Olive powraca - Elizabeth Strout - ebook

22 osoby właśnie czytają

Opis

Kontynuacja kultowej książki Olive Kitteridge

Olive Kitteridge, która stała się ikoniczną postacią dla milionów czytelników i widzów serialu HBO na całym świecie, nie pozwoliła o sobie zapomnieć. Jak przyznaje autorka, Elizabeth Strout, przez dziesięć lat „przypominała o sobie, dźgała mnie w bok, aż jej uległam”.

I znów wracamy do nadmorskiego miasteczka Crosby, podglądamy życie Olive i jej drugiego męża, widzimy, jak komplikuje i rozwija się jej relacja z synem, ale przede wszystkim wtapiamy w małomiasteczkową, gęstą, sąsiedzką atmosferę. Olive stara się zrozumieć nie tylko siebie i swoje życie, ale także życie ludzi wokół niej – nastolatki, która musi pogodzić się ze stratą ojca, młodej dziewczyny, która musi urodzić dziecko w najmniej odpowiednim momencie, szkolnej pielęgniarki, której sekret wstrząśnie całym miasteczkiem czy prawnika, który zmierzy się z niechcianym spadkiem.

Niezapomniana Olive będzie nas znów zaskakiwać, poruszać i chwytać bezcenne chwile codzienności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 397

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Zariny,ponownie

ZATRZYMANIE

Pewnego wczesnego sobotniego popołudnia w czerwcu Jack Kennison założył okulary przeciwsłoneczne, wsiadł do sportowego auta ze złożonym dachem, zapiął pas obejmujący jego bark oraz wydatny brzuch i ruszył do Portland – odległego o niemal godzinę jazdy – żeby kupić tam galon whisky, bo wolał nie natknąć się na Olive Kitteridge w sklepie spożywczym w Crosby, w stanie Maine. Ani na tę drugą kobietę, którą widział dwukrotnie w sklepie, kiedy stał, trzymając whisky, podczas gdy ona rozprawiała o pogodzie. O pogodzie! Ta druga kobieta – nie zapamiętał jej nazwiska – też była wdową.

Gdy tak jechał, ogarnął go niemal całkowity spokój i znalazłszy się w Portland, zaparkował samochód i ruszył nad wodę. Uchyliły się drzwi lata i choć w połowie czerwca było jeszcze chłodno, niebo jaśniało błękitem, a nad portem fruwały mewy. Po chodnikach spacerowali ludzie, wiele młodych osób z dziećmi albo z dziecięcymi wózkami, i wszyscy sprawiali wrażenie, jakby rozmawiali z sobą nawzajem. To wzbudziło w nim podziw. Jak łatwo uznawali za coś oczywistego, że są razem, że rozmawiają! Nikt nawet na niego nie spojrzał i Jack uświadomił sobie nagle coś, co wiedział już wcześniej, tylko że teraz popatrzył na to w inny sposób. Był po prostu starym człowiekiem z obwisłym brzuchem, nikim godnym zauważenia. Wydawało się to niemal wyzwalające. Przez wiele lat był wysokim, przystojnym mężczyzną, bez brzucha, przechadzającym się po kampusie przy Uniwersytecie Harvarda, i ludzie wówczas mu się przyglądali – przez te wszystkie lata widział studentów popatrujących na niego z szacunkiem, a także kobiety, które zerkały w jego stronę. Na zebraniach wydziału potrafił onieśmielać ludzi; dowiedział się o tym od kolegów i uznał, że mówią prawdę, ponieważ tak właśnie chciał być postrzegany. Teraz podążył niespiesznym krokiem wzdłuż jednego z nabrzeży, na którym budowano apartamenty, i pomyślał, że może powinien się przeprowadzić właśnie tutaj, gdzie będzie go otaczała woda i ludzie. Wyjął z kieszeni telefon komórkowy, zerknął na niego i schował z powrotem. Pragnął porozmawiać tylko z córką.

Zza drzwi jednego z apartamentów wyszła jakaś para. Byli w wieku Jacka, mężczyzna także miał brzuch, choć nie aż tak wydatny, a kobieta wydawała się zatroskana, lecz widząc, jak zachowują się wobec siebie, pomyślał, że są małżeństwem od lat. „Już po wszystkim”, powiedziała kobieta, na co mężczyzna coś odpowiedział, a ona powtórzyła: „Nie, już po wszystkim”. Przeszli obok niego (nie zauważając go), a gdy po chwili spojrzał w ich stronę, zdziwiło go – nieco – że kobieta ujęła mężczyznę pod rękę, kiedy kroczyli wzdłuż nabrzeża w stronę miasteczka.

Jack zatrzymał się na końcu przystani i popatrzył na ocean – spojrzał w jedną stronę, później w drugą. Drobne grzywiaste fale napływały, popychane przez bryzę, którą poczuł dopiero teraz. To tutaj przypływał prom z Nowej Szkocji, wybrali się nim raz w podróż, on i Betsy. Zatrzymali się w Nowej Szkocji na trzy dni. Usiłował sobie przypomnieć, czy Betsy ujęła go pod ramię... Mogło tak być. Teraz zatem w myślach widział obraz ich dwojga schodzących z promu, siebie i żony, trzymających się pod rękę...

Odwrócił się, by odejść.

– Głupek.

Wypowiedział to słowo na głos i wtedy zobaczył blisko na nabrzeżu chłopaka, który obejrzał się na niego ze zdziwieniem. Oznaczało to, że jest staruszkiem gadającym do siebie na brzegu zatoki w Portland, w stanie Maine, i nie potrafił – on, Jack Kennison z dwoma doktoratami – rozgryźć, jak to się stało. „No, no”. Wypowiedział to również na głos, minąwszy chłopca. Stały tam ławki i usiadł na jednej z nich. Wyjął telefon i zadzwonił do córki; w San Francisco, gdzie mieszkała, nie minęło jeszcze południe. Był zaskoczony, gdy odebrała.

– Tato? Dobrze się czujesz?

Spojrzał w niebo.

– Och, Cassie... Po prostu byłem ciekaw, co u ciebie słychać.

– Wszystko w porządku, tato.

– No to dobrze. Dobrze. Cieszę się.

Na chwilę zapadło milczenie.

– Gdzie jesteś? – zapytała.

– A, na przystani w Portland.

– Po co?

– Tak sobie pomyślałem, żeby pojechać do Portland. Wiesz, wyjść z domu. – Jack zmrużył oczy, spoglądając na wodę.

Znowu milczenie.

– Rozumiem – rzuciła w końcu.

– Posłuchaj, Cassie – zaczął – chciałem tylko powiedzieć, że wiem, jakim jestem gnojkiem. Wiem. Mówię ci to, żebyś i ty wiedziała. Że ja wiem.

– Tato... – odezwała się. – Tatusiu, daj spokój. Co mam ci powiedzieć?

– Nic – odparł przyjaznym tonem. – Tu nie ma nic do powiedzenia. Po prostu chciałem, żebyś wiedziała, że o tym wiem.

Ponownie zapadła cisza, tym razem dłuższa, i poczuł lęk.

– Czy chodzi ci o to, jak mnie traktowałeś, czy o twój wieloletni romans z Elaine Croft?

Spojrzał w dół na deski nabrzeża i zobaczył swoje buty, czarne tenisówki starego człowieka na tle chropowatego drewna.

– O jedno i o drugie – odrzekł. – Albo sama wybierz.

– Och, tato... Och, tatusiu, nie wiem, co robić. Co ja mam zrobić dla ciebie?

Pokręcił głową.

– Nic, dziecko. Nie musisz nic dla mnie robić. Po prostu chciałem usłyszeć twój głos.

– Tato, my zaraz wychodzimy.

– Tak? Dokąd się wybieracie?

– Na targ rolniczy. Jest sobota, a my w soboty jeździmy na targ rolniczy.

– W porządku. Jedź. Nie martw się. Odezwę się do ciebie. Na razie cześć.

Wydawało mu się, że usłyszał jej westchnienie.

– No dobrze – powiedziała. – Do widzenia.

I na tym się skończyło! Na tym się skończyło.

Jack długo siedział na ławce. Obok przechodzili ludzie, a może przez pewien czas nie przechodzili, lecz on wciąż rozmyślał o swojej żonie Betsy i chciało mu się wyć. Rozumiał tylko jedno: że zasłużył na to wszystko. Zasłużył na to, że teraz musi używać wkładki do bielizny z powodu operacji prostaty, zasłużył sobie; zasłużył również na to, że córka nie chce z nim rozmawiać, ponieważ przez lata to on nie chciał rozmawiać z nią – była lesbijką, co nadal wzbudzało w nim lekki niepokój. Betsy jednak nie zasługiwała na śmierć. On tak, owszem, ale Betsy nie. Mimo to poczuł nagły przypływ wściekłości na myśl o żonie.

– O Jezu Chryste wszechmogący – mruknął.

Gdy jego żona umierała, to ona była na niego wściekła. Powiedziała: „Nienawidzę cię”. A on odparł tylko: „Nie mam ci tego za złe”. Ona na to: „Och, przestań”. Ale mówił szczerze... Jak mógłby ją winić? Nie mógł. Ostatnie słowa, jakie od niej usłyszał, brzmiały: „Nienawidzę cię, bo ja umrę, a ty będziesz żył”.

Zerkając w górę na przefruwającą mewę, pomyślał: ale to nie jest życie, Betsy. Cóż to był za okrutny żart.

Bar hotelu Regency mieścił się w piwnicy, ściany były pomalowane na ciemnozielono, a okna ukazywały chodnik, który znajdował się powyżej, i Jack głównie widział idące po nim nogi. Usiadł przy kontuarze i zamówił whisky. Barman był młodym, sympatycznym facetem. Na jego pytanie, jak się dzisiaj miewa, Jack odparł, że całkiem nieźle.

– No to dobrze – powiedział barman.

Długie ciemne włosy opadały mu na małe ciemne oczy. Gdy nalewał whisky, Jack spostrzegł, że jest starszy, niż się wydawał w pierwszej chwili, choć ostatnio Jackowi trudno było prawidłowo określić wiek ludzi, zwłaszcza młodych. I nagle pomyślał: a co, gdybym miał syna? Ta myśl pojawiała się u niego wcześniej tak często, że aż go zdziwiło, iż ciągle się nad tym zastanawia. A gdyby nie ożenił się z Betsy, tylko dlatego, że inna go nie chciała? Został odrzucony i ona również – przez tego faceta, Toma Grogera, w którym była tak bardzo zakochana na studiach. No i co? Zafrasowany, lecz czując się już lepiej – miał obok siebie drugiego człowieka, barmana – Jack rozłożył myśli przed sobą niczym wachlarz. Zrozumiał, że jest siedemdziesięcioczteroletnim mężczyzną, który spogląda wstecz na swoje życie i dziwi się, że tak się potoczyło, który czuje nieznośny żal z powodu popełnionych błędów.

I pomyślał: jak człowiek ma żyć uczciwie?

Nie po raz pierwszy zadawał sobie to pytanie, ale dzisiaj czuł się inaczej, patrzył jakby z oddalenia i naprawdę się zastanawiał.

– A więc, co pana sprowadza do Portland? – zagadnął barman, przecierając kontuar ściereczką.

– Nic szczególnego – odparł Jack.

Mężczyzna zerknął na niego, odwracając się lekko, by wytrzeć drugą część kontuaru.

– Chciałem wyrwać się z domu – powiedział Jack. – Mieszkam w Crosby.

– To miłe miasteczko.

– Owszem. – Jack upił łyk whisky i ostrożnie odstawił szklankę. – Moja żona zmarła siedem miesięcy temu.

Barman spojrzał na niego ponownie, odgarniając włosy znad oczu.

– Słucham? Czy pan powiedział...

– Powiedziałem, że moja żona zmarła siedem miesięcy temu.

– To bardzo przykre – stwierdził barman. – Musi panu być ciężko.

– No cóż, tak bywa. Nie jest łatwo.

Mina tego młodego człowieka nie uległa zmianie, gdy oznajmił:

– Mój ojciec umarł rok temu. Mama świetnie się trzyma, ale wiem, że to było dla niej trudne.

– Oczywiście. – Po chwili wahania Jack dodał: – Jak to wpłynęło na pana?

– Och, to smutne. Ale od dłuższego czasu chorował. Wie pan.

Jack poczuł znajome wewnętrzne, powolne pieczenie, takie samo jak wtedy, gdy ta wdowa w sklepie spożywczym opowiadała o pogodzie. Chciał krzyknąć: „Przestań! Powiedz, jak było naprawdę!”. Odchylił się w tył i przesunął szklankę. Jest, jak jest, to wszystko. Ludzie albo nie wiedzą, albo wolą nie mówić, co czują naprawdę.

I dlatego brakowało mu Olive Kitteridge.

Okej, rzekł do siebie. Wszystko w porządku. Tylko spokojnie.

Niespiesznie powrócił do myśli o Betsy. I wtedy coś sobie przypomniał – jakie to dziwne, że właśnie teraz. Kiedy przed laty pojechał na operację wycięcia pęcherzyka żółciowego, żona stała u jego boku, gdy dochodził do siebie, a po wybudzeniu, później, pacjent leżący obok powiedział: „Pańska małżonka patrzyła na pana z taką miłością, że aż byłem zdumiony, jak ona na pana patrzy, tak kochająco”. Jack mu uwierzył. Pamiętał, że poczuł się odrobinę nieswojo, a kiedy po latach przytoczył to w trakcie sprzeczki, Betsy oznajmiła: „Miałam nadzieję, że umrzesz”.

Jej bezpośredniość wprawiła go w osłupienie. „Miałaś nadzieję, że umrę?!”. Pamiętał, że zadając to pytanie, ze zdumieniem rozłożył ramiona.

A ona odparła z zażenowaną miną: „To ułatwiłoby sytuację”.

No więc tak wyszło.

Och, Betsy! Betsy, Betsy, Betsy, zawaliliśmy sprawę... zaprzepaściliśmy naszą szansę. Nie potrafił dokładnie ustalić kiedy, może dlatego, że nigdy nie było żadnej szansy. W końcu ona to ona, a on to on. W noc poślubną oddała mu się, lecz nie z taką swobodą jak w poprzednich miesiącach. Oczywiście na zawsze to zapamiętał. A ona nigdy tak naprawdę nie oddała mu się chętnie od tamtej nocy, czterdzieści trzy lata temu.

– Jak długo mieszka pan w Crosby? – zapytał barman.

– Sześć lat. – Jack przesunął nogi na drugą stronę barowego stołka. – Mieszkam w Crosby od sześciu lat.

Barman kiwnął głową. Weszła jakaś para i usiadła przy drugim końcu barowej lady; byli młodzi, a kobieta miała długie włosy, które przerzuciła do przodu przez ramię – pewna siebie osoba. Barman podszedł do nich.

W tej chwili myśli Jacka skierowały się ku Olive Kitteridge. Wysoka, potężnie zbudowana. Boże, dziwna z niej była kobieta. Bardzo ją polubił... Miała w sobie jakąś uczciwość – czy to była uczciwość? – ale miała coś w sobie. Wdowa, która – jak się wydawało – ocaliła mu życie. Poszli kilka razy na kolację, raz na koncert, pocałował ją w usta. Teraz na myśl o tym mógłby się głośno zaśmiać. Jej usta. Olive Kitteridge. Jak całowanie wieloryba oblepionego pąklami. Miała wnuka urodzonego dwa lata wcześniej, co Jacka nieszczególnie obchodziło, ale ją obchodziło, ponieważ dano mu na imię Henry po dziadku, nieżyjącym mężu Olive. Jack podsunął jej pomysł, żeby pojechała do Nowego Jorku zobaczyć małego Henry’ego, na co odparła, że chyba jednak nie. Kto wie dlaczego? Jej relacje z synem nie były dobre, tyle wiedział. Ale on też nie miał najlepszego kontaktu z córką. To ich łączyło. Pamiętał, jak Olive powiedziała mu bez ogródek, że jej ojciec się zabił, kiedy miała trzydzieści lat. Zastrzelił się w kuchni. Może to miało coś wspólnego z jej obecnym zachowaniem... musiało mieć. A potem przyszła pewnego przedpołudnia i nieoczekiwanie położyła się obok niego na łóżku w pokoju gościnnym. O rany, ale mu ulżyło. Ulga wezbrała w nim, gdy tylko Olive złożyła głowę na jego piersi. „Zostań”, powiedział w końcu, lecz ona podniosła się i odparła, że musi wrócić do domu. „Cieszyłbym się, gdybyś została”, dodał, ona jednak wyszła. I nie wróciła. Gdy próbował do niej dzwonić, nie odbierała telefonu.

Wpadł na nią tylko raz w sklepie spożywczym, kilka dni po tym, jak położyła się obok niego. Dźwigał swoją butlę whisky. „Olive!”, wykrzyknął. Ale była bardzo wzburzona. Jej syn, mieszkający w Nowym Jorku, oczekiwał lada dzień narodzin kolejnego dziecka! „Myślałem, że właśnie urodziło mu się dziecko”, powiedział Jack, a ona odparła, że cóż, ta kobieta znowu zaszła w ciążę i dopiero teraz ją, Olive, o tym zawiadomili! Olive już miała wnuka; po co im więcej dzieci, skoro było jeszcze dwoje, które żona wniosła do tego małżeństwa. Olive powtórzyła to co najmniej trzy razy. Zadzwonił do niej następnego dnia, ale sygnał w telefonie tylko brzęczał i brzęczał, i Jack uświadomił sobie, że nie włączyła automatycznej sekretarki. Czy to mogła być prawda? Z Olive wszystko było możliwe. Przypuszczał, że zapewne w końcu wybrała się do Nowego Jorku zobaczyć tego młodszego wnuka, ponieważ gdy nazajutrz znowu zadzwonił, nadal nikt nie odbierał. Wysłał jej maila z tematem „?????” i więcej nic. Na to również nie odpowiedziała. Od tego czasu minęły ponad trzy tygodnie.

Barman stanął ponownie przed Jackiem, robiąc drinki. Jack zapytał:

– A pan? Wychował się pan tutaj?

– Nie – odparł tamten. – Wychowałem się pod Bostonem. Przyjechałem tu dla dziewczyny. Mieszka tutaj. – Lekkim ruchem odrzucił ciemne włosy znad oczu.

Jack kiwnął głową i napił się whisky.

– Wiele lat mieszkaliśmy z żoną w Cambridge – oznajmił – a potem przenieśliśmy się do tej miejscowości.

Mógłby przysiąc, że dostrzegł coś w twarzy barmana, jakiś znaczący półuśmiech, zanim młody człowiek odwrócił się i odszedł, by podać drinki oczekującej parze.

Kiedy wrócił, zagadnął Jacka:

– Człowiek z Harvardu? Więc pracował pan na uniwersytecie. – Wydobył spod kontuaru zestaw czystych szklanek i zaczął je umieszczać, zawieszając do góry dnem, na stojaku powyżej.

– Czyściłem toalety – powiedział Jack. A ten głupek zerknął na niego, jakby chciał sprawdzić, czy żartuje. – Nie, nie czyściłem toalet. Uczyłem tam.

– To wspaniale. Chciał pan tu zamieszkać po przejściu na emeryturę?

Jack nigdy nie chciał przejść na emeryturę.

– Ile płacę? – zapytał.

W drodze powrotnej myślał o Schroederze, jakim był cholernym dupkiem i gównianym dziekanem. Kiedy Elaine wniosła sprawę do sądu, kiedy naprawdę to zrobiła, podając molestowanie seksualne jako powód, dla którego nie otrzymała stałego etatu, Schroeder stał się okropnym facetem. Zdziwaczał, nie pozwalał Jackowi nawet odezwać się do siebie. Wszystko w rękach prawników, oznajmił. A Jack poszedł na urlop naukowy. Tamta sprawa trwała aż trzy lata, zanim Elaine doczekała się znaczącej zmiany, a do tego czasu Jack i Betsy przenieśli się do Maine. Jack przeszedł na emeryturę. Wybrali Maine, ponieważ chciała tego Betsy – pragnęła wyjechać daleko i faktycznie tak zrobili. Crosby było uroczym nadmorskim miasteczkiem, które wyszukała w sieci, i leżało najdalej jak to możliwe, choć zaledwie o kilka godzin jazdy na północ, na Wschodnim Wybrzeżu. Sprowadzili się tam, nie znając nikogo z mieszkańców. Ale Betsy zdobyła sobie przyjaciół, taki już miała charakter.

„Proszę zjechać”.

„Proszę zjechać na bok”.

Powtórzono te słowa kilkakrotnie, zanim Jack zwrócił na nie uwagę. Wygłoszono je przez megafon i ich odmienny dźwięk, inny niż dudnienie opon o nawierzchnię, zaskoczył Jacka, który po chwili ze zdumieniem dostrzegł tuż za sobą błyskające niebieskie światła i radiowóz policyjny. „Proszę zjechać na bok”.

– Jezu – powiedział na głos i zjechał na pobocze drogi. Zgasił silnik i spojrzał na podłogę przy siedzeniu pasażera, gdzie spoczywała plastikowa torba z butlą whisky, którą kupił w sklepie na obrzeżach Portland. Obserwował podchodzącego młodego policjanta... co za nadęty gówniarz w ciemnych okularach... po czym zapytał uprzejmym tonem: – W czym mogę pomóc?

– Poproszę o prawo jazdy i dowód rejestracyjny.

Jack otworzył schowek, odszukał dowód rejestracyjny, a następnie wyciągnął z portfela prawo jazdy i podał dokumenty policjantowi.

– Czy zdawał pan sobie sprawę, że jedzie pan z prędkością stu dziesięciu kilometrów na godzinę w strefie, gdzie obowiązuje ograniczenie do dziewięćdziesięciu? – Policjant zadał to pytanie szorstkim tonem, jak się zdawało Jackowi.

– No cóż, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Bardzo mi przykro. – Sarkazm był jego słabostką, Betsy zawsze to powtarzała, ale do tego policjanta jakoś nie docierał.

– Czy zdawał pan sobie sprawę, że pana samochód nie ma ważnego przeglądu?

– Nie.

– Termin przeglądu minął w marcu.

– Ha. – Jack obrzucił wzrokiem przednie siedzenie. – Cóż, oto co się stało. Przypomniałem sobie. Moja żona zmarła, rozumie pan. Umarła. – Spojrzał na policjanta. – Nie żyje. – Wypowiedział te słowa z naciskiem.

– Proszę zdjąć okulary.

– Słucham?

– Powiedziałem, żeby pan zdjął okulary. Natychmiast.

Jack zdjął okulary przeciwsłoneczne i przesadnie szeroko uśmiechnął się do funkcjonariusza.

– Teraz niech pan zdejmie swoje – powiedział. – Ujawnij się, to ja też się ujawnię. – Ponownie wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Policjant obejrzał prawo jazdy, popatrzył na Jacka i oznajmił:

– Proszę tu zaczekać, aż przekażę informacje.

A potem ruszył z powrotem do radiowozu, na którym wciąż migały niebieskie światła. Idąc, mówił coś do radiotelefonu. Po chwili podjechał drugi radiowóz, też z błyskającymi niebieskimi światłami.

– Wezwał pan wsparcie? – zawołał głośno Jack. – Jestem aż tak niebezpieczny?

Drugi policjant wysiadł z auta i podszedł do Jacka. Był potężnie zbudowanym, niemłodym mężczyzną. Wiele rzeczy widział, mówił o tym jego chód i jego oczy – tak bez wyrazu, że nie potrzebował ciemnych okularów.

– Co pan ma w tej torbie na podłodze? – zapytał donośnym głosem.

– Alkohol. Whisky. Chce pan zobaczyć?

– Proszę wysiąść z samochodu.

Jack spojrzał na niego.

– Co?!

Potężny mężczyzna cofnął się o krok.

– Proszę natychmiast wysiąść.

Jack wysiadł z auta, powoli, bo zabrakło mu tchu.

– Oprzeć ręce na dachu samochodu – rozkazał mężczyzna, co rozśmieszyło Jacka.

– On nie ma dachu – odparł. – Widzi pan? To się nazywa kabriolet i w tej chwili dach jest złożony.

– Proszę oprzeć ręce na dachu – powtórzył policjant. – Natychmiast.

– W ten sposób? – Jack położył dłonie na obramowaniu okna.

– Proszę tu zostać. – Mężczyzna wrócił do radiowozu, który zatrzymał Jacka, i zaczął rozmawiać z drugim policjantem, siedzącym z przodu.

Jack uświadomił sobie, że w tych czasach wozy policyjne wszystko nagrywają – gdzieś o tym czytał – i nagle pokazał środkowy palec dwóm stojącym za nim radiowozom. Potem znowu oparł dłoń o ramę okna.

– Bzdety – powiedział.

Pierwszy policjant wysiadł z auta i zbliżył się do Jacka zamaszystym krokiem, z kaburą przypiętą do uda. Jack, z wystającym pokaźnym brzuchem i rękami opartymi groteskowo o brzeg okna, obejrzał się i rzucił:

– Hej, jesteście naćpani.

– Co pan powiedział? – Policjant był wkurzony.

– Nic takiego.

– Chce pan się znaleźć w areszcie? – zapytał policjant. – Tego pan chce?

Jack parsknął śmiechem, po czym zagryzł wargę. Pokręcił głową, spuszczając oczy. I zauważył rojące się na ziemi mrówki. Przeszkadzały im ślady opon, a on patrzył na te maleńkie owady, brnące przez rozpadlinę, jedno ziarnko piasku za drugim, od miejsca, w którym jego opona rozgniotła tak wiele z nich, do... właśnie, dokąd? Do nowego miejsca?

– Proszę się odwrócić i ręce do góry – nakazał policjant.

Jack odwrócił się z uniesionymi rękami i zobaczył samochody sunące przez bramki na autostradzie. A jeśli ktoś go rozpozna? Oto Jack Kennison z rękami w górze, niczym przestępca, a obok dwa radiowozy migające niebieskimi światłami.

– Niech pan posłucha – rzekł policjant.

Uniósł ciemne okulary i potarł powiekę – i w tej krótkiej chwili Jack zobaczył jego oczy, które wydawały się dziwne, jak oczy ryby. Mężczyzna wycelował w Jacka palec. Trzymał go tak, choć nic nie mówił, jakby nie pamiętał, co chciał powiedzieć.

Jack przekrzywił głowę.

– Zamieniam się w słuch. – Włożył w te słowa tyle sarkazmu, ile tylko zdołał.

Rybiooki obszedł samochód, otworzył drzwi z drugiej strony i wydobył plastikową torbę z butelką.

– Co to jest? – spytał, powracając do Jacka.

Jack opuścił ramiona i odparł:

– Już mówiłem pańskiemu koledze, że to whisky. Przecież widać, na miłość Chrystusa.

Rybiooki zbliżył się do niego, a Jack próbował się cofnąć, lecz nie miał dokąd, bo stał tam jego samochód.

– Proszę powtórzyć, co pan przed chwilą powiedział – nakazał Rybiooki.

– Powiedziałem, że to whisky, co widać. A potem wspomniałem coś o Chrystusie. O Chrystusie i miłości.

– Pan pił – stwierdził Rybiooki. – Pan pił, proszę pana.

W jego głosie zabrzmiała tak paskudna nuta, że Jack natychmiast otrzeźwiał. Rybiooki upuścił torbę z whisky na siedzeniu kierowcy.

– Owszem – przyznał Jack. – Wypiłem drinka w barze Regency w Portland.

Rybiooki wyciągnął coś z tylnej kieszeni, coś na tyle małego, że mieściło się w dłoni, lecz było kwadratowe i szare.

– Jezu, czy zamierza pan użyć paralizatora? – zapytał Jack.

Rybiooki się uśmiechnął. Uśmiechnął! Postąpił krok w stronę Jacka, pokazując to, co trzymał.

– Proszę, niech pan da spokój. – Jack przyłożył ręce do piersi, naprawdę wystraszony.

– Proszę tu dmuchnąć – polecił Rybiooki i na przedmiocie, który trzymał, pojawiła się mała rurka.

Jack przytknął usta do rurki i dmuchnął.

– Jeszcze raz. – Rybiooki przysunął się bliżej.

Jack ponownie wypuścił powietrze, po czym odjął rurkę od ust. Rybiooki uważnie przyjrzał się urządzeniu i oznajmił:

– No, no, jest pan tuż poniżej dozwolonej normy. – Schował gadżet z rurką do kieszeni i zwrócił się do Jacka: – Kolega właśnie wypisuje mandat, a gdy go panu wręczy, radzę wsiąść do samochodu i pojechać prosto do warsztatu, gdzie zrobią przegląd tego pojazdu. Czy pan mnie rozumie?

– Tak – powiedział Jack. – Mogę teraz wrócić do auta?

Rybiooki pochylił się ku niemu.

– Tak, teraz pan może.

Jack usadowił się w fotelu kierowcy, umieszczonym nisko przy podłodze, gdyż był to sportowy samochód, postawił whisky na siedzeniu obok i czekał, aż potężnie zbudowany policjant wręczy mu mandat, podczas gdy Rybiooki stał tuż obok, jakby zatrzymany mógł w każdej chwili uciec.

A potem, kątem oka, Jack dostrzegł coś, czego nigdy nie mógł być do końca pewien i czego nigdy nie mógł zapomnieć. Krocze policjanta znajdowało się dokładnie na poziomie oczu Jacka, który pomyślał – pomyślał, i szybko odwrócił wzrok – że ten facet chyba zaczyna mieć wzwód. Pojawiła się tam wypukłość większa niż... Zerknął na jego twarz, on zaś spoglądał w dół na Jacka przez ciemne okulary.

Rosły policjant podszedł i wręczył mu mandat.

– Bardzo wam dziękuję, panowie – powiedział Jack. – Na mnie już czas. – I odjechał powoli.

Ale Rybiooki podążał za nim aż do bramek na autostradzie i dalej, dopóki Jack nie dotarł do zjazdu na Crosby, a kiedy tam skręcił, facet już go zostawił i pojechał prosto autostradą.

– Kup sobie jakieś obcisłe gatki, jak wszyscy w tym stanie! – wykrzyknął Jack.

Odetchnął głęboko i powiedział do siebie:

– W porządku. Już w porządku. Po wszystkim. – Przemierzając odległość trzynastu kilometrów do Crosby, mówił dalej: – Betsy. Betsy! Zaczekaj, aż ci powiem, co mi się przytrafiło. Chyba nie uwierzysz, Betts. – Pozwolił sobie na to, na rozmowę z nią o niedawnych zdarzeniach. – Dzięki, Betsy – dodał, a dziękował jej za to, jak miło się zachowała, gdy doszło do operacji prostaty.

Bo naprawdę była miła, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Jack przez całe życie nosił bokserki. Nie dla niego te obcisłe białe slipki. Ale w Crosby nie dało się nigdzie kupić bokserek. To go zdumiało. Betsy specjalnie pojechała do Freeport, żeby mu kupić bokserki. A później operacja prostaty, prawie rok temu, zmusiła go do zrezygnowania z bokserek. Potrzebne mu było miejsce, w które wetknie tę głupią wkładkę. Jak on jej nienawidził! I w tej chwili, jak na zawołanie, poczuł, że jego pęcherz puszcza – nie krople, lecz mocny strumień. „Och, na litość boską”, powiedział głośno. Cały ten stan, jak się wydawało, nosił białe slipy. Ostatnio Jack pojechał do Walmartu na obrzeżach miasta kupić następne ich opakowanie i zauważył, że tam też nie mają bokserek. Tylko pełny zestaw slipów we wszystkich rozmiarach aż po XXXL dla nieszczęsnych grubasów i potężnych mięśniaków zamieszkujących ten stan. Betsy jednak pojechała do Freeport i tam znalazła dla niego bokserki. Och, Betsy, Betsy!

W domu Jack nie bardzo mógł uwierzyć w to, co się stało tego dnia – wszystko wydawało się absurdalne i w jakiś sposób niemal przypadkowe. Długo siedział w swoim dużym fotelu, patrząc na salon. Był to obszerny pokój z niską, niebieską sofą na metalowych nogach, która zajmowała jakieś półtora metra pod ścianą naprzeciw telewizora, a potem skręcała prostopadle w drugą stronę pokoju; przed nią stał stolik ze szklanym blatem, również z metalowymi nogami. Później Jack obrócił się w fotelu i spojrzał przez okna na rozległą łąkę i rosnące za nią drzewa o jaskrawozielonych liściach. Zgodzili się z Betsy, że ten widok podoba im się bardziej niż jakakolwiek panorama jeziora, i to wspomnienie obudziło w nim dreszcz emocji. Wreszcie wstał, nalał sobie whisky i ugotował cztery parówki do hot dogów. Wciąż kręcił głową, otwierając puszkę fasoli w sosie pomidorowym. „Betsy”, wypowiedział na głos kilka razy imię żony. Kiedy skończył jeść i opłukał naczynia – nie wstawił ich do zmywarki, bo wydawało mu się to zbyt wielką fatygą – nalał sobie jeszcze jedną szklankę whisky i zaczął myśleć o Betsy, tak zakochanej w tym facecie, Tomie Grogerze. Och, jak dziwnie układa się życie...

Pełen dobrej woli – dzień dobiegał końca, a whisky zaczęła działać – Jack usiadł do komputera i wygooglował Toma Grogera. Znalazł go: facet nadal uczył w tej prywatnej szkole dla dziewcząt w Connecticut i był osiem lat młodszy niż Jack. Ale tylko dla dziewcząt? Nadal? Jack przewinął dane i zobaczył, że mniej więcej od dziesięciu lat przyjmują również chłopców. A potem znalazł małe zdjęcie Toma Grogera: miał teraz siwe włosy i był szczupły, co dało się poznać po jego twarzy, która wydawała się sympatyczna i dla Jacka zupełnie nijaka. Do szkolnej strony dołączony był jego adres mailowy. Toteż Jack napisał. „Moja żona Betsy (Arrow, pod tym nazwiskiem ją znałeś) zmarła siedem miesięcy temu i wiem, że w latach młodości bardzo cię kochała. Pomyślałem, że być może chciałbyś otrzymać wiadomość o jej śmierci”. Nacisnął WYŚLIJ.

Odchylił się na oparcie krzesła i popatrzył na drzewa rozjaśnione zmieniającym się światłem. Te długie, długie wieczory – były tak długie i piękne, że po prostu go dobijały. Łąka ciemniała, drzewa za nią wyglądały jak kawałki czarnego płótna, lecz z nieba wciąż padały promienie słońca, które kładły się łagodnie na trawie w odległym końcu. Jack przypomniał sobie cały miniony dzień i wydało mu się, że nic tu nie ma sensu. Czy ten facet naprawdę miał erekcję? Zdawało się to niemożliwe, ale Jack znał – w pewien sposób znał – uczucie gniewu i władzy, które mogło to wyzwolić. Jeśli z facetem istotnie tak było. A potem pomyślał o mrówkach, które wciąż się uwijały, próbując przenieść ziarnka piasku tam, gdzie były im one potrzebne. Niemal krajało mu się serce, gdy patrzył, jakie maleńkie i wytrzymałe są te stworzonka.

Dwie godziny później sprawdził pocztę z nadzieją, że mogła napisać jego córka i że Olive Kitteridge pojawi się znowu w jego życiu. W końcu to ona napisała do niego pierwsza, o swoim synu, a on wtedy napisał jej o swojej córce. Pewnego dnia nawet powiedział Olive o swym romansie z Elaine Croft, a ona, jak się wydawało, nie zamierzała go osądzać. Mówiła o nauczycielu, w którym zakochała się przed laty – nazwała to „prawie romansem” – i który pewnej nocy zginął w wypadku samochodowym.

Sprawdzając pocztę, zauważył, że zapomniał (zapomniał!) o Tomie Grogerze, ale dostał odpowiedź od [email protected] Jack, mrużąc oczy, spojrzał przez swoje okulary do czytania. „Wiem o śmierci twojej żony. Kontaktowaliśmy się z Betsy przez wiele lat. Nie wiem, czy powinienem ci o tym pisać, ale rozmawiała ze mną o twoim skoku w bok i być może powinienem ci powiedzieć – choć jak wspomniałem, nie jestem pewien – że był taki czas, kiedy spotykaliśmy się z Betsy w hotelu w Bostonie, a także w Nowym Jorku. Może już o tym wiesz”.

Jack odepchnął się na krześle od biurka, aż kółka załomotały o podłogę z twardego drewna. Przysunął się z powrotem i ponownie przeczytał wiadomość. „Betsy – wyszeptał – dlaczego, ty sukinsynu”. Zdjął okulary i otarł twarz ramieniem. „Cholera jasna”, powiedział. Po chwili założył okulary i raz jeszcze odczytał maila. „Skok w bok? – przemówił na głos. – Kto używa takich słów? Kim ty jesteś, Groger, jakimś pedziem?”. Wcisnął klawisz DELETE i wiadomość zniknęła.

Czuł się trzeźwy jak niemowlę. Przeszedł się po domu, patrząc na ślady obecności żony: lampy ze zdobionymi podstawami, wyszukana gdzieś miska z mahoniu, która stała na szklanym stoliku i teraz pełna była różnych śmieci, takich jak klucze, stary niedziałający telefon, wizytówki, spinacze biurowe. Spróbował sobie przypomnieć, kiedy jego żona pojechała do Nowego Jorku, i wydawało mu się, że nastąpiło to niedługo po ślubie. Była wychowawczynią w przedszkolu i pamiętał, że mówiła o jakichś zebraniach, w których musi wziąć udział. Nie poświęcił temu uwagi – był zajęty ubieganiem się o stały etat, a potem był po prostu zajęty.

Usiadł w fotelu i natychmiast wstał. Ponownie przeszedł się po domu, wyjrzał na pociemniałą już łąkę, po czym wspiął się na piętro i tam też obszedł pomieszczenia. Jego łóżko, ich małżeńskie łóżko, było niezasłane, jak zawsze, z wyjątkiem dni, kiedy przychodziła sprzątaczka, i wydało mu się symbolem opłakanego stanu, w jakim się znalazł – czy raczej znaleźli się obydwoje. „Betsy – powiedział na głos – Jezu Chryste, Betsy”. Przysiadł niepewnie na skraju łóżka, masując kark. Może Groger tylko się z nim drażnił, zachowując się wrednie dla zabawy. Ale nie. Groger nie był taki. Jack zawsze odnosił wrażenie, że jest poważnym człowiekiem, przez te wszystkie lata uczył angielskiego, na miłość boską, w szkole dla małych pipek. Zaraz, czy to dlatego Betsy powiedziała wtedy, że „ułatwiłoby sytuację”, gdyby Jack umarł w trakcie operacji pęcherzyka żółciowego? Tak dawno temu? Jak dawno? Co najmniej dziesięć lat po ślubie. „Spałeś z moją żoną? – zapytał głośno Jack. – Ty kutasino”. Wstał i podjął spacer po piętrze. Była jeszcze jedna sypialnia oraz pokój, który jego żona wykorzystywała jako gabinet do pracy. Jack wszedł do obu, obracając się, jakby czegoś szukał. Potem wrócił na dół i przemierzył dwa pokoje gościnne, jeden z podwójnym łóżkiem, drugi z pojedynczym. W kuchni nalał sobie kolejną porcję whisky z butli, którą kupił wcześniej tego dnia. Wydawało się, że kupił ją dawno temu.

Jego własny romans z Elaine Croft zaczął się dopiero po dwudziestu pięciu latach małżeństwa. Ta nagląca potrzeba, którą odczuwali on i Elaine... Boże, to było coś. To było straszne. Czy Betsy znała to uczucie? Niemożliwe, nie należała do zbyt namiętnych kobiet. Skąd jednak miał wiedzieć, jaką właściwie była kobietą?

– Hej, Cassie – powiedział głośno – twoja matka była zdzirą.

Ale już wypowiadając te słowa, wiedział, że to nieprawda. Matka Cassie... no cóż, była w pewnym sensie zdzirą, na litość boską, jeśli wyjeżdżała, by przespać się z Grogerem w hotelu w Bostonie i Nowym Jorku, gdy Cassie była jeszcze małym dzieckiem, ale przecież naprawdę spisała się wspaniale jako matka. Jack pokręcił głową. Nagle poczuł się pijany. Wiedział też, że nigdy, przenigdy nie powie o tym Cassie – niech zapamięta swoją matkę taką, jaką była: świętą, która musiała znosić jej homofobicznego ojca, pochłoniętego sobą dupka.

– No dobra – rzekł Jack. – Dobra.

Zasiadł z powrotem do komputera. Odzyskał wiadomość z kosza, przeczytał ją raz jeszcze, a potem napisał – bardzo uważając na błędy literowe, żeby nie wyglądało to pijacko – „Cześć, Tom. Tak, wiem o waszych spotkaniach. Dlatego pomyślałem, żeby zawiadomić cię o jej śmierci”. Wysłał wiadomość i wyłączył komputer.

Wstał, podszedł do fotela, usiadł w nim i długo tak siedział. Ponownie pomyślał o mrówkach, które zobaczył, kiedy ten okropny Rybiooki trzymał go przy samochodzie, o tych mrówkach. Po prostu wykonywały swoją pracę i żyły aż do śmierci, nie zważając na samochód Jacka. Nie mógł przestać o nich myśleć. Jack Kennison, który studiował ludzkie zachowania, od średniowiecza aż po czasy monarchii austro-węgierskiej i zamordowanie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, w wyniku czego Europejczycy powysadzali się nawzajem – Jack rozmyślał o tych mrówkach.

A potem uświadomił sobie, że nazajutrz jest niedziela i że to będzie długi dzień.

Następnie pomyślał – jakby spoglądał w przepływający obok barwny kalejdoskop – o własnym życiu, jakie było wcześniej i jak wyglądało teraz, i powiedział głośno: „Nie jesteś wiele wart, Jacku Kennisonie”. To go zaskoczyło, ale czuł, że to prawda. Kto wypowiedział te słowa, że jest się niewiele wartym? Olive Kitteridge. Wyraziła się tak o pewnej kobiecie z miasta. „Niewiele warta”, orzekła wówczas Olive i ta kobieta odeszła, przepadła.

Wreszcie Jack wziął kawałek papieru i napisał na nim: „Droga Olive Kitteridge, tęskniłem za Tobą i gdybyś uznała za stosowne zatelefonować do mnie, napisać maila albo spotkać się ze mną, bardzo się ucieszę”. Podpisał list i włożył do koperty. Nie zalepił jej. Rano zdecyduje, czy go wysłać, czy nie.

PORÓD

Dwa dni wcześniej Olive Kitteridge odebrała poród.

Odebrała go na tylnym siedzeniu własnego samochodu, który zaparkowała na trawniku przed domem Marlene Bonney. Marlene urządzała baby shower dla swojej córki, a Olive nie chciała parkować za sznurem innych aut, ustawionych wzdłuż gruntowej drogi. Obawiała się, że ktoś może stanąć za nią i ona nie da rady wyjechać – wolała sytuacje, w których mogła się wycofać. Zaparkowała więc na trawniku przed domem i dobrze się stało, bo ta niemądra dziewczyna – miała na imię Ashley, jasna blondynka, przyjaźniła się z córką Marlene – zaczęła rodzić, a Olive zorientowała się wcześniej niż ktokolwiek inny. Wszyscy siedzieli na składanych krzesłach w salonie, a ona zobaczyła, jak Ashley, siedząca obok niej, w zaawansowanej ciąży, ubrana w czerwony obcisły top, który tę ciążę podkreślał, wychodzi z pokoju – i wtedy Olive po prostu wiedziała.

Wstała, znalazła dziewczynę w kuchni, opartą o zlew i jęczącą: „O Boże, o Boże”, i odezwała się do niej: „Ty rodzisz”, na co ta idiotka odrzekła: „Chyba tak. Ale termin mam na przyszły tydzień”.

Głupie dziecko.

I głupie baby shower. Olive, myśląc o tym teraz, gdy siedziała w swoim salonie i patrzyła na wodę, wciąż nie mogła uwierzyć, jakie to było głupie przyjęcie. Powtórzyła głośno: „Głupie, głupie, głupie”. Potem wstała, poszła do kuchni i tam usiadła. „Boże”, westchnęła.

Zakołysała stopą w górę i w dół.

Duży zegarek po zmarłym mężu Henrym, który nosiła od czterech lat, kiedy to Henry dostał udaru, wskazywał godzinę czwartą. „No więc w porządku”, stwierdziła. Wzięła żakiet, bo mimo że był czerwiec, tego dnia wiało chłodem, i dużą czarną torbę, po czym wyszła i wsiadła do samochodu, gdzie na tylnym siedzeniu wciąż lepiło się od mazi, którą pozostawiła ta niemądra dziewczyna, choć Olive starała się to wyczyścić najlepiej, jak mogła – i pojechała do Libby, gdzie kupiła roladę z homara, a potem do Point. Siedziała w samochodzie i jadła roladę, patrząc na Halfway Rock.

Jakiś mężczyzna w furgonetce zatrzymał się nieopodal i Olive pomachała do niego, lecz nie odwzajemnił gestu. „Eee tam, pies z tobą tańcował”, powiedziała i kawałek homara spadł jej na żakiet. „Ożeż, jasna cholera!”, zaklęła, ponieważ majonez spłynął na spód – widziała małą ciemną plamkę – i mógł zniszczyć żakiet, jeśli szybko nie spłucze tego gorącą wodą. Żakiet był nowy, uszyła go poprzedniego dnia, na starej maszynie, z kawałków pikowanego materiału w niebiesko-białe pasy, pilnując długości, żeby zakrył tylną część jej ciała.

Wezbrał w niej niepokój.

Mężczyzna w furgonetce rozmawiał przez telefon komórkowy i nagle się zaśmiał – widziała, jak odrzuca głowę, dostrzegła jego zęby, kiedy śmiejąc się, otworzył usta. Potem uruchomił auto i wycofał je, wciąż rozmawiając przez telefon, i Olive została sama, z widokiem na rozpościerającą się przed nią zatokę, na której połyskiwały odblaski słońca, a drzewa na wysepce stały na baczność; skały były mokre, nadchodził odpływ. Słyszała ciche odgłosy własnego przeżuwania i osaczyła ją wszechogarniająca samotność.

Chodziło o Jacka Kennisona. Tak naprawdę to o nim właśnie rozmyślała, o tym okropnym, starym, bogatym, rozlazłym flejtuchu, z którym spotykała się przez kilka tygodni tej wiosny. Polubiła go. Pewnego dnia, miesiąc temu, nawet położyła się obok niego na łóżku i słyszała bicie serca, gdy oparła głowę na jego piersi. I poczuła wówczas wielką ulgę – falę ulgi – a potem owładnął nią lęk. Olive nie lubiła się bać.

Wtedy po chwili usiadła, a on poprosił: „Zostań, Olive”. Ale nie została. „Zadzwoń do mnie – powiedział – bardzo chętnie cię usłyszę”. Nie zadzwoniła. Mógł się z nią skontaktować, gdyby chciał. Nie zatelefonował. Ale natknęła się na niego wkrótce potem w sklepie spożywczym i opowiedziała mu o swoim synu, który lada dzień spodziewał się w Nowym Jorku narodzin dziecka, na co Jack zareagował uprzejmie, lecz nie zaproponował następnego spotkania, a później zobaczyła go (choć on jej nie widział) w tym samym sklepie, rozmawiającego z tą głupią wdową Berthą Babcock, która – z tego, co Olive wiedziała – była republikanką, podobnie jak Jack, i może wolał tę głupią kobietę niż Olive. Kto wie? Przysłał jednego maila z mnóstwem pytajników w miejscu przeznaczonym na temat – i nic więcej. To miał być mail? Olive tak nie uważała.

– E tam, do licha z tobą – mruknęła i dokończyła roladę z homarem.

Zwinęła papier po roladzie i rzuciła go na tylne siedzenie, gdzie ciągle widniała plama po tej głupiej dziewczynie.

– Odebrałam dzisiaj poród – poinformowała syna przez telefon.

Cisza.

– Słyszysz mnie? – spytała Olive. – Powiedziałam, że odebrałam dzisiaj poród.

– Gdzie? – Jego głos zabrzmiał nieufnie.

– W samochodzie przed domem Marlene Bonney. Pewna dziewczyna... – I tu opowiedziała mu całą historię.

– Ha. Dobra robota, mamo. – Potem dodał zgryźliwym tonem: – Możesz przyjechać do nas i odebrać drugiego wnuka. Ann będzie rodziła w basenie.

– W basenie? – Olive nie zrozumiała, o czym on mówi.

Christopher odezwał się stłumionym głosem do kogoś obok.

– Ann znowu jest w ciąży?! Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?

– Jeszcze nie jest. Dopiero się staramy. Ale zajdzie w ciążę.

– Co to znaczy, że będzie rodziła w basenie? – zapytała. – W takim do pływania?

– No tak. W pewnym sensie. W dziecięcym brodziku. Podobnym do tego, który mamy na podwórku za domem. Tylko że ten jest większy i oczywiście superczysty.

– Ale dlaczego tam?

– Dlaczego? Ponieważ tak jest bardziej naturalnie. Dziecko zsuwa się do wody. Będzie przy tym położna. To bezpieczne. Więcej niż bezpieczne, tak właśnie dzieci powinny przychodzić na świat.

– Rozumiem – odrzekła Olive, choć w ogóle tego nie rozumiała. – Kiedy będzie rodziła to dziecko?

– Gdy tylko się upewnimy, że zaszła w ciążę, zaczniemy odliczanie. Nikomu nie mówimy, że próbujemy, po tym, co się stało ostatnim razem. Ale tobie powiedziałem. No to wiesz.

– A zatem wszystko w porządku – skwitowała Olive. – To do widzenia.

Christopher – była tego pewna – wydał dźwięk obrzydzenia, zanim odparł:

– Do widzenia, mamo.

Po powrocie do domu Olive z zadowoleniem zobaczyła, że plamka od majonezu na nowym żakiecie poddała się gorącej wodzie z mydłem, i powiesiła żakiet w łazience, żeby wysechł. Wróciła do pokoju i usiadła w fotelu z widokiem na zatokę. Ukośny promień słońca padł tam, krzesząc iskry, i widać było jedynie ze dwa więcierze na homary, bo słońce o tej porze świeciło tak jasno, że aż przecinało wodę. Nie mogła przestać myśleć o tym, jakie głupie było to baby shower. Same kobiety. Dlaczego na taką imprezę przychodzą tylko kobiety? Czy mężczyźni nie mają z dziećmi nic wspólnego? Olive stwierdziła, że nie lubi kobiet.

Wolała mężczyzn.

Zawsze lubiła mężczyzn. Chciała mieć pięciu synów. I wciąż żałowała, że ich nie ma, bo Christopher... Och, teraz przygniotło ją brzemię prawdziwego smutku, tak jak po udarze Henry’ego przed czterema laty i jak po jego śmierci dwa lata później, gdy niemal czuła, jak jej pierś wzbiera tym uczuciem. Christopher i Ann nazwali swoje pierwsze wspólne dziecko Henry, po ojcu Chrisa. Henry Kitteridge. Cóż za wspaniałe imię. I wspaniały człowiek. Olive nie poznała jeszcze swojego wnuka.

Poprawiła się na krześle, wspierając podbródek na dłoni, i ponownie pomyślała o tym baby shower. Stół był zastawiony jedzeniem – Olive ze swojego miejsca widziała, od czasu do czasu, małe kanapki, jajka przyprawione na ostro i pokrojone ciasto. Kiedy obok niej przeszła ciężarna córka Marlene, Olive poprawiła bluzkę i spytała: „Czy możesz mi podać kilka tych przekąsek?”. Dziewczyna obejrzała się z zaskoczeniem, po czym odrzekła: „Och, ależ oczywiście, pani Kitteridge”. Jednak zatrzymali ją goście i trwało wieczność, zanim Olive mogła umieścić na kolanach papierowy talerzyk z dwoma jajkami i kawałkiem czekoladowego ciasta. Żadnego widelca ani serwetki, nic.

– Dziękuję – powiedziała.

Wetknęła do ust kawałek ciasta, a potem wsunęła talerzyk z jajkami głęboko pod krzesło. Ostro przyprawione jajka wywoływały u niej mdłości.

Córka Marlene usiadła w białym wiklinowym fotelu z wstążkami spływającymi z oparcia, jakby była królową tego dnia. Gdy wszyscy wreszcie zajęli miejsca – nikt nie usiadł obok Olive, dopiero ta dziewczyna w ciąży, Ashley, bo nie było już wolnych krzeseł – no więc kiedy już wszyscy usiedli, Olive zobaczyła prezenty piętrzące się na stole i wtedy uświadomiła sobie, że nie przyniosła żadnego prezentu. Zalała ją fala wstydu.

Marlene Bonney zatrzymała się, idąc przez pokój, i zapytała cicho:

– Olive, jak się miewa Christopher?

– Jego dziecko umarło – odparła Olive. – Serce się zatrzymało na kilka dni przed porodem. Ann musiała wypchnąć z siebie już nieżywe dziecko.

– Olive! – W ładnych oczach Marlene wezbrały łzy.

– Nie ma co płakać z tego powodu – powiedziała Olive.

(A sama płakała. Popłakała się jak dziecko, kiedy odłożyła słuchawkę po rozmowie z Christopherem).

– Och, Olive, bardzo mi przykro to słyszeć. – Marlene odwróciła głowę, jednym spojrzeniem omiatając pokój, po czym dodała zniżonym głosem: – Najlepiej nikomu o tym nie mówić, nie sądzisz?

– Jasne – przytaknęła Olive.

Marlene ścisnęła jej dłoń.

– Pozwól, że zajmę się dziewczętami. – Wyszła na środek pokoju, zaklaskała i oznajmiła: – No dobrze, czy możemy zacząć?

Wzięła jakiś prezent ze stołu i podała go córce, która przeczytała dołączoną kartkę i rzuciła: „O, to od Ashley”, na co wszyscy obrócili się i spojrzeli na blondynkę w ciąży siedzącą obok Olive. Ashley pomachała dyskretnie, z zarumienioną twarzą. Córka Marlene rozpakowała prezent; zdjęła wstążki i przylepiła je taśmą klejącą do papierowego talerza. Wreszcie wydobyła małe pudełko, w którym znajdował się dziecięcy sweterek.

– Och, popatrzcie tylko! – zawołała.

Wokół rozległy się głosy uznania. A potem, ku przerażeniu Olive, zaczęto przekazywać sweterek z rąk do rąk. Kiedy dotarł do niej, powiedziała: „Bardzo ładny” i podała go Ashley, która stwierdziła: „Już go widziałam”, na co kobiety parsknęły śmiechem, a Ashley wręczyła ubranko osobie siedzącej po jej drugiej stronie, która to osoba wypowiedziała się obszernie na temat sweterka, zanim przekazała go kolejnej dziewczynie. Zajęło to sporo czasu. Jedna z dziewcząt zapytała: „Wydziergałaś go sama?”. Ashley przyznała, że tak. Któraś napomknęła, że jej teściowa też robi na drutach, lecz nigdy nie zrobiła czegoś tak ładnego jak ten sweterek. Ashley jakby zesztywniała lekko i szeroko otworzyła oczy. „To miłe”, powiedziała.

Wreszcie nadszedł czas na następny prezent i Marlene podeszła z nim do córki. Córka spojrzała na kartkę i oznajmiła: „To od Marie”. Młoda kobieta z końca pokoju pomachała do wszystkich. Córka Marlene przez dłuższą chwilę przyklejała wstążki taśmą do papierowego talerza i wtedy do Olive dotarło, że tak będzie z każdym prezentem, aż na koniec pozostanie talerz pełen wstążek. To wprawiło ją w zakłopotanie. Siedziała, czekając, a tymczasem córka Marlene podniosła i pokazała zestaw plastikowych dziecięcych butelek z namalowanymi listkami. Olive zauważyła, że nie okrążyły zebranego towarzystwa.

– Nie będziesz karmić piersią? – zapytała któraś z dziewcząt.

– No, spróbuję... – odparła córka Marlene i dodała wesołym tonem: – Ale te butelki na pewno się przydadzą.

– Tak sobie pomyślałam – powiedziała Marie – że nigdy nie wiadomo. Dlatego dobrze mieć pod ręką kilka plastikowych butelek, nawet jeśli karmisz piersią.

– Oczywiście – odezwała się inna dziewczyna i butelki również puszczono w obieg.

Olive myślała, że pójdzie to szybciej, ale wydawało się, że każda dziewczyna, która dotknęła butelek, ma do opowiedzenia historię na temat karmienia piersią. Olive nie karmiła piersią Christophera, nikt tego w tamtych czasach nie robił prócz kobiet, które uważały się za lepsze od innych.

Córce Marlene wręczono trzeci prezent i Olive poczuła wyraźne przygnębienie. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak długo potrwa, aż dziewczyna rozpakuje każdy cholerny prezent na tym stole i starannie umieści wstążki na cholernym papierowym talerzu, a potem wszyscy będą musieli czekać – czekać! – aż każdy prezent okrąży pokój. Stwierdziła, że nigdy w życiu nie słyszała o czymś równie głupim.

Podano jej do rąk parę żółtych dziecięcych bucików. Popatrzyła na nie i oddała je Ashley, która oznajmiła: „Są prześliczne”.

I nagle Olive pomyślała o tym, jaka była nieszczęśliwa jeszcze przed udarem Henry’ego. Nie wiedziała, dlaczego ta myśl pojawiła się właśnie w tej chwili. Świadomość tego poczucia nieszczęścia docierała do niej czasami, ale zazwyczaj wtedy, gdy była sama.

Prawdę mówiąc, nie wiedziała, dlaczego z wiekiem zrobiła się nieczuła wobec męża. Ale nic nie mogła na to poradzić, jakby kamienny mur, który wyrósł między nimi w trakcie ich długiego małżeństwa – kamienny mur, który ich rozdzielał, lecz także czasem podsuwał niespodziewanie ciepłe, omszałe zagłębienie, gdzie słońce przeświecało z nagłym, roześmianym przebłyskiem porozumienia – stał się wysoki i niewzruszony i w jego załomach nie rosły kwiatki, lecz oblepiał go zmrożony lód. Innymi słowy, narosło między nimi coś, co wydawało się nie do pokonania. Potrafiła czasami zauważyć coś dodatkowego, tu głaz, tam stosik kamieni (dorastanie Christophera, jej uczucia do tego Jima O’Caseya, który dawno temu uczył z nią w jednej szkole, niedorzeczne zachowanie Henry’ego wobec młodej Thibodeau, koszmar, który przeżyli z Henrym podczas napadu, kiedy w obliczu śmierci padły słowa, które nie powinny były paść, a ponadto rozwód Christophera i jego wyjazd z miasta), lecz nadal nie rozumiała, dlaczego oboje mają razem wkraczać w starość, jeśli rozdziela ich ten wysoki, straszny mur. I była to jej wina. Ponieważ kiedy jej serce coraz bardziej się zaciskało, serce Henry’ego zaczęło odczuwać większe potrzeby i gdy czasami w domu podchodził do niej z tyłu i otaczał ją ramionami, potrafiła tylko powstrzymać się od widocznego wzdrygnięcia. Chciała krzyknąć: „Przestań!”. (Ale dlaczego? Co złego zrobił, poza tym, że prosił o jej miłość?).

– To odciągacz pokarmu – wyjaśniła Ashley, ponieważ Olive trzymała i obracała w dłoniach plastikowe urządzenie, nie mogąc odgadnąć, do czego służy.

– Rozumiem. – Olive oddała ów przedmiot Ashley.

Zerknęła na stół z prezentami i pomyślała, że w ogóle nie widać, aby coś ubyło.

Pojawił się bladozielony dziecięcy kocyk. Olive spodobał się w dotyku – potrzymała go na kolanach, przesuwając po nim dłońmi. Ktoś się odezwał: „Proszę podać dalej” i Olive natychmiast przekazała kocyk Ashley. Dziewczyna rzuciła: „Ooch, jakie to ładne” – i wtedy Olive zauważyła krople potu spływające po jej policzku. I odniosła wrażenie – a właściwie była pewna – że usłyszała jej szept: „O Boże”. Kiedy zielony kocyk dotarł do Marie, na sam koniec pokoju, Ashley podniosła się z miejsca i powiedziała: „Przepraszam, przerwa toaletowa”. Marlene spytała: „Wiesz, gdzie jest łazienka?”. Ashley odrzekła, że wie.

Pojawił się zestaw ręczniczków kąpielowych, a krzesło Ashley wciąż było puste. Olive podała ręczniczki dziewczynie po drugiej stronie pustego krzesła, po czym wstała i oznajmiła: „Zaraz wrócę”. Zastała Ashley w kuchni, pochyloną nad zlewem i szepczącą: „O Boże, o Boże”.

– Dobrze się czujesz? – zapytała głośno Olive. Dziewczyna pokręciła głową. – Ty rodzisz – stwierdziła Olive.

Ashley spojrzała na nią; miała mokrą twarz.

– Chyba tak – przyznała. – Dziś rano wydawało mi się, że mam skurcz, ale potem mi przeszło, a teraz... O Boże... – Zgięła się, łapiąc za krawędź zlewu.

– Zawiozę cię do szpitala – rzekła Olive.

Ashley w jednej chwili wyprostowała się i uspokoiła.

– Nie chcę tego popsuć, to dla niej takie ważne. Wie pani... – zwróciła się szeptem do Olive – nie jestem pewna, czy Rick w ogóle się z nią ożeni.

– Mniejsza o to – powiedziała Olive. – Zaraz urodzisz dziecko. Do diabła z psuciem czegokolwiek. Nawet nie zauważą, że cię nie ma.

– Zauważą. I wtedy wszyscy skupią się na mnie. A powinni... – Ashley skrzywiła się nagle i ponownie chwyciła za krawędź zlewu. – O Boże, o Boże – jęknęła.

– Wezmę torbę i od razu zawiozę cię do szpitala – oznajmiła Olive, świadoma, że używa swojego dawnego nauczycielskiego tonu.

Wróciła do salonu i zabrała swoją dużą czarną torbę. Dziewczyny śmiały się z czegoś; głośny śmiech wlewał się do uszu.

– Olive? – Był to głos Marlene.

Olive uniosła rękę nad głową i wróciła do kuchni, gdzie Ashley dyszała głośno.

– Proszę mi pomóc – wystękała z płaczem.

– Chodź. – Olive zaczęła popychać ją w stronę drzwi. – Mój samochód stoi tam, na trawniku. Wsiądź do niego.

Pojawiła się Marlene.

– Co się dzieje? – zapytała.

– Ona rodzi – odparła Olive – i zabieram ją do szpitala.

– Ale nie chciałam niczego popsuć – zwróciła się Ashley do Marlene, z wyrazem zmieszania na mokrej twarzy.

– Już – poleciła Olive. – W tej chwili. Do mojego auta. Na trawniku.

– Och, Olive, wezwijmy karetkę. A jeśli ona urodzi, kiedy będziesz jechała? Zostań tu. Pozwól mi zadzwonić. – Marlene sięgnęła po telefon wiszący na ścianie i wydawało się, że to trwa wieczność, zanim ktoś wreszcie odebrał.

– Zabieram ją – oświadczyła Olive – więc możesz powiedzieć temu komuś, do kogo się dodzwonisz, jak wygląda mój samochód, i niech za mną jadą, jeśli zechcą.

– Ale jak wygląda twój samochód? – Pytanie Marlene przypominało jęk.

– Przyjrzyj mu się – nakazała Olive. Ashley już wyszła i teraz wsuwała się na tylne siedzenie auta. – Powiedz kierowcy karetki, kiedy się pokaże, żeby mnie zatrzymał.

Otworzywszy drzwi samochodu, Olive dostrzegła twarz dziewczyny i zdała sobie sprawę, że to już. Ta dziewczyna zaczęła rodzić.

– Zdejmij spodnie – poleciła. – Natychmiast. Zdejmij je. – Ashley spróbowała, ale wiła się z bólu i Olive drżącymi dłońmi przeszukała swoją torbę, gdzie znalazła nożyce ogrodowe, które zawsze nosiła przy sobie. – Połóż się. – Pochylona zajrzała do samochodu, obawiała się jednak, że skaleczy dziewczynie brzuch, więc podeszła do drzwi po drugiej stronie, otworzyła je i udało jej się rozciąć spodnie. Potem znowu okrążyła samochód i ściągnęła je z rodzącej. – Leż i nie ruszaj się – powiedziała stanowczo, bo tak, owszem, była nauczycielką w każdym calu.

Dziewczyna rozsunęła kolana i Olive popatrzyła. Była zdumiona. Pudendum, przemknęło jej przed głowę. Nigdy przedtem nie widziała... pudendum