Okruchy lustra - Agnieszka Pyzel - ebook
Opis

Lata osiemdziesiąte, PRL. Michalina kiepsko wypada w przedstawieniu dyplomowym na zakończenie szkoły aktorskiej. Jej myśli zajmuje bowiem Allan Wysocki, obiecujący pisarz. Po egzaminach nie może znaleźć pracy na warszawskich scenach, nie ma też pewności co do uczuć Wysockiego. Dlatego ucieka do małego miasta, gdzie otrzymuje angaż w prowincjonalnym teatrze. Tam poznaje Maćka, starszego od siebie aktora, który zostaje jej partnerem na scenie i w życiu. Jednak Michalina nie może zapomnieć o Allanie i od czasu do czasu wymyka się do Warszawy, by się z nim spotkać. Szybko staje się dla niej jasne, że nie jest jego jedyną kobietą, i po raz kolejny kończy ich znajomość. Postanawia, że skupi się na związku z kochającym Maćkiem. Tymczasem Maciek odkrywa, że Michalina go zdradza, opuszcza ją i wyjeżdża z miasta. Kobieta popada w depresję.

Po latach znowu w jej życiu pojawia się Allan. Czy tym razem odnajdą szczęście w miłości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 423

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja:Maria Śleszyńska

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Sławomira Gibka

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Olena Hromowa/Shutterstock

© for the text by Agnieszka Pyzel

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-1196-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

A była śliczna! Jakby się o nią założyło całe piekło i teraz ten chór upadłych aniołów przegrywał, jeden po drugim, bo postanowił zagrać o nią sam Lucyfer z Bogiem. Nie o jej ciało, ale o jej cudną duszę, której tak naprawdę nigdy nie mogłem mieć.

Allan Wysocki, Ostatni w kolejce, lato 1985

Jeszcze przed chwilą był czuły i pełen miłości.

Gdyby nagle powiedział, że mnie kocha, uwierzyłabym.

A tak?

Przytulił mnie, po czym odsunął się na brzeg swojego wielkiego łóżka, zapalił papierosa i zapytał:

– Podasz mi wodę ze stołu?

Wstałam naga, boso podeszłam do krawędzi blatu, który był w zasięgu jego ręki, i naprawdę mógł wziąć tę wodę sam. Podałam mu butelkę.

Chwilę walczył z oporną zakrętką, po czym upił łapczywie kilka łyków.

– Chcesz? – zapytał, wysuwając w moją stronę rękę z wodą.

Jego twarz nie wyrażała nic poza uprzejmością, jakby to wszystko, co było już za nami, nigdy się nie wydarzyło, jakby nasze wielkie źrenice, wpatrzone w siebie we wspólnej rozkoszy, przyśniły się jedynie naiwnemu marzycielowi.

Pozbierałam ubrania rozrzucone wokół łóżka. Założyłam bieliznę i zaczęłam zapinać guziki swojej długiej sukienki.

Usiadł na łóżku, chwycił mnie za rękę i posadził obok. Rozpięte guziki bezwstydnie obnażały mój stanik i skryte w nim piersi, a on nadal siedział nago, tak blisko mnie, że poczułam się nagle zawstydzona, jak zawsze, gdy byłam z nim blisko, zbyt blisko.

Otoczył mnie ramieniem i odgarnął z mojej twarzy kosmyk włosów. Już nie było w tym czułości, robił to trochę tak, jakby powtarzał dawno wyuczoną czynność. W pierwszym odruchu chciałam się przytulić do niego ze wszystkich sił, ale nasze noce, poranki i wieczory nauczyły mnie, że chwile z nim nie trwają wiecznie, a jego nastroje są zmienne jak wiatr w najbardziej kapryśnym zakątku ziemi.

Nadal mnie obejmując, zaciągnął się papierosem, wypuścił smużkę dymu i patrząc mi obojętnie w oczy, zapytał:

– Czy ty cokolwiek z tego zapamiętasz? Czy wrócisz do siebie, a tam będzie czekał na ciebie drugi Allan i przeżyjesz z nim to, co przeżywałaś ze mną dzisiaj?

Chciałam mu wierzyć, cholernie chciałam wierzyć, że naprawdę jest zazdrosny, ale wpatrzone we mnie zielone oczy były teraz zimne; wąskie źrenice błądziły obojętnie po mojej twarzy. Jego ramię okalało mnie sztywno, czegoś nam było brak.

Zupełnie jakbyśmy zdążyli się już nasycić sobą przez lata i odgrywali teraz scenkę dla kolorowego pisma, która miała przekonać czytelnika o naszym rzekomo szczęśliwym życiu.

Wiele lat musiało upłynąć, zanim zrozumiałam, że byłam wtedy za młoda, straszliwie młoda i dziecinna, by go zrozumieć.

A on był już zbyt dojrzały i zbyt poraniony. Nie okazywał mi uczuć, tak jak tego oczekiwałam i jak to sobie wyobrażałam.

I miał zbyt skomplikowaną duszę, żeby otwarcie mówić o miłości.

Każde z nas niosło swoją opowieść i swoje wyobrażenia o tym, jak miałoby wyglądać to uczucie między nami.

Może nie spotkaliśmy się w odpowiednim dla nas czasie, może ktoś na górze zaplanował to wbrew naszej woli?

A jeśli sami wybraliśmy taki los?

Zdjęłam jego rękę ze swojej szyi, wstałam i zapięłam sukienkę.

Moja spakowana torba stała obok łóżka.

Przyjechałam tu zaledwie wczoraj, na jedną kradzioną noc. Kradzioną sobie, jemu i Maćkowi, który czekał na mnie w G.

I kochał mnie.

Tak prosto i zwyczajnie.

Ale musiałam przyjeżdżać do Allana; to było silniejsze ode mnie.

I nieważne, że dawno postanowiłam ułożyć sobie życie w innym mieście, bez niego.

Na tyle daleko, żeby już nie pozwolić naszym losom splatać się tak boleśnie, łączyć się tylko po to, żeby później uciekać, kiedy mijały chwile szalonej namiętności.

Bałam się tego, co nieuchronne – ryzyka, utraty, odrzucenia i pomyłki.

Każde z nas panicznie bało się miłości, a ona spadła na nas nieoczekiwanie i podstępnie. Obydwoje potrzebowaliśmy czasu, żeby ją nazwać, zdefiniować i spróbować oswoić.

Ale ja wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.

Bez słowa wyszłam do łazienki, zabrałam z brzegu wanny swoją szczoteczkę do zębów i perfumy. Wróciłam do sypialni, wrzuciłam wszystko do stojącej obok łóżka torby i z przesadnym skupieniem zabrałam się za zamykanie jej błyskawicznego zamka.

– Za godzinę mam pociąg – wymamrotałam bardziej do siebie niż do niego.

Zerwał się na równe nogi, nadal nagi, choć ja już zdążyłam zapiąć sukienkę i uczesać włosy. Wydał mi się równie bezwstydny, co niedostępny.

Nasz czas się kończył, wracałam do siebie.

– Daj mi pięć minut! – krzyknął, znikając w drzwiach łazienki. – Odwiozę cię na dworzec.

Kamień spadł mi z serca, bo bywało i tak, że po naszych miłosnych uniesieniach odwracał się twarzą do ściany i oświadczał:

– Nigdzie nie pojedziesz.

Zamawiałam wtedy w pośpiechu taksówkę, a jeśli się nie udało, to biegłam na przystanek autobusowy z ciężką torbą, on zaś zostawał sam w łóżku, w którym jeszcze przed chwilą się kochaliśmy, i nawet nie próbowałam zrozumieć tego wszystkiego, co było w nas, poza nami, tego wszystkiego, co nas tak straszliwie do siebie przyciągało i jednocześnie czyniło nas najbardziej nieszczęś­liwymi ludźmi tego świata.

Nie ma chyba gorszego lęku niż ten przed miłością.

Teraz miał mnie odwieźć, ucieszyłam się. Zawsze to z nim parę chwil dłużej i nie będę czuła tej straszliwej pustki, jaka zawsze towarzyszyła mi w autobusie, ilekroć jechałam samotnie na dworzec.

Kiedy jeszcze mieszkałam w Warszawie, zawsze odwoził mnie do domu, ale potem to się zmieniło.

Był ze mną przez cały ostatni rok moich studiów aktorskich, czasem namiętny, czasem zimny i bezlitosny, bez żadnej deklaracji, na którą czekałam z ckliwym pseudoliterackim romantyzmem, z głową pełną dialogów ze sztuk o kochankach, które przyszło mi grać w szkole, i marzeniami każdej młodej dziewczyny o wymyślonym uczuciu Romea i Julii.

Ale zawsze był, odbierał każdy mój telefon gotów na najbardziej szaloną propozycję spotkania.

Do pewnego momentu.

Nie wypadłam najlepiej na przedstawieniu dyplomowym. Grałam w nim dużą rolę i miałam niezłe pole do popisu, ale wszystko zwyczajnie zawaliłam.

Byłam zakochana, bezgranicznie zakochana, i doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że jeśli on kiedyś zniknie, umrze, odejdzie, moje życie nigdy już nie będzie takie samo.

I że resztę lat spędzę na poszukiwaniu uczuć, które choć trochę będą mi przypominały to wszystko, co jednak nas łączyło.

Pamiętam, że w czasie, gdy bezskutecznie szukałam angażu w Warszawie, były straszne upały.

Moje koleżanki z roku dostały ciekawe propozycje w teatrach i gotowe role, a do mnie nie zgłosił się nikt.

Prawdopodobnie dlatego że zagrałam swoje dyplomowe przedstawienie, najgorzej jak umiałam. Bardziej niż to, czy dostrzeże mnie dyrektor teatru w stolicy, interesowało mnie, czy Allan będzie czekał na mnie po spektaklu.

I to było widać, kiedy stawałam na scenie.

Pod wpływem którejś z nieudanych chwil wykręciłam numer do teatru w G.

Do pierwszego teatru, jaki znalazłam w książce telefonicznej.

Łaskawie poinformowałam tamtejszego dyrektora, że jestem absolwentką warszawskiej szkoły teatralnej i chcę się u niego zatrudnić.

Dręczony kompleksem prowincjusza biedak z wrażenia nie wiedział, co wysapać, powiedział tylko, żebym przyjechała natychmiast, bo czeka na mnie umowa do podpisania.

Mimo wszystko byłam zarozumiała.

Nie, nie mimo wszystko. Ja byłam zarozumiała.

Cała procedura związana z moim angażem w prowincjonalnym teatrze trwała jeden dzień; raniutko pojechałam do G. pociągiem, wróciłam i jeszcze miałam czas na to, żeby spotkać się wieczorem z Allanem.

Leżeliśmy w jego wielkim łóżku, zmęczeni miłością i upałem.

To był taki niezwykły dzień, kiedy jeszcze nie zdążyłam niczego popsuć.

Allan przyciskał mnie do siebie, choć obydwoje byliśmy mokrzy od potu, pod sufitem szumiał wiatrak, który wcale nie przynosił ochłody. Niezdarnie głaszcząc mnie po wilgotnych spoconych włosach, nagle zapytał:

– Powiedz, jesteś w stanie wyobrazić sobie to, że w tym roku zostajesz moją żoną?

Jakże to było dalekie od mojej wizji wymarzonych oświadczyn!

Pomijam ten upał, brak obowiązkowych róż i pierścionka, bo to wszystko drobiazg.

Ale on nawet mi nie powiedział, że mnie kocha, że nie może beze mnie żyć, nie powiedział, że marzy o tym, żebym była jego żoną, tylko zapytał, czy w ogóle wyobrażam sobie taką sytuację!

A tak naprawdę to nie tylko to mnie blokowało, ale nie chciałam o tym mówić Allanowi otwarcie.

Marzyłam, żeby w końcu zacząć grać na własny rachunek. Jako dyplomowana aktorka w prawdziwym teatrze, nie jako studentka.

Co mogłam mu wtedy odpowiedzieć?

Co mogłam wybrać?

Czy istnieje wybór między dwoma równie silnymi miłościami?

Kochałam Allana i kochałam magię sceny.

Od jesieni miałam być obsadzona niemal we wszystkich głównych rolach prowincjonalnego teatru w G. I to nie było ważne, że teatr był daleko, że nie był doskonały, że wręcz ocierał się o amatorstwo. Dla mnie ważnie było tyko to, że będę grała. Że będę grała, i to dużo.

A to, co on mi proponował…

Nie, to nie była nawet propozycja. On pytał, czy wyobrażam sobie siebie jako jego żonę. Rolę mi jakąś chciał napisać, do cholery, czy co?

– Co zrobisz, jeśli nagle wyjadę do teatru na prowincji? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

Miał doskonałą intuicję.

– A wyjedziesz? Podpisałaś umowę z jakimś teatrem? – zapytał.

Nie musiałam odpowiadać. Znał mnie.

Usiadł na łóżku i zaczął się ubierać. Leżałam nadal naga, przeciągając się na poduszkach.

– Wstawaj – pociągnął mnie lekko za włosy. – Odwiozę cię do domu.

To był pierwszy raz, kiedy nie chciał, żebym została na noc. I choć spędziliśmy ze sobą jeszcze całe wakacje, nie nocowaliśmy razem.

I właśnie wtedy Allan przestał odwozić mnie do domu. Czasem kochaliśmy się u niego, ale on potem szybko zamawiał mi taksówkę.

I przestał mnie pytać. O mnie, o moje plany.

Wyrósł między nami jakiś niewidzialny mur i na próżno wypatrywałam w jego oczach tych niewielkich dawek czułości, jakimi wcześniej obdarzał mnie od czasu do czasu.

Nie było go przy mnie, kiedy załadowanym samochodem kochanka mojej matki opuszczałam stolicę, i nie było go ze mną, kiedy dostałam pierwszą rolę w teatrze w G.

To ja dzwoniłam i pisałam listy, na które zwykle nie odpowiadał.

Przeważnie wkładał do koperty garść marihuany i pisał na odwrocie: „Wszystko ci opowiem, jak się spotkamy, całuję. A.”.

Paliłam tę marihuanę w swoim teatralnym mieszkanku, w tamtych czasach w G. nikt nie wiedział, co to jest, a ja po udanych spektaklach, po gratulacjach i bukietach kwiatów mogłam jakoś się do niego zbliżyć i wyobrazić sobie, że palimy ją razem.

Cała nasza Warszawa paliła wtedy trawę, całe nasze studenckie towarzystwo. On, wówczas już uznany pisarz, też palił.

Uciekałam do niego, kiedy tylko miałam choć dwa dni wolne w teatrze. A później znów wracałam do G., rozbita, z poczuciem dziwnego rozdwojenia.

Podróżowałam nocami w zatłoczonych pociągach, drzemiąc na swojej wypchanej torbie na śmierdzącym korytarzu.

Nasze rozmowy telefoniczne były sztywne, oficjalne. Zawsze przysłuchiwała się im portierka teatralna. Wtedy nikt spoza stolicy nie marzył o własnym telefonie.

No i pojawił się Maciek, w tym moim G. i w moim skomplikowanym życiu.

Ale teraz nie było Maćka, a G. było ileś kilometrów stąd.

Allan wyszedł z łazienki, radośnie wycierając plecy ręcznikiem, szybko się ubrał, chwycił moją torbę podróżną i zapytał:

– Masz już bilet?

Zaprzeczyłam.

Przeważnie kupowałam go w ostatniej chwili albo u konduktora.

Podjechaliśmy pod wejście przy kasach na dworcu; Allan bez problemu znalazł miejsce na parkingu. Taszczył tę moją torbę i stanął pokornie w kolejce do okienka kasy. Kiedy przyszła nasza kolej, nie pozwolił mi zapłacić za bilet.

Staliśmy na peronie, mój pociąg już zapowiedziano.

W tym momencie poczułam się jak po najczarniejszej stypie. Zawsze kiedy się z nim żegnałam, bardzo trudno było mi wracać do życia, które ułożyłam sobie w teatrze w G., tak daleko od Allana.

– Tylko nie kochaj się z nim od razu, jak przyjedziesz – zdobył się na żartobliwy ton. – Nadal pachniesz moją wodą toaletową.

– Ale z kim mam się nie kochać, przestań… – wybąkałam, choć obydwoje wiedzieliśmy, że od pewnego czasu przestaliśmy silić się na szczerość między sobą.

On też nie był święty.

Kiedy bywałam u niego, odbierał tajemnicze telefony od kobiet, z którymi szybko kończył rozmowę.

Kilka razy zdarzyło się, że w środku nocy zadzwonił dzwonek u jego drzwi, a w progu stała dziewczyna, zdziwiona, że otwieram ja, owinięta jedynie w prześcieradło.

Te dziewczyny szybko uciekały, ja mu nie śmiałam robić wyrzutów; on nie wnikał w moje życie, niczego nie sprawdzał, bo pewnie gdybyśmy poznali prawdę o własnych zdradach, pozabijalibyśmy się w biały dzień.

Pociąg wjechał na peron i był wyjątkowo pusty. Allan otworzył drzwi, wstawił moją torbę na korytarz.

– To miłej podróży, szerokiej drogi, czy jak tam.

Nie pocałował mnie, nie powiedział nic miłego. Nic, kompletnie nic.

Wsiadłam do pociągu, podniosłam torbę z podłogi i konduktor zaczął dawać znaki, że odjeżdżamy.

Pociąg ruszył, wyglądałam jak szalona przez okno, ale Allan mi zniknął, zniknął peron, wjechaliśmy do tunelu i nie pozostało mi nic innego, jak tylko wtaszczyć torbę do przedziału i spróbować zasnąć.

Rano czekała mnie próba w teatrze.

W moim przedziale siedział mężczyzna w identycznej bluzie jak ta, którą miał Allan. Patrzyłam na tę bluzę jak zahipnotyzowana, z wielkim żalem, że należy do kogoś obcego.

W końcu zasnęłam, starając się nie myśleć, i kiedy się obudziłam, dojeżdżałam do G.

Mieszkałam przy tej samej ulicy, przy której były dworzec i teatr.

To miasto stwarzało wrażenie, jakby poza tą ulicą, zwieńczoną koślawym rynkiem, poza dworcem, teatrem i kamienicą ze straszliwie zrujnowanymi mieszkaniami dla aktorów nie było w nim nic więcej.

Gdzieś daleko, dużo dalej od starego centrum, wybudowano nowoczesne jak na tamte czasy osiedla, ale ja nigdy się tam nie zapuszczałam.

Moim życiem w G. był teatr.

I dworzec, kiedy uciekałam do Allana.

I mieszkanie z Maćkiem, które było tak cudowne na co dzień i na które nigdy nie zasłużyłam.

Skąd, pośród tych moich gwałtownych uczuć do Allana, znalazł się Maciek, jak w moim sercu znalazło się miejsce dla niego?

Nie wiem i nigdy nie odpowiedziałam sobie na to pytanie.

W tamtym czasie kochałam ich obydwu, może nie identycznie, ale tak samo mocno.

Byłam bardzo młoda i bardzo naiwna.

I szukałam miłości niczym porzucony przy drodze pies.

Możliwe, że gdyby Allan wyznał mi w końcu miłość, nie byłoby już w moim życiu innego mężczyzny.

A tak?

Przy Allanie wszystko wydawało mi się takie nie­realne.

Miałam wrażenie, że obydwoje krążymy w gęstej mgle, która zniknie, jeśli tylko zmieni się pogoda, i nie zostanie mi nic poza wspomnieniami.

Kiedy otwierałam drzwi swojego mieszkania na prowincji, była prawie szósta rano.

Maciej spał w najlepsze w fotelu, na stole stały kwiaty, dwa kieliszki, a kiedy zajrzałam do lodówki, zobaczyłam mrożącego się radzieckiego szampana i jakieś danie, które ugotował specjalnie dla mnie.

Nie miałam żadnych wyrzutów sumienia.

Już nie było Allana, byłam z Maćkiem w teatrze w G.

Rozesłałam łóżko i pomogłam Maćkowi zdjąć dżinsy.

– Jesteś… – szeptał rozespany. – Co tam u mamy?

Te moje wyjazdy to były „wizyty u mamy”. Był grudzień, mamy nie widziałam od początku września, a wszystkie noce w Warszawie spędziłam u Allana.

Zgasiłam lampkę przy naszym łóżku i wyszeptałam Maćkowi do ucha: „Masz od niej pozdrowienia”.

Po chwili już chrapał.

A ja przytuliłam się do niego i poczułam się tak, jakbym zawinęła do przyjaznego portu, wtuliłam się w ten znajomy zapach, w jego obecność, i zasnęłam jak dziec­ko. Nie musiałam myśleć, zgadywać, kombinować.

Maciek mnie kochał, choć to wszystko, co między nami, było jeszcze bardzo świeże.

Poznaliśmy się zupełnie zwyczajnie, przecież mieliśmy razem pracować. I gdyby nie jego przebojowość, nic by z tego nie wyszło.

To były pierwsze dni września, właśnie znalazłam się w obcym G. i czułam się nieszczęśliwa, bo nie pożegnałam się z Allanem, i nawet nie wiedziałam, czy jest mu choć trochę żal, że wyjechałam.

Przyszłam na spotkanie z całym zespołem teatralnym. Dyrektor przedstawił mnie z dumą, jak jakiś delikatesowy rarytas z Warszawy. Wszyscy spoglądali na mnie z ciekawością, choć nie wzbudziłam chyba sympatii nowych koleżanek.

Jeszcze tego samego dnia wieczorem odbyła się próba sztuki. Dostałam w niej rolę po aktorce, która odeszła w poprzednim sezonie, a Maciek grał mojego kochanka.

Kiedy stał na scenie, obserwowałam go zza kulis i od razu zrozumiałam, że będę grać z kimś niezwykłym.

Maciek mnie wzruszał, doprowadzał niemal do łez.

Słuchałam, jak wygłasza miłosne monologi, słuchałam jego niezwykłego głosu i łapałam się na tym, że na całym ciele mam gęsią skórkę i boję się stanąć razem z nim na deskach sceny.

Nie czułam się na tyle dobra, by być jego partnerką.

Był dojrzałym aktorem, a ja smarkulą tuż po dyplomie.

Wtedy cała moja wiedza o mężczyznach zaczynała się i kończyła na roli u boku Allana, którego nie rozumiałam i z którym wolałam się zwyczajnie pieprzyć, niż przyznać, że w końcu kogoś kocham.

A teraz miałam grać wyrafinowaną kochankę, partnerując w dodatku wyrafinowanemu aktorowi. Bałam się, że tego wszystkiego nie udźwignę, że nie dam rady wybrnąć z roli, tak jak tego ode mnie oczekiwano.

Czytałam scenariusz, próbowałam coś zagrać i byłam załamana. Nie miałam żadnej wizji, nie wiedziałam, co mogłabym zaproponować Maćkowi na scenie w zamian za jego talent i narkotyczną charyzmę.

Podeszłam do niego po próbie z egzemplarzem naszej sztuki w dłoni.

– Hej, przepraszam, że zawracam ci głowę, ale czy nie moglibyśmy, oprócz tych wszystkich prób, poćwiczyć gdzieś sami? – zapytałam nieśmiało.

Wydawał mi się wtedy bardzo poważny i chyba jeszcze bardziej niedostępny niż Allan.

– Wpadniemy do ciebie za pół godziny, poznasz ludzi i pogadamy. Może być? – zaproponował.

Trochę już znałam życie w teatrze, przynajmniej z opowieści, i wiedziałam, że dużo się pije, że będzie z Maćkiem u mnie co najmniej połowa zespołu i że jako nowa muszę się wkupić w ich łaski.

Skąd miałam wódkę, skąd miałam zakąski w tamtych trudnych czasach, nie pamiętam. Jeszcze nie znałam tamtejszych układów i na razie nikt mi niczego nie sprzedawał spod lady.

Ale zdobyłam gdzieś kilka kawałków kiełbasy i parówki. I miałam słoik kiszonych ogórków przywieziony z domu.

Jakim cudem pomieściłam tylu ludzi w swoim maleńkim mieszkanku, też nie pamiętam. Wszyscy byli mnie bardzo ciekawi, więc pojawił się u mnie niezły tłumek gości.

Pamiętam jedynie, że chodziliśmy na pobliski dworzec po sałatkę jarzynową i fajki, bo w środku nocy zabrakło nam żarcia i papierosów, jak to często u nas bywało w czasach PRL-u.

Ale wódki wtedy nie brakowało, choć teoretycznie była na kartki.

Okazało się, że w naszej kamienicy, na trzecim piętrze, mieliśmy tak zwaną metę. Interesem rządziła gruba pani Bronka i wpuszczała jedynie tych, którzy pukali ustalonym szyfrem. Miejscowym pijaczkom sprzedawała wódkę na kieliszki, bo przeważnie nie mieli pieniędzy na całą flaszkę.

Oczywiście wypiłam za dużo i wyznałam Maćkowi, że boję się z nim grać.

Kiedy wychodził ode mnie nad ranem, lekko się zataczając na progu, rzucił mi od niechcenia:

– O dwunastej w foyer teatru.

Nie wierzyłam, że wstanie, że będzie mu się chciało iść na próbę z siksą, zamiast odsypiać noc.

Czekał na mnie ogolony, pachnący, bez oznak kaca i zarwanej nocy.

Zaczęliśmy nasze próby tylko we dwoje, ale czułam się rozczarowana.

Liczyłam na to, że da mi jakieś konkretne wskazówki, że powie mi coś takiego, co pomoże mi jakoś ugryźć tę moją rolę, ale on mnie tylko słuchał.

Nie potrafiłam wyczytać z jego twarzy, czy to, co próbuję grać, jest dobre, czy jest złe, czy obrałam właściwy kierunek.

A kiedy go pytałam, przymykał oczy i prosił:

– Powiedz coś jeszcze.

Spotykaliśmy się codziennie rano przed próbami z reżyserem. W końcu te nasze spotkania stały się swojego rodzaju misterium. Maciek siadał w fotelu, przymykał oczy, a ja recytowałam mu wiersze o miłości.

Słowami poetów przekonywałam go, że kocham.

– Masz piękny głos – mówił. – Powinnaś kiedyś zagrać w Teatrze Polskiego Radia.

Jakby zupełnie nie pamiętał o tym, że poprosiłam go, by uczył mnie aktorstwa.

W teatrze o tej porze było zwykle cicho i pusto, jedynie na piętrze pracowały panie, które zajmowały się administracją i nie schodziły na dół.

Nasze garderobiane były przeważnie zajęte prasowaniem kostiumów i nikt nam nie przeszkadzał.

Tam, gdzie się spotykaliśmy, stał fortepian. Szybko dogadaliśmy się, że obydwoje uwielbiamy stare romanse Wertyńskiego. Grałam na tym fortepianie i śpiewaliśmy razem Żółtego Anioła.

Wyobrażaliśmy sobie, jak zmęczeni po nocnym łamaniu palców nad klawiaturą ku uciesze gości wracamy pijani szampanem z płatkami róż w kieliszkach. Jak uciekają od nas przestraszone dzieci, a my, obolali artyści, topimy talent w odmętach jazzu.

Pora roku była jeszcze nie taka i brakowało nam jedynie anioła, który skacząc z dogasającej choinki, doceniłby naszą wielkość i marność jednocześnie.

– Moja babka kochała się w Wertyńskim. Bywała nawet na jego koncertach, kiedy przyjechał do Polski, uciekając przed rewolucją – powiedział mi kiedyś Maciek.

Śmiałam się.

– Wszystkie nasze babki w nim się kochały.

Wyśpiewywaliśmy wszystko po rosyjsku.

– Masz doskonały akcent – pochwalił mnie kiedyś.

– Moja babcia urodziła się w Rostowie nad Donem, jestem półkrwi Rosjanką – przyznałam się.

A później prosił mnie, żebym zaśpiewała mu przedwojenny żydowski szlagier, Rebekę.

To był taki nasz zaklęty czas.

I ani ja, ani on nie chcieliśmy, żeby się skończył.

Wreszcie doszłam już do takiego momentu, kiedy całkiem nieźle radziłam sobie z tą swoją rolą kochanki Maćka, ale udawaliśmy, że nadal potrzebuję prób. I spotykaliśmy się nawet wtedy, kiedy zaczęliśmy już grać przed publicznością.

Rozmawialiśmy o książkach, które i ja, i on czytaliśmy namiętnie, i okazało się, że obydwoje lubimy to samo.

Maciek się we mnie zakochiwał, to było jasne.

Mieszkał wtedy z naszą inspicjentką, z którą próbował sklecić coś na podobieństwo domu.

W pobliskim dużym mieście miał żonę i dwójkę dzieci. Czekał na sprawę rozwodową i nie ukrywał, że bardzo to przeżywa.

Na scenie musieliśmy się przytulać i Maciek miał mnie całować w ostatnim akcie. Na początku markowaliśmy te nasze pocałunki, jak to zwykle bywa w teatrze, ale kiedyś objął mnie mocno i zaczął całować naprawdę. Zaskoczył mnie. Patrzyła na nas widownia i nie mogłam w żaden sposób zareagować. Myślałam jedynie o tym, czy zdąży mnie wypuścić z objęć w odpowiednim momencie i czy da mi powiedzieć moją kwestię.

W końcu mnie puścił i wszystko dalej potoczyło się według scenariusza, ale ja nie umiałam zapomnieć jego ust i zachłanności, z jaką mnie całował. Później mnie przepraszał, stał pod moją garderobą z taką smutną miną, że aż zrobiło mi się go żal.

Poszliśmy na długi spacer do parku. Maciek mnie przekonywał, że będzie lepiej, jeżeli na następnym przedstawieniu też pocałuje mnie naprawdę, że to niby lepiej będzie wyglądało, że warto poświęcić się dla sztuki i już nie pamiętam, co jeszcze wtedy wymyślił. Gadał trochę od rzeczy, a ja marzyłam jedynie o tym, by mnie pocałował, tak jak całował mnie przed widownią. Ale nie na scenie, tylko teraz, w tym parku, gdzie urzekała nas jesień, gdzie rdzawe liście przyklejały się do naszych butów i gdzie zza chmur zerkało na nas jeszcze słońce, które za chwilę miała wygonić nieprzebłagana, lodowata zima.

Ale nie miałam odwagi mu tego powiedzieć, czekałam na nasz następny spektakl i na jakąś inicjatywę z jego strony.

W końcu kiedyś mnie zapytał:

– Wiesz, dlaczego tak fantastycznie nam się razem gra?

Nie wiedziałam, a może wtedy jeszcze nie chciałam wiedzieć, nie pamiętam.

Bawił się moimi włosami i śmiało głaskał mnie po policzku. Chciałam przytulić tę jego dłoń, błądzącą wokół moich ust, przycisnąć ją mocno i pocałować, ale zamiast tego stałam przed nim sztywna i słuchałam.

– Bo kiedy cię całuję – mówił – to całuję cię naprawdę i kiedy mówię ci na scenie, że cię kocham, niczego nie wymyślam i nie ubrałbym lepiej w słowa wszystkiego tego, co do ciebie czuję.

Roześmiałam się wtedy i zamknęłam w swojej garderobie, choć Maciek dawno już przestał być mi obojętny.

Ale pomyślałam, że ten wrażliwy aktor za bardzo wczuł się w swoją postać i że kiedy skończą się te nasze przedstawienia, zapomni o wszystkim.

Kiedyś po spektaklu, gdy zmywałam makijaż i odklejałam sztuczne rzęsy, pochyliła się nade mną nasza suflerka i wysyczała mi prosto do ucha:

– Odwal się od Maćka – warknęła złowieszczo. – On jest z Hanką, a do tego ma jeszcze żonę. Nie rozumiesz, że wszystko mu psujesz?

Kawałek zastygłego kleju dostał mi się pod powiekę; szczypało i byłam bardziej zainteresowana tym, co będzie dalej z moim okiem, niż tym, co powiedziała suflerka. W końcu zawołałam o pomoc, nasza charakteryzatorka pomogła mi zdjąć rzęsy, przepłukała mi oko nad umywalką, a suflerka zniknęła, zawiedziona, że nie udało jej się mnie sprowokować.

Wtedy zrozumiałam, że bycie z Maćkiem tak blisko, jak ja z nim byłam, stanowiło pewnego rodzaju awans w tym zespole. Kochała się w nim platonicznie niemal cała żeńska część teatru i tych kilku panów, którzy również kochali panów, ale i tak wszyscy musieli pozostać z nieziszczonymi marzeniami.

Maciek był tylko mój.

Bardzo wyraźnie widziałam, że Hanka jest mocno zaniepokojona naszą relacją, ale nigdy nie powiedziała mi tego otwarcie. Na początku próbowała się ze mną zaprzyjaźnić i nawet kilka razy zaprosiła mnie na obiad do domu, w którym jeszcze mieszkała z Maćkiem. Później jednak skapitulowała i jedynie patrzyła na mnie wrogo, kiedy widziała nas razem.

Nie wiem, co czuła, kiedy patrzyła na nas na scenie w miłosnym uścisku, ale podejrzewam, że szczerze nienawidziła tej sztuki. Myślę, że obserwując nas zza kulis, doskonale wiedziała, że nie udajemy pocałunków.

Później, kiedy już Maciek u mnie zamieszkał, traktowała mnie trochę jak zwyciężczynię i w jakiś taki masochistyczny sposób podziwiała mnie.

Byłam smarkulą i nie zdawałam sobie sprawy z tego, że właśnie grzebię jej marzenia o ciepłym domu z Maćkiem.

Prawdopodobnie, gdyby spróbowała ze mną o tym porozmawiać, opamiętałabym się, ale ona nigdy nie powiedziała nawet słowa na ten temat. A Maciek kiedyś przyznał, że jemu też nic nie mówiła. Jedynie chodziła smutna i paliła papierosa za papierosem.

W teatrze w G. spotkałam wiele fascynujących postaci. Byli to przeważnie doskonali, ale z jakichś powodów zagubieni aktorzy, zaszyci na tej prowincji na zawsze.

Jedną z takich osób była Danka Zabulewicz. Nie wiem, ile mogła mieć lat, byłam wtedy za młoda, żeby umieć oceniać wiek, ale pewnie dobiegała pięćdziesiątki.

W młodości musiała być bardzo ładna, widać było jeszcze ślady jej urody. Ubierała się nadal jak nastolatka, w obcisłe bluzki, choć zawsze miała źle dobrane staniki i wisiał jej biust. Chodziła w obcisłych spodniach, z których wylewał się jej tłusty brzuch. Miała długie i bardzo zniszczone włosy, które farbowała kiepskimi farbami na rudo.

Kiedy rano wchodziła do teatru, straszliwie klęła, nienawidziła wszystkich i lepiej było jej wtedy zejść z drogi. Później przynosiła kawę z bufetu, siadała przed lustrem toaletki i wyciągała z torebki kosmetyczkę pełną wszystkich możliwych leków na uspokojenie. Łykała całą garść, mijał jakiś czas i robiła się dla wszystkich niezwykle słodka.

Nazywała mnie wtedy „najdroższą Michasią”.

Była wyśmienitą aktorką, później spotkałam niewiele tak dobrych aktorek jak ona i nie rozumiem, dlaczego w swoim czasie nie zrobiła kariery, dlaczego nigdzie nie wyjechała i ugrzęzła na zawsze w G.

W jednej ze sztuk grała moją babcię, odpowiednio ucharakteryzowana i postarzona, w siwej peruce. Nie mogłam się pozbyć poczucia winy, kiedy na mnie patrzyła w scenie, w której musiałam zrobić jej awanturę, i czasem łapałam się na tym, że zaciera mi się granica między fikcyjną kreacją a rzeczywistością.

Ale poza sceną nie było z nią kontaktu, bo albo była wściekła, albo zaćpana lekami.

Mówiło się, że odleciała tak, kiedy się okazało, iż nie może mieć dzieci, ale jaka była prawda, nikt tego nie wiedział.

Podziwiałam ją, że tak genialnie gra pomimo tych wszystkich proszków, które łykała, a może właśnie dzięki nim.

Kto to wie?

Jej mąż, Józek Zabulewicz, był znanym w mieście protetykiem, a przy okazji również alkoholikiem. Miał ogromną słabość do ludzi z naszego teatru, a że dobrze mu się powodziło, to stawiał wszystkim wódkę. Przy okazji wstawiał aktorom brakujące zęby prawie za darmo. I wszyscy bratali się z nim z czystego wyrachowania.

Często siadał za kulisami, tuż przy wejściu na scenę, kompletnie pijany, i mówił:

– Co się stało z tą moją Danką, co się stało… Przecież była taka śliczna…

Tajemnicą poliszynela był fakt, że wstawiał zęby naszemu dyrektorowi, który miał wcześniej duże ubytki.

Pewnego dnia cały nasz zespół miał spotkanie w bufecie z władzami miasta. Już nie pamiętam, co omawialiśmy, czy występ na czyjąś cześć, czy jakąś państwową rocznicę, którą musieliśmy uczcić na scenie, bo takie były wtedy czasy.

Wszyscy siedzieli sztywno, były obecne najwyższe szychy PZPR-u w mieście i każdy chciał wypaść jak najlepiej, a przynajmniej – niczym nie podpaść. Najbardziej starał się nasz dyrektor.

To była prowincja PRL-u. Wystarczył jeden ruch partyjnego sekretarza, by któraś z naszych sztuk zniknęła z afisza, na naszych próbach siadywali cenzorzy i ciąg­le byliśmy obciążeni graniem dla władz, od czego każdy chciał się zawsze dyskretnie wymigać, choć było to trudne.

Siedzieliśmy wtedy na tym spotkaniu, jakby nam ktoś powbijał kołki w kręgosłupy, i nagle w progu naszego bufetu stanął Józek Zabulewicz.

Nie dość, że kompletnie pijany o dwunastej w południe, to jeszcze prywaciarz, a na takich wtedy nasze władze patrzyły podejrzliwie.

Każdy z nas był winien Józkowi co najmniej po jednym zębie, a przynajmniej wódkę lejącą się strumieniami. Nie mówiąc już o naszym dyrektorze, który był mu chyba winien cały garnitur uzębienia.

Każdy w bufecie odwrócił się od progu, byleby tylko go Józek nie zaczepił, i wszyscy udawali zgodnie, że w zasadzie to prawie go nie znają.

Józek popatrzył na to całe nasze towarzystwo i nagle posmutniał.

W pewnym momencie wyciągnął przed siebie dłoń, złożył ją w kaczy dziób i zaczął nią poruszać, jak kaczka, która chce coś powiedzieć. I zawołał głośno, tak że słyszał go cały bufet, a wszyscy oczywiście wiedzieli, o co chodzi:

– Dyrektorku, kłapu, kłapu…

Nie było wyjścia, dyrektor musiał go zaprosić do stołu, przy którym siedział z władzami miasta. Na szczęście władze też nie były jakoś specjalnie trzeźwe i natychmiast umówiły się z Józkiem na półdarmowe wstawianie zębów, więc wszystko rozeszło się po kościach.

Niezwykłą postacią w naszym teatrze był dyrektor muzyczny, wtedy jeszcze dość młody; miał trzydzieści, może trzydzieści kilka lat.

Choć nikt nie mówił o tym głośno, wszyscy doskonale wiedzieli, że nie skończył nawet szkoły średniej, i do dzisiaj nie wiem, jakim cudem piastował to stanowisko. Ale cóż, nikt nie chciał pracować w tym teatrze, więc teatr podpierał się, kim mógł i jak mógł.

Nasz bohater nazywał się Bodzio Barszczyk, miał ciemne włosy, ciemny zarost, żonę aktorkę po egzaminie eksternistycznym i mieszkał ze mną drzwi w drzwi, w jednym korytarzu.

Miał dużego fiata 125p. Czerwonego.

I choć jego droga od domu do teatru piechotą trwała dosłownie trzy minuty, manewrował co rano tym swoim fiatem po naszym podwórku, przeciskał się przez wąską bramę tylko po to, żeby przejechać dwieście metrów ulicą i zaparkować samochód równiutko przed teatralnym wejściem.

Za tylną szybą samochodu miał zawsze rozrzucone anglojęzyczne kolorowe czasopisma i choć nie znał angielskiego, chciał sprawiać wrażenie, że chwilę wcześniej je czytał.

Zawsze wchodził do teatralnego bufetu takim krokiem, jakby miał go właśnie witać tłum stęsknionych wielbicieli bijących mu brawo.

Zdejmował swój kożuszek, atrybut zamożności tamtych czasów, wieszał go na kołku w bufetowej wnęce, ze skóropodobnej saszetki wyjmował grzebień, przeczesywał lekko tłuste włosy i uśmiechał się do wszystkich promiennie.

Niewątpliwie znał nuty, dobrze grał na pianinie i prawdopodobnie chodził wcześniej do jakiejś szkoły muzycznej.

A to, że brakowało mu świadectwa dojrzałości, cóż…

Zdarzały się tam nawet adeptki bez matury, bo w wirze artystycznych uniesień czasami przytrafiało się komuś nie dokończyć o czasie ogólnie wymaganej edukacji.

Nasz dyrektor nie przywiązywał wagi do takich drobiazgów i cieszył się, że ten nasz teatr w ogóle hula.

Bodzio komponował swoją muzykę i chyba miał talent, bo fajnie się słuchało tej Bodziowej muzyki. Jeszcze zanim przyjechałam do G., jego poetycki spektakl muzyczny, do którego skomponował wszystko, od a do zet, zdobył pierwszą nagrodę na najważniejszym festiwalu w naszym kraju.

Pamiętam, że w środku nocy słuchałam relacji z tego festiwalu na małym radiu, które trzymałam przy poduszce, i nawet mi nie przyszło do głowy, że kiedyś będę pracowała właśnie z Bodziem. Wtedy nie wiedziałam, że w G. jest w ogóle jakiś teatr.

Ale pamiętam, że muzyka Bodzia zrobiła na mnie niezwykłe wrażenie. I dziewczyny, które wtedy tę muzykę wyśpiewywały. Bodzio doskonale dobrał ich głosy i wiedział, jak każdą wyreżyserować.

Ale czasami spektakl Bodzia przerastał i wtedy Bodzio robił plagiaty. Był sprytny i doskonale wiedział, jak to zrobić, żeby się nikt o nic do niego nie przyczepił.

Kiedyś zaczęliśmy próby bajki dla dzieci, do której Bodzio miał pisać muzykę. Dużo tego było, wszystkie scenki były krótkie, a każda kończyła się piosenką. Biedny Bodzio nie poradził sobie z tym nadmiarem muzyki i przerabiał popularne szlagiery.

Słuchaliśmy go, uczyliśmy się tych jego piosenek i ogłosiliśmy konkurs. Ten, kto odgadnie najwięcej utworów, z których Bodzio robił plagiaty, miał do końca miesiąca nie płacić za kawę w bufecie, bo na jego kawę mieli się zrzucać przegrani.

Wygrałam ten konkurs, ale nie dlatego że miałam jakieś niezwykłe zdolności. Wygrałam, bo nie sposób było nie rozszyfrować tych wszystkich piosenek, które puszczano w radiu i w których Bodzio pracowicie poprzestawiał nutki.

Kiedy tylko na początku września pojawiłam się w teatrze, pan dyrektor muzyczny tego przedsięwzięcia zabrał mnie do sali w foyer, gdzie później recytowałam Maćkowi wiersze i gdzie był fortepian, i koniecznie chciał ćwiczyć mój głos, choć nie było takiej potrzeby. Ale on się upierał, że jeszcze coś poprawimy, i pod pretekstem nauki oddychania ściskał mnie w talii i pytał, czy to jest możliwe, żeby mieć prawie taki sam obwód szyi jak talii. Byłam wtedy chuda jak zapałka i bawiły mnie te pytania.

Kiedyś zabrał mnie tym swoim fiatem do największej restauracji w miasteczku. Była przestronna i bardzo droga i choć nie oferowała zbyt wiele, podawano w niej colę, taką samą jak w pewexie, w puszkach. Kupił mi tę colę, bo na więcej go nie było stać, i zapytał mnie poważnie:

– Ale dlaczego pani mnie nie chce? Przecież jestem dyrektorem muzycznym teatru i mam samochód.

Nie lubiłam go i nie podobał mi się, nie przepadałam za śniadolicymi brunetami. Dałam mu to wyraźnie do zrozumienia i przestał się mną interesować, przynajmniej pozornie, bo cały czas śledził mój romans z Maćkiem i wiernie kibicował mi za kulisami.

Kiedyś pan Bodzio, przy okazji próby do bajki, zapytał nas tajemniczo:

– Czy wiecie państwo, że Boy-Żeleński był lekarzem?

Wtedy skojarzyłam, że Bodzio właśnie przerabia trzecią klasę liceum, bo tam są takie informacje.

Niezwykłą postacią była też dla mnie Edyta Milczyk, i nie rozumiałam, jakim cudem znalazła się w teatrze.

To była młoda dziewczyna, ale straszliwie zapasiona i niezdolna. Nie obsadzano jej w żadnej roli, poza pszczółką w bajce.

I kiedy tylko przyjeżdżaliśmy autokarem naszego teatru do miasteczka, w którym mieliśmy grać, a dużo czasu spędzaliśmy w objazdach, Edyta natychmiast pędziła, żeby znaleźć sklep, gdzie można by wykupić kartki na mięso i w ogóle zdobyć coś, co akurat „rzucili”.

Dziś ją rozumiem. Miała troje dzieci i męża aktora, który był tak samo nieatrakcyjny na scenie jak i ona, więc prawie nie grali, mieli tylko same gaże, a z czegoś musieli wyżywić trójkę potomstwa w tamtych ciężkich czasach.

W Polsce był wtedy stan wojenny i żyło się naprawdę trudno.

Edyta zwykle wpadała do garderoby na dwie minuty przed rozpoczęciem bajki, rzucała na swoją toaletkę siatki z krwistym mięsem i kazała wszystkim podziwiać, jakie udało się jej zrobić doskonałe zakupy.

Tuż przed końcem bajki też się wymykała chyłkiem, nie wychodziła razem z nami do ukłonów i dalej biegała po sklepach, aż wybiła godzina odjazdu naszego autokaru. Nikt jej nie miał tego za złe, wszyscy ją rozumieli, tylko nie ja.

Był z nami też pan Zdzisio, nałogowy alkoholik ze zdeklarowanymi skłonnościami do mężczyzn. Doskonały aktor, po mojej szkole, był na jednym roku ze sławami, od których uczyłam się aktorstwa.

Jeśli tylko był trzeźwy, grał tak, że wszystkich przechodziły ciarki, a nawet kiedy nie był za bardzo pijany, też potrafił z siebie wiele wykrzesać. Ale nikt nie zatrudniał go do poważnych ról; przez cały sezon zagrał jedynie nic nieznaczący epizod w naszej bajce.

Na szczęście dla pana Zdzisia i kilku jemu podobnych każdy z nas miał w teatrze zapewniony etat, comiesięczną gażę i służbowe mieszkanie.

Komuniści kochali artystów – na swój sposób.

Do pana Zdzisia przychodzili miejscowi pijaczkowie, którzy tak jak on lubili mężczyzn. Czasami gubili się i pukali do moich drzwi.

Zawsze im otwierałam i kierowałam pod właściwy adres.

Ale kiedyś siedziałam w domu sama, paląc trawę i myśląc o Allanie. A trawa bardzo wyostrza zmysły. I zapukał do mnie straszliwy typ z koszmarnymi bliznami na twarzy. Wyglądał jak zawodowy morderca.

Ja jak zwykle otworzyłam drzwi i kiedy zobaczyłam jego twarz, przeraziłam się.

Typ stanął jedną nogą w moim mieszkaniu, a drugą na korytarzu. Nie wiedząc, co robić, przygniotłam typa drzwiami i gdybym miała więcej siły, prawdopodobnie przecięłabym go na pół. Zaczął się szamotać, taki przyduszony w progu, a ja dociskałam drzwi ze wszystkich sił. Wyjąkał jedynie:

– Pani kochana…

A ja zawzięcie napierałam. W końcu jakoś wyzwolił się z tego mojego uścisku drzwiami i uciekł, gdzie pieprz rośnie, i chyba już więcej nie pokazał się u pana Zdzisia.

Tak, było tam wiele niezwykłych postaci, widziałam w nich upadłe anioły.

Oni wszyscy byli kiedyś piękni, młodzi, niezwykle zdolni i nauczyli mnie wiele, ale nikt z nich nie miał w sobie tyle sił, by wyjechać z G., z jednego z najgorszych teatrów w Polsce, i zacząć życie na nowo gdzieś daleko, w lepszym świecie.

Główne role w G. grali adepci nieposiadający wiedzy o tym, czym rządzi się scena. Ich jedyną siłą były miłość do teatru i instynkt.

A dlaczego tkwił tam Maciek?

Nie wiem, może dobijał go trwający właśnie rozwód i trzymała go Hanka, która miała w G. własne mieszkanie, a może nie wierzył w swój talent i w to, że czeka go coś lepszego poza krzywymi domami miasteczka, a może zwyczajnie skapitulował, dopadła go depresja i już o siebie nie walczył, nie wiem, naprawdę nie wiem.

Tamtego dnia teatr był zamknięty, miałam jakąś próbę rano, a po południu byłam umówiona z Maćkiem na te moje miłosne recytacje.

Zdążyłam od porannej próby umalować się na nowo i szłam na to spotkanie jak na randkę z ukochanym.

Recytowałam Maćkowi wszystko, co znałam na pamięć, a było tego dużo. I żadne z nas już nie wierzyło, że on mi pomaga jedynie wejść w próby, prób miałam pod dostatkiem.

Maciek siedział jak zwykle w fotelu, przymykał oczy i czekał, a ja bredziłam mu jakiś tekst rosyjskiego poety, aż nagle mi przerwał.

– Piję i będę pił i nigdy się nie zmienię – powiedział. – W P. mam żonę i dwoje dzieci, właśnie się rozwodzę i będę długo płacił alimenty. Stałaś się w moim życiu kimś, o kim nie śniłem wcześniej. Nie potrafię przestać o tobie myśleć. Jeśli chcesz, dzisiaj wyprowadzę się od Hanki.

Stałam bezradnie naprzeciwko niego z tym przerwanym rosyjskim monologiem na ustach i nagle zaczęło do mnie docierać, że to już nie jest recytacja miłosnych stron uwodzącym głosem, że ten dojrzały, dużo starszy ode mnie mężczyzna proponuje mi coś trwałego i na serio.

Te wszystkie nieudolne podchody Allana, te jego aluzje, delikatne zabiegi o naszą przyszłość, jego ciągłe niezdecydowanie, które szarpało mną tyle miesięcy, to wszystko gdzieś zniknęło, głęboko się schowało.

Siedział przede mną genialny aktor, który właśnie mi ogłaszał, że chce dla mnie zburzyć swoją stabilizację z inspicjentką, doprowadzić swój przegrany rozwód do końca, być ze mną, kochać mnie i co mi tam jeszcze przyniosła do głowy wyobraźnia.

Siadałam obok niego na fotelu, ujmowałam w dłonie jego twarz.

Nie był piękny w klasycznym tego słowa znaczeniu; piękny i oszałamiająco przystojny był Allan. Maciek miał za dużo kilogramów, łysiał, był znacznie ode mnie straszy, dużo pił i puchł po alkoholu, ale nie mogłam sobie wyobrazić w tym momencie kogoś innego na jego miejscu.

Jeszcze tego samego wieczoru zameldował się w progu mojego mieszkanka, wyprowadziwszy się od Hanki bez słowa, o co większość zespołu w teatrze miała do mnie żal do końca sezonu.

Ustawił swoje walizki w pokoju i kochaliśmy się pierwszy raz, wśród jego nierozpakowanych betów, na podłodze, na którą Maciek przytomnie ściągnął kołdrę.

Długo później leżeliśmy wtuleni w siebie z przekonaniem, że dostąpiliśmy któregoś z kolejnych cudów świata, że w końcu spotkała się dwójka popaprańców, która potrafi się dogadać i razem zagrać.

Tak zdradziłam Allana po raz pierwszy.

Jeździliśmy z Maćkiem po okolicznej prowincji, deklamując zaklęcia miłosne i wywołując w widzach wiarę, że życie może się zmienić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Staliśmy się nierozłączni, teatr był gotów zapomnieć o Hance, sprawa rozwodowa posuwała się zgodnie z oczekiwaniem stron, byliśmy parą, w którą nikt nie śmiał wątpić i której nikt nie śmiał się sprzeciwiać.

Byłam z Maćkiem szczęśliwa.

Uwielbiałam jego piękny głos, kiedy nucił mi jakieś fragmenty spektakli do snu, uwielbiałam jego czułość, jego troskę o moją karierę, o przyszłość, o moje młode lata, które jego zdaniem fatalnie zaczęły się dla mnie na prowincji.

I pewnie żylibyśmy długo i szczęśliwie, gdyby nie moja pamięć o Allanie.

Tamtego dnia Maciek był na tournée z teatrem, a mnie czekały aż trzy wolne dni. Posprzątałam, wytarłam kurze w naszym mieszkanku teatralnym. Nawet zmieniłam pościel, powiesiłam pranie i zorientowałam się, że za chwilę z pobliskiego dworca odchodzi pociąg do Warszawy.

Moja ostatnia szansa na spotkanie z Allanem.

Ile sił w nogach, popędziłam do teatru, żeby zadzwonić. Miałam szczęście, Allan był w domu i zapowiedział, że będzie czekał na mnie w nocy na dworcu.

W posprzątanym mieszkaniu zostawiłam Maćkowi kartkę: „Mama źle się czuje, jadę do domu, odezwę się, buziaczki”.

Troskliwy Maciek, jeszcze w nocy, kiedy tylko wrócił niczego nieświadomy, zadzwonił do mojej matki. Ta obudzona ze snu odpowiedziała mu zgodnie z prawdą, że ma się jak najlepiej, a mnie nie widziała od września, czyli od dnia mojego wyjazdu, a była już połowa grudnia, nadchodziły święta.

Tymczasem na dworcu czekał na mnie Allan.

Przywitał mnie wyjątkowo czule, natychmiast zapomniałam o Maćku i teatrze. Byłam ze swoim ukochanym i tylko to się liczyło.

Allan miał doskonały humor. Wkrótce miała ukazać się jego najnowsza powieść, której nigdy nie dał mi przeczytać, i dostał propozycję napisania scenariusza filmowego na podstawie swojego opowiadania. Niekiedy mówił, że główną bohaterką jego powieści jestem ja, a czasami twierdził, iż opisał jakąś swoją starą znajomą ze szkolnych lat.

Nigdy nie wiedziałam, ile jest prawdy w jego deklaracjach. Ale cieszyłam się z jego sukcesów. Ja też miałam się czym pochwalić, graliśmy z Maćkiem wszystkie główne role w sezonie. Oczywiście nie opowiadałam Allanowi za dużo o Maćku, ale Allan był czujny i kiedy zdążyłam mu przekazać wszystkie nowinki teatralne, zapytał:

– A ten… Maciek, tak? Ile ma lat?

– Trzydzieści dziewięć.

– I jest taki zdolny, tak? Będę musiał kiedyś przyjechać i zobaczyć was razem na scenie, ale nie martw się, uprzedzę cię.

– Uprzedzisz? Nie rozumiem?

Roześmiał się.

– Chcę was zobaczyć razem na scenie, nie chcę was zobaczyć przypadkowo w łóżku.

Ja też się roześmiałam. W tej chwili rozmowy o Maćku czy o kimkolwiek innym brzmiały dla mnie jak żart. Byłam z Allanem, przed nami były całe trzy dni, tylko to się liczyło.

Oczywiście lodówka w jego domu była pusta, w szafce kuchennej miał kawałek zeschniętej bułki i trochę ryżu.

Rano, kiedy jeszcze spał, wybrałam się do pobliskiego sklepu. Podałam mu śniadanie do łóżka, trochę grymasił, że za bardzo przysmażyłam jajecznicę, ale mimo wszystko ją zjadł.

W G. to Maciek serwował mi śniadania, budził mnie zawsze przed próbą aromat świeżo zaparzonej kawy, biegał dla mnie po bułki do piekarni i przyrządzał mój ulubiony twarożek.

Allan zjadł i zaczął snuć jakieś plany, chciał koniecznie, żebyśmy poszli wieczorem na spotkanie autorskie jego znajomego, do kina, na spacer po zaśnieżonej Starówce, na obiad do restauracji, którą właśnie odkrył.

Cieszyłam się z każdej jego propozycji, ale tak naprawdę było mi wszystko jedno, czy pójdziemy gdzieś razem, czy spędzimy cały dzień w jego mieszkaniu.

Na półce pod lustrem w jego łazience znalazłam spinkę do włosów.

Tłumaczył mętnie, że byli u niego goście i któraś z kobiet musiała ją tam zostawić. Nie drążyłam tematu, ważne dla mnie było, że teraz jest ze mną.

Potrafiłam mu wybaczyć te wszystkie kobiety, których istnienia się jedynie domyślałam i które nie stanowiły dla mnie zagrożenia.

Allan był fascynującym mężczyzną.

Wysokim, zbudowanym jak młody bóg, z burzą ciężkich jasnych włosów, z zielonymi oczami rozmarzonego dziecka i grymasem na twarzy, który tak intrygował kobiety. Lubiłam obserwować jego dłonie, kiedy opowiadał coś z zaangażowaniem. Smukłe długie palce jakby żyły swoim życiem i układały się w ilustracje do jego opowieści.

Allan uwielbiał opowiadać, przecież był pisarzem. Słuchałam godzinami o jego przygodach w Azji, gdzie z rodzicami spędził dzieciństwo, o jakichś nieprawdopodobnych libacjach, z których podobno wyzwolił się dopiero, kiedy mnie poznał, o narkotykach (twierdził, że spróbował wszystkich), o strasznej babci, która podawała mu piwo w butelce ze smoczkiem, i wuju bandycie, który chodził na jego wywiadówki, zawsze z przygotowaną do użycia siekierą, którą skrywał w połach płaszcza.

O księdzu, który zapraszał młodego Allana na pokazy filmów porno na plebanię, po których chętna gosposia układała się w łóżku razem z nimi dwoma.

O starszej dystyngowanej damie, z którą, jak twierdził, sypiał trochę z rozpędu, jako szesnastolatek, i która zakochała się w nim, a następnie popełniła samobójstwo.

Obiecywał mi nawet, że zabierze mnie któregoś dnia na jej grób, ale czasem mówił, że ten grób jest w Krakowie, albo znów, że w dalekiej Birmie.

Nigdy nie wiedziałam, kiedy mówi prawdę, ale przyzwyczaiłam się do tego, że jego wybujała wyobraźnia przekracza granice wiarygodności, i uwielbiałam go słuchać. Kochałam jego styl, jego język, słownic­two, nowe szczegóły, którymi ubarwiał stare anegdoty, jego fascynacje i to, jak potrafił zatracić się w opowieści.

Spędziliśmy wiele nocy w jego olbrzymim łóżku, kiedy opowiadał mi często już odgrzewane historie, a ja walczyłam z sennością.

Był też doskonałym słuchaczem, o co bywałam zazdrosna.

Słuchał każdego: szatniarza w knajpie, kierowcy taksówki, żula, który żebrał pod sklepem o parę drobnych na piwo, dozorczyni zawzięcie zamiatającej od rana jego podwórko, lekarza, który go leczył z anginy, przypadkowo poznanego przechodnia, każdego, kto tylko chciał się przed nim otworzyć.

Miał niezwykły dar przyciągania do siebie ludzi, lgnęli do niego jak muchy do miodu i zdawali się uszczęśliwieni, kiedy poświęcał im trochę uwagi.

Nie raz, nie dwa nasz wspólny wypad kończył się, tak że Allan poświęcał nagle całe godziny, by wysłuchać historii życia kogoś, kogo widział po raz pierwszy na oczy.

Przestawałam się wtedy liczyć, zwyczajnie zapominał o mojej obecności, czasami długo stałam na jego podwórku, bo właśnie poznał nowego sąsiada, i czekałam, kiedy ten skończy swój monolog.

Allanowi to nigdy nie przeszkadzało, nigdy mnie za to nie przepraszał. Słuchał, chłonąc każdą opowieść jak gąbka, miał doskonałą pamięć, później znajdowałam te opowieści w jego książkach, czasem przerobione i ubarwione, czasem surowe, dosłowne.

– Każdy ma swoją opowieść – mawiał – i żebrak, i bogacz. I książę, i służący.

Potrafiłam to zrozumieć, przynajmniej tak mi się wydawało.

Wiedziałam, czym dla Allana jest pisanie, i doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie mógłby robić w życiu nic innego.

Był uznanym geniuszem.

Marzyłam, żeby napisał sztukę, w której mogłabym zagrać, ale nigdy nie zdobyłam się na odwagę, aby go do tego zachęcić.

Allan miał dużo szczęścia.

Był rozpuszczonym jedynakiem, któremu rodzice dyplomaci nie żałowali pieniędzy, czasu ani rozrywek i zapewnili najlepsze wykształcenie.

Zanim rozpoczął dorosłe życie, miał praktycznie wszystko, czego ludzie dorabiają się przez lata. Mieszkanie, samochód – niedoścignione marzenia mieszkańców PRL-u, doskonałe kontakty towarzyskie, obycie, znał kilka języków i kilka bardzo ważnych osobistości. Skończył prestiżowe studia za granicą, które i tak nie liczyły się w naszej socjalistycznej rzeczywistości, ale zazdrościłam mu, że nie musi już nic nikomu udowadniać.

Mógł spokojnie poświęcić się pisaniu książek i kobietom, które za nim szalały, dokładnie tak jak ja szalałam za nim.

Nie potrafiłam być o niego zazdrosna, przynajmniej tak mi się wydawało, zgadzałam się na jego niezwykłe powodzenie u ludzi i godziłam się z tym, że czasem muszę się nim z kimś podzielić.

Za bardzo mnie wciągał, fascynował, żebym mogła myśleć, by mieć go na wyłączność. Nasze wspólne wypady do knajp kończyły się przeważnie, tak że biesiadnicy zestawiali stoły, Allan miał gest, stawiał wszystkim kolejkę i już po chwili każdy mógł być jego najserdeczniejszym bratem.

Zwykle zajmowałam miejsce gdzieś na końcu sali i jeśli nie musiałam akurat opędzać się od jakiegoś zawianego, natrętnego wielbiciela, ziewałam smętnie i czekałam, kiedy obsługa zacznie nas wypraszać z lokalu i kiedy w końcu będę mogła zostać z nim sam na sam.

Moja matka nie lubiła Allana. Była jedyną osoba, która oparła się jego urokowi.

– Podstarzały lowelas, po trzydziestce, a nie myśli o rodzinie – mówiła o nim. – Tylko nie daj sobie zrobić dziecka, zostawi cię i nigdy ci nie pomoże.

Byłam młoda, nie myślałam o dzieciach.

Bardzo chciałam grać i coraz mocniej chciałam być z Allanem. Doszłam do takiego momentu, kiedy nie wyobrażałam sobie, że w moim życiu mia­łoby go zabraknąć. Czekałam jedynie na jakiś znak od niego, na sygnał, że jestem właśnie tą, z którą chciałby się wspólnie zestarzeć i wspominać szaloną młodość.

Tamtego ranka Allan jeszcze leżał w łóżku; właśnie zjadł śniadanie i roztaczał przede mną wizje tych wszystkich miejsc, które koniecznie musimy odwiedzić, kiedy zadzwonił telefon.

W tamtych czasach nie było komórek, nie można było napisać esemesa czy wyjść z aparatem telefonicznym do łazienki. Telefon stał na stole twardo przykuty krótkim kablem do ściany.

Kiedy zadzwonił tamtego poranka, Allan zerwał się na równe nogi i choć była między nami niepisana umowa, że w jego mieszkaniu ja odbieram telefony, pierwszy chwycił za słuchawkę.

Zorientowałam się, że dzwoni kobieta.

Allan był spięty, niewiele mówił, dużo przytakiwał. Wyglądało to tak, jakby tamta robiła mu jakieś straszne wyrzuty, i choć za nic nie przepraszał, w jego tonie można było wyczuć żal i skruchę.

Zbierałam naczynia po śniadaniu i udawałam, że nic się nie dzieje, choć ten telefon mnie zaniepokoił.

Allan w tym czasie skończył rozmowę i zniknął w łazience. Kiedy z niej wyszedł, był całkowicie ubrany i gotowy do wyjścia.

Cmoknął mnie w policzek, chłodno, miałam wrażenie, że się do tego zmusił.

– Włącz sobie muzykę – zaproponował. – Muszę na chwilę gdzieś pojechać. Poczekasz?

– Ale co się stało? – zapytałam.

Widziałam, że na poczekaniu układa jakąś historyjkę, znałam go trochę.

Wiedziałam, że skłamie.

– Koleżanka ma problem z wydawnictwem, bardzo zdolna dziewczyna, a ten naczelny to idiota, mówiłem ci. Muszę jej jakoś pomóc. Zajmij się czymś, niedługo wrócę.

Cmoknął mnie jeszcze raz obojętnie i usłyszałam, jak zamyka drzwi w przedpokoju.

Nie tak wyobrażałam sobie ten dzień. Posprzątałam po śniadaniu, włączyłam muzykę i zabrałam się za czytanie pierwszej z brzegu książki, która leżała na jego biurku.

Po kilku stronach zorientowałam się, że nie wiem, o czym czytam. Byłam niespokojna, ten tajemniczy telefon z rana sprawił, że straciłam całą radość z bycia z Allanem. Musiało być to coś ważnego, coś ważniejszego ode mnie, od nas, od naszych wspólnych chwil, inaczej by mnie nie zostawił. Owszem, wspominałam już, że dzwoniły do niego panny, przychodziły nawet nocami. Czasem chciałam, żeby się z tego wytłumaczył, choć nigdy na niego nie naciskałam. Rzucał wtedy niedbale:

– Daj spokój, byłem pijany, nic nie pamiętam. To ona sobie coś ubzdurała. Nawet nie wiem, czy do czegoś między nami doszło, nie byłem w stanie.

Pocieszałam się takimi jego odpowiedziami i powoli uczyłam się, że bycie z Allanem to także bycie z jego znajomymi, kochankami, tymi wszystkimi ludźmi, którzy go wciąż otaczali i byli dla niego pełni uwielbienia.

Pisałam już, że paliliśmy z Allanem trawkę. Nie wiem, skąd ją miał, ale w tamtych czasach zdobycie marihuany nie było problemem, nie było zakazów, paragrafów i każdy, kto miał kawałek ziemi, hodował sobie drzewko.

Trawa nigdy nie była traktowana jak narkotyk. Ot, używka. Rozluźniająca, dająca wiele fajnych doznań, dużo zdrowsza od wódki i papierosów.

Nigdy wcześniej jej nie paliłam, to Allan mnie tego nauczył, a potem tylko dziwiłam się, jak bardzo jest popularna wśród Polaków.

Na biurku Allana stała specjalna puszka po amerykańskich cukierkach, zawsze pełna trawy. Nabiłam fajkę, zaciągnęłam się dymem i już po chwili zniknęła moja nerwowość, ten poranny telefon przestał mi się wydawać taki straszny, wiedziałam, że Allan wróci lada chwila i znów będziemy tylko dla siebie.

Odebrałam kilka telefonów, dzwonił ktoś z wydawnic­twa, zdziwiony, kiedy powiedziałam, że Allan właśnie do nich pojechał, dzwonił jego stary kumpel – alkoholik, który pytał, czy mogę mu pożyczyć parę złotych, dzwoniła jego matka, zaniepokojona, że się do niej nie odzywa, aż w końcu odebrałam głuchy telefon.

Wyraźnie czułam, że po drugiej stronie kabla ktoś jest; ktoś, kto słucha mojego zaniepokojonego „halo?” i nie chce się odezwać, słysząc mój głos.

To mogła być tylko kobieta.

Zegar na ścianie wskazywał czternastą, wydawało mi się, że od wyjścia Allana minęły całe wieki.

Głuchy telefon zadzwonił jeszcze trzy razy i potem zamilkł.

Próbowałam sobie znaleźć jakieś zajęcie, ale nie potrafiłam się na niczym skupić.

Czekałam.

Rano, kiedy robiłam zakupy na śniadanie, kupiłam też kilka kawałków mięsa na kartki. Od biedy można było przygotować coś na obiad. Kuchnia nigdy nie była moją mocną stroną, ale miałam kilka wypróbowanych potraw. Dużo warzyw, przypraw, trochę mięsa, zawsze coś mi się udawało upichcić.

Wyobrażałam sobie, jak Allan wraca głodny i zły, że jakaś sprawa zajęła mu tyle czasu. Jak siadamy razem przy stole, on je i w końcu mówi mi prawdę.

Znikną moje czarne chmury i będzie tak samo romantycznie jak wczoraj, kiedy czekał na mnie na dworcu.

Trochę czasu zajęło mi oskrobanie warzyw, pokrojenie mięsa, podsmażanie, duszenie.

Nakryłam do stołu, wyciągnęłam najładniejsze serwetki, których nigdy nie używał, a które kiedyś dostał od matki, podlałam kwiatki na parapecie, bo miały wyjątkowo sucho.

Wskazówki zegara bezlitośnie stały w miejscu, czas nie upływał, a Allana nie było.

Zaczęło robić się ciemno i nieprzyjemnie. Był grudzień, szybko zapadał zmrok. Włączyłam telewizor, migał przede mną jakiś film, na którym nie mogłam się skupić.

I wtedy znów zadzwoniła jego matka. Była zdziwiona, że siedzę cały czas sama, a jego jeszcze nie ma.

Później znów odebrałam głuchy telefon, ale warknęłam wściekła do słuchawki:

– Spadaj, zdziro!

I zaczęłam martwić się na dobre.

Znalazłam jego notes i obdzwoniłam wszystkich, których znałam. Nikt nic nie wiedział o Allanie.

W końcu zadzwoniłam do Jagody. Była trochę zawiedziona, że planuję być w Warszawie trzy dni i się z nią nie spotkam. Udobruchałam ją obietnicą, że postaramy się wpaść do niej z Allanem następnego dnia.

Chwilę pogadałyśmy i w końcu ona zebrała się na odwagę.

– Mówi się – zaczęła – że Allan spotyka się z jakąś młodą obiecującą pisarką.

Próbowałam to zlekceważyć.

– A czego to o nim się nie mówi? – zapytałam.

– Ty wiesz lepiej, jesteś z nim. Ale nie wydaje ci się to dziwne, że zniknął na cały dzień?

Tak, to wydawało mi się dziwne, nigdy jeszcze tak się nie zachował w stosunku do mnie.

Ale przecież gdyby ukrywał przede mną jakiś romans, czy dałby się tak marnie przyłapać, zostawiając mnie samą na tyle godzin? Był na to zbyt inteligentny. Jakoś do tej pory radził sobie z wielbicielkami, więc teraz też by jakoś dał radę.

Odniosłam jednak wrażenie, że Jagoda wie coś więcej, ale nic mi się z niej nie udało wyciągnąć.

Przestraszyłam się, kiedy zegar wybił północ.

Przez cały dzień czekałam w ogromnym napięciu, cały czas wydawało mi się, że słyszę znajomy odgłos klucza w zamku, kroki pod drzwiami, szuranie butów na dywaniku w przedpokoju.

I kiedy zobaczyłam na zegarze tę godzinę, doszłam do wniosku, że coś mu się musiało stać.

Była zima, ulice oblodzone. Wtedy jeszcze po Warszawie nie jeździło tyle samochodów co dzisiaj, ale wypadki zdarzały się zawsze.

Wzięłam z regału książkę telefoniczną i otworzyłam na stronie szpitali. Zatelefonowałam do wszystkich, zajęło mi to ze dwie godziny. A to ktoś nie odbierał, a to nie mógł podać informacji, bo nie był uprawniony.

Później zadzwoniłam na ówczesną milicję, zaczęłam wydzwaniać do wszystkich komisariatów w Warszawie.

Nikt o Allanie nic nie wiedział.

O drugiej w nocy zadzwonił telefon. Poderwałam się pewna, że to on, że zaraz mi wszystko wytłumaczy.

Pijany facet prosił do telefonu Beatę, a kiedy usiłowałam mu powiedzieć, że to pomyłka, rozpłakał się i prosił, żeby nie zostawiała go dla tego łajdaka.

Odłożyłam słuchawkę.

Położyłam się w ubraniu na nieposłanym łóżku; zegar wybijał trzecią, czwartą, w końcu zasnęłam.

Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, było już widno. Rozespana, nie wiedziałam na początku, gdzie jestem, co się stało, ale szybko zobaczyłam puste miejsce Allana w łóżku i przypomniałam sobie wczorajszy dzień.

Dzwonek w przedpokoju nie przestawał dźwięczeć, poszłam otworzyć, nawet nie spojrzałam przez wizjer.

W progu stała dziewczyna.

Śliczna dziewczyna.

Mogła być w wieku Allana.

Byłyśmy w podobnym typie, długowłose, szczupłe blondynki, aczkolwiek jej haftowany kożuszek nie dopinał się na dużym ciążowym brzuchu.

Nie wiem, który to był miesiąc, trudno mi było wtedy określić, ale była to wyraźnie zaawansowana ciąża.

– Mogę? – zapytała, bezceremonialnie wchodząc do przedpokoju.

Byłam tak zaskoczona, że zrobiłam jej miejsce i zamknęłam za nią drzwi. Zachowywała się tak, jakby była tu częstym gościem.

Nie wydawała się zdziwiona moją obecnością.

Wolno zdjęła kożuch i powiesiła go w przedpokoju. Poczułam, że pachnie dokładnie tymi samymi perfumami co ja.

Weszła do pokoju i usiadła przy stole, który wciąż był nakryty do mojego nieszczęsnego obiadu, którego nie zjedliśmy.

Powiesiła torebkę na oparciu krzesła i wzięła ze stołu butelkę wody mineralnej, odkręciła i zaczęła pić. Nawet nie zadała sobie trudu, żeby nalać wody do szklanki, zupełnie jak Allan. Kiedy skończyła, zakręciła butelkę i się uśmiechnęła.

Patrzyłam na to wszystko jak zahipnotyzowana, nie rozumiałam, co się naprawdę dzieje, gdzieś, kawałkiem siebie, byłam nadal we śnie, z którego wyrwała mnie natarczywym dzwonkiem.

Zegar pokazywał ósmą rano.

– No to w końcu się spotkałyśmy – stwierdziła.