Wydawca: Akurat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 156

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Okna - Anna Kozak

Krzesło, które staje się obiektem religijnego uwielbienia, anioły z krótkimi, owłosionymi nogami, zawody w łyżwiarstwie bez łyżew na zamarzniętym stawie, ordynator zdominowany seksualnie przez siostrę oddziałową i pacjent, który słyszy głos Boga wydobywający się z jego zęba – to codzienność oddziału psychiatrycznego w prowincjonalnym szpitalu. Codzienność bolesna, rozpaczliwa i zawirowana, żadna postać nie jest do końca określona, bo żadna nie jest do końca tylko sobą; lekarz bywa przekonany o tym, że jest muchą, pacjentka zamienia się w figurkę z kapliczki, lekarka miewa anielskie skrzydła, pacjent uzdrawia, zmarli ożywają, żywi jakby nigdy się nie urodzili, niebo mieści się w zagraconym składziku na zapleczu. A wszędzie są Okna, przez które widać roztrzaskane, czasem kuszące, częściej groźne, chaotycznie porozrzucane fragmenty rzeczywistości i złudzeń.

 

W miarę rozwoju wydarzeń czytelnik coraz częściej zadaje sobie pytanie, co jest jawą, a co sennym marzeniem, koszmarem lub wytworem chorej wyobraźni bohaterów. Identyczne pytania zadają sobie postaci z książki, uparcie poszukujące tożsamości, miłości i odrobiny bezpieczeństwa w rozbitym na ostre fragmenty, boleśnie kaleczącym świecie.

Opinie o ebooku Okna - Anna Kozak

Fragment ebooka Okna - Anna Kozak

Projekt okładki: Katarzyna Konior

Redakcja: Arkadiusz Nakoniecznik

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Zofia Smuga, Elżbieta Steglińska

Zdjęcia na okładce:

© olly – Fotolia.com

© Stefan Schierle – Fotolia.com

© InnervisionArt/ShutterStock

Ilustracje w książce:

© Eky Chan – Fotolia.com

© for the text by Anna Kozak

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

ISBN 978-83-7758-838-3

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I

Moim Rodzicom

Przyglądałem się dziwnej parze siedzącej na ławce: ona – w białej ni to koszuli, ni to fartuchu z mnóstwem falban przypominających skrzydła, on – z wielkim brzuchem i krótkimi owłosionymi nogami. Rozmawiali, patrząc w niebo, na którym chmury utworzyły coś na kształt wielkiego budynku. Był piękny, ciepły dzień.

– Jak myślisz, jak świat wygląda z tamtej strony? – zapytała.

– Tak samo jak z naszej, tyle że odwrotnie.

– Ale my nie mamy krat w oknach! – zaprotestowała.

Spojrzał na nią z pobłażliwym uśmiechem, wyciągnął z koszyka ogromną bagietkę, oderwał kawałek i włożył go do ust. Przez chwilę gryzł i przeżuwał, aż w końcu głośno przełknął. Kiedy już zjadł wszystko, co ze sobą mieli – poza jabłkiem, które wypadło mu z ręki i potoczyło się po ziemi – głośno beknął i pogłaskał się po brzuchu.

– Co widzisz? – zapytał.

– Człowieka. Siedzi na łóżku i patrzy na nas.

– Co jeszcze?

– Odrapane ściany, szafkę, drzwi za jego plecami.

– A kraty? Krat nie widzisz?

Zapadła cisza, umilkł nawet wiatr, który do tej pory szumiał w koronach drzew. Wszystko jakby zastygło, stanęło w miejscu, zupełnie poza czasem. Kobieta patrzyła przed siebie ze łzami w oczach. Oprócz ogromnych, ciężkich krat w oknach nie widziała już niczego.

Znowu ten sam widok w lustrze: twarz młoda, a jednak zmęczona i dziwnie nieznajoma, jakbym ją widział pierwszy raz, jakby tych kilka godzin niespokojnego snu sprawiło, że zupełnie się od niej odzwyczaiłem. Wyciągnąłem rękę i delikatnie poklepałem policzek. Miałem wrażenie, że odbicie w lustrze kpi ze mnie i zaczyna powtarzać ruch z wyraźnym opóźnieniem, jakby ten blady mężczyzna żył swoim życiem, niezależnym i – kto wie – może szczęśliwszym od mojego? Gapiłem się z obrzydzeniem, a jednocześnie tak bardzo pragnąłem znaleźć się po drugiej stronie, uciec stąd, od siebie, zapomnieć o tym, kim jestem i co czuję. Od prawie pół roku każdy poranek wyglądał tak samo, ale nie to było najbardziej przerażające, lecz myśli, które pojawiały się po pierwszym zanurzeniu twarzy w zimnej wodzie. A gdybym spróbował raz jeszcze? Nikt nie zauważy, wszyscy są zajęci szarpaniem się z pielęgniarka­mi, szukaniem rzeczy skradzionych nocą z szafek. Wystarczy mocno uderzyć i z kawałkiem szkła zamknąć się w łazience. Schowam go pod piżamą i błyskawicznie przemknę tuż przy ścianie pogrążonego w półmroku korytarza. Wystarczy tylko powiedzieć „dzień dobry” siostrze oddziałowej, która z braku innych zajęć snuje się niczym jeden z pacjentów. Cóż znaczy ten mały wysiłek, na tyle mnie jeszcze stać, tyle potrafię, przecież ukończyłem studia wyższe z najlepszym wynikiem na roku. Przejdę, skinę głową i jakby nigdy nic po drodze zabiorę papier toaletowy. Nikt nie podejrzewa, nikt się nie domyśla, przecież codziennie rano na zebraniu mówię, że czuję się znacznie lepiej, że jestem już w stanie przeczytać cały artykuł w gazecie… Co prawda, chwilę później nie pamiętam ani słowa, ale o to na szczęście nie pytają. Pójdę z tym małym kawałkiem szkła. Najgorzej będzie, jeśli ktoś się zorientuje, wpadnie do łazienki i wezwie lekarza. Najpierw mnie pozszywają, a potem przypną pasami do łóżka w sali obserwacyjnej. Będę tak leżał bez ruchu przez kilka dni, gapiąc się w sufit, zwyk­ły biały sufit z lampą pośrodku, a potem wszystko od początku: końskie dawki leków, po których wciąż się zataczam, posiłki, w trakcie których nie jestem w stanie utrzymać łyżki, wyprawy do toalety w towarzystwie pielęgniarki, pilnującej, żebym się nie powiesił. Ciekawe, na czym miałbym się powiesić? Na nitce pajęczyny?

Mam na imię Maciek i pierwszy raz podobny stan przeżyłem, wchodząc z dzieciństwa w wiek dojrzały. Pojawiły się wtedy podobne myśli, tylko trochę mniej intensywne i natarczywe. Pochłaniały mnie niczym pasożyt, coraz większy i coraz bardziej żarłoczny. Zawsze marzyłem o socjologii, o badaniu sposobu funkcjonowania i zmian zachodzących w społeczeństwie, o obserwowaniu jednostek uwikłanych w relacje międzyludzkie, chciałem zostać doktorem i pracować na uniwersytecie. Ze względu na te marzenia zdecydowałem się na wiele wyrzeczeń, dostałem się na upragnione studia, lecz moja radość nie trwała długo. Istnieją socjolodzy, którzy boją się ludzi – to było moje największe odkrycie w trakcie studiów.

Obudziłem się gwałtownie, nie wiem dlaczego. Leżałem nieruchomo jak kłoda, z rękami jak martwe gałęzie. Nie otwierałem oczu. Śmierdziało potem i moczem. Przez głowę przemknęła mi niepokojąca myśl, czy to aby nie ja zmoczyłem w nocy łóżko. Z trudem wsunąłem rękę pod kołdrę i sprawdziłem najpierw prześcieradło, potem krocze, przy którym nieco dłużej się zatrzymałem. Mocno złapałem członek, jakbym chciał obudzić umarłego, po czym zacząłem ściskać, coraz mocniej i szybciej, ale szybko zaprzestałem daremnych wysiłków. Leżałem spokojnie, usiłując pozbyć się napięcia nerwowego, które od tak dawna towarzyszyło mi w postaci bólu. Wydawało mi się, że czuję, jak sztywność ramion i szyi ogranicza przepływ krwi tętniczej i żylnej do mózgu. Mimo kilku godzin snu nie czułem się wypoczęty. Znowu miałem koszmary czy też nietypowe marzenia senne – takiego określenia użyto na ulotce informacyjnej leku, w podpunkcie o działaniach niepożądanych, czyli występujących często, czyli średnio u jednego pacjenta na stu.

Odkrztusiłem krew, która zgromadziła mi się w gardle – od pewnego czasu miałem też skłonność do krwawień z nosa i dziąseł – po czym przełknąłem z niesmakiem, zbyt zmęczony, żeby wstać i splunąć do umywalki. Nie chciałem jeszcze rozpoczynać dnia, pragnąłem jak najdłużej leżeć w ciszy i się nią delektować. Powieki, nadal ciężkie, stanowiły moją ostatnią linię obrony.

Nagle serce skoczyło mi do gardła: usłyszałem coś, co przypominało modlitwę, męski głos, którego źródła nie potrafiłem umiejscowić. Sparaliżowany strachem, nie byłem w stanie otworzyć oczu, choć akurat teraz bardzo chciałem to zrobić. Kiedy zasypiałem wczoraj, byłem w pokoju sam; z pewnością obudziłbym się, gdyby kogoś przywieziono, zawsze się budziłem. Przy takiej okazji pojawiały się pie­lęgniarki, sanitariusze, lekarz, wszystko aż furkotało, tak sprawnie i szybko działali, ale ja wiedziałem, że myślą tylko o tym, żeby jak najprędzej wrócić do przerwanych zajęć, czyli do spania w dyżurce w pojedynkę lub parami, zależnie od tego, jak akurat ułożył się grafik. Pomyślałem, że to echo koszmarów sennych, że jeszcze potrzebuję kilku minut, aby w pełni się obudzić; niestety, chociaż szczypałem się w udo aż do bólu, głos nie milkł, wręcz przeciwnie: przybierał na sile, stawał się coraz bardziej donośny i wyraźny.

Nigdy nie przypuszczałem, że za życia będzie mi dane rozmawiać ze Stwórcą, ale jak traktować serio kogoś, czyj głos wydobywa się z zęba? Bo chyba tylko z mojego zęba mógł ten głos pochodzić, skoro oprócz mnie w pokoju nie było nikogo. Odpuszczam ci grzechy. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego… Przecież przyjmowałem leki, nie chowałem pod język, nie wyrzucałem, nie wymiotowałem po kryjomu, jakim więc sposobem słyszę głosy? Inni pacjenci często o czymś takim wspominali, mówili, że głosy każą im robić różne rzeczy, najczęściej złe i niegodziwe – biegać nago po szpitalu albo wydłubywać gałki oczne współpacjentów za pomocą łyżeczki do herbaty – lecz mnie to nie dotyczyło. Owszem, też byłem chory, ale nie tak bardzo jak oni. Zawsze jakoś z tego wychodziłem i wracałem do normalnego życia, do wykładów, seminariów i artykułów. Przerażony, pomyślałem, że jeśli to potrwa dłużej, jeśli głos nie umilknie, w końcu będę miał dosyć niekończących się rozgrzeszeń, złapię kombinerki i wyrwę sobie z żuchwy i szczęki po dwa kły służące do chwytania i rozgryzania pokarmu, po cztery siekacze do odgryzania kęsów oraz dziesięć zębów trzonowych miażdżących i rozcierających pożywienie.

Zdołowany koszmarną wizją jedzenia kleiku do końca życia, postanowiłem jednak otworzyć oczy, powoli i niepostrzeżenie, żeby nie rozgniewać głosu, który na chwilę zamilkł. W sali panował półmrok, wszystko było szare i lekko rozmazane, jak w starych czarno-białych filmach, nawet fioletowy grzyb nad lustrem wyglądał nieciekawie i byle jak. Diabelskie sztuczki, pomyślałem, po czym zrobiłem znak krzyża na czole. Przy okazji niechcący zadrapa­łem sobie nos. Ogarniało mnie coraz silniejsze prze­konanie, że jestem Wybranym. Wyobraziłem sobie, jak spisując wspomnienia, szczegółowo przedstawiam dzisiejsze wydarzenie, jak nanoszę poprawki, wymyślam tytuł, który rzuci wszystkich na kolana, wchodzę do sali wykładowej i na oczach blisko stu osób rozpadam się na kawałki albo zmieniam stan skupienia ze stałego na gazowy, albo topię się w kałuży własnego moczu.

Ten ostatni obraz sprawił, że nieco oprzytomniałem. Jednak wciąż jestem chory, wciąż potrzebuję wsparcia i pomocy. Leżałem, bo co innego miałem robić?

– Nie wolno wstawać, kiedy człowiek źle się czuje – mruknąłem pod nosem.

Za oknem krople deszczu z łoskotem rozbijały się o parapet. A może wcale nie pada, może to kolejny wytwór mojej chorej wyobraźni? Mózg, najcudowniejsze narzędzie, jakim dysponowałem – przynajmniej do tej pory tak sądziłem – się zepsuł. Przypomniałem sobie podróż do Chin, zaledwie pół roku temu tam byłem, mieszkałem, chodziłem, spałem, nie kochałem się – z tym zawsze miałem problem – mijałem przechodniów, zwiedzałem, notowałem, spisywałem, robiłem zdjęcia, tylko czy to wszystko rzeczywiście się działo? Było już tak dobrze, przecież nie stłukłem lustra wiszącego nad umywalką, tylko o tym myślałem, a to przecież spory postęp w leczeniu, wszystko na nic, przez jakiś cholerny boski plan, którego nie akceptuję. Ucieknę, nikomu do niczego się nie przyznam, wyjdę na spacer pod opieką tej grubej pielęgniarki i najzwyczajniej w świecie się oddalę. Nikomu nie zagrażam, więc nie wyślą za mną policji, następnego dnia ordynator sporządzi wypis i sprawa zostanie zamknięta. Teczka z historią leczenia trafi do archiwum, w którym mole zrobią z niej odpowiedni użytek.

– Nie znam cię. – Uśmiechnął się, odsłaniając bezzębne dziąsła. – Pierwszy raz na jedynce?

– Zgadza się.

Spuściłem głowę, udając, że czegoś szukam pod łóżkiem. Nie miałem odwagi dłużej patrzeć na kogoś, kogo jeszcze godzinę temu brałem za Stwórcę we własnej osobie, komunikującego się ze mną za pośrednictwem któregoś z moich zębów.

– Stary, nie przejmuj się! Łazienki może i są najbrzydsze w całym szpitalu, ale za to jakie pielęgniarki! – Puścił do mnie oko. – Jedna większa od drugiej, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Istotnie, piersi miały ogromne, zwłaszcza oddziałowa. Pamiętam, jak w dniu, kiedy trafiłem do szpitala, pochyliła się nade mną, żeby sprawdzić, czy w ustach albo kieszeniach spodni nie ukryłem przedmiotów zagrażających życiu lub zdrowiu. Nie mogłem oderwać wzroku od jej dekoltu, z którego wylewały się atrybuty kobiecości niewiele różniące się od krowich wymion. Myślę, że w ten specyficzny sposób każdemu nowemu pacjentowi dawała jasno do zro­zumienia, kto tutaj rządzi. Nic dziwnego, pozostałe pielęgniarki mimo wszystko nie dorównywały jej bujnością kształtów. Miejsce w hierarchii służbowej wyznaczał obwód klatki piersiowej – przynajmniej wśród żeńskiej części personelu.

– Palisz? – zapytał, bawiąc się zapalniczką.

– Nie.

– To źle, stary. Zwariujesz z nudów.

Nagle jakby przestał się mną interesować i bez słowa wyszedł z pokoju.

Siedziałem jak sparaliżowany. Czy będąc już wariatem – przynajmniej w świetle diagnozy oraz tego, co od pewnego czasu wszyscy usiłowali mi wmówić, a z czym nie do końca się zgadzałem – można powtórnie zwariować? Dlaczego nikt mi nie powiedział, że palenie zwiększy moje szanse na wyjście stąd i szczęśliwy powrót na łono zdrowej części społeczeństwa? A więc to dlatego pielęgniarki rekwirowały wszystkim papierosy, a następnie wydzielały po jednym co 3–4 godziny. Z każdą chwilą coraz lepiej rozumiałem spisek, w którym uczestniczyli bez wątpienia wszyscy pracownicy szpitala. Od lekarzy poczynając, na pielęg­niarkach i salowych kończąc, wszyscy palili. Chodziło o dym; stanowi naturalną barierę ochronną, jego nieprzejrzystość sprawia, że nikt nie jest w stanie odczytywać i wykradać myśli. To dlatego słuchacze moich wykładów doskonale wiedzieli, czego się boję! Z dziecinną łatwością mogli zaglądać do najgłębszych i najbardziej intymnych zakamarków mojego umysłu, do których nawet ja nie miałem dostępu. Te natrętne spojrzenia, zerkanie na zegarek, szepty… Wszystko po to, żeby mnie zniszczyć. Tak, koniecznie muszę zacząć palić.

– Z drogi! – krzyczałem, co sił w nogach gnając w kierunku palarni.

Wpadłem, zdyszany, i czym prędzej wyszarpnąłem papierosa z ust jakiejś kobiety. Zaciągnąłem się głęboko, jakbym chciał nadrobić wszystkie stracone lata. Jak tylko atak kaszlu ustał, poczułem, że wracam do zdrowia. To nic, że prawie wyplułem płuca, to nic, że pacjentka, której zabrałem papierosa, obrzuciła mnie stekiem wyzwisk; nawet próba zamachu na moje życie nie byłaby w stanie wyprowadzić mnie z błogostanu, w którym się znajdowałem. W palarni znowu zapanował spokój, wszyscy w milczeniu delektowali się smakiem i zapachem tytoniu.

Jak tylko przekroczyłem próg oddziału, poczułem woń potu, moczu, wilgoci i tytoniu. Zwłaszcza tytoniu. Mój gabinet – niewątpliwie wskutek knowań oddziałowej, której szczerze nienawidziłem od pierwszego dnia pracy – znajdował się naprzeciwko palarni. Do smrodu papierosów można się przyzwyczaić, jak do każdego smrodu zresztą, ale do pacjentów, którzy zawsze czegoś chcą – nigdy. Szybko wyciągnąłem klucz z zamka i, zwrócony plecami do ściany, zacząłem się przesuwać w kierunku ga­binetu ordynatora. Już, już wydawało mi się, że bez problemów dotrę do celu, kiedy poczułem na karku czyjś gorący oddech. Skłamałbym, twierdząc, że pachniał fiołkami. Mogło to oznaczać tylko jedno: półtora do dwóch centymetrów za mną znajdował się prześladowca w piżamie w paski. Stałem jak skamieniały, zbyt przera­żony, aby odwrócić głowę albo zawołać o pomoc. Po chwili zastanowienia doszedłem zresztą do wniosku, że prosząc pielęgniarki o odeskortowanie mnie do drzwi, naraziłbym się co najmniej na śmieszność. Stałem więc jak kołek – pacjent niestety też. Panowała kompletna cisza, nawet muchy, które do tej pory głośno i natarczywie informowały o swojej obecności, nagle zamilkły. Prawdopodobnie umarły ze śmiechu. Potrzebowałem jakiegoś planu, i to szybko. Niestety: jedyna myśl, jaka mi przyszła do głowy, dotyczyła konieczności szybkiego odwiedzenia toalety. Zostałem zdybany niemal dokładnie w połowie korytarza; droga do drzwi oddziału i do drzwi mojego gabinetu była równie daleka. Coraz mocniej zaciskałem palce na uchwycie teczki. Był mokry i lepki od potu

– Panie doktorze, wszędzie pana szukam! Zapomniał pan o zebraniu? Pacjenci czekają już w świetlicy!

Głos siostry oddziałowej, który do tej pory kojarzył mi się wyłącznie ze skrzeczeniem żab, teraz zabrzmiał w moich uszach niczym anielski śpiew. Nie słuchałem, co mówiła, to nie miało najmniejszego znaczenia; liczył się tylko fakt, że pędziła mi na odsiecz z natapirowanymi włosami przypominającymi husarskie skrzydła. Z uwielbieniem wpatrywałem się w jej ogromną postać. Wszystko miała wielkie, od stóp poczynając, a na głowie kończąc, największe jednak bez wątpienia były piersi. Nic dziwnego, że pacjenci się jej bali – gdyby zechciała, każdego mogłaby zmiażdżyć gigantycznym biustem. Nie mogłem się oprzeć jej nadmiernie rozrośniętym wdziękom, czułem, że za chwilę eksploduję, marzyłem, by podeszła i przycisnęła mnie do ściany. Jej usta, rozwarte niczym wejście do jaskini, w której mógłbym na zawsze zamieszkać, zdawały się wzywać mnie i zapraszać.

– Panie doktorze, czy pan mnie słucha? – Miała zaczerwienioną twarz. Pomyślałem, że jest na mnie zła, co jeszcze bardziej mnie podnieciło. – Panie doktorze, czy…

Nie zdołała skończyć zdania, gdyż nagle złapałem ją w pasie, przyciągnąłem jeszcze bliżej i wpiłem się w jej usta najmocniej, jak mogłem. Smakowała czekoladą. Nie walczyła, prawdopodobnie zbyt oszołomiona i zaskoczona, stała jak słup soli, co odrobinę ostudziło moje zapały. Liczyłem na opór, walkę, szarpaninę, strzępki ubrań – tym bardziej że spodnie i tak zdecydowanie musiałem zmienić. Przez kilka sekund staliśmy w bezruchu. Bez wątpienia moje poczynania wywarły na niej piorunujące wrażenie, zwłaszcza że mogłem się poszczycić zaledwie miesięcznym stażem pracy na stanowisku ordynatora. Przestał mi przeszkadzać cuchnący oddech pacjenta, który wciąż sterczał obok i śledził rozwój wypadków oczami wielkimi jak spodki. Ile bym dał, żeby ta chwila nigdy się nie skończyła albo przynajmniej trwała do godziny czternastej czterdzieści pięć, bo wtedy z dokładnością szwajcarskiego zegarka zamierzałem opuścić to miejsce i udać się dokądkolwiek, byle jak najdalej stąd, i nie wracać aż do godziny siódmej rano dnia następnego. Nagle poczułem mocne uderzenie i przeszy­wający ból w szczęce. Miałem wrażenie, że za chwilę będę zmuszony wypluć wszystkie zęby, bo inaczej się nimi zadławię. Podniosłem wzrok na wiszącą nade mną pięść, gotową do powtórnego zadania ciosu.

– Przerwał mi pan, a bardzo tego nie lubię. – Poprawiła włosy. – Zapomniał pan o zebraniu?

– Nie zapomniałem – zdołałem wycedzić przez zęby, co oznaczało, że ich jednak nie straciłem.

– A pan tu czego?! – wydarła się na pacjenta, po czym nie czekając na odpowiedź, szarpnęła go za rękę i pociągnęła w stronę świetlicy. Wziąłem głęboki wdech, zasłoniłem teczką spodnie na odpowiedniej wysokości i, wciąż zwrócony plecami do ściany, poszedłem za nimi.

– Czuję się dobrze, leki przyjmuję, personel jest bardzo miły – usłyszałem, wchodząc do świetlicy. Nie zaczekali na nas, ale jakoś wcale mnie to nie zmartwiło, zwłaszcza że wszyscy z góry i tak wiedzieli, co powie kolejny pacjent. Personel też nie wykazywał szczególnej inwencji, wychodząc ze słusznego założenia, że relacja czterdziestoletniej pielęg­niarki z jej wczorajszej rozmowy z mężem na temat wymiany okien raczej nie wywoła niczyjego zainteresowania.

– Panie Macieju, ma pan jakieś wątpliwości co do sposobu leczenia? Chce pan o coś zapytać ordynatora? Jak widać, właśnie dotarł.

Złośliwa małpa, pomyślałem. Do tego jeszcze ten czerwony sweter. Mimo wszystko po takim pocałunku powinna mi trochę odpuścić, a ona co? Napuszcza na mnie pacjentów. Zresztą, sama też dopiero co przyszła.

– Właśnie, panie ordynatorze… – usłyszałem męski głos. – Chciałem pana zapytać…

– Po zebraniu, niech pan przyjdzie do mojego gabinetu po zebraniu – przerwałem, nie czekając na niekorzystny dla mnie rozwój wypadków.

– Proponuję, żeby umówił się pan bardziej konkretnie. – Chociaż siostra oddziałowa mówiła do pacjenta, to przez cały czas przeszywała mnie wzrokiem. – Pasuje panu trzynasta trzydzieści?

Przez chwilę nie wiedziałem, do którego z nas się zwraca. Jeśli chodzi o mnie, to nie, nie pasuje, żadna godzina mi nie pasuje. Sam na sam w gabinecie z pacjentem? Co ona sobie wyobraża, chyba po to są te zebrania, żebym przez resztę dnia nie musiał słuchać bredzenia o fontannie młodości albo o obcych wykradających myśli za pomocą małych urządzeń ukrytych w kieszeniach długich szarych prochowców.

– Tak, siostro, pasuje.

Z czego wynika, że muszę wymknąć się na obiad już o trzynastej i do czternastej czterdzieści pięć bawić się widelcem, udając, że nie mogę trafić w talerz.

Chociaż mógłbym przysiąc, że kilka razy umawiałem się z ordynatorem na konkretną godzinę, to jakoś nigdy nie udało mi się do niego dostać. W związku z tym jedyną osobą, z którą mogłem porozmawiać, była Małgorzata – pacjentka, której wyrwałem z ust pierwszego papierosa w moim życiu. Około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, twarz o fakturze zagruntowanego płótna malarskiego, szare długie włosy niedbale upięte w koński ogon i głos kaleczący uszy. Posiada­nie papierosów rekompensowało jednak jej wszystkie braki, także te związane z niewystarczającą dbałością o higienę osobistą. To był jej pierwszy raz tutaj; równo dwa tygodnie temu mąż, z którym spędziła około trzech lat, spakował jej szczoteczkę do zębów, koszulę nocną, szlafrok, trochę kosmetyków, sukienkę i dwie pary pantofli, po czym przywiózł na izbę przyjęć szpitala, informując, że w tym miejscu są sami mili ludzie, którzy z pew­nością jej pomogą i się nią zaopiekują.