Okruchy życia - Judith Lennox - ebook

82 osoby właśnie czytają

Opis

Niespodziewany spadek ujawnia sekretne życie dwóch sióstr, rozdzielonych przez tragiczny los…

Po śmierci babki Rose Martineau dowiaduje się, że odziedziczyła Egg, wyjątkowy dom położony gdzieś pośród lasów Sussex. Wkrótce odkrywa, że tajemniczy dom należał uprzednio do młodszej siostry babci, Sadie, o której istnieniu Rose nie miała pojęcia. Próbując wyjaśnić, co do tego stopnia poróżnilo obie siostry, Rose odkrywa również sekrety wytwornego, dekadenckiego świata lat trzydziestych dwudziestego wieku.

Tymczasem życie samej Rose, oddanej żony i matki, zostaje wywrócone do góry nogami, gdy w następstwie paskudnego skandalu jej małżeństwo zaczyna chwiać się w posadach. Dopiero kiedy uda jej się rozwikłać zagadkę przeszłości Sadie, będzie mogła pomyśleć także o własnej przyszłości…

"Okruchy życia" to niezwykła opowieść o tajemnicach, skandalach, zazdrości i pasji, rozciągających się na całe dekady dwudziestego stulecia.

Cudownie zaskakująca, przesycona współczuciem (…), tak boleśnie prawdziwa, że z pewnością poruszy niejedno serce.

"Daily Mail"

Wciągająca, wielowarstwowa opowieść.

"The Times"

Niezwykła, porywająca opowieść… nie sposób się oderwać.

"New Books"

Dramatyczna historia z pewnością wciągnie cię do tego stopnia, że nie odłożysz książki, dopóki nie przewrócisz ostatniej strony.

"People’s Friend"

Prawdziwa mistrzyni fabuły, której eleganckie, zachwycające powieści ukazują zawsze prawdziwą namiętność i tragizm ludzkich losów.

"Lancashire Evening Post"

Judith Lennox wychowała się w na wsi w hrabstwie Hampshire i studiowała na University of Lancaster, gdzie poznała swojego męża Iana. Mają trzech synów, trzech wnuków i jedną wnuczkę. Judith mieszka z mężem w Cambridge.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 557

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Tytuł oryginału

HIDDEN LIVES

 

Copyright © 2018 Judith Lennox

All rights reserved

 

Zdjęcie na okładce

© Elisabeth Ansley/Trevillion Images

 

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

 

Redaktor prowadzący

Milena Rachid Chehab

 

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

 

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8169-742-2

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Oliverowi Winterowi Smithowi

 

Prolog

Sussex, grudzień 1928 roku

Wysiedli z austina dwanaście. Powietrze pachniało lasem: ziemią i butwiejącymi liśćmi z lekką domieszką czegoś jakby mięsnego i cierpkiego. Edith wyobrażała sobie unoszące się wokół zarodniki mięsistych, żółtych grzybów obrastających pnie drzew po drugiej stronie drogi. Było zimniej niż w Londynie i nawet zimniej niż w położonym w dolinie Nutcombe, gdzie zatrzymali się na chwilę, żeby w wiejskim sklepiku kupić miętówki. Otuliła szczelniej szyję futrzanym kołnierzem.

– A niech mnie kule – westchnął Cyril na widok domu.

– Podoba ci się?

– Sam nie wiem. Na pewno jest olśniewający. – Cyril cofnął się kilka kroków, poprawiając zsuwające mu się z nosa okulary. – Wiesz co, chyba jednak tak. – Cmoknął Edith w policzek. – Myślę, że mógłbym się nawet w tym miejscu zakochać.

– Wiedziałam.

Edith wręcz upajała się wolnością. Cały dzień z dala od domowych obowiązków, cały dzień w towarzystwie dwóch ukochanych mężczyzn, który przyjdzie jej spędzić w tym pięknym, pełnym światła domu.

Od początku wiedziała, że Cyrilowi spodoba się Gull’s Wing. Nie mogło stać się inaczej. W końcu był to niemal bajkowy pałac, wzniesiony ze szkła, drewna i kamienia tuż przy drodze biegnącej granią aż na sam szczyt wzgórza. W ewidentnej prostocie konstrukcji, która sprawiała wrażenie tak lekkiej, że mógłby ją stąd zdmuchnąć lada powiew wiatru, znać było doświadczoną, pewną rękę ojca. Fronton budynku zdobił rząd kolumn, na pierwszy rzut oka zbyt wątłych, by mogły utrzymać ciężar spadzistego, mocno wysuniętego dachu, ich smukłe sylwetki zdawały się naśladować strzeliste pnie drzew po drugiej stronie drogi. Jasnoszare oszalowane ściany połyskiwały w zimowym słońcu, przywodząc na myśl żagle statku… albo pióra ze skrzydeł jakiegoś morskiego ptaka.

Cyril zaparkował auto za bentleyem ojca Edith, która rzuciła teraz:

– Tata musi być w środku.

Drzwi wejściowe były lekko uchylone, Cyril pchnął je mocniej.

– Panie Lawless? – zawołał. – Edwardzie? Jesteśmy!

Z góry dobiegał szmer rozmowy, więc Edith rzuciła:

– Nie miałam pojęcia, że mama też będzie. Tata zaplanował salon na piętrze – dodała celem wyjaśnienia, kiedy ruszyli schodami na górę – żeby w pełni wykorzystać cudowny widok. Na parterze znajdują się kuchnia, pomywalnia, tego typu pomieszczenia.

Po przekroczeniu progu salonu Edith ujrzała najpierw ojca, który zmierzał w jej stronę z uśmiechem na ustach, jak zwykle utykając lekko, co było następstwem wypadku na rowerze w Berlinie jeszcze przed wojną.

A potem dostrzegła stojącą przy oknie Sadie i jej radość natychmiast uleciała niczym powietrze wypuszczone z balonu. Nie spodziewała się tutaj siostry. Sadie, która zawsze skupiała na sobie całą uwagę ojca i przykuwała oczy wszystkich urodą i radością życia, Sadie, która jak zwykle musiała jej zepsuć dzień.

Cyril objął ją ramieniem, żeby dać jej znak, że świetnie ją rozumie, a potem zwrócił się do jej ojca:

– Budynek jest naprawdę wspaniały, Edwardzie, należą ci się najszczersze gratulacje.

Edith nie była jednak w stanie ukryć niechęci i rozczarowania, które musiały odmalować się na jej twarzy.

Rozgrywały się tu ważne rzeczy, a ledwie zwracało się na to uwagę. Ojciec zaprosił ją do Sussex, żeby pokazać jej ukończoną rezydencję, a ona wyruszyła do Gull’s Wing z przekonaniem, że będzie miała ojca wyłącznie dla siebie, by zaraz po przyjeździe odkryć, że Sadie również tu jest. Gdzieś w głębi ducha wiedziała, że tak naprawdę sama zepsuje sobie ten dzień, bo zniechęcony jej mrukliwymi odpowiedziami ojciec zacznie rozmawiać wyłącznie z Sadie. Zresztą, tak by pewnie postąpił, niezależnie od jej zachowania. Nieskrępowana rozmowa nigdy nie stanowiła dla niego i Sadie problemu, przechodzili od pogawędek na błahe tematy do poważnych dyskusji ze swobodą, która wciąż pozostawała dla Edith niedostępna. Zawsze tak bardzo starała się znaleźć jakąś inteligentną lub błyskotliwą odpowiedź, by zasłużyć na uznanie ojca, że musiała mu się wydawać niezbyt rozgarnięta i flegmatyczna.

W rezultacie dąsała się przez resztę dnia, a kiedy o piątej po południu ruszali w drogę powrotną do Londynu, pożegnała się z ojcem powściągliwie i złożyła na jego policzku chłodny pocałunek, nie zdając sobie sprawy, że czyni to po raz ostatni w życiu. Wkrótce potem rodzice wyruszyli do Francji, więc nie spędzili razem Bożego Narodzenia, a trzy tygodnie później samolot, którym Edward i Victoire Lawlessowie wyruszyli w drogę powrotną z Le Touquet, rozbił się w trakcie burzy śnieżnej nieopodal wybrzeży Sussex. W gazetach pojawiły się nekrologi, znajomi i przyjaciele dzwonili bez przerwy, by złożyć wyrazy współczucia. W ułamku sekundy rodzice Edith zniknęli z jej życia, pochłonięci przez wirującą biel.

Zrozpaczona Edith z trudem wydusiła pomiędzy kolejnymi spazmami, że teraz ojciec już nigdy nie będzie z niej dumny, na co Cyril potrząsnął głową i odparł:

– Ależ on był z ciebie dumny, kochanie. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. To zawsze było dla mnie oczywiste.

Jego zapewnienia przyniosły jej chwilowe ukojenie, jednak później, po odczytaniu testamentu, Edith uświadomiła sobie, że choć Cyril był najmądrzejszym człowiekiem, jakiego znała, i rzadko się mylił, tym razem nie miał racji. Edith uwielbiała obydwa domy, które ojciec wybudował w Sussex, Egg oraz Gull’s Wing, tymczasem oba dziedziczyła Sadie. Gdyby ojciec zapisał Gull’s Wing jej, a mniejsze Egg Sadie, sprawiedliwości stałoby się zadość, ponieważ Sadie była młodsza, ale nawet gdyby Edith odziedziczyła jedynie mniejszy z domów, miałaby przynajmniej dowód, że o niej myślał – że ją kochał.

Szok przyprawił ją o mdłości, potem poczuła gniew. Zaczęła wykrzykiwać, że podważy testament, lecz Cyril wytłumaczył jej łagodnie, że podobne zabiegi skończą się niepowodzeniem. Edward Lawless z pewnością był w pełni władz umysłowych, nie działał też pod naciskiem osób trzecich.

Oczywiście Edith obwiniała Sadie. Dopiero o wiele, wiele później zrozumiała, że powinna winić ojca.

– Sadie jest panną – tłumaczył tymczasem Cyril – i w jej wieku ma już niewielkie szanse na zamążpójście. I zapewne dlatego wasz ojciec zostawił jej oba domy, żeby miała jakieś zabezpieczenie.

Zdaniem rozgoryczonej Edith Sadie sama była sobie winna, że nigdy nie wyszła za mąż. Który mężczyzna zechce poślubić kobietę wystawiającą sobie równie złą opinię przez noszenie dziwacznych strojów i zajmowanie się pracą zawodową? Kobietę, która paliła i przeklinała publicznie?

– Edith, Edith – mitygował Cyril. – Proszę cię, nie powinnaś aż tak jej nienawidzić. Sama tylko na tym ucierpisz.

Tak się zresztą stało. Z taką łatwością pozwoliła siostrze zniknąć ze swojego życia. Sadie – która wszędzie wnosiła tyle radości, gdziekolwiek się znalazła – zmiennej i połyskliwej niczym leśny strumyk, zwykle tak pełnej życia, radości i śmiechu, a jednak umiejącej też nieoczekiwanie popaść w milczenie i zamknąć się w sobie. Od dnia narodzin Sadie budziła w starszej siostrze tyle sprzecznych, skomplikowanych emocji, że ta w końcu postanowiła całkiem się od nich odciąć, rozgoryczona i wyczerpana.

 

Rozdział pierwszy

Surrey, maj 1970 roku

Przyjaciele i brydżowi partnerzy Edith Fuller zaczęli wstawać od stołu, by rozprostować nogi i chwilę pogawędzić, stypa powoli dobiegała końca.

Robert Martineau otoczył żonę ramieniem.

– Wszystko w porządku?

– Tak – odparła Rose. – Ale strasznie tęsknię za babcią. – Uśmiechnęła się do niego lekko. – Będzie mi brakować naszych wspólnych lunchów: curry i różowego budyniu.

– Wiem, kochanie. – Robert zerknął na zegarek. – Muszę już iść.

– Myślałam, że wziąłeś wolne popołudnie?

– Niestety, mam strasznie dużo pracy. Do zobaczenia później. – Robert cmoknął ją w policzek i wyszedł.

– Rose.

Na dźwięk głosu ojca obejrzała się za siebie.

– Katherine świetnie się spisała, prawda, tato?

Tego ranka podczas nabożeństwa żałobnego jej sześcioletnia córeczka, Katherine, odczytała wiersz Jeżeli Rudyarda Kiplinga.

– Przyznaję, że oczy mi się zaszkliły. – Giles Ca­bourne otworzył drzwi sali bankietowej. – Muszę z tobą o czymś porozmawiać, Rose. Wyjdziemy na moment, tam powinno być ciszej?

Rose upewniła się, że Katherine i jej młodsza siostrzyczka, czteroletnia Eve, wciąż rozmawiają ze starą przyjaciółką rodziny, a potem podążyła za ojcem na korytarz.

– Twoja babcia wyznaczyła mnie na jednego z wykonawców testamentu – zaczął Giles. – Jeśli nie liczyć kilku drobnych legatów, wszystko zapisała tobie, Rose.

– Och, tato. – Rose uniosła dłoń do ust.

– Oczywiście nie chodzi o jakąś wielką fortunę, ale sumka będzie całkiem okrągła. No i oczywiście jej mieszkanie.

– Nie miałam pojęcia. Nie spodziewałam się.

Z drugiej strony komu babcia mogła zapisać majątek? Edith Fuller była wdową i miała tylko jedną córkę, matkę Rose, Louisę, która zmarła dziewięć lat temu. Rose też była jedynaczką.

A potem ojciec dodał:

– No a poza tym jest jeszcze dom w Sussex.

W tym momencie w korytarzu pojawiła się kelnerka w czarnej sukience i białym fartuszku z falbankami, oboje odsunęli się więc pod ścianę, by ją przepuścić.

– Dom? – powtórzyła zaskoczona Rose. – Jaki dom, tato?

Giles przeczesał palcami srebrzyste, przerzedzone już włosy.

– Pamiętam jak przez mgłę, że wiele lat temu coś się o tym domu mówiło, ale szczerze mówiąc, zdążyłem już o tym kompletnie zapomnieć.

– Dom...

– Wygląda na to, że na jakimś kompletnym pustkowiu. Poza tym nie mam pojęcia, w jakim jest stanie. Według prawnika Edith budynek stanowił jej własność już od bardzo dawna. Nigdy w nim nie mieszkała, zawsze go wynajmowała. Ale wiesz, Rose, jaka była babcia, zawsze taka zamknięta w sobie. W każdym razie teraz dom należy do ciebie, skarbie.

Z sali wyszła akurat jedna ze szkolnych koleżanek Edith, drobniutka staruszka o głowę niższa od Rose, ubrana w płaszcz z lawendowej krepy i czarny kapelusz. Zatrzymała się przy nich, żeby pożegnać się przed wyjściem. Wymieniono uściski dłoni, podziękowania i życzenia wszystkiego najlepszego.

Kiedy Rose i jej ojciec zostali znowu sami, Giles wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę i wręczył ją córce.

– Edith zostawiła w testamencie instrukcje, żeby przekazać ci tę kopertę po jej śmierci. Może tu znajdziesz jakieś wyjaśnienie tajemnicy tego domu.

– Ale babcia nigdy o nim nie wspominała – wydukała wciąż oszołomiona Rose. – Nigdy.

Zerknęła przez przeszklone drzwi do sali bankietowej i zauważyła, że Eve właśnie ostrożnie opróżnia solniczki, by usypać na stole pagórek białego proszku.

– Tato, muszę już iść. – Uścisnęła ojca. – Mieszkanie i dom... Mój Boże.

A potem wróciła do sali, żeby ująć córeczkę za rękę i stanowczo odciągnąć ją od stołu.

 

Na pierwszy rzut oka niełatwo było poznać, że Katherine i Eve są siostrami. Katherine była wysoka, szczupła i tyczkowata, po mamie odziedziczyła szare oczy, a po babci Martineau gęste, proste popielate włosy. Eve była niska i krępa, oczy miała brązowe tak jak Robert, a do tego masę ciemnych loków. Katherine była serdeczna i szczodra, ale jak każdy perfekcjonista wymagający najwyższych standardów zarówno od siebie, jak i od innych, nie grzeszyła cierpliwością i potrafiła być uszczypliwa. Wiecznie rozgadana Eve przypominała mały motorek, beztroskie, niczym się nieprzejmujące dziecko, które czasami ulegało niespodziewanym atakom rozpaczy. Łączące je pokrewieństwo dało się dostrzec w żywym, czasami wręcz gwałtownym temperamencie oraz w kształcie oczu i kończyn.

Rose otuliła Eve kołdrą w jej sypialni w domu w Walton-on-Thames, a potem cmoknęła ją na dobranoc w policzek i poszła do pokoju Katherine. Starsza córka, ubrana już w piżamę, klęczała na dywanie i walczyła z opornym spirografem.

– Ach! – jęknęła w pewnym momencie sfrustrowana. – Ołówek ciągle mi wypada!

– Odłóż to, kochanie. No już. Jutro się pobawisz. Gdzie masz książkę? Możesz poczytać do ósmej.

Rose postukała w tarczę zegarka na szafce nocnej.

Przywoławszy Katherine do porządku, zeszła na dół, chwilę później do domu wrócił Robert. Kolacja dochodziła na kuchence, więc Rose przygotowała dwa dżiny z tonikiem i wręczywszy jeden z nich mężowi, opowiedziała mu o testamencie babci Edith, o mieszkaniu i domu w Sussex.

– Mój Boże – westchnął Robert. – Moja żona została prawdziwą posiadaczką ziemską.

– Ten dom… Nie miałam pojęcia o jego istnieniu. To pewnie jakaś rozpadająca się rudera. Zastanawiam się, dlaczego babcia nigdy o nim nawet nie wspomniała. To poważna sprawa, nie uważasz, żeby w ogóle nie zająknąć się na taki temat?

– Poważna.

– Dom nazywa się Egg. Śmiesznie, prawda? Wybudował go ojciec babci. Pamiętasz, był architektem. – Spojrzała na męża uważniej. – Robercie?

– Hmmm?

Robert udawał, że słucha jej uważnie, ale tak naprawdę błądził gdzieś myślami. Jego ciemne oczy wpatrywały się w przestrzeń, więc Rose dobrze wiedziała, że mąż myśli zupełnie o czym innym.

– Coś złego się stało? – zapytała.

– Złego? – Robert rzucił jej przelotny uśmiech. – Ależ skąd. Dziewczynki śpią?

– Eve pewnie tak. A jeśli chodzi o Katherine, to nie ma mowy.

– Zajrzę do nich.

– Dzwonił George – zawołała Rose, kiedy Robert ruszył na górę.

George był starszym bratem Roberta. Jak dotąd się nie ożenił i pracował na wyższych szczeblach administracji rządowej, ale bracia nie przepadali za sobą.

Robert obejrzał się w jej stronę, marszcząc brwi.

– Czego chciał?

– Porozmawiać o przyjęciu z okazji rocznicy ślubu rodziców. – Lionel i Mary Martineau mieli wkrótce obchodzić rubinowe gody. – O przemowach i kwiatach, tego typu sprawach.

Później Rose wśliznęła się do łóżka i skuliła w kłębek obok męża. Robert odwrócił się do niej i przesunął palcami wzdłuż jej kręgosłupa, a ona aż zadrżała. Zaczęli się kochać pospiesznie, niecierpliwie.

Już po wszystkim Robert zasnął, ale ona wciąż leżała z otwartymi oczami, rozmyślając o wydarzeniach tego dnia. O pogrzebie babci i nieoczekiwanym spadku – domu w Sussex, który nazywano Egg.

W liście babcia napisała:

 

W latach dwudziestych mój ojciec, Edward Lawless, który był architektem, wybudował na należącej do niego ziemi w Sussex dwa domy, oba bardzo nowoczesne. Zawsze powtarzał, że to jego koronne dzieło, jego dziedzictwo. Zamierzali zamieszkać z matką w większym z nich, Gull’s Wing, wybudowanym na zboczu wzgórza, ale oboje zginęli wkrótce po zakończeniu budowy, w styczniu 1929 roku. Dom został wówczas sprzedany. Przekazuję ci w spadku mniejszy z domów, od zawsze znany jako Egg. Wynajmowałam go, ale pan Manners, który mieszkał tam od ponad dziesięciu lat, pół roku temu zmarł, toteż dom pozostaje obecnie pusty.

 

Potem następowała seria dosyć skomplikowanych wskazówek: droga biegnąca obok kościoła w Nut­combe… zaparkować na zakręcie, w połowie drogi na szczyt wzgórza… ścieżka przez las. Do tego dwa klucze, jeden typu yale i drugi mniejszy, zawinięty w skrawek papieru.

Zaschło jej w ustach, zeszła więc na dół i nalała sobie wody. Niewiele wiedziała o swoich pradziadkach, rodzicach Edith. Edward Lawless był architektem, który zginął w katastrofie lotniczej razem z żoną, to wszystko. Teraz dowiedziała się, że wybudowali dom, Gull’s Wing, ale nie zdążyli nawet w nim zamieszkać. Być może babcia nigdy nie wspominała o domu w Sussex, ponieważ wiązała się z tym miejscem tak wielka tragedia: śmierć jej rodziców.

Człowiek zawsze wkłada przecież cząstkę duszy w dom. Oboje z Robertem kupili swój czteropokojowy szeregowiec w stylu edwardiańskim pięć lat temu. Zakochali się w tych wysokich pokojach i słońcu padającym przez okna na drewniane podłogi. Do tego zakurzone gipsowe gzymsy i obłożone płytkami kominki oraz długi, wąski ogród, w którym krzewiły się jeżyny, róże i kapryfolium. Po przeprowadzce natychmiast zabrali się do wymiany przedwojennego wystroju i armatury, przy okazji ucząc się wykonywania prac hydraulicznych i elektrycznych, nabierając wprawy w tapetowaniu i malowaniu ścian. Uczcili zakończenie remontu szampanem na tarasie. Ogród ciągle przypominał prawdziwą dżunglę, ale żadne z nich nie miało zacięcia do prac sadowniczych.

Rose wcale nie tęskniła za bałaganem i uczuciem ciągłego wyczerpania z tamtego okresu, ale z nutą żalu wspominała ich zaabsorbowanie remontem i łączącą ich wtedy bliskość. Gdyby teraz mieli się przeprowadzać, zleciliby wszystkie prace fachowcom. Rozmaite biznesy Roberta – dwa warsztaty samochodowe, kilka niewielkich firm inżynieryjnych i najnowszy nabytek, przedsiębiorstwo zajmujące się transportem lotniczym – przeżywały w ostatnich latach prawdziwy boom, więc Robert nie miałby czasu, żeby zająć się tym wszystkim osobiście.

Kiedy się poznali, nosiła panieńskie nazwisko Cabourne, miała dwadzieścia jeden lat i właśnie skończyła college. Zastanawiała się, czy kontynuować naukę i zdobyć magisterium z nauk ścisłych, czy też ulec podszeptom intuicji i rzucić się wreszcie w wir życia. Dlatego właśnie zatrudniła się na okres wakacji w biurze projektowym, żeby trochę zarobić i zdobyć doświadczenie. Miało jej to pomóc w podjęciu decyzji.

Kiedy sekretarka szefa poszła na urlop, Rose została poproszona o jej zastąpienie. Tamtego dnia Robert akurat pojawił się w firmie, żeby coś załatwić. I to ­Rose powitała go w recepcji. Kiedy szli po schodach na pierwsze piętro, zapytał ją o imię, a zanim dotarli do właściwego pokoju, zdążył ją zaprosić na kolację. Musiała dostrzec w nim coś więcej niż tylko urok i oczywistą urodę, bo przyjęła zaproszenie.

Robert był mężczyzną, którego nie sposób było nie zauważyć. Wysoki, barczysty brunet o ciemnej karnacji, otwarty i pewny siebie. Patrzył na nią w sposób, który jasno dawał do zrozumienia, że naprawdę zależy mu na tym spotkaniu, zdradzał jego siłę i determinację. W trakcie kolacji dowiedziała się, że jest również inteligentny, zabawny i hojny.

Sześć miesięcy później wzięli ślub, po roku na świecie pojawiła się Katherine. Na drugie otrzymała imię Louisa, po matce Rose, która zmarła na raka piersi trzy lata wcześniej. Dwa lata później urodziła się Eve Mary Rose, Mary po matce Roberta, która nadal w dobrym zdrowiu mieszkała wraz z mężem w rodzinnym domu państwa Martineau w Oxfordshire.

Rose pochowała do szafek naczynia odłożone do wyschnięcia na suszarkę obok zlewu. Znajome znużenie wypełniającymi jej dni domowymi i towarzyskimi obowiązkami znów otuliło jej ciało niczym drapiący wełniany sweter, to samo zniechęcenie, poczucie bezcelowości życia i niezadowolenie, które jej towarzyszyły, odkąd Eve poszła w połowie kwietnia do przedszkola, a które tak bardzo starała się stłumić. Kiedyś miała marzenia i ambicje, kiedyś wyobrażała sobie, że czeka ją wyjątkowe, może nawet niezwykłe życie, a stała się, właściwie wbrew sobie, gospodynią domową, tak jak jej matka, która nigdy nie pracowała zawodowo. Rose zawsze wierzyła, że z nią będzie inaczej, a tymczasem proszę bardzo, sama urządza teraz przyjęcia dla wspólników Roberta i zbiera jego skarpetki. Przed narodzinami Katherine niekiedy celowo pozwalała im gromadzić się na środku sypialni, żeby dać w ten sposób mężowi coś do zrozumienia. Teraz dała sobie z tym spokój i po prostu zgarniała z podłogi porozrzucaną odzież.

Czasami miała wrażenie, że staje się coraz mniejsza, coraz bledsza, coraz mniej znacząca. Równowaga między nią a mężem została zachwiana. Robert pracował coraz dłużej i to w różnych godzinach, wieczorami często zapraszał klientów do restauracji na kolację. Niekiedy mu towarzyszyła, ale często zbywał jej propozycję, że z nim pójdzie, stwierdzeniem, że tylko by się nudziła.

Może powinna poszukać jakiegoś zajęcia na część etatu, choć z mocno przykurzonym dyplomem z fizyki i dwiema małymi córkami, do których planu dnia musiałaby dostosować godziny pracy, nie miała zbyt wielkich nadziei na znalezienie czegokolwiek. Nie dawała jej jednak spokoju myśl, że największe wyzwanie intelektualne stanowi dla niej obecnie rozwiązanie krzyżówki i że coraz częściej musi się znieczulać drinkiem w długie spokojne wieczory, kiedy dziewczynki pójdą spać.

Natychmiast skarciła się w duchu. Wchodziło jej już w nawyk takie ciągłe przeżuwanie w myślach własnego niezadowolenia, poszukiwanie ucieczki od… no właśnie, od czego? Wygodnego, dostatniego życia? Ma przecież własny samochód, wakacje co roku i panią do sprzątania. Ma dwie cudowne, zdrowe córeczki i męża, który ją kocha.

A jednak tęskniła za tamtą maleńką Eve, która paplała nieustannie, ściskając w gorącej łapce jej palce, kiedy chodziły razem po sklepach. Nie znosiła ciszy, która panowała w pustym domu, i tej bezkształtności własnego istnienia w czasie, kiedy dziewczynki były w szkole, nie potrafiła też zaakceptować faktu, że intensywność doznań z okresu wczesnego macierzyństwa już na zawsze miała pozostać dla niej niedostępna. Może powinni postarać się o kolejne dziecko? Ostatecznie skończyła dopiero dwadzieścia dziewięć lat, mieli jeszcze mnóstwo czasu.

A potem nagle uświadomiła sobie, że przecież ma całkiem sporo do zrobienia. Dzięki niespodziewanemu spadkowi po babci Edith. Trzeba uprzątnąć mieszkanie, odwiedzić tajemniczy dom w Sussex. Ta myśl poprawiła jej humor. Zabrała szklankę z wodą na górę, a potem wśliznęła się pod kołdrę obok Roberta i zapadła w sen.

 

Mieszkanie w Weybridge było zagracone ciemnymi, ciężkimi meblami i pamiątkami z życia Edith Fuller jako żony człowieka, który przez lata pełnił służbę w koloniach – zdjęcia Starego Delhi, figurka z czarnego drewna, a przed kominkiem rozciągnięta wyblakła skóra jakiegoś nieszczęsnego zwierzęcia.

Rose zajęła się najpierw szafami. Ubrania były bardzo osobiste, przesiąknięte historią właścicielki. Bordowy płaszcz z futrzanym kołnierzem natychmiast przywołał wspomnienie jesiennej wyprawy do Bushy Parku, podczas której córeczki Rose biegały między drzewami, widoczne w oddali sarny przypominały zamazane sylwetki we mgle, a Edith opowiadała o safari w Kenii. Jedwabna apaszka od Liberty, przesiąknięta perfumami Arpege, ulubionym zapachem babci Edith, przyprawiła ją o łzy.

Poznała babcię nieco lepiej właściwie dopiero w ostatnich latach. Kiedy była dzieckiem, babcia Edith mieszkała z mężem Cyrilem za granicą – najpierw w Indiach, a po uzyskaniu przez ten kraj niepodległości w Kenii. Listy przychodziły pocztą lotniczą regularnie dwa razy w miesiącu, a podczas wizyty w ojczyźnie dziadkowie zatrzymali się w rodzinnym domu Rose w Weybridge, gdzie nadal mieszkał jej ojciec. Po upływie miesiąca dziadkowie odlecieli z powrotem do Afryki, a Rose miała ich nie zobaczyć przez kolejne trzy lata. Po śmierci Cyrila Edith sprzedała dom w Nairobi i przeniosła się z powrotem do Anglii. Matka Rose, a córka Edith, Louisa, była już wtedy chora, więc Rose i babcia starały się być dla siebie nawzajem jak największym wsparciem. Chociaż Edith nigdy nie szukała emocjonalnej bliskości, kochały się i szanowały.

W jednej z szuflad Rose natknęła się na prawdziwe skarby: wieczorową suknię z satyny w odcieniu mięty, ciętą ze skosu, parę jasnoszarych rękawiczek z koźlęcej skórki i maleńką, wyszywaną koralikami torebkę. Odłożyła te rzeczy, żeby zabrać je do domu. Powieści Dennisa Wheatleya i Erica Amblera, ulubionych autorów babci, zamierzała zanieść do antykwariatu, a kilka książek na temat historii wojen w Indiach postanowiła sprezentować teściowi.

Co miała jednak począć z wykonaną z kości słoniowej klatką dla ptaków i wyjątkowo paskudnym zegarem w kształcie słonia, które babcia wręcz uwielbiała? Albo zastawą obiadową Wedgwooda z kremowej porcelany i imbrykiem z Midwinter, naczyniami tak pięknymi i nieodłącznie powiązanymi z babcią, lecz zbyt cennymi, by zabrać je do domu i bez drżenia serca pozwolić Katherine albo Eve choćby się do nich zbliżyć? Przez chwilę zastanawiała się, czy dom w Sussex, Egg, też był pełen mebli i bibelotów, miała nadzieję, że jednak nie. Dom wynajmowano lokatorom od lat, więc pewnie powinna się raczej spodziewać przetartych dywanów i zniszczonych kanap, zdekompletowanych talerzy i kubków rodem z pchlego targu. Co powinna zrobić z tym niespodziewanym spadkiem? Robert założył, że sprzedadzą mieszkanie i dom, gdy tylko testament się uprawomocni, ale Rose nie podjęła jeszcze decyzji.

Następnie postanowiła zająć się sekretarzykiem z padukowego drewna. Mebel był wyjątkowo wielki i nieporęczny, ze złoconymi rollwerkami – potężne biurko, a nad i pod nim szuflady, szafeczki i skrytki.

Rose zajrzała do środka, żeby sprawdzić zawartość rozmaitych przegródek. Zielone pióro Osmiroid, buteleczka atramentu Quink i kilka ołówków, nożyczki i rolka taśmy klejącej, jakieś rachunki i pokwitowania spięte razem gumkami recepturkami.

Poniżej przegródek znajdowała się płytka szufladka, otwierana uchwytem z kości słoniowej, który łatwo było przeoczyć. W środku Rose znalazła teczkę formatu A4, oklejoną pomarańczowym papierem w złociste ptaki. Kiedy ją otworzyła, ze środka wysypały się listy i plik fotografii: siedzący na słoniu mężczyzna w korkowym kasku, noworodek o pomarszczonej buzi wyzierającej spomiędzy burzy koronek.

Na gładkiej białej kartce pocztowej ktoś narysował atramentem postać kobiety w sięgającym łydek płaszczu z futrzanym kołnierzem i obniżonym stanem. Kobieta miała naciągnięty na oczy miękki kapelusz cloche i drobiła niepewnie w butach na wysokich obcasach po chodniku. Rose odwróciła kartkę i przeczytała: „Czyż nie wyglądam szykownie, moja droga? To ostatni krzyk mody, gdybym tylko jeszcze widziała, dokąd właściwie idę!”. Pod spodem widniał inicjał: S.

Rose zaparzyła sobie kawę. Nescafé, ulubiony napój Edith. Lunch w tym mieszkaniu oznaczał rozpuszczalną kawę z imbryka Minton i galaretki z bombonierki Meltis Newberry Fruits, kolejny z przysmaków babci, który Rose kupowała, gdy szła do niej w odwiedziny. Edith raczyła wnuczkę opowieściami o Indiach albo Afryce, a Rose dzielnie walczyła, żeby powstrzymać Eve przed chwytaniem w rączki cennych, kruchych bibelotów. Edith Fuller miała taki czysty, władczy ton. Zdaniem Rose był to skutek komenderowania całymi zastępami praczy dhobi wallah, chłopców na posyłki czy innych służących, składających się na świat, który dawno już przestał istnieć.

Rose odstawiła filiżankę z kawą na gięty stolik i usiadła na kanapie ze znalezioną teczką. Jedno ze zdjęć sfrunęło na podłogę, ale Rose natychmiast je podnios­ła. Czarno-biała fotografia dwóch dziewcząt w bezkształtnych płaszczach do połowy łydek i wymyślnych kapeluszach z jakiegoś ciężkiego materiału, być może aksamitu. Zdjęcie zostało zrobione co najmniej pięćdziesiąt, może nawet sześćdziesiąt lat temu, a mimo to Rose natychmiast rozpoznała babcię. W wieku osiemdziesięciu lat Edith wciąż była wysoka i koścista, a jej ostry nos wyróżniał się w pociągłej twarzy o wydatnych kościach policzkowych. Dokładnie tak samo prezentowała się dziewczyna ze zdjęcia, choć ostre linie nosa i szczęki były odrobinę złagodzone przez młodość, a ciemne włosy pozostawały wolne od siwizny.

Jej towarzyszka była niższa i drobniejsza. Rysy miała regularne, ładne, uśmiech szeroki i sympatyczny. Z ronda kapelusza zwisał duży chwost aż na jej ramię, jedną ręką odgarniała z twarzy kosmyk jasnych włosów opadający jej pod wpływem wiatru na oczy.

Rose obróciła zdjęcie i odczytała dwa imiona zapisane tam wyblakłym tuszem przez Edith. Upewniła się, że miała rację: wyższą z dwóch dziewcząt była jej babka. Druga miała na imię Sadie. Przez głowę przemknęło jej, że Sadie to może właśnie owa S., która narysowała kobiecą postać na pocztówce.

Upiła kilka łyków kawy i zaczęła przeglądać listy. Otwierając pierwszy z nich, czuła mieszaninę zaciekawienia i niechęci przed naruszeniem prywatności babci. Nadawcą była niejaka Margery Burton, a choć utrzymany w przyjacielskim tonie, list stanowił zawoalowaną prośbę o pieniądze. Poza tym w teczce znajdował się cały plik listów od dziadka Cyrila, być może miłosnych. Rose odłożyła je bez otwierania. Kolejny plik, związany różową wstążką, zawierał listy od Louisy, matki ­Rose. Rose sama też miała w domu listy od niej, które dostawała podczas nauki w szkole średniej i studiów. Od śmierci matki nie była w stanie do nich zajrzeć. I wciąż się zastanawiała, czy kiedykolwiek się na to znowu zdobędzie.

Wydawało się jej, że wyjęła już z teczki wszystkie listy, ale potem zauważyła jeszcze jeden plik, wciśnięty w wąską przegródkę. Otworzyła kopertę z grubego kremowego papieru, a potem zerknęła na podpis u dołu kartki. Sadie. A więc ten list napisała śliczna jasnowłosa dziewczyna ze zdjęcia. Pismo, choć staroświeckie, było eleganckie i wyraźne.

Rose zaczęła czytać. „Edith, chyba jednak nie będę mogła widywać się z Philipem Sprottem regularnie co dwa tygodnie. To zbyt kosztowne, jego honorarium i bilety kolejowe do Londynu. Zresztą czuję się już wyśmienicie. Naprawdę nie musisz się o mnie martwić”. Irytacja wyzierała z każdego słowa.

W kolejnym wybranym na chybił trafił liście Sadie pisała: „Będę w Londynie od piątego do dziewiątego. Nie sprawię Ci kłopotu, jeśli Was odwiedzę? Tak dawno nie widziałam Louisy. Wróciła już ze szkoły?”. A dalej: „W Egg jest cudownie o tej porze roku, zakwitły już pierwiosnki, wszędzie słychać wesołe trele ptaków. Nie tracę nadziei, że wkrótce mnie odwiedzisz i zostaniesz na dłużej”.

A to interesujące. A więc Sadie mieszkała w Egg. Nagłówek listu to potwierdzał: „The Egg, Paley High Wood, Nutcombe, Sussex”. Może to Sadie była lokatorką Edith… Chociaż nie, treść listu świadczyła o większej zażyłości. Może Edith pozwoliła zamieszkać w domu na jakiś czas którejś ze swoich przyjaciółek.

Rose spojrzała na zegarek. Prawie kwadrans po trzeciej, powinna się zbierać, żeby zdążyć do Walton-on-Thames odebrać Katherine i Eve ze szkoły. Pospiesznie zaczęła układać listy w schludny plik.

W pewnym momencie jej wzrok przykuło nazwisko zapisane na odwrocie cienkiej niebieskiej koperty: Sadie Lawless.

Zmarszczyła brwi. Nazwisko panieńskie babci brzmiało właśnie Lawless. Czyżby Sadie Lawless była kuzynką Edith? Rose pospiesznie przebiegła wzrokiem krótki list. A potem przeczytała go jeszcze raz, żeby się upewnić, że na pewno zrozumiała wszystko właściwie.

Z listu Sadie dowiedziała się dwóch rzeczy. Po pierwsze, że Egg nie zawsze należało do Edith. Na początku lat trzydziestych jego właścicielką była Sadie. A jednak – Rose zerknęła ponownie na datę – w październiku 1934 roku Sadie podarowała go Edith.

„Egg należy teraz do Ciebie, Edith”, pisała Sadie. „Przesłałam już stosowne dokumenty panu Copelandowi. Nie chcę tu dłużej mieszkać, boję się, a poza tym tata źle postąpił, zapisując je właśnie mnie – teraz wiem to na pewno”.

Drugie odkrycie było znacznie bardziej zaskakujące. Sadie Lawless nie była kuzynką Edith, tylko jej siostrą.

Do tej pory Rose sądziła, że dobrze zna swoją babcię, najwyraźniej jednak niewiele o niej wiedziała. Edith miała siostrę. Sadie Lawless była siostrą babci. „Niezależnie od tego, jak wiele nas dzieli, Edith”, kończyła list Sadie Lawless, „jesteśmy siostrami”.

 

Robert wrócił do domu nad ranem, cuchnąc alkoholem i papierosami, i wsunął się do łóżka obok niej.

– Klient – mruknął, kiedy zapytała go, gdzie był. – Tommy Henderson. No wiesz, właściciel Riley’s w Gate­shead. Męczący facet. – Przyciągnął ją do siebie, chwycił dłonią za pierś, a zaraz potem zapadł w sen i zaczął głośno pochrapywać.

Rano Rose odwiozła córki do szkoły, a po powrocie do domu niemal odruchowo sprawdziła kieszenie wiszącego w korytarzu płaszcza przeciwdeszczowego męża. Czego właściwie szukała? Tajemnic. Każdy je przecież ma. Jej babcia miała ich całe mnóstwo. Sekrety męża mogła jej zdradzić jakaś przypadkowa karteczka, rachunek czy ubrudzona szminką chusteczka. Kilka lat temu Robert wdał się we flirt – w każdym razie zarzekał się, że był to tylko flirt – z żoną przyjaciela. Teraz Rose znów sobie o tym przypomniała. Późne powroty do domu, nieobecna mina... Coś przed nią ukrywa, tego była pewna.

Kieszenie były puste. Zawstydzona, próbowała odsunąć podejrzliwe myśli. Bo czymże jest małżeństwo bez zaufania? Robert ma problemy w pracy, ale na pewno sobie z nimi poradzi, jak zawsze zresztą. Nie powinna tracić wiary w męża.

Zmieliła trochę kawy i uruchomiła kawiarkę Cona, a następnie usiadła przy stole z teczką w złociste ptaki. W nocy doszła do wniosku, że babci zależało na tym, aby Rose znalazła listy Sadie. Edith próbowała jej w ten sposób coś przekazać. A może chciała ją o coś prosić? O coś mającego związek z domem i jej siostrą Sadie?

Kawa zawrzała akurat, kiedy Rose wyjęła listy i rozłożyła je na stole. Było ich dwadzieścia pięć, niektóre napisane na grubym, ewidentnie drogim kremowym papierze, inne na cieńszych białych lub niebieskich kartkach. W nagłówku każdego Sadie umieściła datę. Chwilę trwało, zanim Rose ułożyła je w porządku chronologicznym, odrywając się tylko na moment od tego zajęcia, żeby przynieść sobie do stołu dzbanek z kawą i kubek.

Wszystkie listy pochodziły z pierwszej połowy lat trzydziestych. Najwcześniejszy, datowany na październik tysiąc dziewięćset trzydziestego roku, stanowiła krótka, pełna irytacji notka, którą Rose przeczytała już poprzedniego dnia w mieszkaniu babci. Edith mieszkała wtedy w Londynie. Ostatni list, wysłany na adres Edith w Delhi, został napisany 15 października tysiąc dziewięćset trzydziestego czwartego roku. Później listów już nie było. Dlaczego? Czemu właśnie wtedy Sadie przestała pisać do siostry? Co się stało?

Rose przebiegła ponownie wzrokiem pierwszy list. Zauważyła, że w nagłówku znajduje się adres w Cam­bridge.

 

Edith, chyba jednak nie będę mogła widywać się z Philipem Sprottem regularnie co dwa tygodnie. To zbyt kosztowne, jego honorarium i bilety kolejowe do Londynu. Zresztą czuję się już wyśmienicie.

 

Philip Sprott to zapewne lekarz. Sadie cierpiała na jakąś chorobę i z tego powodu zwróciła się do doktora Sprotta, któremu w czasach przed powstaniem państwowej służby zdrowia musiała zapłacić. Rose czytała dalej.

 

Meyrickowie są dla mnie tacy mili. Toby odstąpił mi swój gabinet, żebym miała gdzie spać, a Constance nie pozwala mi nawet kiwnąć palcem. Czuję się już o wiele lepiej. Codziennie chodzę na spacery wokół Midsummer Common, niezależnie od pogody.

 

Potem kilka zdań na temat przeczytanych ostatnio książek, wzmianka o obejrzanym musicalu. A dalej:

 

Mabel, Horace i Rosalind to oczywiście najcudowniejsze dzieci na świecie, ale człowiek zwyczajnie nie jest w stanie pozbierać przy nich myśli. Nie żeby moje myśli były ostatnio warte zbierania, przyznaję to z przykrością, ale jestem pewna, że poczuję się w pełni zdrowa, dopiero kiedy będę w stanie znowu pracować. Nie myśl sobie jednak, że zamierzam się ukrywać. Przygotowałam cały zestaw zajęć, które nie zostawią mi zbyt wiele czasu na ponure rozpamiętywanie. Nowe otoczenie i zupełnie odmienny tryb życia z pewnością pozwolą mi zapomnieć.

 

Rose doszła do wniosku, że Sadie zapewne nie chciała już więcej myśleć o tragicznej śmierci rodziców w katastrofie lotniczej zaledwie rok wcześniej. Rose sama straciła mamę w wieku zaledwie dwudziestu lat i był to dla niej tak wielki cios, że wciąż wątpiła, by rana ta miała się kiedykolwiek zabliźnić. Na zdjęciu Sadie ewidentnie była młodszą z sióstr. Rose policzyła szybko w myślach – Edith zmarła w wieku osiemdziesięciu lat – i doszła do wniosku, że Sadie także musiała mieć około dwudziestki, kiedy ich matka zginęła. A przecież w tej katastrofie dziewczęta straciły też ojca.

Rose przeczytała następny list, datowany na tydzień po pierwszym.

 

A więc wreszcie dotarłam na miejsce. Dom jest już umeblowany i wygląda po prostu cudownie. Żałuj, że nie widziałaś tragarzy niosących moją prasę graficzną tą okropną bagnistą ścieżką przez las. Strasznie narzekali, więc poczęstowałam ich herbatą i ciastem, co natychmiast poprawiło im humor. Pan Thomsett ze sklepu w Nutcombe okazał się niezwykle pomocny i pokierował mnie do warsztatu, którego właściciel, pan Boxell, osobiście obiecał wyszukać dla mnie jakiś używany rower. Pamiętasz jeszcze, Edith, jak urzekające potrafią być te lasy jesienią? Naprawdę musisz mnie wkrótce odwiedzić.

 

Zadzwonił telefon, więc Rose poszła odebrać. Telefonował Robert z pytaniem, czy nie będzie miała nic przeciwko, jeśli na kolację przyprowadzi gości. Zgodziła się niemal machinalnie, choć w głębi ducha poczuła ulgę, że tym razem mąż wróci do domu o normalnej porze. Jest po prostu bardzo zapracowany, nic więcej. Wszystko w porządku.

Wybrała się na zakupy. Kiedy parkowała mini coopera w centrum miasteczka, po głowie przebiegały jej pomysły na kolacyjne menu. Melon na przystawkę, crêpes suzette na deser. Nie, jednak nie naleśniki, zbyt wiele zamieszania w ostatniej chwili. W takim razie cytrynowa tarta, którą bez problemu można przygotować wcześniej. A jako danie główne… nie, boeuf bourguignon odpada, nie ma dość czasu. Musaka? Nie, wygląda zbyt nieporządnie. Ostatecznie zdecydowała się na potrawkę z kurczaka.

Po szybkiej rundce po sklepach, gdzie kupiła wszystkie niezbędne składniki, wstąpiła jeszcze do biblioteki. Najpierw sprawdziła nazwisko Sadie Lawless w rozmaitych książkach telefonicznych z rejonu Londynu, a kiedy nic nie znalazła, zaczęła szukać Philipa Sprotta. Intuicja podpowiadała jej, że mogło chodzić o jakiegoś modnego londyńskiego lekarza, być może nawet z gabinetem przy Harley Street.

Przesunęła palcem wzdłuż numerów obejmujących rejon Harley Street. Żadnego Philipa Sprotta. Kiedy rozszerzyła zasięg poszukiwań, wreszcie natknęła się na lekarza P. Sprotta. Nie Harley Street, ale Handel Street w Bloomsbury. Rose zanotowała jego numer na skrawku papieru. Kiedy wychodziła z biblioteki, akurat zaczęło padać.

Po powrocie do domu przygotowała ciasto i odstawiła je do lodówki do schłodzenia, a potem poszła do gabinetu Roberta i wybrała numer na Handel Street.

– Poradnia przy Handel Street, słucham – odezwał się kobiecy głos.

Rose poprosiła o połączenie z Philipem Sprottem, jednak recepcjonistka poinformowała ją, że doktor akurat ma pacjenta, po czym zaproponowała jej pozostawienie wiadomości.

Rose czuła się okropnie skrępowana, tłumacząc, o co chodzi. To brzmiało dziwacznie nawet dla niej samej. Kobieta po drugiej stronie linii najwyraźniej była tego samego zdania.

– Rok tysiąc dziewięćset trzydziesty? Od tamtej pory upłynęło czterdzieści lat. Nie przechowujemy kart pacjentów aż tak długo.

– Miałam nadzieję, że doktor Sprott będzie ją pamiętał.

– Naprawdę nie sądzę…

– Gdyby zechciała pani jednak zapytać pana doktora, byłabym niezmiernie wdzięczna – rzuciła Rose stanowczo. – Moja cioteczna babka nazywała się Sadie Lawless.

Następnie jeszcze raz powtórzyła swoje nazwisko i numer telefonu, a potem podziękowała i się rozłączyła.

 

Kiedy ułożyła już córki w łóżkach, przebrała się w długą suknię z czarnego szyfonu z jedwabną podszewką, z rozszerzanymi rękawami i głębokim dekoltem w kształcie litery V, obszytym perełkami. Następnie przeczesała długie, ciemnobrązowe włosy, tak że spływały gęstą falą aż na ramiona, poprawiła makijaż oczu.

Gdzie się ten Robert podziewa? Zerknęła na zegarek. Wpół do ósmej. O ósmej mieli się zjawić goście. Wyjrzała przez wykuszowe okno sypialni na zewnątrz, ale ujrzała jedynie auta przemykające ulicą w strugach deszczu, który toczył rynsztokiem śmieci.

Zadzwonił telefon, więc czym prędzej zbiegła na dół. Spodziewała się usłyszeć głos męża, ale po drugiej stronie odezwał się ktoś obcy.

– Pani Martineau?

– Tak, z kim mam przyjemność?

– Nazywam się Philip Sprott. Zostawiła pani dla mnie wiadomość w recepcji, chciała pani porozmawiać o Sadie Lawless.

Rose usiadła w obitym skórą fotelu męża.

– Dziękuję za telefon, panie doktorze. Jestem naprawdę wdzięczna. Dzwoniłam do pana, bo Sadie Lawless była pańską pacjentką. Miałam nadzieję, że będzie ją pan pamiętał.

– Oczywiście, że pamiętam. Gdy tylko Carol przekazała mi pani wiadomość, wszystko do mnie wróciło. Mogę spytać, dlaczego interesuje się pani Sadie?

– To moja cioteczna babka. Dopiero kilka dni temu dowiedziałam się o jej istnieniu, kiedy po śmierci babci znalazłam listy od niej. Próbuję dowiedzieć się o niej czegoś więcej, ale przede wszystkim, jeśli Sadie jeszcze żyje, powinnam ją zawiadomić o śmierci jej siostry. Pańskie nazwisko pada w jednym z listów.

– Obawiam się, że nie będę pani w stanie pomóc – odparł Philip Sprott dźwięcznym, niskim głosem. – Nie mam kontaktu z Sadie od kilkudziesięciu lat. Jednak niektórzy pacjenci zapadają człowiekowi w pamięć, więc rzeczywiście ją pamiętam. Pełna życia, inteligentna i czarująca. Ale bardzo nieszczęśliwa z powodu swojej straty.

Przez okno w gabinecie Rose widziała krople deszczu tańczące na bruku.

– Z powodu śmierci rodziców?

Chwila ciszy, zanim Philip Sprott wreszcie powiedział:

– Pani Martineau, zdaje sobie pani sprawę z tego, że jestem psychiatrą?

Psychiatra?

– Nie, sądziłam, że…

– Obecnie pracuję już tylko na część etatu. Sadie została jedną z moich pierwszych pacjentek, kiedy sam byłem jeszcze młody i zielony. Minęło tyle czasu, ale nie sądzę, żeby tajemnica lekarska przestała mnie obowiązywać.

– Doskonale pana rozumiem, panie doktorze.

– Wspomniała pani, że pani babcia niedawno zmarła?

– Zgadza się.

– Proszę przyjąć serdeczne wyrazy współczucia. Cóż mogę pani powiedzieć? Pamiętam, że relacje między Sadie a jej siostrą były trudne. Dzieliła je spora różnica wieku – dziesięć lat, jeśli się nie mylę.

– A Sadie była młodszą siostrą.

– Dokładnie. Zgłosiła się do mnie po załamaniu nerwowym. Została porzucona przez narzeczonego. Zerwanie zaręczyn tuż po śmierci rodziców… no cóż, ludzki umysł nie jest w stanie aż tyle znieść. – Znowu chwila ciszy, a potem: – Nie pamiętam nazwiska narzeczonego, ale zrobił na mnie wtedy wrażenie skończonego łajdaka. Handlował antykami, chociaż to i tak bez znaczenia. Sadie była nauczycielką.

– I artystką. – Rose przypomniała sobie drugi z listów. „Żałuj, że nie widziałaś tragarzy niosących moją prasę graficzną tą okropną bagnistą ścieżką przez las”.

– A tak. – W głosie doktora Sprotta dało się słyszeć rozbawienie. – Podczas naszych sesji Sadie często rysowała. Mówiła, że ją to uspokaja. Kominek… albo widoczne za oknem platany. Czasami mnie szkicowała. Raz nawet podarowała mi taki rysunek, chyba ciągle jeszcze gdzieś go mam. Leczyłem ją jakiś rok, może półtora. Potem przysyłała mi czasem pocztówkę, ale w końcu przestała to robić. Uznałem, że po prostu zajęła się własnymi sprawami. Przykro mi, że nie mogę pani pomóc, pani Martineau.

Rose usłyszała trzask drzwi wejściowych, więc czym prędzej podziękowała doktorowi Sprottowi i się pożegnała.

Robert stał w hallu, akurat zdejmował płaszcz przeciwdeszczowy. Krople deszczu znaczyły materiał khaki na jego ramionach.

– Gdzie się podziewałeś? – zapytała Rose, podchodząc do niego. – Goście będą za pięć minut.

– Przecież wiem. – Sprawiał wrażenie zdenerwowanego, zaraz się jednak zmitygował. – Przepraszam. Przepraszam, kochanie. To było odrobinę… Praca, sama rozumiesz, jak to jest. Straciliśmy kontrakt z Gibsonem.

– Robercie, tak mi przykro. – Cmoknęła go w policzek. – To naprawdę okropne.

– Nieważne, odkujemy się.

Jego pozorna niefrasobliwość kłóciła się z emocjami, które na moment odbiły się na jego twarzy. Strach i udręka, ale zaraz potem zniknęły one tak szybko, że Rose łatwo mogłaby uznać, że tylko to sobie wyobraziła.

– O co chodzi? – zapytała łagodnie. – Powiedz mi, kochanie. Co się stało?

– Nic. Po prostu jestem zmęczony, to wszystko. – Uśmiechnął się samymi wargami. – Ale przydałby mi się drink. Daj mi parę minut, pójdę się przebrać.

Rozległ się dzwonek, więc Rose rzuciła tylko okiem w lustro, a potem z uśmiechem otworzyła drzwi.

– Hugh… Vivienne… Naprawdę cudownie was widzieć. Zapraszam, zapraszam serdecznie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI