Old Surehand.  Tom I - Karol May - ebook

Old Surehand. Tom I ebook

Karol May

5,0

Opis

Wódz Apaczów Winnetou i dzielny Old Shatterhand starają się pomóc swemu młodemu przyjacielowi Bloody Foksowi, który mieszka w oazie na pustyni Llano Estacado. Fox jest zagrożony atakiem plemienia Komanczów. Spiesząc mu na ratunek, spotykają słynnego myśliwego, Old Surehanda. Skrywa on pewną tajemnicę, a jej rozwikłanie wcale nie będzie łatwe. Trzech bohaterów zmaga się z przeciwnościami losu, podstępami czerwonoskórych wojowników, a także ze złodziejami strzelb. W miarę upływu czasu niektóre zagadki zaczynają się wyjaśniać, mimo że mnożą się niebezpieczne sytuacje.

Seria Książka do plecaka zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 596

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




KAROL MAY

Old Surehand

Tom 1

ISBN: 978-83-7623-958-3

Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków

Tytuł oryginałuOld Surehand

Redaktor serii Iwona Misiak

Korekta Katarzyna Kierejsza

Ilustracja na okładce Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z  o.o., 2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A tel./fax (012) 266-62-94 tel. (012) 266-62-92 www.zielonasowa.pl [email protected]

ROZDZIAŁ I | Old Wabble

W licznych moich podróżach i dalekich wędrówkach spotykałem często, szczególnie wśród dzikich lub na pół cywilizowanych plemion, ludzi, którzy zostawali moimi przyjaciółmi. Wiernie dochowuję im pamięci i z pewnością nie zapomnę ich aż do śmierci. Nikogo jednak nie kochałem tak bardzo, jak słynnego wodza Apaczów Winnetou. Wszyscy moi czytelnicy znają tego szlachetnego Indianina i wiedzą, jak się z nim zapoznałem; wiedzą także, że przywiązanie moje do tego człowieka gnało mnie z dalekiej Afryki i Azji na prerie, w lasy i góry Ameryki Północnej. Nawet wówczas, kiedy nasze spotkanie nie było z góry umówione, umiałem zawsze odszukać przyjaciela. W takich wypadkach jechałem zwykle nad Rio Pecos do Meskalerów, szczepu Apaczów, do którego Winnetou należał, i tam mi mówiono, gdzie się wódz znajduje. Czasami dowiadywałem się o tym od myśliwych z Zachodu lub od Indian, których spotykałem po drodze.

Niekiedy jednak mogłem mu przed rozstaniem wyznaczyć dokładnie miejsce i czas przyszłego spotkania. Stosowałem się wtedy do wyznaczonej daty, on także. I choć posługiwał się indiańską rachubą czasu, która wydawała mi się niezbyt pewna, przybywał zawsze na oznaczoną minutę. Nie zdarzyło się nigdy, żebym czekał na niego.

Tylko raz sądziłem, że nie był punktualny, ale okazało się, że nie miałem racji. Musieliśmy się rozstać daleko na północy, a w cztery miesiące później mieliśmy się spotkać na południu, w Sierra Madre. Winnetou powiedział wówczas:

– Mój brat zna przecież strumień zwany Clear Brook? Polowaliśmy tam razem. Czy przypominasz sobie odwieczny dąb, pod którym rozłożyliśmy się na noc obozem?

– Oczywiście.

– A zatem nie możemy się minąć. Korona tego drzewa już dawno uschła. Gdy w południe cień dębu będzie miał pięciokrotną długość mojego brata, Winnetou nadejdzie. Howgh!

Musiałem, oczywiście, przetłumaczyć to na naszą rachubę czasu i zjawiłem się nad strumieniem w oznaczonym dniu. Nie było tam jednak ani śladu Winnetou, chociaż cień dębu był już odpowiednio długi. Czekałem kilka godzin, ale wódz się nie zjawił. Wiedziałem, że tylko coś bardzo ważnego mogło mu przeszkodzić w dotrzymaniu obietnicy, i zacząłem się niepokoić, kiedy przyszło mi na myśl, że Winnetou już tu był, lecz nie mógł na mnie czekać. W takim razie musiał zostawić jakiś znak. Zbadałem pień dębu i rzeczywiście na wysokości człowieka znalazłem małą gałązkę świerkową. Musiał ją tu ktoś wetknąć umyślnie, i to już dość dawno, gdyż była całkiem zeschnięta. Wyciągnąłem gałązkę. Jej koniec był owinięty kawałkiem papieru. Rozwinąłem kartkę i znalazłem na niej te słowa:

„Niechaj mój brat przybywa czym prędzej do Bloody Foksa [Bloody Fox (ang.) – Krwawy Lis.], na którego chcą napaść Komancze. Winnetou śpieszy, aby go ostrzec”.

Zaniepokoiłem się o przyjaciela, chociaż wiedziałem, że wychodzi zwycięsko z każdego niebezpieczeństwa. Martwiłem się także o Bloody Foksa: będzie prawdopodobnie zgubiony, jeśli Winnetou nie zdoła dotrzeć do niego przed nadejściem Komanczów. Droga, która mnie czekała, również była niebezpieczna. Bloody Fox mieszkał w oazie na pustyni Llano Estacado, a droga do jego siedziby wiodła przez terytorium Komanczów, z którymi ścieraliśmy się niejednokrotnie. Gdybym się dostał w ich ręce, nie uniknąłbym zapewne pala męczarni.

Byłem sam i zdany tylko na siebie, ale miałem dobrą broń i znakomitego konia, któremu mogłem zaufać. Znałem też dokładnie te okolice i wiedziałem, że doświadczonemu westmanowi [Westman (ang.) – człowiek żyjący na Dzikim Zachodzie, potrafiący sobie radzić z trudnymi warunkami i niebezpieczeństwami, jakie tam można było napotkać.] łatwiej podróżować samemu aniżeli w towarzystwie ludzi, na których nie może całkowicie polegać. Gdybym miał prócz tego jeszcze jakieś wątpliwości, to musiałyby się rozwiać wobec świadomości, że Bloody Fox jest w niebezpieczeństwie i że trzeba go ratować. Wsiadłem zatem na konia i ruszyłem, tak jak sobie tego życzył mój przyjaciel i brat.

Dopóki znajdowałem się we właściwej Sierze, nie było specjalnych powodów do obaw; miałem się tutaj gdzie ukryć, czułem się więc dość bezpieczny. Dalej jednak ciągnął się nagi płaskowyż, gdzie jeździec był już z daleka widoczny. Przecinały go strome parowy i głębokie kaniony, porosłe z rzadka aloesami i kaktusami, za którymi nie sposób się ukryć. Gdybym w takim kanionie natknął się na Komanczów, ocalić mnie mogła jedynie natychmiastowa ucieczka oraz rączość i wytrwałość mego konia.

Najniebezpieczniejszym z tych wąwozów był tak zwany Mistake Canyon, ponieważ stanowił uczęszczaną drogę indiańską między górami a równiną. Nazwę swoją zawdzięczał tragicznej pomyłce: opowiadano, że pewien biały myśliwy zastrzelił tutaj swego najlepszego przyjaciela Apacza zamiast wroga Komancza. Kim był ten biały i kim byli ci dwaj Indianie – wówczas jeszcze nie wiedziałem. Ten rzeczywiście niebezpieczny kanion omijano z daleka – zabobonni westmani twierdzili, że rzadko udaje się białemu przejść tędy bez szkody. Duch zabitego Apacza miał każdego przywodzić do zguby.

Zanim dotarłem do miejsca wypadku, zauważyłem ślady większego oddziału konnych, którzy nadjechali z boku, a potem posuwali się w tym samym co ja kierunku. Zsiadłszy z wierzchowca i zbadawszy trop, spostrzegłem ze zdumieniem i radością, że konie były podkute. Jeźdźcy nie należeli zatem do rasy czerwonej. Nieco dalej jeden z nich zsiadł z konia, prawdopodobnie aby poprawić popręg, a reszta pojechała dalej. Zbadałem dokładnie to miejsce i zauważyłem obok śladów lewej nogi kilka krótkich, wąskich wcięć, jakby od grzbietu noża. Czyżby jeździec miał szablę? Czyżby wojsko wyruszyło przeciw Komanczom, by ich ukarać za rozbójnicze wyprawy? Zaciekawiony, ruszyłem cwałem za tropem. Im dalej jechałem, tym więcej znajdowałem śladów zbiegających się z różnych stron i wiodących potem w jednym kierunku. Nie było już wątpliwości, że przede mną przejechali żołnierze, a kiedy po pewnym czasie minąłem odnogę gęstego lasu kaktusowego, ujrzałem przed sobą obóz. Zauważyłem od pierwszego rzutu oka, że nie rozbito go na krótko. Pas kaktusów zabezpieczał oddział przed napadem z tyłu i z boków, a z przodu rozciągała się otwarta przestrzeń, tak że niespodziany napad był niemożliwy. Nie zauważono jednak, że zbliżam się od zachodu. Nawet w biały dzień należało postawić tutaj straż. Zaniechanie tej ostrożności było karygodnym niedbalstwem. Co by się stało, gdyby zamiast mnie nadciągnęła gromada Indian? Po przeciwnej stronie teren opadał ku kanionowi, gdzie musiało być pod dostatkiem wody. Konie leżały lub chodziły puszczone wolno. Dla osłony przed żarem słonecznym rozciągnięto nad kaktusami prześcieradła. Jeden wielki namiot był przeznaczony dla oficerów, a obok niego, w cieniu, przechowywano także zapasy żywności. W pobliżu leżało kilku cywilów, którzy widocznie chcieli przenocować pod opieką wojska, gdyż dzień miał się już ku końcowi. Postanowiłem zrobić to samo. Mogłem wprawdzie jechać dalej, lecz musiałbym potem obozować samotnie i czuwać całą noc ze względu na bezpieczeństwo. Tutaj mogłem znaleźć odpoczynek potrzebny mi do jutrzejszej jazdy.

Skoro tylko mnie spostrzeżono, wyszedł na moje spotkanie podoficer i zaprowadził do komendanta, który widząc ruch w obozie, wyszedł z oficerami z namiotu. Kiedy zsiadłem z konia, przypatrzył się uważnie mnie i mojemu wierzchowcowi, a potem spytał:

– Skąd jedziecie, sir?

– Z Sierry.

– A dokąd?

– Nad Rio Pecos.

– Mielibyście z tym wielkie trudności, gdybyśmy nie przepłoszyli tych łajdaków Komanczów. Czy znaleźliście gdzieś ich ślady?

– Nie.

– Hm! Zawrócili widocznie na południe. Siedzimy tu już prawie od dwu tygodni, a żaden nie pokazał nosa.

Ośle! – miałem ochotę mu powiedzieć. – Chcąc złapać czerwonoskórych, musiałbyś ich poszukać. Ani im się śni wpadać ci dobrowolnie w ręce.

Komendant nie mógł się zorientować, gdzie są Komancze, ale oni wiedzieli dokładnie, że wojsko tu się znajduje. Z całą pewnością podchodzili nocami pod obóz. Jak gdyby odgadłszy moje myśli, oficer dodał:

– Brak nam tęgiego zwiadowcy, któremu mógłbym zaufać i który by ich wytropił. Old Wabble nocował u nas i byłby odpowiedni do tej funkcji, lecz dopiero po jego odejściu dowiedzieliśmy się, że to był właśnie on. Ten szelma zwąchał pewnie pismo nosem i podał się za jakiegoś Cuttera. Przed tygodniem nasz patrol natknął się na Winnetou, który byłby jeszcze lepszy, lecz umknął czym prędzej. Mówią, że gdzie on się pokaże, tam i Old Shatterhand [Shatterhand (ang.) – Grzmocąca Ręka.] jest niedaleko. Chciałbym go mieć tutaj. Jak się nazywacie, sir?

– Charley.

Podałem mu swoje imię, które mogło uchodzić także za nazwisko. Ani mi się śniło informować go, że to ja właśnie jestem Old Shatterhandem. Nie miałem ani czasu, ani ochoty zostawać tutaj i wysługiwać się komendantowi jako szpieg. Jednocześnie przyjrzałem się leżącym na ziemi cywilom i uspokoiłem się, nie znalazłszy ani jednej znajomej twarzy. Mógł mnie tylko zdradzić wierzchowiec i broń. Wiedziano powszechnie, że Old Shatterhand ma rusznicę na niedźwiedzie i sztucer Henry’ego oraz jeździ na czarnym ogierze darowanym mu przez Winnetou. Na szczęście komendant był na tyle ograniczony, że nie wpadł na to. Wrócił do namiotu, nie pytając o nic więcej.

Ale to, czego nie domyślił się oficer, mógł odgadnąć któryś z cywilów będących niewątpliwie myśliwymi z Zachodu. Toteż wsunąłem nieznacznie sztucer do skórzanego futerału, żeby nie było widać jego osobliwego zamka. Rusznica mniej wpadała w oko. Rozsiodłałem ogiera i puściłem go wolno. Trawy tu wprawdzie nie było, ale pomiędzy wielkimi kaktusami rosło mnóstwo melokaktusów, dostatecznie soczystych i pożywnych. Mój karosz [Karosz – koń maści czarnej.] umiał te rośliny obierać z kolców, nie kalecząc się wcale.

Kiedy potem poprosiłem myśliwych, aby mi pozwolili przysiąść się do nich, jeden z nich powiedział:

– Siadajcie, sir, i zjedzcie coś z nami, jeśli łaska. Nazywam się Sam Parker, a gdy mam jeszcze kawałek mięsiwa, każdy uczciwy człowiek może się nim pożywić, dopóki zapasy się nie skończą. Jesteście głodni?

– Zdaje mi się, że tak.

– To ukrójcie sobie, ile chcecie. Jesteście tu wśród samych westmanów, sir. A wy? Co robicie?

– Ja też tułam się czasami po tej stronie Missisipi, ale nie wiem, czy mógłbym się nazywać westmanem. Dużo potrzeba, aby nim zostać.

Parker odchrząknął z zadowoleniem i rzekł:

– Macie słuszność, sir, zupełną słuszność. Cieszy mnie, że spotykam człowieka skromnego, który będąc stróżem nocnym, nie uważa się zaraz za prezydenta Stanów Zjednoczonych. Mało teraz takich ludzi. Co robicie tu na Zachodzie? Myśliwy? Nastawiacz sideł? Zbieracz miodu?

– Poszukiwacz grobów, mister Parker.

– Poszukiwacz grobów?! – zawołał zdumiony. – Czy drwicie z nas, sir?

– Ani mi to przez myśl nie przeszło.

– Więc bądźcie tak dobrzy i wytłumaczcie się, jeśli nie mam wbić wam noża między żebra. Nie pozwolę z siebie wariata strugać.

– Well. Chcę zbadać, skąd pochodzą dzisiejsi Indianie. Słyszeliście już może, że zawartość grobów może w tym bardzo pomóc.

– Hm! Rzeczywiście czytałem o tym, że są ludzie, którzy rozkopują dawne groby, aby w ten sposób studiować historię czy coś podobnego. To wierutne głupstwo! I tym się właśnie zajmujecie? A więc jesteście uczonym?

– Yes.

– Niech was Bóg ma w swojej opiece, sir! Możecie łatwo wpaść nosem w grób i zostać tam na zawsze. Jeśli szukacie zwłok, to czyńcie to w takich okolicach, gdzie jesteście pewni swego życia. Tutaj kule i tomahawki świszczą w powietrzu. Komancze ruszyli ze swoich siedzib. Czy umiecie strzelać?

– Trochę.

– Hm, wyobrażam sobie! Jak widzę, macie starą rusznicę, którą można mury walić. To ma swoje znaczenie. A tam w tym futerale to pewnie taka fuzyjka na niedzielę? Powiadam wam, sir, że tu niebezpiecznie szukać trupów. Zabierajcie się stąd. Albo przyłączcie się do nas, zawsze to bezpieczniej aniżeli samemu.

– W jakim kierunku jedziecie?

– Także nad Pecos, tam gdzie i wy. Słyszeliśmy, żeście o tym mówili przed chwilą.

Obrzucił mnie na poły łaskawym, na poły ironicznym spojrzeniem i mówił dalej:

– Wyglądacie wcale nieźle, jak obłuskane jajo, ale to nie przyda się na nic w tych stronach, sir. Prawdziwy westman wygląda całkiem inaczej. Mimo to podobacie mi się i zapraszam was do naszej kompanii. Obronimy was, gdyż w pojedynkę nie zdołacie się przebić. Macie, zdaje się, coś, co we wschodnich stanach nazwano by z pewnością koniem. Czy ten dyszlowy jest waszą własnością?

– Tak, oczywiście, Mr Parker – odrzekłem, ubawiony szczerze, że mego rasowego indiańskiego ogiera, z którym tylko karosz Winnetou mógł się równać, uważa za konia pociągowego.

– Spodziewałem się tego – mówił dalej Parker. – Koń wygląda tak samo gracko jak wy. Widać po nim, że także szuka zwłok dawno zmarłych ludzi i nie ma nic innego do roboty. A więc jedziecie z nami? Wyruszamy jutro wczesnym rankiem.

– Przyjmuję z wdzięcznością waszą propozycję i proszę was o opiekę.

– Będziecie ją mieli i sądzę, że bardzo wam się przyda. Rad będę, gdy już stąd odjedziemy, bo komendant gotów któregoś z nas zatrzymać jako zwiadowcę. Nieprawdaż, Jozie?

Z pytaniem tym zwrócił się do starszego mężczyzny z sympatyczną twarzą o melancholijnym wyrazie, jak gdyby dręczyło go jakieś ukryte zmartwienie. Joz jest skrótem od Jozue. Jak się później dowiedziałem, człowiek ten nazywał się Jozue Hawley.

– Jestem tego samego zdania – odrzekł zapytany. – Tego jeszcze brakowało, żeby za tych wojaków wyciągać kasztany z ognia i poparzyć sobie przy tym przednie łapy. Gdyby chociaż zatrzymali Old Wabble’a! To był odpowiedni człowiek. Będę szczęśliwy, kiedy się stąd wyniesiemy i przedostaniemy przez Mistake Canyon.

– Czemu? Czy obawiasz się ducha zabitego Indianina?

– Obawiać się? Nie. Ale ten kanion to paskudne miejsce. Przeżyłem tu coś, co nie każdy codziennie przeżywa, i znalazłem przy tym złoto.

– Naprawdę? Czy odkryliście je przypadkiem, Jozie?

– Nie. Drogę pokazał nam Indianin.

– Trudno w to uwierzyć. Czerwonoskóry nigdy takich rzeczy nie wyjawia białemu, jeśli nawet jest jego najlepszym przyjacielem.

– W takim razie był to wyjątkowy wypadek. Indianin był właśnie tym, którego później zastrzelono w kanionie. Opowiem wam może tę historię, gdy jutro pojedziemy tamtędy. Teraz wolę o tym zamilczeć. Daj no mi jeszcze mięsa, jestem głodny. To wprawdzie tylko antylopa, ale musi smakować, kiedy nie ma nic innego. Wolałbym kawał garbu bizona albo polędwicę z łosia.

– Z łosia? Ach, łoś, słusznie! – zawołał Parker, mlaskając językiem. – To najdelikatniejsza i najsoczystsza pieczeń. Ilekroć pomyślę o łosiu, przychodzi mi na myśl westman, który właściwie zrobił ze mnie myśliwego.

– Kto to był?

– Imię jego wymieniono przed chwilą. Mam na myśli Old Wabble’a.

– Co? Old Wabble’a? Więc znałeś go?

– Czy go znałem? Co za pytanie! Pod jego okiem przeżyłem na Zachodzie moją pierwszą przygodę. Opowiem wam o tym, chociaż na pewno uśmiejecie się ze mnie porządnie.

Parker wyprostował się, zrobił wielce obiecującą minę i zaczął opowiadać:

– Old Wabble nazywa się właściwie Fred Cutter, lecz z powodu chwiejnego kroku i wiszącego na chudym ciele ubrania przezwano go Old Wabble’em. Był dawniej w Teksasie kowbojem i tak przywykł do tamtejszego stroju, że później, na północy, nikt nie zdołał go namówić do zmiany ubrania.

Miał bardzo charakterystyczną twarz, pomarszczoną, zawsze gładko wygoloną, z grubymi jak u Murzyna wargami, długim, spiczastym nosem i szarymi oczyma, którym nic ujść nie mogło, chociaż powieki były zawsze na pół przymknięte. Czy twarz ta była spokojna, czy też ożywiało ją jakieś uczucie, miała zawsze wyraz niezachwianej wyższości. Było to zupełnie uzasadnione, gdyż Old Wabble słynął nie tylko jako mistrz w konnej jeździe, strzelaniu i rzucaniu lassem, lecz nie brak mu było także żadnej z cech prawdziwego westmana. „It’s clear – to jasne”, zwykł był mawiać. Nawet najtrudniejsze rzeczy były dla niego zupełnie proste i zrozumiałe.

Ja byłem wtedy w Princeton czymś w rodzaju pisarza na budowach i zarobiłem wreszcie tyle, że mogłem się wybrać do Idaho na poszukiwanie złota.

Byłem greenhornem [Greenhorn (ang.) – żółtodziób, człowiek niedoświadczony.], zupełnym nowicjuszem i aby nie dzielić się z większą liczbą wspólników zdobytymi skarbami, wziąłem ze sobą jednego tylko towarzysza, Bena Needlera, który tak samo znał Dziki Zachód jak ja.

Gdy w Eagle Rock wysiedliśmy z wozu, byliśmy wystrojeni jak eleganci, a obładowani jak juczne osły różnymi pięknymi przedmiotami, które niestety nie nadawały się do użytku. Kiedy zaś po tygodniu przybyliśmy nad Payette River, wyglądaliśmy jak prawdziwe włóczęgi; umieraliśmy z głodu i porzuciliśmy po drodze niepotrzebne rzeczy, to znaczy wszystko z wyjątkiem broni i amunicji. Przyznam się wam jednak otwarcie, że za kawał chleba z masłem byłbym oddał całe swoje uzbrojenie, a Ben Needler myślał pewnie tak samo.

Siedzieliśmy na skraju lasu, trzymaliśmy otarte do krwi stopy w wodzie i rozmawialiśmy o różnych delikatesach, o których nie myślelibyśmy nawet w innych warunkach, a więc o sarniej łopatce, o polędwicy z bizona, o łapach niedźwiedzich, o pieczeni z łosia. W tej okolicy widywano jakoby bizony i łosie.

– Do licha! Gdyby teraz to bydlę podeszło blisko, wpakowałbym mu z rozkoszą dwie kule pomiędzy rogi… – mówił Ben, mlaskając językiem.

– A potem byłoby po was! – zabrzmiał tuż za nami jakiś roześmiany głos. – Łoś zrobiłby z was marmoladę. Temu zwierzęciu nie strzela się między rogi. Wylali was chyba z jakiejś szkoły w Nowym Jorku?

Zerwaliśmy się i spojrzeliśmy za siebie. Z zarośli wyszedł Old Wabble, który podsłuchiwał naszą rozmowę, i stał przed nami taki, jakim go opisałem poprzednio. Jego twarz nie wyrażała nadmiernego szacunku. Mierzył nas pobłażliwym spojrzeniem na pół przymkniętych oczu. Pominę rozmowę, która potem nastąpiła. Przeegzaminował nas jak surowy nauczyciel i polecił pójść za sobą.

Mniej więcej o milę od rzeki stała na prerii otoczonej dookoła lasem chata zbudowana z grubych bali. Było to, jak mówił stary westman, jego ranczo. Za chatą znajdowało się kilka bud bez drzwi, przeznaczonych w razie niepogody dla koni, mułów i bydła, które teraz pasły się na nieogrodzonym polu. Już wtedy bowiem Old Wabble przedzierzgnął się z kowboja w samodzielnego hodowcę. Służba jego składała się z białego dozorcy Willa Littona i z kilku Indian z plemienia Wężów. Gdyśmy przybyli, ludzie ci pakowali na lekki wóz namiot i inne przedmioty.

– To jest coś dla was – rzekł stary westman. – Chcecie polować na łosie, a ja właśnie robię przygotowania do wyprawy myśliwskiej. Pójdziecie ze mną i zobaczę, co potraficie. Jeśli się okażecie zdatni do czegoś, to możecie zostać u mnie. Ale na razie wejdźcie do domu, gdyż głodny strzelec robi tylko dziury w niebie.

Bardzo nam to było na rękę. Zjedliśmy i zaspokoiliśmy pragnienie, po czym ruszyliśmy w drogę, ponieważ Old Wabble’owi ani się śniło odwlekać wyprawy z naszego powodu. Dostaliśmy od niego konie i pojechaliśmy najpierw nad rzekę. Znaleźliśmy bród, przez który należało przejść. Pochód prowadził stary westman; na jego prośbę jechałem obok niego. Za nim szedł luzem prowadzony za uzdę muł. Przeprawiwszy się przez rzekę, zobaczyliśmy resztę orszaku sunącą za nami: Ben Needler jechał na gniadym koniu, Will Litton na siwym, a za nimi toczył się wóz zaprzężony w cztery konie. Powoził nimi jeden z Indian, zwany Pak-muh, czyli Krwawa Ręka. W swoim europejskim ubraniu nie wyglądał co prawda wcale tak krwawo. Jego współplemieńcy, na których stary myśliwy mógł się zdać we wszystkim, pozostali na ranczu.

Przebywszy bród, jechaliśmy przez pewien czas rzadkim lasem. Następnie otwarła się przed nami zielona, bezdrzewna dolina wychodząca na trawiastą sawannę [Sawanna – zbiorowisko roślinne złożone głównie z wysokich traw i rzadko rozrzuconych drzew i krzewów.]. Gdy po kilku godzinach dostaliśmy się na drugi jej koniec, gdzie teren zaczął się wznosić, rozłożyliśmy się obozem. Zdjęto z wozu pakunki, rozbito namiot, przywiązano konie i rozniecono ognisko. Tu mieliśmy się zatrzymać, aby zapolować na widłorogie antylopy albo na bizony, jeśli się na nie natkniemy. Po upływie paru dni my, biali, zamierzaliśmy się udać na wyżej położone bagnisko, gdzie, jak twierdził Old Wabble, było mnóstwo łosi, w obozowisku zaś miał pozostać Krwawa Ręka.

Niestety, ani tego dnia, ani następnego nie pokazało się żadne zwierzę nadające się do ustrzelenia, co starego niezmiernie złościło. Mnie jednak było to na rękę, gdyż spodziewałem się ostrego osądu moich myśliwskich umiejętności. Umiałem na trzydzieści kroków trafić w wieżę kościelną, ale byłem zupełnie pewien, że zrobiłbym tylko wielką dziurę w niebie, gdybym musiał ustrzelić na sześćdziesiąt kroków szybkonogą antylopę.

Old Wabble wpadł tymczasem na niefortunny pomysł wypróbowania naszych zdolności i zażądał, abyśmy strzelali do sępów, które siedziały o jakieś siedemdziesiąt kroków od nas na szkielecie bizona. Ja miałem pierwszy popisać się swoimi umiejętnościami. Sępy musiały być ze mnie zupełnie zadowolone, gdyż stało się tak, jak przewidywałem. Wypaliłem czterokrotnie i nie trafiłem ani razu. Żadnemu ze ścierwożerców nie przyszło nawet na myśl uciekać po strzałach. Ptaki te wiedzą doskonale, że nikomu rozsądnemu nie przyjdzie do głowy, aby je prześladować. Strzał znęca je, zamiast odstraszyć, ponieważ z ubitej zwierzyny zawsze zostają dla nich przynajmniej wnętrzności. Ben chybił dwa razy i dopiero trzecia kula trafiła jednego sępa, a resztę spłoszyła.

– Niezrównane! – śmiał się Old Wabble, potrząsając długimi, niezdarnymi rękami. – Moi panowie, to jasne, że jesteście jakby stworzeni dla Dzikiego Zachodu. Jestem o was zupełnie spokojny! Już teraz osiągnęliście szczyt doskonałości. Wyżej zajść nie możecie.

Ben przyjął ze spokojem ten wyrok, ja jednak wybuchnąłem gniewem, co oczywiście miało tylko ten skutek, że mi Old Wabble powiedział:

– Zamilczcie lepiej! Wasz kolega trafił przynajmniej za trzecim razem, można się więc po nim czegoś spodziewać, wy zaś jesteście dla Zachodu człowiekiem straconym. Nie mogę was zatrudnić i dam wam tylko dobrą radę, żebyście się czym prędzej z tych stron wynieśli.

Nazajutrz rano wyruszyliśmy na bagna w górach nad Salmon River. Żywność, naczynia, koce i inne rzeczy wpakowano na muła, a wóz, którego nie można było użyć na górskich bezdrożach, został w obozie. Nasza droga była bardzo niebezpieczna, szczególnie tam, gdzie Snakes Canyon tworzy kąt ostry i gdzie trzeba zjeżdżać stromą ścianą w głąb, aby się dostać po drugiej stronie na ścieżkę Wihinasht. Na prawo niebotyczna skała, na lewo czarna otchłań, a w środku przesmyk o szerokości zaledwie dwu łokci. Szczęściem nasze konie przywykły do takich dróg, a ja nie cierpiałem nigdy na zawroty głowy. Przedostaliśmy się szczęśliwie, lecz wkrótce pojawiło się nowe niebezpieczeństwo, z którego tylko ja jeden nie zdawałem sobie sprawy.

Gdy wjechaliśmy na ścieżkę Wihinasht, spotkaliśmy się z oddziałem złożonym z ośmiu konnych Indian. Czterech z nich zdobiły pióra wodzów. Najwidoczniej nie przestraszyli się wcale, ujrzawszy nas tak nagle, i przypatrywali się nam, przejeżdżając obok bezszelestnie, owym melancholijnym, obojętnym wzrokiem, właściwym czerwonej rasie. Pierwszy z wojowników, jadący na bułanym koniu, trzymał w lewej ręce jakiś dziwaczny, podłużny przedmiot, ozdobiony frędzlami z piór. To milczące, posępne spotkanie z dawnymi panami tej krainy wzruszyło mnie do głębi. Nie wydali mi się bynajmniej niebezpieczni, zwłaszcza że nie mieli na sobie barw wojennych i nie byli, jak mi się zdawało, uzbrojeni. Zaledwie jednak objechaliśmy najbliższe wzgórze i zniknęliśmy im z oczu, Old Wabble zatrzymał się i rzekł, rzucając za siebie groźne spojrzenie:

– Do licha! Czego tu chcą te łotry? To są Panasztowie, skłóceni z plemieniem Wężów, do którego należą moi pasterze. Dokąd zmierzają? Droga ich musi prowadzić obok mego rancza. Co za pech, że mnie tam nie ma…

– Nie są przecież uzbrojeni – wtrąciłem.

Old Wabble łypnął na mnie pogardliwie spod przymkniętych powiek i rzekł:

– Nic z naszego polowania na łosie, przynajmniej w tej chwili. Musimy wracać do obozu, a może nawet na ranczo, i koniecznie wyprzedzić tych zbójów. Na szczęście znam ścieżkę nieopodal, która nie nadaje się dla jeźdźców, lecz tylko dla ludzi dobrze chodzących po górach. Naprzód, chłopcy! Wiem już, co zrobimy! Musimy wziąć Indian na muszkę – to jasne!

Wjechaliśmy cwałem pomiędzy skały na lewo i po pięciu minutach dostaliśmy się na małe płaskowzgórze pokryte bagnistą łąką. Na kamienistych jej brzegach rosły wysokie jodły, a środkiem płynął strumyczek.

Old Wabble zeskoczył z konia i powiedział:

– Tam, na końcu płaskowzgórza, schodzi w dół droga. Jeśli się pośpieszymy, będziemy w obozie przed Indianami. Jeden z nas musi tu zostać przy koniach, ten mianowicie, bez którego najłatwiej będzie się nam obejść. Jest nim nasz dzielny Sam, który chybił aż cztery razy. Trafiłby prędzej któregoś z nas niż czerwonoskórego.

Tym „dzielnym Samem” byłem oczywiście ja, Sam Parker. Protestowałem gwałtownie, lecz musiałem w końcu ustąpić. Moi trzej towarzysze popędzili przez łąkę, a ja na rozkaz starego miałem nie opuszczać doliny, dopóki nie powrócą.

Byłem wściekły. Tych biednych Indian chciano wystrzelać, chociaż nie wyglądali niebezpiecznie. Czy mogłem do tego dopuścić? Nie! Byli takimi samymi ludźmi jak my, a przy tym… płonąłem żądzą zemsty za obrazę! Nie znałem Dzikiego Zachodu i wykonałem swój nierozsądny plan. Otóż przywiązałem muła i trzy konie do drzew, a sam zawróciłem i pognałem drogą, którą przybyliśmy tutaj. Chciałem wykonać polecone zadanie, lecz pierwej ostrzec Indian. Zjechałem, jak mogłem najszybciej, ścieżką Wihinasht i zapuściłem się w Snakes Canyon. Tu ujrzałem przed sobą czerwonoskórych, którzy usłyszawszy tętent kopyt, przystanęli. Parów był tu jeszcze dostatecznie szeroki. Osadziłem konia i zapytałem, czy któryś z nich umie po angielsku. Indianin jadący na bułanku odpowiedział:

– Jestem To-ok-uh, Szybka Strzała, wódz Panasztów. Czy biały brat powrócił, by przynieść mi wiadomość od starego męża, którego trzód pilnują Węże tam na dole?

– A więc go znasz? – spytałem. – On uważa was za wrogów i wyruszył piechotą, by was pozabijać. Jestem chrześcijaninem i uważam za swój obowiązek ostrzec was.

Spojrzenie ciemnych oczu wodza wpiło się dosłownie w moją twarz. Po chwili zapytał:

– Gdzie wasze konie?

– Stoją tam, po drugiej stronie ścieżki Wihinasht, na bagnistej łące.

Naradzał się przez chwilę po cichu z towarzyszami, po czym zapytał mnie przyjaźnie:

– Czy mój brat od niedawna jest w tym kraju?

– Dopiero od wczoraj.

– Po co blade twarze jechały w góry?

– Chcieliśmy zapolować na łosie.

– Czy mój brat jest słynnym myśliwym?

– Nie, nie trafiam zwykle do celu.

Indianin rozpytywał mnie dalej z uśmiechem, dopóki nie dowiedział się wszystkiego. Musiałem mu nawet powiedzieć swoje nazwisko. Wreszcie powiedział:

– Samuel Parker… to trudno zapamiętać czerwonemu mężowi. Nazwiemy cię At-pui, Dobre Serce. Jeśli tu dłużej zabawisz, zrobisz się ostrożniejszy. Dobroć twoja mogła was zgubić. Ciesz się, że nie idziemy ścieżką wojenną! Przypatrz się temu wampumowi [Wampum (indian.) – różnokolorowe paciorki lub muszelki nanizane na sznurki lub układane w różne wzory; pełniły u Indian między innymi funkcję pisma.] – dodał, pokazując mi tajemniczy, ozdobiony frędzlami przedmiot – zawiera orędzie pokoju do wodzów plemion Szoszonów. Jesteśmy bez broni i wieziemy go do rancza starego męża, a jego Indianie poniosą go dalej. Nie mamy zatem powodu do obaw, lecz wdzięczność nasza jest taka sama, jak gdybyś nas ocalił od śmierci. Jeśli będziesz potrzebował przyjaciół, przybądź do nas. At-pui będzie u nas zawsze mile widziany Howgh!

Podał mi rękę i ruszył dalej ze swoimi ludźmi. Zawołałem jeszcze za nimi, żeby mnie nie zdradzili, i wróciłem zadowolony z siebie.

Przybywszy na płaskowzgórze, zdjąłem z muła pakunki i odwiązałem konie, żeby się popasły. Wolny czas poświęciłem ćwiczeniom w strzelaniu. Miałem pełen rożek prochu, a wśród naszych rzeczy była go jeszcze cała puszka. Wypróżniwszy rożek, mogłem sobie powiedzieć, że trafiłbym teraz w wieżę kościelną nawet z odległości dwustu kroków

Pod wieczór nadszedł Old Wabble z Benem i Willem. Spotkali się z Indianami koło naszego obozu i opowiedzieli mi jako najświeższą nowinę, że wojownicy mieli całkiem pokojowe zamiary; oddali wampum Krwawej Ręce, aby poniósł go dalej, i zawrócili natychmiast. Oczywiście zataiłem przed towarzyszami to, co uczyniłem.

Przenocowaliśmy na łące, a nazajutrz pojechaliśmy nad pobliskie mokradła. Leżały one w obszernej dolinie. Pośrodku znajdowało się jeziorko o błotnistych brzegach, dalej chaszcze i las rosnący na bagiennym, zwodniczym gruncie. Dolinę otaczały zewsząd wysokie, nagie, rozkruszone masywy skalne. Miała ona ze dwie godziny drogi wzdłuż i wszerz.

Zdjąwszy z muła pakunki, rozbiliśmy obóz i zapaliliśmy ognisko, przy którym miałem pozostać, aby pilnować koni. Moi towarzysze udali się na poszukiwania. Aż do południa panowała cisza. Nagle usłyszałem huk kilku strzałów, a wkrótce potem wrócił Ben Needler. Strzelił za wcześnie do klępy i rozgniewany Old Wabble przepędził go. Stary nadszedł z Littonem dopiero o zmroku, zawiedziony i wściekły.

– Tropów było dość – zrzędził – i to nie tylko łosi, lecz i czerwonoskórych, którzy musieli się tu zjawić przed nami i przepłoszyli zwierzynę. To jasne! Natknęliśmy się tylko na jedną krowę, ale ten głupiec Needler palnął z obu luf równocześnie i uciekła. Oto są skutki zadawania się z greenhornami! Żal mi jednak odbytej drogi i zostanę tu jeszcze dzień, dwa albo i dłużej, dopóki nie położę jakiego tęgiego, starego łosia.

Do mnie i do Bena nie odezwał się ani słowem i tak samo zachowywał się nazajutrz rano. Wyruszając, oświadczył, że będzie polował tylko z Littonem, a greenhorny zostaną w obozie, żeby czego nie sknociły. Mógł robić, co mu się podoba, ale my przyznaliśmy sobie po cichu to samo prawo. Kiedy tamci dwaj odeszli, przystąpiliśmy do wykonania planu omówionego w nocy. Jeśli Indianie przepłoszyli łosie, to zwierząt nie było już w dolinie – musiały się znajdować poza jej obrębem i tam ich należało szukać. Ponieważ polowanie nasze mogło potrwać do wieczora, zabraliśmy ze sobą muła, aby niósł potrzebne nam rzeczy, a ewentualnie i zdobycz.

Powędrowaliśmy do sąsiedniej doliny. Nie było tu ani jeziora, ani bagna, ani łosi, ale gdzieś w pobliżu musieli być jacyś ludzie. Nie widzieliśmy ich wprawdzie, lecz w pewnym oddaleniu dostrzegliśmy wyraźnie ich osła, który bez uzdy i siodła zajadał ze smakiem trawę. Gdzie byli jego właściciele? Postanowiłem ich odszukać i kiedy Ben podchodził ostrożnie do osła, ruszyłem z naszym mułem dalej. Domniemany osioł pasł się spokojnie, dopóki Ben nie zbliżył się do niego na sto kroków. Wtedy, zwietrzywszy człowieka, podniósł głowę, odwrócił się błyskawicznie i pobiegł wielkimi susami ku mnie, jakby wiedziony sympatią dla stojącego obok mnie swego krewniaka. Tyle że nie był to osioł, lecz dzikie zwierzę! Poznałem się na tym, chociaż byłem greenhornem. Ukląkłem czym prędzej za mułem, złożyłem się, wymierzyłem i pociągnąłem za cyngiel. Nieznane mi stworzenie skoczyło raz, drugi, trzeci i padło. Pobiegłem ku niemu, a z drugiej strony nadszedł Ben. Kula trafiła zwierzę pod łopatkę. Doszliśmy do wniosku, że zabiłem łanię. Przywiązaliśmy ją do juków na mule i ruszyliśmy dalej. Dolinę, otoczoną z obu stron niebotycznymi ścianami, zamykało dość strome wzgórze, coś w rodzaju przełęczy, za którą musiała być druga dolina. Ponieważ nasz muł dobrze się wspinał na skały, postanowiliśmy pójść prosto.

Dostaliśmy się z pewnym wysiłkiem na górę i przekonaliśmy się, że nie popełniliśmy omyłki, gdyż przed nami teren znowu opadał w dół. Dochodził stamtąd zgiełk ludzkich głosów. Chcąc się dowiedzieć, co tam się dzieje, poszukaliśmy miejsca, z którego można by spojrzeć w dół. Po obu stronach przełęczy znajdowały się wysokie, ale dosyć dostępne wzniesienia. Wdrapaliśmy się na jedno z nich, po lewej stronie. Needler wychylił się, ponieważ jednak miał bardzo jasne ubranie i z łatwością mógł to ktoś zauważyć, odsunąłem go i sam spojrzałem w dół.

Nie mogłem dojrzeć, co się dzieje tuż pod nami, ponieważ nie stałem dostatecznie wysoko, ale nieco dalej ujrzałem siedmiu indiańskich jeźdźców, którzy pędzili tyralierą, krzycząc na całe gardło. Wrzaski te zbliżały się i wzmagały tak, że stojący na dole muł zaczął niespokojnie strzyc uszami i machać ogonem. Musiałem posłać Bena na dół, żeby go uspokoił.

Nagle, rzuciwszy okiem na przeciwległe wzniesienie, oddalone mniej więcej o pięćset kroków, ujrzałem ze zdumieniem siedzącego tam Indianina. Był to To-ok-uh, Szybka Strzała, który skinął na mnie i położył prawą rękę na ustach, co u Indian jest znakiem nakazującym milczenie. Skąd się tu wziął i dlaczego miałem milczeć? Hałas stale się wzmagał. Nagle usłyszałem pod sobą łoskot spadających kamieni i spojrzałem w dół. O Boże! Cóż to za potwór z głośnym, gniewnym parskaniem wspina się na przełęcz? Do kłębu miał ze dwa metry wysokości, krótkie, niezgrabne cielsko, długie nogi, zwisającą górną wargę i zjeżoną brodę. Wdrapał się z iskrzącymi ślepiami na brzeg przełęczy i ujrzawszy tuż przed sobą muła i Bena Needlera, odrzucił szkaradny łeb z potężnymi, szerokimi łopatami rogów i ruszył przed siebie.

Needler, ujrzawszy potwora, który wyrósł jak spod ziemi, wrzasnął ze strachu, odrzucił strzelbę i pobiegł, a raczej stoczył się na łeb, na szyję w dolinę, z której przyszliśmy przed chwilą. Muł okazał się odważniejszy od swego pana: dał susa i zjechał – szczęściem na wszystkich czterech nogach – z przełęczy.

Nie miałem czasu sprawdzić, czy obydwaj szczęśliwie wylądowali na dole, bo zwierz zwrócił się w moją stronę, nie widząc, że ma już wolną drogę przed sobą. Pędził w górę, potężnymi susami, wprost na mnie. Przeraziłem się nie mniej niż Needler. Strzelba wypadła mi z ręki i zacząłem uciekać. Skakałem z kamienia na kamień po skalistym zboczu, a potwór za mną. Naraz rozwarła się przede mną szczelina w skalnej ścianie, więc wsunąłem się w nią dosłownie w ostatniej chwili, gdyż zwierz włożył do środka głowę, na ile mu tylko rogi pozwalały. Parskał jak diabeł i czułem na twarzy jego gorący oddech. Ale strach ściganego zwierzęcia był większy od jego gniewu – po chwili cofnął się i pobiegł dalej. Przy tym odwrócił się lewym bokiem do wodza siedzącego naprzeciw, czekającego z zimną krwią na odpowiedni moment do strzału. Indianin złożył się i wypalił. Zwierz runął na ziemię.

To-ok-uh wyskoczył ze swej kryjówki, a ja ostrożnie wysunąłem głowę. Wódz obejrzał olbrzymie zwierzę i zawołał do mnie ze śmiechem:

– Niech mój brat tu przyjdzie! Ten peere [Peere – łoś w języku Szoszonów (przyp. autora).] padł od jego kuli, więc jest jego własnością.

– Od mojej kuli? – zapytałem zdumiony, wyłażąc z dziury.

– Tak – rzekł Indianin z chytrym uśmieszkiem, skinąwszy głową. – Jesteś At-pui, Dobre Serce. Za to, że nas chciałeś ocalić, staniesz się teraz sławny wśród swoich. Wojownicy Panasztów oddali wampum i przybyli przed wami do doliny łosi, gdzie ukryli swoją broń. Nie mogliście tam znaleźć innej zwierzyny oprócz dziecka łosia, które widzę na grzbiecie muła. Powiedziałeś mi otwarcie, że nie umiesz trafić do celu, ale teraz nie mów o tym nikomu. Chcę, aby towarzysze szanowali cię tak, jak ja cię miłuję. Niech będzie tak, jak gdybyś ty zabił tego łosia. Ciesz się sławą, dopóki rzeczywiście nie nauczysz się strzelać. Twój brat nie widział mnie i teraz nie zobaczy, gdyż zaraz odejdę. Ale oczy moje chcą jeszcze kiedyś ujrzeć ciebie. Howgh!

Uścisnął mi rękę; pobiegł w dół i zniknął po drugiej stronie przełęczy.

Oto była wdzięczność tak zwanego dzikiego człowieka! Odstąpił mi własną sławę myśliwską. Czy miałem ten dar odtrącić? Nie, byłem na to za słaby, za młody i zbyt mocno bolały mnie drwiny Old Wabble’a. Kłamałem wprawdzie, przypisując sobie cudze zasługi, lecz tak bardzo pragnąłem, aby stary westman pozazdrościł mnie, greenhornowi!

Zszedłem w dolinę, gdzie spotkaliśmy rzekomego osła. Daleko, bardzo daleko stał obok muła Ben Needler, któremu na szczęście nic się nie stało.

Skinąłem na towarzysza i zaprowadziłem go do powalonego łosia. Wcześniej podniosłem, oczywiście, strzelbę, a że Ben nie widział Indianina, był przekonany, że to ja zabiłem olbrzymiego zwierza. Można sobie wyobrazić zdumienie i zazdrość mego kolegi.

Żal mi się go zrobiło. Na pociechę, a także, jak otwarcie przyznaję, dla ulżenia własnemu sumieniu, zaproponowałem mu, aby powiedział Old Wabble’owi, iż to on zabił „dziecko łosia”. Układ ten ucieszył go tak, że mnie uściskał.

Musiałem zostać przy moim łupie, aby strzec go przed drapieżnymi zwierzętami, a Needler ruszył z mułem na mokradła po Old Wabble’a i Littona. Dopiero po południu sprowadził obu myśliwych, którzy nie widzieli na bagnach nawet końca ogona łosia. Stary stał oniemiały nad moim łupem, a wreszcie przyznał, że rzadko się widuje tak wielkie okazy. Zazdrość przebijała spod jego pozornej obojętności. Zmierzył mnie groźnym spojrzeniem przymrużonych oczu i powiedział:

– Well, rozumiem wszystko, sir. Gdy wtedy cztery razy spudłowaliście, żartowaliście sobie po prostu. To jasne! Lecz mam nadzieję, że nie zdarzy się to już nigdy, jeśli mamy być nadal przyjaciółmi.

Jesteśmy nadal przyjaciółmi i niejeden celny strzał padł w czasie naszych wspólnych polowań. Zdawało się, że dar wodza zapewnił mi od razu dobry wzrok i pewną rękę. Z Szybką Strzałą spotykałem się później bardzo często, a jego ludzie nazywają mnie do dziś At-pui. Wiernie strzegł naszej wspólnej tajemnicy i dziś dopiero po raz pierwszy ją zdradzam. Tak, panowie, przyznaję się wam z całą pokorą, na jaką stać myśliwego, że mój pierwszy łoś nie był moim pierwszym łosiem. Ale też nie był ostatnim. Howgh!

Podczas opowiadania Parkera zapadła noc, a ponieważ ze względu na Komanczów nie można było rozniecać ognisk, położyliśmy się spać. Nazajutrz rano, kiedy mieliśmy już wyruszyć, okazało się, że obawy Parkera były uzasadnione: komendant chciał koniecznie zatrzymać jednego z myśliwych jako zwiadowcę. Spotkał się jednak ze zdecydowanym oporem i uznał w końcu, że lepiej się wyrzec tego zamiaru. Zatrzymany siłą zwiadowca przyniósłby mu więcej szkody niż pożytku. Wobec tego pozwoliłem sobie na żart i ofiarowałem mu swoje usługi. Odmówił mi, machnąwszy pogardliwie ręką.

– Jedźcie z Bogiem, Mr Charley! – powiedział. – Człowiek, który zajmuje się poszukiwaniem spróchniałych gnatów, nie potrafi robić tego, czego wymagam od zwiadowcy. Grzebcie sobie dalej w starych grobach; nie mam ochoty obarczać się wami.

Dowiedział się zatem widocznie, co mnie rzekomo przygnało na Zachód. Well, to rozstanie było mi bardzo na rękę. Aby mnie przypadkiem nie poznano, wisiałem na koniu tak nieporadnie, jak tylko mogłem, i przez cały ten dzień zachowywałem się tak, aby towarzysze nie zmienili o mnie zdania.

Od obozu wojskowego do Mistake Canyon mieliśmy konno cztery godziny drogi, które przeszły bez przeszkód. Jozuemu Hawleyowi przypomniano wczorajszą obietnicę, a on przyrzekł solennie, że jej dotrzyma.

Tych kilka słów, które usłyszałem wczoraj z jego ust, wystarczyło mi, aby się domyślić, że to on właśnie był owym białym, który przez pomyłkę zastrzelił przyjaciela. Sprawa ta nurtowała go dotychczas i stąd wyraz melancholii na jego twarzy.

Jechaliśmy początkowo skalistym płaskowzgórzem, opadającym z wolna w dół. Następnie zatrzymaliśmy się nad głęboką czeluścią, do której prowadziła stroma ścieżka. Był to Mistake Canyon, a raczej jego początek. Zjechaliśmy ścieżką i dostaliśmy się na dno wąwozu, gdzie zaczęliśmy wędrować wzdłuż strumienia. Gdy dotarliśmy do wielkiego nadbrzeżnego głazu, na którym załamywał się nurt potoku, Joz zszedł z konia, usiadł na kamieniu i powiedział:

– Otóż i miejsce, na którym chcę dotrzymać obietnicy. Zsiądźcie, panowie, a dowiecie się, w jaki sposób powstała legenda o duchu tego kanionu.

– O duchu? Pshaw! [Pshaw! – okrzyk indiański, który oznacza lekceważenie lub zdziwienie.] – roześmiał się Sam Parker. – Tylko głupiec wierzy w widma i duchy. Po prostu biały myśliwy zastrzelił tu przez pomyłkę przyjaciela Apacza zamiast wroga Komancza. Tyle że nikt nie wie, kto to był i jak to się stało.

– Ja to wiem, ja jeden – rzekł Joz, przesuwając ręką po oczach.

– Ty? A więc wiesz coś o tej nieszczęsnej historii?

– Czy ja coś wiem? Tu, z tego kamienia, na którym teraz siedzę, padł wówczas z mojej strzelby ten fatalny strzał. Miałem oczy o trzydzieści lat młodsze, nie były jednak dość bystre, by odróżnić przyjaciela od wroga. Miałem przyjaciela, wiernego przyjaciela. Był nim Apacz, który nazywał się Tklisz-lipa, to znaczy Grzechotnik. Uratowałem mu kiedyś życie, a on przyrzekł mi pokazać miejsce, gdzie, jak mówił, miało się znajdować mnóstwo nuggetu [Nugget (ang.) – samorodek złota.]. Znalazłem więc czterech dzielnych chłopców, nadających się do takiego przedsięwzięcia. Musieliśmy się zachowywać bardzo ostrożnie, ponieważ miejsce to leżało na terytorium Komanczów. Toteż nie wzięliśmy ze sobą koni. Tylko Apacz nie chciał się rozstać ze swoim mustangiem. Aby uniknąć wstępów, powiem, że po długiej wędrówce przybyliśmy na miejsce, tu, do kanionu. Widzicie te kaktusy na krawędzi skał? Dawniej rósł tam cały las kaktusów, w którym zbudowaliśmy sobie chatę. Tu nad wodą była nasza kopalnia.

Tklisz-lipa nie skłamał – skarb wydawał się naprawdę ogromny. Pracować mogły tylko cztery osoby jednocześnie, bo jeden z nas stał na straży, a drugi polował i starał się o mięso. Musieliśmy postępować z największą rozwagą, gdyż Awat-kuts, Wielki Bizon, wódz tutejszych Komanczów, był nie tylko krwiożerczym wojownikiem, ale i mistrzem w tropieniu. To oczywiste, że każdy z nas oprócz motyki i łopaty miał zawsze broń przy sobie.

Byliśmy tu już ze trzy tygodnie, kiedy pewnego dnia Apacz został na straży przy chacie, a Długi Dinters uganiał się za zwierzyną. My pracowaliśmy raźno na dnie wąwozu, a czerwonoskóry nudził się na górze, siedząc w słonecznej spiekocie. Zdjął ubranie i zwyczajem indiańskim nacierał sobie ciało tłuszczem niedźwiedzim dla ochrony przed robactwem. Wtem usłyszał za sobą szelest, obejrzał się i zobaczył groźnego wodza Komanczów, który z rozmachem zamierzał się na niego kolbą. Zanim Apacz zdołał uskoczyć w bok, kolba spadła na jego głowę z taką siłą, że stracił przytomność. Cios nie roztrzaskał mu czaszki tylko dlatego, że nosił osobliwą czapkę, ozdobioną ogonami lisimi i skórami grzechotników.

Awat-kuts zostawił go na razie w spokoju i wszedł do chaty, by ją splądrować. Znalazłszy worki napełnione nuggetem, zawiesił je sobie u pasa, po czym wyszedł, zrzucił swoją starą opończę z koca i zamienił ją na nową, zdjętą przez Apacza. Wpadła mu w oko także czapka ogłuszonego przeciwnika i włożył ją sobie na głowę. Następnie przywołał gwizdem swego krępego konika, którego zostawił w kaktusach, lecz widząc mustanga Apacza, pasącego się w pobliżu, uznał, że jest o wiele więcej wart. Wreszcie Komancz przystąpił do oskalpowania wroga, i to żywcem. Niezupełnie mu się to jednak udało, ponieważ Grzechotnik pod wpływem okropnego bólu odzyskał przytomność i chwycił Komancza za ręce. Zaczęli się mocować. Wielki Bizon musiał jednak wyjść zwycięsko z tej walki, gdyż przeciwnikowi krew zalewała oczy.

Tymczasem Dintersowi udało się polowanie i objuczony zdobyczą wracał do domu. Znalazłszy trop Komancza, przestraszony, szedł ostrożnie za nim. Wyszedłszy z kaktusowego lasu, zobaczył dwóch walczących Indian i wziął Komancza za Apacza z powodu nowej opończy i czapki, które miał na sobie Wielki Bizon. Złożył się czym prędzej i strzelił do ociekającego krwią przyjaciela, ale nie trafił go z tak dużej odległości. Komancz odwrócił się na odgłos strzału i spostrzegł nowego wroga. Zostawiwszy strzelbę na ziemi, wskoczył na mustanga i uciekł. Grzechotnik oszalały z bólu i wściekłości otarł krew z oczu i widząc umykającego przeciwnika, a także zostawionego przezeń konia, natychmiast dosiadł wierzchowca i popędził za Komanczem, odwijając w biegu lasso, które opasywało mu biodra.

Ponieważ biały zamykał drogę z prawej strony, a na lewo jeżył się pas kaktusów, Komancz popędził w stronę kanionu, wiedząc, że prostopadłą prawie ścianą prowadzi w głąb niebezpieczna co prawda, ale możliwa do przebycia ścieżka. Nie wiedział, że tam na dole znajdują się cztery blade twarze.

Zdziwiliśmy się niemało, kiedy z góry doleciał nas tętent cwałujących koni. Ujrzeliśmy najpierw głowy obu jeźdźców, lecz im niżej się znajdowali, tym dokładniej widzieliśmy ich postacie. Przodem biegł mustang Apacza, a jeźdźca wzięliśmy z powodu opończy i czapki za Grzechotnika. Za nim pędził na nieznanym koniu wojownik, któremu zwisała z głowy skrwawiona czupryna i który usiłował na próżno zarzucić ściganemu lasso na głowę. Słyszeliśmy głos Apacza, który powtarzał: „Zastrzelcie go, zastrzelcie go!”. Porwałem za strzelbę. W tej chwili pierwszy jeździec dotarł na dno parowu, tam za strumieniem, i pędził dalej. Zaraz za nim nadjechał drugi, a mogąc teraz swobodnie władać lassem, zamachnął się do rzutu. Wypaliłem, jeździec krzyknął i spadł na wznak z konia, który pognał dalej sam. W kilka sekund byliśmy przy leżącym Indianinie. Wyobraźcie sobie nasze przerażenie, gdy poznaliśmy czerwonoskórego przyjaciela! Moja kula trafiła aż nadto dobrze. Umierający wskazał przed siebie i rzekł słabym głosem: „Darteh liczane Awat-kuts!” (Ten pies to Wielki Bizon!). W chwilę potem już nie żył.

Hawley przerwał opowiadanie i zapatrzył się ponuro w jeden punkt. Uszanowaliśmy jego uczucia i także milczeliśmy. Dopiero po dłuższej chwili Joz dodał:

– Tak to zapłacono mu kulą za darowane nam złoto. Nazwaliśmy ten wąwóz Mistake Canyon i nazwa ta przetrwała do dziś. Historię owej pomyłki opowiadano często w mojej obecności, ale nigdy nie wyjawiłem, że to ja jestem jej bohaterem. Próbowałem sam się uporać ze swym nieszczęściem. Dziś jednak, kiedy znalazłem się znowu na tym przeklętym miejscu, chciałem zrzucić ciężar z serca. Powiedzcie, czy można mnie nazwać mordercą?

– Nie, nie! – zawołali wszyscy. – Jesteś zupełnie niewinny. Ale co się stało z Komanczem? Czy umknął?

– Nie. Znaleźliśmy go nieopodal w rumowisku skalnym, gdzie koń mu się potknął i zrzucił go na ziemię. Był martwy.

– A złoto? A nugget? Chcemy przecież wiedzieć, jakie to skarby zabraliście z kanionu.

– O wiele mniej, aniżeli można było przypuszczać po świetnym początku. Zdawało się, że anioł zemsty ukrył złoto w głębi ziemi. Złotego kruszcu było z każdym dniem mniej, aż w końcu całkiem go zabrakło. Kopaliśmy jeszcze przez całe tygodnie, ale na próżno. To, co zebraliśmy, nie wystarczyło na długo i wyczerpało się szybko przy grze i winie. Jedno mi tylko zostało i nie opuści mnie nigdy, a mianowicie wspomnienie chwili, kiedy moja kula strąciła z konia Apacza. Ten obraz mam ciągle przed oczami, a uszy rozdziera mi jego śmiertelny okrzyk. Jedźmy – rzekł. – Nie chcę dłużej patrzeć na to miejsce.

Wstał powoli, ociężale i otrząsnął się, jak gdyby chciał się pozbyć ciężkiego brzemienia.

Dosiedliśmy koni i pojechaliśmy dalej. Kanion był tak długi, że dopiero po upływie godziny dotarliśmy do wylotu. Stało tam kilka olbrzymich kaktusów, obwieszonych owocami. Zaledwie Parker je spostrzegł, zatrzymał konia i wskazując na mnie, rzekł do towarzyszy:

– Przyznacie chyba, moi panowie, że warto wiedzieć, czy można liczyć na człowieka, z którym się podróżuje. Mr Charley przyłączył się do nas i pewnie nie opuści nas tak rychło. Możemy w każdej chwili spotkać się z Komanczami, co nas zmusi do chwycenia za strzelby. Czy nie sądzicie, że trzeba by zażądać od niego kilku strzałów na próbę?

– Tak, tak, niech strzela, niech pokaże, co umie! – wołano, przyznając rację Parkerowi. Tylko Joz Hawley milczał.

– Czy słyszeliście, sir? – rzeki Parker, zwracając się do mnie. – Mam nadzieję, że nie będziecie się wzbraniali dać nam dowodu swojej zręczności.

– Nie – odpowiedziałem. – Ale pod warunkiem, że nie tylko ja będę poddany próbie, ale także wy.

– A niby po co? Prawdopodobnie strzelacie tak jak ja wówczas, kiedy przybyłem do Old Wabble’a. Byłbym chętnie już wczoraj zrobił małą próbę, ale nie chciałem was zawstydzać przy żołnierzach. Teraz jesteśmy sami i nie mamy świadków, którzy by się z was śmieli.

– Well, do czego będziemy strzelać?

– Tam, może o sto pięćdziesiąt kroków, stoją kaktusy, a na nich wiszą owoce. Ciekaw jestem, czy strącicie któryś z nich.

– A wy to potraficie, Mr Parker?

– Do pioruna, co za pytanie! Czy wątpicie o tym? Nie jesteście widać westmanem, bo nie wiecie, że takie powątpiewanie jest obrazą.

Cała sprawa zaczynała mnie bawić. Old Shatterhand miał pokazać, że umie strzelać! Odpowiedziałem z uśmiechem:

– Nie wiem, czy rzeczywiście nimi jesteście. Żądacie ode mnie próby strzelania, bo mnie nie znacie. Ja was także nie znam i mam tak samo prawo sprawdzić, jak umiecie się obchodzić z bronią. Będę strzelał, owszem, lecz tylko pod takim warunkiem, że wy mi pokażecie, czegoście się w życiu nauczyli.

Patrzył mi przez pewien czas prosto w oczy z niesłychanym zdumieniem, po czym wybuchnął śmiechem, a jego towarzysze zawtórowali mu.

– Czego się nauczyliśmy? – zawołał. – To nadzwyczajne! Sam Parker nie potrzebuje zdawać egzaminów jak uczniak. Ale słyszeliście może, że żaden westman nie omija sposobności do dobrego strzału, dlatego zgadzam się na waszą propozycję, chociaż jest ona bardzo dziwaczna. Czy zgadzacie się, panowie?

Ponieważ wszyscy przystali na tę propozycję, zsiedliśmy z koni. Postanowiłem źle strzelać i pozwolić im się naśmiewać ze mnie do woli. Później ja mogłem ich wyśmiać. Nawet jeżeli tak dobrze grałem komedię, że brali mnie rzeczywiście za oryginała szukającego starych grobów, to, jako westmani, powinni mieć na tyle bystre oczy, żeby nie uważać mego karego ogiera za konia pociągowego.

Zaczęło się marnowanie prochu. Parker i Hawley nie strzelali po mistrzowsku, ale jednak dość dobrze, reszta – zaledwie znośnie. Moje trzy kule chybiły i trafiły w skałę tak daleko od celu, że wzbudziło to ogólną wesołość, a Parker powiedział tonem nagany:

– Tak przypuszczałem! Kto miota kulami o dwadzieścia kroków w bok, ten nie powinien być taki pyskaty, aby kazać strzelać Samuelowi Parkerowi! Nie bierzcie mi tych słów za złe, sir, ale okropnie się zblamowaliście. Nie traficie nigdy ani do zwierzyny, ani do Indianina i bądźcie zadowoleni, że spotkaliście nas. Podobacie mi się mimo wszystko i nie mamy nic przeciw temu, żebyście zostali z nami, dopóki nie dojdziecie do okolic, gdzie będziecie mogli jechać bezpiecznie sami.

Dosiedliśmy koni i pojechaliśmy dalej. Minęliśmy kilka płaskowzgórzy, a potem zjechaliśmy w dół ku Rio Pecos. Kiedy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi, dotarliśmy do rzeczki płynącej w dolinie, gdzie rosły już drzewa. Było tam pod dostatkiem paszy dla koni i kilka miejsc nadających się na nocleg.

Parker, odgrywający – choć nie ustaliliśmy tego – rolę dowódcy, wybrał polanę otoczoną krzakami, którą z jednej strony zamykał potok. Wybór był wcale niezły, zwłaszcza że obozowisko okazało się dostatecznie obszerne i mogło pomieścić również konie. Dzięki temu mogliśmy je mieć przez całą noc przy sobie i nie potrzebowaliśmy ich pilnować. Kiedy zsiedliśmy z siodeł i rozłożyliśmy się wygodnie, Parker i Hawley poszli na polowanie. Wrócili późnym wieczorem i przynieśli kilka dzikich indyków, które zaraz upieczono. Chrustu na ogień było pod dostatkiem. Zjadłem swoją porcję mięsa, po czym odszedłem na skraj zarośli, gdzie przywiązałem konia i położyłem się obok niego.

Od chwili próby strzeleckiej trzymałem się stale na uboczu i tylko Joz podjeżdżał do mnie czasem, by chwilę porozmawiać.

Tamci przy ognisku rozmawiali tak głośno, że kiedy indziej nie dopuściłbym do tego, ponieważ jednak nie wiedzieli, kim jestem, nie przyjęliby ode mnie rozkazów ani rad.

Głośna rozmowa była takim samym dowodem nierozwagi jak rozniecenie ogniska. Blask ognia, widoczny przez zarośla, mógł nas zdradzić. A poza tym wprawny nos Indianina potrafił zwietrzyć woń dymu o kilkaset kroków. Postanowiłem więc mieć oczy i uszy otwarte, dopóki się ogień nie wypali.

Leżałem tak, by móc jednym uchem łowić wszelkie szmery, ze wzrokiem utkwionym ciągle w zarośla. Wtem zauważyłem, że mój koń przestał się paść i w znany mi, szczególny sposób przechylił na bok głowę. Wciągał powietrze, parskał z cicha, a potem odwrócił się do mnie. Ktoś zbliżał się z tej strony i tym kimś był na pewno biały. Gdyby kary wyczuł Indianina, nie byłby parskał. To wynikało z jego indiańskiej tresury.

– Isz hosz! – rzekłem półgłosem.

Kary zrozumiał rozkaz i położył się na ziemi. Ostrzegł mnie i nie okazywał już niepokoju. Człowiek, który się zbliżał, nie mógł wiedzieć, że zostałem uprzedzony o jego nadejściu.

Był najprawdopodobniej sam i nadchodził pieszo. Musiał poczuć dym i zostawił konia w ukryciu, aby nas podejść. Nie obawiałem się jednak, przeciwnie, każde spotkanie z białym powinno być dla nas korzystne. Należało przypuszczać, że wybada, kim jesteśmy, a potem wróci po konia i przyłączy się do nas.

Wiedziałem już, skąd się zbliża. Odwróciłem się więc w tym kierunku i przymknąłem oczy, aby spod opuszczonych powiek obserwować zarośla. Przybysz nie powinien spostrzec, że go śledzę.

Blask ognia przezierał przez krzaki, oświetlając jasnym konturem gałęzie. Zauważyłem, że się nieznacznie poruszają. Ktoś pełzał powoli i bardzo ostrożnie. Nic nie było słychać, zwłaszcza że moi towarzysze wciąż rozmawiali głośno. Przybysz dostał się nareszcie na skraj zarośli, lecz że trudno mu było przebić wzrokiem listowie, musiał usunąć przynajmniej jedną gałązkę. Złamać jej nie mógł, gdyż trzask na pewno byśmy usłyszeli. Byłem pewien, że ją utnie. I rzeczywiście w pół minuty później zobaczyłem, że ubyło tam trochę liści.

Kiedy ze zdwojoną czujnością utkwiłem wzrok w tym miejscu, ujrzałem dwa fosforyzujące punkty. Były to oczy, co mógł rozpoznać tylko westman o wzroku zaprawionym przez długie ćwiczenia.

Nad oczyma nieznajomego zwisało jasne pasmo, jak skrawek białego welonu. Musiał to być człowiek stary o śnieżnych włosach. Nagle krzyknął głośno, poderwał się i wyskoczył z krzaków.

– Parker! Tu jest Sam Parker! – wołał. – To stary znajomy i nie mam potrzeby się chować!

Siedzący przy ogniu zerwali się z przestrachem. Joz powstał także, tylko ja nie ruszyłem się z miejsca.

– Old Wabble! Old Wabble! – krzyknął Parker, lecz spostrzegłszy, że wymienił żartobliwe przezwisko, poprawił się natychmiast: – Fred Cutter! Wybaczcie, wymknęło mi się, Mr Cutter! Ale tak nas zaskoczyliście…

Był to zatem Old Wabble, którego od dawna chciałem poznać i o którym mówiliśmy wczoraj. Tak, stał tutaj w blasku ognia, zupełnie taki, jak mi go opisano. Był nadzwyczaj wysoki i chudy. Nosił ostrogi o ogromnych kółkach, a chude nogi tkwiły w legginach [Legginy (ang. leggins) – skórzane nogawki sięgające bioder, przywiązywane rzemieniami do paska.], mających co najmniej sto lat. Bardzo brudna koszula nie osłaniała szyi i piersi, a na niej zwisała w szerokich fałdach bluza o trudnej do określenia barwie. Stary kapelusz o bardzo szerokich kresach leżał mu prawie na karku, a spod niego wyglądała chusta, której końce opadały na plecy. W uszach połyskiwały duże, srebrne kolczyki. Za pasem tkwił stary nóż, a w kościstej ręce – strzelba, której marki nie mogłem na razie rozpoznać. Twarz miał zupełnie taką, jak ją nam Parker wczoraj odmalował. Najbardziej charakterystyczne były włosy króla kowbojów, wymykające się spod kapelusza i chusty jak srebrna grzywa, sięgające ramion.

Potoczył dookoła badawczym wzrokiem, machnął ręką z wyższością i rzeki łaskawie do Parkera:

– Pshaw! Wiem, że mnie tak nazywają, i nic nie mam przeciwko temu, że i wy to czynicie. Jesteście diablo nieostrożni. Palicie ogień, który czuć na dwadzieścia mil, a krzyczycie tak, że słychać was jeszcze o dziesięć mil dalej! Gdyby na moim miejscu było pół tuzina czerwonoskórych, mogliby was w ciągu minuty pogasić. To jasne. Są ludzie, którzy nigdy w życiu nie zmądrzeją. Dokąd wy właściwie zmierzacie, chłopcy?

– Nad Rio Pecos.

– To się dobrze składa. Mogę was tam potrzebować. Czy natknęliście się może na obóz wojskowy o kilka godzin drogi do Mistake Canyon?

– Nocowaliśmy tam.

– Czy żołnierze są tam jeszcze?

– Tak.

– To dobrze, to bardzo dobrze! Muszę do nich pojechać, chociaż już raz tam byłem. Potrzeba mi ich pomocy. Opowiem wam o tym, ale najpierw pójdę po konia. Kiedy poczułem dym, zostawiłem go, aby łatwiej was podejść. Zaraz wrócę.

Przeskoczył przez potok i zniknął, a moi towarzysze stali osłupiali ze zdumienia. Kiedy nieco ochłonęli, zaczęli się rozpływać w zachwytach nad nim, ja zaś milczałem w dalszym ciągu. Koń mój leżał na ziemi, a że w tej pozycji nie mógł się paść, zawołałem: sziszi! Zerwał się natychmiast i zaczął skubać trawę.

Po jakimś czasie wrócił Old Wabble, prowadząc konia za uzdę. Przeskoczył z nim potok i puścił go wolno, a sam usiadł przy ognisku i rzekł:

– Ognisko jest właściwie za duże, ale ponieważ dopiero co przyszedłem i wiem, że okolica jest bezpieczna, może się na razie palić. Jak długo chcecie tu zostać?

– Tylko przez tę noc.

– Zostaniecie tu jeszcze jutro i na następną noc.

– Dlaczego?

– Zaraz wam powiem. Chciałbym jednak dowiedzieć się przedtem, kim wy wszyscy jesteście. Sama Parkera znam, bo zastrzelił ze mną pierwszego łosia.

Parker wymienił nazwiska, a potem wskazał na mnie i rzekł lekceważąco:

– A tamten to Mr Charley, uczony, poszukiwacz grobów indiańskich.

Leżałem nadal spokojnie. Old Wabble spojrzał na mnie i rzekł:

– Grobów indiańskich? To szczególne zajęcie! Ale także westman?

– Nie – ciągnął Parker. – Strzelał dzisiaj trzy razy na próbę i chybił na dwadzieścia kroków.

– Hm, znam to, widziałem takich badaczy, jacy przyjeżdżali na sawanny, by pisać książki o mowie i pochodzeniu tego lub owego plemienia. Bywałem ich przewodnikiem i chorowałem ze złości. Żaden z nich nie umiał wziąć do ręki noża ani strzelby. Na nic im te wszystkie mądrości, to jasne. A teraz zadam wam jedno pytanie, Parker. Czy chcielibyście zdobyć kilka tuzinów skalpów indiańskich?

– Czemu nie? O jaki szczep chodzi?

– O Komanczów.

– I owszem, Mr Cutter. Czy to łatwa sprawa?

– Nie bardzo. Można przy tym porządnie oberwać. Czy się boicie?

– Nie, lecz zwykłem grać w otwarte karty. Uważam, że powinniście nam powiedzieć, o co chodzi.

– Czy słyszeliście nazwisko Old Surehand [Surehand (ang.) – Pewna Ręka.]?

– Oczywiście, wszyscy go znamy ze słyszenia. To najlepszy strzelec na całym Dzikim Zachodzie.

– No, to może przesada. Kula jego wprawdzie nigdy nie chybia, ale Winnetou i Old Shatterhand strzelają co najmniej tak samo pewnie. Poznałem Old Surehanda niedawno i mam dla niego wiele szacunku. Rozstaliśmy się, bo ja musiałem się udać w okolice fortu Santon, on zaś podążył nad Rio Pecos, aby odszukać tam Winnetou i poznać się z nim i z Old Shatterhandem. Wkrótce po naszym rozstaniu dowiedziałem się, że Komancze wykopali topór wojenny. Old Surehand nie wiedział o tym, a że droga jego prowadziła ich szlakiem, znalazł się w wielkim niebezpieczeństwie. Zawróciłem czym prędzej, aby go ostrzec. Bez trudu go odnalazłem, gdyż wiedziałem, którędy zamierzał jechać. Niestety, mieliśmy diabelnego pecha. Rozmawialiśmy ze sobą nie dłużej niż kwadrans, kiedy zaskoczyła nas gromada Komanczów.

– Do stu piorunów! A dużo ich było?

– Przeszło stu.

– A was tylko dwóch? I mimo to zdołaliście umknąć?

– Ja tak, ale on nie zdążył – odrzekł Old Wabble i na jego twarzy pojawił się przebiegły uśmiech. – Tak, wziąłem nogi za pas. Opór by się na nic nie zdał i Old Surehand poddał się dobrowolnie. Widziałem, że nie był ranny. Teraz muszę go odbić.

– To trudne i niebezpieczne zadanie.

– Wiem o tym dobrze, ale czy mam zostawić na łasce losu dzielnego myśliwego? Przyszli mi od razu na myśl dragoni obozujący za Mistake Canyon i jadę, by ich sprowadzić na pomoc.

– Ale czy zdążycie?

– To prawda, że trzeba działać błyskawicznie. Napad nastąpił o brzasku. Koń musi przez noc wypocząć, a więc dotrę do żołnierzy dopiero jutro wieczorem. Gdyby nawet zgodzili się jechać zaraz, potrwa ze dwa dni, zanim przybędziemy na miejsce, gdzie Komanczów pewnie już nie zastaniemy. Będziemy musieli ich ścigać i to znów zabierze nam ze dwa dni. Tymczasem mogą skończyć z Old Surehandem, ale niestety, nie widzę innego sposobu ocalenia go. Liczę przy tym na was, Mr Parker.

– Jak to?

– Komendant da mi pewnie tylko część swoich ludzi, więc proszę was, żebyście tu zostali, dopóki nie przybędę z nimi pojutrze. Potem przyłączycie się do nas. Dziesięciu westmanów i dziesięć dobrych strzelb to znaczna pomoc.

– O ile znam towarzyszy, wszyscy się na to zgodzą. Obawiam się tylko, czy nie przybędziemy za późno. Czy nie moglibyśmy spróbować tej sztuczki sami, bez wojska? Zyskalibyśmy przynajmniej dwa dni. Zastanówcie się nad tym, sir.

Old Wabble potoczył dokoła badawczym wzrokiem. Wynik przeglądu musiał być nieszczególny, gdyż na jego twarzy pojawił się wyraz zwątpienia.

– Mam wiele szacunku dla waszej gotowości, sir – powiedział – ale tu idzie o niebezpieczne przedsięwzięcie. Czy ci ludzie zechcą ryzykować życie dla obcego człowieka, choćby nim był sam Old Surehand?

– Hm. Zapytajcie ich sami, Mr Cutter.

Old Wabble zaczął pytać każdego z osobna, ale tylko Parker i Hawley odpowiedzieli mu z zapałem. Widoczne było, że inni, chociaż mówili „tak”, obawiali się niebezpiecznego przedsięwzięcia.

– Well – rzekł stary, skinąwszy głową. – Wiem teraz, jak sprawa wygląda! – I wskazawszy na mnie, dodał: – Ten starożytnik, pakujący kulę o dwadzieścia kroków od celu, oczywiście na nic nam się nie przyda. Gdybyśmy mieli choćby kilku zdecydowanych i doświadczonych zuchów, wyprawa nie byłaby aż tak ryzykowna. Trzeba mi takich ludzi, jakim mógłbym bezwzględnie zaufać. Przypomnijcie sobie, jak to Old Shatterhand i Winnetou bez żadnej pomocy dokonywali rzeczy o wiele niebezpieczniejszych. Przyszło mi najpierw do głowy odnaleźć Winnetou, ale nie wiem, w którym miejscu nad Rio Pecos należy szukać szczepu Meskalerów i…

Urwał. Mój ogier, lubiący trzymać się osobno i nieznoszący przy sobie obcych koni, rzucił się na wierzchowca Old Wabble’a, który zanadto zbliżył się do niego. Konie w jednej chwili zwarły się ze sobą, gryząc się i wierzgając.

– A to co za bezczelna szkapa rzuca się na mojego konia?! – zawołał stary, zrywając się z miejsca.

Podbiegł i chwycił karego za cugle, by go oderwać od swego konia – ogier jednak stanął dęba, poderwał Old Wabble’a w górę i odrzucił go tak, że stary rozciągnął się na ziemi. Zerwał się czym prędzej i przeklinając, znów próbował pochwycić konia. Wtedy ostrzegłem go:

– Przytrzymajcie swojego konia, bo mój słucha tylko mnie i gotów wam połamać kości.

Ogier stanął istotnie w postawie bojowej, gotów w razie ponownego ataku potraktować napastnika kopytami. Odwrócił przy tym ku niemu swą szlachetną głowę i w świetle ognia wyglądał tak pięknie, że mógł zachwycić każdego znawcę koni. Old Wabble, który przedtem nie przyjrzał się pysznemu zwierzęciu, odskoczył teraz o kilka kroków i zawołał:

– Do pioruna! A cóż to za koń? Trzeba mu się dokładniej przypatrzyć.

Trzymając się z respektem w pewnym oddaleniu, obszedł ogiera dokoła. Jako król kowbojów był wielkim znawcą koni, toteż twarz jego wyrażała rosnący podziw.

– Nie widziałem jeszcze nigdy takiego konia – przyznał. – Jest tylko jeden taki ród koński, a hodują go Meskalerowie. Z niego pochodzą dwa czarne ogiery, których właściciele…

Naraz urwał, podszedł do mnie, przypatrzył mi się dokładnie, podniósł z ziemi rusznicę i sztucer Henry’ego tkwiący w futerale, obejrzał je, położył z powrotem i zapytał:

– Czy to wasz ogier, sir?

– Tak – potwierdziłem.

– Czyście go kupili?

– Nie.

– Otrzymaliście w darze?

– Tak.

Po jego starczej pomarszczonej twarzy przemknął szelmowski uśmiech. Skinął głową i oczy zaświeciły mu radością. Po chwili zapytał jeszcze:

– Czy bluzę myśliwską i legginy, które macie na sobie, także wam darowano?

– Tak.

– I poszukujecie rzeczywiście starych grobów?

– Tak, czasami.

– I nazywacie się Charley?

– Z całą pewnością.

– Well. Znałem pewnego białego, a raczej słyszałem o takim, którego brat po krwi nazywa Charleyem. Życzę wam szczęścia w poszukiwaniu starożytności. Wybaczcie, że źle się odniosłem do waszego konia. To się już nie powtórzy, to jasne.

Powrócił do ogniska i usiadł na ziemi. Przejrzał mnie, ale nie chciał zdradzić, kim jestem. Reszta naszych towarzyszy, nie rozumiejąc ani jego zachowania, ani słów, patrzyła na mnie ze zdziwieniem. Uspokojeni jednak obojętnym wyrazem twarzy starego, przestali się mną zajmować i podjęli na nowo przerwaną rozmowę. Ja natomiast wstałem i minąwszy ich, wyszedłem z obozu z tak obojętną miną, jak gdybym szedł na przechadzkę. Nie chciałem zwracać ich uwagi.

Miałem jednak powód do odejścia, i to bardzo poważny. Old Surehand i Old Wabble dostali się do niewoli, a potem staremu myśliwemu udało się umknąć. Był to jeden z najsprytniejszych i najlepszych westmanów, toteż dziwiłem się jego nieostrożności. Przecież Komancze na pewno puścili się za nim w pogoń. Łatwo się mogli domyślić, że pójdzie szukać pomocy, aby odbić Old Surehanda, za wszelką cenę będą go więc chcieli dopędzić i unieszkodliwić.

Przeskoczyłem przez potok i poszedłem w dół biegu wody. Oczy miałem przywykłe do ciemności, więc bez trudu orientowałem się w terenie. Wybierałem takie miejsca, jakich jeździec musiał unikać, czułem się więc dość bezpiecznie. Mimo to trzymałem ciągle nóż w ręku, gotów w każdej chwili do obrony, gdyż czerwonoskórzy mogli zwęszyć ogień i skradać się pieszo.

Posuwałem się bezszelestnie krok za krokiem, stawiając nogę dopiero wtedy, kiedy byłem pewien, że w pobliżu nie ma nieprzyjaciela. Kiedy odszedłem już tak daleko, że nie było czuć dymu z naszego ogniska, zatrzymałem się. Jeśli ścigający rozłożyli się obozem, to zjawią się dopiero nazajutrz rano, gdyby jednak jechali dalej, to muszą w tym właśnie miejscu zwęszyć dym, zatrzymać się i naradzić. W tym wypadku dobrze by było ich podsłuchać.

Poczekałem z godzinę i myślałem już, że trudzę się daremnie, że spotkanie nastąpi dopiero jutro. Wstałem, aby wrócić do obozu. Wtem wydało mi się, że z dołu dolatuje jakiś szmer. Jąłem nadsłuchiwać. Tak, ktoś się zbliżał. W jednej chwili przykucnąłem za krzakiem.

Po chwili rozpoznałem głuchy tętent kopyt po miękkiej trawie. Jeźdźców mogło być najwyżej trzech. Wreszcie ich ujrzałem – byli to dwaj Indianie. Przejechali obok mnie, więc pomknąłem za nimi, kryjąc się w zaroślach. Niebawem jeden z jeźdźców zatrzymał się nagle, głośno wciągnął nosem powietrze i rzekł w znanym mi języku Komanczów, podobnym do narzecza Szoszonów:

– Uff! Biały pies był na tyle nieostrożny, że rozpalił ogień.

– Skoro to uczynił, nie może być wielkim wojownikiem. Jak mógł popełnić taką nieostrożność! Dobrze się stało, że tylko we dwóch ruszyliśmy za nim. Mój brat chciał rozbić obóz, skoro tylko ciemność nastała. Jak to dobrze, że mnie usłuchał i pojechaliśmy dalej. Zabierzemy skalp i wrócimy zaraz nad Saskuan-kui, do naszych wojowników.

Zeszli z koni i przywiązali je do palików wbitych w ziemię, po czym zaczęli się skradać. Schowałem nóż i wydobyłem rewolwer. Paroma długimi susami dopadłem bliższego i uderzyłem go mocno kolbą w głowę. Indianin padł na ziemię. Ten, który szedł pierwszy, usłyszał hałas, stanął, obejrzał się i zapytał:

– Co to było? Co mój brat…

Nie zdołał dokończyć, gdyż przyskoczyłem do niego, chwyciłem go lewą ręką za szyję, a prawą pięścią palnąłem go tak, że i on rozciągnął się jak długi. Komancze mieli przy sobie lassa, więc położyłem obu nieprzytomnych wojowników plecami do siebie i obwiązałem ich tym niezwykle mocnym rzemieniem od góry do dołu tak, aby po odzyskaniu przytomności nie mogli się poruszyć. Obawiając się jednak, że będą próbowali się potoczyć, zawlokłem ich do najbliższego drzewa i przywiązałem do pnia. Teraz już w żaden sposób nie mogli się uwolnić, powróciłem więc spokojnie do obozu.

Przeskoczyłem przez potok i bez słowa położyłem się na tym samym miejscu co poprzednio. Old Wabble spojrzał na mnie badawczo, ale reszta towarzyszy nie zwróciła uwagi na moją nieobecność.

– Nie było was tutaj, sir, więc nie wiecie, co uradziliśmy tymczasem. Otóż nie pojadę już do wojskowego obozu – rzeki starzec.

– Przyszło wam coś innego do głowy? – zapytałem. – Macie jakiś nowy plan?

– Tak, zapomniałem o czymś, co od razu powinno mi było przyjść na myśl. Old Shatterhand znajduje się w pobliżu Rio Pecos. Postanowiłem odnaleźć go i poprosić o pomoc. Czy sądzicie, że się zgodzi?

– Jestem tego pewien.

– Pshaw! – wtrącił Parker lekceważąco. – Skąd Mr Charley może wiedzieć, jak postąpi taki człowiek! Przecież on nie ma pojęcia o tym, że Old Shatterhand, jeśli zechce, sam jeden potrafi uwolnić jeńca.

– No, nie jest ze mną tak źle, jak sądzicie – broniłem się. – Chociaż nie należę do słynnych westmanów, nie popełniłbym jednak niektórych waszych błędów.

– Naszych błędów? Jakich to?

– Daliście się zaskoczyć Mr Cutterowi i w ogóle nie zauważyliście, że się zbliża.

– A wy zauważyliście to może? Nie gadajcie bzdur!

– Pshaw! Mogę to udowodnić. Powiedzcie, Mr Cutter, czy, leżąc tam w krzakach, nie ucięliście gałązki, aby nas lepiej widzieć?

– Tak, słusznie. A zatem widzieliście to, sir? To wystarczający dowód, bo inaczej nie moglibyście wiedzieć o tym.

– Ale popełniliście drugi, jeszcze większy błąd. Błąd, który można przypłacić życiem. Mr Cutter umknął Komanczom. Czy sądzicie, że nie będą go ścigali?

– Do pioruna! – zawołał Old Wabble, uderzając się w czoło. – To bardzo słuszne, sir. Jak mogłem zapomnieć o tym niebezpieczeństwie? Ścigają mnie z pewnością i spróbują za wszelką cenę pochwycić.

– A wy nie rozstawialiście nawet wart.

– Natychmiast to zrobimy.

– Ale to nie wystarczy.

– A co jeszcze, sir? Mówcie prędzej! Uczynię wszystko, co uznacie za potrzebne.

Bawiłem się doskonale, widząc twarze moich towarzyszy. Spoglądali ze zdumieniem to na mnie, to na Old Wabble’a, a Parker spytał go, wytrzeszczając oczy:

– Co ten master [Master (ang.) – pan.] uzna za potrzebne? Czy sądzicie, że Mr Charley wie, co czynić w takim położeniu jak nasze?

– Tak sądzę – odrzekł zapytany. – Słyszeliście przecież, że bardziej troszczył się o nasze bezpieczeństwo niż my sami. A zatem, Mr Charley, co nam radzicie?

– Skoro ścigający nadejdą – oświadczyłem – poczują od razu nasze ognisko. Może już nas podchodzą. Na waszym miejscu wysłałbym na zwiady kilku ludzi, którzy zbadaliby okolice obozu.

– Well, sir, very well. Nie zwlekajmy ani chwili. Mr Parker, każcie trzem albo czterem ludziom obejść wokoło obóz.

– Yes – przytaknął Parker. – To doprawdy dziwne, że sami nie wpadliśmy na to. Dopiero ten starożytnik musiał nam to powiedzieć, a nie westman. Wezmę ze sobą czterech ludzi i pójdziemy.

– Ale niech dobrze otwierają oczy i uszy! To jasne!

Parker wybrał czterech ludzi i odszedł z nimi natychmiast. Pozostali przy ognisku rozmawiali półgłosem, ja zaś leżałem w milczeniu, czekając na powrót zwiadowców.

Upłynęła przeszło godzina, zanim wrócili. Pierwszy szedł Parker, za nim dwu ludzi prowadziło konie Indian, dwaj pozostali wiedli Komanczów, każdego oddzielnie. Parker zawołał już z daleka:

– Mr Cutter, zobaczcie no, kogośmy znaleźli!

Old Wabble zerwał się, wlepił oczy w czerwonoskórych i zawołał:

– Dwaj Indianie, Komancze, jak widać po barwach wojennych! Skądże ich macie?

– Znaleźliśmy ich związanych razem i przytroczonych do drzewa, a po chwili natknęliśmy się na ich konie. Kto mógł ich powalić i związać? W pobliżu muszą być chyba biali, którzy uczynili to, nie wiedząc, że tu jesteśmy.

Stary spojrzał na mnie i skinął głową.

– Tak, biali, a raczej biały. Uczynił to jeden tylko człowiek.

– Jeden? Dlaczego tak myślicie?

– Czy są zranieni? – odpowiedział pytaniem Old Wabble.

– Nie. Nie mają żadnych ran.

– A więc walki nie było; pokonano ich, nim pomyśleli o obronie. Tylko jeden człowiek mógł tego dokonać. Zgadnijcie, kto.

– Do pioruna! Macie na myśli Old Shatterhanda? A więc mieliście słuszność, mówiąc, że jest w tych stronach! Poszukajmy go.

– To chyba nie będzie potrzebne. Old Shatterhand wie, że oczekujemy od niego pomocy. Możecie być pewni, że zjawi się we właściwym czasie.

– Tak mówicie, jak gdyby był wszechwiedzący!