Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia - Michał Jędryka - ebook

Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia ebook

Jędryka Michał

4,1

Opis

Polska, Górny Śląsk, połowa lat 70. Na początku roku szkolnego okazuje się, że dwie klasy trzeba nagle połączyć w jedną. Co się stało z dziećmi, które nagle zniknęły? Jolanta Król, lekarka z miejscowej przychodni rozpoznaje u nich rzadką i groźną chorobę: ołowicę. Odpowiedzialna za to jest pobliska huta od lat bezkarnie zatruwająca środowisko. Czy jednej lekarce uda się powstrzymać setki zachorowań i nagłośnić problem tuszowany przez miejscowe władze?

Po latach dawny pacjent charyzmatycznej dr Król wraca do tamtej zagadki i zaczyna swoje śledztwo. Co łączy mapę współczesnych patologii z wydarzeniami sprzed lat? Czy ta historia jest już zamknięta i można opowiedzieć do końca historię polskiego Czarnobyla?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 254

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (117 ocen)
49
41
20
5
2
Sortuj według:
mmalodzinska

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo interesujący sposób na przedstawienie prawdziwej historii. Akcja przedstawiana na przemian z perspektywy dzieci oraz służby zdrowia, nadaje fajnego dynamizmu.
10

Popularność




Zatrute dzieciństwo nie pozwoli zapomnieć.

Ojcu, Hubertowi Synowi, Michałowi

Jeszcze jeden pogrzeb

Dlaczego jest ciąg dalszy? Groby są świeże.

Dlaczego trzeba kontynuować?

Czasami to, o czym chcielibyśmy zapomnieć,

co miało odejść w przeszłość, wcale nie odchodzi.

Czasami to do ciebie wraca.

Stephen King,To

Umarł Fiszer, kolega z podstawówki. Postać ważna, gdyż jego dziadek, stary Fiszer, miał kiosk. Można było tam dostać spod lady komiksy z serii: Kapitan Kloss, Kapitan Żbik albo Podziemny Front – dla nas absolutne rarytasy, a także czerwone Carmeny i niebieskie Caro, towar jeszcze bardziej pożądany, zważywszy, że były to pierwsze w życiu papierosy palone przez nas w krzakach. Już w piątej klasie.

Fiszer umarł nagle, niespodziewanie i kłopotliwie. Zrozpaczona wdowa musiała transportować jego zwłoki z południa Francji. Zdecydowaliśmy, że dla uczczenia jego pamięci trzeba się napić, i z takim postanowieniem udaliśmy się na pogrzeb. Na cmentarzu w Dąbrówce Małej przy świeżo wykopanym grobie czekała na kondukt grupka żałobników. Za nimi, przy głównej alejce, ustawili się dyskretnie grabarze. Wczesną jesienią, ciepłą i kolorową, pasującą bardziej do spaceru z psem lub grzybobrania niż do śmierci, na cmentarzu parafialnym kościoła pod wezwaniem Świętego Antoniego, patrona między innymi od spraw beznadziejnych, po prawie czterdziestu latach spotkałem szkolne koleżanki i kolegów z podstawówki. Oprócz garstki obecnych wspomnijmy też całą resztę: nieobecnych lub martwych. Najpierw my, obecni. Zbliżyliśmy się do pozostałej grupki stojącej przy grobie.

– Coś nie za dużo nas – powiedział Groszek, odkręcając nakrętkę.

– Zostaw tę flaszkę!

Groszek, z wykształcenia inżynier, z przekonania śląski autonomista i w mediach społecznościowych radykalny zwolennik teorii o wyższości silników diesla nad elektrycznymi, posłuchał chóralnej sugestii. Na razie.

Chyba nie powinno się pić na cmentarzu, przynajmniej w tym kraju i w tym obrządku. Nawet w dobrej intencji. Poza tym, co powiedzą nasi dawno niewidziani znajomi, jak nas zobaczą…? Pewno nic. Zestarzeliśmy się. To będzie największą atrakcją. Jako „słoik” przybyły z Warszawy byłem obiektem szczególnego zainteresowania. Nic tak nie pobudza do, nazwijmy to, wyrażania zdania odrębnego jak Warszawa. Łączy całą Polskę w wyrażaniu jednolitego, solidarnego, wspólnego ponad podziałami uczucia nienawiści. Zaraz się zacznie. Nadchodzi moja młodsza siostra z koleżanką i kolegą. Wcześniej zdążyłem dowiedzieć się, że koleżanka jest świeżo po rozwodzie, a kolegę zobaczę o kulach.

– Cześć, siostra – przywitałem się z jedyną z tej grupy osobą, z którą miałem kontakt przez te lata.

– Cześć, brat.

– Cześć, Daisy. Cześć, Hanka – Groszek też się przywitał.

Jeżeli najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a – pocieszmy się – nie jest, to powinniśmy być w szoku, oceniając nasz aktualny wygląd. Czas zatarł podział na trochę starszych i trochę młodszych, wyrzucając nas wszystkich na tak kiedyś odległą mieliznę średniego wieku. Dalej dotarł tylko Fiszer. Gdzie są te niegdysiejsze loki, smukłości i gładkości?! Dziewczynki i chłopcy zmienili się najpierw w panie i panów, by potem przeistoczyć się w… kogoś takiego. Tylko po co tyle fałdek, zakoli i podbródków? Protez, licówek, okularów? Jeżeli oni pomyśleli o mnie to, co ja o nich, to są z nich świnie! Po chwili oczywiście nam przeszło, ale pierwsze wrażenie… Hanka? Waldi? To naprawdę wy? A ta starsza pani to kto? Nie, pomyłka, ta pani to nie od nas – z innego pogrzebu.

– No, ciebie to już dawno nie widziałam. Bardzo dawno… – Hanka przyglądała mi się badawczo.

– Cześć. Chciałaś może powiedzieć, że nic się nie zmieniłem?

– Nie. Nie chciałam.

– To teraz będziesz widywać mnie częściej. Wybieram się do ciebie po szafy i kuchnię. Urządzam się – oznajmiłem Hance, która była lokalną bizneswoman w branży meblowej.

– W twoim wieku? No, lepiej późno niż wcale. Oczywiście, przyjdź, zapraszam do salonu.

Witamy się z kolejnym kolegą ze szkoły. To szef Daisy w przychodni stomatologicznej. Chodzili razem do klasy.

– Cześć, Waldi. Co ci się stało w nogę?

– Chłop z kryką? Nie za wcześnie? – dodaje Groszek.

– Endoproteza. W tym wieku jest już potrzebny serwis pogwarancyjny. Niedawno była operacja, jeszcze trochę pochodzę o kulach.

– Do wesela się zagoi – dodaje optymistycznie Daisy.

– No, najpierw to musiałby się rozwieść. Polecam, ja tam bardzo dobrze na tym wyszłam – w ten sposób podsumowuje Hanka ostatnie rewelacje w swoim życiu.

– Chodźcie do Fiszera. Potem sobie pogadacie – postanawiam.

– A nieobecni? Sławek nie przyjdzie. Jest znowu gdzieś na końcu świata – wyjaśnia siostra.

Sławomir był artystą konceptualnym (jak mawia Daisy, współczesna sztuka nie jest od tego, by ją rozumieć), wykładowcą i podróżnikiem, postacią nieprzeciętną. Mało małomiasteczkową. Miał być, ale ostatecznie nie dojechał. Zabrakło też Mirka, filozofa amatora i diamentowego konsultanta Amwaya. Był nieobecnym usprawiedliwionym, na stałe mieszkał we Włoszech. Łączył się w bólu na Facebooku.

A martwi? Po uroczystości Groszek, czyniąc cmentarne honory domu, wyciągnął wreszcie okolicznościową flaszkę i zaproponował, by odwiedzić resztę naszych na kwaterach, tę „umarłą klasę”. Oczywiście w tym momencie zmyślam. Groszek by tak nie powiedział. Groszek był po politechnice.

Są tu prawie wszyscy nasi klasowi umarli! Nie chce się wierzyć! Ze łzami w oczach pociągnęliśmy z gwinta i ruszyliśmy w obchód. Zostawiliśmy świeży grób Fiszera z wieńcami, kwiatami. Z przyjmującą kondolencje zapłakaną i śmiertelnie zmęczoną żoną. Niewprawnym zygzakiem poruszaliśmy się za Groszkiem pomiędzy grobami po wąskich cmentarnych ścieżkach, szukając klasowych nieboszczyków. Tandetne walentynkowe grobowce nowych zmarłych z asymetrycznymi serduszkami obok zmurszałych, starych niemieckich pomników. Skremowana klasa ekonomiczna w lastryko obok otoczonej masywnym łańcuchem, zapuszczonej mogiły Bojowników o Wolność z Dawno Minionych Czasów. Sylikonowy anioł z wtryskarki obok sepiowych fotografii z niemodnymi krawatami i fryzurami w stylu świętej pamięci Waldemara Koconia. Nazwiska niemieckie, polskie, nieczytelne. Cmentarny opis obyczajów minionego wieku.

Po krótkich poszukiwaniach stanęliśmy obok grobu, który, zamiast pomnika, wieńczyła marmurowa piłka.

– To już druga, mniejsza. Poprzednią zajebali – wyjaśnił nasz przewodnik.

Grób Roberta. Adam leży obok. Adam i Robert Mitwerandu. Czarni śląscy bracia. Czarniejsi od węgla! Owoce internacjonalistyczno-seksualnych uniesień czarnoskórego studenta, który po skończeniu w Polsce studiów zabrał się z powrotem na Czarny Ląd do proklamowanego w miejsce dawnej Rodezji Zimbabwe, zostawiając dwójkę małych Murzynków i ich śląską matkę w infamii. Nie sprawdziło się czarnowidztwo śląskiego klasyka, Janoscha, który pisał o tych stronach: „Bo żaden Murzyn by się tu nie uchował. Każdego odmieńca ukradkiem nocą by zatłukli”.

Na przekór temu. chłopcy dobrze radzili sobie w dzieciństwie pośród śląskich rówieśników ze szkolnego boiska. Być może pomagała w tym siła pięści i kopniaków Roberta. Poza tym dwójce trudniej było spuścić łomot niż jakiejś pojedynczej sierotce. W każdym razie trzymali się razem i w podstawówce, zamiast ofiarami rasizmu, częściej byli obiektami podziwu, zwłaszcza wśród koleżanek. Choć nie tylko młodociane adoratorki były pod ich urokiem.

Pamiętam zachwyt mojej matki, chyba w latach osiemdziesiątych, gdy zobaczyła pod szkołą nr 46 dwójkę czarnych braciszków, starszego Adama i cztery lata młodszego Roberta, kłócących się zawzięcie w najczystszej, bezbłędnej, pięknie brzmiącej śląskiej mowie.

– Zobocz, jak się oni gryfnie nauczyli godać! – pochwaliła. Dopiero gdy z ust chłopaków zaczęły lecieć kurwy i chuje, dodała z ledwo wyczuwalną już nutką podziwu: – A chachory z nich som…

Groszek zaczął wspominać:

– Robert nawet dobrze się zapowiadał jako zawodnik. Miał talent. Grał chyba w okręgówce, ale miał przenieść się do pierwszej ligi. Nie pamiętam – do Gieksy?

– Nie tylko, grał w ekstraklasie siedem razy, a nawet powołano go do reprezentacji Polski juniorów – Waldi był w kwestiach futbolu dobrze zorientowany.

– I nagle umarł. Podobno na serce. Wada wrodzona? Zawał? Doping? Nie wiadomo – dodała moja siostra, krzywiąc się od cmentarnej wyborowej.

– A Adam? Dlaczego Adam? – zapytałem.

Groszek miał z nim kontakt na studiach:

– On się nigdy nie umiał odnaleźć. Był wybitnie zdolny na polibudzie. Z matematyki. Ale to był raczej typ filozofa. Kiedy miał dobre dni, dziewczyny za nim szalały. Kiedy miał złe, lądował na Korczaka, u czubków.

(Dopisek topograficzno-historyczny: To adres lokalnych Tworek, w bliskim sąsiedztwie wieży wodnej. Stary budynek szpitala, tak jak wieżę, zaprojektowali Zillmannowie. Teraz zrujnowany, w czasach świetności stylem przypominał sopocki Grand Hotel, tyle że zamiast na molo wychodziło się z niego na końskie doły, dawne wyrobiska po piasku do kopalni. O ile się wychodziło, bo z psychiatryka na ogół łatwo nie wypuszczali).

– Chciał się zabić już wcześniej – kontynuował Groszek. – Bezskutecznie próbował odszukać ojca. Po śmierci młodszego brata wytrzymał rok. Przed nim odeszła matka. Dołączył do nich. Teraz leżą obok siebie. Matka i dwóch śląskich czarnych braci.

Hanka zapaliła po lampce na obydwu grobach. Wyciągnęła z torebki papierosy.

– Myślicie, że można tu palić? – spytała.

Nikt nie odpowiedział. Zapaliła. Poczęstowany fajką odmówiłem. Jak piję, to nie palę.

– Tylko po co komu była marmurowa piłka? – zadumałem się.

– Może do ćwiczeń? Lekarskie piłki też są ciężkie – postawiła hipotezę siostra.

– Tu wszystko zajebią. Zawsze można spróbować sprzedać za gorzałę – wytłumaczył Groszek przyjezdnemu ze stolicy.

Idziemy dalej. Grób Marzeny Orzeł. Rak mózgu. Umarła młodo. Na pogrzebie w odkrytej trumnie leżała z głową w bandażach. Była inna, nierzeczywista, uroczysta i dostojna. Zamieniona z niepozornej szkolnej koleżanki w obiekt adoracji i powód lamentu jej rodziny, a jednocześnie w budzące nasze niezdrowe zainteresowanie martwe zwłoki. Była delegacja ze szkoły. To była pierwsza nasza klasowa umarła.

– A co stało się z Guciem? – pytam, przypominając sobie szkolnych kolegów.

– Jego ojciec był wojskowym, mieszkali w wojskowych blokach. Wyjechali potem gdzieś pod granicę. Nie wiem którą. Zapił się podobno. Podobno. Ale może chodziło o kogoś innego – Groszek nie jest pewny.

– A Gorol? – przypominam sobie ksywę dawnego osiłka o ospowatej twarzy.

– Ten chyba jeszcze się nie zapił. Ale jest na dobrej drodze. Możesz go spotkać na osiedlu pod sklepem. Razem z innymi: Dyjakiem, Maligłówką… Pamiętasz ich jeszcze?

– To nie Gorol – zaprzecza Hanka. – Gorol już tu dawno nie mieszka.

– A kto? – pyta Groszek.

– A bo ja wiem? Wszyscy są do siebie podobni.

– Grzesio też z nimi stoi? – jestem ciekaw. – Wiecie, Szalony Grzesio. Piroman. Na parterze mieszkał. Kiedyś podpalił drzwi Aśce.

– Coś ty? To ty nie wiesz? – Groszek kręci z dezaprobatą głową. – Został dyrektorem ekonomicznym huty. Ale teraz jest na rencie.

A inni? Znikali po kolei. Jeden po drugim.

– Coś wyjątkowo często sięgają z naszej półki – zauważam.

Biorąc pod uwagę, że nasza garstka żywych też nie prezentowała się jak okazy zdrowia, uwaga była jak najbardziej uzasadniona. Walencki – endoproteza, Daisy – choroba układu odpornościowego zwana też autoagresją, ja – przewlekle, nieuleczalnie i postępująco. WTF?

W naszej parafii pod koniec pogrzebu ksiądz zawsze odmawiał modlitwę za tego spośród nas, który „następny znajdzie wieczne mieszkanie w niebie i stanie przed sprawiedliwym obliczem, ponieważ śmierć jest początkiem lepszego życia, a nasza rozłąka ze zmarłymi jest przejściowa”. Czy jakoś tak. Odmawiając dziś z różnym zaangażowaniem Ojcze nasz, patrzyliśmy uważnie na siebie. Kto teraz? On? Ona? Ja? Groszek mamrotał modlitwę niemal bezgłośnie, trzymając dwa palce na krzyż. Miałem ochotę uzupełnić jego dyskretne sygnały, pokazując faka, ale odpuściłem.

Idąc wolno cmentarną alejką, utkwiliśmy w ulubionych przez dojrzałych ludzi pogawędkach o chorobach. Wszak w pewnym wieku każdy jest wybitnym ekspertem od siedmiu boleści. Daisy jednak wzięło się na dalsze wspominki:

– A pamiętacie, jak w podstawówce zniknęła połowa klasy? Jak musieli z dwóch klas, piątej A i piątej B, zrobić jedną? Jak znikały dzieci?

To prawda. Już kiedyś znikały. Z klasy. Z dziennika. Z listy obecności. Ze szkoły. Współczesne groby przypomniały nam znikające dzieci sprzed wielu lat. Znikającą klasę.

Ostatni dzień wakacji. Osiedle na Burowcu

Co do znikania moich rówieśników, wszystko zaczęło się od huty. Przez sto pięćdziesiąt lat jej istnienia różnie ją nazywano: Uthemann, Zakłady Cynkowe Szopienice, blajówa, Huta Metali Nieżelaznych. Jak zwał, tak zwał. Tu wszystko zaczynało i kończyło się na hucie.

Sierpień 1975 roku był na Śląsku upalny i duszny. Do saturatorów w nagrzanym mieście ustawiały się kolejki spragnionych gazowanej wody z sokiem za złoty piątka lub samej gruźliczanki za złotówkę. Któregoś dnia wujek Piotr zabrał mnie na Falę. Podarował mi czarną maskę do nurkowania. Pachniała rozgrzaną gumą. Rozpychałem się w niej wśród tłumów w basenie z prawdziwymi sztucznymi falami. Wracaliśmy z kąpieliska w chorzowskim parku z przesiadką na rondzie i dalej nagrzaną, czerwoną, przegubową czterdziestką na Burowiec. Przepełnione autobusy żłobiły koleiny w rozmiękłym od upałów asfalcie.

Po zachodzie, kiedy słońce majestatycznie skryło się za Zakładem Budowy Szybów, większość okien na osiedlu przy ulicach Przedwiośnia i Pogodnej było pootwieranych na oścież. Mieszkańcy przywykli do sinego, słodkawego, gryzącego dymu, który nadciągał znad huty i zawisał nisko, otulając domy smrodliwym kokonem. Najgorzej było nocami. Wszyscy wiedzieli, że wtedy ściągano filtry z kominów, by nadgonić normy produkcji ołowiu. Trzeba było wykonać plan; huta musiała czynem uczcić kolejny zjazd partii i wnieść swój wkład w rozwój kraju, który aspirował do miana wysokorozwiniętego dzięki najcięższym gałęziom przemysłu: górnictwu i hutnictwu. Polska miała rosnąć w siłę, a ludzie żyć dostatniej. Z tego powodu nocą nad Szopienicami, Borkami, Burowcem, Dąbrówką zalegał trujący dym. Aż zamykano okna. Nie dało się inaczej. Żyliśmy w cieniu huty.

Dla porównania: smog dawniej i dziś. Jak jest dziś, każdy wie. W aplikacjach pojawiają się cyferki odzwierciedlające przekroczone normy i ilustrujące je groźne wykresy. Wrażliwi nabywają wtedy w butikach na Mokotowskiej i Mysiej hipsterskie maski ochronne zaprojektowane przez proekologicznych projektantów (teraz wszyscy projektanci są proekologiczni). Smog, w zależności od opcji politycznej: powodują samochody, których jest za dużo, powoduje węgiel, którego jest za dużo, bo nie da się go wyeksportować, a także za mało, bo trzeba go importować, lub jest to wymysł oszalałego lewactwa i producentów masek ochronnych. W latach siedemdziesiątych nie mówiono o smogu. Czy to znaczy, że go nie było? W okolicach huty nie było nic. Teren w bezpośrednim sąsiedztwie blajówy przypominał krajobraz z dystopijnego filmu o nuklearnej zagładzie. Nagie zbocza poprzecinane bruzdami torowisk pokrywał brudnoszary drobny pył.

Po wschodniej części Szopienic, za zabudowaniami dawnej huty cynku Uthemann, rozpościerała się pierwsza w Europie pustynia stworzona ręką człowieka. Przy prażeniu blendy cynkowej wydzielał się trójtlenek siarki. Utylizowano go za pomocą sulfidyny. Powstawał wtedy kwas siarkowy oraz płynne SO2, konserwant dla przemysłu spożywczego. Wszyscy w Polsce jedli produkt z huty. W żadnym jabolu nie mogło tego zabraknąć. Przy produkcji cynku tworzyły się też azotki – intensywny czerwony dym wydobywał się z małego komina. Wiatr z zachodu kierował go na wschód, w związku z czym po wschodniej stronie Uthemanna, przy granicy z Mysłowicami, powstała martwa ziemia.

Pył zawarty w powietrzu powodował, że wszystko było brudne. Białe kołnierzyki mundurków po powrocie ze szkoły do domu były pokryte szaroczarnymi rozmazanymi smugami. Na szczęście można było odpiąć guziki i przewrócić kołnierzyk na drugą stronę. Nie było w ogóle drzew iglastych.

Im było bliżej huty, tym było gorzej. Najbliżej była kolonia biednych, robotniczych domków na skraju Targowiska, wybudowanych jeszcze w XIX wieku dla pracowników huty cynku Paul.

Mówiło się o Targowisku, osiedlu pod płotem huty, że psy żyły tam kilka dni, kanarki jeden dzień, za to bardzo dobrze miały się tam szczury. Powietrze miało charakterystyczny zapach i gęstość. Czy przekraczano dopuszczalne normy? Normy to były wydobycia i produkcji. Reszta była przemilczanym kosztem uzyskania przychodu.

W ostatni wieczór wakacji spotkaliśmy się jak zawsze w okolicach klopsztangi. Pomimo iż śląski język był wtedy rugowany ze szkoły, a aspirujący młodzieńcy w obawie przed ośmieszeniem nie posługiwali się nim w towarzystwie płci przeciwnej, trzepak pozostał po śląsku klopsztangą, nawet dla przyjezdnych goroli. Bo to był nasz teren – ówczesne centrum życia towarzyskiego. Zbieraliśmy się zwykle w podobny sposób. Pierwsza grupa robiła spacerowym krokiem rundki wokół osiedla: Pogodną, kawałek wzdłuż lokalnej arterii, wtedy noszącej nazwę Zjednoczenia Partii, Kuśnierską, przy której ledwo stały rachityczne domki z chlewikami, i z powrotem osiedlem ulicą Przedwiośnia do Pogodnej, gdzie stał trzepak. Kto miał przyjść na plac, wiedział, co i jak. Nie każdy mógł, bo też nie każdego chcieli. Tyczyło się to zwłaszcza małolatów. Jeżeli byłeś wyrośniętym piątoklasistą (no, już prawie w szóstej), a najładniejsze, najbardziej atrakcyjne dziewczyny były dwie klasy wyżej, to możliwości działania były ograniczone. Ich koledzy byli modnie ubrani, znali się na muzyce, golili się już prawie codziennie i używali peweksowskiej wody Old Spice. Nie traktowali cię jak równorzędnego partnera, a raczej jako obiekt bezkarnych drwin i wyzwisk, tolerowane odstępstwo od reguły. Stawką była jednak przynależność do dorosłej osiedlowej elity. Po prostu chciałem być taki jak oni. Po to, by być tak blisko nich, jak tylko się dało, oraz, jak napisał nieznany mi wtedy klasyk, być „w cieniu rozkwitających dziewcząt”.

Zebraliśmy się przy klopsztandze. Rozległy się dźwięki gitary. Zabrzmiały akordy Smoke on the Water. To pozycja obowiązkowa w repertuarze osiedlowych gitarzystów. Klasyk ogniskowych melomanów. Oparty o wypolerowaną od opierania klopsztangę grał Dziadek, uczeń technikum poligraficznego. Słuchały go osiedlowe papużki nierozłączki: Ewa i Lidka. Zwłaszcza ta pierwsza – ech, jak ona ładnie słuchała!

– Graj, Dziadku, graj – zachęcała go niskim, rozmarzonym głosem i spojrzeniem lekko przymrużonych oczu. Te oczy!

Ewa, smukła brunetka o sarnich, brązowych oczach, śniadej cerze i nogach do samej ziemi lubiła słuchać. Ja lubiłem Ewę. Postanowiłem wydać się elokwentnym:

– A wiecie, że Deep Purple nagrali ten utwór po pożarze hotelu w Szwajcarii, nad Jeziorem Genewskim, gdzie mieli nagrywać…

– Co ty, Głowa, nie powiesz?

No tak. Poznajcie, to Kurczak, herszt osiedlowej bandy. Zabijaka, ręce pokryte sznytami. Rudzielec. Psychotyczna osobowość wyposażyła go w naturalne cechy przywódcy. To proste. Każde podwórko musiało mieć swojego bandytę, tak jak każdy bandyta miał swojego chłopca do bicia. Słabszego, młodszego. Trochę w randze ofiary, trochę błazna. Wyżywał się na nim, jednocześnie zapewniając mu ochronę przed innymi osiedlowymi drapieżnikami, bo to był jego chłopiec do bicia. Role w osiedlowej bandzie były rozdane. Co gorsza, Kurczakowi też podobała się Ewa.

Nie wiem, czy to on wymyślił moje przezwisko. Raczej nie, wydawał się na to zbyt mało błyskotliwy. Z intuicyjną pewnością psychopaty podchwycił je, gdy zorientował się, że sprawia mi przykrość, i wytrwale mnie nim dręczył. Oczywiście od razu podchwyciła je także grupa jego przydupasów. Tłumaczyłem sobie, że Głowa to od zawartości szarych komórek, wiedziałem jednak, że śmiejącym się chodziło o jej wielkość. XXL, Duża Głowa, łeb jak baniak! Nadane mi na chrzcie imię powoli odchodziło w zapomnienie. Trudno.

Dziadek grał dalej. Schodzili się pozostali.

Ospowaty Gorol, druga lokata na liście osiedlowych zabijaków. Kiedyś wróg Kurczaka. Po pojedynku na pięści i kopniaki z udziałem publiczności na pobliskich bagrach, zakończonym chwiejnym remisem (to znaczy każdy z pojedynkujących się mówił, że wygrał, ale obydwaj byli na tyle poobijani, że na jakiś czas mieli dosyć), zawarli taktyczny sojusz i razem bili innych.

Kris po heinemedinie, kulawy blondyn ze zdeformowaną ręką z wojskowych bloków. Też gorol, bo wszyscy z wojskowych bloków to byli gorole. Taką pracę mieli ich rodzice. Wczoraj w Czechosłowacji, dziś na Śląsku, jutro w Żaganiu albo odwrotnie. Armia skazywała ich na wieczną tymczasowość, a ich dzieci na zwiedzanie kolejnych szkół i krótkoterminowe koleżanki i kolegów.

Podział na swoich i obcych, pomimo iż nieostry i nieoczywisty, był dla nas czymś naturalnym. Nie musieliśmy sięgać do historycznych annałów, gdzie można było znaleźć granicę pomiędzy Górnym Śląskiem a Zagłębiem, tuż obok nas, na rzeczce Brynicy. Nie zajmowaliśmy się wtedy wielokulturowością ziemi pogranicza, gdzie przez wieki mieszały się wpływy niemieckie, czeskie, polskie, żydowskie. Nam wystarczył na co dzień zaśpiew języka, nieuchwytna dla obcych intonacja, swojskie pochylenie samogłosek czy pojawiające się spontanicznie w podwórkowych wypowiedziach odłamki śląskiej godki. Od razu było wiadomo, kto jest kto. My byliśmy stąd, a oni znikąd. Jak to gorole.

Dlatego mogli się niektórzy z aktorów w filmach Kazimierza Kutza usilnie starać, by uniknąć fonetycznych i intonacyjnych pułapek gwary – nic to im nie dawało. Babcia Mika po zobaczeniu Soli ziemi czarnej alboPerły w koronie zaraz wychwytywała fałsz i kręciła głową:

– Ja, tyn to ja. Jest łod nos. A tamtyn, richtig gorol.

Przyszedł Gucio, kolega Krzysia. Trzepak stał pod jego blokiem. Pewno usłyszał muzykę.

Na koniec dołączył Łydka, muzyczny ekspert z sąsiedniego osiedla – małych bloków. Dla odróżnienia od naszych trzy- i czterokondygnacyjnych budynków nazywano tak piętrowe klocki mieszczące się naprzeciwko szkoły. Przy pomocy zafarbowanej na czarno damskiej bluzki z rozszerzanymi u dołu rękawami, wielkiego krzyża zawieszonego na rzemyku na szyi oraz przylizanych długich włosów Łydka starał się upodobnić do wokalisty zespołu Black Sabbath. Miał chyba największą kolekcję płyt i plakatów z zespołami rozwieszonych na ścianach swojego pokoju. Nie wiem, czego najbardziej mu zazdrościłem. Płyt, plakatów? A może własnego pokoju?

Nie było wtedy Krystiana ze Zjednoczenia Partii i Zbyszka Sodzawicznego z Kuśnierskiej. Brakowało też czarnoskórego Adama. Nie wiadomo dlaczego, zawsze byli.

Małe bloki, Kuśnierska, Zjednoczenia Partii, Burowiec. Nasze terytorium. Tylko z Targowiska nie było nikogo. Nie zadawaliśmy się z mieszkańcami biednych domków pod płotem huty. Tam mieszkała hołota. Tak samo nie zadawaliśmy się z chłopakami z wulchausu, jak nazywaliśmy pobliski internat szkoły geodezyjnej. Tam mieszkali gorole. Dla wszystkich ten podział terenu wydawał się oczywisty. Naruszenie cudzego terytorium powodowało natychmiastowy odwet. Nasz plac nienawidził innych plemion, z nienawiści czerpał siłę i wewnętrzną klanową spójność. Do podwórkowych legend przechodziły opowieści o odwetowych wyprawach bandy z osiedla na położony za cmentarzem teren internatu. Starsi koledzy przypisywali sobie bohaterskie czyny w potyczkach z nieświadomymi niczego chłopakami ze wsi, którzy dostając się do wymarzonego technikum, nie spodziewali się zasadzki i wpierdolu ze strony wojowniczych tubylców.

Ktoś, może Gucio, zaproponował, by nawiązać kontakt z agentem J-23. Rozpoczęto ściepę. Nie pamiętam, czy w tamtych czasach wino owocowe marki wino, zwane także przez lud jabolem lub jabcokiem, kosztowało jeszcze 23 złote. Tyle kosztowało przed drastyczną podwyżką ze stycznia 1974 roku. W owych czasach wszyscy pasjonowali się telewizyjnymi przygodami Hansa Klossa, agenta, który nadawał pod pseudonimem J-23. Stąd pochodziła popularna wśród nas nazwa tego specyfiku. Każdy dał, co miał. Kurczak jako pełnoletni pobiegł w naszej asyście do sklepu Jaroszki. W tym sklepie naprzeciwko kościoła podobnie rudy syn właścicielki sprzedał mu ulubiony napój klasy robotniczej i osiedlowej młodzieży. Wróciliśmy pod klopsztangę, gdzie butelka poszła w kółko, na dwa gule. Kto umiał tak pić, pił więcej. Kto nie, był zielony. Przebiegu konsumpcji pilnował ognistowłosy mistrz ceremonii. Dziewczyny odmówiły, tak im wypadało. Męska część wręcz przeciwnie, też tak nam wypadało. Wino miało smak dorosłości i nieodparty powab inicjacji z lekką domieszką siarki. No ale w końcu jak inaczej miałby smakować grzech?

Atmosfera zrobiła się żywsza i bardziej swobodna. Muzyka Dziadka z trudem przebijała się przez ożywiony gwar męskich głosów zniekształconych przez mutację oraz damskich pisków. Robiło się późno. Zaraz po 22 tak pięknie rozpoczętą imprezę zakłócił tubalny męski głos:

– Haloo! Co to ma być!? Wiecie, która godzina?! Skończyć mi tu te hałasy i marsz do domu!

Wydobywał się on z ciemnego balkonu w bloku, przy którego ślepej ścianie stał trzepak. Wiedzieliśmy od razu, do kogo ten głos należy. To niejaki Kurek, ormowiec, postać tyleż mierna, co upierdliwa. Jak był trzeźwy, to gonił, donosił, straszył. Panoszył się. Swoją malutką władzą pomocnika wiadomych służb już nieraz dawał nam się we znaki. Poza tym, czy ktoś znał fajnego ormowca? Dziewczyny spróbowały negocjacji:

– Niech pan da spokój… Przepraszamy. Już teraz będziemy ciszej. To nasz ostatni dzień wakacji!

Otworzyły się okna sąsiadów. Z kuchennego okna mieszkania Kurka wyjrzała jego żona, pracowniczka przychodni.

– Nie rycz tak! Przecież zaraz se pójdą – próbowała mitygować swojego małżonka.

– Nie wtrancaj się, Pela! Nie będą tu mi się drzeć pod oknem!

– To ty się drzesz! – obiektywnie oceniła męża.

– Wiecie, gówniarze, która godzina?! O tej porze to już najwyższy czas: marsz do domu! A ile wy macie lat, co? Wiem ile! A widziałem alkohol! Bo wyślę tu patrol!

Kurczak, który wcześniej za pomocą wyćwiczonej guli najbardziej przyczynił się do opróżnienia flaszki, najwyraźniej nie lubił milicji, także w scenach balkonowych. Usztywnił natychmiast nasze stanowisko negocjacyjne:

– Spierdalaj, jebany ormowcu!

Facet z balkonu tylko na to czekał. Tamy puściły. Posypały się bluzgi i pogróżki, a po chwili dołączył do nich rzucony z balkonu ciemny przedmiot, który lotem koszącym wylądował tuż obok Kurczaka.

– Widzieliście?! We mnie rzucasz, ty… ty milicyjny cwelu? – ugodzony o mały włos nasz kolega teraz naprawdę się oburzył. Podniósł rzucony w niego przedmiot.

Pocisk okazał się pojedynczym laciem. Obuwiem domowym. Ormowca wyraźnie poniosło, skoro w imię ludowej sprawiedliwości poświęcił swój osobisty pantofel. Lać ormowca – czy mogło być coś bardziej obrzydliwego? Na pewno śmierdział jego starymi skarpetami.

– Lać ormowca! – wykrzyknął bojowo Gorol.

Kurczak impulsywnie, bez zastanowienia, wziął zamach i odrzucił lać w kierunku ciemnego balkonu. Nie trafił. Miękki kapeć zrykoszetował i znowu wylądował obok klopsztangi. Nasz osiedlowy miotacz pochylił się, podniósł go i ponownie spróbował. Ormowiec dalej wykrzykiwał, co on nam zrobi, a Kurczak ambitnie nie rezygnował z osiągnięcia celu. Po kolejnym nieudanym rzucie w okienko odszukał swój pluszowo-ceratowy pocisk, pogrzebał chwilę w ziemi, wyprostował się, wziął zamach i ciepnął jeszcze raz w kierunku awanturującego się natręta.

I wtedy rozległ się brzęk tłuczonego szkła, a zaraz potem przerażający krzyk zaatakowanego własną bronią (czyli własnym laciem) ormowca. Do pełnego wściekłości i zhańbionej dumy barytonu Kurka dołączył dramatyczny sopran koloraturowy Kurkowej. Przeraziło nas to i zdumiało jednocześnie. Gucio nawet zapytał Kurczaka:

– Ty, co to się stało? Wybiłeś szybę laciem?

– Nie chciał dolecieć, to wziąłem kamień.

W tym momencie zorientowaliśmy się, że przegięliśmy. Tego już było za wiele.

– Pitamy! – jako pierwszy wrzasnął Gucio. Mieszkał w tym samym bloku, w którym wybiliśmy szybę. Miał najwięcej do stracenia.

Nie trzeba było nas namawiać. Natychmiast rozbiegliśmy się po domach, każdy w swoją stronę, by zmylić domniemany pościg. Ewa uciekała zarazem przestraszona i rozbawiona, niestety w przeciwnym kierunku niż ja. Mieszkała na Pogodnej. Wino owocowe podtrzymywało jeszcze wigor i odwagę osiedlowego zabijaki, gdy wbiegłem na moją klatkę schodową na Przedwiośnia. Nie zapaliłem światła i nagle, w ciemności, wpadłem na kogoś.

– O, przepraszam! – wykrzyknąłem przestraszonym głosem.

Ciemna postać okazała się nieznajomą kobietą, która po omacku szukała wyłącznika. Poczułem ulgę, że nie czeka na mnie obiecany przez ormowca patrol milicji.

Kiedy po wielu latach próbowałem przywołać wspomnienie nieznajomej z klatki schodowej bloku przy ulicy Przedwiośnia, przypomniałem sobie, że w ciemności wytrąciłem jej z rąk teczkę. Wysypały się wtedy z niej z szelestem papiery. Pełno urzędowych zawiadomień, kartek, jakieś zeszyty z tabelkami, dokumenty. Dostrzegłem na nich nazwiska. Ruszyłem do pomocy w zbieraniu zawartości teczki z podłogi. Twarzy właścicielki papierów nie zapamiętałem. Nieznajoma była jednak inna niż wszystkie moje sąsiadki. Poczułem zapach perfum, strój też nie wskazywał na lokalsa, raczej na urzędniczkę lub nauczycielkę. Ale nauczycielkę bym znał…

Czy tak było naprawdę? Być może to tylko moja wyobraźnia w luki pamięci próbuje wstawić fałszywe obrazy, wziąć za rzeczywistość zdarzenia istniejące tylko w późniejszych czyichś opowieściach, zastąpić prawdę chciejstwem poukładania wszystkiego w logiczną całość. Uwierzyć, że nie ma przypadkowych spotkań.

Zdyszany wpadłem do naszego mieszkania na trzecim piętrze. Cztery osoby, dwa pokoje z kuchnią, jeden przechodni – w nim ojciec na leżance. Osiedlowy standard. Otworzyłem okno i stałem, nasłuchując, czy nie nadchodzi pościg. Ojciec jednak kazał je natychmiast zamknąć:

– Zawjyrej! Nie czujesz? Znów kopci blajówa.

Czułem. Za oknami siwy smrodliwy dym zasnuł resztki ostatniego sierpniowego dnia wakacji 1975 roku.

Królowa

– Aaach!!! Jezderkusie!!! – Młoda lekarka w starannej fryzurze i białym kitlu w ostatniej chwili uchyliła głowę przed lawiną dokumentów, wypadających z do tej pory obrastającego kurzem na najwyższej półce pękatego segregatora, który próbowała ściągnąć.

Segregator, spadając ukośnie, odbił się od lamperii i ozdobił cały gabinet mozaiką dokumentacji medycznej. Po podłodze rozsiane zostały dokumenty, notatki, epikryzy, tabelki, druki. Tak rozpoczął się jej dzień w pracy.

Przedstawmy sprawczynię tego niezamierzonego bałaganu. Oto doktor medycyny Jolanta Wadowska, po mężu Król, z przychodni rejonowej dla dzieci w Dąbrówce Małej w trakcie akcji poszukiwawczej w dokumentacji medycznej. Doktor pediatra. Zwana też Królową albo, bardziej po śląsku, Królką. Albo doktórką.

Po stażu w szpitalach i przychodniach w Zagłębiu i Szopienicach ta młoda lekarka z Bielszowic leczy dzieci i próbuje zapuścić korzenie na Dąbrówce. Dostają z mężem mieszkanie na osiedlu, rodzi im się trzecie dziecko, córka. Mieszkanie jest obok kiosku starego Fiszera, który zostawia im w teczce gazety: „Panoramę” i „Przekrój”. Królowa zaczyna poznawać swoich małych pacjentów. Przyjmuje w przychodni, chodzi z wizytami po domach. Leczy dziecięce grypy, świnki, odry i szkarlatyny. Pomaga młodym matkom.

Po okresie, który pozwolił jej poznać rejon i należące do niego dzieci, zaczyna zauważać, że oprócz typowych dziecięcych chorób część małych pacjentów cierpi na dziwną odmianę anemii. Z tymi dolegliwościami wysyła ich do kliniki pediatrycznej w Zabrzu, do profesor Bożeny Hager-Małeckiej, która oprócz szefowania klinice jest konsultantką wojewódzką wszystkich przychodni. Tam diagnozują u dzieci różne choroby, między innymi mukopolisacharydozę. Niestety, terapia okazuje się nieskuteczna. Wypisuje się małych pacjentów do domu, a po pewnym czasie powtórnie znajdują się w szpitalu. Objawy wracają. Królowa pisze w kartotekach: niedokrwistość, anemia. Zakłada pacjentom o podobnych objawach zeszyt, do którego wpisuje swoje obserwacje. Ma wątpliwości.

Poradnia rejonowa dla dzieci w Dąbrówce Małej mieściła się na skrzyżowaniu ulic imienia dwóch rewolucjonistów różnej rangi: Włodzimierza Iljicza Lenina i Stefana Franciszoka, tuż obok przejazdu kolejowego i dawnego urzędu gminy. Nad przejazdem wybudowano metalowe przejście dla pieszych. Stało opustoszałe i bezludne. Gdy zamykano przejazd, niepokorny ludek wolał przemykać pod szlabanem lub (rzadziej) poczekać niż wchodzić na zardzewiałe schody. Nam ta żelazna, ruda od rdzy kładka dostarczała niesamowitych wrażeń. Można było na nią wejść w trakcie przejazdu pociągu i w całości zanurzyć się, jak w chmurze, w gęstym tumanie dymu z lokomotywy.

W tamtych czasach Dąbrówkę zdegradowano do roli dzielnicy o nazwie Katowice 15, więc dawny miejski urząd przeznaczono na przychodnię lekarską dla dorosłych. Przychodnię dla dzieci, gdzie pracowała doktor Jolanta Wadowska-Król, dzielił od niej tylko miniaturowy skwer z kioskiem Ruchu, placówką bardzo przydatną do tłumienia strachu i kojenia bólu. Tam można było kupić małą zabawkę lub coś słodkiego, nagrodę za dzielność dla idącego na zastrzyk albo na szczepienia małego pacjenta. Mieszcząca się w szarym, brzydkim budynku (w tamtych czasach wszystkie budynki były szare) przychodnia miała z boku parterową przybudówkę, w której były dwa wejścia. Pierwszym z prawej, opatrzonym napisem „Przychodnia dla Dzieci Zdrowych”, wchodziliśmy najpierw z rodzicami na owe szczepienia, a potem sami po zwolnienia z powodu domniemanej boleści czy realnej klasówki z matematyki. Drugie wejście, mieszczące się z lewej strony przybudówki, miało groźny napis „Przychodnia dla Dzieci Chorych”. W środku budynku była wspólna rejestracja. Tam często zaglądała Pelagia Kurek. Co należało do jej obowiązków w przychodni? To się okaże wkrótce.

Doktor Wadowska-Król wśród znajomych uchodzi za osobę fachową, doskonale zorganizowaną i opanowaną. Czasami jednak trudno nie zakląć. Powoli uchylają się drzwi do jej gabinetu. Wyglądają zza nich dwie głowy: widać blond włosy i czepek pielęgniarki Wiesi Wilczek oraz trwałą ondulację Pelagii Kurek z magazynu, prywatnie żony osiedlowego ormowca Kurka, z którym już mieliśmy do czynienia w tej opowieści. Zaniepokoiły je hałasy.

– Nic się nie stało. Wszystko w porządku. Tak, prosiłam do mnie panią Wiesię. Proszę, niech pani wejdzie! – Królowa już na powrót była opanowana. Nabrała głęboko powietrza, poprawiła fryzurę, wygładziła nieistniejące wgłębienie na nieskazitelnym fartuchu. Wcześniej pozbierała już co do jednego walające się po podłodze papiery i rozłożyła je na biurku obok segregatora.

– Słucham, pani doktor. – Wiesia Wilczek weszła do gabinetu. Nie wiedziała, czego oczekiwać od szefowej. Zapobiegawczo na wstępie najeżyła się i spięła z zamiarem pokazania, że nikt nie będzie nią tu rządził. Wiesia należała do gatunku osób samodzielnych i pyskatych. Sprowokowana z obydwu tych cech potrafiła zrobić użytek.

– Przepraszam za te hałasy, ale próbowałam tu znaleźć wszystkie niezdiagnozowane do końca przypadki, a to jest tutaj nie do ogarnięcia… – Lekarka spojrzeniem wskazała sfatygowany segregator. – Mogę leczyć dzieci, tego mnie nauczono, ale grzebanie w papierach to nie dla mnie. Zawsze się bałam, że zginę zawalona papierami. Mało brakowało!

– To prawdziwe pole minowe! – przyznała rację Królowej uspokojona Wiesia.

– Stajnia Augiasza! – zgodziła się z nią lekarka.

– Burdel na kółkach! – skwitowała pielęgniarka.