Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 492 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oko Boga - James Rollins

Na orbicie okołoziemskiej pojawia się nowa kometa. Wysłany w jej kierunku satelita badawczy, zwany Okiem Boga, przesyła na ziemię zatrważający obraz: całe Wschodnie Wybrzeże USA jest zniszczone. Astrofizyk Jada Shaw uważa, że kometa spowodowała zakrzywienie czasoprzestrzeni wokół kuli ziemskiej, a Oko Boga zarejestrowało projekcję czekającej Ziemię katastrofy. Ma ona nastąpić już za 4 dni. Czy w ocaleniu przed zagładą może pomóc niezwykłe znalezisko archeologiczne: czaszka i oprawiona w ludzką skórę i tajemnicza księga?

Opinie o ebooku Oko Boga - James Rollins

Cytaty z ebooka Oko Boga - James Rollins

Co jest prawdziwe? Jeśli chodzi o  przeszłość, odpowiedź nie jest łatwa. Winston Churchill stwierdził kiedyś, że „historię piszą zwycięzcy”, więc jeśli miał rację, któremu historycznemu dokumentowi można wierzyć bez zastrzeżeń?

Fragment ebooka Oko Boga - James Rollins

O książce

KONIEC ŚWIATA NASTĄPI ZA CZTERY DNI…

Tajemnicza przesyłka

Watykański naukowiec otrzymuje od zaginionego przyjaciela przesyłkę – czaszkę i księgę. Badania DNA wykazują, że pochodząca z XIII wieku czaszka należała do Czyngis-chana, a księgę oprawiono w jego skórę. To jeszcze nie koniec rewelacji. Napis na czaszce przepowiada datę apokalipsy. Bardzo bliską.

Zatrważająca wizja

Tymczasem na orbicie ziemskiej pojawia się kometa. Amerykański satelita, zwany Okiem Boga, po zetknięciu z koroną jej ogona – tuż przed tym, jak spada na Ziemię – przesyła mrożący krew w żyłach obraz: całe Wschodnie Wybrzeże jest totalnie zniszczone. Prawdopodobnie kometa zaburzyła zakrzywienie czasoprzestrzeni i Oko Boga zarejestrowało projekcję czekającej Ziemię katastrofy, która ma nastąpić wkrótce.

Brawurowa misja

Jedyną nadzieją na uratowanie świata wydaje się odnalezienie rozbitego satelity i grobowca Czyngis-chana. A kto mógłby wykonać to zadanie lepiej niż doborowa ekipa Sigmy, agencji rządowej, która już niejednokrotnie ratowała ludzkość przed globalnymi zagrożeniami? Komandor Gray Pierce i jego ludzie, wraz z młodą astrofizyk, watykańskim naukowcem i włoską policjantką, wykonując swoją misję – w Makau, Korei, nad Jeziorem Aralskim, w Mongolii i wreszcie nad Bajkałem – walczą z czasem…

I z nieznanym przeciwnikiem…

JAMES ROLLINS

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Podziemny labirynt. Kolejne (Mapa Trzech Mędrców, Czarny zakon, Wirus Judasza, Klucz zagłady, Ołtarz Edenu, Kolonia Diabła, Linia krwi), których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata – dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy.

www.jamesrollins.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKABURZA PIASKOWAAMAZONIAOŁTARZ EDENUEKSPEDYCJAPODZIEMNY LABIRYNTSigmaMAPA TRZECH MĘDRCÓWCZARNY ZAKONWIRUS JUDASZAKLUCZ ZAGŁADYOSTATNIA WYROCZNIAKOLONIA DIABŁALINIA KRWIOKO BOGAJames Rollins, Rebecca CantrellEWANGELIA KRWI

Tytuł oryginału:THE EYE OF GOD

Copyright © James Czajkowski 2013All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Paweł Wieczorek 2015

Redakcja: Monika Strzelczyk

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-200-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Dla TatyKtóry dał nam skrzydła… i niebo całe, by wzlecieć wysoko

(…) różnica między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością jest tylko uparcie obecną iluzją.

ALBERT EINSTEIN

Podziękowania

Pełna lista działań wymienionych niżej osób, które pomogły przy tworzeniu tej książki, zajęłaby wiele stron. Każda z nich zasługuje na pochwalne fanfary – jeśli nie na tusz całej sekcji instrumentów dętych. Przejdźmy do konkretów. Na początek muszę podziękować pierwszym czytelnikom i redaktorom oraz kilku najlepszym przyjaciołom: Sally Barnes, Chrisowi Crowe’owi, Lee Garrettowi, Jane O’Rivie, Denny’emu Graysonowi, Leonardowi Little’owi, Scottowi Smithowi, Judy Prey, Willowi Murrayowi, Caroline Williams, Johnowi Keese’owi, Christianowi Rileyowi i Amy Rogers. I jak zawsze: specjalne podziękowania dla Steve’a Preya za piękne mapy (teraz i w przeszłości) oraz dla Cherei McCarter za wszystkie smakowite kąski, które pojawiają się w mojej skrzynce e-mailowej! Dziękuję Carolyn McCray, która zarówno inspiruje, jak i wymaga, gdy chodzi o szczegóły, oraz Davidowi Sylvianowi za spełnianie wszystkiego, o co się go poprosi, oraz sprawianie, że nieustannie byłem na bieżąco w sprawach komputerowych! Avery’emu i Josie Limom dziękuję za pomoc lingwistyczną. Shawnie Coronado i wszystkim z Państwowego Laboratorium Przyśpieszania Cząstek Elementarnych im. Enrica Fermiego (Fermilab) dziękuję za zorganizowanie mi wycieczki po tym wspaniałym obiekcie, który mnie zainspirował i gdzie mogłem zadać szereg głupich pytań. Dziękuję wszystkim w HarperCollins za osłanianie mnie przed światem: Michaelowi Morrisonowi, Liate Stehlik, Danielle Bartlett, Kaitlyn Kennedy, Joshowi Marwellowi, Lynn Grady, Richardowi Aquanowi, Tomowi Egnerowi, Shawn Nicholls i Anie Marii Allessi. Na koniec, oczywiście, szczególne podziękowania osobom odgrywającym zasadniczą rolę na każdym etapie produkcji: mojej redaktor Lyssie Keusch i jej koleżance Amandzie Bergeron; Laurie McGee za ostre korektorskie oko; moim agentom Russowi Galenowi i Danny’emu Barorowi (oraz jego córce Heather Baror). Jak zawsze muszę podkreślić, że wszelkie błędy w tej książce – których, mam nadzieję, nie ma zbyt wiele – dotyczące faktów lub szczegółów obciążają tylko i wyłącznie mnie.

Komentarz historyczny

Co jest prawdziwe? Jeśli chodzi o przeszłość, odpowiedź nie jest łatwa. Winston Churchill stwierdził kiedyś, że „historię piszą zwycięzcy”, więc jeśli miał rację, któremu historycznemu dokumentowi można wierzyć bez zastrzeżeń? Dzieje ludzkości zapisujemy od mniej więcej sześciu tysięcy lat, co dokumentuje jedynie ich ułamek – a nawet w tym jest tyle luk, że historia przypomina wyżarty przez mole gobelin. Co ciekawsze, przez dziury wypadło w niebyt mnóstwo historycznie ważnych tajemnic. Na ponowne odkrycie czeka długa lista wydarzeń – w tym liczne punkty zwrotne historii, wyjątkowe momenty, które zmieniły losy cywilizacji.

Jeden z nich nastąpił w roku 452, gdy plądrująca Europę armia Hunów pod dowództwem Attyli szła przez północne Włochy, niszcząc na swej drodze, co popadnie. Barbarzyńskie hordy zamierzały zwrócić się przeciwko Rzymowi – bezbronnemu, skazanemu na upadek. Wtedy papież Leon I Wielki wyruszył na spotkanie z Attylą, do którego doszło w okolicy Mantui, niedaleko południowego brzegu jeziora Garda. Rozmawiali potajemnie, prywatnie, spotkanie nie zostało udokumentowane na piśmie. Po rozmowie z papieżem Attyla kazał swoim wojskom zawrócić, rezygnując z pewnego zwycięstwa i zajęcia Rzymu, po czym szybko wycofał się z Włoch.

Dlaczego? Co w trakcie spotkania skłoniło Attylę do rezygnacji z pewnego zwycięstwa? Zapisy historyczne nie dają na to odpowiedzi.

Na stronach tej książki odkryjesz, jak blisko byliśmy samozniszczenia, a zachodnia cywilizacja niemal się rozpadła od ciosu mieczem zwanym Mieczem Boga.

Komentarz naukowy

Co jest rzeczywiste? Odpowiedź jest zarówno dziecinnie łatwa, jak i nieskończenie trudna. W Państwie Platon opisał prawdziwy świat jako migoczący na ścianie jaskini cień. Może to dziwne, ale ponad dwa tysiące lat później naukowcy widzą to podobnie.

Kartka (albo czytnik książek elektronicznych), na której napisano to, co teraz czytasz, składa się głównie z niczego. Zajrzawszy do wnętrza ciała stałego, ujrzymy strukturę atomową. Po rozłożeniu atomów na kawałki uzyskamy maleńkie jądra, składające się z protonów i neutronów, otoczone pustymi powłokami, w których krążą nieliczne elektrony. Także te cząstki elementarne można rozdzielić: na kwarki, neutrina, bozony i tak dalej. Zagłębiając się dalej, wkroczymy do dziwacznego świata wibrujących strun, które nie są cząsteczkami, lecz energiami. Może to one są źródłem ognia tworzącego platonowskie, migoczące na ścianie cienie.

Z podobnymi cudami mamy do czynienia w przypadku nocnego nieba: niepojętego ogromu, bezgranicznej otchłani, nakrapianej miliardami galaktyk. Być może jednak ta potęga to tylko jeden wszechświat z wielu, które – stale się rozszerzając – tworzą wieloświat. A co z naszym wszechświatem? Jedna z najnowszych teorii zakłada, że wszystko, czego doświadczamy – od najmniejszej drgającej struny energii po gigantyczną galaktykę wirującą wokół kłębowiska rozszarpujących rzeczywistość czarnych dziur – może być hologramem, trójwymiarowym złudzeniem, i tak naprawdę wszyscy żyjemy w wykreowanej symulacji. Czy to możliwe? Czy Platon mógł mieć rację, mówiąc, że jesteśmy ślepi na otaczającą nas rzeczywistość i nie znamy czegokolwiek „innego oprócz cieni, które ogień rzuca na przeciwległą ścianę jaskini”1?

Przewróć kartkę (jeśli masz przed sobą książkę, a nie czytnik) i odkryj zatrważającą prawdę.

PROLOG

Środkowe WęgryLato, rok 453

Król w małżeńskim łożu umierał zbyt wolno.

Skrytobójczyni klęczała nad nim. Córka burgundzkiego księcia, związana z barbarzyńskim władcą sakramentem małżeństwa i potęgą intrygi, była jego siódmą żoną, którą poślubił poprzedniego wieczoru. Ildiko – tak miała na imię – oznaczało w jej ojczystym języku „nieposkromiona wojowniczka”, jednak truchlejąc u boku umierającego mężczyzny – krwawego tyrana, który zdobył przydomek Flagellum Dei, Bicz Boży, posługującego się mieczem, stworzonym ponoć przez samego scytyjskiego boga wojny – nie czuła w sobie nic wojowniczego.

Bano się go tak, że sam dźwięk imienia – Attyla – otwierał bramy miast i przełamywał oblężenia, teraz jednak, nagi i umierający, nie wydawał się ani trochę groźniejszy od pierwszego lepszego człowieka. Był nieco wyższy od Ildiko, ale z powodu grubych kości i masywnych mięśni, typowych dla nomadyjskiego ludu, z którego pochodził, robił wrażenie niskiego. Szeroko rozstawione i głęboko osadzone oczy, zaczerwienione od licznych kielichów wina wypitych w trakcie wesela sprawiały, że kojarzył jej się ze świnią – zwłaszcza gdy tępo się gapił, biorąc ją w nocy w sposób niezbyt odbiegający od parzenia się zwierząt.

Teraz ona się w niego wpatrywała, oceniała każde zduszone westchnienie i próbowała oszacować, kiedy śmierć wreszcie go zabierze. Tak, zbyt oszczędnie obeszła się z trucizną wręczoną jej przez biskupa Walencji – który dostał ją od arcybiskupa Wiednia za zgodą króla Burgundów, Gunderyka. Pohamowała ją obawa, że tyran wyczuje gorycz w weselnym pucharze.

Ściskała w dłoni do połowy pustą szklaną fiolkę. W spisku musiały maczać palce osoby znacznie wyżej postawione od króla Gunderyka i Ildiko przeklinała to, że na jej drobne ramiona złożono tak wielki ciężar. Jak los świata – zarówno obecnego, jak i przyszłego – mógł zależeć od niej, dziewczyny liczącej sobie zaledwie czternaście wiosen?

O konieczności dokonania tego strasznego czynu poinformował ją zamaskowany człowiek, który zjawił się u wrót domu ojca pół księżyca temu. Była wtedy obiecana barbarzyńskiemu królowi, ale zaprowadzono ją do tajemniczego obcego. Na jego lewej dłoni błysnął kardynalski złoty pierścień, lecz mężczyzna szybko go ukrył. Opowiedział, jak barbarzyńskie hordy Attyli przed niecałym rokiem ruszyły na Padwę i Mediolan, wyrzynając każdego, kto stanął im na drodze. Mężczyzn, kobiety, dzieci. Przeżyli tylko ci, którym udało się uciec w góry albo na nadmorskie bagna, i to od nich dowiedziano się o niesłychanej brutalności najeźdźców.

– Od jego pogańskiego miecza miał paść także Rzym – powiedział siedzący przy wygasłym kominku kardynał. – Świadom pewnego nieszczęścia, Jego Świątobliwość papież Leon opuścił swój ziemski tron i spotkał się z tyranem w okolicy Mantui, nieopodal jeziora Garda. Siłą kościelnej potęgi udało mu się odpędzić bezlitosnego Huna.

Ildiko wiedziała, że barbarzyńców odstraszyła nie tylko „kościelna potęga”. Bardzo pomógł zabobonny strach króla Hunów.

Przerażona nie mniej niż Attyla podczas rozmowy z papieżem, spojrzała na skrzynkę stojącą na cokole u stóp łoża, będącą zarówno darem od papieża, jak i groźbą. Przedmiot był niewielki, krótszy i mniejszy od jej dziewczęcego przedramienia, ale krył w sobie klucz do losu świata. Bała się go dotknąć i otworzyć, wiedziała jednak, że będzie musiała to zrobić, gdy świeżo poślubiony mąż umrze.

Teraz musiała się skupić na nim.

Z niepokojem popatrzyła ku zamkniętym drzwiom królewskiej komnaty weselnej. Niebo za oknem bladło na wschodzie, zapowiadając nowy dzień. Z nadejściem świtu pojawią się ludzie króla. Attyla musiał do tego czasu wyzionąć ducha.

Patrzyła, jak z każdym ciężkim oddechem z jego nozdrzy wypływa odrobina spienionej krwi. Słuchała chrapliwego bulgotu leżącego na plecach mężczyzny. Ze słabym kaszlnięciem pojawiła się krew na wargach; strużka spłynęła po uczesanej w dwa szpice brodzie i zebrała się w zagłębieniu pod jabłkiem Adama. Powierzchnia ciemnego jeziorka drżała w rytm uderzeń serca, pokazując, że każde kolejne jest słabsze od poprzedniego.

Ildiko modliła się, aby umarł. Szybko.

Spal się w płomieniach piekła, gdzie twe miejsce…

Jakby niebiosa wysłuchały prośby – z zalanego krwią gardła wydobył się ostatni szarpany oddech, z ust bluznęła kolejna porcja krwi, pierś opadła po raz ostatni i więcej się nie uniosła.

Ildiko załkała cicho z ulgi i przestała powstrzymywać łzy. Zadanie wykonane. Bicz Boży odszedł. W najbardziej odpowiednim czasie. Nie będzie więcej niszczył świata.

W domu jej ojca kardynał opowiedział Ildiko o planie Attyli, by ponownie skierować wojska przeciw Włochom. Podobne pogróżki słyszała podczas wesela – pyszałkowate zapowiedzi splądrowania Rzymu, zrównania miasta z ziemią i wyrżnięcia wszystkich co do nogi. Barbarzyńskie miecze miały na zawsze zgasić jasno świecącą latarnię cywilizacji.

Jej czyn ocalił teraźniejszość.

Nie wolno jej było jednak na tym poprzestać.

Zagrożona była przyszłość.

Odsunęła się od łoża, sunąc po podłodze na gołych kolanach, po czym wstała. Zbliżyła się do skrzynki, bała się bardziej niż wtedy, gdy sypała truciznę do kielicha.

Skrzynkę wykonano z czarnego żelaza, boki miała płaskie, górę na zawiasach. Nie była zdobiona, jedynie na wierzchu umieszczono kilka symboli. Ildiko nie znała tego pisma, kardynał powiedział jednak, czego ma się spodziewać. Przekazał, że to litery języka, jakim posługiwali się dawni przodkowie Attyli – nomadyczne plemiona z Dalekiego Wschodu.

Ildiko dotknęła pierwszego symbolu składającego się z kilku prostych linii.

– Drzewo – szepnęła, próbując znaleźć w sobie siłę. Symbol rzeczywiście mógł się kojarzyć z drzewem. Z rewerencją dotknęła niemal identycznego sąsiedniego symbolu – drugiego drzewa.

Dało jej to siłę, by dotknąć pokrywy i otworzyć skrzynkę. W środku znajdowała się druga skrzynka – z połyskującego srebra. Napis na wierzchu był dość toporny, ale na pewno nie z powodu braku umiejętności rytownika.

Składający się z niewyszukanych kresek symbol oznaczał: „rozkaz” albo: „instrukcja”.

Choć czas naglił, Ildiko uspokoiła drżące palce i uniosła wieczko srebrnej skrzynki, w której była trzecia – złota. Jej powierzchnia migotała, w świetle świec wydawała się płynna. Wyryty symbol wyglądał jak połączenie znaków na żelazie i srebrze. Jakby nałożono je na siebie, aby utworzyły nowe słowo.

Kardynał ostrzegł, co znaczy trzeci znak.

– Zakazane… – powtórzyła, wstrzymując oddech.

Z wielką ostrożnością otworzyła złotą skrzynkę. Wiedziała, co znajdzie w środku, jednak widok sprawił, że na ramionach dostała gęsiej skórki.

Żółta kość czaszki niemal się jarzyła. Brakowało dolnej szczęki, puste oczodoły gapiły się ślepo w górę, jakby chciały dostrzec niebo. Kość ozdobiono napisem. Zaczynał się na szczycie czaszki i spływał w dół ciasną spiralą. Wykonano go w innym języku niż napisy na skrzynkach. Starożytnym pismem Żydów – tak przynajmniej powiedział kardynał. Wyjaśnił także przeznaczenie relikwii.

Czaszka była niezwykle ważnym elementem starożytnej żydowskiej magii – służyła zaklinaniu Boga i błaganiu Go o łaskę i ocalenie.

Papież Leon podarował tę czaszkę Attyli, po czym poprosił o oszczędzenie Rzymu. Ostrzegł także, iż w Rzymie znajduje się wiele równie potężnych talizmanów, chronionych w tym wspaniałym mieście przez gniew Boga, i każdy, kto ośmieli się zburzyć mury miasta, skaże się na śmierć. Na dowód przypomniał o losie przywódcy Wizygotów, króla Alaryka I, który czterdzieści lat wcześniej zajął Rzym i wkrótce po wyjeździe z miasta nieoczekiwanie zmarł.

Obawiając się przekleństwa, Attyla uciekł z Włoch z cennym skarbem, najwyraźniej jednak czas złagodził jego obawy i podsycił chęć ponownego zaatakowania Rzymu – sprawdzenia, czy jego legenda oprze się gniewowi Boga.

Ildiko popatrzyła na nieruchome ciało.

Miała przed sobą dowód, że wielki wódz przegrał.

Nawet najpotężniejsi nie uciekną przed śmiercią.

Sięgnęła po czaszkę. Jej spojrzenie spoczęło na zadrapaniach znajdujących się pośrodku spirali. Inkantacja na czaszce była prośbą o ocalenie przed tym, co zapisano w tym właśnie miejscu.

„Zadrapania” określały datę końca świata.

Klucz do fatum leżał pod czaszką, ukryty pod żelazem, srebrem, złotem i kością. Jego znaczenie poznano jeden księżyc temu, po pojawieniu się u bram Rzymu nestoriańskiego kapłana przybyłego z Persji. Usłyszał on o darze dla Attyli wydobytym ze skarbców Kościoła i przekazanym kiedyś Rzymowi przez samego Nestoriusza, patriarchę Konstantynopola. Kapłan poinformował papieża Leona, co kryje się pod osłoną trzech metali i kości, w jaki sposób przedmiot dotarł z leżącej daleko na wschodzie krainy do Konstantynopola i dlaczego wysłano go do Wiecznego Miasta, gdzie miał zostać bezpiecznie schowany.

Na koniec kapłan poinformował papieża, czyja czaszka znajduje się w środku.

Palce Ildiko ponownie dotknęły relikwii i znów zadrżały. Choć oczodoły były puste, miała wrażenie, że wwierca się w nią surowe spojrzenie, a dawno zmarły człowiek ocenia jej wartość – człowiek, który jeśli nestoriański kapłan mówił prawdę, kiedyś spoglądał na jej Pana, na własne oczy oglądał żywego Jezusa Chrystusa.

Zawahała się przed podniesieniem świętej relikwii i natychmiast została ukarana – rozległo się pukanie do drzwi komnaty. Zaraz potem usłyszała gardłowy okrzyk. Nie rozumiała języka Hunów, było jednak oczywiste, że nie słysząc odpowiedzi króla, ludzie Attyli zaraz wejdą do środka.

Oby się nie okazało, że czekała zbyt długo.

Pobudzona do działania, podniosła czaszkę, aby odsłonić to, co leżało pod nią… niczego jednak nie było. Na dnie skrzynki znajdował się jedynie złoty odcisk w kształcie tego, co kiedyś się tam znajdowało: starożytny krzyż, relikwia, która rzekomo spadła z nieba.

Nie było go jednak. Został skradziony.

Ildiko popatrzyła na martwego męża. Znano go nie tylko z brutalności, ale także z umiejętności tworzenia błyskotliwych strategii. Uważano, że miał oczy i uszy szeroko otwarte. Czyżby król Hunów dowiedział się, co nestoriański kapłan ujawnił w Rzymie? Zabrał niebiański krzyż i go schował? Czy dlatego nagle ponownie uwierzył w możliwość zdobycia Rzymu?

Krzyki za drzwiami stawały się coraz głośniejsze, łomot był coraz bardziej natarczywy.

Zrozpaczona Ildiko włożyła czaszkę z powrotem do skrzynki i pozamykała wszystkie trzy wieka. Opadła na kolana i zasłoniła twarz dłońmi. Gdy drzwi zaczęły pękać z trzaskiem, wstrząsnęło nią łkanie.

Łzy zalały jej gardło jak krew gardło jej męża.

Do sali weszli mężczyźni. Na widok martwego króla pokrzykiwania się nasiliły. Po chwili rozległo się zawodzenie.

Nikt nie śmiał dotknąć Ildiko, rozpaczającej młodej żony kiwającej się na kolanach obok łoża. Sądzili, że opłakuje męża, martwego króla, jednakże się mylili.

Opłakiwała świat.

Świat skazany na to, że spłonie.

Czasy współczesneRzym, 17 listopada, godz. 16.33 czasu miejscowego

Nawet gwiazdy sprzymierzyły się przeciwko niemu.

Opatulony monsignore Vigor Verona szedł zacienioną stroną Piazza della Pilotta. Drżał mimo grubego wełnianego swetra i płaszcza – nie z zimna, lecz z lęku, który narastał, im dłużej monsignore przyglądał się miastu.

Na zmierzchającym niebie jarzyła się kometa wisząca dokładnie nad najwyższym punktem Rzymu – kopułą Bazyliki Świętego Piotra. Niebiański gość – najjaśniejszy od wieków – świecił tak mocno, że nie dało się dostrzec Księżyca, który właśnie wzszedł i rzucał na gwiazdy cień długiego, migotliwego ogona. Na przestrzeni wieków taki widok często uważano za zwiastun nieszczęścia.

Vigor Verona modlił się, aby tym razem sprawy potoczyły się inaczej.

Mocniej oplótł ramionami pakunek. Po otwarciu owinął go dość nieporadnie papierem, w którym został przysłany, na szczęście nie musiał iść daleko. Widział już fasadę Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego z bocznymi skrzydłami i przybudówkami. Monsignore Verona ciągle jeszcze był członkiem Papieskiego Instytutu Archeologii Chrześcijańskiej, ale wykładał tylko gościnnie. Służył obecnie Stolicy Apostolskiej jako prefekt Archivio Segreto Vaticano – Tajnych Archiwów Watykanu. Brzemię, które niósł, nie wiązało się jednak z jego pracą na uczelni czy archiwum, lecz z przyjaźnią.

Dar od martwego przyjaciela.

Dotarł do głównego wejścia uniwersytetu i ruszył szybkim krokiem przez atrium z białego marmuru. Zgodnie z przynależnym mu prawem miał w budynku gabinet. A przychodził tu bardzo często – by katalogować i zaopatrywać w odnośniki ogromny księgozbiór uniwersytetu. Ponad milion woluminów, w tym wiele tekstów starożytnych i rzadkich wydań, mieściło się w stojącej nieopodal głównego budynku sześciopiętrowej wieży, czyniąc z niej godnego rywala nawet rzymskiej Biblioteki Narodowej.

Nic stąd i z Archiwów Watykanu nie mogło się jednak równać z woluminem, który Vigor Verona miał przy sobie – ani z tym, co dołączono w paczce. Właśnie dlatego poprosił o radę jedyną osobę w Rzymie, której w pełni ufał.

Po pokonaniu kilku kolejnych klatek schodowych i wąskich korytarzy zaczęły mu dolegać kolana. Mimo sześćdziesięciu paru lat na karku kilkadziesiąt lat pracy archeologa w terenie sprawiło, że utrzymywał niezłą formę fizyczną, niestety ostatnio przesiadywał zbyt długo w archiwach, był więziony za biurkami i stertami książek, przykuty odpowiedzialnością wobec papieża.

Czy podołam temu zadaniu, Panie?

Będzie musiał.

W końcu dotarł do wydziałowego skrzydła uniwersytetu i dostrzegł znajomą postać, opartą o drzwi jego gabinetu. Siostrzenica go ubiegła. Musiała przyjść prosto z pracy, miała bowiem na sobie mundur carabinieri – granatowe spodnie z czerwonymi lampasami i lamowaną szkarłatem kurtkę ze srebrnymi epoletami. Nie miała jeszcze trzydziestu lat, a już była porucznikiem Comando Carabinieri Tutela Patrimonio Culturale, czyli jednostki policyjnej wyspecjalizowanej w ochronie dóbr kultury – zwalczającej handel kradzionymi dziełami sztuki i relikwiami.

Na jej widok poczuł dumę. Wezwał ją zarówno z miłości, jak i ze względu na wiedzę. Nikomu nie ufał bardziej niż Rachele.

– Wuju Vigorze… – Uścisnęła go, odsunęła się, założyła ciemne włosy za ucho i przyjrzała mu się bystrymi oczami barwy karmelu. – Co to za pilna sprawa?

Vigor Verona rozejrzał się po korytarzu, o tej jednak porze, zwłaszcza w niedzielę, nie było widać żywej duszy, a wszystkie gabinety były ciemne i wyglądały na zamknięte.

– Wejdź, to wyjaśnię.

Otworzył drzwi i wprowadził Rachele do środka. Choć monsignore piastował wysokie stanowisko, jego gabinet był ciasnym pomieszczeniem, zastawionym spiętrzonymi skrzyniami, z których wysypywały się książki i sterty czasopism. Małe biurko stało oparte o ścianę z oknem wąskim jak otwór strzelniczy. Księżyc rzucał na wszechobecny chaos snop srebrnego światła.

Dopiero gdy zamknął drzwi, Vigor Verona odważył się zapalić lampę. Uspokojony znajomym otoczeniem, westchnął cicho z ulgą.

– Pomóż mi nieco sprzątnąć na biurku.

Kiedy pojawił się kawałek wolnej przestrzeni, odłożył swe brzemię i odwinął szary pakowy papier, ukazując drewnianą skrzynkę.

– Przyszła dziś w ciągu dnia – powiedział. – Bez adresu zwrotnego, jedynie z nazwiskiem nadawcy.

Przekręcił owijający paczkę papier, tak aby pokazać ją Rachele.

Ojciec Josip Tarasco

– Ojciec Josip Tarasco – przeczytała Rachele. – Powinnam wiedzieć, kto to?

– Nie. – Vigor popatrzył na siostrzenicę. – Ponad dziesięć lat temu uznano go za zmarłego.

Zmarszczyła czoło i lekko zesztywniała.

– Paczka jest w zbyt dobrym stanie, aby mogła być tyle czasu zagubiona. – Odwzajemniła się wujowi nie mniej wnikliwym spojrzeniem. – Czy ktoś mógł w ramach okrutnego żartu sfałszować podpis?

– Nie widzę powodu. Sądzę raczej, że nadawca właśnie dlatego zaadresował przesyłkę ręcznie, abym wiedział, od kogo pochodzi. Byliśmy z ojcem Tarasco serdecznymi przyjaciółmi. Porównałem pismo na paczce z kilkoma starymi listami od niego, które przechowuję. Charakter się zgadza.

– Więc jeśli żyje, to dlaczego uznano go za zmarłego?

Vigor westchnął.

– Ojciec Tarasco zaginął w trakcie wyprawy naukowej na Węgry. Pisał szeroko zakrojoną pracę o tamtejszych polowaniach na czarownice na początku osiemnastego wieku.

– O polowaniach na czarownice?

Vigor skinął głową.

– Tuż po tysiąc siedemsetnym roku Węgry nawiedziła trwająca dziesięć lat susza, której towarzyszyły głód i zaraza. Potrzebny był kozioł ofiarny, ktoś, na kogo można było zrzucić winę. W ciągu pięciu lat zabito ponad czterysta osób obu płci oskarżonych o paranie się czarami.

– A twój przyjaciel? Co z nim?

– Gdy Josip wyjechał na Węgry, kraj wyrwał się spod sowieckiej władzy. Sytuacja była niestabilna, a zadawanie zbyt wielu pytań, zwłaszcza w regionach wiejskich, okazało się niezbyt bezpieczne. Po raz ostatni słyszałem jego głos na nagraniu, które zostawił mi na automatycznej sekretarce. Ponoć trafił na ślad czegoś niepokojącego, dotyczącego grupy czarowników i czarownic, sześciu mężczyzn i sześciu kobiet, spalonych w małym miasteczku na południu Węgier. Brzmiał, jakby był równocześnie przerażony i podniecony. Potem już się nie kontaktował. Nie dał znaku życia. Policja i Interpol prowadziły śledztwo przez rok, po kolejnych czterech latach milczenia uznano go za zmarłego.

– Czyli się ukrywał. Ale dlaczego? A co ważniejsze: dlaczego ujawnił się dziesięć lat później? Akurat teraz?

– Odpowiedź na twoje ostatnie pytanie daje nam to, co przysłał. Podejdź i spójrz!

Vigor nabrał głęboko powietrza i otworzył pokrywę skrzynki. Ostrożnie wyjął pierwszy z dwóch znajdujących się w niej przedmiotów i położył go na biurku, w świetle księżyca.

Rachele odruchowo cofnęła się o krok.

– To czaszka? Ludzka… czaszka?

– Owszem.

Opanowując zaskoczenie, Rachele podeszła bliżej. Od razu dostrzegła napis, wyglądający jak wydrapany kurzym pazurem i trzymając palec kilka centymetrów nad czaszką, zakreśliła krzywą zgodną ze spiralnym przebiegiem tekstu.

– A te napisy?

– Język judeo-aramejski. Moim zdaniem to relikwia związana z wczesną talmudyczną magią praktykowaną przez babilońskich Żydów.

– Magią? Czyli z czarami?

– W pewnym sensie. Zaklęcia służyły odpędzaniu demonów albo błaganiu o pomoc. Archeologowie odkryli tysiące podobnych artefaktów, głównie misek z inkantancjami, ale też czaszek. Dwie są w Muzeum Pergamońskim w Berlinie, kilka znajduje się w rękach prywatnych.

– A ta? Powiedziałeś, że ojciec Tarasco interesował się czarownicami, co, jak przypuszczam, oznaczało także zainteresowanie obiektami okultystycznymi.

– Może, choć nie sądzę, żeby to był autentyk. Talmudyczną magię zaczęto praktykować w trzecim wieku, a zaprzestano około siódmego. – Vigor poruszył dłonią nad czaszką, jakby rzucał zaklęcie. – Podejrzewam, że ten artefakt nie jest tak stary. To góra czternasty, może trzynasty wiek. Aby to potwierdzić, posłałem ząb do uniwersyteckiego laboratorium.

Rachele powoli skinęła głową, zastanawiając się w milczeniu nad tym, co usłyszała.

– Przestudiowałem także napis – powiedział Vigor. – Dobrze znam ten wariant aramejskiego. W transkrypcji jest wiele poważnych błędów: odwrócone znaki diakrytyczne, źle postawione lub brakujące akcenty. Jakby ktoś wykonał kiepską kopię oryginalnego napisu, ktoś nieznający dobrze tego starożytnego języka.

– Więc to fałszerstwo?

– Moim zdaniem twórcy tego obiektu nie kierowali się złymi intencjami. Stawiałbym na to, że zrobiono go nie dla oszustwa, lecz dla swego rodzaju archiwizacji. Ktoś bał się, że zawarta w napisie wiedza może zostać utracona, robił więc kopie, aby zachować starożytny przekaz.

– Jakiego rodzaju?

– Zaraz do tego przejdę.

Vigor sięgnął do skrzynki, wyjął drugi przedmiot i położył go obok czaszki. Była to starożytna księga, szeroka jak dłoń mężczyzny i dwa razy dłuższa, oprawiona w surową skórę, ze stronicami zszytymi nierównym ściegiem grubym sznurkiem.

– Oto przykład tego, co z hiszpańska nazywa się bibliopegia antropodérmica.

– A to znaczy…? – Rachele wykrzywiła usta.

– Że książka jest oprawiona w ludzką skórę i zszyta ludzkimi ścięgnami.

Rachele ponownie cofnęła się o krok, tym jednak razem nie wróciła do biurka.

– Po czym to poznałeś?

– Nie poznałem. Przesłałem próbkę skóry do tego samego laboratorium, do którego posłałem ząb, i poprosiłem o analizę DNA oraz datowanie. – Vigor wziął do ręki makabryczny wolumin. – Jestem jednak przekonany, że się nie mylę. Obejrzałem księgę pod mikroskopem. Pory ludzkiej skóry wyraźnie się różnią wielkością oraz kształtem od porów zarówno skóry świńskiej, jak i cielęcej. A jeśli przyjrzeć się bliżej, to pośrodku okładki…

Przeciągnął paznokciem po znajdującym się dokładnie pośrodku śladzie, wyglądającym jak przecięcie albo gruba fałda.

– Przy odpowiednim powiększeniu da się dostrzec mieszki włosowe rzęs.

Rachele zbladła.

– Rzęs?

– Na okładce znajduje się powieka ludzkiego oka zaszyta cienkimi pasemkami ścięgna.

– Co to jest? – spytała siostrzenica Vigora, gdy przełknęła głośno ślinę. – Jakiś okultystyczny tekst?

– Tak sądziłem, zwłaszcza biorąc pod uwagę zainteresowanie Josipa węgierskimi czarownicami, ale nie, nie jest to demoniczny manuskrypt. Choć w pewnych kręgach jego treść uważa się za bluźnierczą. – Vigor ostrożnie otworzył księgę, starając się nie nadwyrężać szycia. Karty były zapisane łaciną. – To gnostyczna księga Biblii.

Rachele, która dobrze znała łacinę, przysunęła się i przetłumaczyła pierwsze słowa.

– „To są tajemne słowa, które Jezus żywy wypowiedział…”2 – Rozpoznając tekst, spojrzała na wuja. – Ewangelia Tomasza.

Monsignore Verona pokiwał głową.

– Świętego, który wątpił w zmartwychwstanie Jezusa.

– Ale dlaczego oprawiono tekst w ludzką skórę? Dlaczego twój zaginiony przyjaciel miałby ci przysyłać coś tak makabrycznego?

– Ku przestrodze.

– Przed czym?

Vigor popatrzył na czaszkę.

– Umieszczone tu zaklęcie jest prośbą do Boga o niedopuszczenie do końca świata.

– Zdecydowanie jestem za, tyle tylko, że…

– I jeszcze jedno. Na czaszce napisana jest także przepowiadana data apokalipsy – przerwał jej wuj. – W centrum jej spirali. Przeliczyłem liczby ze starożytnego żydowskiego kalendarza na naszą miarę czasu. – Dotknął środka spirali. – Z tego właśnie powodu ojciec Josip wyszedł z ukrycia i przesłał mi te przedmioty.

Rachele czekała na puentę.

Vigor Verona wyjrzał przez okno na jarzącą się na nocnym niebie kometę, dość jasną, aby zawstydzić księżyc. Widok zapowiadającego nieszczęście niebiańskiego zjawiska wywołał w nim dreszcz.

– Koniec świata nastąpi… za cztery dni.

CZĘŚĆ PIERWSZAKATASTROFA I POŻOGA∑

1

Los Angeles Air Force Base Baza Wojskowa Sił Powietrznych w Los Angeles oraz El Segundo w Kalifornii 17 listopada, godz. 7.45 czasu miejscowego

Pojawiły się oznaki paniki.

Dla Paintera Crowe’a stojącego na platformie obserwacyjnej nad centralą dowodzenia pierwszym sygnałem niepokoju było to, że nagle ucichła paplanina między technikami. Nerwowe spojrzenia pomknęły w górę łańcucha dowodzenia oraz zaczęły omiatać wnętrze SMC, Ośrodka Systemów Kosmicznych i Pocisków Rakietowych. O tak wczesnej porze obecni byli jedynie najwyżsi rangą członkowie personelu bazy oraz kilku szefów wydziałów badawczych Departamentu Obrony.

Pomieszczenie w dole wyglądało jak zminiaturyzowana wersja Centrum Kontroli Misji NASA. Od wiszących na tylnej ścianie trzech gigantycznych monitorów LCD odchodziły szeregi konsol komputerów i pulpitów sterowania satelitami. Środkowy ekran ukazywał mapę świata, na której świeciły się trzy linie odwzorowujące trajektorie dwóch wojskowych satelitów i komety.

Ekrany po bokach ukazywały obraz na żywo z kamer satelitów. Na lewym widać było krzywiznę kuli ziemskiej, lekko drgającej na tle kosmosu. Prawy ekran wypełniał blask ogona komety, rzucający jarzącą się poświatę na gwiazdy za nim.

– Coś jest nie tak – szepnął Painter Crowe.

– A konkretnie? – spytał jego szef, stojący tuż obok.

Gregory Metcalf był dowódcą DARPA, działu badawczo-rozwojowego Departamentu Obrony. Niedawno skończył pięćdziesiąt pięć lat; był Afroamerykaninem i absolwentem West Point. Przyszedł w mundurze.

Jakby dla kontrastu, Painter Crowe był w czarnym garniturze i butach kowbojkach, dzięki którym wyglądał bardziej na luzie. Jako pół-Indianin powinien się raczej wzdragać przed noszeniem tego rodzaju butów, podobały mu się jednak, zwłaszcza że przypominały o narzeczonej, której nie widział już cały miesiąc.

– Coś zaniepokoiło wice – wyjaśnił Painter, wskazując na zastępcę szefa dowodzenia operacją, który siedział w drugim rzędzie konsolet.

Do jego stanowiska podchodził właśnie główny specjalista operacji.

Metcalf machnął ręką.

– Poradzą sobie. Taka ich praca. Wiedzą, co robią.

Generał powrócił do konwersacji z dowódcą 50. Skrzydła Wojsk Kosmicznych stacjonującego niedaleko Colorado Springs.

Zaniepokojony Painter uważnie przyglądał się kumulacji niepokoju. Zaproszono go, żeby obserwował operację wojskową o kodzie czarnym nie tylko dlatego, że był dyrektorem Sigmy, operującej pod egidą DARPA, ale głównie jako twórcę pewnego elementu wyposażenia, znajdującego się na pokładach obu wojskowych satelitów.

Obiekty, które otrzymały kodowe symbole IoG-1 i IoG-2, wysłano w przestrzeń przed czterema miesiącami. Skrót IoG pochodził od nazwy Interpolation of the Geodetic Effect – interpolacja efektu geodetycznego, a wymyślili go wojskowi fizycy, którzy stworzyli ten właśnie projekt badań nad grawitacją. Jego celem było wykonanie pełnej analizy zakrzywiania się czasoprzestrzeni wokół Ziemi, co miało służyć udoskonaleniu algorytmów korygowania trajektorii satelitów i pocisków rakietowych.

Już samo to było przedsięwzięciem bardzo ambitnym, ale odkrycie przed dwoma laty przez dwóch astronomów amatorów zbliżającej się do Ziemi komety spowodowało błyskawiczną zmianę głównego celu projektu – zwłaszcza po odkryciu w pobliżu komety anomalii energetycznej.

Painter spojrzał w bok, na sąsiada po lewej – energiczną badaczkę z Obserwatorium Astronomicznego Instytutu Smithsona.

Jada Shaw, licząca sobie dopiero dwadzieścia trzy lata doktor astrofizyki, była wysoka i miała szczupłą sylwetkę biegaczki. Jej idealnie gładka skóra wyglądała jak ciemna mokka, a fryzura – ostrzyżone na zapałkę kruczoczarne włosy – podkreślała długą linię szyi. Spod białego kitla laboratoryjnego wystawały dżinsy; pani doktor nerwowo gryzła paznokieć kciuka.

Przed siedemnastoma miesiącami znaleziono ją na Harvardzie i zaangażowano do supertajnego projektu wojskowego. Choć robiła, co mogła, by to ukryć, wiele aspektów pracy jeszcze ją przytłaczało.

Niedobrze, nie miała bowiem powodu aż tak się denerwować. Zdobyła już międzynarodowe uznanie za swoją pracę: za pomocą równań kwantowych – metod obliczeniowych, o których Painter nie miał zielonego pojęcia – stworzyła niezwykłą teorię dotyczącą ciemnej energii, tajemniczej siły wypełniającej trzy czwarte wszechświata i odpowiedzialnej za jego coraz szybsze rozszerzanie się.

Kolejnym dowodem jej przenikliwości był fakt, że jako jedyny fizyk dostrzegła drobne anomalie podczas zbliżania się jaśniejącego na nocnym niebie kosmicznego gościa: komety nazwanej IKON.

Półtora roku temu doktor Shaw podłączyła się do strumienia informacji zbieranych przez niedawno skonstruowaną w amerykańskim Fermilabie kamerę ciemnej energii – urządzenia z matrycą o rozdzielczości 570 megapikseli, które zamontowano w obserwatorium na szczycie jednej z chilijskich gór. Analizując obserwowany przez kamerę lot komety, doktor Shaw odkryła anomalie mogące, jej zdaniem, dowodzić, że emituje ona albo zakłóca znajdującą się na trasie przelotu ciemną energię.

Pod pretekstem konieczności dbania o bezpieczeństwo narodowe jej praca natychmiast została utajniona. Tego rodzaju nowe źródło energii mogło mieć ogromny potencjał – zarówno z gospodarczego, jak i wojskowego punktu widzenia.

Od tej chwili supertajny projekt IoG służył tylko jednemu celowi: badaniu potencjalnej ciemnej energii komety. Powstał plan, aby satelita IoG-2 przeleciał przez jej ogon, spróbował wchłonąć odkrytą przez doktor Shaw energię i przekazał ją do orbitującego wokół Ziemi bliźniaczego satelity.

Na szczęście realizacja zadania wymagała jedynie nieznacznej modyfikacji konstrukcji satelity. Pierwotny projekt przewidywał umieszczenie w jego wnętrzu idealnie gładkiej kuli kwarcu – po wejściu satelity na orbitę miała ona zostać wprawiona w ruch obrotowy, tak by doprowadzić do efektu żyroskopowego, który zamierzano wykorzystać do mapowania otaczającej kulę ziemską krzywej czasoprzestrzeni. Gdyby założenie, że wokół komety istnieje czarna energia, okazało się słuszne, przesłanie jej z jednego satelity do drugiego powinno spowodować drobne zakłócenie krzywej czasoprzestrzeni.

Założenie eksperymentu było zuchwałe. Nawet skrót IoG zaczęto żartobliwie rozwijać w określenie „Eye of God” – „Oko Boga”. Painterowi podobało się ono i z przyjemnością wyobrażał sobie wirującą idealną kulę, czekającą na odpowiedni moment, by zajrzeć za kulisy tajemnic wszechświata.

– Satelita wejdzie w ogon za dziesięć minut! – zawołał główny specjalista.

Rozpoczęło się odliczanie. Oczy doktor Shaw wpatrywały się nieruchomo w strumień danych na gigantycznym ekranie.

– Mam nadzieję, że się pan pomylił, dyrektorze – powiedziała. – Z tym, że coś jest nie tak. Nie czas na pomyłki, teraz, gdy włączamy się w strumień energii, mającej związek z narodzinami wszechświata.

Tak czy owak, pomyślał Painter, nie ma już odwrotu.

Godz. 7.55

Przez sześć skrupulatnie śledzonych minut IoG-2 powoli wnikał coraz głębiej w strumień zjonizowanych gazów i pyłów. Ekran z prawej strony – pokazujący na żywo obraz z kamery satelity – w końcu zasnuła biel. Satelita leciał teraz na ślepo, wyłącznie opierając się na danych telemetrycznych.

Painter starał się chłonąć wszystko równocześnie, wychwytywać panujące w centrali dowodzenia podniecenie, poczuć historyczne znaczenie chwili.

– Rejestruję nagły skok energii w IoG-2! – zawołał technik systemów elektrycznych, środowiskowych i komunikacyjnych.

Rozległy się podniecone głosy, waga chwili szybko jednak sprawiła, że ucichły. Odczyt mógł być błędny.

Wszystkie oczy obróciły się w kierunku innej konsolety – obsługiwanej przez inżyniera lotnictwa i kosmonautyki nadzorującego IoG-1. Pokręcił głową, co oznaczało, że pochłaniana przez pierwszego satelitę energia nie została przekazana do jej orbitującego wokół Ziemi bliźniaka…

Inżynier nagle skoczył na równe nogi.

– Mam coś! – wrzasnął.

Podbiegł do niego oficer dowodzący operacją.

Gdy wszyscy czekali na potwierdzenie, doktor Shaw wskazała palcem na mapę świata, przez którą przepływał strumień danych telemetrycznych.

– Jak na razie, wygląda to obiecująco.

Jeśli tak uważasz…

Painter nie ogarniał strumienia danych. A płynęły coraz szybciej. Po kolejnej pełnej napięcia minucie cyfry sunęły tak szybko, że zaczęły się rozmywać.

Technik systemów elektrycznych i komunikacyjnych skoczył na równe nogi. Próbował nadzorować przejście IoG-2 przez ogon komety, ale na jego ekranach głównie zapalały się i gasły ostrzeżenia i komunikaty o błędach.

– Majorze, parametry energii przekroczyły skalę, wszystkie są w czerwonych strefach! Co mam robić?

– Wyłącz go! – polecił oficer dowodzący.

Technik na stojąco zaczął szybko pisać coś na klawiaturze.

– Nie mogę, majorze! Nawigacja i sterowanie satelity nie reagują!

Prawy ekran nagle pociemniał.

– Straciliśmy też przekaz z kamery – powiedział technik.

Painter próbował wyobrazić sobie IoG-2 odlatującego w nieznaną przestrzeń – zimny i ciemny kawał kosmicznego śmiecia.

– Majorze! – zawołał inżynier monitorujący IoG-1. – Mam nowe odczyty. Powinien pan na nie spojrzeć.

Doktor Shaw przysunęła się do poręczy na platformie obserwacyjnej, próbując dostrzec, co się dzieje. Painter zrobił tak samo, podobnie jak większość zgromadzonych oficerów.

– Efekt geodetyczny się zmienia – wyjaśnił inżynier, wskazując na ekran. – Odchylenie zero koma dwa procent.

– To jest możliwe – mruknęła doktor Shaw. – Chyba że czasoprzestrzeń wokół Ziemi się marszczy.

– Proszę spojrzeć tutaj! – mówił inżynier. – Żyroskopowy pęd Oka rośnie, znacznie przekroczył szacunki przedstartowe. Mam nawet sygnaturę ciągu napędowego!

Doktor Shaw mocniej ścisnęła poręcz. Sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała skoczyć w dół.

– To niemożliwe, jeżeli Oka nie zasila zewnętrzne źródło energii.

Painter był pewien, że chciała powiedzieć „ciemnej energii”, ale oparła się chęci wyciągnięcia przedwczesnych wniosków.

Rozległ się kolejny głos – tym razem ze stanowiska oznakowanego jako NADZÓR.

– Tracimy orbitalną stabilność IoG-1!

Painter odwrócił się w kierunku ekranu ukazującego mapę świata oraz trajektorie satelitów. Sinusoida trajektorii IoG-1 wyraźnie się spłaszczała.

– Siły żyroskopowe wewnątrz satelity prawdopodobnie muszą go spychać z orbity – wyjaśniła doktor Shaw głosem, w którym słyszało się zarówno przerażenie, jak i ekscytację.

Krzywizna kuli ziemskiej na lewym ekranie rosła, wypełniała coraz bardziej obraz, zasłaniała ciemną otchłań kosmosu. Satelita wypadał z orbity – powoli rozpoczynał się jego katastrofalny powrót do studni grawitacji, z której przybył.

Gdy wkroczył w górne warstwy atmosfery, przekazywany obraz szybko stracił ostrość, pojawiły się smugi artefaktowych danych i… „duchy”. Obraz się podwajał i potrajał jak widziany oczami pijanego.

Przemykały kontynenty, kłębowiska chmur, turkusowe połacie oceanów.

Chwilę później ekran poczerniał.

W centrali zapadła ciężka cisza.

Biegnąca przez mapę świata linia przelotu satelity podzieliła się na kilka strzępków – komputer próbował ekstrapolować różne trajektorie spadania, uwzględniając liczne zmienne: ruch górnych warstw atmosfery ziemskiej, kąt wejścia w nie, szybkość dezintegracji satelity.

– Wygląda na to, że odłamki spadną wzdłuż wschodniej granicy Mongolii – powiedział specjalista do spraw telemetrii. – Część może nawet w Chinach.

– Możecie się założyć, że Pekin szybko je pozbiera – mruknął pod nosem dowódca 50. Skrzydła Wojsk Kosmicznych.

Painter podzielał jego zdanie. Chiny wyśledzą każdy kawałeczek płonącego kosmicznego śmiecia lecący w ich kierunku.

Generał Metcalf popatrzył ostro na Paintera, a ten dobrze wiedział, o co chodzi. Zaawansowana technologia wojskowa znajdująca się na pokładzie satelity była ściśle tajna. Nie mogła się dostać w obce ręce.

Lewy ekran na ułamek sekundy zamigotał, po czym ponownie zgasł – umierający satelita czknął po raz ostatni.

– Ptak się skończył! – oznajmił oficer dowodzący. – Wszystkie przekazy zostały przerwane. Jest teraz spadającym głazem.

Strumień danych telemetrycznych sunął po mapie świata coraz wolniej, a w końcu znieruchomiał.

Doktor Shaw chwyciła Paintera za ramię.

– Muszą wyświetlić ostatni obraz! – powiedziała. – Zanim satelita zniknął.

Musiała dostrzec coś niezwykłego w danych, coś, co ją przeraziło.

Metcalf usłyszał jej słowa.

Painter popatrzył na szefa.

– Zróbcie to – powiedział generał. – Odtwórzcie obraz.

Rozkaz przeszedł przez kolejne stopnie hierarchii dowodzenia i inżynierowie oraz technicy rozpoczęli swoje czary. Po kilku długich minutach, potrzebnych na wyostrzenie i oczyszczenie krótkiego mignięcia, pojawiło się ono na wielkim ekranie – w końcowej wersji.

Przez centralę przepłynęła fala westchnień.

Metcalf przysunął usta do ucha Paintera.

– Jeśli zachował się choć mały kawałeczek tego satelity, musi zostać odnaleziony. Nie może wpaść w ręce wroga.

Doskonale rozumiejąc logikę generała, Painter nie oponował.

– Mam w regionie kilku agentów.

Metcalf popatrzył na niego ze zdziwieniem, nie rozumiejąc, jak to możliwe.

Zwykłe szczęście.

Painter powinien jak najszybciej wykorzystać okazję i natychmiast zmobilizować oddział ratunkowy, ale w tym momencie gapił się w ekran, niezdolny odwrócić wzrok.

Zdjęcie Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych zostało wykonane, w chwili gdy satelita leciał po niebie, ciągnąc za sobą ognistą smugę. Było wystarczająco szczegółowe, aby rozróżnić główne nadmorskie miasta.

Boston, Nowy Jork, Waszyngton.

Wszystkie zamieniły się w dymiące ruiny.

2

Makau, Chińska Republika Ludowa17 listopada, godz. 23.58 czasu miejscowego

Przejechali pół świata w pogoni za duchem.

Komandor Gray Pierce zszedł ze statku w tłumie typowym dla tej pory i skierował się do terminalu promowego. Szybki katamaran pokonał drogę z Hongkongu na półwysep Makau w niewiele ponad godzinę. Czekanie w zatłoczonym budynku na kontrolę paszportową Gray wykorzystał na rozciągnięcie mięśni pleców, w których poczuł lekkie napięcie.

Ludzie zjeżdżali masowo na półwysep na Festiwal Latarni Wodnych zorganizowany ku czci wiszącej na niebie komety. Z nadejściem nocy rozpoczęła się ogromna impreza, w ramach której na jeziora i rzeki puszczano pływające latarnie – ofiary dla duchów zmarłych przodków. Na otaczającej terminal wodzie unosiły się setki lampionów wyglądających jak świecące kwiaty.

Stojący przed Grayem pomarszczony starzec niósł klatkę z trzciny z żywą gęsią. Człowiek i ptak wyglądali ponuro, co pasowało do nastroju Graya po siedemnastogodzinnej podróży.

– Dlaczego ta kaczka ciągle się na mnie gapi? – spytał Kowalski.

– Myślisz, że to zwykła kaczka? – rzucił Gray.

Towarzysz Graya, w dżinsach i długim płaszczu, był olbrzymi. O głowę wyższy, co oznaczało, że patrzył z góry na ludzi w terminalu. Niektórzy fotografowali amerykańskiego giganta o pobrużdżonej twarzy i ostrzyżonych na zapałkę włosach, jakby był Godzillą.

Gray odwrócił się do trzeciego członka ich grupy.

– Raczej mało prawdopodobne, że dowiemy się czegoś od naszego człowieka. Zdajesz sobie z tego sprawę?

Seichan wzruszyła ramionami, pozornie obojętna, jednak pionowa zmarszczka między jej brwiami zdradzała, jak jest napięta. Dotarli aż tu, by osobiście wypytać informatora. Spotkanie z nim było ostatnią nadzieją na poznanie losów jej matki, którą dwadzieścia dwa lata wcześniej zabrali z domu w Wietnamie uzbrojeni ludzie, zmuszając ją do pozostawienia dziewięcioletniej córki. Seichan od lat uważała, że matka nie żyje, ale cztery miesiące temu pojawiły się informacje, z których wynikało, że może jest inaczej. Aby dotrzeć do źródła informacji, musieli wykorzystać wszystkie możliwości Sigmy.

Najprawdopodobniej była to ślepa uliczka, musieli jednak sprawdzić trop.

W końcu obsłużono stojących przed nimi ludzi i Seichan podeszła do znudzonego celnika. Miała na sobie czarne dżinsy, buty do jazdy na motocyklu i luźną jedwabną bluzkę w takim samym odcieniu szmaragdu co oczy; na to narzuciła kaszmirową kamizelkę, bo noc była dość chłodna.

Pasowała do otoczenia, gdzie dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzi było pochodzenia azjatyckiego. Dodatek europejskiej krwi stanowił w jej przypadku element egzotyki. Szczupła twarz i wysokie kości policzkowe wyglądały jak wykute w bladym marmurze, oczy w kształcie migdałów błyszczały niczym wypolerowany jadeit. Jedynym miękkim elementem postaci były spadające luźną kaskadą włosy, czarne jak skrzydła kruka.

Nic z tego nie umknęło uwagi celnika.

Gdy podeszła, tłuścioch, którego brzuch niemal rozrywał guziki munduru, wyprostował się. Poruszając się z lwim wdziękiem, łączącym pokaz siły i groźbę, Seichan zmierzyła się z nim wzrokiem. Podała mu paszport. Tak samo jak dokumenty Graya i Kowalskiego, był fałszywy, ale sprawdził się w Hongkongu, dokąd przylecieli z Waszyngtonu.

Nie chcieli, by Chińczycy poznali ich prawdziwą tożsamość. Gray i Kowalski byli agentami terenowymi Sigma Force, tajnego skrzydła DARPA, które miało za zadanie neutralizowanie zagrożeń globalnych. Do oddziału werbowano byłych komandosów sił specjalnych, po czym szkolono ich w wybranych dziedzinach. Seichan była kiedyś skrytobójczynią pracującą dla międzynarodowej organizacji przestępczej – do chwili gdy okoliczności sprawiły, że związała się z Sigmą. Choć oficjalnie nie pracowała dla agencji, działała na jej rzecz niczym cień.

Przynajmniej w tej akcji.

Gdy Gray i Kowalski przeszli przez kontrolę celną, cała trójka opuściła terminal i próbowała złapać taksówkę. Czekając, aż któraś przebije się przez zbity tłum i podjedzie do krawężnika, Gray rozglądał się po półwyspie i okolicznych wysepkach. Wszędzie zapraszająco migotały neony, nęciły stłumione echa ludzkiego gwaru i dudniąca muzyka.

Makau, dawna portugalska kolonia, była nowym miastem grzechu południowych Chin i mekką hazardu. W obrotach z gier prześcignęła już Las Vegas. Kilka kroków od terminalu promu wznosiła się złota wieża jednego z największych kasyn w mieście – Sands Macau. Podobno koszty budowy kompleksu, trzysta milionów dolarów, zwróciły się w niecały rok. Nieustannie pojawiały się nowe jaskinie hazardu i jak grzyby po deszczu wyrastały kolejne kasyna. W sumie było ich już trzydzieści trzy – w mieście o powierzchni jednej szóstej Dystryktu Kolumbii.

Atrakcje Makau nie kończyły się na hazardzie. Hedonistyczne rozkosze miasta – jedne legalne, inne nie – wykraczały daleko poza pociąganie za dźwignie jednorękich bandytów i rzucanie sztonów na stoliki do pokera. Stare przysłowie Las Vegas miało zastosowanie także tutaj: „Co się dzieje w Makau, pozostaje w Makau”.

Gray zamierzał się tego trzymać, więc uważnie obserwował tłum. Gdy podjeżdżała taksówka, ktoś spróbował go odepchnąć, on jednak bezpardonowo odprawił intruza ramieniem. Kowalski wcisnął się na przednie siedzenie, a Gray i Seichan wsiedli z tyłu.

Seichan pochyliła się do kierowcy i zaczęła mówić po kantońsku, wyrzucając słowa z szybkością karabinu maszynowego.

Gdy po chwili ruszyli, opadła plecami na oparcie kanapy i podała Grayowi jego portfel.

– Skąd go…? – spytał zaskoczony.

– Zostałeś namierzony przez kieszonkowca. Musisz tu na siebie uważać.

Kowalski parsknął śmiechem, co zabrzmiało jak rżenie konia.

Gray pamiętał twarz mężczyzny, który próbował się przed niego przepchnąć, więc spojrzał za siebie, by wyłuskać go z tłumu. To on odwrócił jego uwagę, a wspólnik uwolnił Graya od portfela. Na szczęście Seichan dysponowała umiejętnościami, zdobytymi na ulicach niewiele różniących się od tych, którymi jechali.

Po zaginięciu matki Seichan spędzała dzieciństwo w kolejnych nędznych sierocińcach w różnych miejscach Azji Południowo-Wschodniej – aż ją zrekrutowano i nauczono zabijać. Kiedy ona i Gray spotkali się po raz pierwszy, postrzeliła go w pierś, co trudno było nazwać miłym zawarciem znajomości. Kartel, dla którego pracowała, rozgromiono, a Seichan została pozostawiona na pastwę losu, pozbawiona korzeni.

Była znakomicie wyszkoloną zabójczynią bez gruntu pod nogami.

Nawet Gray by się nie zdziwił, gdyby zniknęła i nigdy więcej się nie pojawiła. Choć w ciągu ostatnich czterech miesięcy zbliżyli się do siebie, ramię w ramię szukając tropów, które pozwoliłyby odnaleźć jej matkę, w dalszym ciągu wyrastał między nimi mur. Seichan akceptowała towarzystwo Graya, jego wsparcie, raz nawet wylądowali razem w łóżku. Co nie znaczy, że cokolwiek się wydarzyło. Po prostu pracowali do późna i tak wyszło. Gray nie mógł zasnąć, leżał obok i słuchał jej oddechu, niemal liczył drobne drgnięcia jej ciała przez sen.

Była niczym dzika bestia – kapryśna i czujna.

Gdyby zadziałał zbyt szybko, najprawdopodobniej by się wystraszyła i czmychnęła.

Teraz siedziała sztywna, napięta jak struny wiolonczeli. Wyciągnął rękę, położył dłoń na jej plecach i przyciągnął do siebie. Poczuł, jak stal w jej ciele powoli mięknie. Oparła się o niego rozluźniona. Palcami jednej dłoni bawiła się wisiorkiem na szyi – maleńkim srebrnym smokiem. Druga dotknęła dłoni Graya i powiodła opuszką po bliźnie na jego kciuku.

Było to maksimum, na co mógł liczyć do chwili, aż Seichan znajdzie swoje miejsce w nowym świecie. Wyczuwał, co napędzało ją podczas czteromiesięcznych poszukiwań matki: szansa, by odkryć się na nowo, nawiązać ponowny kontakt z jedyną osobą, która ją chroniła i się nią opiekowała, odbudować utraconą rodzinę. Prawdopodobnie dopiero wtedy będzie mogła odwrócić się od przeszłości i spojrzeć w przyszłość.

Chciał tego i był gotów zrobić wiele, żeby tak się stało.

– Jeśli on cokolwiek wie, wydobędziemy to z niego – obiecał na głos.

Godz. 0.32

– Są w drodze – powiedział dzwoniący. – Powinni dotrzeć do celu za kilka minut.

– Potwierdziłeś ich tożsamość, Tomaz?

Ju-long Delgado chodził wzdłuż biurka z masywnego cejlońskiego mahoniu. Drewno było rzadkie i drogie, tak jak lubił. Gabinet urządzono antykami – częściowo portugalskimi, częściowo chińskimi – co komponowało się z jego rodowodem.

– Próbowaliśmy niższemu ukraść dokumenty, ale włączyła się kobieta – rzekł Tomaz. – Jakimś sposobem zabrała nam portfel.

A więc wiele umiała.

Ju-long zatrzymał się i dotknął jednego z trzech zdjęć na biurku. Kobieta, tak jak on, była produktem wymieszania się kultur, Euroazjatką, a stawiał na połączenie krwi wietnamskiej z francuską.

Zatrzymał wzrok na swoim odbiciu w ciemnym ekranie komputera. Nosił nazwisko ojca, by dać świadectwo obecności swojej rodziny w Makau od wojen opiumowych na początku dziewiętnastego wieku. Imię jego wywodziło się z linii matki. Po ojcu odziedziczył okrągłe oczy i silny zarost na twarzy, który golił na milimetr, po matce – delikatne rysy i gładką skórę. Choć przed kilku laty przekroczył czterdziestkę, powszechnie uważano go za młodszego. Wielu ludzi, patrząc na jego młodzieńczy wygląd, posądzało go o brak doświadczenia, a największym błędem, jaki popełniali, była próba wykorzystania tego do swoich celów.

Nikt nie popełnił tego błędu dwa razy.

Ju-long skupił wzrok na kobiecie na zdjęciu. Była tak dobrą skrytobójczynią, że za jej głowę wyznaczono sowitą nagrodę. Najwyższą cenę oferował izraelski Mosad – w związku z jakimś dawnym przestępstwem – pod warunkiem że nikt nie powiąże ich z tym zabójstwem.

Na tym właśnie polegał największy talent Ju-longa: umiał poruszać się niewidziany, manipulować z dystansu, wykorzystywać nadarzające się okazje.

Popatrzył na zdjęcie żołnierza, byłego rangera. Miał on mocno opaloną twarz, w kącikach szarobłękitnych oczu zmarszczki od słońca; mocną szczękę pokrywał ciemny dwudniowy zarost. Oferta za jego głowę ciągle rosła, a szczególnie skoczyła w ciągu ostatnich dwunastu godzin. Mężczyzna musiał mieć wielu wrogów – albo znać tajemnice wielkiej wagi. Nieważne. Ju-long handlował towarami, nie informacjami. Jak na razie, najwyższą sumę oferował anonimowy kupiec z Syrii.

Trzeci członek grupy – o twarzy goryla – najwyraźniej był tylko ochroniarzem. Kimś, kogo należy usunąć z drogi przed sięgnięciem po nagrodę.

Na razie nie wolno było spuszczać ich z oka.

Zdjęcie tej trójki w terminalu promu byłoby łatwe, tyle że porwanie w miejscu publicznym ściągnęłoby jednak zbyt wiele uwagi. Od kiedy Chińczycy w 1999 roku przejęli kontrolę nad Makau, trzeba było działać dyskretnie. Na szczęście prowadzone przez nowy rząd działania oczyściły półwysep z większości walczących ze sobą chińskich triad, eliminując konkurencję i pozwalając zwiększyć zakres wpływów organizacji Ju-longa. Jako Boss Makau – jak niektórzy go nazywali – trzymał rękę na pulsie i kontrolował niemal wszystko, a chiński rząd dyskretnie odwracał głowę – dopóki urzędnicy dostawali cotygodniową wypłatę.

Im bardziej Makau się bogaciło, tym bardziej bogacił się i on.

– Twoi ludzie zajęli pozycje w Casino Lisboa? – spytał Tomaza, aby nie było jakichkolwiek nieporozumień. – Są gotowi na ich przyjęcie?

– Sim, senhor.

– Świetnie. Jakiego spodziewasz się oporu?

– Nie mają broni palnej, choć przypuszczamy, że wszyscy mają noże. Nie powinno to jednak mieć znaczenia.

Ju-long z zadowoleniem skinął głową.

Gdy zakończył rozmowę, spojrzał na plazmowy telewizor stojący na antycznym portugalskim kufrze marynarskim. Tego dnia Tomaz przekupił ochroniarza z Casino Lisboa, co dało im dostęp do sieci nadzoru wewnętrznego. Ju-longa szczególnie interesował obraz z jednej z sal dla VIP-ów, znajdującej się poza głównym piętrem dla graczy. W Makau było mnóstwo takich prywatnych pomieszczeń, obsługujących wysoko obstawiających graczy, którzy chcieli mieć stół tylko dla siebie albo spędzić czas z którąś z miejscowych elitarnych prostytutek.

W pokoju znajdował się tylko jeden człowiek; siedział na obitej czerwonym jedwabiem kanapie. Przez kilka ostatnich dni rozpowiadał o nocnym spotkaniu i czekającej go fortunie. Gdy pojawiały się pogłoski o pojawieniu się dużych pieniędzy, zwłaszcza pochodzących z zagranicy, prędzej czy później docierały one do Ju-longa Delgado, a on szybko poznawał tożsamość przybyszy, którzy chcieli je wydać.

Gdy płyną pieniądze, można zarobić.

Ju-long stanął za biurkiem. Z okien jego rodzinnej posiadłości rozpościerał się widok na plac Leal Senado, historycznie kolonialne serce Makau, gdzie przez wieki paradowały portugalskie oddziały, a obecnie w świąteczne dni tańczyły chińskie smoki. Na drzewach wisiało mnóstwo latarni i klatek ze śpiewającymi ptakami. Po drugiej stronie placu poustawiano na małych nagrobkach gliniane miski, w których pływały zapalone świeczki, aby oświetlić drogę duchom tych, którzy odeszli.

Największy płomień wisiał jednak na niebie, migoczący i jaskrawy: srebrzysty ogień komety.

Zadowolony Ju-long usiadł na fotelu i skupił się na plazmowym ekranie, gotów wziąć udział w nocnej rozgrywce w Casino Lisboa.

Godz. 0.55

Nie było to Makau, jakie pamiętała.

Seichan wysiadła z taksówki i rozejrzała się. Minęło ponad piętnaście lat od jej ostatniego pobytu w tym miejscu. W drodze z portu, przypominającej jazdę tunelem duchów w lunaparku, ledwie dostrzegała ślady dawnego sennego portugalskiego miasteczka, pełnego wąskich zaułków, kolonialnych posiadłości i barokowo ozdobionych placów.

To wszystko zginęło pod dominującymi, sięgającymi nieba budynkami z neonowym oświetleniem. W dawnych czasach nawet Casino Lisboa było zaniedbane i w niczym nie przypominało zaprojektowanego od nowa tortu urodzinowego. Przed laty nikomu do głowy by nie przyszło, że może powstać coś takiego jak jego najnowsze wcielenie: Grand Lisboa, trzystumetrowa złota wieża w kształcie kwiatu lotosu.

Zdecydowanie nie było to Makau, jakie pamiętała.

Z dawnymi sennymi czasami kojarzyły się jedynie tysiące lampionów, migoczących na jeziorze Nam Van. Na brzegach palono kadzidła, więc łagodną bryzę wypełniały aromaty goździków, anyżu i drewna sandałowego. Tradycję oddawania szacunku zmarłym kultywowano od tysiącleci.

Seichan puściła wiele takich lampionów, by uczcić pamięć matki.

Może już nie będzie musiała tego robić.

Gray spojrzał na zegarek.

– Zostało pięć minut – powiedział, dając do zrozumienia, że muszą się spieszyć. – Spóźnimy się.

Szedł z Kowalskim przodem, Seichan podążała krok z tyłu – nie dlatego, że uważali ją za mniej ważną w tej misji, lecz by pilnować pleców mężczyzn. Makau może schowało dawną twarz za blaskiem neonów i migoczących świateł, ale tam, gdzie na małą przestrzeń spływa wielkie bogactwo – zwłaszcza w regionie świata, który nigdy nie znał dobrobytu – przestępczość i korupcja są głęboko zakorzenione. Seichan czuła, że stare Makau – arena wojen między gangami, handlu żywym towarem i morderstw – w dalszym ciągu żyje w cieniu nowego.

Dostrzegła stojącą w pobliżu wejścia grupę tajlandzkich prostytutek. Jedna z nich ruszyła w kierunku Graya, prawdopodobnie zwabiona jego wyglądem i amerykańską gotówką, Seichan jednak twardo spojrzała na jej umalowane oczy i kobieta szybko się wycofała.

Przez nikogo nienękani, przeszli pod migoczącymi pasmami neonów Casino Lisboa i znaleźli się w środku. Natychmiast uderzył w nich odór dymu papierosowego, zakłuł w oczy i gardła. W powietrzu unosiła się błękitnawa chmura, podkreślając mrok i ponury wygląd głównego poziomu kasyna.

Zagłębiali się w serce ciemności.

Nie było tu luksusowego blasku w stylu Las Vegas. Grano wedle zasad starej szkoły, jakby świat wrócił do ery Rat Pack3. Sufity były niskie, światło – słabe. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły migotanie i dzwonienie jednorękich bandytów. Główna sala mieściła stoły do bakarata, pai gow, sic bo, fan tan. Wokół nich tłoczyli się mężczyźni ze śladami trądziku na twarzy i ponure kobiety, uwięzieni tu zarówno przez uzależnienie, jak i nadzieję. Wszyscy odpalali papierosa od papierosa albo pocierali szczęśliwe talizmany. Pod sufitem wisiało dwanaście smoków – każdy ściskał w łapach migoczącą kulę o zmieniających się barwach. Dwie kule się nie świeciły – najwyraźniej nikt nie zadbał o konserwację.

Atmosfera działała na Seichan relaksująco – podobały jej się nastrój gotowości do poderżnięcia komuś gardła i bezpretensjonalność. Jakby ta mroczna przestrzeń była dobrym kumplem.

– Windy są tam – powiedział Gray, wskazując na szereg kabin po lewej.

Musieli wjechać wyżej – w głąb mrocznych peryferii kompleksu, serca labiryntu VIP-owskich sal, gdzie przepływało prawdziwe bogactwo. W prywatnych pomieszczeniach było znacznie więcej stołów do gry niż w głównej sali.

Po wejściu do kabiny Gray wcisnął przycisk trzeciego piętra. Pokoje na wyższych piętrach obsługiwały wyspecjalizowane agencje – prywatne firmy zapewniające bogatym graczom przelot z Chin kontynentalnych lub dowolnego innego miejsca; dostarczały wszelkich, nawet najbardziej ekstrawaganckich, rozrywek i spełniały dowolne żądania klienta. Pasaż handlowy w podziemiach budynku kasyna pełnił funkcję giełdy prostytutek, gdzie na kiwnięcie palcem można było mieć piękne młode kobiety.

Interesy w prywatnych pokojach robiło dwadzieścia firm, w tym kilka należących do syndykatów przestępczych, dla których pranie brudnych pieniędzy było codziennością. Tutejsza anonimowość i dyskrecja odpowiadały Grayowi i Seichan. Udawali klientów, zamierzających grać na wysokie stawki graczy. Pieniądze ich informatorowi miał przekazać ktoś inny, tak by oni mieli czyste ręce. Cel był prosty i wyraźnie określony: zdobyć informacje, zapłacić, wyjechać.

Winda otworzyła się na korytarz. Wszystko było tu czerwone lub złote i choć miało dawać wrażenie przepychu, wyglądało tandetnie. Przed niektórymi drzwiami stali potężnie zbudowani mężczyźni.

Kowalski przyglądał się im niczym rozdrażniony byk.

– Tędy – powiedziała Seichan, wyprzedzając swych towarzyszy.

Tak blisko celu zaczęło się jej spieszyć. To mogła być ostatnia szansa na poznanie losów matki – inne tropy rozpływały się jeden po drugim jak dym. Z trudem panowała nad niepokojem. Przez ostatnie cztery miesiące korzystała z tego, co jej wpojono podczas szkoleń: zachowaj maksymalną czujność, nie pozwalaj myślom uciekać, skupiać się na niepokojach, nadziejach i rozpaczy. Dlatego trzymała Graya na dystans, chociaż on wyraźnie chciał stać się częścią jej życia.

Nie mogła stracić panowania nad sytuacją.

Wyznaczona im sala dla VIP-ów znajdowała się na końcu korytarza. Po obu stronach drzwi stali potężni mężczyźni z wybrzuszeniami pod marynarkami – ochroniarze z firmy wynajmującej lokal.

Seichan pokazała im dokumenty.

Gray i Kowalski zrobili to samo.

Dopiero wtedy jeden z goryli zapukał do drzwi i je otworzył. Seichan weszła pierwsza i szybko zlustrowała wnętrze. Ściany pomalowano na złoto, dywan był w szkarłatno-czarne wzory. Z lewej strony stał stół do bakarata z zielonym suknem, z prawej ustawiono obite czerwonym jedwabiem krzesła, kanapę i fotele. W pokoju znajdowała się tylko jedna osoba.

Doktor Hwan Pak.

To z jego powodu musieli być tak ostrożni i użyć tylu wybiegów. Pracował jako główny naukowiec w Centrum Nuklearnych Badań Jądrowych Jongbjon w Korei Północnej, ośrodku wzbogacania uranu wykorzystywanego w koreańskim programie atomowym. Był poważnie uzależniony od hazardu, choć wiedziało o tym jedynie kilka agencji wywiadowczych.

Doktor Hwan Pak zdusił papierosa w popielniczce i wstał z kanapy. Miał zaledwie metr sześćdziesiąt pięć wzrostu i był chudy jak szczapa. Na powitanie lekko się ukłonił, patrząc na Graya, jakby wyczuwał, że to on dowodzi. Zignorował Seichan – w końcu była tylko kobietą.

– Spóźnił się pan – powiedział grzecznie, ale zdecydowanie. Jego akcent był ledwie wyczuwalny. Sięgnął do kieszeni i wyjął telefon komórkowy. – Kupił pan godzinę mojego czasu. Za osiemset tysięcy, jak ustalone.

Seichan skrzyżowała ramiona na piersi i czekała, aż Gray wpisze kod transferu ustalony w porozumieniu z firmą obsługującą salę.

– Czterysta tysięcy teraz – rzekł Gray. – Reszta, gdy zadowolą mnie pańskie informacje.

Cenę ustalono w dolarach hongkońskich, co równało się około osiemdziesięciu tysiącom dolarów amerykańskich. Gdyby się okazało, że mężczyzna naprawdę wie coś konkretnego o jej matce, Seichan z radością zapłaciłaby dziesięć razy więcej. Cień desperacji w oczach Paka świadczył o tym, że zgodziłby się na sumę znacznie niższą od oferowanej. Musiał wyrównać spore długi u niezbyt przyjemnych ludzi – tak duże, że nawet oczekiwana nagroda nie mogła pokryć ich w całości.

– Nie będzie pan rozczarowany – powiedział Koreańczyk.

Godz. 1.14

Gdy Hwan Pak zaprosił gości, aby usiedli, Ju-long Delgado, rozparty w fotelu w znajdującym się niemal po drugiej stronie Makau gabinecie, uśmiechnął się szeroko. Na ekranie dokładnie było widać, że wielkolud trzyma się nieco na uboczu, podchodzi do stołu do bakarata, przysiada na nim i zaczyna mechanicznie skubać filc.

Dwa wartościowe cele – skrytobójczyni i były żołnierz – usiadły na obitych czerwonym jedwabiem fotelach.

Ju-long chętnie posłuchałby rozmowy, niestety transmisja szła tylko w wersji wideo.

Szkoda.

W obliczu spodziewanych zysków była to tylko drobna niedogodność.

Doskonale znał powiedzenie: Wszystko, co dobre trafia do tych, którzy czekają.

Godz. 1.17

Seichan pozwoliła Grayowi prowadzić przesłuchanie Hwan Paka. Wobec mężczyzny naukowiec z Korei Północnej powinien być mniej oporny.

Szowinistyczna świnia…

– A więc zna pan kobietę, której szukamy? – zaczął Gray.

– Ye – odparł Pak, kiwając głową. Zapalił kolejnego papierosa i wydmuchnął długą smugę dymu. Był wyraźnie zdenerwowany. – Nazywa się Guan-yin. Choć nie sądzę, że to jej prawdziwe imię.

Bo nie jest, pomyślała Seichan. A przynajmniej dawniej nie było.

Jej matka naprawdę nazywała się Mai Fuong Li.

Nagle, ni stąd, ni zowąd, Seichan coś się przypomniało. Była dziewczynką, leżała na brzuchu nad małym ogrodowym stawem, próbując zwabić złotego karpia, i nagle tuż obok, w lustrze wody, pojawiła się twarz matki; otoczona płatkami kwiatów wiśni pływającymi na zmarszczonej drobnymi falami powierzchni.

Patronki matki.

Kwiaty wiśni.

Seichan zamrugała, by powrócić do rzeczywistości. Nic dziwnego, że matka przybrała nowe imię. Uciekała, musiała się ukrywać, a nowe imię pozwalało rozpocząć nowe życie.

Korzystając z pomocy Sigmy, Seichan odkryła, kto porwał jej matkę: agenci wietnamskiej tajnej policji, eufemistycznie zwanej Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego. Dowiedzieli się o jej związku z amerykańskim dyplomatą – ojcem Seichan – i o tym, że zwykły flirt przerodził się w miłość, i postanowili wydobyć z niej amerykańskie tajemnice.

Matkę Seichan uwięziono w obozie karnym pod miastem, które nazywało się wtedy Ho Chi Minh, skąd uciekła rok później, gdy wybuchł tam bunt. Przez krótki czas – z powodu urzędniczej pomyłki – uważano ją za martwą, jedną z ofiar tego buntu. Dzięki temu szczęśliwemu przypadkowi zgubiła prześladowców i udało jej się opuścić Wietnam i zniknąć w dalekim świecie.

Seichan dręczyły tysiące pytań.

Szukała mnie? Uważała, że nie żyję?

– Guan-yin – powiedział Pak. Na jego ustach pojawił się ślad uśmiechu, drwiącego i gorzkiego. – Tak piękne imię zdecydowanie do niej nie pasowało… gdy spotkaliśmy się osiem lat temu.

– Co pan ma na myśli? – spytał Gray.

– Guan-yin oznacza „bogini miłosierdzia”. – Pak uniósł lewą dłoń. Brakowało jednego palca. – Tak wygląda jej łaskawość.

Seichan przysunęła się bliżej i po raz pierwszy się odezwała.

– Jak ją pan poznał? – spytała lodowato.

Pak sprawiał wrażenie, że zamierza zignorować to pytanie, po chwili jednak lekko zmrużył oczy. Przyjrzał się uważniej Seichan, jakby dopiero teraz ją dostrzegł. W jego spojrzeniu pojawiła się podejrzliwość.

– Brzmisz jak… Właśnie wtedy… nie, to niemożliwe.

Gray pochylił się i spojrzał Koreańczykowi w oczy.

– To droga godzina, doktorze Pak. Proszę odpowiedzieć na pytanie tej pani. Jak poznał pan Guan-yin? Kim była?

Naukowiec wygładził klapy marynarki, jakby to mogło mu pomóc się uspokoić.

– Kiedyś prowadziła ten właśnie lokal – powiedział, lekko kiwając głową dla zaakcentowania, że ma na myśli pokój, w którym się znajdowali. – Jako Głowa Smoka triady Duàn zhī z Kowloonu.

Na dźwięk tej nazwy Seichan drgnęła.

– Twierdzi pan, że Guan-yin była szefem chińskiej triady? – spytał Gray z niedowierzaniem.

– Ye – rzucił ostro naukowiec. – Jest jedyną kobietą, która kiedykolwiek została Głową Smoka. Dla osiągnięcia tego celu musiała być skrajnie bezlitosna. Powinienem wiedzieć, że nie należy zaciągać u niej pożyczki. – Potarł kikut palca.

– Kazała obciąć panu palec? – spytał Gray.

– Aniyo – zaprzeczył Koreańczyk. – Zrobiła to osobiście. Przyjechała z Kowloonu z młotkiem i dłutem. Nazwa jej triady znaczy „złamana gałąź”. To typowy dla niej sposób zachęcania do szybkiego spłacania długów.

Gray skrzywił się na myśl o takiej brutalności.

Seichan również poczuła niesmak. Obraz obcinanego dłutem palca tak kłócił się z obrazem matki opiekującej się gołębiem ze złamanym skrzydłem, że z trudem chwytała powietrze. Koreańczyk na pewno jednak nie kłamał.

Gray nie był o tym aż tak bardzo przekonany.

– Skąd pan wie, że ta szefowa triady jest kobietą, której szukamy? Jaki może pan dać dowód? Ma pan zdjęcie ukazujące was razem?

Rozpuszczając wieść o poszukiwaniu, Sigma opublikowała zdjęcie matki Seichan pochodzące z akt wietnamskiego więzienia, w którym ją przetrzymywano, oraz komputerową symulację, jak może wyglądać obecnie, po dwudziestu latach. Wymieniła także listę możliwych miejsc jej pobytu, nie była ona jednak zbyt dokładna, bo obejmowała spory region Azji Południowo-Wschodniej.

Doktor Pak chwycił jednak przynętę.

– Zdjęcie? – Pokręcił głową i zapalił kolejnego papierosa. – Ona nie pokazuje się publicznie. Jej twarz widziało jedynie kilka najwyżej postawionych osób w hierarchii jej triady. Jeżeli ujrzy ją ktokolwiek niepowołany, nie pożyje wystarczająco długo, aby o tym opowiedzieć.

– Więc w jaki sposób…?

Pak dotknął swojego gardła.

– Smok. Ujrzałem go, gdy zamachnęła się młotkiem. Dyndał jej na szyi, srebro błyszczało zimno, bezlitośnie jak kobieta, która go nosiła.

– Taki jak ten? – Seichan sięgnęła za kołnierzyk i wyciągnęła zawieszkę ze smokiem. W aktach wywiadowczych zamieszczono jego zdjęcie, był bowiem kopią wisiorka matki. Pamięć o nim Seichan miała wyrytą głęboko i nieraz pojawiał się w jej snach…

…w których leżała w ramionach matki na łóżku pod oknem, zza którego dolatywał śpiew ptaków, a spoczywający w zagłębieniu matczynej szyi smok z każdym jej oddechem migotał w świetle księżyca niczym marszcząca się woda…

Hwan Pak musiał mieć inne wspomnienia, bo skulił się, jakby chciał się zapaść pod ziemię.

– Musi być wiele podobnych smoków – stwierdził Gray. – Pańskie słowa to żaden dowód. To jedynie wspomnienie sztuki biżuterii widzianej osiem lat temu.

– Jeżeli chce pan prawdziwego dowodu…

Seichan przerwała Koreańczykowi w pół słowa. Wstała i energicznym ruchem schowała wisiorek za kołnierz. Dała znak Grayowi, że chce porozmawiać z nim w cztery oczy.

Odeszli za stół do bakarata i zaczęła mu szeptać do ucha. Przed podsłuchaniem dodatkowo chroniły ich szerokie bary Kowalskiego.

– On mówi prawdę – powiedziała. – Musimy przejść do następnego etapu przesłuchania i dowiedzieć się, gdzie jej szukać w Kowloonie.

– Seichan, wiem, że chcesz mu wierzyć, ale pozwól mi…

Ścisnęła Graya za biceps.

– Nazwa triady. Duàn zhī.

Widząc wyraz twarzy Seichan, Gray zamilkł i pozwolił jej dokończyć.

– Nazwa… złamana gałąź. – Od samego brzmienia tych słów coś w niej pękało.

Czekał, nie rozumiejąc, pozwalał jej jednak wyjaśniać do końca.

– Moje imię… – powiedziała z wahaniem, zdając sobie sprawę, że odsłania kawałek siebie – to, które dała mi matka… to, które odrzuciłam, aby pozostawić za sobą dzieciństwo… brzmiało Chi.

Nowe imię dawało szansę rozpoczęcia nowego życia…

– A więc naprawdę nazywasz się Chi.

– Nazywałam się.

Dziewczynka o tym imieniu umarła dawno temu.

Seichan wzięła głęboki wdech, żeby się uspokoić.

– Po wietnamsku „chi” oznacza „gałąź”.