Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 506 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Old Surehand. Tom II - Karol May

Wódz Apaczów Winnetou i dzielny Old Shatterhand starają się pomóc swemu młodemu przyjacielowi Bloody Foksowi, który mieszka w oazie na pustyni Llano Estacado. Fox jest zagrożony atakiem plemienia Komanczów. Spiesząc mu na ratunek, spotykają słynnego myśliwego, Old Surehanda. Skrywa on pewną tajemnicę, a jej rozwikłanie wcale nie będzie łatwe. Trzech bohaterów zmaga się z przeciwnościami losu, podstępami czerwonoskórych wojowników, a także ze złodziejami strzelb. W miarę upływu czasu niektóre zagadki zaczynają się wyjaśniać, mimo że mnożą się niebezpieczne sytuacje.

Seria Książka do plecaka zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

Opinie o ebooku Old Surehand. Tom II - Karol May

Fragment ebooka Old Surehand. Tom II - Karol May

KAROL MAY

Old Surehand

Tom 2

ISBN: 978-83-7623-960-6

Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków

Tytuł oryginałuOld Surehand

Redaktor serii Iwona Misiak

Korekta Katarzyna Kierejsza

Ilustracja na okładce Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z  o.o., 2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A tel./fax (012) 266-62-94 tel. (012) 266-62-92 www.zielonasowa.pl wydawnictwo@zielonasowa.pl

ROZDZIAŁ VI | Skarby

Biali są często gorsi od czerwonoskórych – były agent handlowy, znużony opowiadaniem, oparł się o poręcz krzesła. – Jeśli słuchaliście uważnie, panowie, to musicie przyznać, że podstępne plany czarnobrodego i jego ludzi oraz napad na pociąg udaremniono tylko dzięki bystrości i męstwu Winnetou. Jest to mąż, z którym mało kto z Indian czy białych może się równać, a jeśli kiedyś zginie, to imię jego na pewno przetrwa w pamięci naszych synów, wnuków i prawnuków.

– Well, macie słuszność, sir! – wtrącił jakiś jegomość, siedzący przy jednym z bocznych stołów. – Znałem Apaczów jeszcze w tym czasie, kiedy Winnetou był małym chłopcem. Pielęgnowali oni od dawna cnoty, które w całej pełni objawiły się u Winnetou.

– Czy znacie jego szczep, sir?

– Znam Meskalerów bardzo dobrze. Nie miałem też nigdy ani pośród czerwonych, ani pośród białych tak wiernego i oddanego przyjaciela, jakim był Inczu-czuna, ojciec Winnetou. Tego wspaniałego Indianina zamordowali biali, a razem z nim Nszo-czi, jego córkę, a siostrę Winnetou, najpiękniejszą, najlepszą i najczystszą dziewczynę Apaczów!

– Czy byliście westmanem?

– Właściwie nie. Przebywałem długo na Zachodzie w celach naukowych, choć nie uważam się za wielkiego uczonego. Jestem etnologiem [Etnolog – człowiek zajmujący się zawodowo badaniem różnych kultur w celach naukowych.]. Szczególnie interesowałem się rasą czerwoną, dlatego większą część roku spędzałem na wędrówkach od jednego szczepu do drugiego. Poznałem Indian i nauczyłem się ich cenić. Oni mnie także znali i poważali, bo wiedzieli, że przybywam do nich jako przyjaciel. Stałem się ich nauczycielem i doradcą, a oni w zamian uczyli mnie, jak się używa broni, poluje, no i jak walczy, chociaż byłem człowiekiem ceniącym nade wszystko pokój. Musiałem polować, aby się wyżywić, a czasem byłem zmuszony bronić się przed nieprzyjacielem. Nigdy jednak moim wrogiem nie był czerwonoskóry. Twierdzenie wasze, że biali są często gorsi od Indian, uważam więc za słuszne. Mógłbym na to przytoczyć niejeden przekonywający dowód.

– Uczyńcie to, sir!

– Prosimy! – Do chóru głosów dołączyła się gospodyni, która przyniosła właśnie kilka pełnych szklanek. – Nigdy jeszcze nie było u mnie tak spokojnie i cicho jak dziś. Ja też chętnie posłucham waszej historii.

– Well! – zgodził się etnolog. – Jeśli sprawia to wszystkim przyjemność… Postaram się opowiadać tak samo barwnie jak tamci panowie.

Polowałem z kilkoma ludźmi z Kolorado w pobliżu Spanish Peaks i przez Willow Springs przybyłem nad Nescuntunga Creek. Na prawym brzegu tego potoku miałem się spotkać z Willem Saltersem, z którym przed paroma miesiącami polowałem na bobry w Nebrasce; przy rozstaniu tutaj wyznaczyliśmy sobie spotkanie. Chcieliśmy przejechać przez terytorium indiańskie aż do jego południowo-wschodniej granicy, a potem udać się prosto na zachód, na Llano Estacado, aby poznać tę osławioną pustynię.

Do tej podróży konieczny był dobry koń, a tymczasem mój okulał. Musiałem pozwolić mu wypocząć, dopóki jego noga nie wydobrzeje. Mój mustang kuśtykał powoli przez prerię, a ja rozglądałem się za oznakami, które by świadczyły o bliskości rzeki. Na północy ciągnęła się ciemna linia, w której domyśliłem się skupisk drzew i zarośli. Zwróciłem się zatem w tym kierunku, przypuszczając, że gdzie jest więcej roślinności, tam musi być i woda.

I miałem słuszność. Ciemną linię tworzyła gęstwina meskitu i dzikich czereśni, rosnąca po obu stronach niezbyt szerokiego potoku. Jechałem z wolna wzdłuż brzegu, szukając z uwagą jakiegoś znaku od Saltersa, który mógł przybyć tu przede mną.

Wkrótce zauważyłem w płytkiej wodzie leżące tuż obok siebie dwa wielkie kamienie; pomiędzy nimi tkwił dość duży konar wciśnięty w ten sposób, że mała gałąź, znajdująca się na jego końcu, wskazywała w dół rzeki.

Był to umówiony znak. W niewielkich odstępach znalazłem jeszcze cztery takie same. Dowodziły one, że Salters był tutaj i pojechał z biegiem rzeki. Listki na gałązkach już zwiędły, tropu nie mogłem rozpoznać, Salters musiał więc przejeżdżać tędy poprzedniego dnia lub wcześniej.

Po jakimś czasie potok skręcił na północ, zataczając łuk. W tym miejscu gałąź wetknięta w piasek nadbrzeżny wskazywała kierunek w głąb prerii. Salters nie pojechał więc dalej brzegiem, lecz po cięciwie łuku, jaki tworzyła tu rzeka. Ja uczyniłem, oczywiście, to samo.

Wtem zauważyłem przed sobą niezbyt wysokie, samotne wzgórze, pocięte rozpadlinami. Dojechałem tam w pół godziny. Szczyt był łysy, a podnóże porosłe z rzadka krzakami. Zdziwiłem się, gdy objechawszy je, ujrzałem na wschodniej stronie kilka grup starych jaworów.

Ziemia była tu rozkopana na znacznej przestrzeni. Jamy o głębokości kilku metrów, wybrane motyką i łopatą, wyzierały z jednostajnej powierzchni gruntu. Pojechałem dalej, lecz zatrzymałem się niebawem, zauważywszy na trawie ślady stóp. Zsiadłem z konia, by zbadać je dokładniej. Przekonałem się, że zostawiły je nogi kobiece albo chłopięce, obute w mokasyny bez napiętków. Właściwie powinienem się udać za tymi śladami. Ponieważ jednak prowadziły na północ, a moja droga wiodła na wschód, i ponieważ chciałem jak najszybciej spotkać się z Saltersem, dosiadłem konia i pojechałem dalej.

Kiedy dostałem się znowu nad rzekę, zobaczyłem tuż nad jej brzegiem pole obsadzone tytoniem i kukurydzą. Po drugiej stronie wznosił się niewielki dom, otoczony solidnym, lecz bardzo zniszczonym parkanem.

A zatem farma nad Nescuntunga Creek! Kto by się tego spodziewał?! Za parkanem stary, grubokościsty koń tarł głową o pusty żłób, a opodal młody chłopiec zajęty był naprawianiem uszkodzonego płotu. Zdawało się, że przeraził go mój widok.

– Dzień dobry! – pozdrowiłem go. – Czy mogę się dowiedzieć, jak się nazywa właściciel tego domu?

Odgarnął ręką gęste, jasne włosy, popatrzył na mnie badawczo niebieskimi oczyma i odparł:

– Nazywa się Rollins, sir.

– Czy jesteś jego synem?

Powiedziałem do niego „ty”, ponieważ nie mógł mieć więcej niż szesnaście lat, chociaż był rosły i silnie zbudowany.

– Jestem pasierbem gospodarza.

– Czy ojczym w domu?

Zamiast odpowiedzi wskazał na wąskie i niskie drzwi domu, z których wychodził właśnie jakiś mężczyzna. Musiał się nieco pochylić, aby głową nie uderzyć w futrynę. Był bardzo wysoki, chudy, o wąskich piersiach, a skóra na jego twarzy pokryta rzadkim zarostem wyglądała jak wygarbowana. W ręku trzymał starą strzelbę i motykę. Przystąpiwszy z wolna, popatrzył na mnie niechętnie i zapytał ochrypłym głosem:

– Czego tu chcecie?

– Chcę was zapytać, Mr Rollins, czy nie było tu człowieka nazwiskiem Salters.

Chłopiec odpowiedział szybko:

– Był tu wczoraj rano, sir. Ten Salters…

Nie zdołał skończyć. Ojczym pchnął go kolbą w bok, aż biedny chłopiec zatoczył się z jękiem na parkan.

– Milcz, gadzino! – huknął stary. – Nie będziemy służyć byle włóczędze! – I zwracając się do mnie, dodał: – Zabierajcie się stąd!

To było zwykłe grubiaństwo. Postanowiłem jednak nie reagować na to. Zsiadłem bez pośpiechu z konia, przywiązałem go do płotu i powiedziałem spokojnie:

– Wierzchowiec mi okulał. Pozwólcie, że zostanę u was, dopóki nie wyzdrowieje.

Cofnął się o krok, zmierzył mnie groźnym spojrzeniem od stóp do głów i wrzasnął:

– Mój dom to nie gospoda. Jak wam wpakuję ładunek śrutu w skórę… – urwał nagle i spojrzał w bok. – Do licha! Znowu ten przeklęty czerwonoskóry! Czekaj no, czekaj, zaraz cię stąd wykurzę!

Z pobliskich zarośli wysunął się młody Indianin. Rollins podniósł strzelbę, wymierzył i wypalił. Ale w tej samej chwili podbiłem mu lufę i ładunek poszedł w bok.

– Psie, na mnie się porywasz?! – ryknął.

Odwrócił szybko strzelbę i zamierzył się, by uderzyć mnie kolbą. Ale ja pchnąłem go tak mocno na parkan, że deski zawaliły się pod nim, a strzelba wypadła z ręki. Pochwyciłem ją, zanim zdążył się podnieść. Wtedy wydobył nóż zza pasa i wykrztusił zdławionym głosem:

– Mnie… na mojej ziemi! Zapłacisz za to życiem!

Szybko zwróciłem ku niemu rewolwer i odrzekłem:

– Schowajcie nóż! Moja kula jest szybsza od jego ostrza!

Zawahał się, lecz opuścił podniesioną rękę.

Wtem usłyszeliśmy tętent. Jakiś jeździec kierował się galopem w naszą stronę.

– Już przy pracy, chłopie? – zawołał do mnie ze śmiechem. – Dobrze robisz! Wal tego draba, bo zasłużył na to. Ale nie strzelaj, bo niewart garści prochu!

Był to Will Salters. Zbliżył się do nas i pozdrowił mnie:

– Witaj, przyjacielu! Ten drań przyjął mnie wczoraj tak samo jak dzisiaj ciebie. Posłał mi kulę, która na szczęście poszła bokiem. Chciałem się tu zatrzymać, ale w tej sytuacji nie mogłem. Powiedziałem tylko jego synowi, że dzisiaj wrócę, aby zobaczyć, czy stary ma lepszy humor.

Zsiadł z konia. W tejże samej chwili Rollins chwycił motykę i wielkimi susami uciekł w las. Spojrzeliśmy na siebie ze zdziwieniem – co za szczególne zachowanie! Najpierw bezwzględność i grubiaństwo, a potem tchórzliwa ucieczka.

Nie zdołaliśmy jeszcze zastanowić się nad tym, kiedy z domu wyszła kobieta. Widziała, jak Rollins zniknął za krzakami, i powiedziała, wzdychając z ulgą:

– Dzięki Bogu! Już myślałam, że dojdzie do rozlewu krwi. On jest pijany. Dopiero co wypił całą flaszkę wódki!

– Jest pani jego żoną? – spytałem.

– Tak, ale nie mam wpływu na jego zachowanie.

– Wierzę. Przypuszczam, że pani mąż jest chory umysłowo.

– Tak jest, niestety. Zdaje mu się, że w pobliżu zakopany jest skarb. Chce go wydobyć w tajemnicy, dlatego nie znosi ludzi wokół swego domu. Ten młody Indianin jest tu od czterech dni. Nie mógł iść dalej, bo zwichnął nogę. Chciał zatrzymać się u nas, ale Rollins go wypędził. Teraz musi, biedak, nocować na dworze.

Wskazała na Indianina, który właśnie nadszedł. Mógł mieć około osiemnastu lat. Odzież jego uszyta była z jeleniej garbowanej skóry. Frędzli na szwach nie zdobiły włosy ludzkie, co świadczyło, że chłopak nie zabił jeszcze żadnego wroga. Głowa jego była niczym nieokryta, a broń składała się z noża, łuku i kołczanu. Na szyi miał mosiężny łańcuszek, na którym wisiał cybuch, ale bez fajki. Był to znak, że młodzieniec znajdował się w drodze do świętych kamieniołomów, skąd Indianie przynoszą sobie glinę do wyrobu fajek. W takiej podróży każdy jest nietykalny. Najbardziej chciwy krwi przeciwnik musi wtedy zostawić swego wroga w spokoju, a w razie potrzeby nawet go bronić.

Podobały mi się inteligentne rysy twarzy tego młodzieńca. Aksamitne, czarne oczy patrzyły na mnie z wyrazem głębokiej wdzięczności. Wyciągnął do mnie rękę i rzekł:

– Ocaliłeś Iszarshiutuhę. Jestem twoim przyjacielem.

Zastanowiło mnie jego imię. Iszarshiutuha w języku Apaczów znaczy Mały Jeleń. Dlatego zapytałem:

– Czy jesteś Apaczem?

– Iszarshiutuha jest synem wielkiego wojownika Meskalerów, najwaleczniejszych wśród czerwonych mężów.

– Meskalerowie są moimi przyjaciółmi, a Inczu-czuna, ich wódz, jest moim bratem.

Wzrok Indianina przesunął się szybko po mojej postaci.

– Inczu-czuna jest najmężniejszym z bohaterów – powiedział z szacunkiem. – Jak on ciebie nazywa?

– Yato-inta.

Młodzieniec cofnął się kilka kroków, spuścił oczy i rzekł:

– Synowie Apaczów znają ciebie dobrze. Ja nie jestem jeszcze wojownikiem, dlatego nie wolno mi z tobą rozmawiać.

– Wolno ci mówić ze mną – spojrzałem na niego przyjaźnie – bo kiedyś na pewno będziesz słynnym wojownikiem. Wkrótce też przestaniesz nazywać się Iszarshiutuhą, lecz zostaniesz Pehnulte, Wielkim Jeleniem. Czy noga boli cię jeszcze?

– Tak.

– Wyszedłeś z wigwamu bez konia?

– Wybrałem się po świętą glinę. Idę pieszo.

– Ta ofiara spodoba się Wielkiemu Duchowi. Wejdźmy do domu! – zrobiłem zapraszający gest ręką.

– Wy jesteście wojownikami, a ja jeszcze nie. Pozwólcie, że zostanę z małym bratem! – odparł.

Podszedł do jasnowłosego pasierba Rollinsa i zamienił z nim porozumiewawcze spojrzenie. Zauważywszy to, pomyślałem, że musieli już nieraz ze sobą rozmawiać. Mały Jeleń był tu nie bez powodu. Kryła się w tym jakaś tajemnica. Zapragnąłem ją zbadać, lecz nie pokazałem tego po sobie.

Chłopcy zostali na dworze, a ja wszedłem z Willem Saltersem i z żoną Rollinsa do domu, a raczej do chaty o jednej izbie.

Ubóstwo wyzierało tu z każdego kąta. Nad paleniskiem nie było kotła, a cały zapas żywności stanowiła niewielka kupka kolb kukurydzy, leżąca w kącie. Odzież kobiety składała się z cienkiej perkalikowej spódnicy i kaftanika. Chodziła boso, a zdobiła ją tylko czystość, zadziwiająca przy tym ubóstwie.

Kiedy spojrzałem na posłanie, wymoszczone tylko liśćmi, a potem na bladą wynędzniałą twarz tej biedaczki, mimo woli zapytałem:

– Pewnie jest pani głodna?

Kobieta zarumieniła się po uszy i łzy trysnęły jej z oczu. Kładąc rękę na sercu, rzekła:

– Mój Boże! Nie skarżyłabym się na nic, gdyby tylko Józef mógł być syty! Pole nie przynosi plonów, bo mąż pozwala, żeby zarastało zielskiem, żywimy się tym, co przyniesie polowanie. Ale ostatnio mąż oszalał zupełnie na punkcie tego skarbu i coraz rzadziej bierze strzelbę do ręki.

Wybiegłem z chaty. W jukach miałem zapas mięsa. Will Salters ofiarował kobiecie swoje wiktuały.

– Panowie! – rozpłakała się. – Żeby to Rollins był tak dobry jak wy!

– Nie chciałbym pani urazić – zauważył Salters – ale zdaje mi się, że spotkałem już kiedyś pani męża, i to w niezbyt zaszczytnych dla niego okolicznościach. Jest bardzo podobny do człowieka, którego znałem pod imieniem indiańskim. Nie wiem, co ono znaczy. Brzmiało, jeśli się nie mylę, Indano albo Indanszo.

– Inta-nczo! – odezwał się ktoś od drzwi.

Stał tam młody Indianin. Nie słyszał naszej rozmowy prócz ostatnich słów i oczy zamigotały mu dziwnym blaskiem. Kiedy wzrok mój spoczął na nim badawczo, odwrócił się i zniknął.

– To imię wzięte z języka Apaczów – powiedziałem. – Znaczy tyle, co „Złe Oko”.

– Złe Oko? – spytała kobieta. – Mąż często powtarza te słowa, ilekroć mówi przez sen albo siedzi pijany w kącie i sprzecza się z wyimaginowanymi postaciami. Czasem nie ma go przez cały tydzień. Potem przynosi z fortu Dodge wódkę, chociaż nie wiem, czym za nią płaci. Pije i pije, dopóki zmysłów nie straci, a mówi o krwi, mordach, złocie, nuggecie i skarbach, które tutaj mają być zakopane. Boimy się wtedy wchodzić do izby, żeby nas nie pozabijał.

– Jak mogła pani odważyć się przyjechać z takim człowiekiem w te strony?

– Z nim? Z nim nigdy bym tu nie przyszła. Przyjechałam do Ameryki z moim pierwszym mężem i jego bratem. Kupiliśmy kawał ziemi, ale agent nas oszukał. Dokument kupna był sfałszowany i kiedy przybyliśmy na Zachód, okazało się, że zakupioną przez nas ziemię uprawia od dawna ktoś inny. Nie pozostało więc nic innego, jak żyć z polowania. Mój mąż chciał się udać do Kalifornii. Usłyszeliśmy, że znaleziono tam złoto. Dotarliśmy aż tutaj, ale dalej już nie mogłam iść. Zachorowałam z wyczerpania. Obozowaliśmy zwykle pod gołym niebem; na szczęście znaleźliśmy po pewnym czasie ten opuszczony domek. Do kogo należał, nie wiemy. Radziliśmy sobie jako tako, ale myśl o Kalifornii nie dawała mężowi spokoju. Zgodziłam się wreszcie, żeby poszedł do tego kraju złota i spróbował szczęścia. Ze mną miał pozostać szwagier. Niestety, mąż już więcej nie wrócił. W pół roku po jego odejściu urodził się Józef; nigdy nie widział ojca. Gdy syn miał trzy lata, szwagier wyszedł pewnego dnia na polowanie. Kiedy przez kilka dni nie wracał, zaczęłam go szukać. Znalazłam… Leżał martwy nad brzegiem rzeki. Miał przestrzeloną głowę. Pewnie go zamordował jakiś Indianin.

– Czy był oskalpowany?

– Nie.

– W takim razie mordercą był biały. Ale jak zdołała pani przeżyć z dzieckiem?

– Żywiliśmy się kukurydzą, którą uprawiałam na kawałku gruntu obok domu. Czasem udało mi się coś upolować. Później przybył w te strony Rollins. Chciał tylko zapolować i pójść dalej, został jednak na dłuższy czas, a potem na zawsze. Początkowo byłam zadowolona, bo bez niego umarłabym z głodu razem z dzieckiem. Potrzebowałam opiekuna, a dziecko ojca. Ale kiedyś przyśnił mu się skarb, rzekomo tutaj zakopany. Ten sen powtarzał się tak często, że Rollins nie tylko uwierzył w istnienie skarbu, lecz popadł po prostu w obłęd na tym tle. Nocami śni o złocie, a za dnia go szuka.

– Zapewne tam, pod górą, gdzie stoją stare jawory?

– Tak. Nie wolno mi tam chodzić ani mojemu synowi. W tej chwili do izby wszedł Józef, prosząc, byśmy wyszli i przypatrzyli się niebu.

Na dworze Mały Jeleń obserwował niewielką chmurkę wiszącą prostopadle nad naszymi głowami. Poza tym niebo było zupełnie czyste. Indianin uważał tę chmurkę za bardzo zły znak. Will Salters wzruszył ramionami.

– Ten dymek z cygara miałby być niebezpieczny? Indianin zwrócił ku niemu głowę i powiedział tylko jedno słowo:

– Ilczi.

– Co to znaczy? – zapytał mnie Will.

– Wicher, burza!

– Głupstwo! Wichura zrywa się wtedy, gdy całe niebo zasłoni się chmurami, a w tej ciemnej oponie utworzy się okrągła, jasna dziura. Tu jest odwrotnie. Z wyjątkiem tej chmurki niebo jest całkiem czyste.

– Keeikhena ilczi – powtórzył z uporem Indianin.

Teraz zwróciłem baczniejszą uwagę na jego słowa. Znaczą one: „głodny wiatr”. Apacze określają tak rodzaj trąby powietrznej.

Dlaczego chłopak powziął takie przypuszczenie? Nie widziałem nic podejrzanego w tym obłoczku, zdawałem sobie jednak sprawę, że dzieci natury mają niezawodny instynkt w rozpoznawaniu zjawisk przyrody.

– Nonsens! – zlekceważył całą sprawę Salters. – Wejdźmy do chaty, bo wydaje mi się, że zaczynasz się niepokoić.

Odszedł, a ja skorzystałem ze sposobności, by porozmawiać z Małym Jeleniem.

– Która noga boli mego przyjaciela? – zapytałem.

– Lewa – odparł.

– A dlaczego mój brat utykał na prawą, wychodząc z zarośli?

Uśmiechnął się zakłopotany, lecz odpowiedział swobodnie:

– Mój waleczny brat się pomylił.

– Mam bystre oko. Czemu Mały Jeleń utyka tylko wtedy, kiedy ktoś na niego patrzy, a chodzi dobrze, kiedy jest sam?

Spojrzał na mnie badawczo, ale milczał. Wobec tego mówiłem dalej:

– Czytam dobrze z tropu i nie zwiedzie mnie ani źdźbło trawy, ani ziarnko piasku. Mały Jeleń schodził dziś rano z góry i nie utykał. Widziałem jego ślady.

Chłopak opuścił wzrok.

– Czemu Mały Jeleń opowiada, że idzie na własnych nogach po świętą glinę? – spytałem. – Przyjechał tu konno ze swojego wigwamu.

– Uff! – zawołał zdziwiony. – Skąd wiesz o tym?

– Moim nauczycielem był wielki wódz Meskalerów. Czy sądzisz, że przyniosę mu wstyd i pozwolę się podejść młodemu Apaczowi, któremu nie wolno jeszcze nosić strzelby ognistej? Twój koń jest dereszem [Deresz – koń, u którego wśród włosów karych, gniadych, kasztanowatych lub innych występują włosy białe.].

– Uff, uff! – zawołał z najwyższym zdumieniem. – Rzeczywiście, mam konia i jest to deresz…

– Powinieneś od razu się przyznać! Powiem ci jeszcze, że dziś rano przećwiczyłeś całą indiańską szkołę jazdy. Jechałeś cwałem, wisząc jedną nogą na siodle, ręką trzymając się końskiej szyi i przyciskając ciało do jego boku. Tak robi wojownik w walce, aby się uchronić przed strzałami nieprzyjaciela, a w czasie pokoju wtedy, kiedy ćwiczy dla wprawy. Tylko podczas takiej jazdy włosie z końskiej grzywy może się zaczepić o rękojeść i pochwę noża; a taki włos może mieć tylko deresz.

Indianin sięgnął do pasa, za którym tkwił w pochwie nóż. Wisiało na nim kilka końskich włosów. Dostrzegłem, mimo ciemnego zabarwienia jego twarzy, że chłopak poczerwieniał.

– Oko Małego Jelenia jest bystre – mówiłem dalej – ale nie ma on dość wprawy, aby zważać na drobiazgi, od których często zależy życie. Mój młody brat przybył tu nie bez powodu. Czy pragnie zemsty na właścicielu tego domu?

– Złożyłem przysięgę, że będę milczał – odpowiedział – ale mój biały brat jest przyjacielem najsławniejszego z Apaczów Inczu-czuny, pokażę mu więc coś, tylko proszę, by oddał mi to dziś wieczorem. Mogę o tym mówić, bo godzina moja już nadeszła.

Odchylił koszulę na piersiach i wyciągnął skórę, złożoną we czworo jak koperta. Wręczył mi ją i odszedł na pole kukurydzy, gdzie stał Józef. Widziałem, że wziął go za rękę i pociągnął za sobą.

Rozłożyłem garbowaną skórę jelenia, a w niej znalazłem drugi kawałek skóry z cielęcia bizona, oskrobanej z sierści, wyprawionej za pomocą wapna i wygładzonej na pergamin. Zobaczyłem na niej szereg figur, nakreślonych czerwoną farbą. Miałem w ręku dokument indiański, niezwykłą rzadkość.

Pospieszyłem do chaty, aby ten skarb pokazać Willowi Saltersowi. Will potrząsnął głową na widok pisma i rzekł zdziwiony:

– I to można odczytać? Cóż za okropne figury! W tej ciemnej chałupie z dwoma lufcikami zamiast okien nie można ich nawet rozpoznać!

Wyszliśmy przed dom, a kobieta rozpaliła tymczasem na kuchni niewielki ogień, aby upiec kilka kawałków mięsa, które dostała od nas.

Na dworze utkwiłem natychmiast oczy w indiańskim piśmie, ale Will Salters popatrzył w niebo.

– Hm! Szczególna chmura! – mruknął. – Nie widziałem nigdy podobnej. Cóż ty na to?

Obłok zmienił całkiem swój wygląd. Przedtem sinoszary, zrobił się teraz jasnoczerwony i przezroczysty. Zdawało się, że wychodzą z niego miliony matowozłotych nitek pajęczych i rozsnuwają się po całym widnokręgu. Nitki te były zupełnie nieruchome, jakby naprężone.

– Ja także nie widziałem nic podobnego. Wygląda to rzeczywiście niepokojąco. Apacz mówił o trąbie powietrznej. To byłoby fatalne.

– Niech będzie, co chce. – Salters machnął ręką. – Myślę, że łatwiej zorientujesz się w tym piśmie indiańskim aniżeli w nitkach snujących się po niebie.

– Hm! Zobaczymy! – rozprostowałem skórę. – Namalowane jest tu słońce z promieniami idącymi w górę, a więc wschodzące. Dalej stoją czterej jeźdźcy w kapeluszach. Prawdopodobnie są to biali. Pierwszy z nich ma u siodła coś jakby worki. Za nimi jadą dwaj Indianie, chyba wodzowie, bo mają pióra na głowie.

– No, to wszystko jest bardzo proste. I ty to nazywasz czytaniem?

– To dopiero początek. Muszę wpierw poznać litery, zanim zabiorę się do ułożenia ich w słowa. Są tu jeszcze inne, mniejsze figury, umieszczone nad tymi większymi. Nad pierwszym Indianinem widzę bizona z otwartym pyskiem, z którego wychodzi kilka kresek. Z pyska tylko głos może się wydobywać, więc jest to bizon ryczący. Nad głową drugiego Indianina tkwi fajka, a z niej również wystrzelają kreski. To oznacza dym, a więc fajka się pali.

– Zaczynam rozumieć to pismo! – ucieszył się Will. – Przychodzą mi na myśl dwaj wodzowie Apaczów. Jeden, dość krewkiego usposobienia, nazywał się Ryczący Bizon, a drugi – Fajka Płonąca, ponieważ miał spokojną naturę i chętnie palił z każdym fajkę pokoju. Podobno żyje jeszcze.

– Być może, że to właśnie o nich chodzi. Patrzmy dalej! Nad drugim z białych umieszczone jest oko z przechodzącą przez nie kreską. Może to jednooki? Ach, a może wchodzą tu w grę słowa, które przedtem wymyśliłeś: Inta-nczo, Złe Oko? Nad trzecim znajduje się worek i ręka, która chce go pochwycić. Czyżby to oznaczało jakiś rabunek?

– Tak, tak, z pewnością! – rzekł Salters szybko. – Wiem już, wiem! Teraz przypominam sobie, gdzie widziałem Rollinsa! W Czarnych Górach. Nazywał się Haller; kradł konie i pułapki na bobry, nazywano go Kradnącą Ręką.

– Czy się nie mylisz?

– Nie, nie! Kradnąca Ręka i Złe Oko byli krewnymi, może nawet braćmi, i trzymali się razem. To o nich mowa. Dalej, dalej!

– Wschodzące słońce jest przed jeźdźcami; stąd wniosek, że jechali na wschód. W drugim rzędzie występują te same figury, ale w innym ugrupowaniu. Pierwsza grupa: trzej biali strzelają do jadącego na przedzie. Druga grupa: jeden z białych leży martwy, a pozostali zabierają jego worki. Trzecia grupa: Indianie strzelają do trzech białych. Czwarta grupa: trzej biali i Indianin Ryczący Bizon nie żyją, a Kradnąca Ręka ucieka. Piąta grupa: Fajka Płonąca zakopuje worki. Szósta grupa: Fajka Płonąca ściga Kradnącą Rękę. Siódma grupa: Fajka Płonąca kopie grób dla Ryczącego Bizona, a Kradnąca Ręka zniknął. Teraz następują jeszcze dwa małe obrazki. Na jednym są trzy drzewa, a pod środkowym znajdują się worki. Potem widać jedno drzewo, a pod nim leżącego Ryczącego Bizona; to jego grób. No, teraz już z łatwością będzie można wyjaśnić te okropne wydarzenia.

– Zaczekaj no! – przerwał mi Salters. – Popatrz w górę! Robi się zupełnie ciemno! Popatrz, popatrz, na miłość boską!

Podniosłem oczy i przeraziłem się. Złote nitki zniknęły, a ich miejsce zajęły ciemne smugi, które łączyły poczerniałą chmurę z północnym horyzontem. Reszta nieba była jasna i czysta. Smugi te zdawały się ciągnąć chmurę jak na linach. Odbywało się to z szybkością widoczną dla oka. Im bardziej zniżała się chmura, tym wyraźniej było widać podnoszącą się z ziemi ciemniejszą masę, u dołu szeroką, a zwężającą się ku górze w lej, który wirując, usiłował dosięgnąć szczytem chmury. Ta zaś, rozszerzywszy się ku górze, w dół wysunęła podobny wąski lej. Oba leje szukały się wzajem. Połączyły się wreszcie i utworzyły kręcący się z szaloną szybkością podwójny stożek, którego wierzchołki stykały się ze sobą, a podstawy na ziemi i w powietrzu miały około pięćdziesięciu metrów średnicy. Podwójny stożek zwijał się i wirował, posuwając się bardzo szybko do przodu, wprost na nas. Powietrze stało nieruchome; było tak parno, że lał się z nas pot.

– Mały Jeleń miał słuszność – powiedziałem. – Jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie. Prędzej, Will, ratujmy siebie i kobietę! Do koni! Uciekajmy! Wyprowadź konia Rollinsa z zagrody! Ja skoczę po jego żonę.

Kobieta krzątała się przy ognisku, nie przeczuwając grożącego niebezpieczeństwa. Pochwyciłem ją za rękę i wyciągnąłem z chaty. Will nadbiegł właśnie.

– Koń się narowi! – zawołał. – Sam na niego wsiądę. Nie jest osiodłany i po pierwszym kroku zrzuciłby kobietę. Weź mojego kasztana! Prędzej, prędzej!

Wskoczył na konia i puścił się cwałem.

Dosiadłem kasztana, który mógł łatwiej unieść dwie osoby aniżeli mój kulawy wierzchowiec. Wziąłem drżącą kobietę przed siebie na siodło, ująłem mego gniadosza za cugle i podążyłem za Saltersem. Stało się to wszystko bardzo prędko; od chwili zauważenia trąby nie upłynęło z pewnością więcej niż pięć minut.

Tymczasem oba leje dosięgły już prawie rzeki. Tworzyły jak gdyby potworną klepsydrę, w której wirowały wyrwane z ziemi krzaki, kamienie, kawały murawy i cała masa piasku. Nad brzegiem rzeki trąba zatrzymała się, jakby się namyślając. Górny lej szarpał dolnym tak, że zdawało się, iż się od niego oderwie. Nagle nastąpił straszliwy huk, zbite masy piasku, kamieni, krzaków i murawy zniknęły, podniósł się natomiast wysoki słup wody. Z początku wyglądał jak równy walec, lecz zwężając się w środku, przybrał wkrótce kształt dwu różnych stożków, połączonych wierzchołkami. Z trąby powietrznej zrobiła się trąba wodna, która posuwała się teraz z podwójną szybkością. Pochwyciła domek i leciała wprost na nas.

Konie, poczuwszy niebezpieczeństwo, pognały tak, że nie potrzebowaliśmy ich popędzać. Po chwili obejrzałem się i ku mej radości zobaczyłem, że trąba oddala się. Byliśmy ocaleni.

Potworne leje posuwały się na zachód, znowu ciemne i mętne. Wszystko, co trąba napotykała po drodze, podrywała z ziemi. Rosła i robiła się coraz groźniejsza. Odrzucając daleko to, czego nie zdołała wchłonąć, parła ciągle naprzód. Znajdowała się teraz po wschodniej stronie wzgórza, tam, gdzie rosły kępy jaworów i gdzie Rollins szukał skarbu. Naraz doleciał nas huk, od którego ziemia zadrżała. Całe niebo zasnuło się czarnymi chmurami i grubymi kroplami lunął deszcz. Trąba znikła.

– Nasz dom, nasze mieszkanie! Co się z nim stało?! – lamentowała kobieta.

Puściliśmy konie szybkim kłusem ku domowi. Lecz nie zastaliśmy go już na dawnym miejscu. Burza poszarpała go jak wiecheć słomy. Ciężkie pnie, grubości człowieka, leżały rozrzucone wokoło. Z parkanu nie zostało śladu, nie było ani słupa, ani deski, ani tyczki; wszystko porwał rozszalały żywioł.

Postanowiliśmy udać się natychmiast na poszukiwanie Rollinsa, jego pasierba i młodego Indianina. Wiedziałem, gdzie mogli się znajdować: tam, na wzgórzu, do którego dotarła trąba i gdzie legła wśród ogłuszającego huku, ustępując miejsca potokom ulewy. Obawiałem się, że rozegrały się tam straszliwe sceny, i chciałem oszczędzić nieszczęśliwej kobiecie okropnego widoku. Ale gdy tylko usłyszała, że idziemy szukać jej syna, wsiadła na konia i pojechała z nami.

Tymczasem niebo wypogodziło się. Chmury znikły, a jasne słońce oświetlało zimnym blaskiem straszliwie spustoszoną ziemię. Pas gruntu, po którym szła trąba, miał przeszło sześćdziesiąt metrów szerokości. Na całej tej przestrzeni nie było ani źdźbła roślinności, jak gdyby ją ktoś ogolił. Po prawej i lewej stronie tej drogi zniszczenia leżały złomy skalne, kamienie, krzaki i mnóstwo innych rzeczy porzuconych przez rozszalały żywioł.

Jeszcze gorzej przedstawiał się stok góry. Zarośla, wydarte z ziemi, porwane w górę, zbite w kłęby, porozrzucane były na wszystkie strony. Grube pnie jaworów leżały wyrwane z korzeniami, a konary poskręcane były jak liny.

Nagle zauważyłem okulbaczonego na sposób indiański deresza, który skubał łakomie liście z olbrzymiego, zmierzwionego kłębu zarośli. Był to wierzchowiec Małego Jelenia, a więc w pobliżu musiał się znajdować i jego pan.

Podjechaliśmy do potężnego jaworu, który został wyrwany z korzeniami. Pod splątaną gęstwiną gałęzi przysypanych ziemią ziała szeroka i głęboka jama, podobna do jaskini. Siedzieli w niej jasnowłosy Józef i młody Apacz. Roześmieli się wesoło, gdy nas spostrzegli. Matka zeszła pospieszenie w głąb jamy i przycisnęła do serca syna. Apacz zaś podbiegł do nas i zapytał:

– Czy biali bracia wierzą mi teraz, że rozumiem znaki głodnego wichru?

– Wierzymy ci – odpowiedziałem. – Ale jak zdołaliście się ocalić?!

– Mały Jeleń ukrył swego konia w zaroślach, a potem wyprowadził go i dosiadł razem z niebieskookim chłopcem, aby uciec przed wiatrem. Kiedy wicher już się nasycił, Iszarshiutuha przyjechał tutaj i znalazł to, czego szukał razem z młodą bladą twarzą. On jest synem człowieka z workiem, którego tu zamordowano. Chodź i popatrz, gdzie Fajka Płonąca ukrył nugget!

Przeszliśmy na drugą stronę skłębionej gęstwiny korzeni i tam w pobliżu pnia ujrzeliśmy dwa worki ze skóry poszarzałej już i nadgniłej. Okazało się, że zawierają złoty piasek i grudki tego kruszcu.

Żona Rollinsa nie mogła uwierzyć, że skarb, którego tak uporczywie poszukiwał jej mąż, istnieje rzeczywiście, i że teraz do niej należy. Naglony jej pytaniami Indianin zaczął opowiadać:

– Moim ojcem był Ryczący Bizon. Pewnej jesieni wyruszył wraz z Fajką Płonącą w odwiedziny do Wielkiego Ojca bladych twarzy, aby mu przedłożyć życzenia Apaczów. Obaj wodzowie jechali ku wschodowi. Po drodze byli świadkami, jak trzej biali zabili czwartego, który wiózł ze sobą worki pełne złota. Jeden z morderców nazywał się Złe Oko, drugi Kradnąca Ręka; trzeciego nie znali. Wodzowie ukarali morderstwo: położyli trupem Złe Oko i nieznajomego opryszka. Ale Kradnąca Ręka uciekł, zabiwszy mego ojca. Fajka Płonąca zakopał złoto i puścił się w pogoń za Kradnącą Ręką; nie mógł go jednak doścignąć. Wobec tego pogrzebał Ryczącego Bizona i pojechał sam do Waszyngtonu. Śmierć mojego ojca należało pomścić. Musiałem to zrobić jako jego syn. Ale w tym czasie byłem jeszcze małym dzieckiem i dopiero znacznie później wyruszyłem w drogę po skalp mordercy. Przy sposobności mogłem zostać wojownikiem i otrzymać strzelbę ognistą. Kradnąca Ręka zamieszkał w chacie zamordowanego, poślubiwszy jego skwaw. W ten sposób chata stała się jego własnością i mógł bez przeszkód szukać zakopanego skarbu.

Usłyszawszy to, nieszczęśliwa kobieta krzyknęła rozpaczliwie i zemdlała.

– Czy chcecie zobaczyć Kradnącą Rękę? – zapytał nas Apacz. – Chodźcie ze mną.

Józef został przy nieprzytomnej matce, a ja i Salters udaliśmy się z Indianinem pod wielki jawor.

Rollins leżał na ziemi, przygnieciony konarem grubym na cztery stopy, który spadając, zabił go na miejscu.

– Przybyłem tu po jego skalp – rzekł Apacz – ale Wielki Duch sam go osądził. Kradnąca Ręka zginął w tym samym miejscu, w którym dopuścił się mordu. Rozumiesz teraz – zwrócił się do mnie – co opowiadało pismo, które dałem ci do przeczytania?

– W zupełności – odparłem.

– Fajka Płonąca nie umie pisać; dokument sporządził słynny Inczu-czuna, któremu wojownik wszystko opowiedział. Ty jesteś bratem wielkiego wodza, ofiarowuję ci więc to pismo.

Mały Jeleń wkrótce odjechał. Nie dał się zatrzymać, a kiedy kobieta chciała mu ofiarować część złota, rzekł dumnie:

– Zachowaj sobie ten piasek. Apacz wie, gdzie można znaleźć wiele złota, lecz nim gardzi. Wielki Duch nie po to stworzył człowieka, żeby był bogaty, lecz żeby był dobry. Oby ci teraz dał tyle szczęścia, ile doznałaś cierpienia.

Dosiadł konia i zniknął nam z oczu.

Nazajutrz przed południem opuściliśmy i my owe strony, zabierając z sobą Józefa i jego matkę. Stary koń Rollinsa wiózł złoto, kasztan kobietę, a mój gniady chłopca, my zaś kroczyliśmy obok nich pieszo. Rozstaliśmy się w najbliższej osadzie, skąd matka i syn mieli ruszyć dalej na wschód.

Skończywszy swe opowiadanie, etnolog dorzucił jeszcze uwagę:

– Przyznacie teraz, że już przed Winnetou znajdowali się wśród Apaczów inteligentni i odważni ludzie. Czyż zachowanie tego czerwonego chłopca nie zasługuje na pochwałę? Moja historia dowodzi zarazem, że są biali o wiele gorsi od najgorszych Indian. Słyszałem niedawno opowiadanie o pewnym człowieku pochodzącym z hiszpańskiej hrabiowskiej rodziny, który połączył się z Komanczami, aby napaść na własną hacjendę [Hacjenda – małe lub średnie gospodarstwo rolne w Hiszpanii i krajach Ameryki Łacińskiej; nazywa się w ten sposób także dom mieszkalny z zabudowaniami gospodarczymi.] i wymordować jej mieszkańców. Gdyby nie wódz Apaczów, Serce Niedźwiedzie, i wódz Misteków [Mistekowie (Misztekowie) – plemię Indian zamieszkujące do dziś w południowo-wschodnim Meksyku; przed podbojem hiszpańskim twórcy wysoko rozwiniętej cywilizacji.], Czoło Bawole, wszyscy tamtejsi biali gryźliby ziemię.

– Znacie tę historię? – zapytano dokoła. – Jak się ten hrabia nazywał?

– Niestety, wyleciało mi z głowy jego nazwisko i nie mogę go sobie przypomnieć.

Wtem z kąta sali padły słowa:

– Nazywał się hrabia Alonzo de Rodriganda.

Wypowiedział je człowiek w meksykańskim stroju, siedzący samotnie przy drzwiach. Twarz jego była osmagana wichrami i deszczem i ogorzała od słońca, jak gdyby przebywał stale na wolnym powietrzu, lecz mimo wszystko nie mógł uchodzić za prawdziwego westmana.

– Znam dobrze hrabiego i wszystkie osoby, które w tym dramacie wzięły udział – ciągnął. – Znam także hacjendę, o której mówiliście. Mieszkam stale w Meksyku, jestem prawnikiem i plenipotentem [Plenipotent – pełnomocnik.] seniora Arbelleza, dzierżawcy hacjendy, na którą dokonano owego napadu.

– W takim razie musicie doskonale znać wydarzenia, które się tam rozegrały. Zebrani tu dżentelmeni zechcą na pewno usłyszeć tę historię. Opowiecie ją nam?

– Zrobię to chętnie. Słyszałem wasze opowiadania, które bardzo mi się podobały, i spróbuję odwdzięczyć się za nie. Moja historia dowiedzie również, że istnieją białe łotry, którym żaden czerwonoskóry nie dorówna w podłości.

– Siądźcie jednak przy naszym stole, żebyście nie musieli zbytnio natężać głosu.

Prawnik zajął wskazane miejsce, zapalił papierosa i zaczął opowiadać.

– Rzeką Rio Grande płynęło pewnego razu lekkie kanu, zbudowane z długich kawałków kory spojonych smołą, a w nim siedzieli dwaj ludzie, Indianin i biały. Pierwszy sterował, a drugi siedział na dziobie, zajęty sporządzaniem naboi.

Sternik miał śmiałe, ostre rysy i przenikliwe oczy. Na jego szyi wisiał sznur zębów szarego niedźwiedzia, a z włosów, zwiniętych w szeroki czub, sterczały trzy orle pióra, na znak, że jest wodzem. Do sznura z zębami niedźwiedzimi przytwierdzona była fajka pokoju. Obok niego, na dnie łodzi, leżała wygarbowana, miękka skóra bizona, a na niej długa dwururka z kolbą ozdobioną srebrnymi gwoździami; liczne nacięcia u nasady lufy wskazywały, ilu nieprzyjaciół zabił właściciel strzelby.

Trzymając ster w prawej ręce, przypatrywał się towarzyszowi, nie troszcząc się pozornie o nic więcej, lecz bystry obserwator byłby zauważył, że spod opuszczonych powiek padały na brzegi uważne spojrzenia, właściwe myśliwym przygotowanym na to, że życiu ich może w każdej chwili grozić niebezpieczeństwo.

Towarzysz jego był wysoki i smukły, ale mocno zbudowany; miał jasną brodę, która okalała przystojną twarz. Obaj byli w równym wieku, mogli mieć około dwudziestu ośmiu lat. Ostrogi przy ich butach świadczyły, że jechali konno, zanim zbudowali sobie kanu, aby popłynąć z biegiem Rio Grande.

Unoszeni szybko przez prąd, usłyszeli nagle rżenie konia. Zanim jeszcze przebrzmiało, leżeli już obaj na dnie łodzi, tak że z brzegu nie można ich było zobaczyć.

– Tkli, koń! – szepnął Indianin w języku Apaczów. – Zwietrzył nas. Kim może być jeździec?

– Ani Indianinem, ani doświadczonym białym myśliwcem – odpowiedział jego towarzysz. – Żaden z nich nie pozwoliłby koniowi rżeć tak głośno. Co zrobimy?

– Skierujemy się ku brzegowi. Mój biały brat przypilnuje czółna, a ja zbadam okolicę!

Pchnęli łódź ku brzegowi. Indianin wysiadł, a biały czekał na niego z bronią gotową do strzału. Po kilku minutach czerwonoskóry powrócił z wiadomością, że w zaroślach śpi samotny człowiek, uzbrojony tylko w nóż.

Biały wyskoczył z łodzi, przywiązał ją, a potem wziął swoją rusznicę i poszedł za Indianinem. Niebawem dotarli do śpiącego, obok którego stał przywiązany koń, okulbaczony na sposób amerykański. Człowiek ten spał tak mocno, że nie usłyszał nadejścia obcych.

– Hola, chłopcze! – zawołał biały, potrząsając go za ramię.

– Do stu piorunów! Czego tu chcecie?! – zawołał trwożnie wyrwany ze snu chłopak.

– Nie obawiaj się nas. Jestem traperem, nazywam się Helmers, a mój towarzysz to Szosz-in-liet, wódz Apaczów Ikarilla.

– Szosz-in-liet? Serce Niedźwiedzie? – powtórzył obcy. – W takim razie się nie boję; ten wielki wojownik jest przyjacielem białych. Ja jestem wakerem [Wakero (hiszp. vaquero) – pasterz bydła.], pilnuję stad bydła w majątku hrabiego de Rodriganda. Wracam właśnie na hacjendę, uciekam przed Komanczami.

– Gdzie ich spotkałeś?

– Na północy, niedaleko Rio Pecos. Było nas piętnastu mężczyzn i dwie kobiety, ich zaś – sześćdziesięciu. Napadli niespodziewanie, większą część naszych ludzi zabili, a kobiety wzięli do niewoli. Nie wiem, czy ktoś jeszcze umknął prócz mnie.

– Skąd jechaliście i dokąd?

– Pojechaliśmy do Forte del Guadalupe po panie, które były tam u krewnych. Napadnięto nas w powrotnej drodze.

– O jakich paniach mówisz?

– O senioricie Arbellez, córce dzierżawcy hacjendy, i Indiance Karii, która jest siostrą Tekalty, wodza Misteków.

– To mój przyjaciel! – zawołał Serce Niedźwiedzie. – Wypaliliśmy fajkę pokoju. Siostra jego nie może zostać w niewoli. Czy moi bracia ruszą ze mną, by ją odbić?

– Przecież nie macie koni! – zauważył wakero.

Indianin rzucił mu pogardliwie spojrzenie i odpowiedział:

– Serce Niedźwiedzie ma konia zawsze, kiedy go potrzebuje. Za godzinę weźmie sobie wierzchowca od psów Komanczów. Zjawią się tutaj niebawem.

– Jak to?

– Jesteś wakerem i nie znasz zwyczajów Indian? Co chcą zrobić z uprowadzonymi kobietami? Czy wzięli je do niewoli dla okupu?

– Nie, na pewno nie. Powloką je ze sobą, by z nich uczynić swoje skwaw, ponieważ obie są młode i piękne.

– Jeśli Komancze nie chcą wydać obu dziewcząt, muszą się starać o to, aby nie wyśledzono miejsca ich pobytu. Wyruszyli więc z pewnością w pościg za tobą, byś nie sprowadził pomocy. Czy przypuszczałeś, że nie będą cię ścigali? Dlaczego położyłeś się spać?

– Byłem bardzo znużony ucieczką.

– Dziękuj Bogu, że nie jesteśmy Komanczami! Byłbyś przebudził się w raju, bez skóry na głowie. Czy jesteś głodny?

– Tak.

Wakero ukrył konia w zaroślach i wszyscy wrócili do czółna, gdzie nakarmiono uciekiniera. Gdy się posilał, Helmers wyszedł na brzeg, by się rozejrzeć dokoła.

– Hola, już nadchodzą! – zawołał. – Źle obliczyliśmy czas!

W tej samej chwili Indianin stanął przy nim.

– Ani jeden z Komanczów nie powinien nam umknąć! – powiedział.

– To się rozumie samo przez się – zapewnił go Helmers, a zwróciwszy się do wakera, zapytał: – Masz tylko nóż?

– Tak.

– Wobec tego na nic nam się nie przydasz. Zostań w łodzi, a ja wezmę twojego wierzchowca.

Wakero musiał się poddać temu zarządzeniu. Położył się na dnie łodzi, a Helmers i Serce Niedźwiedzie przyczaili się obok ukrytego w zaroślach konia.

Jeźdźcy, których Helmers zobaczył najpierw jako sześć ciemnych punktów, zbliżali się szybko. Wkrótce już można było rozpoznać ich broń i odzież.

– Tak, to psy Komancze! – rzekł Apacz.

Wojownicy byli teraz w odległości pół kilometra, ale ciągle jeszcze jechali cwałem. Za chwilę mieli się znaleźć w zasięgu strzelb.

Apacz podniósł rusznicę. Helmers uczynił to samo. Huknęły dwa strzały, a potem drugie dwa i czterech Komanczów spadło na ziemię.

Helmers dosiadł konia wakera. Zanim pozostali dwaj Komancze zdołali zawrócić, ujrzeli przed sobą białego. Podnieśli tomahawki do śmiertelnego ciosu, lecz on dobył rewolweru i wypalił dwa razy. Oba strzały były celne.

Zwycięstwo odniesiono w niespełna dwie minuty, a konie zabitych schwytano z łatwością. Teraz nadszedł wakero, który przypatrywał się wszystkiemu z łodzi.

– Czy zdołasz odszukać miejsce, w którym na was napadnięto? – zapytał go Indianin.

– Z pewnością.

– To jedź z nami. Weź broń jednego z Komanczów i konia. Twego puścimy wolno, bo zanadto jest zdrożony i przeszkadzałby nam tylko.

Dążyli na północ, w stronę Rio Pecos. Droga wiodła z początku przez otwartą prerię, potem wynurzyły się przed nimi góry, porosłe lasem. Jechali dolinami i parowami, a przed wieczorem wspięli się na wzgórze, skąd można było objąć wzrokiem sporą przestrzeń.

– Ugh! – zawołał jadący na przedzie Apacz. Wyciągnął rękę i wskazał przed siebie.

W dolinie rozłożył się obozem oddział Indian.

Helmers wyjął z juków małą lunetę i przyłożył ją do oka.

– Czterdziestu dziewięciu Komanczów – powiedział po chwili. – I sześciu pojmanych, czterech mężczyzn i dwie kobiety

– Uwolnimy ich! – Słowa te wódz powiedział z takim spokojem, jak gdyby sam jeden chciał się zmierzyć z całą gromadą Komanczów.

– Dobrze – zgodził się Helmers. – Ale musimy najpierw zatrzeć nasze ślady.

Gdy się z tym uporali, wyszukali na wzgórzu kryjówkę w najgęstszych zaroślach i umieścili tam konie.

Przed samą północą Helmers i Apacz pochwycili strzelby i odeszli. Wakero miał pozostać i pilnować koni.

W dolinie płonęło tylko jedno ognisko, a dokoła niego leżeli śpiący Komancze oraz związani jeńcy. Straży należało szukać na zewnątrz tego koła, Serce Niedźwiedzie poszedł więc w prawo, a biały w lewo. Zatoczywszy wielki łuk, Helmers zaczął zacieśniać go z wolna, dopóki nie zauważył ciemnej nieruchomej postaci. Podpełzł do strażnika na odległość pięciu kroków, potem zerwał się nagle, doskoczył ku niemu, chwycił go lewą ręką za gardło i wbił nóż w piersi. Strażnik padł, nie wydawszy głosu.

W ten sam sposób udało się mu unieszkodliwić drugiego Komancza. Serce Niedźwiedzie uporał się w tym czasie ze strażnikiem z drugiej strony.

– Teraz do kobiet! – szepnął Indianin.

Poczołgali się przez wysoką trawę ku ognisku, gdzie rozpoznali łatwo kobiety po jasnych sukniach. Helmers dostał się do nich pierwszy.

– Nie lękaj się, pani, i zachowuj się cicho! – szepnął do jednej z nich. Nie spała, oczy miała otwarte. – Dopiero gdy przyjaciółce pani także rozetnę więzy, proszę uciekać.

Zrozumiała go. Dziewczęta leżały obok siebie ze związanymi rękami i nogami. Helmers przeciął rzemienie, które wżarły się im w ciało.

Apacz poczołgał się tymczasem do pojmanych mężczyzn. Uwolnił już dwu jeńców, gdy nagle jeden z Indian, dosłyszawszy widocznie w półśnie jakieś szmery, poderwał się na nogi. Serce Niedźwiedzie pchnął go wprawdzie natychmiast nożem, ale Komancz zdołał wydać ostrzegawczy okrzyk.

– Do koni! – zawołał Apacz, przecinając błyskawicznie więzy dwu pozostałym jeńcom.

Zerwali się i popędzili za Apaczem, który skierował się ku kępie drzew, gdzie stały spętane wierzchowce Komanczów.

Helmers pochwycił obie kobiety za ręce, ale one potykały się, osłabione więzami i strachem.

– Serce Niedźwiedzie! – krzyknął w najwyższej trwodze. – Do mnie!

W następnej chwili wódz był przy nim. Wziął jedną z uwolnionych na ręce i pobiegł z nią do koni, a Helmers zrobił to samo z drugą. Wskoczyli na siodła, wciągnęli dziewczęta, przecięli lassa, którymi konie były przywiązane, i popędzili w ciemność.

Ledwie jednak ruszyli z miejsca, huknęły za nimi strzały Komanczów. Indianie, zaskoczeni początkowo, dopadli teraz swoich wierzchowców i puścili się w pogoń.

Helmers i Apacz znali drogę, toteż jechali z błyskawiczną szybkością. Na pobliskim wzgórzu czekał na nich wakero. Usłyszawszy, że towarzysze nadjeżdżają, wsiadł na konia, a dwa wierzchowce wziął za cugle.

Zaczęła się dzika gonitwa wśród zupełnych ciemności. Kiedy uciekający wydostali się wreszcie z doliny na otwartą przestrzeń prerii, mogli pomyśleć o obronie.

– Czy seniorita jeździ konno? – zapytał Helmers swoją towarzyszkę.

– Tak.

– Oto są cugle. Proszę jechać ciągle naprzód!

Zeskoczył z konia i wsiadł na luzaka, prowadzonego dotąd przez wakera. Apacz uczynił to samo; utworzyli straż tylną i trzymali Indian w szachu swoimi doskonałymi strzelbami. Tak pędzili do świtu.

Rano okazało się, że Komancze zostali daleko w tyle.

– Zwolnijmy biegu! – zaproponował wakero.

– Jeszcze nie – odparł Helmers. – Zatrzymamy się dopiero wtedy, gdy od Komanczów odgrodzi nas rzeka.

Teraz mógł się dokładniej przypatrzyć uwolnionym dziewczętom. Jedna była Hiszpanką, a druga Indianką, obie bardzo piękne.

– Czy seniorita wytrzyma jeszcze jakiś czas taką jazdę? – zapytał. – Wkrótce przeprawimy się przez rzekę, tam już będziemy bezpieczni.

– Wytrzymam – odparła Hiszpanka. – Nazywam się Emma Arbellez i jestem córką dzierżawcy hacjendy. Wychowałam się tu i od dziecka jeżdżę konno.

Kiedy zbiegowie dostali się nad Rio Grande, zostawili pogoń tak daleko za sobą, że im całkiem zginęła z oczu. Broń zastrzelonych Indian leżała jeszcze na miejscu, rozdzielono ją więc pomiędzy tych, którzy broni nie mieli. Z ocalonych mężczyzn trzej byli wakerami, a jeden majordomem, czyli przełożonym nad służbą domową w hacjendzie.

Majordom popłynął z dziewczętami łódką, a reszta przedostała się przez wodę na koniach. Wszystko odbyło się szczęśliwie, a kiedy znaleźli się po drugiej stronie rzeki, zatopili kanu, dosiedli znowu koni i podążyli wyciągniętym cwałem w głąb równiny. Potem, zatoczywszy łuk, wrócili na brzeg nieco powyżej miejsca przeprawy. Zaledwie przygotowali się do obrony, po drugiej stronie dał się słyszeć tętent kopyt.

Komancze zbadali ślady, a potem dwu zwiadowców wjechało ostrożnie w wodę. Przybywszy na drugą stronę, znaleźli trop wiodący na równinę.

– Możecie przejść! – zawołali uspokojeni do towarzyszy.

Indianie wparli konie w wodę, jadąc jeden za drugim. Rzeka była w tym miejscu tak szeroka, że pierwszy nie dotarł jeszcze do brzegu, kiedy ostatni znalazł się w wodzie.

Zbiegowie siedzieli ukryci w krzakach. Nadeszła odpowiednia chwila. Osiem dobrze wymierzonych strzałów huknęło jednocześnie i ośmiu Komanczów zniknęło w wodzie. Helmers i Apacz mieli dwururki, wypalili więc powtórnie i zatopili jeszcze dwóch.

Komancze zawrócili szybko ku przeciwnemu brzegowi. Wielu zsunęło się ostrożnie z koni i płynęło obok nich. Dwaj zwiadowcy, którzy byli już na brzegu, rzucili się cwałem do lasu. Ale Helmers wydobył natychmiast rewolwer i wypalił dwa razy; czerwonoskórzy spadli z koni bez życia.

– Nabijać czym prędzej! – zawołał Helmers.

– Dajcie i nam strzelby! – poprosiła Emma Arbellez.

– Umie pani strzelać?

– Umiemy obie.

– W takim razie – ognia! – zakomenderował.

Nieprzyjaciele nie dosięgli jeszcze drugiego brzegu, kiedy padła nowa salwa z pojedynek i dwururek. Liczba zabitych wynosiła teraz ponad dwudziestu. Reszta Komanczów zaszyła się w gęstwinie po drugiej stronie rzeki, nie mając odwagi wychylić stamtąd nosa.

– Teraz zostawimy ich w spokoju! – powiedział Helmers. – Nie będą nas już dalej ścigać. Dziękuję, seniority, za pomoc! Nigdy bym nie przypuścił, że panie strzelają jak westmani.

Po krótkim odpoczynku dosiedli znowu koni i podążyli w głąb prerii. Często i dokładnie badali widnokrąg poza sobą, ale nie zauważyli śladu pogoni. Po kilku godzinach szybkiej jazdy zwolnili nieco tempa, można więc było pomyśleć o rozmowie.

Serce Niedźwiedzie jechał, tak jak i przedtem, obok Indianki, a Helmers obok Emmy.

– Cały dzień prawie jesteśmy razem, a nie poznaliśmy się jeszcze – odezwał się do swej towarzyszki.

– Już wiem, że chętnie naraża pan życie dla drugich, że jest pan odważnym i doświadczonym myśliwym, a pan wie o mnie, że… ja także umiem strzelać.

– Zapewne, ale te wiadomości mi nie wystarczają. Poza tym nawet się pani nie przedstawiłem – spojrzał w przyjaźnie wpatrzone weń oczy dziewczyny i zapragnął opowiedzieć jej o sobie. – Nazywam się Antoni Helmers i pochodzę z Europy. Po śmierci ojca, kiedy zabrakło nam, mnie i mojemu bratu, pieniędzy, przypłynąłem do Ameryki, gdzie po długiej tułaczce osiedliłem się na Zachodzie jako myśliwy. Brat zaś zaciągnął się na statek.

– Ale jak się pan dostał tak daleko, aż nad Rio Grande?

– Hm, to jest sprawa, o której nie powinienem mówić!

– Tajemnica?

– Może tajemnica, a może tylko wielka przygoda.

– Zaciekawia mnie pan.

– Skoro tak, to nie będę niczego przed panią ukrywał – rzekł Helmers, śmiejąc się. – Chodzi tu ni mniej, ni więcej, tylko o zdobycie olbrzymiego skarbu.

– Jakiego skarbu?

– Prawdziwego, składającego się z drogich kamieni i szlachetnych kruszców.

– A gdzie się pan dowiedział o tych bogactwach?

– Daleko stąd, na Północy. Wyświadczyłem pewnemu staremu choremu Indianinowi wielką przysługę, a on, umierając, powierzył mi z wdzięczności swoją tajemnicę. Dał mi mapę z planem sytuacyjnym i powiedział, żebym przyjechał do Meksyku.

– Jakie okolice przedstawia ta mapa?

– Nakreślone są na niej pasma wzgórz, doliny i rzeki, ale nie ma tam ani jednej nazwy.

– To zastanawiające! A czy Szosz-in-liet, wódz Apaczów, wie także o tym?

– Nie.

– A przecież jest pańskim przyjacielem! Dlaczego więc mnie powierza pan tę tajemnicę, choć poznaliśmy się dopiero dzisiaj?

Helmers spojrzał w jej twarz swoimi uczciwymi oczyma i odpowiedział:

– Są ludzie, o których wiem od razu, że nie trzeba przed nimi nic ukrywać.

– I mnie zalicza pan do tych osób?

– Tak.

Podała mu rękę i rzekła:

– Nie myli się pan. Dowiodę tego i odwdzięczę się taką samą szczerością. Wiem coś, co może mieć związek z pańską tajemnicą. Znam człowieka, który także poszukuje skarbu.

– Kto to jest?

– Młody właściciel hacjendy, hrabia Alonzo de Rodriganda.

– I co on wie o tym skarbie?

– O, my wszyscy wiemy, że dawni władcy Meksyku ukryli swoje bogactwa, kiedy Hiszpanie zdobyli ten kraj. Są też miejsca, zwane bonanzami, w których można znaleźć całe masy złotego i srebrnego kruszcu. Indianie znają te miejsca, lecz wolą raczej zginąć niż wskazać je białym.

– A hrabiemu Alonzowi nikt tych miejsc nie wskazał?

– Nie. Ale mieszkamy w hacjendzie del Erina, a legenda powiada, że w pobliżu tej osady znajduje się jaskinia, w której władcy Misteków ukryli swoje skarby. Szukano tej pieczary bardzo gorliwie, hrabia Alonzo także nie żałował trudu, ale jak dotąd, niczego nie znalazł.

– Gdzie leży hacjenda del Erina?

– O przeszło dzień drogi stąd, na stoku góry. Zobaczy ją pan, gdyż spodziewam się, że nas pan tam odprowadzi i zabawi u nas w gościnie.

– Zabiliśmy sporo Komanczów. Kilku pozostałych przy życiu na pewno pójdzie za nami, aby zobaczyć, gdzie będzie można nas dopaść. Jeśli tych szpiegów nie sprzątniemy, Komancze napadną na nas znowu. Dlatego odprowadzę panią do hacjendy, ale zaraz potem odjadę z Sercem Niedźwiedzim, żeby się rozprawić ze zwiadowcami. Wróćmy jednak do królewskiego skarbu! Czy doprawdy nikt nie wie, gdzie się ta grota znajduje?

– Tylko jeden Indianin z pewnością zna to miejsce. To Tekalto, potomek dawnych władców Misteków. Karia, jadąca tam obok wodza Apaczów, jest jego siostrą. Być może brat nie ma przed nią tajemnic.

Helmers popatrzył na Indiankę z zainteresowaniem.

– Czy ona umie milczeć? – zapytał.

– Przypuszczam – odrzekła Emma i dodała z uśmiechem: – Co prawda, ludzie powiadają, że kobiety milczą tylko do pewnej granicy.

– A tą granicą jest?

– Miłość.

– Być może ma pani rację. A czy Karia doszła już do tej granicy?

– Uważam to za możliwe.

– Któż jest tym szczęśliwcem? Czyżby hrabia Alonzo chciał wydrzeć tajemnicę skarbu za pomocą miłości?

– Zgadł pan.

– A co mówi o tym brat Karii, potomek Misteków?

– Prawdopodobnie nic o tym nie wie. To najsłynniejszy łowca bizonów, a w hacjendzie pokazuje się rzadko. Myśliwi nazywają go Mokaszi-motak.

– Mokaszi-motak, Czoło Bawole! – powtórzył Helmers zdziwiony. – Słyszałem o nim. A więc Karia jest siostrą tego sławnego męża?

– Czy zamierza pan także spróbować, jak podziała na nią pańska uprzejmość?

Helmers roześmiał się.

– Bałbym się rywalizować z hrabią de Rodriganda! Gdybym wiedział, że moja osoba może się w ogóle komuś podobać, to spróbowałbym szczęścia zupełnie gdzie indziej.

– Gdzieżby pan go szukał?

– U pani, seniorito! – odparł szczerze młodzieniec.

Emma uśmiechnęła się i wyciągnęła do niego rękę, którą ujął skwapliwie. Wydało się obojgu, że znają się od dawna i rozumieją wzajemnie.

Za nimi, u boku Indianki, jechał Serce Niedźwiedzie. Milczący z natury wódz nie lubił szafować słowami. Karia nie dziwiła się temu i zlękła nieomal, kiedy ją nagle zapytał:

– Czy moja młoda siostra jest już skwaw, czy jeszcze dziewczyną?

– Nie mam męża.

– A czy jej serce należy jeszcze do niej?

Ciemna twarz dziewczyny oblała się rumieńcem.

– Już nie – odpowiedziała stanowczo. Uważała, że lepiej nie ukrywać prawdy.

Twarz wodza była nieruchoma.

– Czy mąż z jej narodu posiadł jej serce? – pytał dalej.

– Nie.

– Biały?

– Tak.

– Serce Niedźwiedzie boleje nad młodą siostrą. Przyjdę z pomocą, jeśli ją biały oszuka.

– On mnie nie oszuka! – odparła dumnie.

Leciutki uśmiech przemknął po twarzy Indianina. Potrząsnął głową i rzekł:

– Biała barwa jest fałszywa i łatwo się brudzi. Niech moja siostra będzie ostrożna!

W trakcie jazdy Helmers dowiedział się, że obie dziewczyny pojechały nad Rio Pecos, by pielęgnować ciotkę Emmy, złożoną ciężką chorobą. Pedro Arbellez, dawny rządca starego hrabiego, był obecnie dzierżawcą hacjendy del Erina. Gdy ciotka, pomimo starań obu dziewcząt, zmarła po pewnym czasie, Arbellez wysłał majordoma z wakerami, aby przywieźli dziewczęta do domu.

Droga prowadziła na południe. Dzień się kończył, do wieczora brakowało jeszcze z godzinę, gdy nagle Apacz, zatrzymując konia na skraju rozległej równiny, wskazał poza siebie.

Mniej więcej o dwie mile angielskie [Mila angielska – jednostka długości, odpowiadająca 1609,34 m.] za nimi cwałowało stado koni z rozwianymi grzywami.

– To mustangi! – rzekł majordom.

– Uff! – zawołał Apacz z pogardą.

– To nie są dzikie konie – powiedział Helmers do Emmy. – To ścigający nas Komancze. Przewiązali rzemieniami brzuchy i szyje końskie i wiszą na nich uczepieni lewą ręką i prawą nogą. Czy widzi pani, że konie zwrócone są do nas tylko prawym bokiem, chociaż jadą prosto za nami? Jeźdźcy każą im cwałować w skośnej pozycji, co jest niezbitym dowodem, że za każdym wierzchowcem kryje się Indianin.

– Święta Madonno! Znowu nas zaatakują?

– Albo oni nas, albo my ich. Ja wolę to drugie, a Apacz jest tego samego zdania. Widzi pani, jak się rozgląda na wszystkie strony? Szuka kryjówki, z której moglibyśmy godnie przyjąć Komanczów. Pozwólmy mu decydować. To najdzielniejszy czerwonoskóry, jakiego znam.

Otwarta preria skończyła się tymczasem i ustąpiła miejsca wzgórzom i skałom, nadającym się doskonale na kryjówkę. Apacz skręcił nagle w prawo, zataczając wielki łuk, by po paru minutach znaleźć się na miejscu, które niedawno minęli.

Zatrzymali się w kotlinie osłoniętej z trzech stron i opadającej stromo w parów, przez który musieli przejechać Komancze.

– Teraz strzelby do ręki! – zakomenderował Helmers. – Nie będziemy długo czekać!

Zeszli na krawędź parowu i położyli się w zaroślach.

– Przepuścimy zwiadowców – powiedział Apacz – i zaczekamy na resztę. Ale nie będziemy strzelali na chybił trafił. Pierwszy z nas strzela do pierwszego Komancza, drugi do drugiego i tak dalej. Zrozumiano?

Wakerzy skinęli potwierdzająco głowami. Nastąpiła chwila oczekiwania.

Wreszcie dał się słyszeć ostrożny tętent dwu koni. To zwiadowcy jechali z wolna wśród skał. Ich bystre oczy przeszukiwały okolicę, ale dali się zwieść tropowi, który wychodził z parowu. Przejechali i zniknęli za zakrętem.

Po chwili znów rozległ się tętent. Wiedząc, że zwiadowcy idą przed nimi, Komancze nadjeżdżali bez obawy. Kiedy ostatni Indianie pojawili się w parowie, Apacz wysunął swoją dwururkę.

– Ognia!

Huknęły wszystkie strzelby. Kilku nieprzyjaciół runęło z koni. Reszta zatrzymała się na chwilę. Nie wiedzieli, czy uciekać, czy uderzać na ukrytego wroga. Rozejrzeli się dokoła i spostrzegli wreszcie dym unoszący się nad parowem.

– Tam są, tam! – zawołał jeden z czerwonoskórych, wskazując w górę.

Ale biali zdążyli tymczasem powtórnie nabić. Znowu huknęły strzały. Indianie zawrócili i uciekli cwałem.

– No, teraz już będziemy całkiem bezpieczni – cieszyła się Emma.

– Myli się pani – odparł Helmers posępnie. – Teraz Komancze sprowadzą odpowiednią liczbę wojowników, aby napaść na hacjendę.

– O, hacjenda jest mocna! To mała forteca.

– Znam ten rodzaj warownych dworów. Zbudowane są z kamieni i otoczone zwykle palisadą. Ale co to pomoże wobec nieprzyjaciela przychodzącego niespodziewanie?

– Będziemy czuwali, a pan razem z nami. Przecież zatrzyma się pan u nas… – spojrzała nań pytająco.

– Zobaczę, co na to powie Serce Niedźwiedzie. Nie mogę z nim się rozstać.

– Prosimy go także.

– To człowiek nawykły do swobody. Nie wytrzyma długo w budynku.

Jechali żwawo dalej, dopóki nie dotarli do dość szerokiej, wijącej się łukiem rzeczki. Apacz objął badawczym spojrzeniem okolicę i skinął głową.

– Tu możemy się zatrzymać – rzekł. – Z trzech stron chroni nas rzeka, a z czwartej postawimy straże. Zsiądźmy więc z koni!

Wszyscy zeskoczyli z siodeł i urządzili sobie wygodne legowiska z gałęzi i liści.

Noc przeszła spokojnie. Rankiem nasi podróżni wyruszyli z nowymi siłami w dalszą drogę i po południu dotarli do celu.

Słowo hacjenda oznacza posiadłość ziemską, ale niektóre takie majątki w Ameryce dorównują często obszarem niejednemu europejskiemu księstewku.

Hacjenda del Erina była także iście książęcą posiadłością. Potężny dom mieszkalny, podobny do zamku, zbudowany z ciosowego kamienia, otoczony był palisadą chroniącą od napadów.

Dom otaczał duży ogród, do którego przylegała z jednej strony gęsta puszcza, a z drugiej rozległe pastwiska, po których krążyły stada bydła, liczące po kilka tysięcy sztuk.

Stary Pedro Arbellez stał już w bramie.

– Witam cię, moje dziecko! – zawołał, pomagając zejść córce z siodła. – Musiałaś dużo wycierpieć w tej niebezpiecznej podróży, bo masz innego konia i wyglądasz bardzo mizernie.

Emma uścisnęła ojca i odpowiedziała:

– Tak, ojcze, byłam w niebezpieczeństwie większym od niebezpieczeństwa śmierci. Komancze wzięli nas do niewoli.

Ujęła Helmersa i Apacza za ręce i poprowadziła ich przed ojca.

– To są nasi wybawcy: senior Antonio Helmers i Szosz-in-liet, wódz Apaczów. Gdyby nie oni, Komancze zawlekliby nas do swoich wigwamów, a naszych ludzi zamordowaliby pod palem męczarni.

Staremu dzierżawcy zimny pot wystąpił na czoło.

– Co za okropne nieszczęście was ominęło! Witam was, witam, seniores, z całego serca was witam! Wejdźcie do domu i bądźcie jego panami!

Goście minęli bramę w palisadzie, oddali konie służącym i weszli do wnętrza. Majordom pozostał z kilku wakerami w przedsionku, a hacjendero wprowadził gości do salonu, gdzie Emma opowiedziała pokrótce całą przygodę.

– O Boże! – wykrzyknął Arbellez. – Ile też musiałyście wycierpieć, moje biedne! Co powie hrabia, co Tekalto, gdy to usłyszą!

– Tekalto? Czy mój brat Czoło Bawole jest tutaj? – ucieszyła się Indianka.

– Przybył wczoraj.

– I hrabia także? – spytała Emma.

– Przyjechał przed tygodniem. Otóż i on!

Otwarły się drzwi przyległej jadalni i wyszedł z nich hrabia Alonzo. Miał na sobie szlafrok z czerwonego jedwabiu wyszywany złotem, niebieskie aksamitne pantofle i turecki fez na głowie. Roztaczał wokół siebie mocny zapach perfum.

– Ktoś wymienił moje nazwisko – rzekł. – Ach, to piękne panie! Seniority powróciły szczęśliwie?

Na jego widok Indianka oblała się rumieńcem, co nie uszło bystremu oku Apacza. Emma odpowiedziała chłodno, chociaż uprzejmie:

– Jak pan widzi, panie hrabio! Mało jednak brakowało, byśmy wcale nie powróciły. Komancze wzięli nas do niewoli.

– Do stu piorunów! – zawołał. – Każę ich za to ukarać!

– To nie takie łatwe! – odparła Emma szyderczo. – Zresztą wyszłyśmy cało. Oto nasi wybawcy!

Hrabia cofnął się kilka kroków, włożył na nos binokle i przyjrzał się obu młodzieńcom.

– Traper i Apacz. Kiedy odjadą ci panowie? Chyba zaraz? – zwrócił się do Arbelleza.

– Są moimi gośćmi i zostaną tu, dopóki im się spodoba – rzekł spokojnie hacjendero. – Ocalili życie mojego dziecka i są miłymi gośćmi.

Hrabia poczerwieniał ze złości.

– Czyż nie jestem u siebie?! – krzyknął. – Kto tu jest panem?

– Panem jest tutaj pański ojciec, hrabia Fernando. Jego syn jest tylko gościem. Zresztą hrabia Fernando nie miałby w tej sprawie głosu. Jestem dzierżawcą dożywotnim. Nie pozwolę sobie rozkazywać, kogo mam przyjąć, a kogo nie!

Arbellez otworzył drzwi do jadalni i nie zwracając już więcej uwagi na don Alonza, kłaniając się uprzejmie, zaprosił gości do stołu.

Zasiedli do wspaniałej uczty. Podczas jedzenia opowiedziano obszernie całą przygodę. Następnie goście udali się do pokoi, aby wypocząć po tak męczących przygodach.

Przyjaciele mieszkali obok siebie. Helmers nie mógł jednak wytrzymać długo w ciasnej izbie i poszedł na pastwisko, aby się przypatrzyć wspaniałym rumakom hodowanym przez Arbelleza.

Kiedy mijał róg palisady, natknął się nagle na potężnego mężczyznę, odzianego w skóry bizona. Na głowie nieznajomy miał skórę ściągniętą z czaszki niedźwiedzia, zza szerokiego pasa wystawały rękojeści noży, od prawego ramienia do lewego biodra owijało go lasso. Pod palisadą stała rusznica, jedna z tych, które przed stu laty wyrabiano w Kentucky, tak ciężka, że nie każdy mógłby nią władać.

– Ktoś ty? – zapytał Helmers ze zdziwieniem.

– Jestem Czoło Bawole – odrzekł zapytany.

– Tekalto?

– Tak. Czy znasz mnie?

– Nie widziałem cię jeszcze nigdy, ale wiele, bardzo wiele o tobie słyszałem.

– A kim ty jesteś?

– Nazywam się Helmers, pochodzę z Europy.

Poważna twarz Indianina rozjaśniła się. Miał najwyżej dwadzieścia pięć lat i mógł uchodzić za pięknego przedstawiciela swej rasy.

– Ty więc jesteś myśliwym, który ocalił moją siostrę Karię? Czoło Bawole winien ci wielką wdzięczność. Wiem, że jesteś myśliwym, którego Apacze i Komancze nazywają Itintika, Grot Piorunowy.

– Po czym mnie poznałeś?

– Po twym policzku. Grot Piorunowy ma na policzku bliznę od ciosu noża; wiedzą o tym wszyscy, którzy o nim słyszeli. Takie znaki łatwo zapamiętać. Czy zgadłem?

Helmers skinął głową i odpowiedział:

– Masz słuszność.

– W takim razie dziękuję Wielkiemu Duchowi, że pozwolił mi z tobą mówić. Jesteś mężem walecznym, podaj mi więc rękę i bądź bratem.

Uścisnęli sobie dłonie, a Helmers rzekł:

– Dopóki oczy nasze będą się nawzajem widziały, niech będzie przyjaźń między mną i tobą.

Indianin zaś odparł:

– Niech ręka moja będzie twoją ręką, a moja noga twoją nogą. Biada wrogowi twemu, bo jest także moim, biada memu nieprzyjacielowi, bo jest również twoim. Ja jestem tobą, a ty mną. Jesteśmy jedno!

Czoło Bawole nie był podobny do swych północnych pobratymców. Był rozmowny, przystępny, chętnie się zwierzał, ale mimo to był nie mniej groźny dla wrogów niż owi milczący Indianie, którzy poczytują za hańbę okazywanie swoich uczuć.

– Mieszkasz w hacjendzie? – zapytał Helmers.

– Nie – odpowiedział Indianin. – Jak można przebywać w powietrzu uwięzionym między murami? Sypiam tutaj – wskazał na murawę.

– W takim razie masz lepsze posłanie niż my wszyscy. Ja także nie mogłem w izbie wytrzymać.

– I twój przyjaciel Serce Niedźwiedzie nie został w domu. Rozmawiałem już z nim. Zawarliśmy braterstwo, tak jak z tobą. Pojechał teraz na pastwisko.

– Chodźmy tam. 

Indianin wziął ciężką strzelbę, zarzucił ją na ramię i poprowadził Helmersa.

Daleko na łące, między półdzikimi pasącymi się końmi, siedzieli na ziemi wakerzy, opowiadając o przygodzie swojej młodej pani. Serce Niedźwiedzie przysłuchiwał się w milczeniu. Kiedy nadeszli Czoło Bawole i Helmers, wakerzy nie zamilkli, chociaż pojawił się drugi bohater niedawnych wydarzeń. Potoczyła się jedna z owych porywających opowieści, jakie nieraz się słyszy na Dzikim Zachodzie.

Przerwało ją dopiero pojawienie się seniora Arbelleza, który nadjechał z córką i Karią. Był to jego zwykły wieczorny obchód. Po stwierdzeniu, że wszędzie panuje spokój, wracał teraz do domu. Obaj przyjaciele i Tekalto pojechali razem z nimi do hacjendy.

Kiedy Karia, udając się na spoczynek, przechodziła obok pokoju hrabiego, wyszedł zeń don Alonzo.

– Kario – szepnął. – Czy mogę dziś z tobą pomówić? Przyjdź na dwie godziny przed północą pod oliwki nad potokiem.

– Przyjdę! – zgodziła się zarumieniona Indianka.

Zadowolony hrabia cicho zamknął za sobą drzwi.

Był to nadzwyczaj lekkomyślny i rozrzutny młody szlachcic. Pomimo że ojciec nie skąpił mu pieniędzy, narobił mnóstwo długów, do których nie miał odwagi się przyznać. Wierzyciele coraz natarczywiej domagali się zwrotu pożyczonych kwot. Młody hrabia dowiedział się wtedy, że Karia zna tajemnicę królewskiego skarbu, którego tysięczna część wystarczyłaby na zaspokojenie jego potrzeb. Zaczął nadskakiwać młodej Indiance, a upewniwszy się o jej wzajemności, przyrzekł uczynić ją hrabiną de Rodriganda. Pomimo naiwności dziewczyny nie doprowadził jednak jeszcze do tego, by mu zdradziła tajemnicę. Teraz, przyciśnięty przez wierzycieli, przybył ze stolicy Meksyku do hacjendy z mocnym postanowieniem przeprowadzenia z Karią ostatecznej rozmowy.

Pod oliwkami nad potokiem zastał już Indiankę. Gniewała się na niego, że zachował się impertynencko względem jej wybawców, lecz udało mu się niebawem ułagodzić dziewczynę. Potem zaczął zmierzać wprost do celu. Przyrzekł, że wkrótce ją poślubi, ale przedtem, choć Karia pochodzi z indiańskiej rodziny królewskiej, musi postarać się dla niej o hiszpańskie szlachectwo, bo inaczej jego ojciec nie zgodzi się na małżeństwo. Potrzebnych jest w tym celu bardzo dużo pieniędzy, szlachectwo bowiem niemało kosztuje, a on, niestety, nie dysponuje takimi kwotami.

Takimi argumentami zwyciężył hrabia Indiankę; przyrzekła, że wkrótce mu powie, gdzie ukryty jest skarb.

Kiedy ci dwoje rozmawiali pod oliwkami, Helmers odprowadził wodza Tekalto do jego posłania wśród traw, a pożegnawszy się z nim, usiadł w ogrodzie na brzegu basenu, z którego fontanna wyrzucała w górę strumień wody.

Po chwili na ścieżce ukazała się postać kobieca, idąca w stronę fontanny. Była to Emma. Usiadła obok Helmersa.

Tymczasem do wodza Misteków, który położył się już obok palisady ogrodowej, doleciał odgłos cichych kroków, a potem przytłumione głosy. Wiedział o tym, że hrabia stara się jak najczęściej spotykać z jego siostrą. Zbudziło się w nim podejrzenie. Ani Alonza, ani Karii nie widział w hacjendzie. Czyżby spotkali się w ogrodzie? Postanowił to sprawdzić.

Wstał i jak kot przeskoczył przez palisadę do ogrodu. Tam położył się na ziemi i popełzł tak cicho, że nawet wprawne ucho Helmersa nic nie dosłyszało. Dotarł niepostrzeżenie do basenu i w ten sposób został świadkiem rozmowy Helmersa z Emmą.

– Dowiedziałam się od Tekalty, że to pan jest Grotem Piorunowym – mówiła dziewczyna. – Dlaczego ukrył to pan przede mną? Przecież powierzył mi pan daleko ważniejszą tajemnicę.

– Nie myślałem, że to panią zainteresuje – odpowiedział ze śmiechem Helmers. – Zwykłem przedstawiać się swym europejskim nazwiskiem. Dzięki temu, że uważano mnie za zwykłego myśliwego, odnosiłem często wiele korzyści. A co do tajemnicy skarbu, to prawdopodobnie nie będzie ona miała dla mnie żadnej wartości, chociaż, zdaje się, jaskinia królewska znajduje się tu, w pobliżu.

– Z czego pan to wnosi?

– Z ukształtowania gór i biegu rzek. Okolice hacjendy zgadzają się całkowicie z moją mapą.

– W takim razie niech pan szuka.

– Nie wiem, czy w ogóle to zrobię. Myślę, że nie bardzo mam do tego prawo.

– Miałby pan przecież prawo znalazcy. Nie przeceniam bynajmniej wartości złota, wiem jednak, ze posiadanie go otwiera nowe możliwości. Niech pan szuka! Cieszyłabym się, gdyby pan znalazł skarby!

– Potęga złota jest wielka – rzekł Helmers w zamyśleniu – a ja mam biednego brata, obarczonego rodziną, któremu mógłbym pomóc. Jednak coraz częściej myślę, że skarb ten ma prawowitych właścicieli. Gdzie ich szukać, jeśli rzeczywiście odnajdę te bogactwa?

– Czy na mapie nie ma żadnych nazw? – spytała Emma.

– Nie. W jednym rogu znajduje się zagadkowy znak, którego nie umiem sobie wytłumaczyć. Pokażę go pani. Może razem zastanowimy się, co on oznacza.

Młodzi ludzie odeszli.

Tekalto wzburzony zasłyszaną rozmową przeskoczył palisadę.

– Uff, uff! – mruknął do siebie. – Co ja słyszałem! Grot Piorunowy ma rysunki przedstawiające nasze święte miejsce! Jego bystrość doprowadzi do odkrycia skarbu. Powinienem go zabić, ale zostałem jego przyjacielem i bratem, a on jest dobry i szlachetny. Ocalił też moją siostrę. Czy mam zgubić tego, któremu winien jestem wdzięczność? Nie, nie! Namyślę się, a Wielki Duch powie mi, co mam czynić…

W tym samym czasie w dolinie, odległej od hacjendy o dwie godziny drogi, siedziała dokoła ogniska gromada licząca około dwudziestu mężczyzn o dzikim, zuchwałym wyglądzie. Każdego z nich można było podejrzewać, że ma na sumieniu morderstwo. Połówka cielęcia piekła się na rożnie, a resztki mięsa i porozrzucane kości, leżące dokoła, świadczyły, że ucztowano już od dłuższego czasu.

– No i co będzie, kapitanie? – zapytał jeden z mężczyzn. – Siedzimy tu już od czterech dni. Czy czekamy jeszcze?

– Hrabia płaci nam dobrze, zaczekamy więc – odparł zapytany.

– Niech to diabli wezmą! – zaklął potężny mężczyzna, którego pas wprost jeżył się od broni. – Ileż mogliśmy przez ten czas zrobić i zarobić!

Nagle rozległ się tętent kopyt. Zbliżył się jakiś jeździec, który oddał konia strażnikom i podszedł do ogniska. Był to hrabia Alonzo. Usiadł obok kapitana i w milczeniu zapalił papierosa.

– Czy będzie nareszcie jakaś robota, don Alonzo? – zapytał kapitan. – Zrobimy wszystko, byle nam dobrze zapłacono. – Wskazał wymownym gestem na sztylet.

Hrabia potrząsnął głową i odpowiedział:

– Nie o to chodzi. Posłużycie mi tylko za poganiaczy mułów.

– Jak to?! – zawołał zdziwiony kapitan. – To nie jest zajęcie dla takich zuchów jak my!

– Wiem o tym. Posłuchajcie, co wam powiem!

Wszyscy przysunęli się bliżej, a hrabia rzekł:

– Chcę coś przewieźć do stolicy. To dyskretna robota. Waszym obowiązkiem będzie bronić transportu, gdyby ktoś napadł na nas po drodze. Czy mogę na was liczyć?

– Jeśli pan dobrze zapłaci…

– Dostaniecie, ile zażądacie. Czy macie z sobą juki, wory i skrzynie?

– Tak.

– To dobrze! Konie weźmiemy z hacjendy del Erina. Jutro wieczorem będę tu znowu i wyruszymy o świcie po ładunek.

– A co będziemy wieźli?

– To was nie powinno obchodzić. Przyprowadzę moich dwu służących, którzy w pewnym momencie napełnią wory i skrzynie. Potem ruszymy do stolicy.

– To bardzo tajemnicza sprawa, don Alonzo. Będziemy musieli zażądać stosownej zapłaty – rzekł kapitan.

– Ile chcecie?

– Trzy sztuki złota dziennie na człowieka. A mnie, jako dowódcy – sześć!

– Dobrze!

– A jeśli transport doprowadzimy szczęśliwie do stolicy, dostaniemy trzysta dukatów jako osobne wynagrodzenie?

– Dostaniecie pięćset, jeśli mnie zadowolicie!

– Hura! Zdajcie się spokojnie na nas, senior! W ogień za was pójdziemy! – rozległy się okrzyki.

– Spodziewałem się tego. A tymczasem rozdzielcie między siebie tę małą zaliczkę – hrabia wyjął z kieszeni rulon złotych monet i wręczył go kapitanowi.

Po odjeździe don Alonza posypały się pytania i domysły:

– Co on chce przewieźć?

– Może złoto z jakiej bonanzy?

Dowódca nakazał spokój i rzekł:

– Nie łamcie sobie głowy, chłopcy! Płaci tak dobrze, że z całą pewnością będziemy wieźli coś cennego. Jeśli zawartość juków okaże się dla nas przydatna, hrabia będzie tak samo wart kuli, jak i jego służba. A teraz śpijcie!

Dokoła ogniska zapanowało głuche milczenie, chociaż niejeden opryszek nie spał, starając się odgadnąć, co będzie zawierał powierzony im transport.

Nazajutrz rano, gdy tylko Helmers wstał z łóżka, przyszedł do niego hacjendero.

– Przychodzę do pana z prośbą – rzekł.

– Spełnię ją, jeśli tylko będę mógł – odpowiedział Helmers.

– Mieszkamy tutaj na pustkowiu, muszę więc mieć w domu zapasy najrozmaitszych przedmiotów, by swoich ludzi zaopatrywać we wszystko. Jeśliby pan zechciał wziąć sobie bieliznę i nową odzież, będzie to dla mnie prawdziwa przyjemność.

Helmers nie chciał obrazić odmową zacnego hacjendera, a poza tym jego myśliwski ubiór rzeczywiście znajdował się w opłakanym stanie.

Toteż gdy zszedł na śniadanie do jadalni, obecni z trudem go poznali w nowym, wspaniałym, meksykańskim stroju. A kiedy po skończonym posiłku przechadzał się po ogrodzie w towarzystwie Tekalty, Indianin odezwał się:

– Mój brat Grot Piorunowy może nosić to piękne ubranie, bo jest bogaty.

– To dar seniora Arbelleza. Ja jestem tak samo ubogi jak przedtem.

– Nie – rzekł Indianin poważnie. – Jesteś bogaty, bo znasz drogę do skarbu królewskiego.

Helmers cofnął się o krok ze zdumienia.

– Skąd wiesz o tym?

– Wiem! Czy mogę zobaczyć mapę, którą dostałeś od starego Indianina?

Helmers zaprowadził go do swego pokoju i położył przed nim stary, wystrzępiony na brzegach papier. Tekalto rzucił okiem na róg planu i rzekł:

– Tak, to znak Tokseltesa, który był ojcem mojego ojca. Musiał opuścić kraj i nie wrócił tu nigdy. Oddałeś mu wielką przysługę i dlatego nigdy już nie będziesz ubogi. Czy chcesz zobaczyć jaskinię królewskiego skarbu?

– Do kogo należą skarby?

– Do