Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 325 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Old Shatterhand - Karol May

Najsławniejsi bohaterowie Dzikiego Zachodu Old Shatterhand i Winnetou wyruszają na ratunek myśliwemu Baumannowi zwanemu Pogromcą Niedźwiedzi, którego porwali Siuksowie. Towarzyszy im syn uprowadzonego Marcin, czarnoskóry Bob, młody Indianin Wohkadeha i trzech białych traperów znanych z poprzednich powieści Maya: Hobble Frank, Długi Davy, Gruby Jemmy. Podczas wyprawy mężczyźni muszą się zmierzyć z wieloma niebezpieczeństwami, gdyż los stawia przed nimi bezustannie nowe wyzwania. Również niezwykłe, a niekiedy zabawne, będą sposoby rozwiązywania trudnych sytuacji. Czy Hobble Frank nie pomylił się znowu, mówiąc, że najlepszą częścią dramatu jest zakończenie?

Seria Książka do plecaka zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

Opinie o ebooku Old Shatterhand - Karol May

Fragment ebooka Old Shatterhand - Karol May

KAROL MAY

Old Shatterhand

ISBN: 978-83-7623-956-9

Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków

Tytuł oryginałuOld Shatterhand

Redaktor serii Iwona Misiak

Korekta Teresa Lachowska

Ilustracja na okładce Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., 2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A tel./fax (012) 266-62-94 tel. (012) 266-62-92 www.zielonasowa.pl

I

Niedaleko na zachód od miejsca, gdzie stykają się granice trzech północnoamerykańskich stanów: Dakoty, Nebraski i Wyoming, jechali pewnego dnia dwaj jeźdźcy, których wygląd w każdym innym zakątku świata niezawodnie budziłby sensację.

Postacie różniły się znacznie. Jeden, wybujały na ponad dwa metry, był przeraźliwie wychudzony, natomiast drugi był znacznie niższy, ale za to tak gruby, że kształtem niewiele się różnił od kuli. Mimo to oblicza obu myśliwych wypadały mniej więcej na jednym poziomie. Fakt ten, na pozór niepojęty, tłumaczy się tym, że mały dosiadał wysokiego, silnego kłusaka [Kłusak – koń przyuczony do szybkiego kłusa.], wysoki zaś siedział na niskim mule [Muł – zwierzę pochodzące ze skrzyżowania osła z koniem.], wątłym na pozór. Stąd też rzemienie, które małemu grubasowi zastępowały strzemiona, nie sięgały nawet do brzucha rumaka, podczas gdy długi obywał się bez strzemion, nogi jego wisiały bowiem tak nisko, że mogły dosięgnąć ziemi, choć jeździec nie schodził z siodła.

Właściwie o siodłach, w dosłownym znaczeniu tego słowa, mowy być nie może. Rzekome siodło małego składało się po prostu ze skóry upolowanego niedźwiedzia, z którego nie zdarto sierści, chudy zaś podłożył starą derę santillo [Santillo – barwny indiański koc, derka.], tak zatłuszczoną i podartą, że w istocie siedział wprost na grzbiecie swego rumaka.

Także ubiory obu miały wielce ciekawy wygląd. Długi nosił skórzane spodnie, zapewne uszyte na miarę o wiele bardziej korpulentnego mężczyzny, nic więc dziwnego, że były za szerokie. Od zimna i gorąca na przemian, od suszy i deszczów zbiegły się i zmarszczyły, wskutek czego dolne końce ledwo sięgały kolan. Poza tym miały ten niezwykle tłusty połysk, który świadczył, że właściciel używał ich jako chustki do nosa oraz serwetki do ust i zwykł wycierać o nie ręce z wszystkiego, czego nie chciał mieć na rękach.

Bose nogi tkwiły w niedającym się opisać obuwiu. Wyglądało ono tak, jakby nosił je już Matuzalem [Matuzalem – biblijny patriarcha żydowski, który miał żyć 969 lat; potocznie: człowiek bardzo stary.] i jakby każdy z następnych posiadaczy wydzierał po kawałku skóry. Niepodobna było powiedzieć, czy cholewy widziały kiedykolwiek coś w rodzaju pasty lub wosku, natomiast błyszczały wszystkimi kolorami tęczy.

Chudy korpus jeźdźca okrywała skórzana koszula myśliwska, nieznająca ani guzika, ani haftki i, co za tym idzie, odsłaniająca brązową pierś. Rękawy okrywały zaledwie łokcie, obnażając żylaste i kościste ręce. Bawełniana chusta fantazyjnie okręcała wydłużoną szyję. Sam właściciel nie mógłby już chyba określić, czy miała dawniej kolor biały, czy czarny, zielony czy też żółty, czerwony czy niebieski.

Ale najbardziej okazały i pyszny był kapelusz, sterczący na wysokiej, spiczastej głowie. Niegdyś był szary i nosił miano cylindra. Być może przed wieloma latami wieńczył czcigodną głowę jakiegoś lorda angielskiego, chociaż następnie staczał się coraz bardziej po drabinie społecznej, by wreszcie osiąść na głowie myśliwego prerii. Ten miał odmienny gust aniżeli ów lord Old England [Old England (ang.) – Stara Anglia.]. Uważając rondo za zbyteczne, po prostu je zdarł, a pozostawił jedynie rąbek z przodu, aby wygodnie było go zdejmować przy ukłonie. Poza tym, mniemając, że głowa westmana [Westman (ang.) – dosł. człowiek Zachodu; doświadczony myśliwy, traper.] wymaga stałego dopływu powietrza, nożem dokonał wielu cięć na wierzchu oraz po bokach, tak że we wnętrzu nakrycia wyznaczały sobie spotkania wiatr wschodni z zachodnim, północny – z południowym.

Gruby powróz, kilkakrotnie przewinięty, służył za pas. Za tym pasem sterczały dwa rewolwery i nóż, prócz tego wisiała ładownica, pęcherz do tabaki, odpowiednio zszyta skóra do przechowywania mąki, krzesiwo oraz inne przedmioty, których przeznaczenie było tajemnicą dla niepowołanych. Na piersiach spoczywała fajka, zawieszona na rzemieniu. Ale co za fajka! Była arcydziełem własnych rąk myśliwego, który zdążył ją już ogryźć aż do samej główki, wskutek czego składała się jedynie z tejże główki i z wydrążonego kawałka bzowego drzewa. Posiadacz bowiem i autor owej lulki, jako namiętny palacz, zwykł żuć samą fajkę, jeśli zabrakło tytoniu.

Należy jednak, ku jego pochwale, dodać, że strój nie ograniczał się do obuwia, spodni, koszuli i kapelusza. O nie! Nosił poza tym coś, na co stać nie każdego człowieka, mianowicie – płaszcz gumowy, i to iście amerykański, a więc z gatunku tych, które po pierwszym deszczu kurczą się do połowy swoich pierwotnych rozmiarów. Zatem – nie mogąc go włożyć na siebie – bardzo malowniczo, niczym burkę huzarską, zarzucił na ramiona za pomocą sznura. Poza tym przez lewe ramię i prawe biodro przepasywał się lariatem [Lariat (ang.) – lasso.]. Zawieszona na przodzie, w poprzek długich jak wieczność nóg strzelba była w rodzaju owych rifles [Rifle (ang.) – karabin.], z których doświadczony myśliwy nigdy nie chybia.

Na pierwszy rzut oka niepodobna było określić wiek tego człowieka. Szczupła twarz była poprzecinana niezliczoną ilością zmarszczek i fałd, a jednak ogólny wyraz miał w sobie coś prawie młodzieńczego. Każda zmarszczka uśmiechała się filuternie. Twarz gentlemana [Gentleman (ang.) – dżentelmen.] była starannie ogolona, bez względu na dzikie ustronie, w jakim się znajdował. Trzeba wiedzieć, że jest to punktem honoru wielu, bardzo wielu westmanów. Wielkie, szeroko otwarte oczy koloru nieba miały ostre spojrzenie mieszkańców wybrzeży morskich i rozległych równin, lecz malowało się w nich także coś, czego nie wahałbym się nazwać dziecięcą szczerością.

Muł, jak już napomknąłem, wątły był tylko na pozór. Nader lekko nosił swego ciężkiego, kościstego pana, a czasem nawet pozwalał sobie na krótkotrwały strajk, prędko zażegnany mocnym uściskiem długich nóg jeźdźca. Muły takie są bardzo poszukiwane ze względu na ich pewny krok, ale także znane z niesfornych narowów.

Co się tyczy drugiego jeźdźca, to przede wszystkim zwracało uwagę futro, noszone przez niego w upał. Wprawdzie kiedy chwilami jakiś żywszy ruch odsłaniał podbicie, okazywało się, że to ze wszech miar czcigodne futro było dotknięte nieuleczalnym wyłysieniem. Miejscami tylko sterczał rzadki, mały kosmyk, jak na nieskończonej pustyni tu i ówdzie spotyka się skąpą oazę. Nawet kołnierz i wyłogi były tak przerzedzone, że pozostały z nich nagie, ogołocone plastry. Spod futra wyglądały z lewej i prawej strony olbrzymie buty z wyłogami. Na głowie nosił zbyt szeroki kapelusz panama [Panama – kapelusz o płaskiej główce i szerokim rondzie, wyplatany z odpowiednio spreparowanych liści palmy rosnącej w Ameryce Południowej.], tak obszerny, że aby patrzeć, musiał go zsunąć nisko na kark. Rękawy były tak długie, że niepodobna było dojrzeć rąk. W ten oto sposób jedynie twarz jeźdźca była widoczna; rzeczywiście, była to twarz godna wszechstronnego obejrzenia.

Była również gładko wygolona; ani śladu zarostu. Czerwone, błyszczące policzki wypełniały twarz tak, że nosek na próżno usiłował podkreślić swoje między nimi stanowisko. To samo da się powiedzieć o małych, ciemnych oczkach, schowanych między brwiami a policzkami, rzucających dookoła siebie dobrodusznie chytre spojrzenia. Na ogół czytało się wyraźnie na tym obliczu: – Obejrzyj no mnie! Jestem małym, przepysznym drabem i łatwo ze mną dojść do zgody, ale musisz być odważny i rozsądny, inaczej nie licz na mnie.

Teraz oto nadbiega wicher i otwiera na oścież futro małego. Dzięki temu możemy stwierdzić, że pod futrem nosi spodnie z niebieskiej wełny i taką samą bluzę. Za skórzanym pasem, prócz rzeczy, które wyliczyliśmy u długiego jeźdźca, tkwi jeszcze indiański tomahawk [Tomahawk – topór wojenny używany przez Indian Ameryki Północnej.]. Do siodła przytroczone jest lasso, jak również krótka dubeltówka [Dubeltówka – strzelba myśliwska o dwu lufach; dwururka.] marki Kentucky, która w niejednej już walce brała udział.

Kim oni byli? Otóż mały nazywa się Jakub Pfefferkorn, a długi Dawid Kroners. Gdybyście wymienili te oba nazwiska jakiemukolwiek westmanowi, squatterowi [Squatter (ang.) – osadnik na nowo kolonizowanych gruntach (zwłaszcza w XIX w.) w Stanach Zjednoczonych, osiedlający się zwykle bez tytułu prawnego do zajmowanej ziemi.] czy traperowi, to potrząsając głową powiedziałby, że nigdy w życiu o takich dwóch myśliwych nie słyszał. A jednak byłoby to niezgodne z prawdą, albowiem obaj są wielce znanymi skutami [Skut (z ang., właśc.: scout) – zwiadowca, szperacz; tropiciel śladów.]; przy niejednym ognisku od wielu lat opowiadano sobie o ich czynach. Nie było wprost zakątka od Nowego Jorku do Frisco i od Jezior Północnych do meksykańskich zatok, gdzie by nie dotarła sława obu znakomitych myśliwych. To prawda, że nazwiska Jakuba Pfefferkorna i Dawida Kronersa były znane jedynie najbliższym. Na preriach, w odwiecznych lasach, a zwłaszcza wśród czerwonoskórych nie pytają o metrykę lub świadectwo chrztu; tu każdy otrzymuje nazwisko odpowiadające jego przeżyciom i właściwościom, przydomek, który wkrótce ruguje nazwisko rodowe.

Kroners był stuprocentowym Yankee [Yankee (ang.) – Jankes, Amerykanin.] i nosił przydomek Długiego Davy’ego. Pfefferkorn pochodził z Niemiec, na imię mu było Jakub, ale zgodnie z korpulencją został przezwany Grubym Jemmy (Jemmy to po angielsku Kuba).

A zatem byli obaj znani jako Davy i Jemmy i trudno było znaleźć na Zachodzie człowieka, który by nie mógł opowiedzieć tej lub owej dykteryjki [Dykteryjka – krótkie, żartobliwe opowiadanie, zabawna historyjka, anegdota.] o bohaterskich czynach obu jegomości. Uchodzili za nierozłącznych towarzyszy. Przynajmniej nikt nie przypominał sobie, aby widział ich kiedykolwiek osobno. Kiedy Gruby podchodził do obcego ogniska, od razu oczami szukano Długiego, a skoro Davy wchodził do sklepu, aby nabyć prochu i tabaki, zaraz pytano, czego pragnie dla Jemmy’ego.

Nierozłączne też były rumaki obu jeźdźców. Wielki kłusak mimo największego pragnienia nie piłby z żadnego strumyka ani rzeki, gdyby wraz z nim nie nachylił się nad wodą pysk muła, ten zaś nie skubałby nawet najrozkoszniejszej trawy, gdyby tamten nie furknął [Furknąć – wydać głos, parsknąć.] lekko, jakby szepcząc: – Zeszli z nas i smażą krzyżówkę bizonią, a więc i my możemy sobie podjeść, gdyż przed późnym wieczorem zapewne się stąd nie ruszą!

Nigdy żadnemu z tych zwierząt nie wpadło na myśl opuszczać towarzysza w biedzie. Ich panowie wzajemnie ocalili sobie życie wiele, wiele razy. Bez namysłu jeden rzucał się za drugiego w największy wir niebezpieczeństw. Podobnie wierzchowce nieraz sobie pomagały, kiedy trzeba było wyciągnąć kamrata z opresji lub obronić silnymi, ostrymi kopytami przed wrogiem. Ta czwórka ludzi i zwierząt tworzyła solidarny zespół, zawsze występujący razem.

Obecnie oto pędzą w kierunku północnym. Rano koń i muł piły wodę i skubały świeżą trawę do syta, obaj zaś jeźdźcy również się napili i spożyli udziec jeleni, którego resztę dźwigał kłusak. A zatem nie można powiedzieć, aby głód im doskwierał.

Tymczasem słońce dosięgło zenitu, po czym powoli zaczęło się zniżać. Było wprawdzie nader gorąco, ale dął odświeżający wietrzyk. Przyozdobiony miriadami [Miriady – wielka, niedająca się obliczyć mnogość.] kwiatów kobierzec traw nie miał jeszcze brązowego, spalonego odcienia jesieni; cieszył oko świeżą zielonością. Rozsypane po rozległej, dalekiej równinie Góry Skaliste, kształtu olbrzymich stożków, oświetlone skośnymi promieniami słońca, na zachodnich stronach błyszczały gorącą wspaniałością kolorów, które na wschodzie przechodziły w coraz ciemniejsze i głębsze tony.

– Jak daleko jeszcze pojedziemy dzisiaj? – zapytał Gruby po wielogodzinnym milczeniu.

– Tak daleko, jak co dzień – odparł Długi.

– Well [Well (ang.) – dobrze.]! – roześmiał się Mały. – A zatem do miejsca obozowiska?

– Ay! – mister [Mister (ang.) – pan.] Davy zwykł zamiast yes [Yes (ang.) – tak.] używać starej formy ay. – O tak!

Zawsze był nader oryginalnym człowiekiem ten Długi Davy.

Znów upłynęła chwila. Jemmy obawiał się otrzymać ponownie taką samą odpowiedź. Spoglądał na kolegę spode łba swoimi chytrymi oczami i szukał okazji do zemsty. Wreszcie cisza zaczęła ciążyć Długiemu. Wskazał ręką w kierunku jazdy i zapytał:

– Czy znasz tę miejscowość?

– Jeszcze jak!

– No? Cóż to za miejscowość?

– Ameryka.

Długi z niezadowoleniem pociągnął nogę i kopnął wierzchowca. Po czym rzekł:

– Złośliwy drab!

– Kto?

– Ty!

– Ach! Ja? Jak to?

– Mściwy!

– Wcale nie. Skoro mi zadajesz głupie pytania, nie widzę powodu, dla którego miałbym ci dawać dowcipne odpowiedzi.

– Dowcipne? O biada! Ty i dowcip! Tyle w tobie mięsa, że nie ma miejsca na dowcip.

– Oho! Czy zapomniałeś, co przebyłem tam, na starym lądzie?

– Ay! Jedną klasę gimnazjum? Tak, wiem o tym. Nie mógłbym zapomnieć, gdyż przypominasz mi o tym trzydzieści razy na dzień.

Gruby uderzył się w piersi.

– Bo muszę – rzekł. – Prawdę mówiąc, powinienem powtarzać czterdzieści czy pięćdziesiąt razy dziennie, albowiem jestem człowiekiem, którego nawet nie potrafisz godnie uszanować. A poza tym przebyłem nie jedną, ale pełne trzy klasy!

– Na resztę nie starczyło oleju w głowie…

– Cicho bądź! Nie starczyło pieniędzy, rozumu było aż nadto. Zresztą, wiem, o co ci chodzi. Nie zapomnę tak łatwo tej miejscowości. Wszak tam, po tamtej stronie wyżyn, poznaliśmy się po raz pierwszy.

– Ay! To był paskudny dzień. Wystrzeliłem cały proch, a tymczasem ścigali mnie Siuksowie. Nie mogłem dalej umykać, powalili mnie. A wieczorem ty przybyłeś z odsieczą.

– Tak, bydlaki rozpaliły ognisko, które można było zobaczyć aż hen, z Kanady. Nie dziw, że zobaczyłem i podkradłem się po kryjomu. Ujrzałem pięciu Siuksów nad spętanym białym. A jakże, nie wystrzelałem uprzednio całego prochu. Dwóch runęło, a trzech drapnęło, nie wiedzieli przecież, że mają tylko jednego, jedynego przeciwnika. Dzięki temu odzyskałeś wolność.

– Odzyskałem wprawdzie wolność, ale byłem zły na ciebie jak sto diabłów!

– Za to, że zraniłem, a nie zakatrupiłem obu Indsmanów [Indsman (ang.) – Indianin.] – tak? Ale Inds man jest także człowiekiem i nigdy mi w głowie nie postało zabijać kogoś, kiedy nie jestem do tego bezwzględnie zmuszony. Jestem Europejczykiem, a nie kanibalem [Kanibal – ludożerca; przenośnie: człowiek okrutny, krwiożerczy.].

– A ja niby nim jestem, co?

– Hm! – mruknął Gruby. – Teraz się zmieniłeś, ale dawniej, jak wielu tobie podobnych, byłeś zdania, że należy co rychlej wytępić wszystkich czerwonoskórych. Musiałem cię nawrócić na swoje poglądy.

– Tak, wy, Europejczycy, jesteście osobliwymi ludźmi. Łagodni, miękcy, jak mało kto, a jednak w potrzebie nie gorsi od innych dzielnych ludzi. Chcielibyście dotykać wszystkiego przez jedwabne rękawiczki [Obchodzić się z kimś, załatwiać coś w rękawiczkach (często: w białych rękawiczkach) – delikatnie, grzecznie, nadzwyczaj uprzejmie.], a mimo to umiecie uderzać kolbą, kiedy się wam wreszcie zdaje, że należy się bronić. Wszyscy tacy jesteście, nie wyłączając ciebie.

– Cieszę się wielce, że tak jest, a nie inaczej. Ale spójrz tam, zdaje się, że widzę ślady w trawie!

Osadził konia na miejscu i wskazał w kierunku skały, u której stóp biegła po trawie długa, ciemna linia.

Davy także osadził konia, przysłonił oczy ręką i badał wskazane miejsce, potem zaś odezwał się:

– Będziesz mnie mógł zmusić do zeżarcia cetnara [Cetnar – dawna jednostka wagi, ok. 50 kg.] mięsa bizoniego, jeśli to nie jest ślad.

– Ja sądzę to samo. Czy zechcemy go dokładniej zbadać, Davy?

– Zechcemy? Jakże można mówić o chęci, kiedy jest mus! Na tej starej prerii nie można lekkomyślnie wymijać żadnego śladu. Trzeba zawsze wiedzieć, kogo się ma przed i za sobą, bo może się łatwo zdarzyć, że ktoś, kto położy się żywy, rano wstanie martwy. A zatem naprzód!

Dojechali do skały i zatrzymali się, badając ślad oczami znawców. Jemmy zeskoczył z konia i ukląkł na trawie. Jego stary kłusak, jak gdyby obdarzony ludzkim rozumem, położył pysk na trawie i cicho parsknął. Muł podszedł również, machał ogonem, strzygł uszami i zdawał się badać trop.

– No? – zapytał Davy, któremu czas się dłużył. – Czy to aż tak ważne?

– Tak. Tędy jechał Indianin.

– Tak mniemasz? To byłoby dziwne. Wszak nie jest to teren myśliwski żadnego indiańskiego szczepu. Z czego wnosisz, że to Indianin?

– Po śladach kopyt poznaję indiańską tresurę.

– Wszelako mógł indiańskiego konia dosiadać biały.

– To samo i ja pojmuję, ale… ale…

Potrząsnął głową, szedł przez parę chwil za śladem i zawołał:

– Chodź za mną! Rumak był niepodkuty i nader znużony, a jednak musiał pędzić galopem. A zatem jeździec bardzo się śpieszył.

W tej chwili Davy zszedł z muła. Rezultat badań kolegi był bardzo poważny i skłaniał go do podjęcia obserwacji na własną rękę. Szedł za towarzyszem, obydwa zaś zwierzęta stąpały za nimi, jak gdyby to się samo przez się rozumiało. Zrównawszy się z Jemmym, Davy ruszył wzdłuż tropu.

– Tak – rzekł po chwili – zwierzę istotnie było zmachane, bardzo często się potykało. Nader ważne powody musiały skłaniać jeźdźca do zajeżdżenia konia niemal na śmierć. Więc albo uciekał przed pościgiem, albo musiał co rychlej stanąć u celu.

– To ostatnie jest słuszne.

– Jak to?

– Od jak dawna datuje się trop?

– Niespełna od dwóch godzin.

– Podzielam twoje zdanie. Nie widać śladu prześladowców. Ale jeśli ktoś ma przewagę dwóch godzin, czy musi na śmierć zajeżdżać rumaka? Poza tym jest tu tyle rozrzuconych skał, że nietrudno wyprowadzić prześladowców na manowce, zakreślając niepostrzeżenie łuk lub jadąc w kółko. Czy nie tak?

– Tak. Nam na przykład wystarczą dwie minuty forów [Fory – ulgowe traktowanie.], aby odesłać prześladowców do domu z długimi nosami i sztywnymi rękami. Zgadzam się z tobą. Ten jegomość musiał za wszelką cenę szybko dotrzeć do celu. Ale gdzie należy go szukać?

– W każdym razie niedaleko stąd.

Długi ze zdziwieniem spojrzał na Grubego.

– Dzisiaj jesteś naprawdę wszechwiedzący! – rzekł.

– Aby to odgadnąć, nie trzeba być wszechwiedzącym. Wystarczy troszkę się namyślić.

– Tak! Ale ja myślę i nadaremnie.

– Nie dziw.

– Jak to?

– Jesteś za długi. Zanim namysł dojdzie od tropu do głowy, mogą upłynąć lata. Powiadam, że cel tej jazdy nie jest zbyt odległy, w przeciwnym bowiem razie jeździec oszczędzałby konia.

– Tak! Słyszę uzasadnienie, lecz nie mogę pojąć.

– No, zmiarkuj sobie: gdyby ten człowiek miał do odbycia jeszcze dzień jazdy, musiałby bezwzględnie dać kilkugodzinne wytchnienie swemu koniowi, a następnie dopiero nadrobiłby zwłokę. Natomiast jeśli cel był bliski, to jeździec mógł ufać, że mimo zmęczenia koń jego dobiegnie jeszcze w ciągu dzisiejszego dnia.

– Posłuchaj, mój stary Jemmy, to, co mówisz, brzmi bardzo prawdopodobnie. Po raz drugi przyznaję ci słuszność.

– Ta pochwała jest zbyteczna. Kto włóczył się przez lat trzydzieści po preriach, ten mógł wpaść także raz jeden na mądrą myśl. Nasz jeździec jest niewątpliwie gońcem. Czas naglił. Miał nader ważną misję. Indsman tutaj, na ustroniu, jest według wszelkiego prawdopodobieństwa gońcem i dlatego utrzymuję, że w pobliżu są także inni czerwonoskórzy.

Długi Davy gwizdnął cicho i potoczył wzrokiem dokoła.

– Fatalnie, w najwyższym stopniu fatalnie! – mruknął. – Ten drab przybywa od Indian i mknie do Indian. A zatem jesteśmy pomiędzy nimi, nie wiedząc, gdzie sterczą. Łatwo możemy się natknąć na hordę [Horda – tu: zgraja, duża grupa.] i zanieść na jarmark nasze skalpy [Skalp – skóra z włosami zdarta z głowy zwyciężonego wroga, stanowiąca dawniej trofeum wojenne Indian Ameryki Północnej.].

– Należy się tego obawiać. Musimy jechać tropem.

– Słusznie. W takim wypadku my wiemy, że oni są przed nami, ale oni nie wiedzą o nas, a zatem mamy nad nimi przewagę. Ale jestem ciekaw, z jakiego to szczepu Indianin?

– Ja także. Nie sposób odgadnąć. Tam na górze, w północnej Montanie, mieszkają Czarne Stopy, Piganowie oraz Indianie Kiowa, lecz ci nie schodzą do nizin. Nad Missouri obozują Riccarees, którzy również nic tu nie mogą szukać. Siuksowie? Hm! Czy słyszałeś, aby ostatnio wykopali topór wojenny?

– Nie.

– Nie będziemy chwilowo w głowę zachodzić, ale musimy być ostrożni. Znajdujemy się w miejscowości dobrze nam znanej i jeśli nie popełnimy głupstw, nic złego nie może nam się stać. Chodź!

Dosiedli wierzchowców i pojechali tropem, nie spuszczając z niego oka, ale jednocześnie oglądając się na wszystkie strony, aby zawczasu dojrzeć ewentualne niebezpieczeństwo.

Upłynęła może godzina i słońce schodziło coraz niżej. Wiatr wzmagał się, a skwar dnia malał. Niebawem spostrzegli, że Indianin jechał stępa. Na nierównym miejscu koń jego potknął się i runął na kolana. Jemmy zeskoczył na ziemię i jął badać miejsce.

– Tak to Indsman – oznajmił ostatecznie. – Zeskoczył na ziemię. Mokasyny [Mokasyny – noszone przez amerykańskich Indian buty bez obcasów, z miękkiej skóry, z podeszwami przedłużonymi ponad palce nogi i połączonymi marszczonym szwem z kawałkiem skóry w kształcie litery U leżącym na wierzchu stopy.] miał ozdobione szczeciną jeżozwierza. Tu leży odłamana igła. A tu… ach, ten drab musiał być jeszcze bardzo młody.

– A to czemu? – zapytał Długi, który został na mule.

– To miejsce jest piaszczyste, wskutek czego jego stopa zostawiła dokładny odcisk. Jeśli nie mam przyjąć, że to była squaw… [Squaw (indiań.) – kobieta, żona Indianina.]

– Bzdury pleciesz! Kobieta sama by się tu nie zapuściła.

– W takim razie jest to młokos, prawdopodobnie najwyżej osiemnastoletni wyrostek.

– Tak, tak! To brzmi groźnie. U niektórych plemion właśnie tacy młokosi są zwiadowcami. Musimy się mieć na baczności.

Ruszyli dalej. Dotychczas jechali po kwietnej prerii, teraz jednak gdzieniegdzie ukazywały się krzewy, z początku pojedyncze, a następnie już w grupach. Z dala wznosiły się drzewa.

Przybyli na miejsce, gdzie, jak można było poznać, jeździec na krótki czas zeskoczył z siodła, aby dać wypocząć zwierzęciu, następnie poszedł pieszo naprzód, prowadząc zwierzę za uzdę.

Coraz częstsze krzewy nie pozwalały ogarniać okiem całej okolicy, trzeba więc było podwoić czujność. Davy jechał na przodzie, a Jemmy za nim. Naraz Grubas rzekł:

– Ty, Długi, to był kary rumak.

– Tak? A skąd wiesz?

– Tu na krzewie wisi włos wydarty z ogona.

– Ay! A więc wiemy coś jeszcze, ale nie mówmy tak głośno! Łatwo możemy się natknąć na ludzi, których zobaczymy nie wcześniej, aż umrzemy od ich kul.

– Nie lękam się tego. Mogę polegać na moim rumaku. Parsknie, gdy zwącha wroga. A zatem spokojnie naprzód!

Długi Davy ruszył naprzód, aby się po chwili zatrzymać.

– Do wszystkich diabłów! – krzyknął. – Coś się tutaj zdarzyło!

Grubas rozpędził konia i po kilku krokach znalazł się poza krzewami. Przed nimi wznosiła się jedna z owych stożkowatych skał, których tutaj było mnóstwo. Ślad zmierzał aż do tej skały i wił się tuż koło niej, po czym nagle odbiegał na prawo pod ostrym kątem. Obaj myśliwi spostrzegli to od razu, ale zobaczyli coś jeszcze: z drugiej strony skały wybiegły inne ślady, które następnie zeszły się z tropem Indianina.

– Co o tym myślisz? – zapytał Długi.

– Że za tą skałą obozowali jacyś ludzie, którzy ujrzawszy Indianina, zaczęli go ścigać.

– Słusznie. Być może są już z powrotem.

– Albo może część tych ludzi została za skałą. Zatrzymaj się w zagajniku! Wsunę nos do tego kąta.

– Nie wsuwaj go przypadkiem do naładowanej flinty [Flinta – strzelba, fuzja.], która pragnie wystrzelić!

– Ani myślę, gdyż twój nochal bardziej by się do tego nadawał.

Zeskoczył z konia, oddał Długiemu cugle kłusaka, po czym co sił pomknął ku skale.

– Szczwany lis! – wykrzyknął zadowolony Davy. – Podkradanie się wymagałoby za wiele czasu. Trudno wprost uwierzyć, by ten grubasek potrafił tak sadzić!

Przybywszy do skały, Mały powoli i ostrożnie posuwał się naprzód i zniknął za wysuniętym załomem. Ale wkrótce znów się ukazał i mrugnął na Długiego, ramieniem opisując łuk w powietrzu. Davy zrozumiał, że nie powinien jechać wprost ku skale, podążył więc okrężną drogą przez zagajnik, aż natrafił na ślady, które poprowadziły go do Jemmy’ego.

– Co powiesz? – zapytał Mały, wskazując przed siebie.

Niedawno był tu rozbity obóz. Na ziemi leżało jeszcze kilka żelaznych garnków, wiele motyk i łopat, młynek do kawy, moździerz, rozmaite małe i większe paczki – nie widać było jednak śladu ogniska.

– No [No (ang.) – nie.] – odparł zagadnięty, potrząsając głową. – Ci, którzy się tutaj zagospodarowali tak wygodnie, są zapewne ludźmi wielce nieroztropnymi albo też nie mają zielonego pojęcia o Dzikim Zachodzie. Widać ślady piętnastu koni, ale żaden nie był przynukany. Jak się wydaje, niektóre były juczne. Te także pojechały. Ale dokąd? Zupełnie niezdarne gospodarstwo! Należałoby tych gospodarzy porządnie obić.

– Tak, zasłużyli na to. Z takim zasobem doświadczenia puszczać się na Daleki Zachód! Wprawdzie nie każdy mógł być w gimnazjum…

– Jak ty – wtrącił Długi.

– Tak, jak ja. Ale trochę dowcipu i namysłu każdy powinien posiadać. Nic niepodejrzewający Indianin zbliżył się do skały, lecz zobaczywszy ich, uznał za stosowne wyminąć i wskutek tego cała czereda puściła się za nim w pościg.

– Czy aby obejdą się z nim wrogo?

– Naturalnie, wszak inaczej by go nie ścigali. Dla nas może to mieć przykre następstwa. Czerwonoskórzy nie bardzo się kłopoczą, czy zemsta ich trafia winnego, czy niewinnego.

– Musimy więc co rychlej doścignąć ich i zapobiec nieszczęściu.

– Tak. Niedługo będziemy musieli pędzić, gdyż niedaleko ujechał Indianin na swoim wyczerpanym koniu.

Ponownie dosiedli wierzchowców i galopem pomknęli śladem, pomnożonym wieloma odciskami kopyt wybiegającymi na prawo i lewo, a pochodzącymi od jucznych koni. Po krótkiej chwili Jemmy osadził swego bieguna. Usłyszał jakieś głosy i zaszył się w zagajniku, w czym naśladował go Davy. Obaj wytężyli słuch. Słyszeli gwar wielu głosów.

– To oni – oświadczył Grubas. – Głosy się nie zbliżają, a zatem oddział jeszcze nie wraca. Czy podkradniemy się, Davy?

– A jakże. Przynukamy konie.

– Nie, to nas może zdradzić. Musimy je tak przywiązać, aby nie mogły ruszyć się z miejsca.

Przynukać to wyrażenie traperskie, oznaczające związanie koniowi przednich nóg, aby mógł stawiać tylko drobne kroczki. Czyni się to w miejscach bezpiecznych, w przeciwnym razie przywiązuje się konie do drzew lub kołków, specjalnie wbijanych w ziemię. Myśliwi zazwyczaj mają przy sobie w tym celu spiczaste kołki.

A więc obaj przyjaciele przywiązali swoje zwierzęta do krzewów i skradali się w kierunku, skąd dobiegały głosy. Niebawem dotarli do rzeczki, a raczej strumyka, teraz bardzo płytkiego, aczkolwiek wysokie brzegi świadczyły, że na wiosnę skupiał się tutaj ogrom wody. Strumyk zakreślał łuk. Wewnątrz łuku stało i siedziało dziewięciu dziko wyglądających ludzi. Pośrodku leżał młody Indianin o tak spętanych kończynach, że nie mógł się poruszyć. Po drugiej stronie strumyka, nad wysokim brzegiem, leżał rumak czerwonego, drżąc i dysząc ciężko. Konie prześladowców stały w pobliżu panów.

Ci panowie nie sprawiali dobrego wrażenia. Prawdziwy westman na pierwszy rzut oka mógł się domyślić, że ma przed sobą szajkę z gatunku tych, z którymi na Zachodzie rozprawia się sędzia Lynch [Lynch – nazwisko sędziego w stanie Wirginia; później termin oznaczający samosąd, pobicie lub zamordowanie człowieka przez wzburzony tłum; lincz.].

Jemmy i Davy przykucnęli za krzewiną i przyglądali się całej scenie. Mężczyźni rozmawiali po cichu. Zapewne naradzali się nad losem jeńca.

– Jak ci się podobają? – zapytał szeptem Grubas.

– Tak samo jak tobie, to znaczy wcale.

– Mordy do policzkowania! Żal mi tego biednego czerwonego chłopca. Do jakiego zaliczyłbyś go plemienia?

– Nie mam pojęcia. Nie jest wymalowany, nie ma też żadnych innych oznak. Pewne jest, że nie jechał ścieżką wojenną. Czy weźmiemy go w opiekę?

– Rozumie się, gdyż nie sądzę, aby dał jakiś powód tym ludziom do wrogich wystąpień. Chodź, zamienimy z nimi kilka słów!

– A jeśli nas nie usłuchają?

– W takim razie mamy do wyboru albo użyć siły, albo chytrością zmusić ich do posłuszeństwa. Nie lękam się tych drabów, lecz czasem trafia nawet kula tchórzliwego łotra. Nie damy po sobie poznać, że przyjechaliśmy na koniach; poza tym nadejdziemy z przeciwległej strony rzeczki, aby nie zmiarkowali, że odwiedziliśmy ich obóz.

Obaj myśliwi wzięli do rąk strzelby i podkradli się okrężną drogą do strumyka. Zstąpili do wody, przeszli w bród i wspięli się na przeciwległy brzeg. Teraz znów zatoczyli łuk i dotarli do strumyka w miejscu, gdzie po drugiej stronie znajdowali się nieznajomi. Ujrzawszy ich, jęli udawać, że się zdumieli obecnością ludzi.

– Halo! – zawołał gruby Jemmy. – Cóż to takiego? Sądziłem, że jesteśmy tu sami na tej błogosławionej prerii, a oto natrafiamy na cały meeting [Meeting (ang.) – zgromadzenie.]. Mam nadzieję, że wolno nam będzie wziąć w nim udział.

Ci, którzy leżeli na trawie, zerwali się na równe nogi i wspólnie z innymi wbili wzrok w obu przybyłych. W pierwszej chwili zdawało się, że nie byli zadowoleni z tej niespodziewanej wizyty, lecz obejrzawszy sylwetki i ubiór obu myśliwych, wybuchnęli grzmiącym śmiechem.

– Thunderstorm! [Thunderstorm (ang.) – burza z piorunami; tu: przekleństwo – do pioruna.] – odezwał się jeden z nich, który dźwigał na sobie cały magazyn broni. – Cóż to takiego? Czy urządzacie podczas pełnego lata zapusty i maskaradowe zabawy?

– Ay! – potwierdził Długi. – Brakuje nam jeszcze kilku błaznów, dlatego przychodzimy do was.

– W takim razie przyszliście pod zły adres.

– Nie sądzę!

Mówiąc to, jednym krokiem swych długich nóg przeprawił się przez wodę, drugim wspiął na brzeg i stanął na przeciw swego rozmówcy. Grubas w dwóch susach stanął przy nim i rzekł:

– Tak, to my. Good day, messurs! [Good day, messurs (ang., fr.; z fr. właśc.: messieurs) – dzień dobry, panowie.] Czy nie macie przypadkiem dobrego trunku?

– Oto woda! – brzmiała odpowiedź nieznajomego, który wskazywał na strumyk.

– Fie! [Fie (ang.) – fe; wstyd.] Czy mniema pan, że zechcę zmoczyć się wewnątrz? Ani się śni wnukowi mego dziadka. Jeżeli nic lepszego nie macie, to możecie spokojnie wracać do domu, gdyż tak piękne ustronie nie jest odpowiednim dla was miejscem!

– Pan zaś uważa prerię za szynk?

– No tak! Pieczenie latają koło nosa. Trzeba je tylko kłaść na ogień.

– Panu, zdaję się, bardzo to dogadza!

– Myślę! – roześmiał się Jemmy, gładząc się po brzuchu.

– A czego pan ma zbyt wiele, tego zdaje się brak pańskiemu towarzyszowi.

– Ponieważ dostaje tylko połowę wiktu. Mogę chyba nie dodawać, że na tym nie traci jego uroda, gdyż zabrałem go z sobą jako straszydło, aby odganiać od siebie niedźwiedzie i Indsmanów. Ale za pańskim pozwoleniem, master [Master (ang.) – pan.], co pana właściwie przywiodło ku tej pięknej wodzie?

– Nic nas nie przywiodło. Sami znaleźliśmy drogę.

Towarzysze roześmiali się z tej odpowiedzi, którą uważali za bardzo dowcipną. Jednak gruby Jemmy rzekł całkiem poważnie:

– Tak? Istotnie? Tego bym nie przypuszczał, gdyż pańska twarz nie wskazuje zgoła, aby mógł pan bez pomocy znaleźć drogę.

– A pańskie oblicze stwierdza, że nie zobaczyłbyś drogi nawet wtedy, gdyby ci nos do niej przytknięto. Jak dawno właściwie opuścił pan szkołę?

– Nie byłem jeszcze w szkole, gdyż nie osiągnąłem wymaganej miary, ale spodziewam się od pana nauczyć tyle, że przynajmniej będę mógł powtórzyć tabliczkę mnożenia Zachodu. Czy chce sir [ Sir (ang.) – pan.] być moim nauczycielem?

– Nie mam czasu. W ogóle mam ważniejsze kłopoty na głowie, niż wbijanie ludziom rozumu do głowy. – Tak? Cóż to za kłopoty? Obejrzał się i udając, że dopiero teraz ujrzał Indianina, zawołał: – Behold! [Behold (ang.) – spójrzcie.] Jeniec czerwonoskóry!

Cofnął się, jak gdyby przerażony. Mężczyźni roześmiali się, ten zaś, który dotychczas rozmawiał i który był zapewne przywódcą, rzekł:

– Nie wpadaj w omdlenie, sir! Kto jeszcze nigdy w życiu nie widział takiego draba, tego łatwo może ogarnąć strach. Tylko z biegiem czasu można się oswoić z takim widokiem. Zakładam się, że nie spotkał pan jeszcze w życiu Indsmana?

– Widziałem już niektórych oswojonych, ale ten oto wydaje mi się dziki.

– Tak, nie zbliżaj się do niego aby za bardzo!

– Czy to takie straszne? Wszakże spętany…

Chciał się zbliżyć do jeńca, ale herszt zastąpił mu drogę:

– Wara od niego! On pana niech nie obchodzi! Poza tym muszę wreszcie zapytać, kim jesteś i czego chcesz.

– Możecie się bezzwłocznie dowiedzieć. Mój przyjaciel nazywa się Kroners, a ja Pfefferkorn. My…

– Pfefferkorn? Czy to nie jest nazwisko szwabskie?

– Za pozwoleniem pańskim, owszem.

– A niech was licho! Nie znoszę ludzi z waszej zgrai!

– To jest rzecz pańskiego gustu, który nic dobrego nie zakosztował. A co do zgrai, to proszę, nie mierz mnie według własnej miarki!

Powiedział to zupełnie innym tonem niż dotychczas. Nieznajomy najeżył brwi i zapyta groźnie:

– Co pan przez to rozumie?

– Prawdę. Nic ponadto.

– Za kogo nas pan poczytuje? Wyciągnij nóż!

Sam chwycił za nóż, który tkwił za pasem. Jemmy machnął pogardliwie ręką i odparł:

– Zostaw w spokoju swój knife [Knife (ang.) – nóż.], master! Nie przerazisz nas. Obszedł się pan ze mną po grubiańsku, nie powinieneś się zatem spodziewać, że cię opryskam wodą kolońską. Nic na to nie poradzę, że się panu nie podobam, i ani myślę dla pańskich kaprysów ubierać się na tym odludziu we frak i rękawiczki. Tu nie stanowi strój, lecz człowiek, Odpowiedziałem na pańskie pytanie, a teraz z kolei chcę wiedzieć, kim wy jesteście.

Nieznajomi byli zdumieni pełnym godności tonem Grubasa. Wprawdzie niektórzy chwycili za noże, ale mężna postawa grubaska stropiła ich całkiem. Przywódca odpowiedział:

– Nazywam się Brake, to wystarczy. Nazwisk ośmiu pozostałych i tak nie zdołacie zapamiętać.

– Zapamiętać – owszem, ale skoro pan sądzi, że mogę ich nie znać, ma pan słuszność. Dość mi pańskiego nazwiska, bo kto spojrzy na pana, z miejsca się domyśla, jakiego ducha dziećmi są pozostali.

– Człowieku! Czy to obelga? – krzyknął Brake. – Czy chce pan, abyśmy chwycili za broń?

– Nie radzę! Mamy dwadzieścia cztery strzały rewolwerowe i dostaniecie co najmniej połowę, zanim zdążycie skierować w nas swoje pałąki [Pałąk – część rękojeści miecza, pałasza, szpady służąca do osłonięcia ręki; garda; tu: broń.]. Uważacie nas za nowicjuszów, ale bardzo się mylicie. Jeśli chcecie próbować – owszem, nie mamy nic przeciwko temu!

Z błyskawiczną szybkością wyciągnął oba swoje rewolwery, a i Długi Davy nie pozwolił się ubiec. Brake sięgnął po swoją strzelbę leżącą na ziemi, ale Jemmy go ostrzegł:

– Zostaw flintę na miejscu! Jeśli jej dotkniesz, zwąchasz się z moją kulą. Tak brzmi prawo prerii. Kto pierwszy spuści kurek, ten ma prawo, ten rozkazuje!

Nieznajomi byli tak nieroztropni, że widząc zbliżających się obcych, nie podnieśli broni. Teraz nie ważyli się jej dotknąć.

– Death’s! [Death’s (ang.) – trupia główka; tu: przekleństwo.] – zaklął Brake. – Nastajecie na nas tak, jak gdybyście chcieli nas wszystkich połknąć!

– Ani nam to w głowie. Jesteście dla nas za mało apetyczni. Chcemy się tylko dowiedzieć, co wam zawinił ten Indianin.

– Czy to was obchodzi?

– Owszem. Jeśli go schwytaliście bez powodu, ściągacie niebezpieczeństwo zemsty na każdego niewinnego białego. A więc dlaczego go schwytaliście?

– Ponieważ tak się nam podobało. To jest czerwony hultaj. Dostateczny powód.

– Ta odpowiedź nam wystarczy. Wiemy teraz, że ten człowiek nie dał powodu do wrogiego wystąpienia. Zresztą, zapytam też jego.

– Zapytać? Jego? – roześmiał się szyderczo Brake i cała kompania zawtórowała śmiechem. – Nie rozumie ani słowa po angielsku i mimo dotkliwej chłosty nie odpowiedział nawet zgłoską.

– Chłostaliście go! – zawołał Jemmy. – Czy oszaleliście? Chłostać Indianina! Czy wiecie, że jest to obelga, którą można zmyć tylko krwią?

– Chcielibyśmy zobaczyć, kiedy utoczy nam krwi. Jestem ciekaw, jak się do tego weźmie.

– Pokaże wam, jak tylko będzie wolny.

– Nigdy już nie będzie wolny.

– Czy zamierzacie go zabić?

– Co z nim zrobimy, niech pana o to głowa nie boli, zrozumiano?! Należy tępić czerwonoskórych, gdziekolwiek się ich spotyka. Oto nasza odpowiedź. Jeśli zaś chcecie, zanim ulotnicie się stąd, rozmawiać z tym drabem – i owszem, nie mam nic przeciwko temu. Nie zrozumie was, wy zaś nie wyglądacie mi wcale na profesorów indiańskiego języka. Jestem bardzo ciekaw tej rozmowy.

Jemmy wzruszył wzgardliwie ramionami i zwrócił się do Indianina.

Chłopak leżał z półotwartymi oczami. Nie zdradzał ani spojrzeniem, ani miną, że przysłuchuje się rozmowie, że ją rozumie. Był bardzo młody. Miał, być może, jak określił Grubas, lat osiemnaście. Nosił ciemne, proste włosy, dosyć długie. Nie zdobiła go odznaka plemienna. Twarz miał nie pomalowaną, a przedziałek na głowie nie był pokryty ochrą ani cynobrem.

Nosił koszulę myśliwską z miękkiej skóry i legginy [Legginy (ang., właśc.: leggins) – nakładane cholewy; tu: długie, obcisłe nogawki.] z jeleniej skóry z frędzlami w szwach. Pośród tych frędzli nie widać było ludzkiego włosa – znak oczywisty, że młodzieniec nie zabił jeszcze człowieka. Ozdobne mokasyny upiększył szczeciną jeżo zwierza, jak słusznie przypuszczał Jemmy. Na drugim brzegu, gdzie koń Indianina stał już nad rzeką i chciwie pił wodę, leżał długi nóż myśliwski, a u siodła wisiał obciągnięty skórą grzechotnika kołczan i łuk, sporządzony z rogów górskich owiec, który zapewne wart był dwóch czy trzech mustangów. To skromne uzbrojenie dowodziło pokojowych zamiarów Indianina.

Oblicze jeńca było kamienną maską. Indianin jest zbyt dumny, aby wobec obcych, a tym bardziej wobec wrogów, wyjawiać swoje uczucia. Rysy jeńca cechowała młodzieńcza miękkość. Wprawdzie jego kości policzkowe występowały nieco naprzód, ale to nie zakłócało proporcji. Gdy Jemmy podszedł, Indianin po raz pierwszy otworzył szeroko oczy. Były czarne, błyszczały jak węgle. Spojrzały przyjaźnie na myśliwego.

– Mój młody brat rozumie język białych twarzy? – zapytał Jemmy po angielsku.

– Tak – odparł zapytany. – Skąd wie o tym mój starszy biały brat?

– Poznałem z twojego spojrzenia, że zrozumiałeś naszą rozmowę.

– Słyszałem, że jesteś przyjacielem czerwonych. Jestem twoim bratem.

– Mój młody brat zechce powiedzieć, czy posiada imię?

Podobne pytanie wystosowane do starszego wiekiem Indianina jest ciężką obelgą, gdyż Indianin nieposiadający imienia nie wyróżnił się jeszcze żadnym czynem i nie zalicza do wojowników. Jednak Jemmy mógł sobie na nie pozwolić ze względu na wiek jeńca, który odparł:

– Czy mój dobry brat mniema, że jestem gnuśny?

– Nie, ale jesteś jeszcze bardzo młody.

– Biali nauczyli czerwonych młodo umierać. Niech mój brat otworzy mi koszulę i przekona się, że posiadam imię.

Jemmy nachylił się nad Indianinem i odchylił koszulę. Wyciągnął trzy czerwone zabarwione piórka wojennego orła.

– Czy podobna? – krzyknął. – Wszak nie możesz być wodzem!

– Nie – uśmiechnął się młodzieniec. – Wolno mi nosić pióra mah-sisz, ponieważ nazywam się Wohkadeh.

Oba te słowa należą do narzecza Mandanów. Pierwsze oznacza wojennego orła, drugie jest nazwą skóry białego bizona. Ponieważ zwierzęta te należą do rzadkości, upolowanie takiego bizona u wielu plemion znaczy więcej niż zabicie licznych wrogów, i nawet uprawnia do noszenia piór wojennego orła, mah-sisz. Młody Indianin ubił białego bizona i otrzymał imię Wohkadeh.

W tym jeszcze nie było nic zadziwiającego. Jemmy i Davy zdumieli się dlatego, że słowa te należały do mandańskiego narzecza, a Mandanowie uchodzą za wymarłych. Dlatego Mały zapytał:

– Do jakiego plemienia należy mój czerwony brat?

– Jestem Numangkake, a zarazem Dakota.

Mandanowie sami siebie nazywali Numangkake, a Dakota jest zbiorową nazwą wszystkich plemion Siuksów.

– A zatem zostałeś wychowany przez Dakotów?

– Mój biały brat mówi słusznie. Bratem mojej matki był wielki wódz Mah-to-toh-pah. Jego imię wskazuje, że zabił cztery niedźwiedzie. Przyszli biali mężowie i przynieśli ospę. Całe moje plemię wymarło, prócz nielicznych, którzy pragnąc towarzyszyć swoim braciom do Wiecznych Ostępów, rozjuszyli Siuksów i zostali przez nich zabici. Mój ojciec, mężny Wah-kih, został tylko ranny. Zmuszono go, aby stał się przybranym synem Siuksów. Wskutek tego jestem Dakota, lecz serce moje pamięta przodków, których Wielki Duch zawezwał do siebie.

– Siuksowie przebywają obecnie po tamtej stronie gór. Czemu więc przybyłeś tutaj?

– Nie wyruszyłem z owych gór, o których myśli mój brat, ale z wysokich gór zachodnich, z ważnym poselstwem do pewnego białego brata.

– Czy mieszka gdzieś tutaj w pobliżu?

– Tak. A skąd wie o tym mój biały brat?

– Szedłem za twoim tropem i poznałem, że pędziłeś co koń wyskoczy, jak ktoś, kto zbliża się do celu.

– Słusznie. Byłbym już teraz na miejscu. Lecz ci biali rzucili się za mną w pościg. Mój koń, wyczerpany, nie mógł przeskoczyć przez wodę. Runął na brzegu, przygniatając swoim ciężarem Wohkadeha, który zemdlał. Skoro się ocknął, był już spętany rzemieniami. – I dodał w języku Siuksów: – To są tchórze. Dziewięciu mężczyzn pęta nieprzytomnego chłopca! Gdybym mógł z nimi walczyć, miałbym ich skalpy.

– Bili cię nawet?

– Nie mów mi o tym, gdyż słowa te pachną krwią! Mój biały brat uwolni mnie z pęt, a wówczas Wohkadeh obejdzie się z nimi jak mężczyzna.

Mówił to z taką pewnością, że Gruby Jemmy zapytał z uśmiechem:

– Czyż nie słyszałeś, że nie mogę im rozkazywać?

– O, mój biały brat nie lęka się nawet setki podobnych ludzi! Każdy z nich jest wakon kaneh, starą kobietą.

– Tak mniemasz? Skąd możesz wiedzieć, że się ich nie lękam?

– Wohkadeh ma oczy otwarte. Słyszałem często rozmaite opowieści o dwóch znakomitych białych wojownikach, zwanych Davy Honskeh i Jemmy Petahtszeh. Poznałem was z powierzchowności i mowy.

Biały myśliwy chciał odpowiedzieć, ale uprzedził go Brake:

– Stój, człowieku! Tak się nie umawialiśmy! Pozwoliłem rozmawiać z drabem, ale tylko po angielsku. Waszej niezrozumiałej mowy nie mogę ścierpieć. Kto wie, czy nie knujecie przeciwko nam jakiegoś planu. Zresztą wystarczy, że się dowiedzieliśmy, iż ten czerwony diabeł włada angielskim. Nie potrzebujemy was więcej; możecie wziąć nogi za pas i odejść, skąd przyszliście. A jeśli będziecie ociągać się, to ja wam przyprawię nogi!

Spojrzenie Jemmy’ego strzeliło ku Davy’emu, ten zaś mrugnął okiem tak, aby nikt nie zauważył, prócz Grubasa. Długi zwrócił uwagę swego towarzysza na boczny zagajnik. Jemmy skierował spojrzenie w tym kierunku i zobaczył lufy dwóch dubeltówek, wystające z za gałęzi, tuż nad ziemią. A zatem leżeli tam jacyś dwaj ludzie. Ale jacy? Przyjaciele czy wrogowie? Beztroska Davy’ego uspokoiła go. Odpowiedział Brake’owi:

– Chciałbym ujrzeć nogi, które pan nam przyprawi. Nie mam bynajmniej takiego powodu do szybkiej ucieczki jak panowie.

– Jak my? Przed kim mamy uciec?

– Przed tym, czyją własnością jeszcze wczoraj były te oba rumaki. Zrozumiano?

Mówiąc to, wskazał na dwa białe wałachy [Wałach – wykastrowany ogier.], które stały obok siebie.

– Co? – zawołał Brake. – Za kogo nas pan uważa? Jesteśmy rzetelnymi prospektorami [Prospektor (z ang., właśc.: prospector) – poszukiwacz (złota).]. Zdążamy do Idaho, gdzie odkryto nowe kopalnie kruszcu.

– A ponieważ brakowało wam do tej podróży koni, przemieniliście się w rzetelnych horsepilferers [Horsepilferer (ang.) – złodziejaszek koni.]. Nas nie oszukacie!

– Człowieku, jeszcze słowo, a strzelę! Kupiliśmy i zapłaciliśmy za te wszystkie konie.

– Gdzież to, mój uczciwy master Brake?

– W Omaha.

– Tak. A tam nabyliście również zapas czerni do podków? Czemu oba gniadosze są tak świeże, jak gdyby dopiero co wyszły ze stajni? Czemu mają czernione podkowy, podczas gdy pozostałe konie są zmęczone i chodzą w zaniedbanych pantoflach? Powiadam wam, oba rumaki jeszcze wczoraj miały innych panów, a kradzież koni tu na Zachodzie jest karana stryczkiem.

– Kłamco! Oszczerco! – ryczał Brake, schylając się po broń.

– Nie, on ma słuszność! – rozległ się głos z zagajnika. – Jesteście koniokradami i zostaniecie ukarani. Zastrzelimy ich, Marcinie!

– Nie strzelać! – zawołał Długi Davy. – Bijcie kolbami! Niewarci waszych kul.

Mówiąc to, uderzył kolbą Brake’a, który natychmiast nakrył się nogami, straciwszy przytomność. Z zagajnika wyskoczyły dwie postacie: dziarski chłopak i mężczyzna. Z podniesionymi kolbami rzucili się na rzekomych prospektorów.

Jemmy nachylił się i dwoma cięciami uwolnił Wohkadeha. Indianin zerwał się na równe nogi, skoczył na jednego z wrogów, ujął za kark, powalił i cisnął na drugi brzeg, gdzie leżał jego nóż. Nikt by się po nim nie spodziewał takiej siły. Skoczyć za swoją ofiarą, schwycić nóż prawą ręką, klęknąć na wrogu i uchwycić lewą ręką za czub – było to dziełem jednej chwili.

– Help – help – for – God’s sake – help! [Help – help – for – God’s sake – help (ang.) – Pomocy – na miły Bóg – pomocy.] – ryczał przerażony biały.

Wohkadeh podniósł nóż do śmiertelnego ciosu. Jego błyszczące oko spoczęło na wykrzywionej przerażeniem twarzy wroga – i ręka z nożem zwisła.

– Czy lękasz się? – zapytał.

– Tak. O, przebaczenia, o, łaski!

– Powiedz, że jesteś psem!

– Chętnie, bardzo chętnie! Jestem psem!

– Żyj więc we własnej hańbie. Indianin umiera odważnie i bez skargi, ty natomiast błagasz o zlitowanie. Wohkadeh nie może nosić skalpu psa. Biłeś mnie, za to należy mi się skóra z twej czaszki, wszelako parszywy pies nie może obrazić czerwonego. Uciekaj! Wohkadeh brzydzi się tobą!

Kopnął go nogą. Niebawem biały znikł z oczu. Wszystko to odbyło się szybciej, niż można opowiedzieć. Brake leżał na ziemi, trzej inni przy nim. Pozostali czym prędzej umknęli, nie zabierając z sobą nawet broni. Konie pobiegły za nimi. Oba gniadosze stały spokojnie i ocierały plecy o białych, którzy znienacka wyszli z zagajnika. Chłopiec – Marcin – mógł mieć niewiele ponad szesnaście lat, ale był nad wiek rozwinięty. Jasny odcień twarzy, blond włosy, szaroniebieskie oczy świadczyły o germańskim pochodzeniu. Głowę miał nieokrytą. Był ubrany w błękitne płótno. Za pasem sterczał nóż, którego rękojeść była wyszukanym dziełem sztuki indiańskiej, a dubeltówka, którą trzymał w ręku, wydawała się dla niego zbyt ciężka. Policzki zabarwiły się wskutek walki rumieńcem, ale on sam pozostał tak spokojny, jak gdyby nic niezwykłego się nie zdarzyło. Można było sądzić, że tego rodzaju sceny są dla niego rzeczą powszednią.

Szczególnym wyglądem był obdarzony