Okiem Stańczyka - Waldemar Łazuga - ebook
Opis

Jest to opowieść   o ludziach znanych  i mniej  znanych. Żyjących i nieżyjących. Niektórych  poznałem z książek i archiwów. Z  niektórymi spotkałem się osobiście i spotkania te w różny sposób zarejestrowałem.  Mało kto w życiu zrobił na mnie większe wrażenie niż hrabina i profesor, Karolina Lanckorońska. Mało kto ujął tak jak  Maria z Paygertów Bobrzyńska, uczennica Wyspiańskiego, i tak  zaciekawił, jak  Kazimierz Narutowicz, bratanek prezydenta zamordowanego w Zachęcie.

O Metternichu, Bismarcku i Rudolfie Virchowie, inteligencjach potężnych i przewrotnych, zawsze chciałem coś większego napisać. Teraz próbuję to nadrobić. Z Piotrem hrabią Pinińskim od ćwierć wieku rozwiązujemy  nie tylko genealogiczne zagadki. A  w krakowsko-poznańskich tekstach jest  mój sentyment   do  obu tych starych polskich grodów  i ziem, których są stolicami.

Poza tym są tu uczeni, politycy, duchowni, ludzie kultury i sztuki. Współczesna Polska  i Wielkopolska tożsamość. Cnoty, które są wadami i  pytania,  na które nie ma odpowiedzi.  Oraz  zalety sklerozy. A także  nieśmiała rada znad Wełtawy:  Nie bądź smutny, bo to zawsze wygląda  śmiesznie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Od autora

Na tę książkę składają się rozmowy odnotowane, książki nienapisane, przygarść obsesyjnych lektur oraz trochę mniej lub bardziej aktualnych tekstów, których tytuł — a pośrednio i konwencję — wymyślił red. Piotr Bojarski, gdy zacząłem pisać do poznańskiej „Gazety Wyborczej”. Jest to przede wszystkim opowieść o ludziach. Mniej lub bardziej znanych. Żyjących i nieżyjących. Niektórych poznałem z książek i archiwów. Z niektórymi spotkałem się osobiście i spotkania te w różny sposób zarejestrowałem. Mało kto w życiu zrobił na mnie większe wrażenie niż hrabina i profesor, Karolina Lanckorońska. Mało kto ujął tak jak Maria z Paygertów Bobrzyńska, uczennica Wyspiańskiego, i tak zaciekawił, jak Kazimierz Narutowicz, bratanek prezydenta zamordowanego w Zachęcie. Piszę o nich w pierwszej części książki.

W drugiej jest o Metternichu, Bismarcku i Rudolfie Virchowie, inteligencjach potężnych i przewrotnych, o których zawsze chciałem coś większego napisać — urodziłem się wszak niedaleko wieży Bismarcka i blisko domu rodzinnego Rudolfa Virchova, autora terminu Kulturkampf — ale niewiele z tego wyszło i teraz próbuję to nadrobić. Michał Bobrzyński (Ostatni stańczyk), któremu poświęciłem doktorat, fascynuje mnie od magisterium. Na historię Polski w dużej części patrzę jego oczyma. Z Piotrem hrabią Pinińskim, spowinowaconym lub spokrewnionym z połową bohaterów moich książek od ćwierć wieku, rozwiązujemy nie tylko genealogiczne zagadki. A tekst o Franciszku Józefie i krakowsko-poznańskim rocznic czczeniu przygotowałem pierwotnie dla „Tygodnika Powszechnego”, który od lat czytam. Jest w nim mój sentyment i przywiązanie do obu tych starych polskich grodów i ziem, których są stolicami.

Część trzecia, to Poznań i poznaniacy, miasto i jego mieszkańcy. Znajomi i nieznajomi. Kilka sylwetek. Poznańska polityka skoncentrowana wokół placu Kolegiackiego (a przed wojną ratusza). Wielkopolska tożsamość. Cnoty, które są wadami. I ostatnie przemiany — „wolne miasto Poznań”, który to tytuł nieoczekiwanie stał się przyczyną ożywionej dyskusji w mieście. W sumie sprawy błahe i niebłahe zapisywane na bieżąco w regularnych odstępach czasu. Rodzaj felietonowej kroniki. Świadomie subiektywnej i opartej na „widzimisię”. To samo dotyczy części czwartej — polityki i mediów. Politykę — jak wiadomo — mamy głównie medialną, a media głównie polityczne. Mamy słowa, które tracą sens i pytania, na które nie ma odpowiedzi. Obie części stanowią wybór felietonów zamieszczanych od kilku lat na łamach poznańskiej „Gazety Wyborczej”. Starałem się w nich uchwycić coś z istoty stańczyka. Mędrkuj, jeśli już ci pozwolono, ale nie traktuj tego, ani zwłaszcza siebie, zbyt poważnie. Bo to zawsze wychodzi śmiesznie. No i jeszcze siostro, bracie, jeśli nie zgadzasz się z poglądami, które tu wykładam, nie obrażasz mnie, lecz wzbogacasz.

Kiedyś na uniwersytecie niemal każde zaproszenie do dyskusji kończyłem podobnym wyznaniem.

Miły to dla mnie obowiązek podziękować ludziom, którzy przyczynili się do wydania tej książki.

Dziękuję:

Panu Prezesowi Międzynarodowych Targów Poznańskich, Przemysławowi Trawie. Za wsparcie, życzliwość i miłe zainteresowanie tym, co robię.

Panu Dyrektorowi mojego macierzystego Instytutu Historii UAM, prof. Józefowi Doboszowi. Za daleko nieraz posuniętą wyrozumiałość.

Prezesowi Wydawnictwa Poznańskiego Panu Maciejowi Cieciorze i Redaktorowi Naczelnemu Panu Robertowi Falewiczowi za to, że zdecydowali się wydać tę książkę.

Właścicielowi Wydawnictwa Poznańskiego, Panu Wojciechowi Pawłowskiemu, który sprawił, że mój kontakt z książkami — źródło jednej z największych przyjemności w życiu — może być dziś jeszcze bliższy.

Dziękuję na koniec wszystkim PT Czytelnikom, że zechcieli poświęcić mi swój czas. A wielu także podzielić się opiniami.

Choć od lat prowadzę rozmaite notatki, pisać dla samego siebie z pewnością nie umiałbym.

O niezwykłych ludziach(i spotkaniach z nimi)

Hrabina i profesor — Karolina Lanckorońska

Zaskoczył mnie najpierw telefon z Rzymu. Zna moją książkę o Badenim i o niejednym moglibyśmy porozmawiać. Wcześniej zadzwoniła do Piotra Pinińskiego, z którym wszystko umówiła. Pół roku później — w czerwcu 1994 roku — siedziałem już w samolocie lecącym z Warszawy do Wiecznego Miasta. Nasze spotkania zaplanowała w najdrobniejszych szczegółach. Miałem na lotnisku wsiąść do wskazanej taksówki, zatrzymać się w hotelu Gerber i stawiać się u niej o wyznaczonych porach dnia. Na dwie lub trzy godziny przed południem i na godzinę po południu, bo „po południu — mówiła — jestem już bardziej zmęczona”. Wcześniej za jej zgodą od Jana hrabiego Badeniego z Londynu otrzymałem kopie kilku listów, które do niego wysłała i kilka dobrych rad na drogę, bo „to interlokutor niełatwy”. Jan Badeni stał wtedy na czele Fundacji Lanckorońskich z Brzezia. Dziś prezesem jest Piotr Piniński. W hotelu na miejscu poinformowano mnie dyskretnie: „My tu wszyscy bardzo panią hrabinę szanujemy i podziwiamy, ale powinien pan raczej zwracać się do niej per pani profesor, a nie pani hrabino”. Wiedziałem o tym od dawna. Kilku moich znajomych — stosownie uprawnionych — mówiło o niej poufale „Karla”.

Miałem wprawdzie gotowy scenariusz rozmowy, ale już podczas pierwszego spotkania nie na wiele się przydał. Niedawno bowiem pani profesor przekazała bezcenne dzieła sztuki „na oba zamki królewskie”. Była wzruszona. Szczęśliwa. Sama siebie nazywała „ostatnim ogniwem” w długim łańcuchu, który to bogactwo zebrał. Bogu dziękowała, że dzięki długiemu życiu mogła przekazać je Wolnej i Niepodległej Polsce. Z pamięci cytowała obszerne fragmenty listów, które otrzymywała z kraju. Specjalnie zaś te od strażniczek przy Zamku w Warszawie i kelnerek z pobliskiej kawiarni, nienależących do intelektualnej elity kraju. Pisali, jak umieli: że są „z niej dumni” i dziękują za „wzbogacenie Polski”, że nie mieli pojęcia o takich skarbach, znajdujących się w prywatnych rękach i że są wdzięczni za „dar tak wspaniały”. Moja rozmówczyni widziała w tych listach dowód na wielkie bogactwo duchowe naszego narodu, nieunicestwione i niestępione przez okrutną II wojnę światową i półwiecze komunistycznych rządów. W marcu na łamach paryskiej „Kultury” zamieściła niezwykłe podziękowanie. O Polsce i Polakach mówiła z entuzjazmem. Staromodnie. Pięknie dobierając słowa. Gdy wspomniałem coś, że jeszcze długa przed nami droga i niejeden zakręt, oświadczyła i powtarzała to później wielokrotnie: „Wszystko można pokonać. Ja, proszę pana, wychowałam się na Żeromskim. Niekoniecznie to typowe dla mojego środowiska”.

Niekoniecznie typowe dla środowiska! Dobre sobie. To środowisko to najwyższe kręgi arystokracji polskiej i austriackiej. Elita elit. Krem kremów. Ojciec Karol, jeden z największych mecenasów sztuki w Europie, był szambelanem cesarskim, tajnym radcą, członkiem dziedzicznym austriackiej Izby Panów, kawalerem Orderu Złotego Runa i wielkim ochmistrzem na cesarskim dworze. Należały do niego majątki: Rozdół, Komarno, Jagielnica (w Galicji), Wodzisław (w Królestwie), Frauenwald (w Styrii), a także pyszny pałac w Wiedniu przy Jacquingasse 18, wybudowany w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku w stylu baroku wiedeńskiego. Portretowali Karola Lanckorońskiego najwybitniejsi malarze: Jacek Malczewski, Kazimierz Pochwalski i Hans Makart, którego obrazy specjalnie upodobał sobie Adolf Hitler (tak bardzo, że po 1938 zarządził ich rekwizycję). Zbiory malarstwa europejskiego, które zgromadził Lanckoroński w Wiedniu i Rozdole, były tak imponujące, że porównywano je jedynie ze słynnymi zbiorami Lichtensteinów. Był Lanckoroński trzykrotnie żonaty. Z trzeciej żony, Prusaczki, Małgorzaty Lichnovsky, była Karolina, która miała dwoje rodzeństwa. Z matką rozmawiała po niemiecku. Z ojcem po niemiecku, francusku lub po polsku. Ojciec bowiem, urodzony w Wiedniu, choć w ojczystym języku czytał codziennie (zwłaszcza Mickiewicza i Sienkiewicza), to ze swojej polszczyzny zadowolony nie był i nieraz jej unikał. Córka natomiast od dziecka mówiła ze szczególną starannością. „Gatunek jej polszczyzny” wielokrotnie zresztą z ciekawości sprawdzano. Na długie zdania odpowiadała długimi. Na krótkie — krótkimi. Na cytat — cytatem. Bardzo przydały się te ćwiczenia, gdy w 1917 r. w pałacu Lanckorońskich zatrzymała się Rada Regencyjna z Królestwa — Lubomirski, Kakowski i Ostrowski. Miała wrażenie, że dostojni warszawscy goście poddali ją surowemu egzaminowi. „Wydawali mi się wtedy bardzo starzy, a przecież ja dzisiaj jestem od nich o wiele starsza”.

Do końca życia Karolina Lanckorońska przywiązywała wielką wagę do formy wypowiedzi. Imponowała znajomością literatury. Świetnie mówiła i pisała.

Pierwsze przedpołudnie w Rzymie minęło pod znakiem opowieści o obrazach ekspediowanych do kraju. Po południu był krótki przegląd galicyjskich bohaterów. Leon Piniński, obydwaj Badeniowie, Kazimierz i Stanisław, Andrzej Potocki i najpobieżniej Michał Bobrzyński. Każdego miała przed oczyma. Z każdym umiała związać jakąś scenę, wypowiedziane zdania, czasem drobne zdarzenie. Wspominała epizody sprzed osiemdziesięciu z górą lat!

— Kiedy zmarł Kazimierz Badeni?

— W 1909 roku. Nagle. Na serce. W pociągu. Wracał do Buska.

— W takim razie to musiało być rok lub dwa lata wcześniej. Przyjechał do Wiednia. Siedział w głębokim fotelu otoczony stertą gazet. Palił cygaro. Zapytałam grzecznie, czy mogę jakąś ilustrowaną gazetę zabrać. — Nie — odburknął stanowczo i niezbyt grzecznie. Byłam kompletnie zaskoczona. Nie tego się spodziewałam. Pamiętam to bardzo dobrze.

Rzeczywiście! Miała wtedy niespełna dziesięć lat. A Kazimierz Badeni nie tak dawno jeszcze był austriackim premierem. I budził respekt.

O wiele więcej miała do powiedzenia o jego młodszym bracie, Stanisławie, marszałku krajowym, z którym przyjaźnił się jej ojciec.

— Stanisław bywał częstym gościem w pałacu w Wiedniu i w ukochanym Rozdole. Tęgi był jak wszyscy Badeniowie, obszerne fotele „wypełniał sobą” po brzegi i namiętnie delektując się każdą taką chwilą, pykał specjalnie dla niego przygotowane cygaro. Był niesłychanie serdeczny, rzeczowy i miły. Umiał też i lubił zaskakiwać. W Wiedniu na przykład niejednokrotnie wpadał do nas znienacka na śniadanie, wywołując za każdym razem przerażenie matki. Nie chodziło o jego prawdziwie smoczy apetyt. Znał się wyjątkowo na kuchni. Każde danie komentował. Miał u siebie wspaniałych kucharzy, serwował jakieś wymyślne półmiski i wydawał przyjęcia na 100 czy 200 osób, o których w całej monarchii krążyły legendy, a prasa relacjonowała je ze wszystkimi szczegółami.

Pod kulinarnym względem (a może i rozumem) Stanisław górował nad Kazimierzem. Z wyglądu byli do siebie podobni tak, że jeszcze dziś na portretach niektórzy ich mylą. Lanckoroński metrykalnie był między nimi. Między namiestnikiem i premierem oraz marszałkiem. Dwoma potężnymi braćmi, od których Galicję nazywano żartobliwie krajem Badenich, czyli Badenią. Obydwaj — zapewniała moja rozmówczyni — z ogromnym oddaniem służyli Polsce w obrębie c.k. monarchii. Tylko tam istniały takie możliwości. Trzeba rozumieć tamte czasy.

Rozmowa pochłonęła mnie całkowicie. Nie pamiętałem, ile wypiłem kaw. Nie mogłem skupić się na notatkach. Zawiódł magnetofon. Gdy wieczorem rozstawaliśmy się, pani Karolina była wyraźnie zmęczona. Ja — podówczas czterdziestoletni — leciałem z nóg.

— 12 kwietnia 1908 roku pamiętam doskonale — zaczęła kolejną rozmowę. Tego dnia we Lwowie zamordowano namiestnika Andrzeja Potockiego. Zginął od kul wystrzelonych z najbliższej odległości. Zabójcą był ukraiński student Mirosław Siczyński. Jedna z kul ugrzęzła w kości potylicznej. Potocki długo konał. Ułożono go na dywanie. Jeszcze przez godzinę był przytomny. Umierał pięknie. Śmierci się nie bał. Prosił o przekazanie wyrazów miłości dla swojej żony, Krystyny. Błogosławił dzieci. Z wiatykiem pospieszył ksiądz z pobliskiej parafii. Ranny wyspowiadał się i pożegnał z najbliższymi. Umarł około 14.30. Zarządzono sekcję zwłok. Po niej jeszcze tego samego dnia ciało Andrzeja Potockiego ubrano w czarny strój polski i włożono do czarnej trumny. Salę parterową udekorowano kirem. Wdowa nie odstępowała od trumny. Całą dobę przeklęczała. We wszystkich kościołach Lwowa odprawiano modły. Tę tragedię — „pierwszą w jej życiu” — przeżywała głęboko. Żona zamordowanego, Krystyna z Tyszkiewiczów, była jej ulubioną ciotką. Podziwiała jej urodę, dystynkcję, włosy i… biżuterię. Wyobrażała sobie, w jakiej ciotka znalazła się rozpaczy.

Nie wszystko w tej relacji było ścisłe. Stanisława Badeniego nie było wtedy za drzwiami. Zamachowca osaczyli woźni, a nie marszałek. Absolucji rannemu in articulo mortis udzielił jezuita. Z wiatykiem chwilę później przybył karmelita. Arcybiskupa Bilczewskiego w ogóle w gmachu nie było. Mowę, jeszcze przed wyruszeniem konduktu z gmachu namiestnictwa, na prośbę wdowy wygłosił Stanisław Badeni. Uroczystości żałobne we Lwowie i Krzeszowicach prowadził Bilczewski. We Lwowie koncelebransami byli arcybiskup obrządku ormiańskiego Józef Teodorowicz i biskup przemyski Leon Wałęga. W Krzeszowicach trumnę z kościoła św. Marcina do grobowca rodzinnego po nabożeństwie odprowadził kardynał Puzyna.

Na pogrzeb namiestnika do Krzeszowic — wiemy to już z prasy — przybyło siedem pociągów specjalnych. Był arcyksiążę Karol Stefan z Żywca w mundurze admirała, premier rządu Beck, ministrowie Bienerth, Korytowski i Dzieduszycki, namiestnik Austrii Dolnej hrabia Kielmansegg, obydwaj Badeniowie, Potoccy, Zamoyscy, Sapiehowie, Radziwiłłowie, Abrahamowicz, a także profesura Uniwersytetu Jagiellońskiego in corpore. Karol Lanckoroński, powiadomiony telegraficznie przez Badeniego, dotarł na miejsce z Włoch. Z Londynu przybył syn zamordowanego, Adam Potocki, od granicy szwajcarskiej podróżujący specjalnym pociągiem wysłanym przez cesarza. Bez niego uroczystości pogrzebowe nie mogły się rozpocząć. Był teraz głową rodu. Głową, a właściwie główką. W przepełnionym krzeszowickim kościele rozegrała się scena, którą Karol Lanckoroński określił jako „najstraszniejszą”. Oto do katafalku ustawionego przed ołtarzem Adasia za rękę prowadził ksiądz. Po czym zostawił go przed trumną i odszedł. Chłopczyk wybuchnął płaczem. Miał wtedy dziewięć lat. Karolina była od niego o rok starsza.

Z okoliczności towarzyszących tym niezwykłym rzymskim spotkaniom zapamiętałem… nieznośne upały. Niewiele z ich powodu zwiedzałem. Do bazyliki św. Piotra miałem kilka kroków. W Watykanie spędzałem większość wolnego czasu.

— A słyszał pan, że podobno mój ojciec niezbyt wysoko cenił witraże Wyspiańskiego? Ciekawa jestem, czy to prawda. I ewentualnie z jakiego powodu? Z pewnością niezbyt wysoko cenił kardynała Puzynę. Tego, który zgłosił veto na konklawe, by uniemożliwić wybór następcy św. Piotra! Zrobił to na życzenie cesarza, który miał takie prawo, ale rzadko z niego korzystał. Ojciec uważał, że to niegodne kardynała i Polaka, choć do zleceniodawcy veta, cesarza Franciszka Józefa, pretensji już nie miał. Z Puzyną jednak był w nieustannym sporze, głównie z powodu prac w katedrze wawelskiej. Ojciec bowiem łożył na jej restaurację pokaźne sumy, ufundował prześliczny sarkofag Jadwigi dłuta Antoniego Madeyskiego. Liczył, że w tych pracach w kardynale znajdzie sojusznika. Nie znalazł. Kardynał piętrzył trudności, upierał się przy jakichś drobiazgach i składał liczne dowody na to, że ani o kulturze, ani o estetyce pojęcia nie ma.

Z kardynałem Puzyną hrabia Karol Lanckoroński prowadził „regularne wojny”.

Następcy tronu, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, Polacy — z wzajemnością — przeważnie nie lubili. Kazimierz Badeni swoimi uwagami o „suchotniku” naraził mu się śmiertelnie. O Agenorze Gołuchowskim, ministrze spraw zagranicznych monarchii, arcyksiążę opowiadał cięte dowcipy. Galicję nazywał „polskim Eldorado”. Ciekawe, że Lanckoroński należał do stosunkowo nielicznego grona jego zwolenników i przez arcyksięcia też był lubiany. To, że arcyksiążę interesował się ochroną zabytków nie było tu może bez znaczenia. Oraz to, że lubimy przeważnie tych, którzy nas lubią.

W czerwcu 1914 roku w Sarajewie zginęła arcyksiążęca para. Nie wszyscy byli tym zmartwieni. Arcyksiążę miał morganatyczną żonę. Jego dzieci noszące nazwisko matki nie miały praw do tronu. Takie warunki postawił cesarz i tylko pod takim warunkiem wyraził zgodę na to małżeństwo. Teraz wielu w tej nagłej śmierci widziało korektę Opatrzności.

Lanckoroński był wstrząśnięty. Ferdynanda i Zofii żałował. Losem ich osieroconych dzieci był przejęty. Uroczystości żałobne zrobiły na nim potężne wrażenie. Podążał w kondukcie, który ruszył z Wiednia do Artstetten, które po śmierci jednego z ich dzieci arcyksiążęca para wybrała na miejsce wiecznego spoczynku. Po drodze był Dunaj. I przeprawa. Po upalnym, dusznym poranku rozszalała się burza. Niebo zasnuły granatowe chmury. Błyskało się i waliły pioruny. Spłoszone konie przechyliły karawan, którego koła znalazły się w wodzie, a wzburzony nurt rzeki omal nie porwał trumien. Karol Lanckoroński ujrzał w tym zwiastun nadciągających nieszczęść. Smutkiem napełnił go też widok trumny Zofii, umieszczonej w kościele na niższym katafalku niż trumna męża, dla podkreślenia nawet po śmierci morganatycznej różnicy. Z drugiej strony Lanckoroński wciąż wierzył, że była jeszcze szansa na pokój. W pogrzebie wszak chciał wziąć udział car Mikołaj II. Była okazja do spotkań i dyplomatycznych rozmów. Niestety, cara do przyjazdu zniechęcono. Zakomunikowano, że wobec nieszczęść, jakie na starego cesarza spadły, niewłaściwe byłoby obciążanie go wysiłkiem związanym z ceremoniałem przyjęcia tak dostojnego gościa. Mikołaj mógł poczuć się dotknięty. Ostatnią szansę zmarnowano. Dla Lanckorońskiego losy świata wciąż spoczywały w rękach monarchów. Za głównego winowajcę, który pokojowi nie dał szansy, uznał strażnika dworskiej etykiety, „zimną kukłę” — Alfreda Montenuovo.

— Należałam do tego odchodzącego już świata — tłumaczyła moja rozmówczyni — i jednocześnie do niego nie należałam. Byłam młoda. Pełna radości życia. Miałam swoje sympatie i antypatie. Regenci, którzy w 1917 roku gościli u nas w pałacu wydali mi się surowi i wyobcowani. Kakowski był bezbarwny. Ostrowski ledwo się poruszał. Najlepsze jeszcze wrażenie robił Lubomirski, skądinąd nasz daleki krewny. W sercu jednak miałam już Piłsudskiego i legiony. Państw centralnych właściwie nie lubiłam, choć ojca wielu uważało za Austriaka, a matka była Prusaczką. Głowę miałam wtedy zajętą zupełnie czym innym. Zajmowała mnie przede wszystkim literatura. Całe fragmenty Żeromskiego znałam na pamięć.

Leonowi Pinińskiemu — tak jak to było umówione — poświęciliśmy osobny dzień. „Czy zauważył pan, że Piotr Piniński, mieszkający w Warszawie, jest do niego bardzo podobny?”

Piotrowi powiedziała kiedyś, że zwłaszcza „od brody w dół”. Leon Piniński był dla niej postacią wyjątkową. Był najbliższym przyjacielem jej ojca, a później, gdy ojca zabrakło, jedną z najbliższych osób. Był profesorem prawa rzymskiego na Uniwersytecie Lwowskim i to „świetnym”. Pisał o Goethem, Dantem, Szekspirze i Wagnerze, wypowiadał się na rozmaite tematy muzyczne. Świetnie przekładał. Był koneserem sztuki. Miał niezwykłą pamięć wzrokową, co pozwoliło mu zapamiętywać nawet mniej znane płótna i opisywać je potem ze wszystkimi detalami. Przez lata z wielkim smakiem kupował obrazy, które złożył następnie w legacie na Wawelu. Miał słuch muzyczny. Grał na fortepianie. Zbierał nuty. Pociągał go antyk. Młodej Lanckorońskiej bogactwem i rozmaitością talentów niesłychanie imponował. W Rozdole u Lanckorońskich i Grzymałowie u Pinińskich kręcili się uczeni i artyści. Z nauką przeplatała się tam sztuka. Tu i tam tygodniami przebywał i obrazy malował Jacek Malczewski. Leon Piniński był dla Lanckorońskiej najwyższym autorytetem i… „bratnią duszą”.

Molem książkowym pan Leon był od dziecka. Karolinie opowiedział kiedyś o starym służącym, analfabecie, który ogromnie się martwił, widząc go stale z książką. „Jaka bieda z panem Leonem. Przecież teraz wszyscy od dzieciństwa umieją czytać. Pan Stanisław (starszy brat Leona) nauczył się czytać, jak wszyscy inni, w dzieciństwie i było dobrze. A pan Leon po tylu latach jeszcze czyta, czyta i czyta. Widać, że nauczyć się nie może. Co to będzie? Jak on sobie w życiu poradzi?”

Jakoś poradził.

Znajomość Leona Pinińskiego z Karolem Lanckorońskim zaczęła się w pociągu do Włoch. Piniński jechał tam po raz pierwszy w życiu. Zajęli miejsca w tym samym przedziale. Nie przedstawili się sobie. Rozmawiali po francusku. W trakcie rozmowy Lanckoroński zarzucił rozmówcę rozmaitymi wskazówkami, co na miejscu, we Włoszech, ów zobaczyć koniecznie powinien. Jakie obrazy, architekturę i rzeźbę. Na stacji w Como Lanckoroński wysiadł. Piniński zaś długo jeszcze zastanawiał się, kim ów rozmowny, wysoki jak wieża interlokutor był? Francuzem, Anglikiem, Niemcem, Włochem? Na żadnego bowiem nie wyglądał.

Upłynął rok czy dwa. Pan Leon, który mieszkał we Lwowie przy Matejki, wstąpił któregoś razu do nieodległego Klubu Ziemiańskiego i tam w czytelni ujrzał… „olbrzyma z Como” pogrążonego w lekturze „Czasu”. Zdziwienie. Zaskoczenie. Rozbawienie. Przywitali się serdecznie, przedstawili się wreszcie sobie i odtąd na resztę życia zostali przyjaciółmi.

Karol Lanckoroński — „ostatni wśród europejskiej arystokracji prawdziwy humanista” — zmarł w 1933 roku. W 1939 roku jego niezwykłą kolekcję przejęło gestapo. Potem pokłócił się o nią Hitler z Göringiem. W roku 1944 najcenniejsze dzieła z tej kolekcji hitlerowcy umieścili w sztolniach kopalni soli niedaleko Bad Ischl i zaminowali. W razie klęski III Rzeszy miano je wysadzić w powietrze. Cudem ocalały. Nie ocalał natomiast pałac w Wiedniu. Czego w lutym i marcu 1945 roku nie zniszczyły alianckie bomby, to strawił pożar. Reszta padła łupem złodziei.

W 1935 roku Leon Piniński przeszedł na uniwersytecką emeryturę. Został honorowym obywatelem wielu galicyjskich miast, sporo wciąż pisał. Dopadały go jednak złe nastroje. Narzekał, że żyje w „nieciekawych czasach”. Walczył z pesymizmem. Zmagał się ze sobą i starością. Szwankowało zdrowie.

Gdy na początku 1938 roku poważniej zachorował, Karolina otoczyła go opieką. Przeniosła się do jego pałacu we Lwowie przy Matejki 4. Podawała lekarstwa. Zajmowała rozmową. I stała się świadkiem jego śmierci „pięknej i cichej”. Po z górą półwieczu nie kryła wzruszenia. Słabł coraz bardziej, obojętniał. Długo jednak odsuwała myśl o tym, co nieuchronne. Odkąd zabrakło ojca, czuła się jego „przyszywaną córką”. Wieczorem 3 kwietnia zjedli razem skromną kolację, po czym pożegnali się jak co dzień i udali do swoich pomieszczeń. Nie mogła zasnąć. Po godzinie czy dwóch usłyszała dźwięki fortepianu. Pan Leon grał marsza żałobnego z III symfonii Beethovena. Grał z namysłem, delikatnie, wolno, cicho. Po kilku minutach muzyka ustała. Była wstrząśnięta. Nasłuchiwała jeszcze przez chwilę, po czym się uspokoiła i kamiennym snem zasnęła. Rano zerwała się na równe nogi i szybkim krokiem udała się do jego pokoju.

Pan Leon już nie żył.

Uczennica Wyspiańskiego, synowa namiestnika Galicji — Maria z Paygertów Bobrzyńska

— Właściwie zajmuję się polityką — wyjaśniła na wstępie naszego pierwszego spotkania w grudniu 1978 roku. Lekcje rysunku brała u Wyspiańskiego, mowy ojczystej u Lucjana Rydla. Jej wujem był generał Tadeusz Rozwadowski, teściem — namiestnik Galicji i autor głośnych Dziejów Polski, Michał Bobrzyński. Teściową córka Hipolita Cegielskiego, siostrą Amelia Łączyńska, ojcem dr Kornel Paygert, dyrektor Banku Hipotecznego i właściciel majątku Sidorów pod Husiatyniem, mężem wreszcie dr Jan Bobrzyński, chemik i znany polityk konserwatywny. Takie — mówiła — miała „zaplecze życiowe”. Gdy ją poznałem, mieszkała przy św. Jadwigi w Krakowie. Żyła skromnie. Portret generała Rozwadowskiego wisiał nad palnikami w kuchni. Z szuflady stołu wyciągnęła kiedyś kartkę z rysunkiem i poprawkami naniesionymi ręką Wyspiańskiego. Mieszkanie zimą ogrzewała gazem, który czuć było aż na schodach. Najważniejszym meblem w jej mieszkaniu była mocno wysłużona maszyna do pisania. W ciasnej kuchni piętrzyły się gazety i książki. Mówiła wolno i dobitnie. Robiła dygresje i namiętnie komentowała to, co działo się wtedy w Polsce. Wiele czasu zabierało jej pisanie listów do Jaroszewicza, Gierka i… Pawła VI. Z kurii rzymskiej otrzymywała pisma z kurtuazyjnymi podziękowaniami i papieskim błogosławieństwem. Pokazywała je z dumą. Jaroszewicza — premiera komunistycznego rządu — nazywała „półpankiem”. Gierka nieraz broniła. W listach tłumaczyła, że „przewinęła się przez różne systemy i wie, że system komunistyczny nie nadaje się do życia”. Uważała że katastrofa gospodarcza jest pewna, bo „teoria teorią, ale jakaś praktyka też musi być”! Z powodu tych listów jej dom kilka razy przetrząsnęli tajniacy (ówczesne służby specjalne). Gdy na papieża wybrano kardynała Karola Wojtyłę, oświadczyła niespodziewanie, że z Pawłem VI miała o wiele lepszy kontakt, bo „ten nasz, choć z Krakowa, jest jeszcze zbyt świeży”.

Ekscelencję Michała Bobrzyńskiego, przyszłego teścia, ujrzała po raz pierwszy na jakimś przyjęciu u prezydenta Krakowa, Juliusza Leo. Ona była z rodzicami, on z córką Marią, jej imienniczką i niemal rówieśnicą. „Stary Bober”, o którym sporo słyszała, wydał się jej „bryłą lodu”. Odbierał zewsząd rewerencje. Głowę nosił wysoko. Gdy mówił, nikt nie śmiał mu przerywać. „Raczej zresztą wykładał niż rozmawiał” — to akurat zauważało wielu. Drugi raz ujrzała go w zupełnie innych okolicznościach. W 1916 roku Bobrzyński został austriackim ministrem. Jesienią tego roku wpadł na kilka dni do Krakowa i zaprosił do siebie na Krupniczą ojca pani Marii, Kornela. Trwała wojna. Sprawa polska znalazła się na zakręcie. Austria zawodziła. Inicjatywę przejmowali Niemcy. W wielkiej tajemnicy przygotowywano „chłodny” akt wyodrębnienia Galicji, którego autorem był Michał Bobrzyński. Kornel Paygert należał do stronnictwa krakowskiego, ale w rodzinie był wyjątkiem. Reszta bowiem trzymała z konserwatystami ze wschodu kraju, z „Podolakami”, potem zaś z endecją. Najmocniej zaś pułkownik artylerii, wuj Tadeusz Rozwadowski ze wspomnianego przed chwilą portretu z kuchni. Ów jeszcze przed wojną miał ostry zatarg z namiestnikiem, radził mu mianowicie, aby zbuntowane wsie galicyjskie uśmierzyć armatami. Bobrzyński rad tych nie posłuchał, a Rozwadowski zaczął niebawem uchodzić za „osobistego” wroga namiestnika. „Sprawa była na tyle głośna, że trudno, żebym o tym nie wiedziała” — komentowała spór wuja z przyszłym teściem moja rozmówczyni.

Do wuja miała pretensję z gatunku obyczajowych. Podczas I wojny światowej na froncie koło Buczacza zabrakło go bowiem w najmniej odpowiedniej chwili, co wywołało ogólną konsternację. „A gdzie wuj był wówczas, jak nie we Lwowie u Emilki Jędrzejowiczowej? Ładna wcale nie była. I mężczyznom się narzucała. A przecież zdrowego normalnego mężczyznę taka narzucająca się kobieta zniechęcić powinna”. Ano powinna. Albo i nie.

Na Krupniczej 9 osobno rozmawiali ojcowie, osobno matki i osobno córki. Panią Marię najbardziej jednak interesował siedzący w pokoju obok, obserwowany przez niedomknięte drzwi, młody Bobrzyński, oficer artylerii, przebywający właśnie na przepustce. Ów jednak, mimo nawoływań siostry, ruszyć się nie zamierzał. W końcu interweniował ojciec: „Janie, tam taka ładna panna siedzi w salonie, a ty do niej nie wyjdziesz?”. Wyszedł więc, ale teraz to panna postanowiła ukarać zarozumiałego młodzieńca. Podał papierośnicę, sięgnęła po papierosa, ale słowem się nie odezwała i odwróciła głowę w stronę okna. Szczupły, w mundurze artylerzysty, w wysokich butach z ostrogami, „o dziwnie szlachetnym i zacnym wyglądzie”, zwracał uwagę. Mimochodem to i owo jednak zauważyła.

Potem była wielka miłość. Zdobywał ją romantycznymi listami z frontu i kwiatami przesyłanymi co kilka dni przez umówioną krakowską kwiaciarnię. Prosiła nawet, żeby ograniczył te wydatki. Pamiętała, że gdy przed Janem po wojnie otworzyła się możliwość objęcia posady w Ministerstwie Robót Publicznych, zwierzył się ojcu, że marzy mu się raczej posada dyrektora rafinerii w Drohobyczu. — To byłoby lepsze niż siedzenie w ministerstwie — miał powiedzieć na to stary Bobrzyński. Były minister — co panią Marię nieco dziwiło — syna ani do ministerstwa, ani do polityki nigdy nie pchał. Zanadto dobrze wiedział, jakie są tego koszta? Zanadto sam był do polityki zrażony?

Wątki familijne snuła pani Maria ze szczególnym upodobaniem. Wspominała rodzinny Sidorów ze słynną fontanną (ze zdrojową podobno wodą), liczne i kochające się rodzeństwo, ojca Kornela, któremu karierę bankową ułatwił hrabia Gołuchowski, i Emilię z Bohdanów, najlepszą z matek. Nic jednak nie mogło się równać ze wspomnieniem o ślubie, wyznaczonym na 27 września 1917 roku, noszącym posmak sensacji. Oto bowiem łączyły się ze sobą domy „Monteccich i Capulettich”. Wschód z zachodem kraju. Stańczycy z Podolakami. Dawny namiestnikowski Blok z Antyblokiem. „Wujowi Rozwadowskiemu sama powiedziałam o naszym ślubie”. Reakcją była zaskoczona. Wuj uściskał ją z radości i zapomniawszy o urazach „pobiegł zaraz, by w imieniu całej rodziny dziękować Bobrzyńskiemu”. Są widać sprawy ważniejsze niż polityka…

I ważniejsze niż głębokie uprzedzenia. O Żydach pani Maria wypowiadała się krytycznie. Mówiła o ich „rozwielmożnieniu się”, wpływach masońskich, psuciu od środka katolickiej monarchii i kalaniu polskiej duszy. Z krytyki wyłączała starozakonnych i dwóch Żydów wymienianych z imienia i nazwiska. Pierwszym był rabin z Husiatynia, z którym przyjaźnił się jej ojciec („mieszkał ów rabin we wspaniałym pałacu”), drugim „nasz dzierżawca”, nadzwyczaj skromny i porządny człowiek. Ów dowiedziawszy się, że „panienka wychodzi za pana Bobrzyńskiego” zjawił się w Sidorowie i wręczył ojcu 200 tysięcy koron dla pokrycia kosztów. Gest był niezwykły. I wszystkich we dworze wzruszył. „No widzi pan, i u mnie, jak u Wyspiańskiego, był Żyd na weselu”.

Ślub Jana Bobrzyńskiego z Marią Paygert odbył się w kościele św. Barbary. Zjawili się najważniejsi ludzie Krakowa i tłum ciekawskich. Ona wystąpiła w białej sukni z welonem z bukiecikami mirtu u dołu spódnicy. On w mundurze galowym artylerii, czarnych spodniach z czerwonymi wypustkami i brązowej bluzie z czerwonym kołnierzem. W ręku trzymał oficerskie czako z końskim ogonem. U boku miał szablę, choć przepis kościelny podobno tego zabraniał (żeby wykluczyć akt małżeński zawarty z użyciem siły). Trzeba dodać, że mundur austriacki uchodził wtedy za najpiękniejszy w Europie. Trwała wojna. Ślubu udzielał jezuita. A wśród wiernych z powodu ojca pana młodego kręcili się agenci…

Młodzi małżonkowie zamieszkali przy Krupniczej 9 pod jednym dachem z Zofią i Michałem, ich córką Maryną oraz siostrą Michała, Zofią Schwarzenberg-Czerny (babcią znanej pianistki Haliny Czerny-Stefańskiej), i guwernantką Francuzką, nie licząc kota. W ciągu kilku lat kilkakrotnie zamieniano się pokojami, przenosząc się z góry na dół i od podwórka do ulicy. „Nigdy nie polubiłam balkonu na pierwszym piętrze — opowiadała pani Maria — zawsze miałam wrażenie, że za chwilę się urwie”. Może w części pod wpływem męża, który nawet się do niego nie zbliżał. Cierpiał bowiem na lęk wysokości — z czasem tak dojmujący, że unikał wind i stromych schodów. „Był w ogóle więcej Cegielski niż Bobrzyński”. Wrażliwy, delikatny, nerwowy, wpatrzony w ojca i różny od swojej siostry, w której geny matki i ojca ułożyły się w odwrotnych proporcjach. O „geniuszu” szwagierki moja rozmówczyni mówiła z lekkim przekąsem.

Ślub swój pani Maria oceniała jako skromny. Skutki wojny odczuwała nawet zamożniejsza część ludności. Bobrzyński ministrem był krótko. Koszty reprezentacji pokrywał przeważnie z posagu żony. Na polityce ani profesurze się nie dorobił. Teraz oszczędności wystarczyło jeszcze na piękny salonik w stylu Ludwika XV dla młodej pary i złoty zegarek z łańcuszkiem ofiarowany synowej. Oboje starsi państwo do specjalnie przezornych nie należeli. Michał niewiele w sobie miał z centusia, choć w Krakowie się urodził, Zofia natomiast — jeszcze mniej chyba ze skrzętnej poznanianki. Dramatycznej odmiany losu żadne z nich nie przewidywało. Mogło być po wojnie gorzej, ale nie na tyle przecież, żeby zagroziło to podstawom egzystencji. Liczono, że ostatecznie zawsze coś się w Wielkopolsce kupi i tam osiądzie. „W Poznańskiem słyszałam, że uważali Bobrzyńskich za rodzinę należącą do ich klanu, a wiadomo, jak są ekskluzywni pod tym względem” — napisała pani Maria w pamiętniku.

Zofia Cegielska była — zdaniem jej synowej — urodziwą kobietą (choć „nie jakieś bóstwo prześliczne”), długo zachowywała dobrą figurę i miała „słodki charakter”. Do małżeństwa wniosła niemały posag — gotówkę, meble gdańskie, biżuterię i rozmaite kosztowne drobiazgi. Wszystko to po śmierci ojca policzył jej opiekun, Władysław Bentkowski, a kontrolował („nieraz zbyt surowo”) brat. Zofia ani nie znała się na rachunkach, ani nie zamierzała się rachunków uczyć. Była cieniem swego męża. Udawała słabo poinformowaną i prośby o wstawiennictwo u niego delikatnie oddalała. Była uosobieniem taktu i dyskrecji. Porażki i niepowodzenia Bobrzyńskiego przeżywała boleśnie. Do końca życia męczyło ją wspomnienie o konflikcie Bobrzyńskiego z przyjacielem domu, arcybiskupem Bilczewskim (który nie uprzedzając namiestnika, potępił jego reformę wyborczą). Dość wcześnie zaczęła chorować na serce. Miała skłonności melancholiczne. Nie ustąpiły po wyjeździe z Krakowa (w 1919), a nawet z czasem się nasiliły. Wiejskim bytowaniem cieszyła się o wiele mniej niż Michał, którego radowały przynajmniej spacery i… sunąca polem kolejka rolna. Służba domowa zapamiętała, że pod koniec życia panicznie bała się infekcji i w obawie przed nią „klamki w domu chwytała przez sweter”.

Michał Bobrzyński — zdaniem pani Marii — żonę uwielbiał. Jej teściowie często „się do siebie czulili”. Teściową polubiła od razu. Teścia stopniowo „odkrywała”. „Kiedyś miałam lęki sercowe. Usiadł wtedy przy łóżku i z tkliwością rozmawiał ze mną jak najlepsza piastunka. Spokojnym głosem i pewnym sądem zawsze uspokajał mnie w trudnych chwilach. Podobnie działał chyba na Franciszka Józefa i dlatego cesarz tak chętnie go słuchał”. Słuchał go też — rzecz to mniej znana — Józef Piłsudski. Pamiętała ich rozmowę podczas wojny na Krupniczej. Najpierw zjawił się Wieniawa. Potem oddalono służbę. Gdy już byli sami, Piłsudski, „przybity losem legionów”, rozważał przedarcie się na drugą stronę i dołączenie do rewolucji, którą ogarnięta była Rosja. Bobrzyńskiego prosił o opinię. Usłyszał takie słowa: „Panie generale, zdrada jest zawsze zdradą. Proszę być cierpliwym. Często niejedno przetrzymać trzeba, ale dla pana wybije jeszcze dobra godzina”. W lipcu 1914 roku Bobrzyński w rozmowie z cesarzem opowiedział się za uzbrojeniem strzelców. Ludzie komendanta otrzymali karabiny. Tak zaczęła się ich strzelecka historia. I początek wielkiej legendy. Piłsudski — zdaniem pani Marii — dobrze wiedział, komu zawdzięczał broń i dyskretną kuratelę, gdy Bobrzyński był jeszcze namiestnikiem, ale po wojnie, gdy sięgnął po władzę, „wdzięczny być nie umiał”.

Bobrzyńskiego w napadzie furii pani Maria widziała tylko raz. Było to już po wojnie, w Poznańskiem, na wsi, w majątku u Rembowskich. Grano w brydża. Palono cygaro za cygarem. Bobrzyńskiemu nie szła karta. W pewnej chwili poczerwieniał, cisnął karty i zerwał się tak gwałtownie, że przewrócił nie tylko stolik, ale i stojący za nim fotel. Coś przy tym pękło, coś się z hukiem potłukło. Ten „wewnętrzny wybuch” szybko „wyhamował”, ale wrażenie na zebranych i tak musiało być piorunujące. Słynną „chłodną głowę” z równowagi wyprowadziły karty!

„Naiwność” teścia moja rozmówczyni uważała za swoje największe psychologiczne odkrycie. Chodziło o Garby: „Wozić buraki wprost na rampę! Oddychać świeżym powietrzem. Zaglądać do stajni i kurnika. Spacerować po okolicy z nieodłączną lunetą. Dziwiłam się, że tak mądry człowiek jest tak naiwny”. Nie obchodziło go, że ziemia jest tam słaba, poprzedni właściciel popełnił samobójstwo, a rolnictwo wymaga niemałych umiejętności fachowych, niekoniecznie akurat znajomości greki. Wierzył, że córka poradzi sobie ze wszystkim, do pomocy wszak ma Francuzkę, a nigdzie przecież nie jest powiedziane, że „muszą być jakieś rachunki”. Którejś nocy runęła jedna ze ścian domostwa. Do sypialni wkradł się frische Luft. Na szczęście było lato. Brak ściany zauważono dopiero nad ranem. Stefan Cegielski, który od początku odradzał kupno tego majątku, załamywał ręce.

Ostatecznie w sukurs profesorowi, który zapragnął być rolnikiem, przyszedł ojciec pani Marii, wspomniany już Kornel Paygert, zasilając oborę dziewięcioma krowami. Planował też powiększenie stada, wybudowanie mleczarni, a nawet produkcję serów, z których Sidorów Paygertów słynął. Maryna obiecywała, że u zaprzyjaźnionej ziemianki „poduczy się” hodowli, wykazywała nawet pewien entuzjazm. Niestety, już po kilku miesiącach z dziewięciu krów pozostało pięć. Jedna wpadła pod kolejkę, dwie udusiły się na łańcuchu, a jedna padła wskutek jakiejś choroby lub zaniedbania w hodowli. Zapał Maryny gwałtownie wygasł. Krowy sprzedano.

„Naiwność” Bobrzyńskiego nie była jedynym odkryciem mojej rozmówczyni. Z czasem odkryła także tajemnicę jego „prawdziwych” poglądów. Twierdziła, że z konserwatystami łączył teścia intelekt, kultura, uniwersytet i głęboka religijność. W głębi duszy był jednak demokratą, człowiekiem szczególnie wrażliwym na krzywdę ludzką. Kogo bowiem mógł w życiu podnieść, to podnosił. Komu mógł pomóc, to pomagał. Przykładów na to miała wiele. Któregoś razu we Lwowie czekał właśnie na salonkę ubrany w stosowny uniform namiestnika. Na ławce dworcowej dostrzegł „urzędniczynę-biedaka”. Przysiadł się do niego i zanim pociąg wtoczył się na peron, wyciągnął nieszczęśnika z życiowych tarapatów. Jesienią 1918 roku panowały nastroje rewolucyjne. Na Krupniczej zebrało się grono wpływowych osób. — A co robić, jak przyjdą socjaliści do steru? — Padło trwożliwe pytanie. — Współpracować z