Okrutnik. Spełniona przepowiednia - Aleksandra Rozmus - ebook

Okrutnik. Spełniona przepowiednia ebook

Aleksandra Rozmus

0,0

Opis

Nastąpił upadek ludzkości. Bo jak można określić zagładę natury, jeśli nie upadkiem istoty za to odpowiedzialnej?

Dalsze losy Okrutnika stoją pod znakiem zapytania. Wybór między swoim szczęściem a losem ludzkości już na zawsze zmieni coś w jego naturze. Gdy z odmętów polskich legend wypełzną zapomniane demony, które łakną ludzkiej krwi, jemu nie pozostanie nic innego, jak stawić im czoła. Szanse zwiększą się, gdy przy jego boku stanie armia, która również będzie zdecydowana oddać ostatni dech za boga piorunów. Czy nadzieja wysłucha ludzkich błagań? Czym jest życie bez osoby, która nadała mu sens? Czy wewnętrzne rozterki mogą zniszczyć nawet najtwardszych?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Copyright © by Aleksandra Rozmus 2019All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja:Iwona Jagiełło

Korekta:Angelika Ślusarczyk

Korekta techniczna: Wydawnictwo WasPos

Autor zdjęcia na okładce: Tom Wolf

Autor zdjęcia Aleksandry Rozmus: Ariadna Kinga Ekiert

Skład, łamanie, wersja elektroniczna: Wydawnictwo WasPos

Wydanie I

ISBN 978-83-66070-69-1

Wydawnictwo [email protected]

Dla MojejMamy,by jej siły mógł pozazdrościć sam „Okrutnik”

1

Przeczuwał, że to ostatnia z jego walk. Mimo to był szczęśliwy. Każda wcześniejsza sprawiała, że mógł zapewnić bezpieczeństwo swoim poddanym i zatrzymać rozpad ostatniej kolumny, która utrzymywała wśród nich więź z przodkami. Religii ojców, wiarę w bogów silnychi nierozerwalnychz jego, i z ich ziemią. Nie mógł patrzeć na najazd obcej wiary, niszczącej wszystko co stanowiło ich sens istnienia. Nowa religia budziła tylko strach i wieczny żal, ciężko było zaspokoić ich ponoć miłosiernego boga. Tylu ludzi oddało życie byleby pozostać wiernym ziemi i krwi. Życie każdego z osobna warte jest pamięci i, co najważniejsze, zemsty. Nigdy nie wybaczyłby sobie uległości czy pobłażliwości, nie może zawieść swoich ludzi. Zwłaszcza tych, którzy stoją tu wokół, czekając z nim w gotowości aż do ostatniego tchu. Rozejrzał się, dokoła siebie miał tysiące wojów. Wielu z nich było po prostu kmieciami, broniącymi swoich siedzib i rodzin tam poukrywanych. Nie widział na ich twarzach strachu czy smutku. Widział determinację i pragnienie mordu. Nie żałował niczego, zrobił wszystko, co było w jego mocy, by jak najdłużej utrzymać swoje ziemie. Niestety nie zjawili się wszyscy, którzy gwarantowali pomoc, ale mógł się tego spodziewać. Powietrze robiło się coraz cięższe, zbierało się na burzę, co oznaczało, że bogowie są tu z nimi. Deszcz zmyje krew tych, którzy oddali życie za tę ziemię. Zamknął oczy i wziął głęboki wdech. Już czas. Wydał głośny okrzyk „Za bogów!”. Usłyszał z każdej strony szczęk oręża bijącego o tarcze, a pod nogami czuł uderzenia tysiąca stóp. Otworzył oczy, a nogi już same poniosły go tam, gdzie miała odbyć się jedna z większych rzeziw historii tegokraju.

Całe dniei noce czuła wewnętrzny niepokój. Dziwne zresztą gdyby nie czuła, była jedną z niewielu, o ile nie jedyną osobą, która znała ich przyszłość. A właściwie jej brak. Wiedziała, że zbliża się koniec świata i kto za nim stoi, a ona nie mogła nic zrobić. Poza tym ciągle była przepełniona złością, na Tomasza, na Staszka, a w szczególności na swojego ojca, bo to przez niego jej życie jest tak skomplikowane. Poczynając od tego, że jej ojciec to bóg i to jeszcze ten z rodzimej religii, która całe życie wydawała jej się zwykłą bajką. W dodatku każdy facet jakiego spotyka ma z nim coś wspólnego. I tak się kołozatacza.

Mogła się teraz cieszyć towarzystwem swoich bliskich. A przede wszystkim mieć ich na oku, dbać o ich bezpieczeństwo. Miała też mnóstwo czasu na myślenie, co już nie było tak przyjemne. Musiała zacząć działać, zrobić cokolwiek, by zmienić to, co widziała w swojej wizji. Przecież wie, że to możliwe. W końcu raz jej się udało. Przeczuwała, że w pojedynkę nie miała żadnych szans na rozwiązanie tego problemu. Bo cóż mogła zrobić? Wtedy też przyszło jej coś do głowy. Był to cholernie głupi i niebezpieczny pomysł, jednak tylko w nim mogła pokładać nadzieję. Problemem było to, że za nic nie mogła znaleźć rozwiązania jak tego dokonać. Będzie musiała po raz kolejny zdać się na siebie, na siłę, która się w niej kryła. Założyła swoje wyjściowe ubrania. W czasach zbliżającej się apokalipsy były to po prostu czyste ubrania, niestety coraz mniej osób zwracało uwagę na to, by chociaż schludnie wyglądać. Ludzie cofnęli się o co najmniej pięćdziesiąt lat wstecz, jeśli chodzi o przysposobienie do życia i ogólny stan społeczny, zupełnie jakby powrócił mrok II wojny światowej. Obejrzała się w lustrzei ze smutkiem zauważyła, że schudła. Wcześniejsza figura była wręcz idealna. Drobna, ale kobieca. Teraz musiała przyzwyczaić się do wystających obojczyków, mniejszych piersi i zapadniętych policzków, które jeszcze nie tak dawno zwykle przyrumienione, wydawały się teraz trupio blade. Nie ma się czemu dziwić, permanentny stres na nikogo dobrze nie działa. I tak była wdzięczna rodzicom, którzy dzień w dzień wmuszaliw nią jeden ciepły posiłek. To między innymi właśnie były zalety mieszkania na wsi i posiadania pieca kaflowego. Wyszła na dwór i po raz kolejny utraciła nadzieję. Niebo nadal było pełne chmur, a pewność tego, że jest właśnie dzień, zyskać mogła jedynie po szarówce jaka panowała, w czasie nocy było tak ciemno, że ludzie starali się nie opuszczać swoich domów. Wszystko przez brak Chorsa na niebie, który tyle wieków oświetlał drogę i ochraniał ludzi przed istotami wrogo do nich nastawionymi. Sama mogła się o tym przekonać, gdy ostatniej nocy wyszła po wodę ze studni. Gdy poczuła pełną śluzu rękę na swojej dłoni, w chwili gdy wyciągała wiadro, od razu przestała czuć pragnienie i chęć kąpieli, uciekła szybciej niż się tam pojawiła. A rodzicom oświadczyła, że woda zamarzła. Gdyby nie trwająca anomalia pogodowa, pewnie by jej nie uwierzyli, bo jak to mogło być możliwe, że pod koniec października była tak niska temperatura. Rano gdy matka zamierzała wyręczyć ją w tym zadaniu, zebrała wszystkie siły, które w niej pozostały i wyszła. Na szczęście nikogo tam nie spotkała, zwłaszcza nie ukazał jej się obślizły topielec ukryty w studni. Nie była pewna co do jakości wody, właściwie to wydawała jej się lekko zielonkawa, ale nie dość, że nie mieli innego źródła, to mimo wszystko nie chciała tym martwić rodziców. Od samego początku broniła ich przed brutalną prawdą, ukrywała przed nimi przyczynę tego stanu. Podobnie docierające do nich informacje o zaginionych ludziach, dziwnych wydarzeniach w okolicy przyjmowali jako coś normalnego – kolej rzeczy. Gorzej było z Filipem, on prawie wszystko wiedział, a te niepokojące zjawiska pogłębiły w nim i tak wielki niepokój. Gdyby powiedziała mu wszystko co wie, nigdy by sobie tego nie wybaczyła. Ten chłopak i tak dużo niósł już na swoich barkach. Poświęciła jeszcze chwilę na pieszczoty swojej suczki Daisy, najwierniejszemu stworzeniu pod słońcem, gdy w tym czasie przez furtkę przeszedł Filip. Blady był bardziej niż w ostatnim czasie, najbardziej jednak zwracały uwagę jego pełne strachu oczy. Złapała go pod ramię w obawie, że mógłby upaść z powodu trzęsących się nóg i posadziła na ławce. Dokładnie rozejrzała się, czy wokół nie ma rodziców, jego stan na pewno wywołało coś, przed czym ich broniła. Nie było nikogo w okolicy, pomimo tego na wszelki wypadek przysunęła się do brata i ściszyłagłos.

– Co się stało? – Chłopak długo milczał, widać było, że walczy zesobą.

– Byłem u Kuby… – Podejrzewała, że chodziło o jego przyjaciela jeszcze z czasów podstawówki. – Jego matka wróciła z Krakowa. – Faktycznie słyszała o tym, że zastało ją trzęsienie podczas delegacji, a potem no cóż, transport szlag trafił. Nic nie mówił, więc kiwnęła głową na znak, że rozumie. – Wróciła… połowa jej ciała jest oparzona, wiesz dlaczego? Bo zanadto zbliżyła się do groty pod Wawelem. – Zamarła. Co to ma do choleryoznaczać?

– Coś tam wybuchło? Bomba? – wydukała. Filip zmarszczył brwi widocznie skonsternowany, nie wiedząc jak to z siebiewyrzucić.

– Amelia, tam byłsmok.

– Że jak? Jaki znów smok? Skąd… – I zamarła, bo przypomniała sobie jedną ze swoich wizji. Wróciły jej przed oczy te drastyczne widoki, ta wszechobecna śmierć. Poczuła, że cała treść żołądka wraca jej do gardła, z trudem to opanowała. Gdy Filip zauważył, co się z nią dzieje poprawił się na krześle i jakby ogarnął z wcześniejszegoszoku.

– Słuchaj, nie wiem, czy to prawda, ale sama wiesz co łazi po tym świecie. Taki smok to nie byłoby nic dziwnego przy tym, co się ostatnio dzieje. No może oprócz tego, że związana z nim jest prawdopodobnie najpopularniejsza legenda. – Głośno przełknęłaślinę.

– To prawda. – Tylko na tyle było ją stać. Zwróciło to jego uwagę, bo nie odrywał od niej wcześniej rozbieganychoczu.

– Amelka, powiedz mi, czy ty coś o tym wiesz? – Jej oczy powoli zaczęły napełniać się łzami, a gula powstała w gardle uniemożliwiła jej mówienie, więc tylko pokręciła głową. – Dobrze, ale pamiętaj o tym, że bez tego nie będę w stanie ci pomóc. – Powiedział to takim tonem, że w zasadzie to ucieszyła się, że nie musi patrzeć na jego twarz. Zaraz też wstał i wszedł do domu, zostawiając ją na granicy ataku histerii. Przerosło ją to i dopiero teraz poczuła jak bardzo. Nie mogła się poddać, to był czas na walkę, na działanie. Jak nie teraz to nigdy. Z tą gonitwą myśli wyszła i skierowała się w stronę lasu. Tam nie ma szans na spotkanie ludzi, a o to jej właśnie chodziło. Nie bała się już od dawna, więc spokojnie stąpała po zarośniętych już ścieżkach. W leśnym królestwie panowała cisza. Pech chciał że akurat w takim momencie te stwory musiały się oddalić, wtedy gdy ich potrzebowała. Wystarczy jej jeden, jakikolwiek. Wędrowała tak szmat drogi, gdy w końcu uświadomiła sobie, że nie ma szans, a to tylko pogłębiło jej rozpacz. Wszystko wskazywało na to, że jej wyprawa była jedynie stratą czasu, gdy nagle u samych koron drzew usłyszała trzepot skrzydeł. Spojrzała w górę, niczego tam jednak nie ujrzała, więc dała spokój swoim wyobrażeniom i powoli zawróciła, by udać się z powrotem do domu. W momencie gdy pochłonęły ją rozmyślania, w jaki sposób wytłumaczy się rodzicom ze swojej nieobecności, jej drogę zastąpił ktoś obcy, a raczej coś. Wyglądało to jak zwierzę, przypominało orła, ale jego wielkość wskazywała jednak, że nie należy do żadnego ze znanych jej gatunków ptaków. Poza tym… jaki ptak ma płonące pióra? Obserwował ją bacznie, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Już wiedziała, że trafiła na to, czego szukała. „Jak z nimporozmawiać…”

Patrzył na nią bystrymi, pełnymi smutku ślepiami, a ona szybko utraciła posiadaną wcześniej pewność. Nie uzyskała odpowiedzi, bo i nie spodziewała się jej. Liczyła na jakiś kontakt, zejście zniebios.

– Pomożesz mi? – postanowiła spróbować w ten sposób. Ptak chwilę wpatrywał się w nią z zainteresowaniem, by ostatecznie zbliżyć się na tyle, że jego płonień zaczął jąparzyć.

– Auć – odsunęła się gwałtownie, bo ubranie zaczęło jej niebezpiecznie śmierdzieć. Orzeł zamiast się też odsunąć, zbliżył się jeszcze, tym razem na tyle szybko, że nie zdążyła zareagować. W zaciśnięte powieki dmuchnął chłodny powiew wiatru, a wrazz nim poczuła wielki ból. W brzuchu, jakby ktoś wbił jej nóż i przebił na wylot. Otworzyła oczy i złapała się za niego, poczuła tam dziurę, przysunęła dłoń do twarzy i zobaczyła, że z skapywała z niej krew. Zakręciło jej się w głowie. Wokół nie było nikogo, płonący ptak zniknął. Gdy ponownie spojrzała na dłonie, już nie było tam krwi a brzuch okazał się cały. Musiała wesprzeć się o drzewo, bo pod wpływem właśnie przeżytego szoku zabrakło jej sił. Cokolwiek to było, miało ją ostrzec i skłonić albo do ucieczki, albo dodziałania.

2

Podjęła decyzję, nie mogła jej teraz zmienić. Tą zdradą naraziła się nie tylko Panu Nawii, ale i wszystkim podległym mu istotom, które teraz zostały wręcz spuszczone ze smyczy. Wiedziała, że tą decyzją ściągnie na siebie niebezpieczeństwo, ale zdała sobie sprawę, że to nie jej decydować o tym, kiedy nastąpi koniec świata. Zwłaszcza po tym co było danej jej widzieć. Udało jej się przekonać do siebie Stanisława, wprawdzie tylko dzięki jego ojcu, który de facto jest Leszym, co samo w sobie jest ironią. Okrutnik wszedł w sojusz z dwoma demonami, a będzie walczył z całą ich hordą. Do ostatecznej walki mieli jeszcze niecałe dwa miesiące, czas się nie zatrzymywał, a na nich czekało zadanie dowykonania.

Miała sporo czasu na obmyślenie planu, gdzie mogą znaleźć jakieś wsparcie. Dlatego następnego dnia po ważnym dla Staszka spotkaniu postanowiła przerwać mu sielankę spędzania czasu z ojcem. Ujrzała ich na ławce, zdecydowała, że przez chwilę nie będzie się ujawniać by nie psuć radości chłopakowi, widocznie zaabsorbowanemu i ojcem, i sprawnymi oczyma. Leszy na pewno czuł jej obecność, lecz nie dał tego po sobie poznać. Wynurzyła się zza drzew, mimo to nadal nie przyciągnęła uwagi nikogo, do momentu, gdy zbliżyła się na tyle, że kątem oka można było dostrzec jej sylwetkę. Staszek odwrócił głowę w jej stronę, a jego mina momentalnie zrzedła. Nie zraziła się tym. Właściwie tego sięspodziewała.

– Musimy ruszać… – zaczęła, ale widząc rosnące zdenerwowanie na twarzy Staszka przerwała i spojrzała szukając wsparcia u jego ojca. Ten zrozumiał, o co chodzi i przejąłinicjatywę.

– Ona ma rację, jużczas.

– Dopiero co odzyskałem wzrok i ojca, nie możesz sobie pójść i przyjść no nie wiem… zatydzień?

– A ty myślisz, że Weles będzie czekał aż ty się nacieszysz? – Była tam parę minut a on już zdążył popsuć jej humor. Usłyszała tylko jak prychnął, bo wzrok skierowała wniebo.

– Synu, niestety nie mamy dużo czasu, wierzę, że po tym wszystkim zyskamy go jeszcze więcej. – Zauważyła w jego twarzy zmianę, był to bolesny skurcz mięśni, który pojawił się tylko na sekundę i Stanisław na pewno go niespostrzegł.

– To nie idziesz z nami? – Głos Staszka wskazywał na to, że jestzawiedziony.

– Nie mogę zostawić lasu, poza tym ktoś musi opiekować się twoją matką i siostrą. – Zerknęła na chłopaka, gdy ten kiwał głową, ale jego twarz widocznie sposępniała. – Idź chłopcze. Wiedz, że stanę po twojej stronie, gdy nadejdzie czas. – Odwróciła się i ruszyła w stronę lasu, wiedziała, że swoją obecnością wtargnęła w tę ich intymną atmosferę przez co czuła się co najmniej głupio. Poza tym, nienawidziła pożegnań, nawet cudzych. Po pewnym czasie usłyszała za sobą kroki. Przez pewien, dosyć długi czas, kiedy maszerowali w milczeniu, nie obdarzyła go nawetspojrzeniem.

– Gdzie idziemy? – Wyczuła w jego głosie napięcie, jakby zupełnie jej nie ufał. Idiota.

– Prowadzę cię do Welesa, a niby gdzie indziej. – Prawie się zatrzymał, lecz duma go powstrzymała, a ona zaśmiała się gorzko. – Tam gdzie mówiłam, póki mi nie zaufasz będzie szło ciężko. A swoją drogą… ja też nie mam ochoty na wyprawy z tobą, jednak skoro tylko to może coś zmienić, to musimy się zmusić do chwilowego zawieszeniabroni.

– Mam zaufać istocie, która chciała mnie wydać Welesowi? Żartujeszsobie?

– Nie żartuję, musisz, jeśli chcesz wygrać bitwę. Poza tym, ty też zrobiłeś mi wiele złego. – Przełknęła ślinę, która tworzyła już w jej gardlegulę.

– Taa? Niby co? – Bogowie, jaki onirytujący…

– Zabiłeś mi siostrę. – Była dumna, że powiedziała to z kamienną twarzą. On chwilęmilczał.

– Twoja siostra od dawna nieżyła.

– Skoro tak stawiasz sytuację, jakbyś się czuł gdyby ktoś zabił Lesze… znaczy twojego ojca? – Odpowiedziała jej cisza, która trwała aż do zmierzchu. Minęli wiele wsi i miast, wędrowali w taki sposób, by nie natknąć się na ani jednego człowieka. Możliwe, że jej widok mógłby wywołać różne emocje, dlatego cieszyła się z tego wyludnienia. Chociaż specjalnie na tę podróż przywdziała lnianą suknię, a długie po ziemię włosy związała w warkocz, a następnie oplotła go wokół głowy. Zatrzymała się pod ruinami jakiegoś domu i otworzyła drzwi. Wydawało się to odpowiednie miejsce na odpoczynek dlaStanisława.

– Tu możesz się przespać, o wschodzie wyruszamy już jako zwierzęta. Ty wilk, a ja łabędź i musisz się trzymać blisko mnie. – Nie odpowiedział, jedynie delikatnie pokiwał głową jakby zaabsorbowany czymś innym. Gdy podążyła za jego spojrzeniem, zrozumiała ten błysk w jego oku. Na podwórku w krzakach stał schowany motocykl, jak dla niej po prostu zwykły zdezelowany rupieć. Tyle mogła stwierdzić na podstawie swojej wiedzy motoryzacyjnej, a to i tak nieźle jak na jej wiek. Nie chciała dłużej słuchać ciszy, więc postanowiła miło zagaić i zachęcić do rozmowy swojegotowarzysza.

– Zdajesz sobie sprawę, że nie ma paliwa? I prawdopodobnie nie znajdziesz go już nigdzie w pobliżu. – No może nie wyszło jej to najlepiej chociaż się starała. I tak chłopak ją zignorował, zajął się sprawdzaniem stanu maszyny. Mężczyźni… Dała sobie spokój i weszła do domu, co prawda ona tego nie potrzebowała, ale ten facet musi coś jeść, a przed wyruszeniem po prostu o tym nie pomyślała. Po przeszukaniu paru szafek mogła nacieszyć się drobnymi, za to w obecnej sytuacji wystarczającymi łupami. Znalazła parę konserw, w tym jedną z gotowym daniem, i batona proteinowego. Warto było przywędrować do tej wiochy pod miastem, by zebrać co się dało i obmyślić dalszy plan. Ludzie opuszczali takie miejsca ze względu na nikłe możliwości przetrwania, bowiem wszystko co można było w tym miejscu posiadać, zostało już zrabowane. Ludzie też nie radzili sobie z wrogiem, zwłaszcza gdy nie byli w gromadzie. Jak można tak bardzo uzależnić się od elektryczności czy gazu, żeby nawet nie brać pod uwagę ich braku i ewentualnego zabezpieczenia? Rozejrzała się po kuchni, było wystarczająco drewna przy piecu kaflowym, by mogła podgrzać konserwę pełną pewnie niezbyt pysznego dania, zresztą sam zapach odpychał, jednak na pewno dobrze mu zrobi coś ciepłego w żołądku. Nie pamiętała już jak cokolwiek smakuje, przynajmniej nie miała problemów ze słabościami ciała, gdy to nie dostało wystarczającej ilości pożywienia. No i nie tyła! Ale też nie chudła, więc nie miała powodu się tym cieszyć. Była po prostu duszą w martwym od wielu lat ciele, które i tak jak na istoty jej podobne nieźle się trzymała. W chwili gdy poczuła swąd przypalonej konserwy, ludzkie sprawy ją widocznie przerastały, do kuchni wszedł Stanisław, który dość szybko stracił zapał do sprzętu napotkanego pod domem. A może to zapach goprzywiódł?

– Coś się pali? – zapytał, nie wydawał się jednak tym szczególnie zainteresowany. Zauważyła, że zaróżowiały mu policzki, prawdopodobnie przez ciepło panujące wdomu.

– Przypaliłam trochę, ale powinno chyba nadawać się do jedzenia. – Nie trudziła się z przelewaniem posiłku na talerz. Położyła garnek na stole. – Smacznego.

– Nie jestem głodny, uważam, że najwyższy czas na rozmowę. – Splótł ramiona na piersi, chyba chciał się wydawać groźny i niezbyt skory doustępstw.

– Nie robiłam tego na marne, jedz. – Nie wydawał sięprzekonany.

– Dobra, ale siadasz ze mną i wyjaśniasz mi po jaką cholerę się w ogóle na to zgodziłem. – Pokiwała głową, a on usiadł i zaczął jeść. Nie dał po sobie poznać, czy mu smakuje. A zresztą, co ją to interesowało, ona tylko podgrzewała. – A więc? – Pozwoliła sobie chwilę go obserwować zanimodpowiedziała.

– Mamy spotkanie zwieszczką…

– Po co? – zapytał z buzią pełną jedzenia. Ludzie w tych czasach są wyjątkowoniekulturalni.

– Musisz mi ufać, inaczej wszystko szlag trafi. – Chłopak obserwował ją bacznie, nic nie mówiąc. Chyba wyczuł jej złość. – O północy wyruszamy, teraz lepiej wypocznij. – Wzniósł oczy ku górze, nic jednak nie powiedział. Oczywiście nie posłuchał jej i spędził godzinę siedząc i wpatrując się w przestrzeń za oknem. Zjedzona konserwa chyba zadziałała, bo po chwili oczy zaczęły mu się zamykać, aż opadł całkowicie, tak jak i jego głowa, na stół. Wyglądał komicznie i bezbronnie. Podczas snu jego twarz wyglądała zgoła inaczej, była spokojna, pozbawiona złości, można by wręcz przyznać, że wyglądała uroczo. Ciągle nie mogła zdobyć się na tak miłe określenie dla tego człowieka. Mimo to przyłapywała się na tym, że patrzyła na niego więcej niż powinna. Za którymś razem, gdy zdała sobie sprawę, że nad tym nie panuje, wstała by zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyszła, a chłodny wiatr owiał jej ramiona i zakołysał włosami co uznała za pieszczotę i przymknęła przy tym oczy. Powiew przybrał na sile, a przez powieki zauważyła jakby blask słońca, co wytrąciło ją z równowagi. Gdy je otworzyła ujrzała śmierć, ból i wszechobecne zło. W jej oczach stanęły łzy, próbowała zatkać uszy, bo dochodzące wokół jęki i krzyki doprowadzały ją do rozpaczy. Nie mogła tego wytrzymać, z jej ust wydobył się krzyk, którym starała się zagłuszyć okropnedźwięki.

Poczuła czyjąś dłoń na ramieniu, a potem ktoś pociągnął ją za rękę przez co odsłoniła oczy. Nie słyszała jużnic.

– Czy ty oszalałaś? Chcesz żebyśmy mieli towarzystwo? – Gdy otworzyła oczy, ujrzała zdenerwowaną twarz wilczka i choć to było cholernie głupie, rzuciła mu się w ramiona, oczywiście odepchnął ją zaraz, jednak przez tę sekundę poczuła się… dobrze, naprawdędobrze.

– Przepraszam – powiedziała tylko i wróciła do wnętrza domu, starając się ukryć swojezażenowanie.

– Co to miało być? – przerwał na chwilę i wydawał się zszokowany. – Dlaczego krzyczałaś? – Nie była w stanie odpowiedzieć na te pytania. Po policzkach pociekły jej świeże łzy. Usiadła na kanapie, a raczej tym co z niej zostało i zwinęła się w kłębek. Widziała i sama czyniła ogromne zło, ale to przekraczało wszelkie granice. – Dobrogniewo… – Podniosła na niego wzrok. Pierwszy raz nazwał ją jej imieniem. Chwilę otaczała ich cisza przerywana jedynie kroplami deszczu, który akurat zacząłpadać.

– Widziałam koniec… – Zebrała siły. – Już nie pierwszy raz, ale… – Przerwała, bo w gardle ścisnęło jej się tak, że uniemożliwiło to dalszydialog.

– To dlatego zmieniłaś stronę? – Spojrzała mu prosto w oczy. – Bo przeraziłaś się tego, co ma nastąpić? – Pokiwała głową i zamknęła oczy. Nic nie odpowiedział tylko patrzył na nią z nieodkrytym wyrazem twarzy. Trwali tak, póki nie otrząsnęła się z szoku i nie przypomniała sobie celu ichwędrówki.

– Ymm… musimy iść, już czas. – Zwlekła się z kanapy i ruszyła do drzwi, nawet nie sprawdzając, czy podążył za nią. Było jej wstyd za wcześniej okazaną słabość. O tym, że szedł za nią utwierdziły ją odgłosy kroków po błocie i przegniłychliściach.

***

Nie czuł się pewnie w towarzystwie demona, dlatego jej atak paniki sprawił, że wyostrzył czujność. Nie był pewien zmiany strony przez nią ani tego czy faktycznie jest w stanie mu pomóc. Znajdował się w sytuacji, która była bez wyjścia, nie był w stanie ruszyć w żadną zestron.

Po wiosce poruszali się jeszcze w ludzkiej skórze, by nie narazić się na napotkanie ludzi i sytuacje dla nich stresujące. Krok w krok maszerowali w milczeniu, wsłuchując się w napierającą na nich ciszę. Miał wrażenie jakby w tym miejscu było już po starciu i ludzie zniknęli z powierzchni ziemi. Zbliżali się już do ostatnich domów, gdy usłyszeli gwizdanie. Wprawiło ich to w osłupienie, bo wcześniej nie wyczuli obecności tej istoty, a to wydawało się wręcz niemożliwe. Zamarli, obserwując otaczające ich domy i zarośla, które mogły skrywać wrogą postać. Mięśnie zaczęły go pobolewać z ciągłego napięcia a zmęczony umysł miał już dość ciągłych pułapek, ataków czyzagadek.

– Dobra, czego chcesz? Śpieszy się nam. – Postanowił, że postawi sprawę jasno i nie da grać sobie na nerwach kolejnemu demonowi. Dobiegł go tubalny śmiech a po chwili ziemia zatrzęsła się od kroków. Cokolwiek to było, musiało ważyć o wiele więcej niż on, co nie było dobrym znakiem i zmusiło jego mięśnie do jeszcze większego napięcia. Zza progu jednego z domów wyszedł… czarnowłosy mężczyzna. Musiał mieć dobrze ponad dwa metry, bo gdy podszedł, Stach musiał zadrzeć głowę do góry. Był potężny, zbliżony posturą do olbrzymów z gór, z tym, że tamte przewyższały go o paręmetrów.

– Słyszałem o twojej odwadze i muszę przyznać, że każda z tych opowieści teraz wydaje się prawdopodobna. – Zagrzmiał wielkolud. Stach kątem oka zauważył, że Dobrogniewa zmarszczyła brwi i uważnie obserwowała stwora. Czyżby to nie było przypadkowespotkanie?

– Powtórzę raz jeszcze. Czego chcesz? – Starał się, by jego twarz nie wyrażała emocji, ale widząc rozmiary jego dłoni, zaczynał kalkulować swoje szanse. Do tego zachowanie wiły kazało mu się zastanowić, czy czasem nie wpakował się wpułapkę.

– Przysługi, w zamian zaoferuje ci moją siłę – powiedział to jak gdyby nic a Okrutnika na chwilęzatkało.

– Jakiej przysługi? Siłę? Możesz się jaśniej wyrazić? – zaczął. – Poza tym, kim do cholery jesteś? – Olbrzym uśmiechnął się i pokazał rząd zębów, co było zaskakujące. U wielkich ludzi przyzwyczaił się raczej do ichbraku.

– Jestem Golemi. – Tu wiła wypuściła powietrze i westchnęła cicho. Nie zwrócili na nią uwagi. – Nie bez powodu tu jestem, Okrutniku. Potrzebuję twojej pomocy, a tobie przyda sięmoja.

– Kim… czym ty jesteś? – zaabsorbowany był jego wyglądem. Przypominał człowieka. Nie miał blizn, braku w uzębieniu czy naszyjnika z ludzkich kości. Inteligencją odróżniał się od Waligóry czyWyrwidęba.

– To potomek olbrzyma. Pół człowiek, pół gigant. – Wiła wyprzedziła Golemiego, który nie wydawał się tym urażony, bo obdarzył ją delikatnym uśmiechem. W odcieniu jego oczu zbliżonym do kruczoczarnych włosów, szalały młodzieńcze iskierki, ciało za to nosiło ślady wielu lat na tej ziemi. Nawet w jego gestach widniał ciężarżycia.

– Wielu was jest? – Zawsze gdy poznawał nową dla niego istotę chciał pozyskać jak najwięcej informacji na jej temat. Ot, zboczeniezawodowe.

– Już nie i dlatego tu jestem. Musisz pomóc spełnić mi misję, która ciąży na mym rodzie, nim i ja odejdę. – Pewnie skusiłby się na tę propozycję, gdyby nie to, że życie wszystkich ludzi wisi na włosku. Zresztą wiele informacji, jakie do niego ostatnimi czasy dochodziły, zdawało się niezrozumiałych, tak jak i ta teraz przekazana przez tęistotę.

– Słuchaj, jestem zajęty… – zaczął, gdy pół olbrzym wyciągnął dłoń, by gouciszyć.

– Przybyłem tu, by okazać ci swoją lojalność. Będę walczyć po stronie Peruna, po twojej stronie, jednak musisz mi obiecać, że pewnego dnia spełnisz moją prośbę. – Zaczynał się robić niespokojny. Czas mijał a gościu truł mu dupę swoimi problemami. Nie miałwyboru.

– Dobra! Teraz wybacz, ale wojna, koniec świata i inne pierdoły czekają. – Wyminął go, nie czekawszy na wiłę. Nie oglądał się więcej na Golemiego i miał szczerą nadzieję, że już nigdy nie będzie musiał go widzieć. Gdy Dobrogniewa zrównała z nim krok, co chwilę zerkała w jegostronę.

– No co? – Nie wytrzymał naporu jejspojrzenia.

– Nie powinieneś go tak traktować, będzie dobrym sojusznikiem, zna wiele istot, o których nie masz nawet pojęcia. – Jakaż ona była wkurwiająca. A może to on tak bardzo nie lubił, gdy ktoś gopouczał.

– Nie powinienem to was wszystkich oszczędzać. – Przyśpieszył. Już więcej się do niego nieodezwała.

***

Za wsią znajdowała się puszcza, właśnie tam się kierowali. Nie znała tego miejsca i samo przebywanie tam sprawiało, że jej ciałem wstrząsały dreszcze, co nie uszło uwadze Staszka, nie skomentował tego, wydawał się jednak bardziej spięty. Po drodze musiała wskoczyć jeszcze do leśnego stawu, bo czuła już suchość na ciele, a nie mogła dopuścić do całkowite wyschnięcia, źle by się to dla niej skończyło. Nie potrafiła ukryć lekkiego uśmiechu, gdy poczuła na swoim nagim ciele spojrzenie Staszka. Po przejściu sporego kawałka w głąb lasu, księżyc ukazał im polanę na granicy której znajdowała się stara chata. Wydawała się opuszczona, bez okien, a ściany pomazane miała sprayem przez znudzonych dzieciaków. Czuła jednak, że to właśnie tam znajdą to, czego szukają. Nie myliła się, bo po przekroczeniu drzwi wejściowych jej oczom ukazało się wnętrze w idealnym stanie, zadbane, pełne kociołków i zwisających po ścianach pęków ziół, oświetlone dodatkowo blaskiem z kominka. A to wszystko razem połączone z intensywnym zapachem mieszanek ziół wpadających w nozdrza. Obejrzała się na Okrutnika, chcąc zapytać czy też to widzi, jego mina wszystko wyjaśniała. Był w szoku, a ona uśmiechnęła się zadowolona, że udało jej się go zaskoczyć. Nagle z kąta chatki usłyszeli chrząknięcie, ledwo dostrzegła drobną, zgarbioną staruszkę siedzącą na fotelu z kurą na kolanach. Na niej nie zrobiło to wrażenia, za to Staszek widocznie spochmurniał. Nie dziwiła mu się, babcia może i wyglądała niepozornie, biła od niej jednak ogromna siła, która stawiała włoski na ciele. Wstała z krzesła i zbliżyła się do nich, a płomień z ogniska oświetlił jej sylwetkę, która nie wydawała się już taka drobna, a wręcz przeciwnie. Kobieta wydawała się wzrostem sięgać aż do sufitu. Burza siwych włosów wyglądała niczym poskręcane węże, a całemu klimatowi dodawały jej oczy bez tęczówek. Na pierwszy rzut oka była ślepa, chociaż miało się wrażenie, że przeszywa człowieka aż do kości. Staszek napiął mięśnie i zacisnął pięści. Głupi, nie zdawał sobie sprawy z potęgi czarownicy. Mogłaby zabić ich szybciej niż mrugnięcie ich oka, skoro tego nie zrobiła uchodzili za niezłych szczęściarzy. W kącie chatki jeden z wielu kręcących się tam kotów zasyczał cicho, a Okrutnik delikatnie podskoczył co sprawiło, że Dobrogniewie poprawił się humor, nie odważyła się jednakzaśmiać.

– Przyszliśmy po pomoc – wydusiła z siebie wiła. Nie wiedziała, czego się spodziewać, ale ta kobieta była jedyną osobą, która może ich naprowadzić na cokolwiek. Staruszka nie odpowiedziała. Stała i mierzyła ich pustymi oczami. Płomień w ognisku zaczął migać, jakby wiał silny wiatr, którego oni sami nie odczuwali. W jednej chwili przebywali w ciepłej, oświetlonej chatce, a w kolejnej leżeli na plecach na chłodnej ziemi wypchnięci przez niewidzialną siłę. Przed nimi stała opuszczona chatka. Staszek szybko podniósł się z ziemi oczywiście ani myśląc o tym, by pomócwile.

– Co to było? – zapytał obserwując bacznie chatkę i gotując się doataku.

– Pożegnanie – odezwała się wiła powoli wstając, to było całkowicie w stylu Maryśki, najstarszej czarownicy na świecie. A przynajmniej takie opowieści o niej słyszała, mieli szczęście, że nie zrobiła nic gorszego, a drugim wyjątkiem było to, że dała im się ujrzeć, co też graniczyło zcudem.

– Nie pomogła nam, czyli to było na marne? – Złość wręcz w nim kipiała i znając go zaczął w głowie snuć już plany zabicia wiły, a potem wyrównania rachunków zestaruchą.

– Pomogła, ruszamy na Giewont. – W porywie emocji Staszek nie usłyszał wskazówki Marychy, a może nie było to dla niego przeznaczone. Dobrusiausłyszała.

Na niebie rysowała się delikatna sylwetka ptaka z długą szyją i wielkimi skrzydłami, a pomiędzy drzewami jego śladem biegł potwór, przed którym uciekał każdy, kto dbał o życie. Gdy byli pod górą, słońce jeszcze nie wzeszło. Odwróciła się za siebie, na dole gnał ogromny jasnobrązowy wilk, była pełna podziwu przyglądając się jego muskulaturze i sile jaką miał w sobie. Ona jako łabędź mogła bez problemu pokonywać duże odległości, on wykazał się niezwykłą wytrzymałością. Gdy wleciała już prawie na szczyt, wylądowała na kamieniu wystającym z góry i wróciła do postaci długowłosej kobiety, teraz już nagiej, ale nie przejmowała się tym. Po paru minutach dołączył do niej Staszek, on z kolei miał na sobie spodnie. A szkoda, na pewno ich brak sprawiłby, że ten dzień wydawałby się przyjemniejszy. Okrutnik nawet na nią nie popatrzył, szedł w górę jakby doskonale wiedział, gdzie ma iść. I dobrze, bo ona nie miała pojęcia. Ruszyła z nim, może nie do końca pokładając w nim nadzieję, ale nie miała innego wyboru. Przez swoją nieuwagę prawie na niego wpadła, gdy zatrzymał sięgwałtownie.

– Co jest? – zapytała półprzytomna. Nie uzyskała odpowiedzi i wcale nie musiała, bo przed nią piętrzyła się wielka dziura prowadząca prawdopodobnie do jaskini. Imponujące. Spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi, a ona tylko wzniosła ramiona. Udało mu się, ale nie miała zamiaru mu tego przyznawać, nie da mu tej satysfakcji. Widocznie nie liczył na to, bo wszedł do jaskini bez słowa i zagłębił się w jej czeluściach. Ruszyła za nim, cieszyła się, że nie jest już człowiekiem, bo jej oczy szybciej przystosowywały się do ciemności jaka tam panowała. Tunel był tak długi, że powoli zaczynała się nudzić. Gdy w końcu ujście się rozszerzyło, poczuła zdenerwowanie, nie miała pojęcia, co może być na końcu. Co jeśli to grota Żmija? Teraz i tak nie było odwrotu. Gdy wyszli z tunelu, ujrzeli salę wyciosaną w litym kamieniu, ogromną, a może to pustka sprawiała, że sala wydawała się tak wielka. Jedno było pewne, nikogo tu nie spotkali. Zero jakiegokolwiek życia. Spojrzała na Staszka i widziała już rozczarowanie przeradzające się w złość, gdy coś wpadło jej dogłowy.

– No i co teraz? Nic tu nie ma. Nie wiem, po co w ogóle się tutrudziliśmy?

– Może po prostu musisz ich przywołać – zaczęłaspokojnie.

– Jak przywołać? Co ja jestem, jakiś czarodziej? – Uniósł brwi niezbyt przekonany jejpomysłem.

– No musisz ich obudzić. – Przewróciła oczami, ale sama szukała logiki całej tejsytuacji.

– Halo? Czy są tu jacyś rycerze? Pobudka! – zawołał, a w odpowiedzi dostał tylko echo odbijające się od skał. Nabijał się, lecz słychać było w tym też gorycz. Gorycz porażki. Westchnęła, nie miała więcej pomysłów. – Perun was wzywa! – huknął, a wówczas jak za dotknięciem magicznej różdżki ściany zaczęły drżeć, a pod nimi nogi się prawie ugięły. Z oddali z najciemniejszego wnętrza jaskini, dobiegł ich dźwięk zbliżających się kroków. Ktoś lub coś bardzo powoli się do nichzbliżało.

– Kim jesteś? – zapytał hardo Stach. Nie uzyskał na to pytanie żadnej odpowiedzi, a nieznana istota podeszła na tyle blisko aż w końcu mogli ujrzeć jej całą postać. Był to mężczyzna, przynajmniej to mogli rozpoznać po ubiorze. Jego ciało to była po prostu szara, pokryta starczymi plamami i zmarszczkami skóra nawleczona na kości. Nie było szans określić jego wieku. Zatrzymał się i mglistym spojrzeniem patrzył w przestrzeń za nimi. Wydawało się, że od tej ciemności oślepł. Odsunęła się trochę zaStaszka.

– Już czas? – Jego słaby głos rozbrzmiał w jaskini i z każdym echem nabierał mocy. Nagle coś wpadło jej dogłowy.

– Jaśko? – odezwała się Dobrogniewa, a ślepe spojrzenie starca na moment się na niej skupiło. – To ten pastuch z… – przerwał Staszek, gdy ujrzał szybkie skinięcie wiły. Przed nimi stał Jaśko, pastuch, który według legendy miał obudzić śpiących rycerzy z Giewontu. Była w szoku jak wiele prawdy znajduje się w historiach opowiadanych z pokolenia napokolenie.

– Już czas? – powtórzył pastuch Jaśko, który wydawał się zmęczony. Teraz zauważyła, że podpiera się na wielkiejlasce.

– Tak, już czas – odpowiedział Stach i w tym momencie starzec uderzył dwukrotnie laską o ziemię. Z drugim uderzeniem jego starcze ciało zamieniło się w pył i uleciało. Usłyszeli donośne rżenie koni, które zdawały się zbliżać. Gdyby miała sprawne serce, na pewno by jej teraz stanęło. Ze ścian zaczęli po kolei wychodzić a raczej dosłownie wyrywać się spomiędzy skał wojownicy, którzy na pierwszy rzut oka przypominali posągi. Po dłuższej chwili nabrali ludzkich kształtów, a Dobrusia była w takim szoku, że przez chwilę stała jak wryta. Musiało ich być tysiące, wypełniali całą salę mimo tego, że stali ciasno obok siebie, ramię w ramię. Wielu miało różne herby, różnej jakości zbroje i uzbrojenie. Co się rzucało w oczy – każdy z nich miał ten sam wyraz twarzy. Chęć walki za swoją ukochaną ojcowiznę. Nadeszła chwila by dopełnić przysięgi i dowieść, że nie są wiarołomcami. Nadchodził ich czas próby. Miała nadzieję, że wpłyną na ich losy. Wydawali się co prawda potężni, nie miała jednak pojęcia, jak to się będzie przekładać na walkę z demonami. Spojrzała na Staszka, albo był cholernie dobry w udawaniu, albo nie zrobiło to na nim wrażenia, co wydawało się raczej mało prawdopodobne. Stał dumnie wyprostowany i przeczesywał wzrokiem całą armię. Po chwili gdy wszystko już się uspokoiło, wyraz twarzy Okrutnika zaczął się zmieniać, jego policzki i usta zaczęły lekko drżeć, by po chwili odwrócić się i ukazać wielki, szczery uśmiech. Spojrzał na nią po raz pierwszy bez nienawiści czyżalu.

– Uda nam się – powiedział, a Dobrogniewa poczuła tak wielką ulgę, że nogi się pod nią ugięły. Schowała twarz w dłonie i parę razy głośno odetchnęła. Gdy odsłoniła oczy, ujrzała tysiące rycerzy wpatrzonych w Stanisława i czekających na jegorozkazy.

– Zbliża się wasza ostatniawalka!

3

Miała już po dziurki w nosie demonów, bogów i przede wszystkim ludzi z nimi związanych. Każdy kto miał „zaszczyt” kontaktu z bogami, dostawał małpiego rozumu. Niestety nie mogła kierować się swoimi widzimisię, bo musiała działać, by uratować świat przed jednym z nich. Najgorsze w tym wszystko było to, że działała przeciwko swojemu sercu. Jedynym wyjściem z sytuacji okazało się udanie do mężczyzny, który ją omamił podstępnie, zostawił samą, a do tego znalazł sobie pocieszenie w ramionach innej. Przeżyła wiele, lecz nikt jej tak nigdy nie upokorzył. Zebrała niesforne włosy w kucyk i nie patrząc w lusterko wyszła z domu. Była tak podminowana przed spotkaniem ze Stachem, że nie odezwała się ani słowem do sąsiadek stojących po drugiej stronie drogi. Później pewnie za to dostanie jej się od matki, ale… pieprzyć to. Stała już pod domem Staszka, gdy kątem oka zobaczyła oddalającą się sylwetkę blondynki z włosami aż do ziemi i jeśli ją oczy nie myliły to nagiej. Tego już było za dużo. Tym razem nie zamierzała uciekać, pora stawić czoła wszystkim problemom. Zwłaszcza, że za półtora miesiąca ma się rozpętać piekło na ziemi. Przekroczyła bramkę i z szybko bijącym sercem zapukała do drzwi. Otworzył jej mężczyzna, którego ujrzeć się nie spodziewała. Pozbawionego goryczy i nienawiści Staszka, z oczami jak jesienne liście wpatrzonymi w nią jak kiedyś. W tym spojrzeniu było coś co sprawiło, że cała złość i smutek wyparował z niej w mgnieniu oka. Zostało tylko pragnienie, by wylądować w jego ramionach i zatopić się w nich. Jako, że prawdopodobnie zostało jej mało czasu do śmierci, postanowiła, że będzie spełniać pragnienia, a więc nie zastanawiając się długo wylądowała tam gdzie chciała, a on otulił ją swoimi silnymi ramionami i przyciągnął tak, że stykali się całym ciałem. Kwestią czasu było doznanie, gdy jego wargi błądzące pierw po jej czole, w końcu odnalazły drogę do ust. Wcześniej nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo za tym tęskniła. Nie było siły, która dałaby radę rozłączyć ich w tej chwili. Gdy ich ubrania leżały już na podłodze, a ona czuła ciepło płynące z jego ciała i każde uderzenie jego serca, wiedziała, że dobrze trafiła. Zatracili się w sobie, a przynajmniej ona, może i utraciła tym niekontrolowanym porywem godność, w końcu po tym co jej zrobił nie powinna nawet z nim rozmawiać. Mimo to czuła, że przeżywa właśnie najpiękniejszą chwilę swojego życia. Każdy jego dotyk, muśnięcie warg czy gorący oddech na skórze sprawiał, że płonęła od wewnątrz. Największą przyjemność sprawiło jej spojrzenie Staszka skupione na każdym fragmencie jej ciała. Czuła się wspaniale dopóki nie przyszedł kres odmóżdżenia. Po chwili przyjemności przyszedł czas na wstyd, wyrzuty sumienia i przede wszystkim żal. Leżała na łóżku okryta tylko kocem obok mężczyzny, którego darzyła tak wielkim uczuciem, że aż łzy zebrały jej się w oczach na napływ myśli o nim i… tej blondynce. Za dużo już łez przelała, postanowiła, że nie da poznać po sobie niczego. Opanowała się i usiadła, by zacząć ubieranie, a on przyciągnął ją dosiebie.

– A ty dokąd? – zamruczał jej do ucha, co było wystarczającą zachętą, by zostać, ale nie mogła dać mu tej satysfakcji, że ma nad nią władzę. Wydostała się z jego uścisku i dokończyła ubieranie, on bez słowa obserwował ją i nie ruszał się zmiejsca.

– Jakim cudem odzyskałeś wzrok? – Gdy już się ubrała, zmieniła miejsce na krzesło stojące nieopodal łóżka, mimo to nie była w stanie spojrzeć mu w oczy, więc obserwowała wnętrze domu, które wydawało się bardziej zapuszczone niż gdy je widziałaostatnio.

– Sam chciałbym wiedzieć… – Kątem oka zauważyła jak wygodniej rozłożył się na łóżku, ułożył tył głowy na złączonych rękach i zapatrzył się wsufit.

– Tak po prostu odzyskałeś? Może ty jednak wierzysz w złych bogów? – zakpiła, była jednak zdenerwowana tym, że coś przed nią ukrywa. Odwrócił w jej stronę głowę i chwilę świdrował jąspojrzeniem.

– Nie wiem dokładnie w jaki sposób odzyskałem wzrok, ale myślę, że to sprawka Raroga – powiedział spokojnie, zaraz też dodał, zdając sobie widocznie sprawę z ignorancji w tych sprawach, Amelii-Ognistego Ptaka. Jest strażnikiem krainy bogów, Prawii. Jest bardzo uzdolniony, kryje w sobie magię. Myślę, że to Perun go do mnie wysłał. – Znowu on. Ojciec, którego prawdopodobnie nigdy nie będzie dane jej ujrzeć, ale nie jest to przeszkodą, by na każdym kroku rujnował jej życie. Po chwili zdała sobie sprawę, że przecież sama go widziała. Spotkała Raroga, ostrzegał ją… ale przed czym dokładnie? Kto miał zadać ten cios? Nie odezwała się, czuła do niego zbyt wielki żal ze względu na blondynę, która widocznie jest z nim na tyle blisko, że nie ma problemów, by latać przy nim w całkowitym negliżu. Co nie zmienia faktu, że musi być wariatką. On prawdopodobnie wyczuł o co jej chodzi, bo zaśmiał się cicho, co aż zagotowało jej krew wżyłach.

– Wiem, że widziałaś Dobrogniewę… – Ciekawe imię, musiała przyznać. – Amelia, to długa i pokręcona historia. Nie masz być o co zazdrosna. – Ooo, teraz to dolał oliwy doognia.

– Ja zazdrosna? Żartujesz? – Cóż, swoim wybuchem upewniła go w jego podejrzeniach, to był jednak najwyższy czas na wylanie wszystkich żalów. – Po prostu nie zachowałeś się dobrze wobec mnie. Starałam się pomóc, a ty mnie odrzuciłeś. Nawet nie wiesz, jak mi zależało na tobie. Na dodatek zostawiłeś mnie samą, wiedząc co nadchodzi. Widziałeś to tak, jak ja. Najgorsze w tym wszystkim jest to, co zobaczyłam później. Jak ta… jak ona zajmuje moje miejsce. Złamałeś mi tym serce. – W całym porywie emocji nie zdawała sobie sprawy, że po twarzy wraz z każdym słowem spływała kolejna łza. Staszek wydawał się wytrącony z równowagi, co w pewnym stopniu dawało jej satysfakcję. Podniósł się i chciał ją przyciągnąć do siebie, ale wyrwała mu się. Nie chciała od niego pocieszenia, awytłumaczenia.

– Amelia… ja, ja się zagubiłem. Ta pieprzona strzyga odebrała mi najważniejszy dla mnie zmysł, na którym polegałem całe życie. Czułem, że nie jestem w stanie nic zdziałać, do tego nie chciałem cię narażać na niebezpieczeństwo w swoim towarzystwie. Potrzebowałem samotności. Sam pogrążałem się w swoim żalu. – Mówił spokojnie, czuła, że wewnątrz otworzył dla niej pewne drzwi. Pozwolił jej zajrzeć do środkasiebie.

– Nie byłeś taki znowu sam. – Nie mogła mu odpuścić tej nudystki. Westchnął i poprawił się nałóżku.

– To wiła. Demon, który początkowo był po stronie Welesa, planowała oddać mnie w jego ręce. Zobaczyła to co my, któryś z bogów pokazał jej to, co czeka ludzkość w niedalekiej przyszłości. Zmieniła stronę i w tej chwili pomaga mi w zebraniu armii. – Wypowiedział to jakby nie było to nic znaczącego. Spojrzała na niego z wyrazem szoku na twarzy, nie bardzo wiedząc co mu powiedzieć. – Tak wiem, wydaje się to mało prawdopodobne, ale dzięki niej zbudziłem armię spod Giewontu, więc musimy jejzaufać.

– Zaraz, zaraz… jakie my? – Otrząsnęła się z szoku. – I co to za armia spodGiewontu?

– Tak, chyba chcesz w tym uczestniczyć? W końcu jako córka Peruna z takimi zdolnościami możesz nam pomóc. – Zmarszczyła brwi. – Wiem, Giewont brzmi nieprawdopodobnie, wychodzi na to, że wszystkie legendy mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jak to mówią, w każdej legendzie tkwi ziarno prawdy… – Wstała tak gwałtownie, że krzesło na którym wcześniej siedziała przewróciło się, a powietrze wokół nichzgęstniało.

– To ty o tym wiedziałeś i nic mi nie powiedziałeś? – Nie mogła się uspokoić. – Musiałam jechać do obłąkanej matki, by potem rozszyfrowywać sanskryt i poznać prawdę o moim ojcu. – Potrzebowała wyjść i ochłonąć, bo mało brakowało a rzuciłaby się Staszkowi dogardła.

– Amelia, poczekaj… – Usłyszała już za drzwiami, miała to gdzieś. Ogólnie to Staszka miała gdzieś. Skierowała się w stronę domu, by móc poukładać myśli w głowie, gdy po krótkim marszu tuż za nią wyrosła postać, której jeszcze bardziej nie miała ochoty widzieć. Udany dzień, nie maco.

– Amelia, możemy porozmawiać? – Próbował złapać ją za rękę, którą szybkozabrała.

– Czego chcesz? – Sama się zdziwiła, ile jadu znajduje się w jej głosie. Tomka to nie zraziło, zastąpił jej drogę z przepraszającym uśmiechem natwarzy.

– Chcę ci powiedzieć, że mimo tego, że wysłano mnie, bym miał na ciebie oko, to… mi naprawdę zależy na tobie. – Mówił to cały czas patrząc jej w oczy i z pełną premedytacją robiąc jej mętlik wgłowie.

– Ty sobie chyba jaja robisz… – wymruczała pod nosem i ominęła go. Nie oglądając się za siebie, czuła jego wzrok na plecach, a do jej policzków mimochodem napłynęła krew. To było okropne z jej strony, musiała przyznać, że ją to mile połechtało, na nic więcej nie mogła sobie pozwolić. Wszystko psuł ten złotowłosy chłopak. Gdy weszła do domu, od razu udała się do pokoju rodziców, czując, że przez swoją wyprawę naraziła ich na niepotrzebne nerwy. To co zobaczyła na miejscu, wytrąciło ją całkowicie z równowagi. Mama razem z ojcem siedzieli na kanapie jak zaczarowani, trzymając w rękach różaniec i odmawiając dziesiątkę, a przed nimi z rozszerzonymi w geście błogosławieństwa rękami, stał ksiądz. Nie byle jaki ksiądz, przed jej rodzicami stał pieprzony Boruta. Miała wrażenie, że serce jejstanęło.

– Co ty tu…? – Przecież się go pozbyła. Uśmiechnął się doniej.

– Myślałaś, że taka słaba dziewczynka jak ty będzie w stanie coś zdziałać? – Była w tak wielkim szoku, że po prostu gapiła się na niego z szeroko otwartymi oczyma, a do jej mózgu powoli docierałyinformacje.

– Co im robisz? – On tylko rozszerzył uśmiech, a do niej dotarło w końcu w jak wielkim niebezpieczeństwie są jej rodzice. Jednak zanim zdążyła jakkolwiek zareagować, poczuła dłoń na ramieniu, która mocno odciągnęła ją do tyłu. Na tyle mocno, że potknęła się o krzesło i upadła naziemię.

– Nareszcie jesteś, czekałem…

– Bierz dupę w troki i nie pojawiaj się tu więcej. – No tak, kto inny mógłby tam być i igrać z diabłem jak nie Staszek. Wstała najszybciej jak mogła i zbliżyła się do miejsca starcia. Poczuła, że jakaś niewidzialna siła ją odrzuciła. Znowu wylądowała na tyłku. Łzy stanęły jej w oczach z bezsilności nad sytuacją. Usłyszała śmiechBoruty.

– To tylko ostrzeżenie, ostatnie ostrzeżenie. Jeśli chcesz uratować swoich bliskich, to radzę ci przejdź na stronę Welesa i stań z nami do wojny. – Nastąpiła cisza, a Amelia po raz kolejny spróbowała zbliżyć się do pokoju, tym razem bez problemu przekroczyła próg. Zauważyła tam tylko Staszka z niepewną miną i jej rodziców leżących na sofie z zamkniętymi oczami. Ruszyła w ich stronę, jednak Stach jązatrzymał.

– Chodź, porozmawiamy. Oni śpią. – Uspokoił ją, przynajmniej w kwestii życia rodziców i pociągnął za sobą do kuchni. – Słuchaj, nie wiedziałem o tym, kto jest twoim ojcem póki Tomek mi nie powiedział… – wytłumaczył, a jej usta otworzyły się szeroko i nie była w stanie przez chwilę ich zamknąć. Czy on sobie jajarobi?

– Żartujesz? Był tu diabeł, którego myślałam, że zabiłam i do tego zahipnotyzował moich rodziców. Co ty mi pieprzysz o moim ojcu? – Zmrużył oczy, widocznie urażony jej reakcją. Co zagościu.

– Słyszałaś, co mówił. Nie możemy walczyć między sobą, jeśli chcemy przeszkodzić Welesowi. – Może i miał rację. Serce nie mogło jej się uspokoić. – Poza tym Boruta to nie jest byle jaki diabeł, którego można się pozbyć ot tak. – Pocieszające.

– Dobrze, ale skąd on wiedział, że się tuzjawisz?

– Obserwują nas. Dokładnie planują zanim coś zrobią. Są ciągle krok przed nami. – On też wydawał się zdenerwowany, chociaż nie okazywał tego jak Amelia. – Dlatego proszę cię, nie wychodź sama z domu. Ja zrobię wszystko, by zapewnić ci bezpieczeństwo, nie utrudniaj tego. – Pokiwała głową, przełykając łzy, które nieustannie płynęły po jej policzkach. Tak bardzo siębała.

– Może to ta twoja wiła? – To wyszło z jej ust szybciej niż zdołała to przemyśleć. Jednak musiało coś w tym być skoro tak mocno zacisnął szczęki, mimo to nie usłyszałaodpowiedzi.

– Muszę iść, twoi rodzice powinni niedługo się obudzić. Nic nie będą pamiętać. – Powoli wstał, a po chwili kucnął przy krześle na którym siedziała i objął ją. Ona wtuliła się w niego i za nic nie chciała, by odchodził. Przy nim, w jego ramionach, wszystkie troski odchodziły nabok.

– Boję się – wyszeptała mu do ucha. Objął ją mocniej, zaraz też na krótką chwilę oddalił się, ujął jej twarz w dłonie i spojrzał prosto w oczy z taką siłą, że aż zabrakło jejtchu.

– Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Zostań w domu i niczym się nie przejmuj. – Pokiwała powoligłową.

– A co z tobą? – Uśmiechnąłsię.

– Mówiłem, nie martw się. – Pocałował i puścił Amelie z uścisku. Gdy ją przestał obejmować poczuła się słaba. Nie chciała tego okazywać, więc wstała, by zająć czymś myśli, które wręcz eksplodowały w jej głowie i by uspokoić serce, które z każdym uderzeniem krwawiło jeszczemocniej.

– Zanim dotarłam do domu spotkałam Tomka. – Przypomniała sobie ten dziwny zbieg okoliczności. Zawsze pojawiał się tam, gdzie ona, jakby stale ją śledził. Może i on grał w jednej drużynie z Welesem, nikogo nie mogła być pewna. Wyraz twarzy Staszka stężał, wyraźnie się nad tym zastanawiał. W tym momencie do domu ktoś wszedł, a jej serce znowu podskoczyło do gardła. To był Filip, o którym w tym całym zamieszaniu na śmierć zapomniała. Okropna z niej siostra. Rzuciła mu się wramiona.

– Filip, wszystko dobrze? – Obejrzała go z każdej strony, był cały. Odetchnęła zulgą.

– Yyy, no… – Spojrzał na nią rozbawiony, gdy ujrzał Staszka sposępniał. Jego szczęka się zacisnęła, a oczyzwężały.

– To ja już pójdę, pamiętaj o czym mówiłem. – Na odchodne pocałował ją w czoło, a jej brata nawet nie obdarzył spojrzeniem. Czekała na nią długa rozmowa i zbyt mało czasu na wymyślenie sposobu, by zatrzymać rodziców wdomu.

4

Czuł irytację, bo był cholernie słaby, bał się też tego, co go czeka, a do tego tak bliska mu kobieta oskarżała go o romans z demonem. Pot spływał mu po plecach, a mięśnie piekły tak, że miał wrażenie, iż zaraz straci nad nimi władzę. Lepiej mu było w stanie wycieńczenia, bo padał i zasypiał. Dzisiaj nie miał szans, towarzyszył mu ojciec, który starał się skoordynować jego ruchy. Był już naprawdę zirytowany ciągłymi komendami i niezadowoleniem z jego strony… bo ile można? Trenował tak już pół dnia. Nie miał nawet okazji zjeść czegoś próczśniadania.

– Mam dość – sapnął i padł na ziemię, czuł jak pulsuje mu każdy mięsień naciele.

– Nie możesz przestawać trenować, pamiętaj o tym, co cię czeka za miesiąc… czas mija. – Słyszał, a jego szczęki samoistnie sięzacisnęły.

– Tak, wiem. – Przełknął dumę. – Jutro możemy zacząć znowu. – Zaczął się podnosić. Poczuł rękę na ramionach, podniósł wzrok i ujrzał wielkiego mężczyznę z poplątanymi włosami i twarzą poznaczoną bliznami niczym kora drzewa. Twarz za którą tak długo tęsknił. Uśmiechnąłsię.

– Idź do matki i siostry, spędź z nimi trochę czasu, należy ci się. – Poklepał go i ruszył powoli w stronęlasu.

– A ty? – zawołał zanim.

– Muszę z kimś porozmawiać. Wyślę kogoś na straż, by doglądał tej dziewczyny, tak jak ci obiecałem. – Staszek pokiwał powoli głową i otrzepał się z części piasku przyklejonego do jego spoconego ciała. Idąc w stronę domu, zebrał pełne wiadro wody ze studni. Właśnie tego potrzebowały jego zmęczone mięśnie. Po chwili w lodowatej wodzie miał wrażenie, że uchodzi z niego cały stres, jednak coś nie dawało mu całkowicie się zrelaksować. Instynkt, który podpowiadał mu, że czas na odpoczynek, a w każdej chwili i z każdej strony narażony jest na atak. Ubrany już stanął przed lustrem, trzymając w ręce nożyczki, jakie znalazł w domu. Włosy już od jakiegoś czasu tylko przeszkadzały mu w codziennym życiu. Do tego te ciągłe treningi, to był idealny moment na skrócenie ich. Pierwsze pasmo upadło na ziemię, a on zdał sobie sprawę, że jednak nie był na tyle do nich przywiązany jak się spodziewał. Po krótkim czasie na ziemi leżała już spora garść blond włosów, a przed nim w lustrze spokojnie przyglądał się wszystkiemu mężczyzna, którego Staszek nie spodziewał się ujrzeć. Pełen determinacji, gniewu i wątpliwości, te emocje odbijały się na jego twarzy. Odsłonięte oczy ujawniały walkę jaka toczyła się w głębi jego głowy, zwykle jaśniejące – teraz okryte mrokiem i jakby za grubą warstwą dylematów. Jego szczęka wydawała się już na stałe zaciśnięta, a usta wykrzywione w lekkim grymasie. Jednego był pewien, matka go zabije za tę fryzurę. Jeszcze raz przyjrzał się krzywym końcówkom i zaśmiał cicho. Dobrze wybrał zawód, na fryzjera by się nie nadawał.

Wyszedł zmierzyć się z krytyką rodzicielki. Nie mylił się. Aniela była na wpół zrozpaczona, bardziej jednak rozgniewana aż doczerwoności.

Nie musiał długo czekać na to, kiedy matka pociągnęła go na fotel i za pomocą maszynki skróciła włosy do paru centymetrów, przy tym nie darując sobiezłośliwości.

– Coś ty sobie zrobił, synu? – Reagował tylko śmiechem, bo złość u jego matki, najmilszej osoby jaką spotkał na swojej drodze, wyglądała przekomicznie. Gdy skończyła i obejrzała swoją pracę w jej oczach zebrały się łzy, była to tak niespodziewana dla Staszka reakcja, że przez chwilę siedział bez ruchu, by w końcu uchwycić jej dłoń i uścisnąćdelikatnie.

– Co się dzieje? – zapytał z troską. Chyba tak źle być nie mogło z jego włosami. Matka pociągnęła nosem i odwróciła się od niegotyłem.

– Nic, po prostu wyglądasz jak on… – przerwała na chwilę. – Teraz jeszcze bardziej przypominasz swojego ojca. Ja… przepraszam. – Wyszła z kuchni, zostawiając go z lekkim zażenowaniem kiełkującym w środku. Przyjrzał się sobie w lustrze, jego rysy jeszcze bardziej się wyostrzyły, nie mógł mamie odmówić racji. Wyglądał tak jak ojciec wiele lat temu, jedyne co go różniło to kolor oczu. Za to ich wyraz był identyczny. Widać było w nich wręcz pragnienie poświęcenia wszystkiego byleby uratować najbliższych. Już od dawna nie był dzieckiem, ale dopiero dzisiaj zauważył, jakie piętno odbiło na nim doczesne życie. Nie miał czasu na użalanie się nad sobą, za dużo już go stracił i z tą myślą udał się za matką, którą zresztą jak zwykle znalazł w kuchni. Odwrócił ją do siebie iobjął.

– Chodź, mamo. – Pociągnął ją za rękę i zatrzymał się jeszcze w korytarzu, by upewnić się, że siostra znajduje się w domu. Usłyszał jej rozmowę z kimś przez telefon, więc lekko uspokojony wyszedł z domu, a za nim matka, o dziwo, nie stawiającaoporu.

– Gdzie idziemy? – No cóż, nie chwal dnia przed zachodem słońca. Jak na znak stanęła w miejscu. – Stanisławie, ja mam na sobie domowe ciuchy i fartuch… nie myśl, że gdzieś mnie wyciągniesz. – Spojrzał na nią spod uniesionych brwi. Kobiety…

– Mimo tego co się stało, mimo sytuacji jaka panuje na świecie, ty przejmujesz się tym jak wyglądasz? Daj spokój. – Wyglądała na przekonaną, ale i trochę obruszoną. – Chodź.

Ruszyła i już bez oporu przeszła przez pola aż do lasu, gdzie się zatrzymali. Spojrzał na nią, a ona wydawała siępoddenerwowana.

– Po co tu przyszliśmy? – Uśmiechnął się do niej i zagwizdał nie głośniej niż szum liści pozostałych jeszcze na drzewach. Nie musieli czekać długo aż ujrzeli postać wyłaniającą się spomiędzy drzew. Aniela głośno wciągnęła powietrze, stała jednak nieruchomo niczym posąg. Nie dziwił jej się, Leszy wyglądał dosyć przerażająco nawet dla niego, a co dopiero dla osoby, która nie przywykła do widoku demonów. W życiu widziała tylko jednego, pojawił się u Staszka, gdy ten stracił wzrok, a wraz z nim zainteresowanie czymkolwiek poza własnym żalem. Ujrzała wtedy Gniotka, gdy ten rozwalał wszystko, co wpadło mu w ręce. Nie wytłumaczył jej tego, zachowywał się wobec niej obojętnie przez co teraz czuł wstyd, a obecna chwila była dobrą okazją do odkupienia winy wobecmatki.

Postać Leszego była już na tyle blisko, by móc rozpoznać w niej coś z człowieka. Staszek zerknął na matkę, która miała całą twarz zalaną we łzach. Nie zdążył mrugnąć, a ona stała już wtulona w swojego wiele lat temu zmarłego ukochanego. To była ich chwila, nie chciał im jej zabierać, więc odszedł w kierunku wsi. W chwili gdy się oddalał, czuł jak ciepło w jego sercu maleje, a pięści powoli sięzaciskają.

Idąc ulicą minął grupkę chłopaków, góra dwadzieścia lat. Ubrani w podkute buty, mieli ogolone głowy. Nadludzie, prawda? Stali nad jakimś chłopaczkiem, który miał na sobie koszulkę z podobizną Che Guevary, ogólnie wyglądał jakby go wyciągnęli prosto ze śmietnika. Obdarzali go raz po raz solidnymi kopniakami. Zabawne, nie spodziewał się, że w tych czasach, wręcz apokaliptycznych takie poglądy przetrwają. Szacunek. Nie zamierzał reagować, nie interesowali go tacy ludzie, ani ci którzy mieli w