Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 607 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 19 godz. 18 min Lektor: Marian Opania

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 19 godz. 18 min Lektor: Marian Opania

Opis ebooka Okrutny krąg - Wilbur Smith

Ciąg dalszy Piekła na morzu. Po przeprowadzeniu operacji „Koń trojański” i rozgromieniu somalijskich piratów, Hector Cross i Hazel Bannock przenoszą się do Anglii i kupują wiejską posiadłość Brandon Hall. Hazel spodziewa się dziecka. Wracając do domu po wizycie u londyńskiego ginekologa, żona Crossa zostaje postrzelona przez nieznanych sprawców. Mimo natychmiastowej operacji umiera, wcześniej urodziwszy przez cesarskie cięcie córeczkę, Catherinę Cylę. Hector rusza w pościg za zabójcami. Sądzi, że za zamachem stoi ktoś z rodziny szejka Tippoo Tipa. Kiedy dociera do ostatniego z ocalałych krewnych, znanego mułły nauczającego w Mekce, okazuje się, że podążał złym tropem.

Opinie o ebooku Okrutny krąg - Wilbur Smith

Fragment ebooka Okrutny krąg - Wilbur Smith

Wydanie elektroniczne

O książce

Hec­tor Cross, były szef ochro­ny kon­cer­nu naf­to­we­go Ban­nock Oil, nie­bez­piecz­ne życie zo­sta­wił za sobą. I wca­le mu go nie bra­ku­je. Prze­ciw­nie, pławi się w luk­su­sie u boku uko­cha­nej Ha­zel – dzie­dzicz­ki naf­to­wej for­tu­ny – która zo­stała jego żoną i wkrótce uro­dzi mu dziec­ko.

Komuś to jed­nak prze­szka­dza, tak bar­dzo, że po­su­wa się do zabójstwa. Ha­zel – bo to ona jest ce­lem za­ma­chu – umie­ra w szpi­ta­lu po tym, jak na świat przy­cho­dzi dziew­czyn­ka. Pro­my­czek na­dziei dla zroz­pa­czo­ne­go Hec­to­ra. Ale też wy­zwa­nie. Ktoś, kto za­mor­do­wał mu żonę, może na tym nie po­prze­stać.

Cze­ka­nie z założony­mi rękami, aż wróg za­ata­ku­je pierw­szy? To nie w sty­lu Hec­to­ra, byłego żołnie­rza SAS. Przy­pusz­czając, że za­ma­cho­wiec działał na zle­ce­nie po­tom­ka so­ma­lij­skie­go watażki, z którym roz­pra­wił się pod­czas ope­ra­cji „Koń tro­jański”, Hec­tor wy­ru­sza do Mek­ki. Ce­lem jego „piel­grzym­ki” jest muzułmański du­chow­ny. Tyle że nie za­mie­rza po­bie­rać od nie­go nauk.

WIL­BUR SMITH

Świa­to­wej sławy pi­sarz po­chodzący z Afry­ki, piszący po an­giel­sku. De­biu­to­wał w 1964 roku po­wieścią Gdy po­lu­je lew. Była to pierw­sza po­zy­cja z jego naj­bar­dziej po­pu­lar­nej sagi hi­sto­rycz­no-przy­go­do­wej opi­sującej dzie­je ro­dzi­ny Co­urt­neyów, w której skład weszły m.in. Odgłos gro­mu, Płonący brzeg, Władza mie­cza, Mon­sun, Triumf słońca oraz As­se­gai. Pełny do­ro­bek Smi­tha obej­mu­je 34 po­wieści, w tym dwie naj­now­sze: Piekło na mo­rzu i Okrut­ny krąg. Po jego prozę chętnie sięgają twórcy fil­mo­wi. Na duży ekran prze­nie­sio­no Ko­pal­nię złota, Za­krzy­czeć diabła i Na­jem­ników. Na pod­sta­wie kil­ku in­nych tytułów, m.in. Płonącego brze­gu, Władzy mie­cza, Boga Nilu i Siódme­go pa­pi­ru­sa, po­wstały mi­ni­se­ria­le te­le­wi­zyj­ne.

Smith jest miłośni­kiem dzi­kiej przy­ro­dy; pa­sjo­nu­je się współczesną hi­sto­rią Afry­ki, co znaj­du­je od­zwier­cie­dle­nie w jego twórczości li­te­rac­kiej. Spo­ro podróżuje, zwy­kle w okre­sie zi­mo­wym. Miesz­ka w Wiel­kiej Bry­ta­nii, Szwaj­ca­rii i w Re­pu­bli­ce Południo­wej Afry­ki.

www.wil­bur­smi­th­bo­oks.com

Tego au­to­ra

ZA­KRZY­CZEĆ DIABŁA

NA­JEM­NI­CY

PTAK SŁOŃCA

OKO TY­GRY­SA

ŁOWCY DIA­MENTÓW

OKRUT­NA SPRA­WIE­DLI­WOŚĆ

KO­PAL­NIA ZŁOTA

STRA­CEŃCY

PIEŚŃ SŁONIA

GNIEW OCE­ANU

ORZEŁ NA NIE­BIE

Hec­tor Cross

PIEKŁO NA MO­RZU

OKRUT­NY KRĄG

Saga Co­urt­neyów

DRA­PIEŻNE PTA­KI

MON­SUN

BŁĘKIT­NY HO­RY­ZONT

TRIUMF SŁOŃCA

AS­SE­GAI *

*

GDY PO­LU­JE LEW

ODGŁOS GRO­MU

UPA­DEK WRÓBLA

*

PŁONĄCY BRZEG

WŁADZA MIE­CZA

PŁOMIE­NIE GNIE­WU

OSTAT­NIE PO­LO­WA­NIE

ZŁOTY LIS

Saga Bal­lan­ty­ne’ów

LOT SOKOŁA

PO­SZU­KI­WA­CZE PRZYGÓD

PŁACZ ANIOŁÓW

LAM­PART PO­LU­JE W CIEM­NOŚCI

Saga egip­ska

BÓG NILU

CZA­ROW­NIK

ZE­MSTA NILU

TA­ITA I KRÓLOWA SMUT­KU

SIÓDMY PA­PI­RUS

Tytuł ory­gi­nału:

VI­SCIO­US CIRC­LE

Co­py­ri­ght © Orion Min­ta­ka (UK) Ltd, 2013

All ri­ghts re­se­rved

First pu­bli­shed in 2013 by Mac­mil­lan an im­print of Pan Mac­mil­lan Ltd

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Kuryłowicz s.c. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew Kościuk 2014

Re­dak­cja: Be­ata Słama

Ilu­stra­cje na okładce: Lil­Kar/Shut­ter­stock, paul­rom­mer/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-054-9

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książkę tę de­dy­kuję Mo­khi­ni­so,

uko­cha­nej żonie, klej­no­to­wi mo­je­go życia,

której je­stem ogrom­nie wdzięczny

za wszyst­kie cu­dow­ne lata na­sze­go małżeństwa.

Obu­dził się, ale nie po­ru­szył się ani nie otwo­rzył oczu. Leżał przez chwilę, ana­li­zując sy­tu­ację, szu­kając za­grożeń, po­zwa­lając, by do głosu do­szedł uśpio­ny in­stynkt wo­jow­ni­ka. Po chwi­li wy­czuł de­li­katną woń jej per­fum i usłyszał, jak od­dy­cha – ci­cho i re­gu­lar­nie ni­czym fala przy­bo­ju za­mie­rająca na od­ległej plaży. Wszyst­ko było w porządku, więc uśmiechnął się i otwo­rzył oczy. Ostrożnie przekręcił głowę, żeby jej nie obu­dzić.

Pro­mie­nie po­ran­ne­go słońca od­na­lazły szparę w zasłonach i prze­niknęły do po­ko­ju, kładąc na su­fi­cie pa­sem­ko po­dob­ne od ku­te­go złota. Leżała na ple­cach. Jej piękna twarz była spo­koj­na. We śnie zrzu­ciła kołdrę. Była naga. Złoci­ste włosy po­kry­wające jej łono były nie­co ciem­niej­sze od ko­smyków oka­lających twarz. Była w ostat­nim mie­siącu ciąży i jej brzuch powiększył się nie­mal dwu­krot­nie. Prze­sunął wzro­kiem po lśniącej skórze napiętej przez to, co kryło się w środ­ku. Na­gle do­strzegł nie­wiel­ki ruch, jak­by dziec­ko się po­ru­szyło. Od­dech za­marł mu w pier­si. Przytłoczył go ogrom miłości, którą da­rzył obo­je – swoją ko­bietę i swo­je dziec­ko.

– Prze­stań się gapić na ten wiel­ki tłusty brzuch i daj mi całusa – po­wie­działa, nie otwie­rając oczu.

Zaśmiał się i po­chy­lił nad nią. Za­rzu­ciła mu ręce na szyję, a kie­dy ich war­gi się roz­dzie­liły, po­czuł jej słodki od­dech. Po chwi­li szepnęła w jego otwar­te usta:

– Nie możesz utrzy­mać tego po­two­ra na uwięzi? – Do­tknęła jego kro­cza. – Po­wi­nien wie­dzieć, że w tej chwi­li nie ma dla nie­go miej­sca w go­spo­dzie.

– Jest bez­na­dziej­nie głupi – od­rzekł. – Choć nie przy­po­mi­nam so­bie, żebyś kie­dy­kol­wiek po­mogła mi utrzy­mać go na wo­dzy. Puść mnie, ty bez­wstyd­ni­co!

– Po­cze­kaj jesz­cze kil­ka ty­go­dni, Hec­to­rze Cros­sie, a zo­ba­czysz praw­dzi­wy brak wsty­du – ostrzegła. – Za­dzwoń do kuch­ni, żeby przy­nieśli nam kawę.

Hec­tor wstał z łóżka i roz­sunął zasłony. Sy­pial­nię zalały pro­mie­nie słońca.

– W sta­wie przy młynie są łabędzie! – wy­krzyknął.

Usiadła na łóżku, pod­trzy­mując brzuch obie­ma rękami. Pod­szedł do niej i pomógł wstać. Sięgnęła po leżący na krześle nie­bie­ski sa­ty­no­wy szla­frok i na­rzu­ciła go, idąc do pa­no­ra­micz­ne­go okna.

– Je­stem taka nie­zgrab­na! – po­skarżyła się, zawiązując pa­sek.

Stanął za nią, przy­tu­lił się i de­li­kat­nie położył ręce na jej brzu­chu.

– Zno­wu kopnął – szepnął, po czym chwy­cił zębami jej ucho i de­li­kat­nie ugryzł.

– Mnie to mówisz? Czuję się jak na­dmu­cha­na piłka. – Sięgnęła za sie­bie i lek­ko klepnęła go w po­li­czek. – Prze­stań. Do­staję od tego gęsiej skórki.

W mil­cze­niu ob­ser­wo­wa­li pta­ki. Obok łabędzia i łabędzi­cy, które lśniły bielą w pro­mie­niach po­ran­ne­go słońca, pływały trzy brud­no­sza­re łabędziątka. Łabędź za­nu­rzył długą szyję w zie­lo­nej wo­dzie, sku­biąc wodną roślin­ność po­ra­stającą dno sa­dzaw­ki.

– Piękne, praw­da? – spy­tał Hec­tor.

– Właśnie za to uwiel­biam An­glię – szepnęła Ha­zel. – Za cu­dow­ne wi­do­ki. Po­win­niśmy po­pro­sić ja­kie­goś zna­ne­go ar­tystę, żeby to na­ma­lo­wał.

Po­nad ka­mien­nym ja­zem do przej­rzy­ste­go sta­wu wpływała rze­ka. Woda była tak czy­sta, że w trzy­me­tro­wej głębi­nie można było do­strzec cień ogrom­ne­go pstrąga spo­czy­wającego na żwi­ro­wym dnie. Na brze­gu rosły wierz­by, mu­skające po­wierzch­nię wody gałęzia­mi przy­po­mi­nającymi pal­ce. Łąkę roz­ciągającą się za sta­wem po­ra­stała buj­na tra­wa, a pasące się na niej owce były tak białe jak łabędzie.

– To ide­al­ne miej­sce do wy­cho­wa­nia na­szej małej dziew­czyn­ki. Właśnie dla­te­go kupiłam Bran­don Hall. – Wes­tchnęła z za­do­wo­le­niem.

– Tak często to po­wta­rzasz. Nie mam pojęcia, skąd masz pew­ność, że to dziew­czyn­ka. – Pogładził piesz­czo­tli­wie jej brzuch. – Nie chcesz po­znać płci dziec­ka? Wo­lisz zga­dy­wać?

– Ja nie zga­duję, ja wiem – od­po­wie­działa z uśmie­chem, kładąc na jego dużych brązo­wych rękach swo­je białe smukłe dłonie.

– Mo­gli­byśmy po­pro­sić Ala­na, gdy rano do­trze­my do Lon­dy­nu – za­su­ge­ro­wał, mając na myśli Ala­na Don­no­va­na, jej gi­ne­ko­lo­ga.

– Strasz­nie ma­ru­dzisz. Nie waż się wspo­mnieć o tym Ala­no­wi. Ze­psu­jesz mi przy­jem­ność. Włóż szla­frok. Nie chcę, żebyś prze­stra­szył biedną Mary, kie­dy przy­nie­sie kawę.

Po chwi­li usłysze­li ci­che pu­ka­nie do drzwi.

– Wejść! – krzyknął Hec­tor.

Na pro­gu stanęła po­kojówka z tacą z kawą.

– Dzień do­bry państwu! Jak się pani mie­wa, pani Cross? Jak tam dziec­ko? – za­py­tała radośnie z ir­landz­kim ak­cen­tem, sta­wiając tacę na sto­le.

– Wszyst­ko do­brze, Mary. Czyżbym za­uważyła cia­stecz­ka na tacy? – zdzi­wiła się Ha­zel.

– Tyl­ko trzy. Bar­dzo małe.

– Za­bierz je, proszę.

– Dwa są dla pana, jed­no dla pani. Zbożowe. Bez cu­kru – zachęcała Mary.

– Bądź tak do­bra, Mary, ustąp mi i je za­bierz. Proszę.

– Bied­na kru­szyn­ka umie­ra z głodu – mruknęła Mary, ale wzięła ta­le­rzyk z cia­stecz­ka­mi i wy­ma­sze­ro­wała z sy­pial­ni.

Ha­zel usiadła na ka­na­pie i nalała do kub­ka kawę tak czarą i mocną, że jej aro­mat wypełnił cały pokój.

– Boże! Ale za­pach! – Wes­tchnęła tęsknie, po­dając kawę Hec­to­ro­wi. Później nalała do por­ce­la­no­wej filiżanki ciepłe odtłuszczo­ne mle­ko. – Fu! – prychnęła z nie­sma­kiem, kie­dy go skosz­to­wała, ale wypiła posłusznie, jak­by to było le­kar­stwo. – Co za­mie­rzasz robić, kie­dy będę u Ala­na? Ba­da­nie zaj­mie kil­ka go­dzin. On jest bar­dzo dokładny.

– Muszę za­wieźć śrutówki do Pau­la Ro­bert­sa, żeby je prze­cho­wał. Później po­jadę do kraw­ca na przy­miarkę gar­ni­tu­ru.

– Chy­ba nie za­mie­rzasz jeździć po Lon­dy­nie moim pięknym fer­ra­ri? W po­ran­nym tłoku? Obi­jesz go jak rol­l­sa.

– Nig­dy mi tego nie za­po­mnisz?! – Wy­rzu­cił ręce w górę, udając, że jest wściekły. – Głupia baba wje­chała we mnie na czer­wo­nym świe­tle!

– Pro­wa­dzisz jak wa­riat, Cross, i do­brze o tym wiesz.

– Zgo­da. Wezmę taksówkę i załatwię spra­wun­ki – obie­cał. – Nie za­mie­rzam wyglądać jak piłkarz w jed­nej z two­ich cza­der­skich fur. Poza tym mam no­wiut­kie­go ran­ge ro­ve­ra. Wczo­raj za­dzwo­ni­li z sa­lo­nu sie­ci Strat­sto­ne i po­wie­dzie­li, że wóz jest go­to­wy. Jeśli będziesz grzeczną dziew­czynką, w co nikt nie wątpi, za­wiozę cię na lunch.

– Na lunch? Dokąd? – za­in­te­re­so­wała się.

– Sam nie wiem, dla­cze­go za­wra­cam so­bie głowę ta­ki­mi głupstwa­mi. Prze­cież sałatkę można do­stać w każdym lo­ka­lu. Za­re­zer­wo­wałem sto­lik w re­stau­ra­cji Al­fred’s Club.

– Te­raz wiem, że na­prawdę mnie ko­chasz!

– Radzę ci w to uwie­rzyć, chu­dziel­cu!

– Gra­tu­luję wy­bo­ru! Gra­tu­luję! Wy­ra­zy uzna­nia! –od­rzekła, posyłając mu błogi uśmiech.

Cze­rwo­ne fer­ra­ri co­upe Ha­zel stało za­par­ko­wa­ne przed fron­to­wy­mi drzwia­mi. Wóz lśnił w pro­mie­niach słońca jak ogrom­ny ru­bin. Szo­fer, Ro­bert, wspa­nia­le wy­po­le­ro­wał ka­ro­se­rię. Fer­ra­ri było jego ulu­bio­nym wo­zem spośród kil­ku sa­mo­chodów za­par­ko­wa­nych w pod­ziem­nym garażu. Hec­tor podał Ha­zel ramię, pomógł zejść po scho­dach, a następnie usa­do­wić się w fer­ra­ri. Kie­dy wcisnęła brzuch za kie­row­nicę, po­maj­stro­wał za ple­ca­mi żony, re­gu­lując opar­cie i układając pas bez­pie­czeństwa.

– Je­steś pew­na, że nie chcesz, żebym pro­wa­dził? – spy­tał z troską.

– Wy­klu­czo­ne! – od­rzekła. – Nie ma mowy! Słyszałam, co po­wie­działeś o tam­tej ko­bie­cie. – Po­kle­pała kie­row­nicę. – Wsia­daj. Je­dzie­my.

Au­to­stra­da biegła w od­ległości około ki­lo­me­tra od po­siadłości, ale do­jazd do niej był utwar­dzo­ny. Z zakrętu przed mo­stem na rze­ce Test roz­ciągał się piękny wi­dok na re­zy­dencję. Ha­zel stanęła na chwilę, bo rzad­ko po­tra­fiła oprzeć się po­ku­sie spoj­rze­nia z dumą na to, co skrom­nie na­zy­wała „naj­wspa­nial­szym do­mem w sty­lu geo­r­giańskim, jaki kie­dy­kol­wiek zbu­do­wa­no”.

Bran­don Hall zo­stał wznie­sio­ny przez sir Wil­lia­ma Cham­ber­sa dla hra­bie­go Bran­dona w 1752 roku. Ten sam ar­chi­tekt za­pro­jek­to­wał So­mer­set Ho­use przy Stran­dzie. Gdy Ha­zel kupiła Bran­don Hall, był za­nie­dba­ny i po­pa­dał w ruinę. Kie­dy Hec­tor myślał o tym, ile pie­niędzy trze­ba było wydać, żeby do­pro­wa­dzić go do obec­ne­go sta­nu, z tru­dem opa­no­wy­wał dresz­cze. Mimo to nig­dy nie za­prze­czał, że ta bu­dow­la o ele­ganc­kich i ide­al­nie wyważonych pro­por­cjach jest bar­dzo piękna. Rok temu Ha­zel zajęła siódme miej­sce na liście naj­bo­gat­szych ko­biet świa­ta opu­bli­ko­wa­nej przez ma­ga­zyn „For­bes”, więc mogła so­bie po­zwo­lić na taki dom.

Na Boga, która ko­bie­ta przy zdro­wych zmysłach po­trze­bu­je szes­na­stu sy­pial­ni? Ale co tam kosz­ty, sko­ro łowie­nie ryb w rze­ce jest ta­kie wspa­niałe! War­te każdego do­la­ra, po­cie­szał się.

– Jedźmy, ko­cha­nie – po­wie­dział. – Będziesz mogła po­dzi­wiać wi­do­ki, kie­dy wrócimy. Prze­stań się gapić, bo spóźnimy się do Ala­na.

– Przyj­muję wy­zwa­nie – od­rzekła Ha­zel słodko i dodała gazu, zo­sta­wiając czar­ne ślady opon na as­fal­cie i siny obłok spa­lin unoszący się w po­wie­trzu.

Co­fając zgrab­nie na pod­ziem­ny par­king pod bu­dyn­kiem przy Har­ley Stre­et, z którego Alan Don­no­van za­brał wcześniej swój sa­mochód, aby zro­bić miej­sce dla jej fer­ra­ri, rzu­ciła okiem na ze­ga­rek.

– Go­dzi­na czter­dzieści osiem mi­nut! To chy­ba mój re­kord. Do umówio­nej wi­zy­ty po­zo­stał kwa­drans. Czy te­raz od­szcze­kasz swoją drwiącą uwagę, mądra­lo?

– Któregoś dnia wpad­niesz na ra­dar i będziesz mu­siała oddać praw­ko, ko­cha­nie.

– Mam ame­ry­kańskie pra­wo jaz­dy, ci uro­czy bry­tyj­scy po­li­cjan­ci nie mogą go tknąć.

Hec­tor od­pro­wa­dził Ha­zel do ga­bi­ne­tu Ala­na. Słysząc jej głos, le­karz wy­szedł z po­ko­ju, żeby ją przy­wi­tać. Był to rzad­ki wy­raz sza­cun­ku za­re­zer­wo­wa­ny dla członków ro­dzin królew­skich. Stanął w drzwiach, po­dzi­wiając jej wygląd. Luźna ciążowa su­kien­ka z Sea Is­land, z miękkiej bawełny, zo­stała za­pro­jek­to­wa­na spe­cjal­nie dla niej. Oczy Ha­zel błysz­czały, a skóra lśniła. Alan do­tknął war­ga­mi jej dłoni.

– Gdy­by wszy­scy moi pa­cjen­ci cie­szy­li się ta­kim do­sko­nałym zdro­wiem, byłbym bez pra­cy – rzekł.

– Jak długo ją za­trzy­masz, Ala­nie? – za­py­tał Hec­tor, wy­mie­niając uścisk dłoni z le­ka­rzem.

– Wiem, dla­cze­go chcesz ją jak naj­szyb­ciej od­zy­skać.

Fry­wol­ne żarty nie były w sty­lu Ala­na, więc Hec­tor zaśmiał się i powtórzył py­ta­nie:

– Kie­dy?

– Chcę zro­bić kil­ka badań i skon­sul­to­wać się ze współpra­cow­ni­ka­mi. Byłbyś łaskaw dać mi dwie i pół go­dzi­ny, Hec­to­rze? – Le­karz ujął Ha­zel za ramię i za­pro­wa­dził do ga­bi­ne­tu. Hec­tor pa­trzył, jak za­my­kają się za nimi drzwi. Chciał iść za żoną, przytłoczo­ny nagłym prze­czu­ciem nad­ciągającej ka­ta­stro­fy, ja­kie­go rzad­ko dotąd doświad­czał. Pragnął wy­pro­wa­dzić ją z ga­bi­ne­tu i przy­tu­lać bez końca. Po­trze­bo­wał dłuższej chwi­li, aby się opa­no­wać.

Nie bądź cho­ler­nym idiotą! Weź się w garść, Cross! – pomyślał, odwrócił się i skręcił w ko­ry­tarz pro­wadzący do wind.

Recep­cjo­nist­ka Ala­na Don­no­va­na ob­ser­wo­wała go obojętnym wzro­kiem. Była ładną Bry­tyjką afry­kańskie­go po­cho­dze­nia, o wiel­kich, błyszczących, ciem­nych oczach i zgrab­nej fi­gu­rze ukry­tej pod białym far­tu­chem. Na­zy­wała się Vic­to­ria Vu­sa­ma­zu­lu i miała dwa­dzieścia sie­dem lat. Po­cze­kała, aż przy­je­dzie win­da, a kie­dy za Hec­to­rem za­mknęły się drzwi, wyjęła z kie­sze­ni komórkę. Wy­brała nu­mer z li­sty kon­taktów, na której fi­gu­ro­wał pod „On”. Ode­brał po dru­gim sy­gna­le.

– Cześć! To ty, Aleu­tia­nie? – za­py­tała.

– Po­wie­działem ci, żebyś nie używała imion, dziw­ko! Zadrżała. Był taki wład­czy. Inny od mężczyzn, których znała.

Jej dłoń in­stynk­tow­nie powędro­wała w kie­run­ku le­wej pier­si. Była po­si­nia­czo­na i obo­lała po la­niu, ja­kie spuścił jej ostat­niej nocy. Po­tarła ją, czując, że bro­daw­ka tward­nie­je.

– Prze­pra­szam… za­po­mniałam – rzu­ciła ochrypłym głosem.

– Nie za­po­mnij wy­ka­so­wać tej roz­mo­wy, kie­dy skończy­my. Mów! Przy­je­chała?

– Tak, jest tu­taj, ale jej mąż wy­szedł. Po­wie­dział le­ka­rzo­wi, że wróci o trzy­na­stej trzy­dzieści.

– Do­sko­na­le! – Na li­nii za­padła ci­sza.

Dziew­czy­na od­sunęła apa­rat od ucha i spoj­rzała na nie­go. Od­dy­chała ciężko. Myślała o nim. O tym, jaki był twar­dy i gru­by, gdy się w niej po­ru­szał. Spoj­rzała w dół, czując, jak fala ciepła roz­le­wa się z kro­cza na uda.

– Gorąca jak na­pa­lo­na, mała, sprośna dziw­ka – wy­szep­tała. Właśnie tak ją na­zwał ostat­niej nocy. Pomyślała, że dok­tor Don­no­van nie będzie jej po­trze­bo­wał, bo zaj­mu­je się tą Cross. Wyszła z re­cep­cji i ru­szyła ko­ry­ta­rzem do to­a­le­ty. Za­mknęła się w ka­bi­nie, pod­ciągnęła spódniczkę i zsunęła majt­ki do ko­stek. Usiadła na de­sce, rozłożyła nogi i włożyła między nie rękę. Chciała, żeby to trwało dłużej, ale gdy do­tknęła tego miej­sca, nie mogła nad sobą za­pa­no­wać. Dy­szała i drżała z pod­nie­ce­nia.

Hec­tor wrócił dwie go­dzi­ny później i usiadł w skórza­nym fo­te­lu w po­cze­kal­ni na­prze­ciw­ko ga­bi­ne­tu Ala­na. Sięgnął po „Fi­nan­cial Ti­me­sa” leżącego na sto­li­ku i otwo­rzył na ra­por­tach FTSE1. Na­wet nie spoj­rzał na in­ter­kom dzwo­niący na biur­ku re­cep­cjo­nist­ki. Dziew­czy­na szepnęła coś ci­cho do mi­kro­fo­nu i odłożyła słuchawkę.

– Pa­nie Cross! – zawołała do nie­go. – Dok­tor Don­no­van chciałby za­mie­nić z pa­nem słówko. Byłby pan łaskaw wejść do jego ga­bi­ne­tu?

Hec­tor odłożył dzien­nik i ze­rwał się z fo­te­la. Znów po­czuł nagłe ukłucie nie­po­ko­ju. Lata doświad­czeń na­uczyły go ufać in­stynk­to­wi. Ja­kie po­nu­re wieści ma dla nie­go Alan? Prze­szedł szyb­kim kro­kiem przez po­cze­kal­nię i za­pu­kał do drzwi. Usłyszał stłumio­ny głos le­ka­rza za­pra­szający go do środ­ka. Ścia­ny ga­bi­ne­tu po­kry­te były dębo­wy­mi pa­ne­la­mi, a na półkach stały rzędy książek me­dycz­nych w skórza­nych opra­wach. Alan sie­dział za potężnym sta­rym biur­kiem, a Ha­zel na­prze­ciw­ko nie­go. Kie­dy Hec­tor wszedł do po­ko­ju, wstała i po­deszła, żeby go przy­wi­tać. Pro­mien­ny uśmiech nie po­twier­dził jego prze­czu­cia nad­ciągającej ka­ta­stro­fy. Hec­tor przy­tu­lił żonę.

– Wszyst­ko w porządku? – za­py­tał i spoj­rzał na Ala­na po­nad ja­snowłosą głową Ha­zel.

– Wszyst­ko gra! Mo­rze jest spo­koj­ne i wieją sprzy­jające wia­try! – za­pew­nił go le­karz. – Sia­daj­cie. Sia­daj­cie obo­je.

Usie­dli obok sie­bie i spoj­rze­li na nie­go z uwagą. Gi­ne­ko­log zdjął oku­la­ry i wy­czyścił je kawałkiem ir­chy.

– Wal śmiało! – zachęcił go Hec­tor.

– Dziec­ko jest zdro­we, ale Ha­zel nie jest już młoda.

– Jak żadne z nas – zgo­dził się Hec­tor. – Miło, że o tym wspo­mniałeś, Ala­nie.

– Dziec­ko jest go­to­we do po­ro­du, lecz Ha­zel może po­trze­bo­wać nie­wiel­kiej po­mo­cy.

– Ce­sar­skie cięcie? – spy­tała za­nie­po­ko­jo­na.

– Nie, skądże! Nie cho­dzi o tak skraj­ne roz­wiąza­nie. Miałem na myśli wywołanie po­ro­du.

– Mógłbyś nam to wyjaśnić, Ala­nie? – po­pro­sił Hec­tor.

– Ha­zel jest w czter­dzie­stym ty­go­dniu ciąży. Pod ko­niec ty­go­dnia będzie go­to­wa do po­ro­du. Obo­je za­szy­liście się w naj­większej dzi­czy hrab­stwa Hamp­shi­re. Ile cza­su zaj­mu­je wam do­tar­cie do Lon­dy­nu?

– Dwie i pół go­dzi­ny, jeśli szczęście do­pi­sze – od­parł Hec­tor. – Choć znam kie­rowców o ciężkiej no­dze, którzy po­ko­nują ten dy­stans w mniej niż dwie go­dzi­ny.

Ha­zel spoj­rzała na nie­go z kwaśną miną.

– Chcę, żebyście niezwłocznie prze­pro­wa­dzi­li się do wa­sze­go domu w Bel­gra­vii – po­wie­dział Alan, który kil­ka razy gościł u nich na obie­dzie. – W ten czwar­tek za­mie­rzam przyjąć Ha­zel na pry­wat­ny od­dział szpi­ta­la położni­cze­go przy Gre­at Por­t­land. To jed­na z naj­lep­szych placówek w kra­ju. W ra­zie cze­go będzie­cie na miej­scu w ciągu piętna­stu mi­nut, a jeśli do piątku nic się nie wy­da­rzy, zro­bię Ha­zel mały za­strzyk i wszyst­ko pójdzie jak z płatka, jak to się mówi.

Hec­tor odwrócił się do żony.

– Co o tym sądzisz, ko­cha­nie?

– Nie mam nic prze­ciw­ko temu. Jeśli o mnie cho­dzi, im szyb­ciej to zro­bi­my, tym le­piej. W Lon­dy­nie wszyst­ko jest go­to­we na nasz przy­jazd. Muszę tyl­ko za­brać parę rze­czy, na przykład książkę, którą czy­tam. Możemy się prze­nieść do mia­sta choćby ju­tro.

– Zna­ko­mi­cie. – Alan wstał ener­gicz­nie zza biur­ka. – Za­tem wi­dzi­my się najpóźniej w piątek.

Ha­zel przeszła przez po­cze­kal­nię, za­trzy­mała się przed biur­kiem re­cep­cjo­nist­ki i zaczęła szu­kać cze­goś w to­reb­ce. Po chwi­li wyjęła za­pa­ko­waną bu­te­leczkę per­fum Cha­nel i po­sta­wiła przed dziew­czyną.

– To małe po­dzięko­wa­nie dla cie­bie, Vic­to­rio. Byłaś taka uro­cza!

– Jest pani bar­dzo uprzej­ma, pani Cross. To nie było po­trzeb­ne!

Kie­dy zna­leźli się w win­dzie, Ha­zel za­py­tała:

– Za­brałeś swo­je­go ran­ge ro­ve­ra od Strat­sto­ne’a?

– Stoi za­par­ko­wa­ny po dru­giej stro­nie uli­cy. Za­wiozę cię na lunch, a później od­wiozę, żebyś mogła za­brać tę swoją starą za­rdze­wiałą brykę.

Dała mu sztur­chańca i wyszła z bu­dyn­ku. Podał jej ramię i prze­szli na drugą stronę Har­ley Stre­et. Kie­row­cy taksówek, widząc piękną, brze­mienną ko­bietę, za­trzy­my­wa­li się gwałtow­nie. Je­den z nich wy­chy­lił się przez okno z sze­ro­kim uśmie­chem. Dał jej znak, żeby przeszła przed jego ta­ryfą, i zawołał:

– Życzę szczęścia, ko­cha­niut­ka! Założę się, że to chłopiec!

Ha­zel po­ma­chała mu wesoło.

– Dam ci znać, jak się uro­dzi!

Żadne nie za­uważyło mo­to­cy­kla za­par­ko­wa­ne­go na miej­scu dla sa­mo­chodów do­staw­czych sto metrów da­lej. Kie­row­ca i siedzący na tyl­nym sio­dełku pasażer mie­li ręka­wicz­ki i ka­ski z przy­ciem­nia­ny­mi osłona­mi z plek­si­gla­su, które za­kry­wały im twa­rze. Kie­dy Ha­zel i Hec­tor do­tar­li do ran­ge ro­ve­ra, mo­to­cy­kli­sta przekręcił klu­czyk w sta­cyj­ce i potężna japońska ma­szy­na obu­dziła się do życia. Pasażer na sio­dełku oparł nogi na podpórkach, go­to­wy do jaz­dy. Hec­tor otwo­rzył drzwi po stro­nie pasażera i pomógł Ha­zel wsiąść, po czym szyb­ko ob­szedł sa­mochód. Wsko­czył za kie­row­nicę, uru­cho­mił sil­nik i włączył się do ru­chu. Mo­to­cy­kli­sta za­cze­kał, aż między nimi znaj­dzie się pięć po­jazdów, i ru­szył za ro­ve­rem. Utrzy­my­wał dy­stans i sta­rał się nie rzu­cać w oczy. Cros­so­wie ob­je­cha­li Mar­ble Arch i skręcili w kie­run­ku Ber­ke­ley Squ­are. Kie­dy ran­ge ro­ver stanął przed do­mem przy Da­vies Stre­et ozna­czo­nym nu­me­rem dwa, mo­to­cy­kli­sta prze­je­chał obok i skręcił w lewo na naj­bliższych światłach. Ob­je­chał kwar­tał i za­trzy­mał się w miej­scu, z którego roz­ciągał się do­bry wi­dok na front lo­ka­lu Al­fred’s Club. Za­uważył, że por­tier prze­sta­wił wóz nie­co da­lej.

Menedżer re­stau­ra­cji, Ma­rio, cze­kał w drzwiach, żeby ich po­wi­tać.

– Wi­tam panią i pana Crossów – po­wie­dział, pro­mie­niejąc. – Daw­no państwa nie wi­działem.

– Co ty opo­wia­dasz?! – wy­krzyknął Hec­tor. – Byliśmy tu dzie­sięć dni temu z lor­dem Ren­wic­kiem.

– To sta­now­czo zbyt daw­no, proszę pana – od­rzekł Ma­rio, pro­wadząc ich do ulu­bio­ne­go sto­li­ka.

Kie­dy szli przez salę, w re­stau­ra­cji za­padła ci­sza. Podążyły za nimi wszyst­kie spoj­rze­nia, bo każdy z gości wie­dział, kim są. Ha­zel wyglądała wspa­nia­le, na­wet w za­awan­so­wa­nej ciąży. Pra­wie prze­zro­czy­sta je­dwab­na su­kien­ka wy­dy­mała się wokół niej ni­czym różany obłok, a to­reb­ka ze skóry kro­ko­dy­la była tak piękna, że wszyst­kie ko­bie­ty na sali miały ochotę popełnić sa­mobójstwo.

Ma­rio od­sunął jej krzesło i rzekł:

– Czy mogę za­pro­po­no­wać pani sałatkę grejp­fru­tową, a po niej gril­lo­wa­ne małże świętego Ja­ku­ba? Dla pana, pa­nie Cross, bef­sztyk ta­tar­ski, jak zwy­kle bar­dzo pi­kant­ny, a po nim ho­ma­ra w so­sie char­don­nay?

– Jak za­wsze, Ma­rio. – Hec­tor skinął z po­wagą głową. – Po­daj pani Cross bu­telkę wody Per­rier w kubełku lodu, a mnie bu­telkę Vo­sne-Ro­ma­nee Aux Mal­con­sorts rocz­nik tysiąc dzie­więćset dzie­więćdzie­siąty trze­ci, z mo­ich pry­wat­nych za­pasów.

– Już po­zwo­liłem so­bie to zro­bić, pa­nie Cross. Piętnaście mi­nut temu spraw­dziłem tem­pe­ra­turę bu­tel­ki. Wy­no­siła dokład­nie szes­naście stop­ni Cel­sju­sza. Czy mam kazać kel­ne­ro­wi ją otwo­rzyć?

– Dziękuję, Ma­rio. Wiem, że za­wsze mogę na to­bie po­le­gać.

– Sta­ra­my się robić wszyst­ko, żeby państwa za­do­wo­lić.

Kie­dy me­nedżer się od­da­lił, Ha­zel po­chy­liła się nad stołem i położyła dłoń na przed­ra­mie­niu męża.

– Uwiel­biam pańskie małe ry­tuały, pa­nie Cross. Nie wiem dla­cze­go, ale do­dają mi otu­chy. – Uśmiechnęła się. – Cay­la uważała, że są za­baw­ne. Pamiętasz, jak się śmia­liśmy, kie­dy cię naśla­do­wała?

– Jaka mat­ka, taka córka – od­rzekł Hec­tor, uśmie­chając się do niej.

Jakiś czas temu Ha­zel nie była w sta­nie głośno wymówić imie­nia „Cay­la”. Jej córka zo­stała bru­tal­nie za­mor­do­wa­na, a zabójcy oka­le­czy­li zwłoki. Kie­dy Ha­zel do­wie­działa się, że nosi dziec­ko Hec­to­ra, było to dla niej praw­dzi­wym oczysz­cze­niem. Wymówiła imię córki, szlo­chając w jego ra­mio­nach.

– Cay­la! Urodzę ko­lejną maleńką Caylę. – Rany się za­goiły; te­raz mogła już swo­bod­nie roz­ma­wiać o swo­im nieżyjącym dziec­ku. Gdy kel­ner przy­niósł per­rie­ra, upiła łyk i za­py­tała: – Myślisz, że Ca­the­ri­ne Cay­la Cross będzie miała ja­sne włosy i nie­bie­skie oczy, jak jej star­sza sio­stra? – Już wy­brała imię dziec­ka w hołdzie dla nieżyjącej córki.

– Myślę, że dziec­ko będzie miało na bro­dzie czarną szcze­cinę jak jego oj­ciec – od­rzekł prze­kor­nie Hec­tor. On też ko­chał za­mor­do­waną dziew­czynę. Cay­la była ma­gne­sem, który wbrew wszyst­kie­mu przy­ciągnął ich do sie­bie. Hec­tor pra­co­wał jako szef ochro­ny kon­cer­nu Ban­nock Oil, kie­dy Ha­zel odzie­dzi­czyła firmę po śmier­ci męża.

Początko­wo nie zno­siła Cros­sa, cho­ciaż za­trud­nił go jej uko­cha­ny zmarły małżonek. Do­sko­na­le znała hi­sto­rię i re­pu­tację Hec­to­ra; czuła od­razę do bru­tal­nych me­tod, które cza­sa­mi sto­so­wał, aby chro­nić majątek fir­my i jej pra­cow­ników. Był żołnie­rzem i wal­czył jak żołnierz. Nie oka­zy­wał litości wro­gom. Na do­da­tek sta­now­czo sprze­ci­wiał się de­li­kat­niej­szym, ko­bie­cym me­todom Ha­zel. Pod­czas ich pierw­sze­go spo­tka­nia ostrzegła, że zwol­ni go pod naj­drob­niej­szym pre­tek­stem.

W wy­god­nym i do­stat­nim życiu Ha­zel nie­ocze­ki­wa­nie za­pa­no­wał cha­os. Uko­cha­na córka, je­dy­na po­cie­cha w jej sa­mot­nym życiu, zo­stała po­rwa­na przez afry­kańskich pi­ratów. Ha­zel użyła swo­ich pie­niędzy i wpływów w kręgach władzy, żeby ją oca­lić, ale nikt nie mógł jej pomóc, na­wet pre­zy­dent Stanów Zjed­no­czo­nych. Nie po­tra­fio­no usta­lić miej­sca, w którym prze­trzy­my­wa­no Caylę. Ha­zel, będąc u kre­su sił, za­po­mniała o du­mie i zwróciła się do okrut­ne­go, bru­tal­ne­go i bez­li­to­sne­go żołnie­rza, którego nie­na­wi­dziła i którym po­gar­dzała. Do Hec­to­ra Cros­sa.

Wy­tro­pił kryjówkę po­ry­wa­czy na roz­ległej afry­kańskiej pu­sty­ni, gdzie prze­trzy­my­wa­li Caylę. So­ma­lij­czy­cy trak­to­wa­li ją okrut­nie. Hec­tor wy­ru­szył do twier­dzy ze swo­imi ludźmi, odbił dziew­czynę i prze­wiózł w bez­piecz­ne miej­sce. Pod­czas ope­ra­cji uwol­nie­nia Cay­li dowiódł Ha­zel, że jest uczci­wym człowie­kiem o wy­so­kich stan­dar­dach mo­ral­nych, któremu może za­ufać. Uległa pociągowi, który tak skrzętnie tłumiła pod­czas ich pierw­sze­go spo­tka­nia. Kie­dy zbliżyli się do sie­bie, od­kryła, że pod sta­lo­wym pan­ce­rzem kry­je się ser­decz­ny, wrażliwy i ko­chający człowiek.

Te­raz spoj­rzała na nie­go i wyciągnęła rękę nad stołem, aby ująć jego dłoń.

– Kie­dy sie­dzisz obok mnie i czuję w so­bie Ca­the­ri­ne Caylę, zno­wu wszyst­ko jest do­sko­nałe.

– I ta­kie po­zo­sta­nie – za­pew­nił Hec­tor żonę, znów czując na ple­cach zim­ny dreszcz. Wie­dział, że kusi los. Choć czu­le się do niej uśmie­chał, pamiętał, że od­bi­cie Cay­li nie było końcem ich kłopotów. Fa­na­ty­cy, którzy ją po­rwa­li, nie złożyli bro­ni. Wy­najęli zbirów, a ci za­mor­do­wa­li Caylę, a następnie wysłali Ha­zel jej głowę. Hec­tor i Ha­zel mu­sie­li wkro­czyć do ak­cji, aby uni­ce­stwić po­two­ra, który zruj­no­wał im życie.

Może tym ra­zem to na­prawdę ko­niec, pomyślał, przy­pa­trując się twa­rzy żony, gdy mówiła o Cay­li.

– Pamiętasz, jak uczyłeś ją wędko­wać?

– Miała na­tu­ral­ny ta­lent. Wy­star­czyła krótka lek­cja, a po­tra­fiła rzu­cić muszkę na od­ległość czter­dzie­stu pięciu metrów i to nie­za­leżnie od wia­tru. Wie­działa in­stynk­tow­nie, jak zna­leźć do­bre miej­sce.

– Pamiętasz ogrom­ne­go łoso­sia, którego złowi­liście w Nor­we­gii?

– Tego po­two­ra? Trzy­małem ją w pa­sie, a on o mało nie wciągnął nas do rze­ki. – Hec­tor się roześmiał.

– Nig­dy nie za­pomnę dnia, w którym oświad­czyła, że nie będzie mar­szandką. Wbrew moim pla­nom. Po­wie­działa, że zo­sta­nie we­te­ry­na­rzem. Pra­wie wpadłam w de­presję!

– Była nie­posłuszna!

– Nie­posłuszna? To ty byłeś nie­posłuszny! Cały czas ją po­pie­rałeś. Obo­je mnie do tego prze­ko­na­liście.

– To praw­da… miała na mnie zły wpływ – przy­znał Hec­tor.

– Cay­la cię ko­chała. Prze­cież wiesz. Ko­chała cię jak ojca.

– To jed­na z naj­przy­jem­niej­szych rze­czy, ja­kie w życiu usłyszałem.

– Do­bry z cie­bie człowiek, Hec­to­rze Cros­sie. – W oczach Ha­zel błysnęły łzy. – Ca­the­ri­ne Cay­la też będzie cię ko­chała. Wszyst­kie trzy two­je dziew­czy­ny cię ko­chają. – Na­gle wstrzy­mała od­dech i chwy­ciła się za brzuch. – Do­bry Boże! Kopnęła jak muł! Pew­nie zga­dza się z tym, co przed chwilą po­wie­działam. – Wy­buchnęli śmie­chem. Goście siedzący przy sąsied­nich sto­li­kach odwrócili głowy i uśmiechnęli się z sym­pa­tią, ale Cros­so­wie byli tak pochłonięci sobą, że nie zwra­ca­li na ni­ko­go uwa­gi.

Mie­li mnóstwo wspo­mnień i te­matów do roz­mo­wy. Ich życie było pełne zma­gań i śmiałych przed­sięwzięć. Obo­je od­nieśli wspa­niałe zwy­cięstwa i dru­zgoczące porażki, choć ka­rie­ra Ha­zel była o wie­le bar­dziej spek­ta­ku­lar­na. Kie­dy za­czy­nała, miała tyl­ko od­wagę i de­ter­mi­nację. W wie­ku dzie­więtna­stu lat wy­grała pierw­szy tur­niej te­ni­so­wy Wiel­kie­go Szle­ma. Mając dwa­dzieścia je­den lat, poślubiła po­ten­ta­ta naf­to­we­go Hen­ry’ego Ban­noc­ka i uro­dziła mu córkę. Hen­ry zmarł, gdy Ha­zel miała trzy­dzieści lat. Mu­siała przejąć kon­trolę nad fir­ma­mi wchodzącymi w skład kon­cer­nu Ban­nock Oil.

Świat wiel­kich firm przy­po­mi­na eks­klu­zyw­ny klub. In­tru­zi i ka­rie­ro­wi­cze nie są tam mile wi­dzia­ni. Nikt nie chciał po­sta­wić na byłą te­ni­sistkę i gwiazdę sa­lonów, która na­gle stała się naf­tową ba­ro­nessą. Nikt nie wziął pod uwagę jej wro­dzo­ne­go ta­len­tu do in­te­resów ani tego, że uczyła się przez lata pod opie­kuńczy­mi skrzydłami Hen­ry’ego Ban­noc­ka, co było war­te set­ki dy­plomów MBA. Ni­czym tłumy zgro­ma­dzo­ne w rzym­skim cyr­ku, wro­go­wie i kry­ty­cy za­mar­li w prze­rażającym ocze­ki­wa­niu na chwilę, w której Ha­zel Ban­nock zo­sta­nie roz­szar­pa­na przez lwy. Wte­dy, ku roz­cza­ro­wa­niu wszyst­kich, roz­poczęła eks­plo­atację złoża Zara 8.

Hec­tor do­sko­na­le pamiętał okładkę ma­ga­zy­nu „For­bes” z Ha­zel w białym stro­ju do te­ni­sa, trzy­mającą w pra­wej ręce ra­kietę. Nad fo­to­gra­fią wid­niał na­pis: Ha­zel Ban­nock ograła prze­ciw­ników. Naj­potężniej­szy ser­wis naf­to­wy ostat­nie­go trzy­dzie­sto­le­cia.

W głębi afry­kańskie­go lądu, w za­po­mnia­nym przez Boga bied­nym małym Emi­ra­cie Abu Zara, znaj­do­wało się pole naf­to­we należące nie­gdyś do kon­cer­nu Shell. Po zakończe­niu dru­giej woj­ny świa­to­wej Shell osu­szył pod­ziem­ne zbior­ni­ki, po­rzu­cił wy­czer­pa­ne złoże i wszy­scy o nim za­po­mnie­li.

Do cza­su, gdy Ha­zel za kil­ka mar­nych mi­lionów do­larów kupiła kon­cesję. Eks­per­ci po­sztur­chi­wa­li się łokcia­mi i uśmie­cha­li pod no­sem. Igno­rując pro­te­sty do­radców, Ha­zel Ban­nock wydała mnóstwo pie­niędzy, pro­wadząc od­wier­ty w nie­wiel­kim pod­ziem­nym zbior­ni­ku na północ­nym krańcu złoża. Sześćdzie­siąt lat wcześniej, sto­sując pry­mi­tyw­ne me­to­dy po­szu­ki­waw­cze, uzna­no go za od­nogę główne­go złoża. Ówcześni geo­lo­go­wie do­szli do wnio­sku, że ropa znaj­dująca się w tym re­jo­nie daw­no temu prze­do­stała się do główne­go zbior­ni­ka i zo­stała wy­pom­po­wa­na na po­wierzch­nię, co spra­wiło, że pole nie miało żad­nej war­tości.

Wiertła pani Ban­nock prze­biły nie­prze­pusz­czal­ne sol­ne skle­pie­nie dia­pi­ru i do­tarły do pod­ziem­nej ko­mo­ry, w której zo­stały uwięzio­ne ogrom­ne pokłady ropy. Sprężone gazy wy­strze­liły z taką siłą, że wy­rzu­ciły sta­lo­we wiertło ni­czym pastę do zębów z tub­ki. Do­sko­nałej jakości ropa strze­liła w nie­bo na wy­so­kość se­tek metrów. W końcu stało się ja­sne, że sta­re pola naf­to­we od Zara i do Zara 7, które zo­stały po­rzu­co­ne przez Shel­la, sta­no­wią je­dy­nie ułamek za­sobów.

Wspo­mi­na­nie tam­tych wy­da­rzeń zbliżyło ich do sie­bie. Po­chy­li­li się nad sto­li­kiem, pogrążeni w opo­wieściach, które słysze­li wie­le razy, ale nadal od­kry­wa­li w nich rze­czy nowe i in­try­gujące. W pew­nej chwi­li Hec­tor pokręcił z po­dzi­wem głową.

– Mój Boże! Ko­bie­to, czy ty nig­dy nie dałaś się zniechęcić ni­ko­mu ani ni­cze­mu? Do­ko­nałaś tego sama, wy­bie­rając tak trudną drogę!

Spoj­rzała na nie­go błyszczącymi ocza­mi i uśmiechnęła się pro­mien­nie.

– Nie ro­zu­miesz? Życie nig­dy nie miało być łatwe. Gdy­by było, nie przed­sta­wiałoby żad­nej war­tości. Ale dość ga­da­nia o mnie. Po­roz­ma­wiaj­my o to­bie.

– Prze­cież wiesz o mnie wszyst­ko. Opo­wia­dałem ci pięćdzie­siąt razy.

– Ra­cja, ale zrób to pięćdzie­siąty pierw­szy raz. Opo­wiedz mi o dniu, w którym zabiłeś lwa. Ze wszyst­ki­mi szczegółami. Tyl­ko nie od­wa­laj fu­szer­ki, bo jeśli coś po­mi­niesz, zo­rien­tuję się.

– Do­brze. Z lwem było tak. Uro­dziłem się w Ke­nii, ale moi ro­dzi­ce byli Bry­tyj­czy­ka­mi, więc je­stem praw­dzi­wym oby­wa­te­lem Wiel­kiej Bry­ta­nii… – Prze­rwał na chwilę.

– Na­zy­wa­li się Bob i She­ila… – pod­po­wie­działa.

– Na­zy­wa­li się Bob i She­ila Cros­so­wie. Oj­ciec miał dwa­dzieścia pięć tysięcy hek­tarów pierw­szorzędnych pa­stwisk gra­niczących z re­zer­wa­tem Ma­sajów. Ho­do­wał na nich po­nad dwa tysiące krów rasy brah­man. W dzie­ciństwie to­wa­rzy­sza­mi mo­ich za­baw byli głównie ma­saj­scy chłopcy, moi rówieśnicy.

– Był też twój młod­szy brat – przy­po­mniała mu Ha­zel.

– Tak, mój bra­ci­szek Ted­dy. Chciał zo­stać ho­dowcą bydła, jak oj­ciec. Zro­biłby dosłownie wszyst­ko, żeby za­do­wo­lić sta­rusz­ka. Ja chciałem być żołnie­rzem, jak mój wu­jek, który zginął pod­czas woj­ny, walcząc z Rom­m­lem pod El Ala­me­in, na pu­sty­ni w Afry­ce Północ­nej. Dzień, w którym oj­ciec posłał mnie do szkoły dla chłopców w Na­iro­bi, tej pod pa­tro­na­tem księcia Yor­ku, był naj­gor­szym dniem w moim życiu.

– Nie­na­wi­dziłeś tego miej­sca, praw­da?

– Nie­na­wi­dziłem obo­wiązujących tam reguł i ogra­ni­czeń. Przy­wykłem do życia w dzi­czy, na swo­bo­dzie.

– Byłeś bun­tow­ni­kiem.

– Oj­ciec po­wie­dział, że je­stem bun­tow­ni­kiem i zwa­rio­wa­nym dzi­ku­sem. Ale mówił to z uśmie­chem. Jed­nak w ostat­niej kla­sie byłem trze­ci, jeśli cho­dzi o stop­nie. Wy­bra­no mnie też na ka­pi­ta­na pierw­szej z piętna­stu drużyn rug­by. Kie­dy miałem szes­naście lat, uznałem, że dość już na­uki.

– Wte­dy zabiłeś lwa! – Ha­zel po­chy­liła się nad stołem i wzięła męża za rękę. Jej oczy zalśniły ocze­ki­wa­niem. – Uwiel­biam ten frag­ment opo­wieści, bo wstęp jest trochę nud­ny. Wiesz, za mało krwi i be­bechów.

– Moi ko­le­dzy Ma­sa­jo­wie szy­ko­wa­li się do wejścia w do­rosły wiek. Udałem się do wio­ski, żeby po­ga­dać z wo­dzem. Po­wie­działem, że chcę zo­stać mo­ra­ni, jak oni. Wiesz, ma­saj­skim wo­jow­ni­kiem…

Skinęła głową.

– Wódz wysłuchał mnie uważnie, a później po­wie­dział, że nie je­stem praw­dzi­wym Ma­sa­jem, bo nie zo­stałem ob­rze­za­ny. Spy­tał, czy chcę zo­stać ob­rze­za­ny przez ich sza­ma­na. Po namyśle od­rzu­ciłem tę pro­po­zycję.

– Do­brze postąpiłeś – po­chwa­liła go Ha­zel. – Wolę cię ta­kie­go, ja­kie­go stwo­rzył cię Bóg.

– Miło, że to mówisz, ale wróćmy do opo­wieści. Po­wie­działem o tym moim kom­pa­nom, którzy byli nie­mal tak przygnębie­ni jak ja. Spie­ra­liśmy się o to całymi dnia­mi, aż w końcu do­szliśmy do wnio­sku, że sko­ro nie mogę być praw­dzi­wym mo­ra­ni, mogę przy­najm­niej upo­lo­wać lwa. Wte­dy stanę się więcej niż w połowie taki jak ma­saj­ski wo­jow­nik.

– Był tyl­ko je­den mały pro­blem, praw­da?

– Pro­blem po­le­gał na tym, że ke­nij­ski rząd, w którym ple­mię Ma­sajów było słabo re­pre­zen­to­wa­ne, za­bro­nił od­pra­wia­nia ry­tuału lwa to­wa­rzyszącego wkro­cze­niu chłopców w wiek męski. Lwy były pod ochroną na te­ry­to­rium całego kra­ju.

– Wte­dy wy­da­rzyło się coś przy­po­mi­nającego boską in­ter­wencję.

Hec­tor się uśmiechnął.

– A jakże! Dar z nie­ba! –przy­taknął. – Młod­szy i sil­niej­szy ry­wal wypędził sta­re­go lwa z Par­ku Na­ro­do­we­go Ma­sai Mara, który gra­ni­czył z zie­mią ple­mie­nia. Nie mając lwi­cy, która by za nie­go po­lo­wała, lew zmu­szo­ny był opuścić strefę chro­nioną i po­szu­kać łatwiej­szej zdo­by­czy niż ze­bry i an­ty­lo­py. Zaczął od bydła Ma­sajów, sta­no­wiącego bo­gac­two ple­mie­nia. Jak­by tego było mało, zabił młodą ko­bietę, która poszła do stud­ni na­czer­pać wody dla ro­dzi­ny. Ku ucie­sze i pod­nie­ce­niu mo­ich przy­ja­ciół Ma­sajów, Ke­nij­ski Wy­dział do spraw Dzi­kiej Zwie­rzy­ny wydał ze­zwo­le­nie na za­bi­cie sta­re­go dra­nia. Po­nie­waż po la­tach za­przy­jaźniłem się z ple­mie­niem, byłem duży i sil­ny jak na swój wiek oraz wy­trwa­le ćwi­czyłem walkę na kije i dzi­dy, star­si za­pro­si­li mnie, żebym wy­ru­szył na po­lo­wanie z in­ny­mi kan­dy­da­ta­mi na mo­ra­ni.

Hec­tor prze­rwał, bo kel­ner dolał do jego kie­lisz­ka czer­wo­ne­go wina, a następnie dopełnił szklankę Ha­zel per­rie­rem. Cross po­dziękował, po czym zwilżył war­gi bur­gun­dem i podjął opo­wieść:

– Lew nie za­bi­jał i nie jadł od ty­go­dnia, więc wszy­scy cze­ka­liśmy w napięciu, aż głód zmu­si go do wy­ru­sze­nia na łowy. Szóste­go wie­czo­ru, kie­dy robiło się ciem­no, dwaj mali nadzy pa­stusz­ko­wie przy­bie­gli do wio­ski z do­bry­mi wieścia­mi. Kie­dy pędzi­li bydło do stud­ni, lew za­ata­ko­wał. Przy­czaił się w gęstej tra­wie obok ścieżki, z wia­trem. Ru­szył, gdy sta­do zna­lazło się w od­ległości dzie­sięciu kroków od nie­go. Za­nim zwierzęta zdążyły się roz­pro­szyć, sko­czył na grzbiet pięcio­let­niej brze­mien­nej kro­wy. Za­to­pił kły w jej kar­ku, jed­no­cześnie wbi­jając długie żółte pa­zu­ry wiel­kich łap w jej mordę. Później z całej siły szarpnął jałówkę do tyłu. Kręgosłup szyj­ny chrupnął i kro­wa padła mar­twa. Ugięła przed­nie nogi i wyrżnęła łbem o zie­mię, wzbi­jając obłoki ku­rzu. Lew odsko­czył, żeby nie zmiażdżyło go jej ważące nie­mal sie­dem­set ki­lo­gramów ciel­sko.

– Nadal nie mogę uwie­rzyć, że był wy­star­czająco sil­ny, aby z taką łatwością zabić ogrom­ne zwierzę – po­wie­działa Ha­zel z nutką po­dzi­wu w głosie.

– Nie tyl­ko zabić. Zdołał za­wlec tę krowę w trawę, trzy­mając ją tak wy­so­ko, że po zie­mi ciągnęły się tyl­ko ko­py­ta.

– Mów da­lej! – po­na­gliła go. – Nie zwra­caj uwa­gi na moje głupie py­ta­nia! Opo­wia­daj!

– Było już ciem­no, więc mu­sie­liśmy po­cze­kać do świtu. Tam­tej nocy żaden z nas nie zmrużył oka. Sie­dzie­liśmy wokół ogni­ska i słucha­liśmy opo­wieści star­szych o tym, cze­go po­win­niśmy się spo­dzie­wać, gdy sta­nie­my oko w oko ze sta­rym lwem o ta­kich umiejętnościach. Nie mie­liśmy ocho­ty na żarty i roz­ma­wia­liśmy przy­ci­szo­ny­mi głosa­mi. Było jesz­cze ciem­no, kie­dy na­rzu­ci­liśmy pe­le­ry­ny z czar­nej ko­ziej skóry, żeby osłonić się przed chłodem po­ran­ka. Pod pe­le­ry­na­mi byliśmy nadzy. Uzbro­iliśmy się w obciągnięte nie­wy­pra­wioną skórą tar­cze i krótkie dzi­dy, które na­ostrzy­liśmy tak, że krawędzią można było zgo­lić włosy z przed­ra­mie­nia. Było nas trzy­dzie­stu dwóch. Pacz­ka bra­ci. Wy­ru­szy­liśmy na spo­tka­nie lwa ze śpie­wem na ustach.

– Można by pomyśleć, że śpiew ostrzeże lwa i go spłoszy – wtrąciła Ha­zel.

– Trze­ba znacz­nie więcej, żeby odpędzić lwa od upo­lo­wa­nej zdo­by­czy – wyjaśnił Hec­tor. – Śpie­wa­liśmy, aby rzu­cić mu wy­zwa­nie. Wzy­wa­liśmy go, by stanął do wal­ki. Oczy­wiście w ten sposób do­da­wa­liśmy so­bie od­wa­gi. Śpie­wa­liśmy i tańczy­liśmy, żeby roz­grzać krew. Dźgaliśmy po­wie­trze dzi­da­mi, żeby roz­luźnić mięśnie ra­mion. Młode nie­zamężne dziewczęta szły za nami w pew­nej od­ległości, by zo­ba­czyć, kto sta­wi czoło zwierzęciu, a kto da dra­pa­ka, kie­dy lew sta­nie na­prze­ciw­ko nas w całej swej do­stoj­nej potędze.

Cho­ciaż Ha­zel słyszała tę opo­wieść kil­ka­naście razy, ob­ser­wo­wała jak urze­czo­na twarz Hec­to­ra, jak­by robił to pierw­szy raz.

– Słońce zaczęło wscho­dzić. Na ho­ry­zon­cie przed nami uka­zał się wierz­chołek słonecz­nej tar­czy, ja­sny jak roz­to­pio­ny me­tal wyciągnięty z pie­ca. Cho­ciaż pro­mie­nie nas ośle­piały, wie­dzie­liśmy, gdzie zna­leźć na­sze­go lwa. Za­uważyliśmy, że wierz­chołki traw się kołyszą, choć nie było wia­tru, a później usłysze­liśmy ryk lwa tak potężny, że ser­ca w nas za­marły, a wnętrzności się ścisnęły. Mie­liśmy nogi jak z waty. Sta­wia­liśmy ostrożnie każdy ta­necz­ny krok, zmie­rzając na jego spo­tka­nie.

Lew leżał za martwą krową, lecz na­gle się pod­niósł. Miał na­stro­szoną grzywę, która two­rzyła wokół jego łba ma­je­sta­tyczną ko­ronę. Płonęła złoci­stym światłem, podświe­tlo­na od tyłu pro­mie­nia­mi słońca. Wy­da­wała się po­dwa­jać jego roz­mia­ry. Za­ry­czał donośnie. Owionął nas po­dmuch jego od­de­chu, głos za­marł nam w gardłach. Zbi­liśmy się w gro­madę i od­krzyknęliśmy, żeby oka­zać swo­je męstwo, i wy­szliśmy mu na­prze­ciw. Oto­czy­liśmy go ze wszyst­kich stron tak, by nie miał dokąd uciec. Zbliżaliśmy się do nie­go, a on kręcił łbem z boku na bok, uważnie nas ob­ser­wując.

– Boże! – Ha­zel wes­tchnęła. – Wiem, co się wy­da­rzy, ale nie mogę wy­trzy­mać tego napięcia.

– Na­gle prze­stał kołysać łbem, a jego ogon po­ru­szał się, sma­gając boki lwa czar­nym końcem. Stałem pośrod­ku sze­re­gu, na ho­no­ro­wym miej­scu. Byłem tak bli­sko, że wyraźnie wi­działem jego śle­pia. Były żółte i błyszczące. Błyszczące i utkwio­ne we mnie.

– Dla­cze­go pa­trzył aku­rat na cie­bie, Hec­to­rze? Dla­cze­go, ko­cha­nie? – Po­ru­szyła nie­cier­pli­wie głową; była tak prze­rażona, jak­by opi­sy­wa­na sce­na roz­gry­wała się na jej oczach.

– Bóg je­den wie. – Hec­tor wzru­szył ra­mio­na­mi. – Może dla­te­go że stałem pośrod­ku? Nie, ra­czej dla­te­go, że moje bla­de ciało od­ci­nało się od ciem­niej­szych, które mnie ota­czały.

– Mów da­lej! Opo­wiedz mi jesz­cze raz, jak to się skończyło.

– Lew przy­kucnął, szy­kując się do ata­ku. Prze­stał po­ru­szać ogo­nem. Wy­pro­sto­wał go i lek­ko uniósł zwi­nięty ko­niec. Później trzepnął nim dwa razy i na­tarł pro­sto na mnie. Pełzł ni­sko przy zie­mi, tak szyb­ko, że wy­da­wał się płowym pro­my­kiem światła, ulot­nym, ale śmier­tel­nie groźnym. W ciągu tam­tej krótkiej chwi­li po­znałem, czym jest strach. Wszyst­ko wokół za­marło. Po­wie­trze stało się gęste i ciężkie, trud­no było od­dy­chać. Jak­bym zna­lazł się w pułapce na mo­kradłach. Naj­mniej­szy ruch wy­ma­gał ogrom­ne­go wysiłku. Ze­brałem się w so­bie za skórzaną tarczą i uniosłem dzidę. Pro­mień słońca odbił się od wy­po­le­ro­wa­ne­go gro­ta i błysnął w mo­ich oczach. Syl­wet­ka lwa sta­wała się co­raz większa, aż wypełniła całe pole mo­je­go wi­dze­nia. Wy­ce­lo­wałem dzidę w śro­dek jego pier­si, która pod­no­siła się i opa­dała, ogłuszając mnie mor­derczą furią. Potężny ryk przy­po­mi­nał huk pędzącej pełną parą lo­ko­mo­ty­wy. Wziąłem się w garść. W ostat­niej chwi­li, za­nim całym ciężarem runął na moją tarczę, po­chy­liłem się i dźgnąłem czub­kiem dzi­dy. Za sprawą ciężaru i pędu lwa ostrze wbiło się tak głęboko, że drzew­ce pogrążyło się do połowy. Cho­ciaż umie­rał, od­rzu­cił mnie do tyłu i stanął przede mną, orząc tarczę pa­zu­ra­mi, rycząc z wściekłości i ago­nii pro­sto w moją twarz.

Ha­zel zadrżała, myśląc o sce­nie, którą Hec­tor opi­sał.

– To strasz­ne! Do­stałam gęsiej skórki na rękach… ale nie prze­sta­waj. Mów da­lej, Hec­to­rze. Po­wiedz, jak to się skończyło.

– Na­gle ze­sztyw­niał. Wygiął grzbiet, roz­warł szczęki i obry­zgał potężnym stru­mie­niem krwi moją głowę i górną część tułowia, za­nim to­wa­rzy­sze go ze mnie ściągnęli i zadźgali tysiącem ciosów.

– Je­stem prze­rażona, gdy pomyślę, jak mogło się to skończyć. Mo­gli­byśmy nig­dy się nie po­znać, nie przeżyć ra­zem tylu wspa­niałych chwil. Co po­wie­dział oj­ciec, kie­dy wróciłeś tam­te­go dnia na ran­czo? – chciała wie­dzieć Ha­zel.

– Na­tych­miast wy­ru­szyłem w drogę po­wrotną do wiel­kie­go sta­re­go domu kry­te­go strzechą. Gdy do­tarłem na miej­sce, było już popołudnie. Moja ro­dzi­na sie­działa przy sto­le na we­ran­dzie od fron­tu. Przy­wiązałem ko­nia do poręczy i po­wo­li wszedłem po stop­niach. Kie­dy zo­ba­czyłem twa­rze naj­bliższych, eu­fo­ria wy­pa­ro­wała. Do­pie­ro wte­dy zro­zu­miałem, że za­po­mniałem się umyć. Krew lwa zaschła na mo­ich włosach i skórze. Twarz po­kry­wała krwa­wa sko­ru­pa. Krew przy­lgnęła do ubra­nia, sczer­niała na dłoniach i pod pa­znok­cia­mi. Pełne napięcia mil­cze­nie prze­rwał mój młod­szy brat Ted­dy. Za­chi­cho­tał jak uczen­ni­ca. Wiesz, Ted­dy był zgry­wu­sem. Mat­ka wy­buchnęła płaczem i ukryła twarz w dłoniach. Płakała, bo wie­działa, co po­wie oj­ciec. Sta­ry pod­niósł się, a miał pra­wie metr dzie­więćdzie­siąt wzro­stu, spo­chmur­niał i wy­krzy­wił się z wściekłości. Przez chwilę nic nie mówił. Później jego twarz z wol­na się roz­po­go­dziła. „Byłeś z tymi czar­ny­mi dzi­ku­sa­mi, synu?” – spy­tał.

„Tak, oj­cze”, przy­taknąłem. Do sta­re­go za­wsze mówiłem „oj­cze”, rzad­ko „tato”, a już nig­dy „ta­tu­siu”. „Tak, oj­cze”, powtórzyłem. Na­gle wy­raz jego twa­rzy się zmie­nił.

„Upo­lo­wałeś lwa jak ci cho­ler­ni ma­saj­scy mo­ra­ni, co?”

„Tak, oj­cze”, przy­taknąłem, a mat­ka znów zalała się łzami. Oj­ciec pa­trzył na mnie przez dłuższą chwilę dziw­nym wzro­kiem, a ja stałem przed nim na bacz­ność. „Wal­czyłeś dziel­nie, czy stchórzyłeś?” – spy­tał w końcu.

„Wal­czyłem, oj­cze”. Znów na dłuższą chwilę za­padła ci­sza. W końcu sta­ry rzekł: „Idź do swo­je­go dom­ku i do­pro­wadź się do porządku. Później przyjdź do ga­bi­ne­tu”. Ta­kie za­pro­sze­nie równało się zwy­kle wy­ro­ko­wi śmier­ci lub co naj­mniej set­ce batów.

– Co się później stało? – spy­tała Ha­zel, choć do­sko­na­le znała dal­szy ciąg opo­wieści.

– Kil­ka mi­nut później za­pu­kałem do drzwi jego ga­bi­ne­tu. Miałem na so­bie szkolną ma­ry­narkę i czystą białą ko­szulę z kra­wa­tem. Moje buty lśniły, a wil­got­ne włosy były sta­ran­nie ucze­sa­ne.

„Wejść!” – ryknął oj­ciec. Wma­sze­ro­wałem do po­ko­ju i stanąłem przed jego biur­kiem.

„Je­steś cho­ler­nym dzi­ku­sem, stwier­dził sta­now­czo. Zupełnie nie­ucy­wi­li­zo­wa­nym dzi­kim. Widzę dla cie­bie tyl­ko jedną na­dzieję”.

„Tak, oj­cze!”, od­po­wie­działem, choć ser­ce mi stanęło. Wie­działem, co będzie.

„Usiądź, Hec­to­rze”, po­wie­dział oj­ciec, wska­zując fo­tel stojący przed biur­kiem. Te słowa dodały mi otu­chy. Nig­dy nie sie­działem w tym fo­telu. Nie pamiętałem też, aby kie­dy­kol­wiek zwrócił się do mnie po imie­niu. Zwy­kle mówił „synu”.

Kie­dy usiadłem przed nim wy­pro­sto­wa­ny, podjął: „Nig­dy nie zro­bi­my z cie­bie ran­cze­ra, praw­da, Hec­to­rze?”.

„Wątpię w to, oj­cze”.

„Ran­czo po­win­no przy­paść to­bie jako naj­star­sze­mu sy­no­wi, ale po­sta­no­wiłem zo­sta­wić je Ted­dy’emu”.

„Oby się nim cie­szył, oj­cze”, od­rzekłem, a on uśmiechnął się prze­lot­nie.

„Oczy­wiście nie będzie to trwało zbyt długo, rzekł sta­ru­szek poważnie. Za kil­ka lat zo­sta­nie­my wypędze­ni przez lu­dzi, którym kie­dyś ode­bra­liśmy tę zie­mię. Osta­tecz­nie Afry­ka za­wsze zwy­cięża”. Mil­czałem, bo nie przy­cho­dziła mi do głowy żadna od­po­wiedź.

„Wróćmy do cie­bie, Hec­to­rze. Co mamy z tobą począć?” I tym ra­zem nie wie­działem, co od­po­wie­dzieć, więc nie otwo­rzyłem ust. Daw­no się na­uczyłem, że to naj­bez­piecz­niej­sze roz­wiąza­nie. Oj­ciec mówił da­lej: „W ser­cu za­wsze po­zo­sta­niesz dzi­ku­sem, Hec­to­rze, ale nie jest to poważna wada. Większość bry­tyj­skich bo­ha­terów ota­cza­nych po­wszech­nym uwiel­bie­niem była dzi­ku­sa­mi, od Cli­ve’a po Kit­che­ne­ra, od Wel­ling­to­na po Chur­chil­la. Bez nich im­pe­rium bry­tyj­skie by nie po­wstało. Chcę, żebyś był do­brze wy­kształco­nym i do­brze wy­cho­wa­nym an­giel­skim dzi­ku­sem, więc po­sta­no­wiłem wysłać cię do Królew­skiej Aka­de­mii Woj­sko­wej w San­dhurst, abyś się na­uczył, jak sko­pać tyłki wszyst­kim słabe­uszom na tej zie­mi”.

Ha­zel klasnęła ze śmie­chem.

– Twój sta­ry był do­praw­dy wyjątko­wy! Mu­siał być z nie­go niezły dzi­wak!

– Lubił się prze­chwa­lać, ale cały czas uda­wał. Chciał, żeby lu­dzie uważali go za twar­dzie­la, który nie cof­nie się przed ni­czym i za­wsze mówi to, co myśli. Ale pod szorstką powłoką był ser­decz­nym i przy­zwo­itym człowie­kiem. Myślę, że mnie ko­chał, a ja trak­to­wałem go z sza­cun­kiem.

– Szko­da, że go nie po­znałam – po­wie­działa smut­no Ha­zel.

– Chy­ba le­piej, że tak się nie stało – po­cie­szył ją Hec­tor, od­wra­cając się do Ma­ria, który za­kasłał tak­tow­nie, stojąc obok sto­li­ka.

– Będzie pan po­trze­bo­wał cze­goś jesz­cze, pa­nie Cross?

Hec­tor po­pa­trzył na nie­go, jak­by go nig­dy wcześniej nie wi­dział.

Za­mru­gał i ro­zej­rzał się po sali. Z wyjątkiem dwóch znu­dzo­nych kel­nerów stojących przy drzwiach do kuch­ni nie było ni­ko­go.

– Do­bry Boże, która go­dzi­na?

– Kil­ka mi­nut po szes­na­stej, proszę pana.

– Dla­cze­go nam, do li­cha, nie po­wie­działeś?

– Państwo tak do­brze się ba­wi­li, że nie miałem ser­ca prze­szka­dzać, proszę pana.

Hec­tor zo­sta­wił mu pięćdzie­sięcio­fun­to­wy bank­not i wy­szli na ulicę. Przy­pro­wa­dzo­ny przez odźwier­ne­go ro­ver stał przed wejściem do re­stau­ra­cji z pra­cującym sil­ni­kiem. Kie­dy do­tar­li na Har­ley Stre­et, Hec­tor zje­chał do pod­ziem­ne­go garażu bu­dyn­ku, w którym mieścił się ga­bi­net Ala­na, i pomógł Ha­zel wsiąść do fer­ra­ri.

– A te­raz, moja królowo pszczół, bądź łaska­wa pamiętać, że za tobą jadę i nie za­mie­rzam się ścigać. Co jakiś czas spójrz we wstecz­ne lu­ster­ko.

– Prze­stań gry­ma­sić, ko­cha­ny.

– Nie prze­stanę, jeśli nie do­stanę całusa.

– Chodź i weź go so­bie, ty nie­na­sy­co­ny chłopcze.

Cze­kając, aż Ha­zel wy­je­dzie z garażu, Hec­tor włożył miękkie ręka­wicz­ki z koźlej skóry, po czym ru­szył pod­jaz­dem za fer­ra­ri. Kie­dy je­cha­li uli­ca­mi Lon­dy­nu, żeby do­stać się na au­to­stradę M4, w pew­nej od­ległości za nimi podążał mo­to­cy­kli­sta, kryjąc się za in­ny­mi po­jaz­da­mi. Nie chciał ry­zy­ko­wać, że spłoszy zdo­bycz. Do­brze wie­dział, dokąd jadą. Ostrzeżono go, że fa­cet jest ner­wo­wym dup­kiem, z którym le­piej nie za­dzie­rać. Zro­bi swo­je później, kie­dy będą prze­jeżdżali przez Win­che­ster. Co jakiś czas mówił kil­ka słów do te­le­fo­nu za­mon­to­wa­ne­go w ka­sku, in­for­mując, gdzie jest. Za każdym ra­zem klik­nięcie z dru­giej stro­ny po­twier­dzało, że wia­do­mość zo­stała ode­bra­na.

Hec­tor je­chał dwieście metrów przed mo­to­cy­klistą, wy­stu­kując rytm na kie­row­ni­cy. Na­sta­wił Ra­dio Ma­gic, swoją ulu­bioną stację. Don McLe­an śpie­wał pio­senkę Ame­ri­can Pie, a on nie­po­rad­nie mu wtórował. Znał na pamięć słowa wszyst­kich ulu­bio­nych pio­se­nek, mimo to ani na chwilę nie tra­cił czuj­ności. Co kil­ka se­kund spoglądał we wstecz­ne lu­ster­ko, ob­ser­wując jadące za nim po­jaz­dy. Sa­mo­cho­dy znaj­dujące się na li­nii jego wzro­ku nie­ustan­nie się zmie­niały, ale je­den z nich po­zo­sta­wał na pierw­szym pla­nie. Za­sa­da „za­wsze oglądaj się za sie­bie” należała do jego ulu­bio­nych. Tuż przed Ba­sin­sto­ke ruch stał się mniej­szy i fer­ra­ri Ha­zel przy­spie­szyło. Hec­tor mu­siał rozpędzić ro­ve­ra do pra­wie stu dzie­więćdzie­sięciu ki­lo­metrów na go­dzinę, żeby jej nie zgu­bić.

Za­dzwo­nił do niej z komórki.

– Spo­koj­nie, ko­cha­nie. Pamiętaj, że wie­ziesz bar­dzo ważnego pasażera.

Od­po­wie­działa głośnym prych­nięciem, ale zwol­niła tak, żeby fer­ra­ri tyl­ko nie­znacz­nie prze­kra­czało mak­sy­malną prędkość.

– Jeśli chcesz, po­tra­fisz być grzeczną dziew­czynką – po­wie­dział, zdej­mując nogę z gazu, by do­sto­so­wać prędkość do prędkości fer­ra­ri.

– Zbliżają się do dzie­wiątego skrzyżowa­nia. Czer­wo­ny sa­mochód je­dzie pierw­szy. Skręcił w zjazd do Win­che­ste­ru. Czar­ny ro­ver je­dzie za nim. – Mo­to­cy­kli­sta złożył mel­du­nek do ukry­te­go w ka­sku mi­kro­fo­nu, a od­bior­nik z dru­giej stro­ny kliknął, sy­gna­li­zując przyjęcie wia­do­mości.

Ha­zel po­pro­wa­dziła ko­lumnę po­jazdów w luźnej for­ma­cji wokół sta­re­go ka­te­dral­ne­go mia­sta Win­che­ster o pięćset­let­niej hi­sto­rii, będącego nie­gdyś sto­licą i twierdzą króla Al­fre­da Wiel­kie­go. Co jakiś czas po­nad in­ny­mi miej­ski­mi bu­dyn­ka­mi Hec­tor wi­dział iglicę ka­te­dry. Po chwi­li zo­sta­wi­li mia­sto za sobą. Czer­wo­ne fer­ra­ri zwol­niło przed dro­go­wska­zem na Smal­l­brid­ge nad rzeką Test i Bran­don Hall. Skręcając za Ha­zel, Hec­tor za­uważył dwóch ro­bot­ników pra­cujących na po­bo­czu. Byli ubra­ni w żółte kurt­ki z na­pi­sem BRI­TISH RO­ADS i ze skrzy­ni za­par­ko­wa­nej ciężarówki wyłado­wy­wa­li ele­men­ty sta­lo­wej ba­rier­ki. Nie za­trzy­mał na nich wzro­ku, po­nie­waż pa­trzył przed sie­bie na ma­lejące w od­da­li fer­ra­ri. Na wąskiej dro­dze nie za­uważył in­nych po­jazdów.

Nie­całą mi­nutę później na szosę pro­wadzącą do Smal­l­brid­ge wje­chał mo­to­cy­kli­sta i jego pasażer. Mi­jając ro­bot­ników, mo­to­cy­kli­sta uniósł dłoń w ręka­wicz­ce, a ci za­bra­li się do pra­cy. Szyb­ko wciągnęli na drogę i złożyli ele­men­ty sta­lo­wej ba­rier­ki, za­my­kając prze­jazd na sze­ro­kości obu pasów, po czym pod­nieśli duży żółto-czar­ny znak dro­go­wy z na­pi­sem DRO­GA ZA­MKNIĘTA. ZA­KAZ WJAZ­DU. OB­JAZD.

Duża czar­na strzałka kie­ro­wała sa­mo­cho­dy na główną drogę, sku­tecz­nie izo­lując Ha­zel, Hec­to­ra i jadący za nimi mo­to­cykl. Lu­dzie prze­bra­ni za ro­bot­ników wsie­dli po­spiesz­nie do ciężarówki i od­je­cha­li. Zapłaco­no im, a oni wy­ko­na­li swoją ro­botę.

Dom był już bli­sko, więc Hec­tor się roz­luźnił. Zerknął we wstecz­ne lu­ster­ko, ale za­uważył tyl­ko mo­to­cykl znaj­dujący się dwieście metrów da­lej. Skie­ro­wał wzrok na drogę przed sobą. Po obu stro­nach roz­ciągał się wiej­ski kra­jo­braz prze­ry­wa­ny ciem­niej­szy­mi za­gaj­ni­ka­mi. Cza­sa­mi drze­wa zbliżały się do dro­gi, która wiła się, wzno­siła i opa­dała wśród ni­skich wzgórz. Jezd­nia skur­czyła się do dwóch wąskich pasów, więc na­wet Ha­zel mu­siała zmniej­szyć prędkość.

– Sa­mo­cho­dy wjeżdżają w wy­zna­czoną strefę – po­in­for­mo­wał mo­to­cy­kli­sta. Tym ra­zem usłyszał od­po­wiedź:

„Zro­zu­miałem, Je­dyn­ka. Widzę cie­bie i oba po­jaz­dy”.

Na­gle na as­fal­tową drogę między mo­to­cy­klem a ran­ge ro­ve­rem Hec­to­ra wje­chała ubłoco­na fur­go­net­ka. Kie­dy Hec­tor ją mijał, stała już ukry­ta za kępą drzew. Był to mer­ce­des benz na fran­cu­skich nu­me­rach, z kie­row­nicą po le­wej stro­nie. Poza tym nie miał żad­nych znaków szczególnych. Mo­to­cy­kli­sta przy­spie­szył, aż zna­lazł się sześć metrów od tyl­ne­go zde­rza­ka fur­go­net­ki.

Jadący przed nimi ro­ver Hec­to­ra zniknął za ko­lej­nym wznie­sie­niem. Mer­ce­des i mo­to­cykl ru­szyły, a kie­dy zna­lazły się na wierz­chołku wzgórza, ich kie­row­cy spo­strze­gli, że dro­ga opa­da w płytką do­linę i bie­gnie wałem sąsia­dującym z ciągnącymi się po obu stro­nach ba­gna­mi. Hec­tor właśnie wjeżdżał na wał, a wid­niejące w od­da­li czer­wo­ne fer­ra­ri wspi­nało się na ni­skie zbo­cze po prze­ciw­ległej stro­nie do­liny. Kie­row­ca mer­ce­de­sa uśmiechnął się z za­do­wo­le­niem. Ide­al­na pułapka. Wcisnął gaz do de­chy i wje­chał na na­syp. Szyb­ko zna­lazł się za ro­verem i z całej siły na­cisnął klak­son. Hec­tor spoj­rzał we wstecz­ne lu­ster­ko.

– Skąd ten drań się wziął? – mruknął zdu­mio­ny. Kie­dy ostat­ni raz pa­trzył w lu­ster­ko, nie wi­dział fur­go­net­ki.

Po chwi­li na­mysłu do­szedł do wnio­sku, że mimo wąskie­go na­sy­pu jest wy­star­czająco dużo miej­sca, by zmieściły się oba po­jaz­dy. Zwol­nił i zje­chał na lewo, żeby prze­puścić większe auto. Mer­ce­des minął go w od­ległości za­le­d­wie kil­ku­dzie­sięciu cen­ty­metrów.

Na ułamek se­kun­dy Hec­tor zrównał się z fur­go­netką. Jak ocze­ki­wał po sa­mo­cho­dzie na fran­cu­skich nu­me­rach, po­jazd miał kie­row­nicę z le­wej stro­ny. Kie­row­ca spoj­rzał na nie­go. Hec­tor zdzi­wił się, że fa­cet ma na twa­rzy gu­mową maskę na Hal­lo­we­en, przed­sta­wiającą uśmiech­niętego Ri­char­da Ni­xo­na. Lewą rękę opie­rał o ramę otwar­te­go okna. Hec­tor za­uważył duże umięśnio­ne łap­sko z małym czer­wo­nym ta­tuażem na bar­dzo ciem­nej skórze.

Za fur­go­netką, tak bli­sko, że przed­nie koło nie­mal do­ty­kało tyl­ne­go zde­rza­ka, prze­mknął czar­ny mo­to­cykl Hon­da Cros­srun­ner z dwo­ma po­chy­lo­ny­mi mo­to­cyklistami w ka­skach za­kry­wających całą twarz i czar­nych skórza­nych mo­to­cyklowych kom­bi­ne­zo­nach.

Fer­ra­ri właśnie wjeżdżało na wierz­chołek wzgórza po dru­giej stro­nie ba­gni­ste­go wgłębie­nia. Hec­tor zdał so­bie sprawę, że on i żona zo­sta­li roz­dzie­le­ni przez nie­znaną fur­go­netkę i mo­to­cykl.

– Ha­zel! – krzyknął, czując, że ode­zwał się jego zwierzęcy in­stynkt. – Jadą za Ha­zel! – Chwy­cił komórkę i wy­brał jej nu­mer.

Od­po­wie­dział mu bez­cie­le­sny głos: „Abo­nent cza­so­wo nie­dostępny. Proszę spróbować później”.

– Kur­wa! – zaklął. Na tym od­cin­ku dro­gi za­wsze są kłopo­ty z zasięgiem. Rzu­cił te­le­fon na sie­dze­nie.

Fur­go­net­ka i mo­to­cykl szyb­ko się od­da­lały. Wdepnął gaz w podłogę i sa­mochód z ry­kiem przy­spie­szył. Zo­ba­czył, jak fer­ra­ri zni­ka za wznie­sie­niem, więc sku­pił uwagę na ści­ga­nych po­jaz­dach. Sil­nik ran­ge ro­ve­ra był nowy, nie­daw­no wy­re­gu­lo­wa­ny, więc Hec­tor szyb­ko ich dopędził. Wsunął prawą rękę za połę kurt­ki, gdzie w ka­bu­rze pod pachą nosił zwy­kle dzie­więcio­mi­li­me­trową be­rettę. Oczy­wiście jej nie zna­lazł, bo w po­czci­wej sta­rej An­glii no­sze­nie bro­ni jest su­ro­wo zabro­nione.

– Cho­ler­ni po­li­ty­cy! – warknął. Była to jed­nak tyl­ko prze­lot­na myśl i ani na chwilę nie odwrócił uwa­gi od za­grożenia na dro­dze. Po­sta­no­wił, że naj­pierw sta­ra­nu­je jadącą wol­no fur­go­netkę. Sta­no­wiła łatwy cel. Jeśli zdoła się z nią zrównać, będzie mógł użyć sta­rej po­li­cyj­nej tak­ty­ki po­le­gającej na ude­rze­niu w tyl­ne koła. W ten sposób ze­pchnie po­jazd z dro­gi. Trud­niej będzie dopaść mo­to­cykl, ale kie­dy załatwi fur­go­netkę, będzie mógł się skon­cen­tro­wać na tym.

Szyb­ko zbliżał się do mer­ce­de­sa. Hon­da zrównała się z ka­biną fur­go­net­ki. Hec­tor sie­dział jej na ogo­nie. Kie­row­ca mer­ce­de­sa zaczął je­chać zyg­za­kiem, żeby unie­możliwić Hec­torowi wy­prze­dza­nie.

– Cho­le­ra! – zaklął Hec­tor, gdy otwo­rzyły się tyl­ne drzwi fur­go­net­ki. – Co te­raz?

Spoj­rzał w górę i zo­ba­czył owi­niętą bre­zen­tem pa­letę z be­to­no­wy­mi blo­ka­mi, stojącą na rol­kach. W środ­ku mu­siał być inny zbir, który wy­py­chał ją na drogę. Pa­le­ta sunęła Hec­to­ro­wi na spo­tka­nie. Wie­dział, co za chwilę nastąpi, więc z całej siły wcisnął ha­mu­lec. Zdążył w ostat­niej chwi­li.

Pa­le­ta wy­padła na drogę tuż przed ran­ge ro­ve­rem. Bre­zent pękł i na wąską drogę wy­sy­pały się blo­ki be­to­nu, tworząc ba­rierę nie do prze­by­cia. Taka prze­szko­da była wy­zwa­niem na­wet dla jego potężnej ma­szy­ny. W ostat­niej chwi­li zdążył za­trzy­mać się tak, że przed­ni zde­rzak nie­mal do­ty­kał be­to­nu. Pod­niósł głowę i spo­strzegł, że z fur­go­net­ki spa­da ko­lej­na pa­le­ta i ta­ra­su­je drogę na od­cin­ku pięćdzie­sięciu metrów. Fur­go­net­ka i mo­to­cykl wjeżdżały na wznie­sie­nie, za którym zniknęło fer­ra­ri Ha­zel.

Hec­tor szyb­ko zlu­stro­wał jezd­nię. Prze­szko­da była nie­możliwa do po­ko­na­nia, mimo to mu­siał spróbować. Wrzu­cił niższy bieg, po czym dodał gazu i ude­rzył w prze­szkodę. Prze­dzie­rał się, szo­rując o be­to­nową kostkę i wbi­jając się między roz­rzu­co­ne blo­ki, które zaczęły prze­su­wać się pod na­po­rem ro­ve­ra. Koła się uniosły i stra­ciły przy­czep­ność. Prędkość ro­ve­ra malała i w końcu utknął z trze­ma kołami kręcącymi się w po­wie­trzu i pra­wym przed­nim uwięzio­nym między dwo­ma kawałkami be­to­nu.

Fur­go­net­ka i mo­to­cykl zniknęły za wznie­sie­niem. Zde­spe­ro­wa­ny Hec­tor wrzu­cił wstecz­ny bieg i dodał gazu. Wóz się zakołysał i na ster­cie me­ta­lo­wych bloków prze­chy­lił na bok, o mało się nie prze­wra­cając. W końcu górę wzięła siła ciążenia i czte­ry koła opadły na as­falt. Hec­tor otwo­rzył drzwi i stojąc na stop­niu, rozglądał się zroz­pa­czo­ny, próbując wy­pa­trzyć, którędy mógłby ob­je­chać prze­szkodę.

Za­uważył, że wzdłuż po­bo­cza po obu stro­nach dro­gi bie­gnie ogro­dze­nie z dru­tu kol­cza­ste­go, unie­możli­wiające bydłu wejście na na­syp. Poniżej ogro­dze­nia wy­ko­pa­no rów odpływo­wy, w którym lśniła czar­na lep­ka bre­ja. Nie było spo­so­bu, żeby ominąć blo­kadę.

– Chy­tra pułapka. Wąska dro­ga, dwie pa­le­ty be­to­no­wych bloków, do tego ogro­dze­nie i rów z każdej stro­ny. Spryt­ne su­kin­sy­ny! – mruknął Hec­tor, wra­cając za kółko, za­pi­nając pas i zawra­cając na trzy. Pod­je­chał do od­cin­ka ogro­dze­nia, gdzie dwa kawałki dru­tu prze­rdze­wiały pra­wie na wy­lot. Wstrzy­mał od­dech i szepnął:

– Pew­nie się nie uda!

Ro­ver ude­rzył w ogro­dze­nie i prze­rdze­wiały drut pękł, wy­dając odgłos przy­po­mi­nający podwójne sma­gnięcie ba­tem. Sa­mochód wpadł do rowu za ogro­dze­niem. Szarp­nięcie było tak sil­ne, że Hec­tor pomyślał, iż pas złamał mu oboj­czyk. Zi­gno­ro­wał jed­nak ból i kręcił kie­row­nicą, którą trud­no było utrzy­mać. Ro­ver wy­do­stał się mo­zol­nie z błotni­ste­go rowu na łąkę. Hec­tor skręcił i zaczął je­chać równo­le­gle do dro­gi. Te­ren był grząski i zdra­dziec­ki. Dwa razy o mało się nie za­ko­pał, ale sa­mochód dziel­nie brnął naprzód, wy­rzu­cając spod kół błoto i płaty dar­ni. Wil­got­na zie­mia ochla­pała przed­nią szybę tak, że pra­wie nic nie wi­dział, więc włączył wy­cie­racz­ki. Minął kawałki be­to­nu leżące na dro­dze. Je­chał w stronę na­sy­pu, sta­rając się nie kręcić zbyt gwałtow­nie kie­row­nicą. Sa­mochód po­wo­li zaczął zwiększać prędkość, w miarę jak podłoże sta­wało się tward­sze. Gdy za­uważył, że rów jest płyt­szy, po­sta­no­wił go prze­kro­czyć. Wóz się zakołysał, a jego przód zaczął się prze­chy­lać z boku na bok, gdy wdra­py­wał się mo­zol­nie na drugą stronę rowu. Na szczęście na­syp oka­zał się niższy, a zbo­cze bar­dziej łagod­ne. Hec­tor dodał gazu i ude­rzył w ogro­dze­nie przy dro­dze. Drut kol­cza­sty na chwilę za­trzy­mał ro­ve­ra, ale słupek nie wy­trzy­mał i siat­ka puściła. Sa­mochód wje­chał na na­syp i wy­padł na utwar­dzoną drogę. Hec­tor skręcił w stronę wzgórza i z ulgą przy­spie­szył, zmie­rzając do wznie­sie­nia, za którym zniknęli Ha­zel i ści­gający ją lu­dzie.

Hazel znaj­do­wała się w od­ległości za­le­d­wie pięciu ki­lo­metrów od zjaz­du w wiejską drogę pro­wadzącą do Bran­don Hall. Przy­spie­szyła jak koń, który po­czuł za­pach staj­ni. Bez­wied­nie zaczęła się od­da­lać od mer­ce­de­sa. Nie zda­wała so­bie spra­wy, że zaniąje­dzie. Wstecz­ne­go lu­ster­ka używała ra­czej do po­pra­wia­nia ma­ki­jażu niż do spraw­dza­nia sy­tu­acji na dro­dze.

Cho­ciaż kie­row­ca w ma­sce Ri­char­da Ni­xo­na je­chał z mak­sy­malną prędkością, stwier­dził, że dy­stans mie­dzy nim a ści­ga­nym sa­mo­cho­dem rośnie. Wie­dział, że musi go dopędzić, za­nim fer­ra­ri skręci do Bran­don Hall. Otwo­rzył okno i wy­sta­wił na zewnątrz rękę. Mrugnął przed­ni­mi światłami i zaczął nią dzi­ko wy­ma­chi­wać, drugą na­ci­skając klak­son. Światła ha­mo­wa­nia fer­ra­ri zapłonęły czer­wie­nią. Fur­go­net­ka je do­ga­niała, ale jej kie­row­ca nie prze­sta­wał trąbić i dawać znaków światłami.

Ha­zel była zdu­mio­na tym dziw­nym za­cho­wa­niem, aż zro­zu­miała, że kie­row­ca daje jej zna­ki, żeby się za­trzy­mała. Dla­cze­go? Do­pie­ro wte­dy spo­strzegła, że dro­ga za fur­go­netką jest pu­sta. Gdy nie zo­ba­czyła ran­ge ro­ve­ra Hec­to­ra, zbladła z prze­rażenia.

Coś się stało Hec­to­ro­wi. Kie­row­ca fur­go­net­ki próbuje mnie ostrzec. Może Hec­tor miał wy­pa­dek? Może zo­stał ran­ny albo… Nie mogła dokończyć tej strasz­nej myśli. Z całej siły wcisnęła ha­mu­lec i zje­chała na porośnięte trawą po­bo­cze. Fur­go­net­ka pędziła na jej spo­tka­nie, nie prze­stając trąbić i migać światłami. Kie­row­ca uśmiechnął się pod maską, kie­dy zo­ba­czył, że podstęp się udał. Ko­bie­ta w czer­wo­nym fer­ra­ri była zdez­o­rien­to­wa­na i wy­stra­szo­na jego za­cho­wa­niem. Za­trzy­mała się w ide­al­nym miej­scu, przy sa­mym ro­wie. Siat­ka z dru­tu kol­cza­ste­go skończyła się jakiś czas temu.

W tej sa­mej chwi­li na szczy­cie wzgórza uka­zał się ran­ge ro­ver. Hec­tor w jed­nej chwi­li zro­zu­miał, co się dzie­je.

– Nie za­trzy­muj się! Nie słuchaj dra­nia! – krzyknął roz­pacz­li­wie. – Jedź tak szyb­ko, jak się da, ko­cha­nie! Na Boga, nie sta­waj! – Dodał gazu. Ro­ver wy­rwał do przo­du, zjeżdżając ze wzgórza. Pędził, z każdą chwilą na­bie­rając prędkości. Mimo to od fer­ra­ri dzie­liło go pół ki­lo­me­tra, więc Hec­tor mógł być tyl­ko bez­rad­nym ob­ser­wa­to­rem tra­ge­dii.

Fur­go­net­ka nie zwol­niła, pod­jeżdżając do fer­ra­ri, ale gdy się z nim zrównała, szo­fer skręcił kie­row­nicę i ude­rzył w jego bok. Me­tal zgrzytnął o me­tal, wzbi­jając snop iskier. Lżej­szy spor­to­wy sa­mochód zo­stał ze­pchnięty do rowu. Pra­wa stro­na ka­ro­se­rii wgniotła się i wy­brzu­szyła. Auto leżało na boku. Mer­ce­des zakołysał się gwałtow­nie, wpadł w poślizg pod wpływem ude­rze­nia i zje­chał na drugą stronę dro­gi. Kie­row­ca zręcznie skon­tro­wał, od­zy­skał pa­no­wa­nie nad po­jaz­dem, dodał gazu i od­je­chał, pra­wie nie zmniej­szając prędkości.

Mo­to­cykl, który je­chał za fur­go­netką, przy­stanął obok leżącego w ro­wie fer­ra­ri. Mo­to­cyklista cze­kał, pod­czas gdy pasażer ze­sko­czył z sio­dełka i pod­biegł do auta. Był szyb­ki i zwin­ny jak małpa. Stanął nad oknem kie­row­cy i uniósł nad głowę obie ręce. Do­pie­ro wte­dy Hec­tor uświa­do­mił so­bie, że trzy­ma dwu­ki­lo­gra­mo­wy ka­mie­niar­ski młot. Na­wet wzmoc­nio­ne szkło nie zdołało oprzeć się potężnemu ude­rze­niu za­da­ne­mu z góry. Na szy­bie po­ja­wiło się pęknięcie. Mężczy­zna w ka­sku znów uniósł młot i ude­rzył. Tym ra­zem szkło pękło na tysiące lśniących kawałeczków, które ob­sy­pały Ha­zel. Nadal sie­działa w fo­te­lu kie­row­cy, skrępo­wa­na pa­sem opi­nającym jej brzuch. Próbowała zasłonić twarz przed kawałkami szy­by fru­wającymi w po­wie­trzu. Mężczy­zna od­rzu­cił młot i wyjął z kie­sze­ni skórza­ne­go kom­bi­ne­zo­nu jakiś przed­miot.

Hec­tor był na tyle bli­sko, że go roz­po­znał. W ręku na­past­ni­ka błysnął smith & we­sson z dzie­więcio­ca­lo­wym tłumi­kiem na kule long ri­fle ka­li­bru dwa­dzieścia dwa, ulu­bio­na broń zabójców z Mos­sa­du. Uniósł osłonę z plek­si­gla­su przy­mo­co­waną do ka­sku i wsunął długą lufę przez roz­bi­te okno auta.

Ha­zel pod­niosła głowę. Mężczy­zna był młody i ciem­noskóry. Po chwi­li za­uważyła pi­sto­let i spoj­rzała w oczy na­past­ni­ka. Były zim­ne i bez­li­to­sne.

– Błagam, je­stem w ciąży! Nie rób tego! Moje dziec­ko… – Zasłoniła twarz.

Spoj­rze­nie mężczy­zny się nie zmie­niło. Strze­lił. Roz­legło się ci­che, nie­mal uprzej­me klik­nięcie. Mężczy­zna odwrócił głowę i zo­ba­czył pędzącego ran­ge ro­ve­ra. Za­brakło cza­su na dru­gi strzał, ale był za­wo­dow­cem, więc wie­dział, że pierw­szy załatwił sprawę. Odwrócił się i ze­sko­czył z wra­ku fer­ra­ri. Kie­dy wylądował na zie­mi, ran­ge ro­ver ude­rzył w nie­go od tyłu. Roz­legło się plaśnięcie. Ciało prze­le­ciało nad da­chem ro­ve­ra. Hec­tor nie zmniej­szył prędkości, za­mie­rzając ude­rzyć w dru­giego z na­past­ników siedzącego na mo­to­cy­klu.

Ten próbował uniknąć ude­rze­nia, do­dając gazu, by wy­ko­nać szyb­ki zwrot. Pra­wie mu się udało, ale Hec­tor był szyb­szy. Skręcił kie­row­nicę, za­ha­czając o wi­rujące tyl­ne koło hon­dy przed­nim zde­rza­kiem. Mo­to­cykl po­szy­bo­wał w górę, a kie­row­ca wy­padł z sio­dełka wprost pod koła ro­ve­ra. Ułamek se­kun­dy później ciężki po­jazd prze­to­czył się po nim. Hec­tor spoj­rzał we wstecz­ne lu­ster­ko i uj­rzał mo­to­cy­klistę roz­ciągniętego na dro­dze. Kask mu­siał ura­to­wać mu życie, bo usiadł na as­fal­cie. Hec­tor za­ha­mo­wał, wrzu­cił wstecz­ny bieg i ro­ver ru­szył do tyłu. Mężczy­zna, widząc wiel­ki wóz sunący wprost na nie­go, próbował się pod­nieść, ale nie zdążył. Hec­tor po­czuł ude­rze­nie, coś za­chro­bo­tało pod pod­wo­ziem, a chwilę później fa­cet wy­to­czył się spod auta i znie­ru­cho­miał twarzą do zie­mi. Hec­tor wy­sko­czył z sa­mo­cho­du, po­chy­lił się i jed­nym szyb­kim ru­chem roz­piął sprzączkę ka­sku mężczy­zny, a następnie zdarł mu go z głowy i od­rzu­cił na bok. Przy­cisnął mo­to­cy­klistę do jezd­ni, umiesz­czając ko­la­no między jego łopat­ka­mi i chwy­tając go jedną ręką za szyję, a drugą za brodę. Szyb­kim ru­chem obrócił mu głowę. Roz­legł się dźwięk przy­po­mi­nający trzask su­che­go drew­na na opał. Hec­tor usłyszał chlu­pot w czar­nych skórza­nych spodniach mężczy­zny i po­czuł smród to­wa­rzyszący wypróżnie­niu. Pod­niósł kask, wcisnął go na głowę tru­pa i zapiął, a następnie ostrożnie uniósł osłonę, żeby zo­ba­czyć twarz. Wie­dział, że po­li­cja będzie za­da­wać py­ta­nia. Nie chciał zo­stać nie­mi­le za­sko­czo­ny. Nie mu­siał się mar­twić o to, że zo­stawi od­ci­ski palców, bo miał skórza­ne ręka­wicz­ki. Roz­pacz­li­wie pragnął do­trzeć do Ha­zel, ale nie odważył się zo­stawić za ple­ca­mi od­dy­chającego wro­ga. Musi mieć czy­ste tyły – to jed­na z pod­sta­wo­wych za­sad prze­trwa­nia.

Człowiek, który strze­lił do Ha­zel, pełzł, opie­rając się na łokciach i ciągnąc po as­fal­cie bezwładne nogi. Mu­siało dojść do zmiażdżenia kręgosłupa lub mied­ni­cy, kie­dy Hec­tor sta­ra­no­wał go sa­mo­cho­dem. Na­past­nik nadal był uzbro­jo­ny. Ka­mie­niar­ski młot leżał na skra­ju dro­gi. Hec­tor go pod­niósł. Ran­ny mężczy­zna oparł brodę na pier­si, więc kask na jego głowie pod­je­chał do góry. Dol­na część kar­ku powyżej kręgu c-4 była odsłonięta. Żeby go wykończyć, po­trzeb­na była pre­cy­zja, a nie bru­tal­na siła. Hec­tor uniósł młot na wy­so­kość nie większą niż pięćdzie­siąt cen­ty­metrów i wy­pro­wa­dził cios z prze­gubów dłoni. Ude­rze­nie sta­lo­wej głowni w kość spra­wiło, że młot zadrżał mu w rękach. Usłyszał odgłos pękającego kręgosłupa. Głowa mo­to­cy­kli­sty opadła, a ciało za­marło nie­ru­cho­mo. Hec­tor uklęknął, przewrócił go na ple­cy i uniósł osłonę ka­sku. Oczy tam­te­go były otwar­te, ale po­zba­wio­ne wy­ra­zu. Na ciem­nej twa­rzy ma­lo­wało się lek­kie za­sko­cze­nie. Hec­tor ściągnął ręka­wiczkę i do­tknął szyi mężczy­zny w po­szu­ki­wa­niu tętni­cy. Nie wy­czuł tętna. Mruknął z za­do­wo­le­niem i naciągnął ręka­wiczkę.

– Nie mam wątpli­wości, skąd przy­byłeś, chłopcze. Wi­działem ta­kich jak ty – po­wie­dział po­nu­ro, przy­pa­trując się twa­rzy za­bi­te­go. Ce­lo­wo zo­sta­wił otwartą osłonę. Umieścił trzo­nek młota w ręku za­bi­te­go i za­cisnął na nim jego pal­ce. Kie­dy po­li­cjan­ci będą ba­da­li miej­sce zbrod­ni, ra­czej nie pomyślą, że użył młota, żeby walnąć się w kark.

Nie trać cza­su na szu­ka­nie bro­ni, zo­staw to po­li­cji, po­wie­dział do sie­bie, pod­bie­gając do fer­ra­ri. Wgra­mo­lił się na nie, stanął nad roz­trza­ska­nym oknem i spoj­rzał na Ha­zel. Leżała na kie­row­ni­cy. Uklęknął i de­li­kat­nie od­chy­lił jej głowę, żeby zo­ba­czyć twarz. Z ulgą stwier­dził, że kula na­wet jej nie musnęła. Ha­zel miała otwar­te oczy, ale pa­trzyła nie­widzącym wzro­kiem.

Wstrząs mózgu tłuma­czył brak re­ak­cji – mu­siała ude­rzyć w coś głową, kie­dy wóz się przewrócił.

– Wszyst­ko będzie do­brze, ko­cha­nie. Za chwilę cię wyciągnie­my. – Ściągnął zębami ręka­wiczkę, wsunął pal­ce pod brodę Ha­zel i na­ma­cał tętnicę szyjną, żeby się upew­nić. – Dzięki Bogu.

Wy­czuł pod pal­ca­mi słabe, ale re­gu­lar­ne tętno. Żeby roz­piąć pas, mu­siał wsunąć się do auta. Po­sa­dził Ha­zel, roz­pinając klamrę pasa, a następnie umieścił obie dłonie pod jej pa­cha­mi i ją uniósł. Duży brzuch i nie­sta­bil­ność wra­ku spra­wiły, że mu­siał użyć całej siły, aby unieść jej ciężar. Jęknął z wysiłku, głowa Ha­zel opadła na pier­si.

– Moja dziew­czyn­ka. Pra­wie się udało. Jesz­cze chwi­la. – Po­now­nie napiął wszyst­kie mięśnie i uniósł żonę na tyle wy­so­ko, aby wy­sunąć na­brzmiały brzuch przez ramę okna. Po­sa­dził ją na au­cie i wsunął lewą rękę pod ra­mio­na, żeby nie przewróciła się na ple­cy. Szyb­ko od­zy­skał od­dech, bo nadal był w niezłej kon­dy­cji, mimo że ostat­nio wiódł dość wy­god­ne życie. Pocałował Ha­zel w po­li­czek i szepnął jej do ucha: „Moja dziel­na dziew­czyn­ka”. Kie­dy zmie­nił rękę pod jej ra­mie­niem, za­uważył na jej le­wej ręce krew. Spoj­rzał ze stra­chem i stwier­dził, że gru­ba złota obrączka ślub­na na środ­ko­wym pal­cu zo­stała od­kształcona przez potężną siłę. Me­tal wbił się w ciało, a z rany płynęła krew.

Kula! Kie­dy ta świ­nia do niej ce­lo­wała, mu­siała zasłonić twarz rękami i kula tra­fiła w obrączkę. Lek­ki po­cisk odbił się od me­ta­lu i nie dosięgnął twa­rzy. Hec­tor nie po­sia­dał się z radości. Ha­zel przeżyje! Wszyst­ko będzie do­brze!

Po­czuł przypływ sił. Usiadł na boku fer­ra­ri, dzięki cze­mu mógł wyciągnąć jej nogi i obrócić całe ciało tak, aby po­sa­dzić ją so­bie na ko­la­nach, a głowę wes­przeć na swo­im ra­mie­niu. Opuścił nogi na zie­mię i po­biegł do ran­ge ro­ve­ra, niosąc Ha­zel w ra­mio­nach jak śpiące dziec­ko. Otwo­rzył tyl­ne drzwi i ostrożnie położył ją na sie­dze­niu, otu­lił ple­dem i obłożył po­dusz­ka­mi, żeby nie ześli­zgnęła się na podłogę. Wy­pro­sto­wał się i uśmiechnął do żony, ale tego słabe­go roz­pacz­li­we­go uśmie­chu nie było widać w jego oczach.

– Nie masz pojęcia, jak bar­dzo cię ko­cham – po­wie­dział. Chciał za­mknąć drzwi, kie­dy uj­rzał coś, co spra­wiło, że znów ogarnął go strach. Spod ja­snej li­nii włosów wypełzła cien­ka lśniąca strużka krwi, spływając na brodę i szyję. – Nie! – jęknął. – Boże, nie! – Wyciągnął rękę, ale bał się do­tknąć, żeby nie od­kryć naj­gor­sze­go. W końcu od­garnął złote ko­smy­ki i zo­ba­czył otwór po kuli. Przy­sunął twarz do głowy Ha­zel, żeby zba­dać obrażenia. Był żołnie­rzem i wi­dział mnóstwo ran po­strzałowych. Po­twier­dził swo­je wcześniej­sze przy­pusz­cze­nie: lek­ka kula odbiła się od gru­bej obrączki i po­szy­bo­wała ry­ko­sze­tem. Ale to nie wy­star­czyło, żeby Ha­zel wyszła z tego bez szwan­ku. Kula tra­fiła ją w przed­nią górną część czasz­ki. Rana wlo­to­wa nie była schlud­nym ko­li­stym otwo­rem, ale długą bruzdą na skórze głowy. Po­cisk obrócił się w lo­cie i tra­fił ją pod kątem.

De­li­kat­nie po­ma­cał tył głowy Ha­zel, ale nie zna­lazł rany wy­lo­to­wej. Kula utkwiła w mózgu.

Za­cisnął po­wie­ki. Był żołnie­rzem i oglądał śmierć wie­lu do­brych lu­dzi… ale nig­dy… cze­goś ta­kie­go, nig­dy ko­bie­ty, którą ko­chał z całego ser­ca. Uważał się za twar­dzie­la i sądził, że so­bie po­ra­dzi. Te­raz po­czuł, że wca­le nie jest twar­dy, że może nie dać rady. Jego du­sza stru­chlała. Wszechświat zadrżał w po­sa­dach. Wziął się w garść, choć wy­ma­gało to ogrom­ne­go wysiłku.

– Głupi dra­niu! Roz­czu­lasz się nad sobą, a ona umie­ra! – po­wie­dział do sie­bie. – Rusz się, do cho­le­ry! Ru­szaj!