi, wy­ro­ba­mi ty­to­nio­wy­mi, ła­ko­cia­mi i na­po­ja­mi w pusz­kach, w nocy sku­lo­ny na w mia­rę, ale nie prze­sad­nie czy­stym fo­te­lu, mu­sia­łem nad­ro­bić wy­da­rze­nia ostat­nich sześć­dzie­się­ciu lat, nie wzbu­dza­jąc przy tym nie­po­trzeb­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia. Pod­czas bo­wiem gdy inni za­pew­ne ca­ły­mi go­dzi­na­mi albo i dnia­mi gło­wi­li­by się bez­owoc­nie nad na­uko­wym zro­zu­mie­niem tych kwe­stii, nad da­rem­nym roz­wią­za­niem za­gad­ki tej rów­nie fan­ta­stycz­nej, co nie­po­ję­tej po­dró­ży w cza­sie, mój me­to­dycz­nie pra­cu­ją­cy umysł nie­za­wod­nie po­tra­fił się przy­sto­so­wać do oko­licz­no­ści. Za­miast płacz­li­wie bia­do­lić, przy­swa­jał nowe fak­ty i roz­po­zna­wał sy­tu­ację. Zwłasz­cza że – uprze­dza­jąc nie­co wy­da­rze­nia – zmie­nio­ne wa­run­ki zda­wa­ły się ofe­ro­wać znacz­nie wię­cej i znacz­nie lep­szych moż­li­wo­ści. I tak na przy­kład mia­ło się oka­zać, że w prze­cią­gu ostat­nich sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat licz­ba so­wiec­kich żoł­nie­rzy na nie­miec­kim te­ry­to­rium Rze­szy, szcze­gól­nie w ob­rę­bie Wiel­kie­go Ber­li­na, zna­czą­co spa­dła. Obec­nie sza­co­wa­no ich licz­bę na trzy­dzie­stu do pięć­dzie­się­ciu lu­dzi, w czym ja bły­ska­wicz­nie po­tra­fi­łem roz­po­znać nad­zwy­czaj­ny wzrost szan­sy na suk­ces dla We­hr­mach­tu, w po­rów­na­niu choć­by z ostat­ni­mi sza­cun­ka­mi mo­je­go szta­bu ge­ne­ral­ne­go, mó­wią­cy­mi w przy­bli­że­niu o dwóch i pół mi­lio­na żoł­nie­rzy nie­przy­ja­cie­la na sa­mym tyl­ko fron­cie wschod­nim.

To­też tyl­ko przez krót­ką chwi­lę igra­łem z my­ślą, że pa­dłem ofia­rą spi­sku, po­rwa­nia, pod­czas któ­re­go taj­ne służ­by wro­ga być może spła­ta­ły mi kosz­tow­ne­go fi­gla, aby w ten spo­sób, ła­miąc moją że­la­zną wolę, skło­nić mnie do ujaw­nie­nia cen­nych se­kre­tów. Już same tech­nicz­ne wy­mo­gi stwo­rze­nia zu­peł­nie no­we­go świa­ta, w któ­rym ja mo­głem się do tego jesz­cze swo­bod­nie po­ru­szać – ten wa­riant sy­tu­acji był nie­mal jesz­cze bar­dziej nie­wy­obra­żal­ny niż rze­czy­wi­stość, któ­rą w każ­dej se­kun­dzie od­kry­wa­łem, któ­rą mo­głem chwy­tać rę­ka­mi, wi­dzieć ocza­mi. Nie, w tym dzi­wacz­nym tu i te­raz na­le­ża­ło pro­wa­dzić wal­kę. A pierw­szym kro­kiem do pod­ję­cia wal­ki cią­gle jesz­cze jest roz­po­zna­nie.

Jak moż­na się do­my­ślić, zdo­by­cie naj­now­szych wia­ry­god­nych in­for­ma­cji bez ko­niecz­nej in­fra­struk­tu­ry na­strę­cza­ło znacz­nych trud­no­ści. Wa­run­ki po temu były jak naj­gor­sze: od­no­śnie do po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej nie mia­łem do dys­po­zy­cji ani Abweh­ry, ani Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych, w kwe­stii po­li­ty­ki we­wnętrz­nej na­wią­za­nie kon­tak­tu z Ge­sta­po na ra­zie nie było pro­ste. Tak­że uda­nie się do bi­blio­te­ki wy­da­ło mi się w naj­bliż­szym cza­sie na­zbyt ry­zy­kow­ne. Tak więc po­zo­sta­wa­łem zda­ny na treść licz­nych pu­bli­ka­cji, któ­rych wia­ry­god­no­ści na­tu­ral­nie nie by­łem w sta­nie zwe­ry­fi­ko­wać, jak też na wy­po­wie­dzi i strzę­py roz­mów prze­chod­niów. Wpraw­dzie han­dlarz ga­zet był tak miły, że umoż­li­wił mi słu­cha­nie ra­dio­od­bior­ni­ka, któ­ry wsku­tek po­stę­pu tech­ni­ki, jaki do­ko­nał się ostat­ni­mi cza­sy, skur­czył się do nie­wy­obra­żal­nie ma­łych roz­mia­rów – tyle że od 1940 roku zwy­cza­je Ra­dia Wiel­ko­nie­miec­kie­go zmie­ni­ły się w spo­sób wstrzą­sa­ją­cy. Za­raz po włą­cze­niu roz­legł się ja­kiś pie­kiel­ny ha­łas, prze­ry­wa­ny co rusz nie­wy­obra­żal­nym, cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­mia­łym beł­ko­tem. W mia­rę trwa­nia au­dy­cji jej za­war­tość nic się nie zmie­nia­ła, je­dy­nie czę­sto­tli­wość za­stę­po­wa­nia wrza­sku beł­ko­tem wzro­sła. Pa­mię­tam, że przez ileś mi­nut na próż­no usi­ło­wa­łem roz­szy­fro­wać ha­łas wy­do­by­wa­ją­cy się z tego tech­nicz­ne­go cuda, a po­tem z prze­ra­że­niem je wy­łą­czy­łem. Sie­dzia­łem chy­ba z kwa­drans bez ru­chu, nie­mal sztyw­ny od do­zna­ne­go szo­ku, w koń­cu po­sta­no­wi­łem za­prze­stać na ra­zie swo­ich prób z ra­diem. Tak więc osta­tecz­nie zda­ny by­łem z po­wro­tem na do­stęp­ne pro­duk­ty pra­so­we, któ­rych na­czel­nym ce­lem nig­dy nie było rze­tel­ne ob­ja­śnia­nie hi­sto­rii i rzecz ja­sna nie mo­gło być nim i dzi­siaj.

Wstęp­ny ogląd sy­tu­acji, któ­ry nie­wąt­pli­wie mu­siał po­zo­stać nie­kom­plet­ny, pre­zen­to­wał się na­stę­pu­ją­co:

Tu­rek chy­ba jed­nak nie przy­szedł nam z po­mo­cą.

W ob­li­czu sie­dem­dzie­sią­tej rocz­ni­cy Ope­ra­cji Bar­ba­ros­sa wie­lo­krot­nie in­for­mo­wa­no głów­nie o tym aspek­cie nie­miec­kiej hi­sto­rii. Ope­ra­cja uka­zy­wa­na była ogól­nie w ne­ga­tyw­nym świe­tle. Po­wszech­nie twier­dzo­no, że kam­pa­nia nie była zwy­cię­ska, ba, że w ogó­le cała woj­na nie zo­sta­ła wy­gra­na.

Ja sam fak­tycz­nie uzna­wa­ny by­łem za zmar­łe­go. In­sy­nu­owa­no mi, że po­peł­ni­łem sa­mo­bój­stwo. I rze­czy­wi­ście, przy­po­mi­nam so­bie, że teo­re­tycz­nie roz­wa­ża­łem tę moż­li­wość w krę­gu osób za­ufa­nych, i z pew­no­ścią w pa­mię­ci bra­ku­je mi kil­ku go­dzin z nie­wąt­pli­wie trud­ne­go okre­su. Ale ko­niec koń­ców wy­star­czy­ło mi tyl­ko po­pa­trzeć po so­bie, by po­znać fak­ty.

Czyż nie by­łem żywy?

Ale ską­di­nąd wia­do­mo, co my­śleć o na­szych ga­ze­tach. Oto nie­do­sły­szą­cy no­tu­je to, co mu opo­wie­dział śle­py, wio­sko­wy pół­głó­wek to po­pra­wia, a ko­le­dzy w in­nych wy­daw­nic­twach pra­so­wych od­pi­su­ją od nich. Każ­dą hi­sto­rię za­le­wa się od nowa tym sa­mym zwie­trza­łym wy­wa­rem z kłamstw, by ją na­stęp­nie za­ser­wo­wać ni­cze­go nie­prze­czu­wa­ją­ce­mu na­ro­do­wi jako „pysz­ną po­lew­kę”. Choć tak­że w tym wy­pad­ku go­tów by­łem jak naj­bar­dziej oka­zać coś w ro­dza­ju wy­ro­zu­mia­ło­ści. Fakt, że los w tak szcze­gól­ny spo­sób in­ge­ru­je we wła­sne try­by, zda­rza się tak rzad­ko, że na­wet dla naj­tęż­szych głów musi to być trud­ne do po­ję­cia, nie mó­wiąc już o prze­cięt­nym re­pre­zen­tan­cie tak zwa­nych pism opi­nio­twór­czych.

Co się jed­nak ty­czy wszyst­kich in­nych rze­czy, to mó­zgo­wi trze­ba by przy­dać żo­łą­dek dzi­kiej świ­ni. Na­le­ża­ło igno­ro­wać błęd­ne oce­ny pra­sy, mi­li­tar­ne, hi­sto­rycz­no-woj­sko­we, po­li­tycz­ne i w ogó­le do­ty­czą­ce każ­de­go in­ne­go te­ma­tu, łącz­nie z go­spo­dar­czy­mi, do­ko­ny­wa­ne z nie­świa­do­mo­ści czy zło­śli­wo­ści, in­a­czej czło­wiek my­ślą­cy mu­siał­by wręcz zwa­rio­wać wo­bec ta­kie­go ste­ku dru­ko­wa­nych bzdur.

Albo na­ba­wić się wrzo­dów żo­łąd­ka, pa­trząc na to, jak ha­nieb­nie ogłu­pia­łe, prze­żar­te sy­fi­li­sem mó­zgi z po­zba­wio­nej naj­wi­docz­niej wszel­kiej kon­tro­li pań­stwa, pod­że­ga­ją­cej pra­sy, gry­zmo­li­ły so­bie swój za­łga­ny ob­raz świa­ta.

Wy­glą­da­ło na to, że Rze­sza Nie­miec­ka ustą­pi­ła miej­sca tak zwa­nej Re­pu­bli­ce Fe­de­ral­nej, któ­rą kie­ro­wa­nie we­dług wszel­kie­go praw­do­po­do­bień­stwa pod­le­ga­ło ko­bie­cie („pani kanc­lerz fe­de­ral­nej”), acz­kol­wiek po­wie­rza­ne było już tak­że in­nym pa­nom.

Zno­wu ist­nia­ły par­tie i oczy­wi­ście to­wa­rzy­szą­ce im nie­uchron­nie ja­ło­we kłót­nie. Wręcz nie­znisz­czal­na so­cjal­de­mo­kra­cja od nowa upra­wia­ła swój bez­płod­ny pro­ce­der na grzbie­cie do­świad­czo­ne­go cięż­ko na­ro­du nie­miec­kie­go, zno­wu inne sto­wa­rzy­sze­nia na swój spo­sób pa­so­ży­to­wa­ły na bo­gac­twie na­ro­do­wym, uzna­nia dla ich „pra­cy” – co może za­ska­ki­wać – trud­no się było do­szu­kać na­wet w więk­szo­ści za­zwy­czaj tak im sprzy­ja­ją­cej za­kła­ma­nej pra­sy. Za­ni­kła na­to­miast wszel­ka dzia­łal­ność NSDAP, moż­li­we, że w ob­li­czu nie­da­ją­cej się wy­klu­czyć po­nie­sio­nej klę­ski zwy­cię­skie mo­car­stwa utrud­nia­ły ak­tyw­ność par­tyj­ną, je­śli wręcz or­ga­ni­za­cja nie zo­sta­ła ze­pchnię­ta do pod­zie­mia.

„Völ­ki­scher Be­obach­ter” nie był po­wszech­nie do­stęp­ny, w każ­dym ra­zie kiosk na­der li­be­ral­ne­go sprze­daw­cy ga­zet go nie pro­wa­dził, po­dob­nie jak nie wy­sta­wio­no w ogó­le żad­nych in­nych pu­bli­ka­cji o cha­rak­te­rze nie­miec­ko-na­ro­do­wym.

Te­ry­to­rium Rze­szy wy­glą­da­ło na moc­no okro­jo­ne, jed­nak­że pań­stwa ościen­ne w znacz­nej czę­ści po­zo­sta­ły te same, ba, na­wet Pol­ska naj­wi­docz­niej wio­dła nadal swą sprzecz­ną z na­tu­rą eg­zy­sten­cję nie­usz­czu­plo­na te­ry­to­rial­nie, a czę­ścio­wo wręcz na daw­nym ob­sza­rze Rze­szy! Przy wszel­kiej trzeź­wo­ści w oce­nie sy­tu­acji nie zdo­ła­łem w tym miej­scu po­wstrzy­mać nie­ja­kie­go obu­rze­nia, w pierw­szej chwi­li rze­czy­wi­ście wy­krzyk­ną­łem w ciem­ność noc­ne­go kio­sku: – W tej sy­tu­acji mo­głem so­bie prze­cież da­ro­wać całą tę woj­nę!

Re­ich­smark – mar­ka Rze­szy – nie była już środ­kiem płat­ni­czym, cho­ciaż kon­cep­cja, do któ­rej dą­ży­łem, by uczy­nić ją wa­lu­tą obo­wią­zu­ją­cą w ca­łej Eu­ro­pie, zda­je się zo­sta­ła urze­czy­wist­nio­na przez in­nych, przy­pusz­czal­nie przez ja­kichś dy­le­tan­tów bez żad­ne­go po­ję­cia po stro­nie zwy­cię­skich mo­carstw. W każ­dym ra­zie na­leż­no­ści re­gu­lo­wa­ne były ak­tu­al­nie w sztucz­nej wa­lu­cie zwa­nej „euro”, któ­rej, jak moż­na się było spo­dzie­wać, to­wa­rzy­szy­ła naj­żyw­sza nie­uf­ność. Temu, kto to za­rzą­dził, ja od razu bym prze­po­wie­dział, że tak bę­dzie.

Wy­glą­da­ło na to, że pa­no­wa­ło coś w ro­dza­ju czę­ścio­we­go po­ko­ju, jed­nak­że We­hr­macht znaj­do­wał się nie­zmien­nie w sta­nie woj­ny, tyle że obec­nie na­zy­wał się „Bun­de­sweh­ra” i wy­da­wał się god­ny po­zaz­drosz­cze­nia, co nie­wąt­pli­wie spo­wo­do­wa­ne było po­stę­pem tech­nicz­nym. Je­śli wie­rzyć pu­bli­ko­wa­nym licz­bom, to na­le­ża­ło­by są­dzić, że żoł­nierz nie­miec­ki w polu był prak­tycz­nie nie do zra­nie­nia, stra­ty wy­stę­po­wa­ły już tyl­ko spo­ra­dycz­nie. Moż­na so­bie wy­obra­zić moją go­rycz, gdy wzdy­cha­jąc, my­śla­łem o wła­snym tra­gicz­nym lo­sie, o gorz­kich no­cach w bun­krze Füh­re­ra, kie­dy przy­gnie­cio­ny zgry­zo­tą du­ma­łem nad ma­pa­mi w cen­trum do­wo­dze­nia, zma­ga­łem się z nie­na­wist­nym świa­tem i z lo­sem: w tam­tym cza­sie na licz­nych fron­tach wal­ki wy­krwa­wia­ło się jesz­cze po­nad czte­ry­sta ty­się­cy żoł­nie­rzy, i to w sa­mym tyl­ko stycz­niu 1945 roku – a z tym no­wym, fan­ta­stycz­nym woj­skiem na pew­no ze­pchnął­bym ar­mie Eisen­ho­we­ra do mo­rza, hor­dy Sta­li­na na Ura­lu i Kau­ka­zie w prze­cią­gu kil­ku ty­go­dni zo­sta­ły­by roz­gnie­cio­ne jak ro­bac­two. To była jed­na z nie­wie­lu na­praw­dę do­brych in­for­ma­cji, ja­kie do mnie do­tar­ły: zdo­by­cie w przy­szło­ści prze­strze­ni ży­cio­wej na Pół­no­cy, Wscho­dzie, Po­łu­dniu i Za­cho­dzie z tym no­wym We­hr­mach­tem wy­da­wa­ło mi się nie­mal rów­nie ła­twe do osią­gnię­cia, jak ze sta­rym. Od­po­wie­dzial­na za to była naj­praw­do­po­dob­niej, prze­pro­wa­dzo­na zresz­tą nie­daw­no, re­for­ma mło­de­go mi­ni­stra, któ­ry miał nie­chyb­nie for­mat ta­kich do­wód­ców jak Scharn­horst, jed­nak­że wsku­tek in­try­gi rów­nie nie­życz­li­wych, co ogra­ni­czo­nych mę­dr­ców uni­wer­sy­tec­kich mu­siał ustą­pić z pla­cu boju. Wy­glą­da­ło na to, że dziś jest chy­ba do­kład­nie tak, jak nie­gdyś na aka­de­mii wie­deń­skiej, na któ­rej on­giś, z ser­cem prze­peł­nio­nym na­dzie­ją, skła­da­łem swo­je szki­ce i ry­sun­ki: zże­ra­ni za­zdro­ścią lu­dzie ma­łe­go du­cha jak za­wsze po­wstrzy­mu­ją świe­ży, udo­wad­nia­ją­cy nie­ustra­sze­nie swą wyż­szość ge­niusz, gdyż nie mogą znieść tego, że jego blask w tak de­pry­mu­ją­co ja­skra­wy spo­sób przy­ćmi ich wła­sny, tlą­cy się le­d­wo ża­ło­sny oga­rek.

No tak.

W ob­li­czu tych oko­licz­no­ści, wy­ma­ga­ją­cych ogól­nie pew­ne­go przy­zwy­cza­je­nia, mo­głem też jed­nak za­ra­zem nie bez za­do­wo­le­nia skon­sta­to­wać, że przy­najm­niej chwi­lo­wo nie ist­nia­ło żad­ne bez­po­śred­nie za­gro­że­nie, acz­kol­wiek nie bra­ko­wa­ło przy­krych mo­men­tów. Jak przy­sta­ło na umysł twór­czy, ostat­nio zwy­kłem dłu­go pra­co­wać, ale tak­że dłu­go od­po­czy­wać, aby utrzy­mać wła­ści­wą mi rześ­kość i szyb­kość re­ak­cji. Kio­skarz na­to­miast zgod­nie z wy­mo­ga­mi swej pro­fe­sji otwie­rał swój kiosk już wcze­snym ran­kiem, z któ­re­go to po­wo­du tak­że ja, któ­ry wszak prze­cią­ga­łem swo­je stu­dia czę­sto do wcze­snych go­dzin ran­nych, od tej pory nie mo­głem już li­czyć na krze­pią­cy sen. Sy­tu­ację za­ostrzał do­dat­ko­wo fakt, że ten czło­wiek już od rana miał iry­tu­ją­cą wprost po­trze­bę ga­da­nia, pod­czas gdy ja o tej po­rze za­zwy­czaj po­trze­bu­ję pew­ne­go cza­su na doj­ście do sie­bie. Już pierw­sze­go ran­ka wkro­czył za­ma­szy­ście do kio­sku z okrzy­kiem:

– No i co, mój wo­dzu, jak mi­nę­ła noc?

Jed­no­cze­śnie bez żad­nej zwło­ki ener­gicz­nie otwo­rzył okien­ko sprze­da­ży, a wy­jąt­ko­wo ja­skra­we świa­tło ośle­pia­ją­co za­la­ło kiosk. Jęk­ną­łem, za­ci­sną­łem udrę­czo­ne po­wie­ki i usi­ło­wa­łem przy­wo­łać na pa­mięć oko­licz­no­ści mo­je­go tu prze­by­wa­nia. Na pew­no nie znaj­do­wa­łem się w bun­krze Füh­re­ra, z całą wy­ra­zi­sto­ścią sta­nę­ło mi to na­tych­miast z po­wro­tem przed oczy­ma. W in­nej sy­tu­acji mógł­bym ka­zać tego ofer­mę nie­zwłocz­nie roz­strze­lać w try­bie do­raź­nym. Ten bez­li­to­sny po­ran­ny ter­ror był czy­stej wody dzia­ła­niem na szko­dę sił zbroj­nych. Mimo to po­wstrzy­ma­łem się, uzmy­sło­wiw­szy so­bie moją sy­tu­ację, ba, sam do sie­bie prze­ma­wia­łem uspo­ka­ja­ją­co, że ten kre­tyn z ra­cji swo­je­go za­ję­cia za­pew­ne nie miał al­ter­na­ty­wy i na swój nie­zdar­ny spo­sób praw­do­po­dob­nie są­dził, że robi to dla mo­je­go do­bra.

– Za­czy­na­my – za­skrze­czał w tym mo­men­cie skle­pi­karz. – Chodź pan, po­mo­żesz mi! – Ru­chem gło­wy po­ka­zał przy tym kil­ka prze­no­śnych sto­ja­ków na ga­ze­ty, z któ­rych je­den już wy­su­nął na ze­wnątrz.

Wzdy­cha­jąc, wsta­łem z wy­sił­kiem, i cią­gle jesz­cze nie­wy­po­czę­ty, speł­ni­łem jego ży­cze­nie. To było za­iste pa­ra­dok­sal­ne: przed­wczo­raj jesz­cze prze­su­wa­łem 12. Ar­mię, a dziś re­ga­ły. Moje spoj­rze­nie pa­dło na nowy nu­mer „Zwie­rzy­ny i Psa”. Za­tem nie­któ­re cza­so­pi­sma nadal się uka­zy­wa­ły. A cho­ciaż nig­dy nie by­łem za­pa­lo­nym my­śli­wym, prze­ciw­nie, za­wsze pa­trzy­łem kry­tycz­nie na po­lo­wa­nia, to jed­nak w owej chwi­li owład­nę­ło mną na mo­ment pra­gnie­nie, by uciec od tej dzi­wacz­nej co­dzien­no­ści, po­włó­czyć się z psem na ło­nie na­tu­ry, oko w oko z przy­ro­dą, wraz z ży­wym stwo­rze­niem śle­dzić sta­wa­nie się i prze­mi­ja­nie świa­ta… Po chwi­li otrzą­sną­łem się ze swo­ich mrzo­nek. W cią­gu kil­ku mi­nut wy­rych­to­wa­li­śmy wspól­nie kiosk i moż­na było roz­po­cząć sprze­daż. Skle­pi­karz wy­niósł dwa skła­da­ne krze­seł­ka i usta­wił je przed bud­ką na słoń­cu. Za­pro­po­no­wał, że­bym usiadł, a sam wy­cią­gnął z kie­sze­ni ko­szu­li pacz­kę pa­pie­ro­sów, po­stu­kał w nią, aż w otwo­rze uka­za­ło się kil­ka z nich, i pod­su­nął mi.

– Nie palę – po­trzą­sną­łem gło­wą. – Nie­mniej dzię­ku­ję.

Wy­jął jed­ne­go pa­pie­ro­sa, wsu­nął go so­bie do ust, wy­cią­gnął z kie­sze­ni spodni za­pal­nicz­kę i za­pa­lił. Za­cią­gnął się, a po­tem z roz­ko­szą wy­dmu­chał dym i po­wie­dział:

– Aaa… a te­raz kawa! Dla pana tak­że? To zna­czy, je­śli pan lubi. Mam tyl­ko roz­pusz­czal­ną.

To mnie nie za­sko­czy­ło. No tak, An­glik nadal blo­ko­wał dro­gi mor­skie, „wol­no” mi było po­znać ten pro­blem wy­star­cza­ją­co, było też ab­so­lut­nie zro­zu­mia­łe, że pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści nowe kie­row­nic­two Rze­szy, ja­kiej­kol­wiek by było na­tu­ry czy jak by je na­zy­wa­li, naj­pew­niej nie ra­dzi­ło so­bie z roz­wią­za­niem trud­no­ści – jesz­cze dziś. Dziel­na, za­pra­wio­na w cier­pie­niach lud­ność nie­miec­ka mu­sia­ła więc, od tak daw­na już, za­do­wa­lać się pro­duk­ta­mi za­stęp­czy­mi. Na­zy­wa­li ten er­zac kawy chy­ba zbo­żów­ką, a mnie od razu przy­po­mniał się znów za­py­cha­ją­cy słod­ki ba­to­nik z pra­so­wa­nych zbóż, któ­ry tu­taj z ko­niecz­no­ści mu­siał wy­stą­pić ama­tor­sko w roli do­bre­go nie­miec­kie­go chle­ba. Bied­ny sprze­daw­ca ga­zet wsty­dził się przed swo­im go­ściem, gdyż ze wzglę­du na to, że żył w dła­wią­cym uści­sku pa­so­ży­tu­ją­cych na ludz­ko­ści An­gli­ków, nie mógł mi za­pro­po­no­wać ni­cze­go lep­sze­go. To było na­praw­dę obu­rza­ją­ce. Wez­bra­ła we mnie fala wzru­sze­nia.

– To nie pana wina, do­bry czło­wie­ku – uspo­ko­iłem go. – I tak nie je­stem ama­to­rem kawy. Był­bym jed­nak wdzięcz­ny za szklan­kę wody.

Tak więc swój pierw­szy po­ra­nek w tej oso­bli­wej no­wej epo­ce spę­dzi­łem obok pa­lą­ce­go sprze­daw­cy ga­zet, a to­wa­rzy­szy­ło mi moc­ne po­sta­no­wie­nie, by tak dłu­go stu­dio­wać lud­ność i z jej za­cho­wań czer­pać nową wie­dzę, aż skle­pi­karz z uwa­gi na swe zna­jo­mo­ści, o któ­rych na­po­my­kał, ewen­tu­al­nie bę­dzie mógł po­śred­ni­czyć w zna­le­zie­niu dla mnie ja­kie­goś skrom­ne­go za­ję­cia.

Pierw­sze go­dzi­ny pod kio­skiem to czas pro­stych ro­bot­ni­ków i eme­ry­tów. Nie mó­wi­li dużo, ku­po­wa­li wy­ro­by ty­to­nio­we, po­ran­ne wy­da­nia ga­zet, zwłasz­cza jed­na o na­zwie „Bild” była roz­chwy­ty­wa­na, głów­nie wła­śnie przez oso­by star­sze, przy­pusz­czal­nie dla­te­go, że jej wy­daw­ca za­sto­so­wał nie­by­wa­le dużą czcion­kę, by rów­nież lu­dzie z kło­po­ta­mi ze wzro­kiem nie mu­sie­li re­zy­gno­wać z lek­tu­ry wia­do­mo­ści. Zna­ko­mi­ty po­mysł, mu­sia­łem przy­znać w du­chu, nie wpadł na to na­wet gor­li­wy Go­eb­bels – ta­kim za­bie­giem bez wąt­pie­nia mo­gli­by­śmy wzbu­dzić jesz­cze wię­cej en­tu­zja­zmu w tych gru­pach lud­no­ści. W ostat­nich dniach woj­ny, któ­re prze­ży­łem, to wła­śnie star­szym człon­kom Volks­stur­mu bra­ko­wa­ło za­pa­łu, woli wal­ki i po­świę­ce­nia. Kto by się wte­dy do­my­ślił, że ta­kie pro­ste środ­ki jak więk­sza czcion­ka mogą wy­wo­łać taki efekt?

Z dru­giej stro­ny, bra­ko­wa­ło tak­że pa­pie­ru. Ten Funk w su­mie był jed­nak nie­po­praw­nym głup­cem.

Moja obec­ność przed kio­skiem do­pro­wa­dzi­ła stop­nio­wo do pierw­szych kło­po­tów. Od cza­su do cza­su, zwłasz­cza wśród mło­dych ro­bot­ni­ków, zda­rza­ła się we­so­łość, czę­ściej tak­że uzna­nie, wy­ra­ża­ne w sło­wach „kuul” i „eks­tra”, nie­zro­zu­mia­łych, owszem, ale z ich mi­mi­ki moż­na było wy­wnio­sko­wać nie­za­prze­czal­ny re­spekt.

– Do­bre, praw­da? – Sprze­daw­ca ga­zet spo­glą­dał pro­mien­nym wzro­kiem na klien­ta. – Nie wi­dać żad­nej róż­ni­cy, co?

– No nie – po­wie­dział klient, ro­bot­nik, mógł mieć ze dwa­dzie­ścia pięć lat, i zło­żył ga­ze­tę. – Ale czy to tak wol­no?

– Co? – spy­tał kio­skarz.

– No, tak w mun­du­rze.

– A co moż­na za­rzu­cić mun­du­ro­wi nie­miec­kie­go żoł­nie­rza? – spy­ta­łem po­dejrz­li­wie, z lek­ką iry­ta­cją w gło­sie.

Klient za­czął się śmiać, praw­do­po­dob­nie by mnie uspo­ko­ić.

– Jest na­praw­dę w po­rząd­ku. Nie, mam na my­śli, że robi to pan pew­nie za­wo­do­wo, ale czy nie po­trze­ba ja­kie­goś spe­cjal­ne­go ze­zwo­le­nia, jak się go nosi cały czas pu­blicz­nie?

– Tego by jesz­cze bra­ko­wa­ło – od­par­łem obu­rzo­ny.

– My­śla­łem tyl­ko – po­wie­dział tam­ten lek­ko prze­stra­szo­ny – ze wzglę­du na kon­sty­tu­cję…

To mi dało do my­śle­nia. Nie miał nic złe­go na my­śli, a fak­tycz­nie, kon­sty­tu­cja mo­je­go mun­du­ru nie była naj­lep­sza.

– No owszem, jest tro­chę brud­ny – przy­zna­łem nie­co zgnę­bio­ny – ale na­wet brud­ny żoł­nier­ski strój za­wsze jesz­cze za­słu­gu­je na wię­cej sza­cun­ku niż każ­dy czy­sty frak tych za­kła­ma­nych dy­plo­ma­tów!

– A wła­ści­wie dla­cze­go miał­by być za­ka­za­ny? – spy­tał przy­tom­nie han­dlarz ga­zet. – Prze­cież nie ma na nim swa­sty­ki.

– Co to ma zno­wu zna­czyć?! – wy­krzyk­ną­łem roz­sier­dzo­ny. – Chy­ba i bez tego pan wie, w ja­kiej je­stem par­tii!

Klient po­że­gnał się, po­trzą­sa­jąc gło­wą. Kie­dy so­bie po­szedł, sprze­daw­ca ga­zet po­pro­sił mnie, abym z po­wro­tem usiadł, i zwró­cił się do mnie spo­koj­nie.

– Tro­chę ra­cji to on ma – po­wie­dział życz­li­wie. – Klien­ci cza­sem na­praw­dę pa­trzą się dziw­nie. Wiem, że trak­tu­je pan swo­ją pra­cę bar­dzo po­waż­nie. Ale czy nie mógł­by pan wło­żyć cze­goś in­ne­go?

– Mam wy­rzec się swo­je­go ży­cia, swo­jej pra­cy, swo­je­go na­ro­du? Nie może pan tego żą­dać ode mnie – po­wie­dzia­łem i znów po­de­rwa­łem się z krze­sła. – Będę no­sił ten mun­dur aż do ostat­niej kro­pli krwi. Nie mogę po raz dru­gi za­dać ofia­rom na­sze­go Ru­chu pod­łe­go cio­su no­żem w ple­cy jak Bru­tus Ce­za­ro­wi…

– Musi pan tak ko­niecz­nie za każ­dym ra­zem strze­lać z gru­bej rury? – za­py­tał kio­skarz, też już nie­co zi­ry­to­wa­ny. – Tu cho­dzi nie tyl­ko o sam mun­dur…

– A o co?

– Te ciu­chy śmier­dzą. Nie wiem, z cze­go je pan uszył, prze­ra­biał pan sta­ry kom­bi­ne­zon pra­cow­ni­ka sta­cji ben­zy­no­wej czy co?

– Na polu wal­ki pro­sty żoł­nierz też nie ma moż­li­wo­ści zmia­ny mun­du­ru, i ja tak­że nie ule­gnę de­ka­den­cji tych, któ­rzy za­de­ko­wa­li się wy­god­nie na ty­łach.

– To wszyst­ko moż­li­we, ale niech pan po­my­śli o swo­im pro­gra­mie!

– Jak to?

– No, chy­ba chce pan do­trzeć ze swo­im pro­gra­mem do lu­dzi, czyż nie?

– No tak, i co?

– Po­my­ślał już pan o tym, co się sta­nie, jak tu na­praw­dę wpad­nie kil­ka osób i bę­dzie chcia­ło pana po­znać? A pan bę­dzie wte­dy stał i tak wo­niał, że czło­wiek nie od­wa­ży się za­pa­lić koło pana pa­pie­ro­sa.

– A pan się prze­cież od­wa­żył – od­par­łem. Ale moim sło­wom za­bra­kło ich zwy­kłej ostro­ści, gdyż wbrew so­bie mu­sia­łem przy­znać mu ra­cję.

– Ja je­stem po pro­stu od­waż­ny. – Za­śmiał się. – No już, niech pan pój­dzie szyb­ko do domu i przy­nie­sie so­bie ja­kieś inne ciu­chy.

I zno­wu po­ja­wił się ten przy­kry pro­blem miesz­ka­nio­wy.

– Mó­wi­łem panu prze­cież, że obec­nie jest to trud­ne.

– No, ale pana była może aku­rat jest te­raz w pra­cy. Albo wy­szła po za­ku­py. Cze­mu pan robi ta­kie ce­re­gie­le?

– No do­brze – od­par­łem z ocią­ga­niem. – To jest bar­dzo pro­ble­ma­tycz­ne. Miesz­ka­nie… – Fak­tycz­nie mia­łem pew­ne trud­no­ści z ar­gu­men­ta­cją. Ale też sy­tu­acja była dla mnie po­ni­ża­ją­ca.

– Ma pan chy­ba klucz?

Tym ra­zem sam mu­sia­łem się ro­ze­śmiać w ob­li­czu ta­kiej na­iw­no­ści. Nie wie­dzia­łem, czy w ogó­le ist­niał ja­kiś klucz do bun­kra Füh­re­ra.

– Nie, ee, jak by to po­wie­dzieć: kon­takt się ja­koś… ee, urwał.

– Ma pan za­kaz kon­tak­to­wa­nia się?

– Sam nie po­tra­fię so­bie tego do koń­ca wy­tłu­ma­czyć – przy­zna­łem – ale chy­ba coś w tym ro­dza­ju.

– Wiel­kie nie­ba, wca­le pan na ta­kie­go nie wy­glą­da – po­wie­dział z pew­ną re­zer­wą. – Co pan na­bro­ił?

– Nie wiem – od­rze­kłem zgod­nie z praw­dą. – Nie za­cho­wa­ły mi się żad­ne wspo­mnie­nia z ostat­nie­go okre­su.

– W każ­dym ra­zie nie wy­glą­da mi pan na oso­bę uży­wa­ją­cą prze­mo­cy – za­uwa­żył w za­du­mie.

– No, jed­nak – po­wie­dzia­łem, po­pra­wia­jąc ręką prze­dzia­łek – w koń­cu je­stem żoł­nie­rzem…

– No do­brze, pa­nie żoł­nie­rzu – zgo­dził się sprze­daw­ca ga­zet. – Dam panu jesz­cze jed­ną pro­po­zy­cję. Po­nie­waż jest pan do­bry, a ja wie­rzę w ta­kich pa­sjo­na­tów jak pan.

– Na­tu­ral­nie – przy­tak­ną­łem jego sło­wom – jak każ­dy roz­sąd­ny czło­wiek. Na­le­ży dą­żyć do swe­go celu ze wszyst­kich sił, tak, z pa­sją. Let­ni, oszu­kań­czy kom­pro­mis to źró­dło wszel­kie­go zła i…

– Już do­brze – prze­rwał mi. – No więc niech pan słu­cha. Przy­nio­sę panu ju­tro parę uży­wa­nych rze­czy ze swo­ich. Nie musi pan dzię­ko­wać, ostat­nio tro­chę przy­bra­łem na wa­dze, gu­zi­ki mi się nie do­pi­na­ją. – Po­pa­trzył przy tym nie­za­do­wo­lo­ny na swój brzuch. – Ale na pana mogą pa­so­wać. Na szczę­ście nie pra­cu­je pan jako Göring.

– A niby dla­cze­go miał­bym to ro­bić? – spy­ta­łem po­iry­to­wa­ny.

– A po­tem od razu za­nio­sę pana mun­dur do czysz­cze­nia…

– Mun­du­ru nie wy­pusz­czę z ręki! – za­zna­czy­łem har­do.

– No do­brze – po­wie­dział i na­raz wy­dał mi się tro­chę znu­żo­ny. – To niech pan sam za­nie­sie mun­dur do pral­ni. Ale chy­ba to pan ro­zu­mie, praw­da? Że trze­ba go od cza­su do cza­su czy­ścić.

Trak­to­wa­li czło­wie­ka jak małe dziec­ko, to obu­rza­ją­ce. Ale, tyle było ja­sne, to się nie zmie­ni, do­pó­ki będę cho­dził usmo­lo­ny jak dziec­ko. Ski­ną­łem za­tem gło­wą.

– Tyl­ko z bu­ta­mi może być kło­pot – za­fra­so­wał się. – Jaki ma pan nu­mer buta?

– Czter­dzie­sty trze­ci – od­po­wie­dzia­łem po­tul­nie.

– No to moje będą na pana za małe – rzekł. – Ale coś wy­my­ślę.

4

Czy­tel­ni­ko­wi na­le­ży oka­zać zro­zu­mie­nie, gdy w tym czy też in­nym miej­scu za­kieł­ku­je w nim zdu­mie­nie tem­pem, w ja­kim przy­sto­so­wa­łem się do mo­jej no­wej sy­tu­acji. Nie może być zresz­tą in­a­czej, by czy­tel­nik, na któ­re­go przez lata, ba, dzie­siąt­ki lat mo­jej nie­obec­no­ści cho­chlą de­mo­kra­cji wy­le­wa­no nie­ustan­nie wy­pa­czo­ny, mark­si­stow­ski ob­raz hi­sto­rii, by więc pły­wa­jąc w tym so­sie, zdol­ny był jesz­cze pa­trzeć da­lej niż czu­bek wła­sne­go nosa. Nie chcę tu by­najm­niej kie­ro­wać żad­nych za­rzu­tów pod ad­re­sem uczci­we­go ro­bot­ni­ka czy dziel­ne­go rol­ni­ka. Bo dla­cze­go pro­sty czło­wiek miał­by się obu­rzać, sko­ro wąt­pli­wi spe­cja­li­ści i uczo­ne przy­błę­dy z wy­żyn ka­te­dry swo­ich rze­ko­mych świą­tyń wie­dzy przez po­nad sześć dzie­się­cio­le­ci gło­szą, że Füh­rer nie żyje? Kto by chciał mieć temu męż­czyź­nie za złe, że w sa­mym środ­ku co­dzien­nej wal­ki o byt nie znaj­du­je siły, by po­wie­dzieć: „A gdzież on niby jest, ten nie­ży­wy Füh­rer? Gdzie on niby leży po­cho­wa­ny? Po­każ­cie mi go!”.

I ko­bie­cie na­tu­ral­nie też.

Ale gdy po­tem Füh­rer nie­ocze­ki­wa­nie zja­wia się tam, gdzie był już za­wsze, mia­no­wi­cie w sto­li­cy Rze­szy, wów­czas dez­orien­ta­cja w na­ro­dzie, ogól­na nie­moż­ność po­ra­dze­nia so­bie z tym są rów­nie strasz­li­we jak zdu­mie­nie tym fak­tem. I by­ło­by ab­so­lut­nie zro­zu­mia­łe, gdy­bym i ja ca­ły­mi dnia­mi, a na­wet ty­go­dnia­mi, trwał bez ru­chu, za­sko­czo­ny, spa­ra­li­żo­wa­ny w ob­li­czu rze­czy nie­po­ję­tych. Jed­nak­że los spra­wił, że je­stem inny. W porę, po­śród tru­dów i wy­rze­czeń, w twar­dych, po­ucza­ją­cych la­tach umoż­li­wił mi wy­ro­bie­nie so­bie roz­sąd­nych po­glą­dów, po­glą­dów, któ­re wy­ku­te zo­sta­ły w teo­rii, ale za­har­to­wa­ne na bez­li­to­snym polu wal­ki na kształt do­sko­na­łe­go orę­ża, i dla­te­go, w spo­sób nie­mal nie­zmie­nio­ny od tam­tej pory, mo­gły one kształ­to­wać mój dal­szy roz­wój i dzia­łal­ność, i na­wet te­raz nie po­trze­bo­wa­ły żad­nej no­wo­mod­nej czy po­chop­nej od­no­wy, lecz prze­ciw­nie, do­po­mo­gły mi w zro­zu­mie­niu sta­rej i za­ra­zem no­wej sy­tu­acji. Tak więc w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku to wła­śnie myśl wo­dzow­ska wy­rwa­ła mnie z mego bez­płod­ne­go po­szu­ki­wa­nia wy­ja­śnień.