Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 410

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opinie o ebooku Ojciec Goriot - Honoré de Balzac

Cytaty z ebooka Ojciec Goriot - Honoré de Balzac

W szczęściu dziewczę to byłoby zachwycające: szczęście jest poezją kobiety, tak jak strój jest jej dekoracją. Niechby uciecha balu rozlała na tej bladej twarzy swoją barwę różaną, a wygody wykwintnego życia wypełniły i zarumieniły te policzki trochę już wpadłe; niechby miłość rozjaśniła smutne te oczy: a Wiktoryna mogłaby walczyć o lepsze z najpiękniejszymi pannami.
Są ludzie, co nie spodziewają się już nie pozyskać u osób, z którymi żyją; może czują, że zdradziwszy przed otaczającymi próżnię swej duszy, zasłużyli na ich sąd surowy; ale nie umieją się obejść bez pochlebstwa, trawi ich żądza błyszczenia pozorem cnót, których nie posiadają, i pragną zdobyć szacunek lub serce obcych ludzi, choćby wkrótce mieli utracić oboje. Wreszcie bywają ludzie z natury już sprzedajni; ci nie zrobią nic dobrego przyjaciołom lub bliskim, dlatego tylko, że to jest ich obowiązkiem; ale obcym gotowi ofiarować usługi, bo to pochlebia ich miłości własnej; im ciaśniejsze jest koło, w którym się ich uczucie obraca, tym mniej zdolni są kochać; im więcej się ono rozszerza, tym czulszymi się stają.
Wiesz pan, jakim sposobem można się wynieść na świecie? Tylko za pomocą świetnego geniuszu lub zręczności, którą zepsucie wyrabia w człowieku. Trzeba wpaść w tłum ludzi jak kula armatnia lub wśliznąć się cicho jak zaraza. Uczciwość do niczego nie prowadzi. Ludzie nienawidzą geniuszu, lecz uginają się przed jego potęgą, starają się go spotwarzyć za to, że bierze wszystko bez podziału, lecz skłaniają się przed nim, jeżeli jest wytrwały; jednym słowem czczą go na kolanach, jeżeli nie zdołają w błocie zagrzebać. Zepsucie przeważa, a talent rzadko się spotyka. Toteż zepsucie jest bronią mierności, której tak wiele na świecie – wszędzie czujemy ostrze jego.
Człowiek, który się przechwala, że nigdy nie zmienia raz powziętych przekonań, to ni mniej ni więcej tylko głupiec, który zamierza iść zawsze w prostym kierunku i wierzy w swą nieomylność.
Ale człowiek podobny do pana jest bogiem: to już nie machina powleczona skórą, lecz teatr, w którym poruszają się najpiękniejsze uczucia. Ja żyję uczuciami. Uczucie – czyż to nie świat cały w jednej myśli?
Biura mają, tak jak armia, swoje bierne posłuszeństwo: za pomocą tego systematu zagłusza się sumienie, unicestwia człowieka i zmienia go w końcu w śrubę lub muterkę połączoną z machiną rządową.
Pani Vauquer, z domu de Conflans, jest to kobieta w podeszłym wieku, posiadająca od lat czterdziestu mieszczańską gospodę, położoną przy ulicy Neuve-Sainte-Geneviève, między dzielnicą łacińską a przedmieściem Saint-Marceau. Gospoda ta, znana pod nazwą Domu Vauquer, daje schronienie tak mężczyznom jak i kobietom, tak młodzieży, jak starcom; pomimo to obmowa nie tknęła nigdy obyczajów tego szanownego zakładu. Trzeba wszakże i to dodać, że od trzydziestu lat nie widziano w nim prawie wcale młodych osób; zabłąkał się tam chyba taki nieborak, któremu rodzina przysyłała utrzymanie bardzo szczupłe. Jednakże w roku 1819, to jest w chwili rozpoczęcia się naszego dramatu, mieszkała tam jedna uboga dziewczyna.

Fragment ebooka Ojciec Goriot - Honoré de Balzac

Ho­no­rè de Bal­zac

Oj­ciec Go­riot

Ko­me­dia ludz­ka

Oj­ciec Go­riot

Pa­ni Vau­qu­er, z do­mu de Con­flans, jest to ko­bie­ta w po­de­szłym wie­ku, po­sia­da­ją­ca od lat czter­dzie­stu miesz­czań­ską go­spo­dę, po­ło­żo­ną przy uli­cy Neu­ve-Sa­in­te-Ge­ne­vi­ève, mię­dzy dziel­ni­cą ła­ciń­ską a przed­mie­ściem Sa­int-Mar­ce­au. Go­spo­da ta, zna­na pod na­zwą Do­mu Vau­qu­er, da­je schro­nie­nie tak męż­czy­znom jak i ko­bie­tom, tak mło­dzie­ży, jak star­com; po­mi­mo to ob­mo­wa nie tknę­ła ni­g­dy oby­cza­jów te­go sza­now­ne­go za­kła­du. Trze­ba wszak­że i to do­dać, że od trzy­dzie­stu lat nie wi­dzia­no w nim pra­wie wca­le mło­dych osób; za­błą­kał się tam chy­ba ta­ki nie­bo­rak, któ­re­mu ro­dzi­na przy­sy­ła­ła utrzy­ma­nie bar­dzo szczu­płe. Jed­nak­że w ro­ku 1819, to jest w chwi­li roz­po­czę­cia się na­sze­go dra­ma­tu, miesz­ka­ła tam jed­na ubo­ga dziew­czy­na.

Mu­si­my po­słu­gi­wać się tu wy­ra­zem dra­mat, jak­kol­wiek w tych cza­sach opła­ka­nej li­te­ra­tu­ry stra­cił on wie­le ze swej wzię­to­ści, z po­wo­du że go nad­uży­wa­no i na­cią­ga­no we­dle po­trze­by; po­słu­gu­je­my się nim nie dla­te­go, by po­wieść ta mia­ła być dra­ma­tycz­ną, w ca­łym zna­cze­niu te­go sło­wa, ale dla­te­go, że fakt speł­nio­ny wy­ci­śnie mo­że kil­ka łez in­tra mu­ros i extra. Czy go kto­kol­wiek poj­mie po­za ob­rę­bem Pa­ry­ża? po­zwa­la­my so­bie wąt­pić. Szcze­gó­ły tej sce­ny tak są peł­ne spo­strze­żeń i barw miej­sco­wych, że moż­na je do­brze zro­zu­mieć tyl­ko po­mię­dzy wzgó­rza­mi Mont­mar­tre, a wy­nio­sło­ścią Mon­tro­uge, w tej sław­nej do­li­nie wiecz­nie osy­pu­ją­cych się tyn­ków i rynsz­to­ków czar­nych od bło­ta; w do­li­nie cier­pień praw­dzi­wych i ra­do­ści czę­sto zwod­ni­czych; w do­li­nie, gdzie się wszyst­ko tak strasz­li­wie ko­tłu­je, że chy­ba nad­zwy­czaj­ny wy­pa­dek mo­że wy­wrzeć nie­co sil­niej­sze wra­że­nie. Wszak­że i tu­taj zda­rza­ją się od cza­su do cza­su bo­le­ści wiel­kie i uro­czy­ste, bo się na nie skła­da ogrom wy­stęp­ku i cno­ty; na ich wi­dok ego­izm na­wet za­trzy­mu­je się wzru­szo­ny; ale to chwi­lo­we wra­że­nie przy­po­mi­na smacz­ny owoc po­chło­nię­ty z chci­wo­ścią. Ry­dwan cy­wi­li­za­cji, na kształt wo­zu bo­żysz­cza Jag­ger­na­ty, opóź­nia się wpraw­dzie, spo­tkaw­szy na swej dro­dze ser­ce opor­ne, co się nie da­je zgnieść tak ła­two jak in­ne; ale zmiaż­dżyw­szy je po chwi­li, po­su­wa się da­lej w swym try­um­fal­nym po­cho­dzie. Tak sa­mo po­stą­pi­cie wy, co wziąw­szy w bia­łe rę­ce książ­kę, po­grą­ży­cie się w mięk­kim fo­te­lu, mó­wiąc so­bie: mo­że też mnie za­ba­wi. Prze­czy­taw­szy o ta­jem­nych nie­szczę­ściach oj­ca Go­riot, zje­cie obiad z ape­ty­tem, skła­da­jąc swą nie­czu­łość na karb au­to­ra, za­rzu­ca­jąc mu prze­sa­dę, ob­wi­nia­jąc o zby­tek po­ezji. Ach! wierz­cie mi, ten dra­mat nie jest ani wy­my­słem, ani ro­man­sem. All is true, jest on tak praw­dzi­wy, że każ­dy znaj­dzie w so­bie, mo­że na­wet w swym ser­cu, te sa­me czyn­ni­ki, z któ­rych on się skła­da.

Dom, w któ­rym się mie­ści go­spo­da miesz­czań­ska, na­le­ży do pa­ni Vau­qu­er i znaj­du­je się przy koń­cu uli­cy Neu­ve-Sa­in­te-Ge­ne­vi­ève w tym miej­scu wła­śnie, gdzie grunt zni­ża­ją­cy się ku uli­cy Ar­ba­le­te two­rzy tak rap­tow­ną po­chy­łość, że ko­nie rzad­ko wjeż­dża­ją na nią. Oko­licz­ność ta przy­czy­nia się do ci­szy pa­nu­ją­cej wśród ulic ści­śnię­tych po­mię­dzy mu­ra­mi Val-de-Gra­ce i Pan­te­onu. Oba te gma­chy na­da­ją od­ręb­ny cha­rak­ter at­mos­fe­rze, po­wle­ka­jąc ją żół­ta­wym ko­lo­ry­tem, na któ­rym ja­koś po­sęp­nie ich cień się za­ry­so­wu­je. Bruk tam su­chy, rynsz­to­ki bez bło­ta i wo­dy, tra­wa po­ra­sta wzdłuż mu­rów. Naj­swo­bod­niej­szy czło­wiek mu­si tam ulec smut­ko­wi ogar­nia­ją­ce­mu wszyst­kich prze­chod­niów; tur­kot po­wo­zu – to rzad­ki wy­pa­dek, do­my po­nu­re, ścia­ny przy­po­mi­na­ją wię­zie­nie. Zbłą­ka­ny Pa­ry­ża­nin uj­rzał­by tam sa­me go­spo­dy miesz­czań­skie lub za­kła­dy; uj­rzał­by nę­dzę lub znie­chę­ce­nie, do­go­ry­wa­ją­cą sta­rość lub we­so­łą mło­dzież zmu­szo­ną do pra­cy. Żad­na z dziel­nic Pa­ry­ża nie jest okrop­niej­sza, ani mniej zna­na. Mia­no­wi­cie uli­ca Neu­ve-Sa­in­te-Ge­ne­vi­ève ni­by ra­ma brą­zo­wa, je­dy­nie sto­sow­na do na­sze­go opo­wia­da­nia, przed za­czę­ciem któ­re­go trze­ba, o ile moż­no­ści, na­stro­ić umysł do barw ciem­nych, do my­śli po­waż­nych; tak wę­dro­wiec zstę­pu­ją­cy do ka­ta­kumb, za każ­dym stop­niem pro­wa­dzą­cym w głąb, co­raz mniej wi­dzi świa­tła dzien­ne­go, co­raz nie­wy­raź­niej sły­szy śpiew prze­wod­ni­ka. Praw­dzi­we po­rów­na­nie! Któż bo­wiem po­wie, co przed­sta­wia strasz­liw­szy ob­raz: czy ser­ca wy­schłe, czy czasz­ki próż­ne?

Front go­spo­dy zwró­co­ny jest na ogró­dek; w sku­tek cze­go dom przy­ty­ka pod ką­tem pro­stym do uli­cy Neu­ve-Sa­in­te-Ge­ne­vi­ève miej­scu naj­bar­dziej za­głę­bio­nym, gdzie ją prze­rzy­na in­na uli­ca. Wzdłuż ca­łe­go fron­tu, po­mię­dzy do­mem a ogro­dem, znaj­du­je się na są­żeń sze­ro­ka prze­strzeń wy­bru­ko­wa­na okrą­gły­mi ka­mie­nia­mi, a da­lej ale­ja wy­sy­pa­na pia­skiem i oto­czo­na wa­zo­na­mi z bia­łe­go i nie­bie­skie­go fa­jan­su, w któ­rych ro­sną krze­wy ge­ra­nium, ole­an­dry i gra­na­ty. Furt­ka, pro­wa­dzą­ca w głąb tej alei, ma nad so­bą de­skę z nad­pi­sem: Dom Vau­qu­er, a po­ni­żej: Go­spo­da dla płci obo­jej i in­nych. Przez kra­tę znaj­du­ją­cą się we drzwiach opa­trzo­nych do­no­śnym dzwon­kiem, wi­dać ni­szę wy­ma­lo­wa­ną na prze­ciw­le­głym mu­rze, wzno­szą­cym się przy koń­cu wy­żej wzmian­ko­wa­ne­go bru­ku. Ar­ty­sta tej dziel­ni­cy nadał ni­szy ko­lor zie­lo­ne­go mar­mu­ru, uda­jąc za­głę­bie­nie, pod któ­rym umiesz­czo­no sta­tuę przed­sta­wia­ją­cą Ku­pi­dy­na. Pa­trząc na ob­łu­pa­ny la­kier, co go po­kry­wa, ama­to­ro­wie sym­bo­lów uj­rze­li­by w nim mo­że mit mi­ło­ści pa­ry­skiej, któ­ra się le­czy o kil­ka kro­ków da­lej. Na pod­sta­wie na­pis wpół za­tar­ty przy­po­mi­na epo­kę, do któ­rej się ta ozdo­ba od­no­si, świad­cząc o za­pa­le dla Wol­te­ra, któ­ry po­wró­cił do Pa­ry­ża ro­ku 1777:

Kto­kol­wiek je­steś, oto ob­raz te­go,  
Kto jest twym mi­strzem, był nim, al­bo bę­dzie.  

Gdy noc nad­cho­dzi, drzwi z kra­tą ustę­pu­ją miej­sca in­nym, ca­łym drzwiom. Ogró­dek tak sze­ro­ki jak front do­mu, oto­czo­ny od stro­ny uli­cy mu­rem, przy­ty­ka dru­gim bo­kiem do ścia­ny są­sied­nie­go do­mu, na któ­rym zwie­sza się okry­wa­ją­ca go szczel­nie za­sło­na blusz­czu. Wi­dok ten spra­wia w Pa­ry­żu ma­low­ni­cze wra­że­nie i przy­cią­ga oczy prze­chod­niów. Mur oka­la­ją­cy ogró­dek osło­nię­ty jest szpa­le­rem i win­ną la­to­ro­ślą, któ­rej owo­ce nędz­ne i za­py­lo­ne by­wa­ją przed­mio­tem co­rocz­nej tro­ski pa­ni Vau­qu­er i roz­mów jej z miesz­kań­ca­mi do­mu. Po obu stro­nach, wzdłuż mu­ru, cią­gnie się wą­ska dróż­ka pro­wa­dzą­ca pod cień lip, któ­re pa­ni Vau­qu­er, cho­ciaż z do­mu de Con­flans, na­zy­wa upo­rczy­wie tieu­il­les, po­mi­mo gra­ma­tycz­nych uwag swych sto­łow­ni­ków. Po­mię­dzy dwie­ma rów­no­le­gły­mi ale­ja­mi znaj­du­je się prze­strzeń kwa­dra­to­wa za­sa­dzo­na kar­czo­cha­mi, oto­czo­na drze­wa­mi owo­co­wy­mi kar­ło­wa­te­go ga­tun­ku i ob­ję­ta wko­ło szcza­wiem, sa­ła­tą i pie­trusz­ką. Pod li­pa­mi umiesz­czo­no okrą­gły stół zie­lo­ny, oto­czo­ny ła­wecz­ka­mi. W dni świą­tecz­ne przy­cho­dzą tu bo­gat­si go­ście, któ­rym środ­ki po­zwa­la­ją za­pła­cić za fi­li­żan­kę ka­wy i po­pi­ja­ją ją z wol­na, przy upa­le do­cho­dzą­cym do tak wy­so­kie­go stop­nia, że kur­czę­ta mo­gły­by się wy­kluć z jaj, gdy­by je umiesz­czo­no w po­dob­nej tem­pe­ra­tu­rze.

Trzy­pię­tro­wa fa­cja­ta do­mu, nad któ­rą wzno­szą się jesz­cze pod­da­sza, zbu­do­wa­na jest z pia­skow­ca i po­ma­lo­wa­na na ko­lor żół­ty, któ­ry wszyst­kim pra­wie do­mom pa­ry­skim na­da­je ja­kiś nie­szla­chet­ny cha­rak­ter. Na każ­dym pię­trze znaj­du­je się po pięć okien o ma­łych szyb­kach; ża­lu­zje w oknach pod­nie­sio­ne tak nie­rów­no, że prze­czni­ce ich zda­ją się kłó­cić mię­dzy so­bą. Bocz­na ścia­na do­mu mie­ści dwa okna w rząd; na par­te­rze ma­ją one za­miast ozdób że­la­znych szta­by wy­ra­bia­ne w krat­kę. Po­za do­mem znaj­du­je się po­dwó­rze, sze­ro­kie bli­sko na dwa­dzie­ścia stóp, gdzie trzo­da chlew­na ży­je w naj­lep­szej zgo­dzie z ku­ra­mi i kró­li­ka­mi; w głę­bi wi­dać drwal­nię. Mię­dzy tą drwal­nią a oknem ku­chen­nym przy­twier­dzo­no sza­fę spi­żar­nia­ną, pod któ­rą znaj­du­je się ściek brud­nej wo­dy. Z po­dwó­rza na uli­cę pro­wa­dzą wą­skie drzwicz­ki, przez któ­re ku­char­ka wy­rzu­ca wszyst­kie nie­czy­sto­ści, po­le­wa­jąc na­stęp­nie ka­łu­żę czy­stą wo­dą dla unik­nię­cia za­ra­zy.

Par­ter, prze­zna­czo­ny na miesz­czań­ską go­spo­dę, skła­da się z po­ko­ju o szkla­nych drzwiach i dwóch oknach wy­cho­dzą­cych na uli­cę. Ten sa­lon łą­czy się z ja­dal­nym po­ko­jem od­dzie­lo­nym od kuch­ni sion­ką, w któ­rej znaj­du­ją się scho­dy drew­nia­ne ma­lo­wa­ne i wo­sko­wa­ne. Trud­no zna­leźć coś bar­dziej smut­ne­go jak ten sa­lon, któ­re­go ca­łe ume­blo­wa­nie sta­no­wią fo­te­le i krze­sła, obi­te wło­sia­ną ma­te­rią w pa­sy błysz­czą­ce i ma­to­we. Po­środ­ku stoi stół okrą­gły z mar­mu­ru Sa­in­te-An­ne, na któ­rym po­sta­wio­no dla ozdo­by bar­dzo dzi­siaj roz­po­wszech­nio­ny ser­wis bia­ły por­ce­la­no­wy, o zło­tych pa­skach w po­ło­wie już po­za­cie­ra­nych. Pod­ło­ga w tym po­ko­ju do­syć nędz­na, ścia­ny ob­wie­dzio­ne u do­łu sze­ro­ką lam­pe­rią, wy­żej zaś wy­kle­jo­ne la­kie­ro­wa­nym pa­pie­rem, przed­sta­wia­ją­cym głów­ne sce­ny z Te­le­ma­ka, w któ­rych kla­sycz­ne oso­by dla od­róż­nie­nia od­ma­lo­wa­no żyw­szy­mi bar­wa­mi. Prze­strzeń mię­dzy dwo­ma okna­mi o że­la­znych szta­bach, przed­sta­wia miesz­kań­com go­spo­dy ob­raz uczty, któ­rą Ka­lip­so wy­da­ła na cześć sy­na Ulis­se­so­we­go. Lat czter­dzie­ści mi­nę­ło od dnia, w któ­rym po­wyż­sze ma­lo­wi­dło uka­za­ło się w sa­lo­nie pa­ni Vau­qu­er, a jesz­cze do tej po­ry nie prze­sta­je ono po­bu­dzać do żar­tów młod­szych sto­łow­ni­ków, któ­rym się zda­je, że się wznio­są po­nad swo­je smut­ne po­ło­że­nie, drwiąc ze skrom­ne­go obia­du, na ja­ki nę­dza ich ska­zu­je. Ko­mi­nek ozdo­bio­ny po­środ­ku szka­rad­nym ze­ga­rem z si­na­we­go mar­mu­ru, a po bo­kach dwo­ma wa­zo­na­mi sztucz­nych kwia­tów, co daw­ne cza­sy zda­ją się pa­mię­tać. Ogni­sko ko­min­ka, za­wsze czy­sto umie­cio­ne, zda­je się mó­wić, że ogień by­wa tu rzad­kim go­ściem. Pierw­szy ten po­kój prze­ję­ty jest wo­nią, nie ma­ją­cą w mo­wie ludz­kiej od­po­wied­nie­go okre­śle­nia; naj­wła­ści­wiej by­ło­by na­zwać ją wo­nią go­spo­dy. Czuć w niej za­duch, stę­chli­znę, pleśń; wie­je z niej chłód, wil­goć utrud­nia­ją­ca od­dech i przej­mu­ją­ca odzie­nie; uno­si się zmie­sza­ny za­pach róż­nych po­traw, a wszyst­ko ra­zem przy­po­mi­na izbę cze­lad­ną, kre­dens, szpi­tal. Mo­że by się to da­ło ja­śniej wy­ra­zić, gdy­by był spo­sób za­na­li­zo­wać pier­wiast­ki ulat­nia­ją­ce się z at­mos­fe­ry sui ge­ne­ris, ota­cza­ją­cej każ­de­go miesz­kań­ca te­go do­mu. A jed­nak, po­mi­mo tych wszyst­kich obrzy­dli­wo­ści, sa­lon opi­sa­ny, w po­rów­na­niu z są­sied­nim po­ko­jem, wy­da­je się wo­nie­ją­cy i wy­kwint­ny jak bu­du­ar. Ścia­ny dru­gie­go po­ko­ju, od gó­ry do do­łu wy­kła­da­ne drze­wem, by­ły nie­gdyś ko­lo­ro­we, ale dziś wi­dać tyl­ko ja­kieś tło nie­okre­ślo­ne, na któ­rym po­kład bru­du za­ry­so­wał się w dzi­wacz­ne wzo­ry. Do ścian po­przy­bi­ja­no pół­ki po­kry­te ja­kąś lgną­cą war­stwą, a na nich sto­ją za­py­lo­ne i po­wysz­czer­bia­ne ka­raf­ki, wraz z pod­staw­ka­mi me­ta­lo­wy­mi, wy­ra­bia­ny­mi w de­seń na­śla­du­ją­cy mo­rę, obok zaś pię­trzą się sto­sy ta­le­rzy por­ce­la­no­wych z nie­bie­ską ob­wód­ką, z tur­nej­skiej fa­bry­ki. W ką­cie stoi pu­deł­ko z nu­me­ro­wa­ny­mi prze­gród­ka­mi, słu­żą­ce za ogól­ny skład ser­wet po­pla­mio­nych i za­la­nych wi­nem. Spo­tkasz tu­taj ten ro­dzaj sprzę­tów, co naj­le­piej opie­ra się nisz­czą­cej si­le cza­su i, ze­wsząd już wy­gna­ny, spra­wia ta­kie wra­że­nie, jak szcząt­ki spo­łe­czeń­stwa w szpi­ta­lu cho­rób nie­ule­czo­nych. Zo­ba­czysz tu ba­ro­metr z ka­pu­cy­nem za­po­wia­da­ją­cym deszcz, wstręt­ne ma­lo­wi­dła od­bie­ra­ją­ce ape­tyt, w ra­mach la­kie­ro­wa­nych ze zło­ty­mi brzeż­ka­mi, ze­gar ścien­ny z szyld­kre­tu wy­kła­da­ne­go mie­dzią, zie­lo­ny piec, kin­kie­ty Ar­gan­da, w któ­rych oli­wa zgęst­nia­ła od ku­rzu, dłu­gi stół po­kry­ty ce­ra­tą, do­syć za­tłusz­czo­ną, by kro­to­chwil­ny sto­łow­nik mógł wy­pi­sać na niej swe imię, po­słu­gu­jąc się pal­cem w bra­ku ryl­ca; da­lej krze­sła ku­la­we, nędz­ne sło­mian­ki, prze­no­śne pie­cy­ki zu­ży­te, po­psu­te, z po­ła­ma­ny­mi za­wia­sa­mi i prze­pa­lo­nym drze­wem. Chcąc wy­ra­zić jak da­le­ce wszyst­kie te me­ble są sta­re, po­pę­ka­ne, stru­chla­łe, drżą­ce, sto­czo­ne, po­ła­ma­ne, wy­krzy­wio­ne, roz­trzę­sio­ne, do­go­ry­wa­ją­ce, po­trze­ba by dłu­gie­go opi­su, przez co opóź­nił­by się wą­tek po­wie­ści, a te­go ni­g­dy by mi nie da­ro­wa­li nie­cier­pli­wi czy­tel­ni­cy. Czer­wo­na pod­ło­ga peł­na jest za­głę­bień, po­wsta­łych w sku­tek nie­jed­no­krot­ne­go ma­lo­wa­nia i szo­ro­wa­nia. Jed­nym sło­wem, pa­nu­je tu nę­dza po­zba­wio­na stro­ny po­etycz­nej, nę­dza ukry­wa­na, oszczę­dza­ją­ca się, wy­sza­rza­na, nie zwa­la­na wpraw­dzie bło­tem, ale już moc­no po­pla­mio­na, nie ma­ją­ca jesz­cze dziur i łach­ma­nów, ale za chwi­lę go­to­wa ulec zgni­liź­nie.

Oko­ło siód­mej z ra­na, do zna­jo­me­go nam po­ko­ju wbie­ga kot pa­ni Vau­qu­er, po­prze­dza­jąc swą wła­ści­ciel­kę, wska­ku­je na pół­ki i wą­cha gar­nusz­ki z mle­kiem po­kry­te ta­le­rza­mi, po­mru­ku­jąc przy tym gło­śno. Po chwi­li zja­wia się wdo­wa, przy­stro­jo­na w tiu­lo­wy cze­pek, spod któ­re­go zwie­sza się fał­szy­wy war­kocz źle przy­twier­dzo­ny, i po­su­wa się, wlo­kąc za so­bą po­wy­krzy­wia­ne pan­to­fle. Twarz jej sta­ra, jak­by obrzę­kła, z no­sem za­krzy­wio­nym na kształt pa­pu­zie­go dzio­ba; rę­ce pulch­ne, ca­ła oso­ba utu­czo­na jak szczur ko­ściel­ny, o nad­zwy­czaj peł­nych kształ­tach; wszyst­ko har­mo­ni­zu­je jak naj­le­piej z tym sa­lo­nem, do któ­re­go wszyst­ki­mi szpa­ra­mi, zda­je się wci­skać nie­szczę­ście, gdzie z ką­tów wy­glą­da za­cza­jo­na spe­ku­la­cja, gdzie po­wie­trze dusz­ne i od­ra­ża­ją­ce nie spra­wia jed­nak wstrę­tu pa­ni Vau­qu­er. Ob­li­cze jej, świe­że jak pierw­szy przy­mro­zek je­sien­ny, oczy oto­czo­ne sie­cią zmarsz­czek, któ­rych wy­raz słod­ki jak uśmiech tan­cer­ki, mo­że w jed­nej chwi­li zmie­nić się w po­chmur­ne spoj­rze­nie rach­mi­strza; ca­ła wresz­cie jej oso­ba wy­ja­śnia le­piej go­spo­dę, któ­ra, ze swej stro­ny, sta­no­wi ni­by jed­no­li­tą ca­łość z jej oso­bą. Gdzie jest wię­zie­nie, tam mu­si być i do­zor­ca, jed­ne­go nie moż­na so­bie przed­sta­wić bez dru­gie­go. Cho­ro­bli­wa oty­łość tej ma­łej ko­bie­ty jest skut­kiem ży­cia, ja­kie pro­wa­dzi, tak jak ty­fus jest wy­ni­kiem szpi­tal­nych wy­zie­wów. Spod sta­rej, prze­ra­bia­nej suk­ni wy­my­ka się po­do­łek weł­nia­nej spód­ni­cy, świe­cą­cy kła­ka­mi wy­pa­da­ją­cej wa­ty. Ten wi­dok przy­po­mi­na nam sa­lon, po­kój ja­dal­ny i ogró­dek, prze­czu­wa­my kuch­nię, od­ga­du­je­my, ja­cy mo­gą być miesz­kań­cy do­mu. Wi­dząc ra­zem oso­bę i oto­cze­nie, ma­my do­pie­ro ob­raz zu­peł­ny. Pa­ni Vau­qu­er ma lat oko­ło pięć­dzie­się­ciu i wy­glą­da jak wszyst­kie ko­bie­ty, któ­re do­zna­ły nie­szczęść w swym ży­ciu. Wzrok jej szkli­sty, a wy­raz twa­rzy przy­po­mi­na fak­tor­kę, uda­ją­cą gniew dla wy­łu­dze­nia więk­szej za­pła­ty, a po chwi­li go­to­wą na wszyst­ko, by tyl­ko po­lep­szyć swój los, go­to­wą wy­dać Grze­go­rza lub Pi­che­gru, gdy­by to by­ło rze­czą jesz­cze moż­li­wą. To nie prze­szka­dza jej być w grun­cie do­brą ko­bie­tą, przy­naj­mniej ta­kie jest zda­nie jej lo­ka­to­rów, któ­rzy uwa­ża­ją ją za bied­ną isto­tę, stę­ka­ją­cą i kasz­lą­cą wraz z ni­mi. Kto był pan Vau­qu­er? Wdo­wa nie lu­bi roz­po­wia­dać o nie­bosz­czy­ku. Ja­kim spo­so­bem utra­cił mie­nie? W sku­tek nie­szczęść, od­po­wia­da ko­bie­ta. Wy­zna­je jed­nak, że się z nią nie­do­brze ob­cho­dził, a zo­sta­wił jej tyl­ko dwo­je oczu po­trzeb­nych do pła­czu, dom, w któ­rym miesz­ka, i prze­ko­na­nie, że żad­ne nie­szczę­ście nie za­słu­gu­je na jej współ­czu­cie, bo sa­ma prze­cier­pia­ła wszyst­ko, co tyl­ko prze­cier­pieć moż­na. Sły­sząc pa­nią drep­czą­cą po po­ko­ju, ku­char­ka, zna­na pod na­zwą gru­bej Syl­wii, po­śpie­sza po­dać śnia­da­nie dla sta­łych miesz­kań­ców go­spo­dy. Wszy­scy przy­cho­dzą­cy sto­łow­ni­cy do­sta­ją tyl­ko obiad, za co mie­sięcz­nie pła­cą trzy­dzie­ści fran­ków.

W chwi­li, gdy się ta po­wieść za­czy­na, sta­łych miesz­kań­ców by­ło tyl­ko sied­miu. Na pierw­szym pię­trze by­ły dwa naj­lep­sze apar­ta­men­ty; pa­ni Vau­qu­er zaj­mo­wa­ła mniej­szy, a dru­gi na­le­żał do pa­ni Co­utu­re, wdo­wy po wo­jen­nym ko­mi­sa­rzu rze­czy­po­spo­li­tej fran­cu­skiej. Pa­ni Co­utu­re utrzy­my­wa­ła przy so­bie mło­dą oso­bę, nie­ja­ką Wik­to­ry­nę Ta­il­le­fer, któ­rej sta­ra­ła się za­stą­pić mat­kę. Do­chód obu tych pań wy­no­sił ty­siąc osiem­set fran­ków. Na dru­gim pię­trze, jed­no miesz­ka­nie zaj­mo­wał czło­wiek w po­de­szłym wie­ku, na­zwi­skiem Po­iret, dru­gie zaś pe­wien je­go­mość mo­gą­cy mieć lat ze czter­dzie­ści; no­sił on ciem­ną pe­ru­kę, czer­nił fa­wo­ry­ty, ucho­dził za by­łe­go kup­ca; zna­no go po­wszech­nie pod imie­niem Vau­tri­na. Trze­cie pię­tro skła­da­ło się z czte­rech po­koi; je­den z nich wy­naj­mo­wa­ła sta­ra pan­na, na­zwi­skiem Mi­chon­ne­au, dru­gi zaj­mo­wał by­ły fa­bry­kant wło­skie­go ma­ka­ro­nu, wło­skich cia­stek i kroch­ma­lu, na­zy­wa­ny po­spo­li­cie oj­cem Go­riot. Dwa po­zo­sta­łe po­ko­je da­wa­ły schro­nie­nie róż­nym prze­lot­nym pta­kom, a naj­czę­ściej nie­szczę­śli­wym stu­den­tom, któ­rzy na stół i kwa­te­rę mo­gli wy­dać naj­wię­cej czter­dzie­ści pięć fran­ków mie­sięcz­nie, to jest wła­śnie ty­le, ile pła­ci­li oj­ciec Go­riot i pan­na Mi­chon­ne­au; ale pa­ni Vau­qu­er nie ra­da by­ła ta­kim miesz­kań­com, przyj­mo­wa­ła ich tyl­ko w ta­kim ra­zie, gdy się nic lep­sze­go nie na­strę­cza­ło: uwa­ża­ła, że stu­den­ci zja­da­ją naj­wię­cej chle­ba. Obec­nie je­den z tych po­koi na­le­żał do mło­de­go czło­wie­ka spod An­go­ulême, któ­ry przy­je­chał do Pa­ry­ża stu­dio­wać pra­wo. Licz­ne ro­dzeń­stwo stu­den­ta od­ma­wia­ło so­bie wie­lu wy­gód, by­le za­osz­czę­dzić sto dwa­dzie­ścia fran­ków, któ­re sta­no­wi­ły je­go ca­ło­rocz­ne utrzy­ma­nie.

Eu­ge­niusz de Ra­sti­gnac, tak się bo­wiem ów stu­dent na­zy­wał, był z rzę­du tych mło­dych lu­dzi, któ­rych nie­szczę­ście ura­bia do pra­cy, któ­rzy poj­mu­ją od naj­młod­szych lat, jak wiel­kie na­dzie­je ro­dzi­ce w nich po­kła­da­ją, ma­rzą o świet­nej przy­szło­ści i, ra­chu­jąc na po­tę­gę na­uki, sta­ra­ją się za­sto­so­wać ją za­wcza­su do przy­szłych po­trzeb spo­łe­czeń­stwa, z któ­re­go za­mie­rza­ją wy­cią­gnąć dla sie­bie jak naj­wię­cej ko­rzy­ści. Gdy­by nie je­go cie­ka­we spo­strze­że­nia, gdy­by nie ta zręcz­ność, z ja­ką po­tra­fił za­jąć pew­ne sta­no­wi­sko w sa­lo­nach Pa­ry­ża, po­wieść ni­niej­sza by­ła­by po­zba­wio­na tych barw praw­dzi­wych, któ­re za­wdzię­cza prze­ni­kli­wo­ści je­go umy­słu i usil­no­ści, z ja­ką ba­dał taj­ni­ki te­go strasz­li­we­go po­ło­że­nia, któ­re naj­sta­ran­niej osła­nia­li ci, co je wy­two­rzy­li i ci, co je zno­si­li.

Po­nad trze­cim pię­trem był strych do su­sze­nia bie­li­zny i dwa pod­da­sza, gdzie sy­piał po­słu­gacz zwa­ny Krzysz­to­fem i gru­ba Syl­wia, ku­char­ka. Oprócz sied­miu sta­łych miesz­kań­ców, pa­ni Vau­qu­er mie­wa­ła rok rocz­nie ośmiu stu­den­tów z wy­dzia­łu praw­ne­go lub me­dycz­ne­go i dwóch sto­łow­ni­ków miesz­ka­ją­cych w tej sa­mej dziel­ni­cy; ci wszy­scy przy­cho­dzi­li tyl­ko na obiad. Do obia­du sia­da­ło osiem­na­ście osób, a w ra­zie po­trze­by i dwa­dzie­ścia mo­gło­by się po­mie­ścić w sa­li ja­dal­nej; ale z ra­na tyl­ko sied­miu sta­łych miesz­kań­ców scho­dzi­ło się na śnia­da­nie i wte­dy moż­na by po­my­śleć, że to kół­ko ro­dzin­ne za­sia­da przy sto­le. Wszy­scy przy­cho­dzi­li w pan­to­flach i udzie­la­li so­bie wza­jem­nie róż­nych spo­strze­żeń po­uf­nych: za­sta­na­wia­no się nad ubra­niem i wy­ra­zem twa­rzy obia­do­wych go­ści, roz­trzą­sa­no wy­pad­ki ubie­głe­go wie­czo­ru, a każ­dy wy­raz tchnął szcze­ro­ścią i za­ufa­niem. Wszy­scy sta­li miesz­kań­cy by­li piesz­czo­cha­mi pa­ni Vau­qu­er, któ­ra z do­kład­no­ścią astro­no­ma ob­dzie­la­ła ich sta­ra­niem i wzglę­da­mi, sto­sow­nie do więk­szej lub mniej­szej za­pła­ty. W każ­dym ra­zie ota­cza­no wy­jąt­ko­wym sza­cun­kiem te sie­dem istot, któ­re tu­taj wy­pa­dek zgro­ma­dził. Obaj miesz­kań­cy dru­gie­go pię­tra pła­ci­li tyl­ko po sie­dem­dzie­siąt dwa fran­ki na mie­siąc. Ta­ka ta­niość, któ­ra zresz­tą ist­nie­je tyl­ko na przed­mie­ściu Sa­int-Mar­cel, mię­dzy la Bo­ur­be i la Sal­pe­trie­re, do­wo­dzi­ła, że wszy­scy ci lu­dzie, z wy­jąt­kiem pa­ni Co­utu­re, ugi­na­li się pod cię­ża­rem nie­szczę­ścia mniej lub wię­cej wi­docz­ne­go. To­też odzie­nie ich wy­tar­te i znisz­czo­ne przed­sta­wia­ło wi­dok nie mniej opła­ka­ny, jak wnę­trze ich miesz­ka­nia. Sur­du­ty męż­czyzn by­ły ko­lo­ru za­gad­ko­we­go, obu­wie ta­kie, ja­kie­go nie ścier­pia­no by w ob­rę­bie ele­ganc­kiej dziel­ni­cy, bie­li­zna znisz­czo­na, resz­ta odzie­ży tyl­ko że się trzy­ma­ła. Ko­bie­ty no­si­ły suk­nie wy­peł­złe, far­bo­wa­ne i znów wy­pło­wia­łe; sta­re, ce­ro­wa­ne ko­ron­ki, rę­ka­wicz­ki wy­glan­so­wa­ne od dłu­gie­go uży­cia i chu­s­tecz­ki wy­ru­dzia­łe, aż do dziur prze­tar­te. Ta­kie­go to ro­dza­ju odzież okry­wa­ła po­sta­ci po więk­szej czę­ści do­brze zbu­do­wa­ne, o sil­nym or­ga­ni­zmie, co się oparł wszyst­kim bu­rzom ży­cia, o twa­rzach zim­nych, twar­dych, za­tar­tych jak du­ka­ty wy­szłe z obie­gu. Spo­za warg wy­wię­dłych uka­zy­wa­ły się chci­we zę­by. Wi­dok tych lu­dzi ka­zał się do­my­ślać dra­ma­tów speł­nio­nych lub roz­wi­ja­ją­cych się w chwi­li obec­nej; nie tych dra­ma­tów, co to się od­gry­wa­ją przy sztucz­nym oświe­tle­niu, po­mię­dzy ma­lo­wa­ny­mi ku­li­sa­mi, ale dra­ma­tów ży­wych i nie­mych, za­sty­głych, a tak sil­nie po­ru­sza­ją­cych ser­ce, dra­ma­tów nie­prze­rwa­nych, dłu­go­trwa­łych.

Sta­ra pan­na Mi­chon­ne­au osła­nia­ła swe oczy zmę­czo­ne dasz­kiem, któ­ry mógł­by roz­draż­nić sa­me­go anio­ła li­to­ści, skła­dał się on z za­tłusz­czo­ne­go ka­wał­ka zie­lo­nej ki­taj­ki roz­pię­tej na dru­cie. Chust­ka oto­czo­na nędz­ną, po­wy­sku­by­wa­ną frędz­lą, okry­wa­ła kształ­ty tak spi­cza­ste, iż rzekł­byś, że pod nią ko­ścio­trup się ukry­wa. Co po­zba­wi­ło tę isto­tę kształ­tów nie­wie­ścich? Mu­sia­ła być kie­dyś ład­na i zgrab­na; cóż ją do­pro­wa­dzi­ło do sta­nu obec­ne­go: wy­stę­pek, zgry­zo­ta, czy chci­wość? Czy ko­cha­ła zbyt wie­le, czy by­ła ostat­nią z ko­biet, czy tyl­ko kur­ty­za­ną? Mo­że sta­rość od­ra­ża­ją­ca by­ła ka­rą za try­um­fy mło­do­ści am­bit­nej spę­dzo­nej wśród uciech róż­no­rod­nych. Wzrok jej wy­ga­sły przej­mo­wał chło­dem, w po­marsz­czo­nej twa­rzy czy­ta­łeś groź­bę ja­kąś nie­po­ję­tą. Gdy się ode­zwa­ła, dźwięk jej gło­su przy­wo­dził na myśl ko­ni­ka po­lne­go, co za zbli­że­niem się zi­my od­zy­wa się cią­gle w głę­bi za­ro­śli. Opo­wia­da­ła o so­bie, że do­zo­ro­wa­ła pew­ne­go star­ca cier­pią­ce­go na ka­tar pę­che­rza, któ­re­go dzie­ci opu­ści­ły, są­dząc, że się po nim ni­cze­go spo­dzie­wać nie moż­na.

Ten to sta­rzec za­pi­sał pan­nie Mi­chon­ne­au ty­siąc fran­ków do­ży­wot­nie­go do­cho­du, co da­ło po­wód do nie­jed­no­krot­nych za­tar­gów z suk­ce­so­ra­mi, któ­rzy nie prze­sta­wa­li prze­śla­do­wać jej po­twa­rzą. Cho­ciaż gra na­mięt­no­ści wy­ry­ła się na jej twa­rzy, moż­na by­ło jed­nak do­pa­trzeć jesz­cze pew­nych śla­dów płci bia­łej i de­li­kat­nej, co po­zwa­la­ło przy­pusz­czać, że cia­ło jej za­cho­wa­ło do­tąd pew­ne szcząt­ki pięk­no­ści.

Pan Po­iret był ro­dza­jem au­to­ma­tu. Trze­ba by­ło wi­dzieć go w chwi­li, gdy na kształt cie­nia sza­re­go prze­su­wał się po alei ogro­du bo­ta­nicz­ne­go: zmię­ta czap­ka okry­wa­ła mu gło­wę, la­ska o zżół­kłej gał­ce z ko­ści sło­nio­wej go­to­wa by­ła la­da chwi­la wy­paść z rę­ki nie­do­łęż­nej, wy­gnie­cio­ne po­ły sur­du­ta roz­wie­wa­ły się z wia­trem uka­zu­jąc spodnie ob­wi­słe, a no­gi okry­te si­ny­mi poń­czo­cha­mi plą­ta­ły się jak u pi­ja­ka. Resz­ta stro­ju skła­da­ła z bia­łej zbru­ka­nej ka­mi­zel­ki i z ża­bo­tu z gru­be­go, po­wy­cią­ga­ne­go mu­śli­nu, któ­ry nie przy­sta­wał do­brze do chust­ki okrę­co­nej wko­ło in­dy­czej szyi. To­też nie­je­den prze­cho­dzień py­tał sie­bie, czy ten cień chiń­ski na­le­ży rze­czy­wi­ście do śmia­łej ra­sy sy­nów Ja­fe­ta, fru­wa­ją­cych po bul­wa­rze wło­skim? Ja­kie­go to ro­dza­ju pra­ca mo­gła go tak po­wy­ła­my­wać? ja­ka na­mięt­ność nada­ła ciem­no­bru­nat­ny ko­lor je­go szysz­ko­wa­tej twa­rzy, któ­ra na ry­sun­ku wy­da­ła­by się prze­sad­ną ka­ry­ka­tu­rą. Czym był ten czło­wiek? Mo­że urzęd­ni­kiem w mi­ni­ster­stwie spra­wie­dli­wo­ści, w biu­rze, do któ­re­go ka­ci przed­sta­wia­ją ra­chu­nek za do­sta­wę czar­nych we­lo­nów dla oj­co­bój­ców, za otrę­by do na­peł­nia­nia ko­szów, za sznur­ki i no­że. A mo­że do nie­go na­le­ża­ło oczysz­cza­nie szlach­tu­za lub in­na ja­kaś czyn­ność na­ka­za­na przez ko­mi­sję sa­ni­tar­ną. Jed­nym sło­wem, czło­wiek ten wy­glą­dał na jed­no z pra­co­wi­tych by­dląt na­sze­go mły­na spo­łecz­ne­go, na jed­ne­go z tych pa­ry­skich Ra­to­nów, któ­rzy nie zna­ją na­wet swych Ber­tran­dów, wy­glą­dał na ja­kąś sprę­ży­nę, któ­ra po­ru­sza­ła nie­do­lę lub szu­mo­wi­ny spo­łecz­ne; wresz­cie był to je­den z tych lu­dzi, o któ­rych po­wia­da­my: A jed­nak i ta­cy są po­trzeb­ni. Pięk­ny Pa­ryż nic nie wie o tych twa­rzach zbla­dłych wśród cier­pień mo­ral­nych i fi­zycz­nych. Ale Pa­ryż to ist­ny oce­an. Na próż­no son­dę za­pusz­czać bę­dzie­cie, ni­g­dy nie zba­da­cie je­go głę­bo­ko­ści. Mo­że­cie go zwie­dzać i opi­sy­wać; ale na cóż się zda­dzą wa­sze sta­ra­nia? Ty­lu jest ba­da­czy su­mien­nych, co się tym mo­rzem zaj­mu­ją, a jed­nak po­zo­sta­nie tam wiecz­nie ja­kaś ustroń nie­tknię­ta, ja­kaś nie­zna­na pie­cza­ra, znaj­dą się za­wsze kwia­ty, per­ły, po­two­ry, coś nie­sły­cha­ne­go, o czym za­po­mnie­li nur­ko­wie-li­te­ra­ci. Dom Vau­ouer to wła­śnie jed­na z ta­kich cie­ka­wych po­twor­no­ści.

Dwie twa­rze sta­no­wi­ły tam ude­rza­ją­cą sprzecz­ność z ogó­łem miesz­kań­ców i sto­łow­ni­ków. Cho­ciaż ce­ra pan­ny Wik­to­ry­ny Ta­il­le­fer po­cią­gnię­ta by­ła bla­do­ścią cho­ro­bli­wą, ja­ka ce­chu­je zwy­kle dziew­czę­ta cier­pią­ce na bla­dacz­kę; cho­ciaż wła­ści­wy jej wy­raz smut­ku i przy­gnę­bie­nia zle­wał się har­mo­nij­nie z cier­pie­niem ogól­nym sta­no­wią­cym tło te­go ob­ra­zu; choć wy­da­wa­ła się za­wsze zbie­dzo­na i nie­pew­na sie­bie: z tym wszyst­kim jed­nak twarz jej by­ła mło­da, głos wdzięcz­ny i po­ru­sze­nia ży­we. Ta nie­do­la mło­da przy­po­mi­na­ła krzew o zżół­kłych list­kach, prze­sa­dzo­ny na grunt nie­wła­ści­wy. Jej wło­sy ja­sne wpa­da­ją­ce w od­cień mie­dzia­ny, twarz de­li­kat­na, fi­gu­ra nad­zwy­czaj szczu­pła, jed­nym sło­wem po­stać ca­ła tchnę­ła tym wdzię­kiem, któ­ry no­wo­żyt­ni po­eci upa­tru­ją w sta­tu­et­kach śre­dnio­wiecz­nych. Oczy sza­re z czar­nym od­cie­niem wy­ra­ża­ły chrze­ści­jań­ską ła­god­ność i pod­da­nie się. Ubra­nie skrom­ne i nie­dro­gie wdzięcz­nie się ukła­da­ło na mło­dej i kształt­nej fi­gu­rze. W szczę­ściu dziew­czę to by­ło­by za­chwy­ca­ją­ce: szczę­ście jest po­ezją ko­bie­ty, tak jak strój jest jej de­ko­ra­cją. Niech­by ucie­cha ba­lu roz­la­ła na tej bla­dej twa­rzy swo­ją bar­wę ró­ża­ną, a wy­go­dy wy­kwint­ne­go ży­cia wy­peł­ni­ły i za­ru­mie­ni­ły te po­licz­ki tro­chę już wpa­dłe; niech­by mi­łość roz­ja­śni­ła smut­ne te oczy: a Wik­to­ry­na mo­gła­by wal­czyć o lep­sze z naj­pięk­niej­szy­mi pan­na­mi. Nie zna­ła te­go, co da­je ko­bie­cie jak­by dru­gie ży­cie: bra­kło jej gał­gan­ków i li­ści­ków mi­ło­snych. Hi­sto­ria jej ży­cia mo­gła­by do­star­czyć wąt­ku do po­wie­ści. Oj­ciec Wik­to­ry­ny są­dził się w pra­wie nie uzna­wać cór­ki, nie chciał jej mieć przy so­bie, prze­zna­czał jej tyl­ko sześć­set fran­ków rocz­nie, wresz­cie sprze­dał swo­je do­bra, chcąc wszyst­ko prze­ka­zać sy­no­wi. Mat­ka Wik­to­ry­ny umar­ła z roz­pa­czy u da­le­kiej swej krew­nej pa­ni Co­utu­re, któ­ra od­tąd z ma­cie­rzyń­ską tro­skli­wo­ścią za­opie­ko­wa­ła się sie­ro­tą. Na nie­szczę­ście wdo­wa po wo­jen­nym ko­mi­sa­rzu wojsk rze­czy­po­spo­li­tej nic w świe­cie nie po­sia­da­ła prócz swej wdo­wiej pen­sji; mo­gła więc kie­dyś zo­sta­wić na ła­skę i nie­ła­skę świa­ta bied­ne dziew­czę bez do­świad­cze­nia i środ­ków do ży­cia. Do­bra ko­bie­ta chcia­ła na wszel­ki wy­pa­dek za­szcze­pić po­boż­ność w ser­cu Wik­to­ry­ny; w tym ce­lu co nie­dzie­la by­wa­ła z nią na mszy, a co dwa ty­go­dnie wo­dzi­ła ją do spo­wie­dzi. I mia­ła słusz­ność; tyl­ko uczu­cia re­li­gij­ne mo­gły wes­przeć w przy­szło­ści to dziec­ko od­rzu­co­ne, któ­re nie prze­sta­ło ko­chać oj­ca i co­rocz­nie uda­wa­ło się do nie­go, nio­sąc prze­ba­cze­nie swej mat­ki; ale szło tyl­ko po to, by wy­cze­ki­wać nada­rem­nie u drzwi oj­cow­skie­go do­mu, któ­re przed nią nie­li­to­ści­wie za­my­ka­no. Brat, je­dy­ny po­śred­nik, na któ­re­go mo­gła ra­cho­wać, ani ra­zu nie od­wie­dził jej przez czte­ry la­ta, ni­g­dy nie po­śpie­szył jej z po­mo­cą. Wik­to­ry­na bła­ga­ła Bo­ga, by oj­ca jej wy­pro­wa­dził z błę­du i zmięk­czył ser­ce bra­ta; mo­dli­ła się za oby­dwóch, nie ob­wi­nia­jąc ich wca­le. Na­to­miast pa­ni Co­utu­re i pa­ni Vau­qu­er wy­czer­pa­ły ca­ły słow­nik obelg, nie znaj­du­jąc wy­ra­zu, któ­ry by do­brze okre­ślał bar­ba­rzyń­skie po­stę­po­wa­nie tych lu­dzi. Pod­czas gdy obie prze­kli­na­ły nie­cne­go mi­lio­ne­ra, Wik­to­ry­na od­zy­wa­ła się ła­god­nie i wy­ra­zy jej przy­po­mi­na­ły głos zra­nio­ne­go go­łę­bia, któ­ry na­wet krzy­kiem bo­le­ści wy­ra­ża mi­łość.

Eu­ge­niusz de Ra­sti­gnac przed­sta­wiał typ po­łu­dnio­wy; miał płeć bia­łą przy czar­nych wło­sach i oczach nie­bie­skich. Ca­ła je­go po­wierz­chow­ność i wszyst­kie ru­chy zdra­dza­ły po­tom­ka szla­chet­nej ro­dzi­ny, gdzie po­cząt­ko­we wy­cho­wa­nie by­wa zwy­kle prze­siąk­nię­te tra­dy­cją wy­twor­ne­go gu­stu. Oszczęd­ny z po­trze­by, mu­siał za­do­wa­lać się na co dzień prze­szło­rocz­ny­mi suk­nia­mi; jed­nak wy­cho­dząc na mia­sto mógł się nie­kie­dy ubrać nie go­rzej od wy­twor­nych stroj­ni­siów. W dni po­wsze­dnie no­sił sur­dut sta­ry, ka­mi­zel­kę zu­ży­tą, czar­ny kra­wat zmię­ty i nie­dba­le, po stu­denc­ku za­wią­za­ny, spodnie od­po­wied­nie do ca­łe­go stro­ju i bu­ty pod­ze­lo­wa­ne.

Czter­dzie­sto­let­ni Vau­trin z po­czer­nio­ny­mi fa­wo­ry­ta­mi sta­no­wił ni­by przej­ście od tej mło­dej pa­ry do resz­ty miesz­kań­ców. Był to je­den z tych lu­dzi, o któ­rych lud pro­sty po­wia­da: „To tę­gi chłop!” Sze­ro­ki w ra­mio­nach, biust miał po­tęż­ny, mu­sku­ły wy­dat­ne i ogrom­ne, czwo­ro­gran­ne rę­ce po­ro­śnię­te na pal­cach kę­pa­mi gę­stych, ogni­sto­ru­dych wło­sów. Twarz po­ora­na przed­wcze­sny­mi zmarszcz­ka­mi, mia­ła w so­bie ja­kiś wy­raz okru­cień­stwa i nie­ludz­ko­ści, ale ła­twość i zgod­ność w ob­co­wa­niu z ludź­mi za­da­wa­ły kłam te­mu wy­ra­zo­wi. Głos ba­so­wy, har­mo­ni­zu­ją­cy z ru­basz­ną we­so­ło­ścią spra­wiał mi­łe wra­że­nie. Nad­ska­ku­ją­cy był, a jed­nak lu­bił kpić ze wszyst­kie­go. Gdy w do­mu ze­psuł się ja­ki za­mek, on go wnet ro­ze­brał na cząst­ki, na­pro­wa­dził oli­wą, na­pra­wił i zło­żył, do­da­jąc za­wsze: „Zna­my się na tym”. Zresz­tą znał on wszyst­ko: okrę­ty, mo­rze, Fran­cję, za­gra­ni­cę, in­te­re­sy, lu­dzi, wy­pad­ki, pra­wa, ho­te­le i wię­zie­nia. Go­tów był po­śpie­szyć z po­mo­cą każ­de­mu, kto tyl­ko bar­dzo się uskar­żał. Kil­ka ra­zy już po­ży­czał pie­nię­dzy pa­ni Vau­qu­er i nie­któ­rym miesz­kań­com go­spo­dy, ale kre­dy­to­ro­wie wo­le­li­by umrzeć niż za­póź­nić się z wy­pła­tą, bo Vau­trin, po­mi­mo swej mi­ny do­bro­dusz­nej, umiał spoj­rzeć nie­kie­dy wzro­kiem tak sta­now­czym i głę­bo­kim, że aż mro­wie prze­cho­dzi­ło. Miał szcze­gól­ny spo­sób splu­wa­nia, któ­ry zdra­dzał czło­wie­ka ob­da­rzo­ne­go wiel­kim za­so­bem krwi zim­nej i nie­zdol­ne­go cof­nąć się przed żad­nym wy­stęp­kiem, gdy­by ta­ko­wy miał go wy­ba­wić z dwu­znacz­ne­go po­ło­że­nia. Ni­by sę­dzia su­ro­wy, zda­wał się ba­dać każ­dą rzecz do głę­bi; każ­de su­mie­nie, uczu­cie każ­de zda­wał się wzro­kiem prze­ni­kać. We­dług przy­ję­te­go raz na za­wsze zwy­cza­ju, wy­cho­dził po śnia­da­niu i wra­cał na obiad, po czym zni­kał na ca­ły wie­czór i do­pie­ro ko­ło pół­no­cy do­sta­wał się znów do miesz­ka­nia za po­mo­cą wy­try­cha, któ­ry mu pa­ni Vau­qu­er po­wie­rzy­ła. On tyl­ko je­den do­stą­pił ta­kiej ła­ski. To też był w jak naj­lep­szych sto­sun­kach z wdo­wą, któ­rą na­zy­wał ma­man i obej­mo­wał czu­le za ki­bić (za­po­mnia­na to piesz­czo­ta!). Po­czci­wa nie­wia­sta nie wi­dzia­ła w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go, gdy w rze­czy sa­mej je­den chy­ba Vau­trin miał ra­mio­na dość dłu­gie, by uści­snąć tę cięż­ką bry­łę. By­ło to ce­chą je­go cha­rak­te­ru, że pła­cił wspa­nia­le po pięt­na­ście fran­ków na mie­siąc za glo­rię (t.j. ka­wę z wód­ką), któ­rą pi­jał po obie­dzie. Lu­dzie mniej lek­ko­myśl­ni niż ta mło­dzież po­rwa­na wi­rem ży­cia pa­ry­skie­go lub ci star­cy obo­jęt­ni na wszyst­ko, co nie do­ty­ka­ło ich bez­po­śred­nio, po­tra­fi­li­by wy­ja­śnić so­bie wąt­pli­we wra­że­nie, ja­kie Vau­trin spra­wiał na ota­cza­ją­cych. Czło­wiek ten znał i od­ga­dy­wał za­wsze spra­wy in­nych, lecz nikt nie mógł zba­dać na­wza­jem je­go my­śli i za­jęć. Do­bro­dusz­ność po­zor­na i cią­gła uprzej­mość słu­ży­ły mu za prze­gro­dę, któ­rą się od­dzie­lił od in­nych; po­mi­mo to zdra­dzał nie­kie­dy prze­ra­ża­ją­cą głę­bię swe­go cha­rak­te­ru. Czę­sto wpa­dał w za­pał god­ny Ju­we­na­la, na­trzą­sał się z pra­wa i tak za­wzię­cie chło­stał wyż­sze to­wa­rzy­stwo, za­rzu­ca­jąc mu sprzecz­ność z so­bą sa­mym, iż moż­na by­ło przy­pu­ścić, że bar­dzo był nie­za­do­wo­lo­ny z ustro­ju spo­łecz­ne­go i miał w swym ży­ciu ta­jem­ni­cę sta­ran­nie ukry­wa­ną.

Ocza­ro­wa­na, bez­wied­nie mo­że, si­łą czter­dzie­sto­let­nie­go atle­ty i pięk­no­ścią mło­de­go stu­den­ta, pan­na Ta­il­le­fer dzie­li­ła po­mię­dzy nich swe spoj­rze­nia prze­lot­ne i my­śli ta­jem­ne; lecz obaj zda­wa­li się nie my­śleć o niej wca­le, choć z dnia na dzień śle­py traf mógł zmie­nić jej po­ło­że­nie i po­mie­ścić ją w rzę­dzie bo­ga­tych pa­nien. Zresz­tą ża­den z miesz­kań­ców go­spo­dy nie za­da­wał so­bie tru­du, by zba­dać, czy nie­szczę­ścia in­nych by­ły rze­czy­wi­ste, czy zmy­ślo­ne. Każ­dy spo­glą­dał na ota­cza­ją­cych obo­jęt­nie, pra­wie po­dejrz­li­wie, a wy­ni­ka­ło to z po­ło­że­nia, ja­kie wzglę­dem sie­bie zaj­mo­wa­li. Wi­dzie­li, że nic nie mo­gą po­ra­dzić na swą nie­do­lę, a dzie­ląc się tro­ską nie­ustan­ną, wy­czer­pa­li ca­ły za­sób współ­czu­cia. Po­dob­ni do pa­ry sta­rych mał­żon­ków, nie mie­li już so­bie nic do po­wie­dze­nia. Sto­sun­ki ist­nie­ją­ce po­mię­dzy ni­mi by­ły też czy­sto me­cha­nicz­ne i przy­po­mi­na­ły ruch kół nie­sma­ro­wa­nych. Wszy­scy zdol­ni by­li przejść obok śle­pe­go nie spoj­rzaw­szy nań wca­le lub wy­słu­chać obo­jęt­nie opo­wia­da­nia o czy­imś nie­szczę­ściu, wszy­scy jed­no­zgod­nie pa­trzy­li na śmierć, ja­ko na roz­wią­za­nie za­da­nia nę­dzy, wo­bec któ­rej bladł ob­raz naj­strasz­liw­sze­go zgo­nu. Naj­szczę­śliw­szą z tych dusz stro­ska­nych by­ła pa­ni Vau­qu­er kró­lu­ją­ca wszech­wład­nie w tym do­mu-przy­tuł­ku. Ma­ły ogró­dek, któ­ry pod wpły­wem zim­na, su­szy i wil­go­ci stał się pu­stym i głu­chym ste­pem, dla niej był za­wsze roz­kosz­nym ga­jem. Dla niej jed­nej po­nęt­nym był ów dom żół­ty i po­nu­ry, w któ­rym po­wie­trze, prze­ję­te wo­nią za­śnie­dzia­łej mie­dzi, przy­po­mi­na­ło kan­tor we­ksli. Do niej na­le­ża­ły wszyst­kie te cel­ki ciem­ne. Ona ży­wi­ła wszyst­kich tych ga­ler­ni­ków ska­za­nych na ka­rę do­ży­wot­nią, ona po­sia­da­ła nad ni­mi wła­dzę nie­za­prze­czo­ną. Czyż bied­ne te isto­ty zna­la­zły­by w ca­łym Pa­ry­żu, za ta­ką ce­nę jak u niej, po­ży­wie­nie zdro­we i do­stat­nie, miesz­ka­nie, któ­re nie od­zna­cza­ło się co praw­da wdzię­kiem i wy­go­dą, lecz mo­gło być po­rząd­nym i ochę­doż­nym, boć to prze­cie od sa­mych miesz­kań­ców za­le­ża­ło. Wie­dzia­ła też, że gdy­by do­pu­ści­ła się ja­kiej krzy­czą­cej nie­spra­wie­dli­wo­ści wzglę­dem jed­ne­go ze swych lo­ka­to­rów, to ofia­ra znio­sła­by ją bez szem­ra­nia.

Zgro­ma­dze­nie po­dob­ne mu­sia­ło przed­sta­wiać i rze­czy­wi­ście przed­sta­wia­ło na ma­łą ska­lę wszyst­kie skła­do­we czę­ści spo­łe­czeń­stwa. W gro­nie osiem­na­stu sto­łow­ni­ków zna­la­zło się to, co się znaj­du­je i w szko­le, i w świe­cie, zna­la­zła się owa isto­ta wzgar­dzo­na, ów ko­zioł ofiar­ny, słu­żą­cy wszyst­kim za cel do żar­tów. Na po­cząt­ku dru­gie­go ro­ku oso­bi­stość ta sta­ła się dla Eu­ge­niu­sza de Ra­sti­gnac naj­wy­bit­niej­szą ze wszyst­kich, po­mię­dzy któ­ry­mi ska­za­ny był prze­żyć jesz­cze dwa la­ta. Owym Pa­ti­ra­sem był sta­ry fa­bry­kant ma­ka­ro­nu, oj­ciec Go­riot, na któ­re­go gło­wie ma­larz sku­pił­by świa­tło ca­łe­go ob­ra­zu. Ja­kim spo­so­bem on, naj­daw­niej­szy miesz­ka­niec, za­słu­żył na tę po­gar­dę gra­ni­czą­cą pra­wie z nie­na­wi­ścią, na to prze­śla­do­wa­nie miar­ko­wa­ne nie­kie­dy li­to­ścią, na to lek­ce­wa­że­nie, z ja­kim spo­glą­da­no na je­go nie­szczę­ście? Czy wy­wo­łał je dzi­wac­twem lub ja­ką śmiesz­no­ścią, któ­ra zwy­kle su­ro­wiej od wy­stęp­ku by­wa są­dzo­na?

Py­ta­nia te od­no­szą się bez­po­śred­nio do wie­lu ob­ja­wów nie­spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej. Mo­że to le­ży w na­tu­rze ludz­kiej, że naj­mniej li­to­ści ma­my dla tych, któ­rzy przez po­ko­rę, sła­bość lub obo­jęt­ność naj­wię­cej znieść go­to­wi. Czyż nie lu­bi­my wszy­scy pró­bo­wać sił na­szych kosz­tem ko­goś lub cze­goś? Czy­liż ulicz­nik, ta bez­sil­na isto­ta, nie dzwo­ni u wszyst­kich drzwi w dzień mroź­ny, czy się nie wspi­na z wy­sił­kiem, by wy­pi­sać swe imię na świe­żym, nie­tknię­tym po­mni­ku?

Oj­ciec Go­riot, sta­rzec pra­wie sześć­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­let­ni, prze­pro­wa­dził się do pa­ni Vau­qu­er w 1813 ro­ku, wy­co­faw­szy się po­przed­nio z in­te­re­sów. Za­jął zra­zu miesz­ka­nie na­le­żą­ce obec­nie do pa­ni Co­utu­re i pła­cił ty­siąc dwie­ście fran­ków ko­mor­ne­go, z mi­ną czło­wie­ka, któ­ry ma­ło dba o to, czy wy­da pięć lu­ido­rów mniej lub wię­cej. Pa­ni Vau­qu­er od­świe­ży­ła wszyst­kie trzy po­ko­je (wzię­ła jed­nak z gó­ry pie­nią­dze, wy­star­cza­ją­ce aż nad­to na po­kry­cie kosz­tów nędz­ne­go ume­blo­wa­nia), spra­wi­ła fi­ran­ki z żół­tej ba­weł­nia­nej tka­ni­ny, fo­te­le la­kie­ro­wa­ne wy­bi­te plu­szem, kil­ka nędz­nych ma­lo­wi­deł i ta­pe­ty, któ­ry­mi po­gar­dził­by każ­dy szynk miej­ski.

Oj­ciec Go­riot, któ­re­go wów­czas na­zy­wa­no z sza­cun­kiem pa­nem Go­riot, po­zwa­lał się okpi­wać z ja­kąś nie­dba­łą wspa­nia­ło­ścią, co spra­wi­ło mo­że, iż za­czę­to go uwa­żać za głup­ca nie zna­ją­ce­go się na ni­czym. Go­riot po­sia­dał pięk­ną gar­de­ro­bę, przy­był bo­wiem ze wspa­nia­łą wy­pra­wą kup­ca, któ­ry po­rzu­ca­jąc in­te­re­sy ni­cze­go so­bie nie od­ma­wia. Pa­ni Vau­qu­er po­dzi­wia­ła osiem­na­ście ko­szul z płót­na ho­len­der­skie­go, któ­rych cien­kość tym bar­dziej wpa­da­ła w oko, że fa­bry­kant ma­ka­ro­nu wpi­nał do ża­bo­tu dwie du­że szpil­ki bry­lan­to­we, po­łą­czo­ne z so­bą zło­tym łań­cusz­kiem. No­sił zwy­kle gar­ni­tur sza­fi­ro­wy ko­lo­ru bła­wat­ka, ale co dzień brał świe­żą ka­mi­zel­kę z pi­ki, pod któ­rą wzno­sił się i opa­dał wy­dat­ny żo­łą­dek kształ­tu grusz­ko­wa­te­go, ozdo­bio­ny cięż­kim łań­cu­chem z bre­lo­ka­mi. Ta­ba­kier­kę zło­tą zdo­bił me­da­lion na­peł­nio­ny wło­sa­mi, co na­pro­wa­dza­ło na myśl, że wła­ści­ciel mu­siał być szczę­śli­wym w mi­ło­ści. Go­spo­dy­ni na­zy­wa­ła go ba­ła­mu­tem, a on się uśmie­chał we­so­łym uśmie­chem miesz­cza­ni­na, któ­re­go zręcz­nie po ser­cu po­gła­ska­no. Wszyst­kie sza­fy (a na­zy­wał je or­mo­ires na wzór pro­ste­go lu­du) zo­sta­ły za­peł­nio­ne roz­licz­nym sprzę­tem srebr­nym. Iskrzy­ły się oczy wdo­wy, gdy z wiel­ką usłuż­no­ścią po­ma­ga­ła mu roz­kła­dać na pół­kach łyż­ki wa­zo­we i sto­ło­we, na­kry­cie srebr­ne, na­lew­ki do oli­wy i so­sów, kil­ka pół­mi­sków, zło­co­ny ser­wis do śnia­da­nia i wie­le in­nych przed­mio­tów, z któ­ry­mi Go­riot nie chciał się roz­stać, a wszyst­ko to by­ło mniej lub wię­cej pięk­ne, każ­da sztu­ka wa­ży­ła pew­ną licz­bę grzy­wien. By­ły to po­da­run­ki, któ­re mu przy­po­mi­na­ły róż­ne uro­czy­ste chwi­le ży­cia do­mo­we­go. „Patrz pa­ni – mó­wił cho­wa­jąc pół­mi­sek i fi­li­żan­kę z po­kryw­ką, na któ­rej znaj­do­wa­ła się pa­ra go­łąb­ków złą­czo­nych z so­bą dziób­ka­mi – oto jest pierw­szy po­da­ru­nek, któ­rym do­stał od żo­ny w rocz­ni­cę na­sze­go ślu­bu. Po­czci­we bie­dac­two! Po­świę­ci­ła na to wszyst­kie pie­nią­dze za­osz­czę­dzo­ne z cza­sów pa­nień­skich. Wiesz pa­ni co? Wo­lał­bym ko­pać zie­mię pa­znok­cia­mi, ni­że­li z tym oto się roz­stać. Z ła­ski Bo­ga mo­gę do koń­ca ży­cia pić co ra­no ka­wę z tej fi­li­żan­ki. Nie je­stem bie­da­kiem god­nym li­to­ści, jesz­cze mi na dłu­go chle­ba wy­star­czy.” Oprócz te­go by­stre oko pa­ni Vau­qu­er do­strze­gło w głów­nej księ­dze han­dlo­wej kil­ka cyfr, któ­re do­da­ne ra­zem mo­gły dać nie­oce­nio­ne­mu Go­rio­to­wi od ośmiu do dzie­się­ciu ty­się­cy fran­ków do­cho­du.

Od owe­go dnia pe­wien plan zro­dził się w gło­wie pa­ni Vau­qu­er, z do­mu de Con­flans, któ­ra mia­ła wów­czas lat czter­dzie­ści osiem, a przy­zna­wa­ła się tyl­ko do trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu. Znaj­do­wa­ła, że Go­riot od­zna­czał się po­wierz­chow­no­ścią przy­jem­ną i przy­zwo­itą, cho­ciaż, co praw­da, gru­czoł­ki łzo­we je­go oczu by­ły na­brzę­kłe i wy­dat­ne, wsku­tek cze­go mu­siał dość czę­sto ocie­rać są­czą­cą się łzę. Zresz­tą łyd­ki mię­si­ste i wy­dat­ne wraz z dłu­gim, pra­wie kwa­dra­to­wym no­sem i okrą­głą, na­iw­nie głu­po­wa­tą twa­rzą po­czciw­ca, zna­mio­no­wa­ły przy­mio­ty mo­ral­ne, któ­re jak się zda­je, wdo­wa ce­ni­ła wy­so­ko. Wy­glą­dał na by­dlę do­brze zbu­do­wa­ne, u któ­re­go uczu­cio­wość prze­wa­ża nad roz­sąd­kiem. Fry­zjer Szko­ły Po­li­tech­nicz­nej przy­cho­dził co ra­no pu­dro­wać mu wło­sy, któ­re za­cze­sa­ne w ailes de pi­ge­on, przy­ozda­bia­ły je­go ob­li­cze, two­rząc pięć pu­kli nad ni­skim czo­łem. Za­kra­wał tro­chę na nie­okrze­sa­ne­go pro­sta­ka, ale ubie­rał się nad­zwy­czaj sta­ran­nie i nie­zmier­nie ob­fi­cie za­ży­wał ta­ba­kę, wcią­ga­jąc ją do no­sa z mi­ną czło­wie­ka pew­ne­go, że w ta­ba­kier­ce je­go ni­g­dy nie za­brak­nie ma­ku­by. Pa­ni Vau­qu­er zwa­ży­ła to wszyst­ko wnet po prze­pro­wa­dze­niu się Go­rio­ta do jej do­mu, a wie­czo­rem pło­nę­ła już żą­dzą zrzu­ce­nia ca­łu­nu Vau­qu­era i zmar­twych­wsta­nia ja­ko pa­ni Go­riot. Ma­rzy­ła, jak to cu­dow­nie by­ło­by wyjść za mąż, sprze­dać go­spo­dę, po­dać rę­kę te­mu kwia­to­wi miesz­czań­stwa, stać się da­mą zna­ną w dziel­ni­cy, zbie­rać ofia­ry dla bied­nych, urzą­dzać nie­dziel­ne wy­ciecz­ki do Cho­isy, So­is­sy, Gen­til­ly; by­wać kie­dy się ze­chce w te­atrze, w lo­ży, nie cze­ka­jąc gra­ti­so­wych bi­le­tów, któ­re sto­łow­ni­cy przy­no­si­li jej nie­kie­dy w mie­sią­cu czerw­cu; wi­dzia­ła w ma­rze­niu ca­łe El­do­ra­do ży­cia pa­ry­skie­go. Nie wy­zna­ła do­tąd ni­ko­mu, że skła­da­jąc grosz do gro­sza, ze­bra­ła czter­dzie­ści ty­się­cy fran­ków. Otóż, ze sta­no­wi­ska ma­jąt­ko­we­go uwa­ża­ła sie­bie za par­tię sto­sow­ną. „Pod każ­dym in­nym wzglę­dem nie je­stem prze­cie mniej war­ta od nie­go,” po­wta­rza­ła prze­wra­ca­jąc się w łóż­ku, jak gdy­by pra­gnę­ła za­pew­nić się, że nie zby­wa­ło jej na wdzię­kach, któ­rych od­cisk głę­bo­ki gru­ba Syl­wia znaj­do­wa­ła co dzień w po­ście­li. Po­cząw­szy od te­go dnia, wdo­wa ko­rzy­sta­ła pra­wie przez trzy mie­sią­ce z fry­zje­ra pa­na Go­riot i po­ro­bi­ła nie­któ­re spra­wun­ki z za­kre­su to­a­le­ty, tłu­ma­cząc się po­trze­bą utrzy­ma­nia do­mu na pew­nej sto­pie, har­mo­ni­zu­ją­cej z sza­now­ny­mi oso­ba­mi, któ­re w nim by­wa­ły. Za­czę­ła się bar­dzo sta­rać o to, że­by zmie­nić ca­ły per­so­nal miesz­kań­ców, po­wta­rza­jąc, że od­tąd bę­dzie przyj­mo­wa­ła tyl­ko lu­dzi wy­bo­ro­wych pod każ­dym wzglę­dem. Każ­dy no­wy przy­bysz mu­siał się do­wie­dzieć, że pan Go­riot, je­den z naj­sza­now­niej­szych i naj­znacz­niej­szych kup­ców pa­ry­skich, od­dał jej do­mo­wi pierw­szeń­stwo przed wszyst­ki­mi in­ny­mi. Za­czę­ła roz­da­wać ogło­sze­nia opie­wa­ją­ce za­le­ty do­mu Vau­qu­er. By­ła to, we­dług słów pro­spek­tu: „jed­na z naj­daw­niej­szych i naj­sza­now­niej­szych go­spód dziel­ni­cy ła­ciń­skiej, od­zna­cza­ją­ca się przy­jem­nym wi­do­kiem na do­li­nę, wśród któ­rej wzno­si się fa­bry­ka go­be­li­nów (moż­na ją by­ło do­strzec z trze­cie­go pię­tra), przy­ty­ka­ją­ca do pięk­ne­go ogro­du, wzdłuż któ­re­go cią­gnie się uli­ca Li­po­wa”. Da­lej wspo­mnia­no coś o świe­żym po­wie­trzu i po­ło­że­niu ustron­nym. Ogło­sze­nie to zwa­bi­ło hra­bi­nę de l’Am­ber­me­snil, trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nią ko­bie­tę, któ­ra ży­ła na­dzie­ją li­kwi­da­cji i eme­ry­tu­ry, na­leż­nej jej ja­ko wdo­wie po ge­ne­ra­le po­le­głym na po­lach bi­twy. Pa­ni Vau­qu­er za­pro­wa­dzi­ła u sie­bie stół wy­kwint­ny, ka­za­ła opa­lać sa­lo­ny bli­sko przez sześć mie­się­cy i tak su­mien­nie wy­peł­nia­ła obiet­ni­ce pro­spek­tu, że mu­sia­ła swe­go do­ło­żyć. Ale za to hra­bi­na na­zy­wa­ła pa­nią Vau­qu­er chère amie i obie­cy­wa­ła zwa­bić do niej ba­ro­no­wą de Vau­mer­land i wdo­wę po puł­kow­ni­ku hra­bi Pi­cqu­oise­au, któ­re mu­sia­ły jesz­cze do­miesz­kać do koń­ca kon­trak­tu w ho­te­lu droż­szym niż dom Vau­qu­er. Zresz­tą in­te­re­sy fi­nan­so­we tych pań po­wró­cą do sta­nu kwit­ną­ce­go, sko­ro tyl­ko biu­ra wo­jen­ne ukoń­czą swą czyn­ność. „Ale – do­da­wa­ła hra­bi­na – biu­ra wo­jen­ne ni­g­dy nic nie koń­czą.” Po obie­dzie obie wdo­wy uda­wa­ły się do po­ko­ju pa­ni Vau­qu­er, gdzie zaj­mo­wa­ły się ga­węd­ką po­pi­ja­jąc przy tym na­lew­kę po­rzecz­ko­wą i za­ja­da­jąc przy­smacz­ki prze­zna­czo­ne dla pod­nie­bie­nia sa­mej go­spo­dy­ni. Pa­ni d’Am­ber­me­snil po­chwa­la­ła bar­dzo plan wdo­wy wzglę­dem Go­rio­ta; od­ga­dła by­ła jej myśl od ra­zu i utrzy­my­wa­ła, że Go­rio­to­wi nic za­rzu­cić nie po­dob­na.

– Ach, pa­ni mo­ja dro­ga! – mó­wi­ła wdo­wa – ten czło­wiek zdrów jak ry­ba; za­kon­ser­wo­wa­ny jest wy­bor­nie i mo­że jesz­cze bar­dzo uprzy­jem­nić ży­cie ko­bie­cie.

Hra­bi­na udzie­li­ła wspa­nia­ło­myśl­nie nie­któ­rych uwag do­ty­czą­cych stro­ju pa­ni Vau­qu­er, któ­ry nie był wca­le od­po­wied­ni do jej pre­ten­sji. „Trze­ba się trzy­mać na sto­pie wo­jen­nej”, mó­wi­ła. Po dłu­gich na­ra­dach obie wdo­wy uda­ły się do Pa­la­is-Roy­al i ku­pi­ły w Ga­le­ries de Bo­is ka­pe­lusz z pió­ra­mi i cze­pe­czek. Hra­bi­na po­cią­gnę­ła przy­ja­ciół­kę do ma­ga­zy­nu Ma­łej Ża­ne­ty, gdzie wy­bra­no suk­nię i prze­pa­skę. Dzię­ki wszyst­kim tym spra­wun­kom, wdo­wa sta­nę­ła pod bro­nią i przy­po­mi­na­ła ży­wo szyld du Bo­euf à la mo­de. Zna­la­zła sie­bie tak zmie­nio­ną na ko­rzyść, że uczu­ła ży­wą wdzięcz­ność dla hra­bi­ny i ofia­ro­wa­ła jej dwu­dzie­sto­fran­ko­wy ka­pe­lusz, cho­ciaż by­ła to oso­ba nie przy­no­szą­ca wiel­kie­go zy­sku. Mia­ła wpraw­dzie za­miar pro­sić przy­ja­ciół­kę, by wy­ba­da­ła Go­rio­ta i zwró­ci­ła je­go uwa­gę na wszyst­kie przy­mio­ty wdo­wy Vau­qu­er. Pa­ni de l’Am­ber­me­snil pod­ję­ła się tej spra­wy skwa­pli­wie i trzy­ma­ła sta­re­go fa­bry­kan­ta w ob­lę­że­niu tak dłu­go, aż jej udzie­lił po­słu­cha­nia. Mia­ła ona nie­kła­ma­ną chęt­kę zba­ła­mu­cić go na swój wła­sny ra­chu­nek; ale sta­ry oka­zał się tak nie­śmia­ły a po­mi­mo to opor­ny, że wszyst­kie usi­ło­wa­nia speł­zły na ni­czym i hra­bi­na wy­szła ob­ra­żo­na je­go gbu­ro­wa­to­ścią.

– Mój anie­le – po­wie­dzia­ła do swej naj­droż­szej przy­ja­ciół­ki – nie dasz ra­dy z tym czło­wie­kiem! Nie­do­wie­rza­ją­cy jest aż do śmiesz­no­ści, przy tym ta­ki to du­si­grosz, ta­kie głu­pie by­dlę, że na nie­przy­jem­no­ści tyl­ko mógł­by cię na­ra­zić.

Mię­dzy pa­nem Go­riot i pa­nią de l’Am­ber­me­snil rze­czy tak sta­nę­ły, że hra­bi­na na­wet wi­dzieć go już nie chcia­ła. Na­za­jutrz opu­ści­ła dom wdo­wy, za­po­mi­na­jąc za­pła­cić ko­mor­ne­go za sześć mie­się­cy; po­zo­sta­wi­ła tro­chę sta­rych rze­czy war­tych mo­że pięć fran­ków. Pa­ni Vau­qu­er po­szu­ki­wa­ła za­pal­czy­wie zbie­głej przy­ja­ciół­ki, ale w ca­łym Pa­ry­żu nie umia­no jej nic po­wie­dzieć o hra­bi­nie de l’Am­ber­me­snil. Od­tąd po­wra­ca­ła czę­sto do tej spra­wy opła­ka­nej, uty­sku­jąc na swą ła­two­wier­ność, choć w rze­czy sa­mej żad­na kot­ka nie mo­gła być bar­dziej nie­uf­na od niej; ale po­dob­na by­ła do tej licz­nej kla­sy lu­dzi, co to bli­skim nie do­wie­rza­ją, a ob­cym ufa­ją bez gra­nic. Jest to fakt mo­ral­ny, dzi­wacz­ny, lecz praw­dzi­wy, któ­re­go za­ro­dek ła­two zna­leźć w ser­cu ludz­kim. Są lu­dzie, co nie spo­dzie­wa­ją się już nie po­zy­skać u osób, z któ­ry­mi ży­ją; mo­że czu­ją, że zdra­dziw­szy przed ota­cza­ją­cy­mi próż­nię swej du­szy, za­słu­ży­li na ich sąd su­ro­wy; ale nie umie­ją się obejść bez po­chleb­stwa, tra­wi ich żą­dza błysz­cze­nia po­zo­rem cnót, któ­rych nie po­sia­da­ją, i pra­gną zdo­być sza­cu­nek lub ser­ce ob­cych lu­dzi, choć­by wkrót­ce mie­li utra­cić obo­je. Wresz­cie by­wa­ją lu­dzie z na­tu­ry już sprze­daj­ni; ci nie zro­bią nic do­bre­go przy­ja­cio­łom lub bli­skim, dla­te­go tyl­ko, że to jest ich obo­wiąz­kiem; ale ob­cym go­to­wi ofia­ro­wać usłu­gi, bo to po­chle­bia ich mi­ło­ści wła­snej; im cia­śniej­sze jest ko­ło, w któ­rym się ich uczu­cie ob­ra­ca, tym mniej zdol­ni są ko­chać; im wię­cej się ono roz­sze­rza, tym czul­szy­mi się sta­ją. Pa­ni Vau­qu­er łą­czy­ła w so­bie oby­dwie te na­tu­ry ma­ło­dusz­ne, fał­szy­we i nędz­ne.

– Gdy­bym ja był tu­taj – mó­wił jej Vau­trin – nie spo­tka­ło­by pa­ni po­dob­ne nie­szczę­ście. Po­tra­fił­bym ze­drzeć ma­skę z tej ko­me­diant­ki. O, bo ja się znam na ta­kich sztucz­kach.

Oby­cza­jem wszyst­kich lu­dzi cia­snej gło­wy, pa­ni Vau­qu­er nie wy­kra­cza­ła ni­g­dy po­za sfe­rę fak­tów i nie za­głę­bia­ła się w ba­da­nie przy­czyn. Chęt­nie zwa­la­ła na in­nych wła­sne swe błę­dy. To­też po­nió­sł­szy ową stra­tę pa­trzy­ła na uczci­we­go fa­bry­kan­ta ma­ka­ro­nu, ja­ko na źró­dło swych nie­szczęść i od owe­go dnia, jak mó­wi­ła, za­czę­ła się roz­cza­ro­wy­wać. Te­raz od­ga­dła, dla­cze­go na nic się nie zda­ły wszyst­kie za­czep­ki z jej stro­ny, rów­nież jak i kosz­tow­na wy­staw­ność, ja­ką się ota­cza­ła. Te­raz do­pie­ro spo­strze­gła, że lo­ka­tor jej miał, jak mó­wi­ła, swo­je na­ro­wy. Mu­sia­ła wresz­cie zgo­dzić się na to, że na­dzie­ja jej tak czu­le wy­ko­ły­sa­na spo­czy­wa­ła na pod­sta­wie chi­me­rycz­nej; mu­sia­ła przy­znać słusz­ność hra­bi­nie, któ­ra da­ła do­wód wiel­kiej prze­ni­kli­wo­ści, prze­po­wia­da­jąc sta­now­czo, że wdo­wa nie da so­bie ra­dy z tym czło­wie­kiem. Rzecz na­tu­ral­na, że nie­chęć, z ja­ką obec­nie spo­glą­da­ła na nie­go, prze­wyż­sza­ła o wie­le przy­jaźń daw­niej­szą; nie­na­wiść prze­ro­sła mi­łość i przy­bra­ła roz­mia­ry za­wie­dzio­nych na­dziei. Ser­ce ludz­kie spo­czy­wa nie­kie­dy wspi­na­jąc się na szczyt przy­wią­za­nia, lecz pra­wie ni­g­dy się nie wstrzy­mu­je na stro­mej po­chy­ło­ści uczuć nie­na­wist­nych. Ale pan Go­riot był jed­nym z miesz­kań­ców do­mu i wdo­wa mu­sia­ła po­wstrzy­my­wać wy­bu­chy ob­ra­żo­nej mi­ło­ści wła­snej, mu­sia­ła tłu­mić wes­tchnie­nia wy­ry­wa­ją­ce się na myśl o za­wo­dzie i prze­ma­gać pra­gnie­nie ze­msty, jak mnich, któ­re­go roz­draż­nił prze­ło­żo­ny. Lu­dziom płyt­kie­go umy­słu nędz­ne środ­ki wy­star­cza­ją do za­do­wo­le­nia i złych, i do­brych skłon­no­ści. Wdo­wa wy­czer­pa­ła ca­łą zło­śli­wość ko­bie­cą, go­tu­jąc swej ofie­rze sze­reg prze­śla­do­wań ta­jem­nych. Za­czę­ła od te­go, że od­rzu­ci­ła wszel­kie do­dat­ko­we ulep­sze­nia za­pro­wa­dzo­ne ostat­ni­mi cza­sy w go­spo­dzie. „Nie po­trze­ba na­dal ani kor­ni­szo­nów, ani sar­de­li: po co te głup­stwa?” po­wie­dzia­ła pew­ne­go dnia do gru­bej Syl­wii i od tej chwi­li wró­ci­ła do daw­ne­go pro­gra­mu. Pan Go­riot na­le­żał do rzę­du tych lu­dzi wstrze­mięź­li­wych, co to do­bi­ja­jąc się ma­jąt­ku przy­wy­ka­ją tak da­le­ce do oszczęd­no­ści, że ta sta­je się w koń­cu ich dru­gą na­tu­rą.

Obiad skła­da­ją­cy się z zu­py, sztu­ki mię­sa i ja­rzyn wy­star­czał mu aż nad­to. Trud­no by­ło pa­ni Vau­qu­er udrę­czyć swe­go sto­łow­ni­ka, bo w ni­czym nie mo­gła sprze­ci­wić się je­go upodo­ba­niom. Wpa­da­ła w roz­pacz, nie mo­gąc zna­leźć sła­bej stro­ny w tym czło­wie­ku; za­czę­ła go lek­ce­wa­żyć i tak wpły­nę­ła na in­nych miesz­kań­ców swe­go do­mu, że wszy­scy z wol­na prze­ję­li się jej nie­chę­cią dla Go­rio­ta i przez lek­ko­myśl­ność sta­li się na­rzę­dziem jej ze­msty. Ku koń­co­wi pierw­sze­go ro­ku, nie­uf­ność wdo­wy roz­ro­sła do te­go stop­nia, że za­czę­ła się za­sta­na­wiać, dla­cze­go ten ku­piec po­sia­da­ją­cy sie­dem lub osiem ty­się­cy liw­rów do­cho­du, pysz­ne sre­bra i bry­lan­ty, któ­rych mo­gła­by mu po­zaz­dro­ścić nie­jed­na ko­bie­ta lek­kich oby­cza­jów, miesz­ka u niej, pła­cąc ko­mor­ne tak ma­łe w sto­sun­ku do znacz­nej for­tu­ny. W tym pierw­szym ro­ku Go­riot ja­dał obiad na mie­ście raz, lub dwa ra­zy na ty­dzień; póź­niej nie­znacz­nie do­szło do te­go, że tyl­ko dwa ra­zy na mie­siąc ja­dał po­za do­mem. Pa­ni Vau­qu­er bar­dzo ra­da by­ła wy­pra­wom je­go­mo­ści Go­rio­ta, to­też gnie­wa­ło ją okrut­nie, że sto­łow­nik co­raz punk­tu­al­niej za­czął się zja­wiać u jej sto­łu. Przy­pi­sy­wa­no tę zmia­nę za­rów­no po­wol­ne­mu zmniej­sza­niu się ma­jąt­ku, jak i chę­ci sprze­ci­wie­nia się go­spo­dy­ni. Nie­zno­śna to wła­ści­wość umy­słów po­zio­mych, że wszyst­kich mie­rzyć chcą swo­ją mia­rą. Ku koń­co­wi dru­gie­go ro­ku, Go­riot uspra­wie­dli­wił, nie­ste­ty, plot­ki krą­żą­ce o nim, gdyż za­pra­gnął prze­pro­wa­dzić się na dru­gie pię­tro i zmniej­szyć ko­mor­ne do dzie­wię­ciu­set fran­ków. Mu­siał się tak da­le­ce ogra­ni­czyć, że przez ca­łą zi­mę nie opa­lał swe­go miesz­ka­nia. Wdo­wa Vau­qu­er za­żą­da­ła pie­nię­dzy z gó­ry i za­czę­ła od­tąd na­zy­wać swe­go lo­ka­to­ra oj­cem Go­riot. Nie­zmier­nie trud­no by­ło zba­dać przy­czy­nę ta­kie­go upad­ku, bo już i pseu­doh­ra­bi­na po­wie­dzia­ła, że Go­riot był po­nu­ry i mil­czą­cy. Lu­dzie o pu­stych gło­wach, za­ję­ci zwy­kle rze­cza­mi ma­łej wa­gi, nie lu­bią trzy­mać ję­zy­ka na wo­dzy; to­też we­dług ich ro­zu­mo­wa­nia, każ­dy kto nie roz­po­wia­da o swo­ich czy­nach, mu­si zaj­mo­wać się zły­mi spra­wa­mi. I oto ku­piec ów po­waż­ny zo­stał na­raz okrzy­cza­ny za oszu­sta, ów ba­ła­mut wy­dał się te­raz sta­rym nic­po­niem. We­dług zda­nia Vau­tri­na, któ­ry w tym cza­sie za­miesz­kał u wdo­wy Vau­qu­er, oj­ciec Go­riot grał na gieł­dzie i na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy stra­ciw­szy ca­łe mie­nie, pró­bu­ją szczę­ścia na ma­łą ska­lę. In­nym ra­zem umiesz­cza­no go w rzę­dzie tu­zin­ko­wych szu­le­rów, któ­rzy ry­zy­ku­ją i wy­gry­wa­ją co wie­czór dzie­sięć fran­ków. Cza­sa­mi znów ro­bio­no z nie­go szpie­ga po­li­cyj­ne­go, choć Vau­trin twier­dził, że sta­ry za ma­ło miał spry­tu do te­go rze­mio­sła. Utrzy­my­wa­no jesz­cze, że Go­riot był skne­rą ży­ją­cym z li­chwy, że ku­po­wał ogrom­ną ma­sę bi­le­tów lo­te­ryj­nych; sło­wem ro­bio­no z nie­go isto­tę ta­jem­ni­czą, obar­czo­ną wszyst­kim, co tyl­ko mo­że się wy­ro­dzić z wy­stęp­ku, bez­sil­no­ści i sro­mo­ty. Obu­rza­no się na je­go ży­cie nik­czem­ne, na je­go wy­stęp­ki, jed­nak po­mi­mo ca­łe­go wstrę­tu nie wy­gna­no go z do­mu, a nie wy­gna­no dla­te­go, że re­gu­lar­nie pła­cił ko­mor­ne. Przy tym był na­wet po­trzeb­ny i wszy­scy spę­dza­li na nim zły lub do­bry hu­mor, ob­sy­pu­jąc go żar­ta­mi i przy­cin­ka­mi. Przy­sta­wa­no ogól­nie na sąd pa­ni Vau­qu­er, któ­ry wy­da­wał się naj­traf­niej­szy. Wdo­wa utrzy­my­wa­ła, że czło­wiek ten do­sko­na­le za­kon­ser­wo­wa­ny, zdrów jak ry­ba i bar­dzo jesz­cze przy­jem­ny, pro­wa­dził ży­cie roz­wią­złe i dziw­ne miał upodo­ba­nia. Oto fak­ty, któ­ry­mi wdo­wa po­pie­ra­ła swą po­twarz. W kil­ka mie­się­cy po od­jeź­dzie nie­for­tun­nej hra­bi­ny, któ­ra pół ro­ku prze­ży­ła kosz­tem pa­ni Vau­qu­er, ta ostat­nia, le­żąc pew­ne­go po­ran­ku w łóż­ku, po­sły­sza­ła na scho­dach sze­lest suk­ni je­dwab­nej i chód le­ciuch­ny mło­dej ko­bie­ty prze­my­ka­ją­cej się do Go­rio­ta, któ­re­go drzwi w sa­mą po­rę się otwo­rzy­ły. Gru­ba Syl­wia nie omiesz­ka­ła też do­nieść swej pa­ni, że ja­kaś pan­na, zbyt pięk­na, że­by mia­ła być uczci­wa, wśli­znę­ła się jak wę­gorz do kuch­ni i za­py­ta­ła o miesz­ka­nie Go­rio­ta; ubra­na by­ła jak bó­stwo, a bu­ci­ki pru­ne­lo­we świad­czy­ły, że nie przy­szła po bło­cie. Pa­ni Vau­qu­er i ku­char­ka sta­nę­ły na cza­tach i do­sły­sza­ły kil­ka słów za­mie­nio­nych czu­le pod­czas dość dłu­gich od­wie­dzin. Pan Go­riot od­pro­wa­dzał swą da­mę. Gru­ba Syl­wia za­czę­ła się ni­by wy­bie­rać na ry­nek, a w rze­czy sa­mej wy­szła z ko­szy­kiem po to tyl­ko, by śle­dzić czu­łą pa­rę.

– Pa­ni! – rze­kła po­wró­ciw­szy z wy­pra­wy – pan Go­riot mu­si być jed­nak dia­blo bo­ga­ty, sko­ro mo­że utrzy­mać je na ta­kiej sto­pie. Niech pa­ni so­bie wy­obra­zi, że na ro­gu uli­cy de l’Es­tra­pa­de cze­kał po­wóz wspa­nia­ły, do któ­re­go ona wsia­dła.

Pod­czas obia­du pa­ni Vau­qu­er za­cią­gnę­ła fi­ran­kę, że­by za­sło­nić Go­rio­ta przed bla­skiem słoń­ca, któ­ry ra­ził mu oczy.

– Masz pan ła­skę u pięk­nych dam, pa­nie Go­riot, to­też i słoń­ce pa­na szu­ka – rze­kła pa­ni Vau­qu­er, chcąc go wi­docz­nie ukłuć przy­po­mnie­niem od­wie­dzin po­ran­nych. Tam do li­cha! masz pan do­bry gust, bo to wca­le ład­na osób­ka.

– To mo­ja cór­ka – od­rzekł Go­riot z pew­ną du­mą, któ­rą miesz­kań­cy go­spo­dy wzię­li za hi­po­kry­zję star­ca do­bi­ja­ją­ce­go się o po­zo­ry.

W mie­siąc po tych od­wie­dzi­nach na­stą­pi­ły dru­gie. Ta sa­ma cór­ka, któ­ra pierw­szym ra­zem przy­jeż­dża­ła w stro­ju po­ran­nym, przy­by­ła te­raz po obie­dzie w wy­kwint­nej to­a­le­cie. Sto­łow­ni­cy ze­bra­ni w sa­lo­nie na ga­węd­kę po­obied­nią, uj­rze­li pięk­ną wy­smu­kłą blon­dyn­kę, peł­ną wdzię­ku i zbyt dys­tyn­go­wa­ną, aże­by mo­gła być cór­ką ta­kie­go oj­ca Go­riot.

– Oto ma­my już dru­gą! – za­wo­ła­ła gru­ba Syl­wia, nie po­zna­jąc tej sa­mej oso­by.

W kil­ka dni po­tem, wy­so­ka i kształt­na bru­net­ka, o wło­sach czar­nych i oczach ży­wych, spy­ta­ła o pa­na Go­riot.

– Oto jest i trze­cia! – rze­kła Syl­wia.

Bru­net­ka, któ­ra pierw­szym ra­zem od­wie­dza­ła oj­ca przed po­łu­dniem, przy­je­cha­ła po nie­ja­kim cza­sie w stro­ju ba­lo­wym.

– Oto i czwar­ta! – rze­kły ra­zem pa­ni Vau­qu­er i gru­ba Syl­wia, nie znaj­du­jąc ani śla­du po­do­bień­stwa mię­dzy tą wiel­ką pa­nią, a skrom­nie ubra­nym dziew­czę­ciem, któ­re oneg­daj od­wie­dza­ło sta­re­go.

Go­riot pła­cił jesz­cze ty­siąc dwie­ście fran­ków ko­mor­ne­go. Pa­ni Vau­qu­er nie wi­dzia­ła w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go, że czło­wiek ma­jęt­ny ma czte­ry lub pięć ko­cha­nek; przy­zna­wa­ła na­wet, że dał do­wód wiel­kie­go tak­tu na­zy­wa­jąc je swy­mi cór­ka­mi. Nie ob­ra­ża­ła się by­naj­mniej, że spro­wa­dzał te oso­by do jej do­mu; od­wie­dzi­ny po­dob­ne draż­ni­ły ją tyl­ko dla­te­go, że prze­ko­ny­wa­ły o obo­jęt­no­ści Go­rio­ta wzglę­dem niej sa­mej, to­też na po­cząt­ku dru­gie­go ro­ku po­zwo­li­ła już so­bie na­zy­wać go sta­rym mru­kiem. Go­riot ze­szedł wresz­cie na dzie­więć­set fran­ków; wte­dy wdo­wa cze­ka­ła tyl­ko pierw­szych od­wie­dzin, a spo­strze­gł­szy jed­ną z tych pań na scho­dach, za­py­ta­ła bez ce­re­mo­nii sta­re­go, co też my­śli zro­bić z jej do­mu. Go­riot od­rzekł, że ta pa­ni to je­go star­sza cór­ka.

– Ileż pan masz tych có­rek? chy­ba trzy­dzie­ści sześć – rze­kła pa­ni Vau­qu­er cierp­kim to­nem.

– Tyl­ko dwie – od­rzekł sta­ry z ła­god­no­ścią czło­wie­ka, któ­re­go nę­dza uczy zno­sić wszyst­ko cier­pli­wie.

Ku koń­co­wi trze­cie­go ro­ku, oj­ciec Go­riot ogra­ni­czył jesz­cze swo­je wy­dat­ki, prze­pro­wa­dza­jąc się na trze­cie pię­tro i zmniej­sza­jąc ko­mor­ne do czter­dzie­stu pię­ciu fran­ków na mie­siąc. Za­czął się ob­cho­dzić bez ta­ba­ki, od­pra­wił fry­zje­ra i od­tąd się nie pu­dro­wał. Gdy uka­zał się pierw­szy raz bez pu­dru, go­spo­dy­ni wy­da­ła okrzyk po­dzi­wu na wi­dok je­go wło­sów; by­ły one brud­ne­go sza­ro­zie­lon­ka­we­go ko­lo­ru. Twarz, któ­rą zgry­zo­ty ta­jem­ne po­wle­ka­ły co­raz to głęb­szym smut­kiem, wy­da­ła się te­raz dziw­nie stra­pio­na obok twa­rzy wszyst­kich tych, co się zgro­ma­dzi­li do­ko­ła sto­łu. O, wów­czas nikt już nie wąt­pił. Oj­ciec Go­riot był sta­rym roz­pust­ni­kiem, któ­re­go oczy tyl­ko zręcz­ność le­ka­rza uchro­ni­ła od szko­dli­we­go wpły­wu le­karstw, ja­kie mu­sia­no mu prze­pi­sy­wać. Wstręt­ny ko­lor wło­sów świad­czył o nad­uży­ciach i mnó­stwie przy­ję­tych le­ków.

Fi­zycz­ny i mo­ral­ny stan nie­bo­ra­ka uspra­wie­dli­wiał po­nie­kąd te bred­nie. Na miej­scu pięk­nej bie­li­zny uka­za­ła się wkrót­ce in­na z per­ka­lu gru­be­go, co się pła­ci po czter­na­ście sol­dów za ło­kieć. Z cza­sem po­zni­ka­ły bry­lan­ty, ta­ba­kier­ka zło­ta, łań­cuch i wszyst­kie dro­gie ka­mie­nie. Sta­ry po­rzu­cił daw­ny strój bo­ga­ty, wy­rzekł się sur­du­ta ko­lo­ru bła­wat­ko­we­go, a wdział na­to­miast in­ny z pro­ste­go suk­na brą­zo­we­go, do te­go no­sił zi­mą i la­tem tę sa­mą ka­mi­zel­kę z ko­ziej weł­ny i sza­re spodnie z gru­be­go suk­na an­giel­skie­go. Ze­szczu­plał nie­zmier­nie, no­gi mu ście­nia­ły, twarz, ja­śnie­ją­ca nie­gdyś peł­nią szczę­ścia miesz­czań­skie­go, osu­nę­ła się i po­marsz­czy­ła, czo­ło się sfał­do­wa­ło, a szczę­ki za­ry­so­wa­ły się wy­raź­nie. Za­nim upły­nął czwar­ty rok od prze­pro­wadz­ki na uli­cę Neu­ve-Sa­in­te-Ge­ne­vi­ève, po­czci­wy fa­bry­kant ma­ka­ro­nu nie­po­dob­ny był do sie­bie. Ów miesz­cza­nin sześć­dzie­się­cio­let­ni, pulch­ny i okrą­gły, o twa­rzy bez­myśl­nej i świe­żej, któ­ry wy­glą­dał naj­wię­cej na lat czter­dzie­ści i za­chwy­cał prze­chod­niów swą po­sta­wą peł­ną ży­cia i uśmie­chem mło­dzień­czym, dziś wy­da­wał się sie­dem­dzie­się­cio­let­nim star­cem osłu­pia­łym, drżą­cym i wy­bla­dłym. Ży­we oczy nie­bie­skie zbla­kły, prze­szły w od­cień pra­wie żół­to­sza­ry i za­schły, tyl­ko spod czer­wo­nej po­wie­ki krwa­we łzy zda­wa­ły się są­czyć. Na wi­dok star­ca jed­nych przej­mo­wa­ła zgro­za, in­ni od­czu­wa­li li­tość. Mło­dzi stu­den­ci me­dy­cy­ny nada­rem­nie draż­ni­li go przez czas dłu­gi, wresz­cie za­uwa­żyw­szy osu­nię­cie się je­go dol­nej war­gi i wy­mie­rzyw­szy kąt twa­rzy, za­wy­ro­ko­wa­li, że wpadł już w kre­ty­nizm. Pew­ne­go wie­czo­ra, po skoń­czo­nym obie­dzie, pa­ni Vau­qu­er rze­kła ni­by żar­tem:

– No cóż, zda­je się, że te cór­ki już pa­na nie od­wie­dza­ją?

Chcia­ła mu dać od­czuć, że nie wie­rzy w rze­czy­wi­stość tych związ­ków ro­dzin­nych; ale oj­ciec Go­riot drgnął na te sło­wa, jak gdy­by ostrze że­la­za go ukłu­ło.

– Przy­cho­dzą nie­kie­dy – rzekł gło­sem wzru­szo­nym.

– Ach! ach! więc je pan wi­du­jesz jesz­cze! – za­wo­ła­li stu­den­ci me­dy­cy­ny. – Bra­wo, oj­cze Go­riot!

Ale sta­ry nie sły­szał już żar­tów wy­wo­ła­nych je­go od­po­wie­dzią, po­grą­żył się bo­wiem w za­my­śle­nie, któ­re pa­trzą­cym z da­le­ka wy­da­wa­ło się bez­wład­nym odrę­twie­niem sta­ro­ści. Gdy­by go zna­li bli­żej, by­li­by się mo­że głę­bo­ko za­sta­no­wi­li nad przy­czy­ną wy­wo­łu­ją­cą ta­ki stan mo­ral­ny i fi­zycz­ny, lecz trud­ne to by­ło za­da­nie do roz­wią­za­nia. Moż­na by­ło wpraw­dzie prze­ko­nać się, czy Go­riot był rze­czy­wi­ście fa­bry­kan­tem ma­ka­ro­nu i spraw­dzić, czy ka­pi­ta­ły je­go wy­no­si­ły wia­do­mą cy­frę, lecz nad to nic nie wie­dzia­no. Sta­rzy lu­dzie, co go ota­cza­li, zaj­mo­wa­li się ży­wo je­go oso­bą, lecz ży­li w swej go­spo­dzie, jak ostry­gi przy­cze­pio­ne do ska­ły i nie wy­chy­la­li się ni­g­dy po­za ob­ręb dziel­ni­cy, a mło­dzi lu­bi­li stro­ić żar­ty z bied­ne­go star­ca i pa­mię­ta­li o nim, gdy by­li na uli­cy Neu­ve-Sa­in­te-Ge­ne­vi­ève, ale po chwi­li wpa­da­li w wir ży­cia pa­ry­skie­go i sta­ry prze­sta­wał zu­peł­nie ist­nieć dla nich. Zresz­tą sta­rzy mie­li już umysł zbyt przy­tę­pio­ny, mło­dzi zaś by­li zbyt lek­ko­myśl­ni, że­by przy­pu­ścić, iż oso­wia­ły Go­riot, cier­pią­cy pro­za­icz­ną nę­dzę, mógł po­sia­dać nie­gdyś ma­ją­tek lub zdol­no­ści ja­kie­kol­wiek.

Co się ty­czy ko­biet, któ­re na­zy­wał cór­ka­mi, wszy­scy zga­dza­li się z pa­nią Vau­qu­er; ta zaś oby­cza­jem sta­rych plot­ka­rek przy­zwy­cza­jo­na by­ła ro­bić naj­śmiel­sze przy­pusz­cze­nia i mó­wi­ła z lo­gi­ką su­ro­wą:

– Gdy­by oj­ciec Go­riot miał cór­ki tak bo­ga­te jak wszyst­kie owe da­my, któ­re go od­wie­dza­ją, to z pew­no­ścią nie miesz­kał­by u mnie na trze­cim pię­trze za czter­dzie­ści pięć fran­ków na mie­siąc i nie ubie­rał­by się jak że­brak.

Nic nie mo­gło oba­lić te­go do­wo­dze­nia. To­też pod ko­niec li­sto­pa­da 1819 r., to jest w chwi­li roz­po­czę­cia się te­go dra­ma­tu, wszy­scy w go­spo­dzie wie­dzie­li, co my­śleć o bied­nym sta­rusz­ku. We­dług ich prze­ko­na­nia, czło­wiek ten nie miał ni­g­dy ani żo­ny, ani cór­ki; przez nad­uży­cie przy­jem­no­ści stał się mię­cza­kiem, któ­re­go na­le­ża­ło po­mie­ścić w od­dzia­le Ca­squ­et­ti­fe­rów, jak po­wia­dał pe­wien urzęd­nik z Mu­zeum, któ­ry za bi­le­ta­mi ja­dał obia­dy w go­spo­dzie. Na­wet ta­ki Po­iret to orzeł, to gen­tle­man w po­rów­na­niu z Go­rio­tem; Po­iret roz­pra­wiał, ro­zu­mo­wał, od­po­wia­dał, a choć roz­pra­wia­jąc, od­po­wia­da­jąc i ro­zu­mu­jąc nic wła­ści­wie nie mó­wił, bo miał zwy­czaj po­wta­rzać in­ny­mi sło­wa­mi to, co dru­dzy po­wie­dzie­li; za­wsze jed­nak pod­trzy­my­wał roz­mo­wę, oka­zy­wał, że ży­je i czu­je, a oj­ciec Go­riot, jak po­wia­dał urzęd­nik z Mu­zeum, nie pod­no­sił się ni­g­dy po­nad ze­ro Re­au­mu­ra.

Eu­ge­niusz de Ra­sti­gnac znaj­do­wał się w szcze­gól­nym uspo­so­bie­niu umy­słu. Uspo­so­bie­nie po­dob­ne ce­chu­je mło­dzień­ców wyż­szych zdol­no­ści lub ta­kich, w któ­rych oko­licz­no­ści za­wi­łe wy­ra­bia­ją chwi­lo­wo przy­mio­ty lu­dzi wy­bra­nych. Uczęsz­cza­jąc rok pierw­szy na uni­wer­sy­tet miał tak nie­wie­le pra­cy, że mógł swo­bod­nie na­sy­cić się roz­ko­sza­mi zmy­sło­wy­mi Pa­ry­ża. Stu­dent bę­dzie miał aż nad­to za­ję­cia, sko­ro ze­chce po­znać re­per­tu­ar wszyst­kich te­atrów, stu­dio­wać wszyst­kie wyj­ścia la­bi­ryn­tu pa­ry­skie­go, ba­dać zwy­cza­je, na­uczyć się ję­zy­ka sto­li­cy, przy­zwy­cza­ić się do przy­jem­no­ści jej tyl­ko wła­ści­wych, obej­rzeć wszyst­kie jej złe i do­bre stro­ny, wresz­cie zaj­rzeć do bo­ga­tych mu­ze­ów i uczęsz­czać na kur­sy, któ­re zaj­mu­ją z po­cząt­ku. W ta­kiej epo­ce stu­dent uno­si się nad każ­dym głup­stwem, bio­rąc je za coś wspa­nia­łe­go. Stwa­rza so­bie wiel­kie­go czło­wie­ka pod­no­sząc na pie­de­stał jed­ne­go z pro­fe­so­rów Ko­le­gium fran­cu­skie­go, któ­re­mu się pła­ci za to, by się utrzy­my­wał na od­po­wied­niej wy­so­ko­ści. Po­pra­wia kra­wat i przy­bie­ra po­waż­ną mi­nę, że­by zwró­cić uwa­gę ko­bie­ty, któ­rą zo­ba­czył w Ope­rze ko­micz­nej. Od­ga­du­jąc wszyst­ko, co do­tych­czas by­ło dla nie­go ta­jem­ni­cą, roz­sze­rza ho­ry­zont swe­go ży­cia i za­czy­na wresz­cie poj­mo­wać, w ja­kim po­rząd­ku na­stę­pu­ją po so­bie po­kła­dy ludz­kie, z któ­rych po­wstał gmach spo­łecz­ny. Zna­la­zł­szy się na Po­lach Eli­zej­skich, stu­dent zra­zu po­dzi­wia tyl­ko po­wo­zy krą­żą­ce do­ko­ła w bla­sku sło­necz­nym, ale po pew­nym cza­sie za­czy­na już ich za­zdro­ścić. Eu­ge­niusz prze­szedł bez­wied­nie ca­łą tę szko­łę, a ja­dąc do do­mu na wa­ka­cje ja­ko ba­ka­łarz wy­dzia­łu li­te­rac­kie­go i praw­ne­go, wol­ny już był zu­peł­nie od złu­dzeń dzie­cin­nych i po­jęć pro­win­cjo­nal­nych. Te­raz do­pie­ro roz­pa­trzył się do­brze w do­mu ro­dzi­ciel­skim i w gro­nie ro­dzin­nym, do któ­re­go przy­był z po­ję­ciem zmie­nio­nym i am­bi­cją wy­bu­ja­łą. Na ma­łym ka­wał­ku zie­mi, na­le­żą­cym do Ra­sti­gna­ców, miesz­ka­ła ca­ła ro­dzi­na skła­da­ją­ca się z oj­ca, mat­ki, dwóch bra­ci, dwóch sióstr i ciot­ki, któ­ra ży­ła ze swej pen­sji. Ma­jęt­ność ta przy­no­si­ła mniej wię­cej oko­ło trzech ty­się­cy, a choć do­chód z win­ni­cy był jak zwy­kle nie­pew­ny, wsze­la­ko trze­ba by­ło za­osz­czę­dzić co­rocz­nie ty­siąc dwie­ście fran­ków na utrzy­ma­nie dla Eu­ge­niu­sza. Te­raz do­pie­ro po­jął w zu­peł­no­ści nie­do­sta­tek, któ­ry do­tych­czas tak wspa­nia­ło­myśl­nie przed nim ukry­wa­no. Gdy był dziec­kiem, zda­wa­ło mu się, że sio­stry są bar­dzo pięk­ne, a te­raz ina­czej mu się przed­sta­wi­ły, gdy je po­rów­nał z ko­bie­ta­mi pa­ry­ski­mi, któ­re sta­ły się dlań wcie­le­niem daw­no wy­ma­rzo­ne­go ide­ału pięk­no­ści. Do­pie­ro te­raz za­sta­no­wił się, że na nim się opie­ra­ła przy­szłość nie­pew­na ca­łej ro­dzi­ny; przy­pa­trzył się, z jak dro­bia­zgo­wą oszczęd­no­ścią cho­wa­no wszyst­ko, co mia­ło war­tość naj­mniej­szą; spo­strzegł, że je­go ro­dzi­na za­do­wa­la­ła się na­po­jem, któ­ry przy­rzą­dza­no z wy­ci­sków win­nych, za­uwa­żył wie­le in­nych oko­licz­no­ści, o któ­rych już tu nie wspo­mi­na­my i go­rę­cej niż przed­tem za­pra­gnął do­bić się znacz­ne­go sta­no­wi­ska i wy­wyż­szyć się po­nad in­nych. Wzo­rem dusz wznio­słych po­sta­no­wił za­wdzię­czać wszyst­ko wła­snej za­słu­dze.

Lecz umysł je­go był czy­sto po­łu­dnio­wy; gdy przy­szło do wy­ko­na­nia po­sta­no­wień, za­czy­nał się chwiać jak wszy­scy mło­dzi lu­dzie, któ­rzy wy­pły­wa­ją na peł­ne mo­rze, nie wie­dząc, w któ­rą stro­nę skie­ro­wać swe si­ły i pod ja­kim ką­tem roz­piąć ża­gle. Na ra­zie po­sta­no­wił od­dać się pra­cy na­mięt­nie, lecz wkrót­ce spo­strzegł, jak wiel­ką ro­lę ko­bie­ty gra­ją w ży­ciu to­wa­rzy­skim i za­pra­gnął wy­ro­bić so­bie po­trzeb­ne sto­sun­ki. Po­sta­no­wił na­gle rzu­cić się w świat i bądź co bądź zdo­być so­bie pro­tek­tor­ki, któ­re by go wzię­ły w opie­kę; czyż miał­by się na nich za­wieść, on, co po­sia­dał umysł ży­wy i za­pał nie­kła­ma­ny, a przy tym od­zna­czał się uło­że­niem peł­nym wdzię­ku i ner­wo­wą pięk­no­ścią, któ­ra w oczach ko­biet naj­wię­cej ma uro­ku? Wszyst­kie te my­śli zro­dzi­ły się w je­go gło­wie, gdy błą­dził swo­bod­ny wśród pól ra­zem z sio­stra­mi, któ­re zna­la­zły go wiel­ce zmie­nio­nym. Ciot­ka Eu­ge­niu­sza, pa­ni de Mar­cil­lac, by­wa­ła nie­gdyś u dwo­ru i zna­ła sam kwiat ary­sto­kra­cji. Am­bit­ny chło­pak przy­po­mniał so­bie, że ciot­ka ko­ły­sa­ła go nie­raz opo­wia­da­niem o cza­sach mi­nio­nych i po­my­ślał, że daw­ne jej związ­ki mo­gły mu uła­twić do­ko­na­nie kil­ku waż­nych zwy­cięstw w świe­cie, na któ­re ra­cho­wał nie mniej jak na stu­dia praw­ne. Po­śpie­szył więc wy­ba­dać ją, czy nie wie­dzia­ła o ja­kich związ­kach po­kre­wień­stwa, któ­re by się da­ły za­dzierz­gnąć na no­wo. Po­waż­na jej­mość po­trzę­sła ko­na­ry drze­wa ge­ne­alo­gicz­ne­go i za­wy­ro­ko­wa­ła, że wi­ceh­ra­bi­na de Be­au­séant bę­dzie naj­przy­stęp­niej­szą z ca­łe­go gro­na bo­ga­tych krew­nych, któ­rzy by­wa­ją zwy­kle nie­uży­ci. Na­pi­sa­ła więc do tej mło­dej oso­by list w sty­lu sta­ro­świec­kim i wrę­czy­ła go Eu­ge­niu­szo­wi, do­da­jąc, że w ra­zie po­wo­dze­nia wi­ceh­ra­bi­na po­mo­że mu od­na­leźć in­nych krew­nych. W kil­ka dni po po­wro­cie Ra­sti­gnac po­słał list swej ciot­ki do pa­ni de Be­au­séant. Wi­ceh­ra­bi­na od­po­wie­dzia­ła mu za­pro­sze­niem na bal, któ­ry miał się od­być na­za­jutrz.

W ta­kich to oko­licz­no­ściach znaj­do­wa­li się miesz­kań­cy go­spo­dy pod ko­niec li­sto­pa­da 1819 r. W kil­ka dni po­tem Eu­ge­niusz był na ba­lu u pa­ni de Be­au­séant i po­wró­cił do do­mu oko­ło dru­giej po pół­no­cy. W wi­rze tań­ca od­waż­ny stu­dent dał so­bie sło­wo, że pra­co­wać bę­dzie aż do dnia, że­by od­zy­skać czas stra­co­ny. Wspa­nia­łość wiel­kie­go świa­ta wzbu­dzi­ła w nim fał­szy­wą ener­gię, pod wpły­wem któ­rej po­sta­no­wił prze­pę­dzić pierw­szą noc bez­sen­ną w ci­chej swej dziel­ni­cy.

Eu­ge­niusz nie jadł obia­du u pa­ni Vau­qu­er i miesz­kań­cy go­spo­dy są­dzi­li, że po­wró­ci z ba­lu do­pie­ro nad ra­nem, tak jak zwykł był po­wra­cać z uro­czy­sto­ści w Pra­do lub Ode­onie, nie mo­gąc ustrzec się od za­bło­ce­nia swych poń­czoch je­dwab­nych i wy­krę­ca­jąc lek­kie trze­wi­ki ba­lo­we. Wie­czo­rem przed za­ry­glo­wa­niem drzwi Krzysz­tof wyj­rzał jesz­cze na uli­cę. W tej chwi­li Eu­ge­niusz po­ka­zał się we drzwiach i wszedł ci­chut­ko do swe­go po­ko­ju; Krzysz­tof udał się za nim stą­pa­jąc gło­śno. Mło­dy czło­wiek ro­ze­brał się, wło­żył pan­to­fle, na­cią­gnął wy­tar­ty sur­du­cik, roz­pa­lił torf w ko­mi­nie i wziął się raź­no do pra­cy. Krzysz­tof stu­kał tak gło­śno swy­mi gru­by­mi trze­wi­ka­mi, że za­głu­szył zu­peł­nie szmer wy­wo­ła­ny przy­go­to­wa­nia­mi mło­de­go czło­wie­ka. Przed za­głę­bie­niem się w księ­gi praw­ne, Eu­ge­niusz wpadł w chwi­lo­wą za­du­mę. Po­znał w wi­ceh­ra­bi­nie de Be­au­séant jed­ną ze świet­nych gwiazd Pa­ry­ża, któ­rej dom ucho­dził za naj­przy­jem­niej­szy na przed­mie­ściu Sa­int-Ger­ma­in. Prócz te­go imię i ma­ją­tek sta­wia­ły ją w pierw­szym rzę­dzie ary­sto­kra­cji. Dzię­ki pa­ni de Mar­cil­lac, bied­ny stu­dent zo­stał mi­le przy­ję­ty w do­mu wi­ceh­ra­bi­ny, nie poj­mu­jąc na­wet ca­łej do­nio­sło­ści po­dob­nej la­ski. Być przy­ję­tym w owych sa­lo­nach zło­ci­stych zna­czy to ty­le, co otrzy­mać dy­plom szla­chec­ki; kto po­ka­zał się wśród to­wa­rzy­stwa wy­bo­ro­we­go, ten zdo­był so­bie pra­wo by­wać wszę­dzie, gdzie tyl­ko za­pra­gnie. Eu­ge­niu­sza olśnił blask świet­ne­go zgro­ma­dze­nia. Za­mie­niw­szy za­le­d­wie kil­ka słów z wi­ceh­ra­bi­ną, za­czął się przy­glą­dać bo­żysz­czom pa­ry­skim, któ­re się tu­taj ze­bra­ły na raut, i wkrót­ce wy­róż­nił w tłu­mie ko­bie­tę ta­ką, ja­ka za­zwy­czaj by­wa pierw­szym ide­ałem mło­dzień­ca.

Hra­bi­na Ana­sta­zja de Re­staud, wy­so­ka i oka­za­ła, słyn­na by­ła z nad­zwy­czaj kształt­nej ki­bi­ci. Wy­obraź­cie so­bie du­że czar­ne oczy, rę­kę prze­ślicz­ną, no­gę kształt­ną, ru­chy peł­ne ognia, sło­wem wy­obraź­cie ko­bie­tę, któ­rą mar­gra­bia de Ro­nqu­erol­les na­zy­wał ko­niem czy­stej krwi. Uspo­so­bie­nie ner­wo­we nie uj­mo­wa­ło jej by­naj­mniej wdzię­ku; fi­gu­rę mia­ła peł­ną, ale nie moż­na jej by­ło za­rzu­cić zbyt­niej oty­ło­ści. Wy­ra­że­nia ta­kie, jak: koń czy­stej krwi, ko­bie­ta ra­so­wa, za­czy­na­ły za­stę­po­wać prze­no­śnie Osja­nicz­ne, owe po­rów­na­nia z anio­ła­mi i ca­łą mi­to­lo­gią mi­ło­sną, któ­rą od­rzu­ca dzi­siej­szy dan­dyzm. Dla Ra­sti­gna­ca pa­ni Ana­sta­zja de Re­staud by­ła ko­bie­tą upra­gnio­ną. Otrzy­mał to, że dwa ra­zy za­pi­sa­ła je­go na­zwi­sko na wa­chla­rzu, po­mię­dzy na­zwi­ska­mi in­nych tan­ce­rzy, i za­raz w pierw­szym kon­tre­dan­sie roz­po­czął z nią roz­mo­wę:

– Gdzie bę­dę mógł wi­dy­wać pa­nią na­dal? – za­py­tał na­gle z tą si­łą na­mięt­ną, któ­ra się tak po­do­ba ko­bie­tom.

– Ależ wszę­dzie – od­po­wie­dzia­ła – na prze­chadz­kach, w te­atrze, w mo­im do­mu wresz­cie.

I lek­ko­myśl­ny po­łu­dnio­wiec przy­wią­zał się do roz­kosz­nej hra­bi­ny o ty­le, o ile mło­dzie­niec mo­że się przy­wią­zać do ko­bie­ty przez ciąg jed­ne­go kon­tre­dan­sa i wal­ca. Hra­bi­na, któ­ra mu się wy­da­ła wiel­ką pa­nią, za­pro­si­ła go do sie­bie, do­wie­dziaw­szy się, że jest ku­zy­nem pa­ni de Be­au­séant. Po ostat­nim uśmie­chu, któ­ry mu rzu­ci­ła, Eu­ge­niusz po­sta­no­wił być u niej ko­niecz­nie. Szczę­ście mu sprzy­ja­ło, bo te­goż wie­czo­ra spo­tkał czło­wie­ka, któ­ry nie wy­śmie­wał się wca­le z je­go nie­świa­do­mo­ści, a trze­ba wie­dzieć, że nie­świa­do­mość po­dob­na by­ła­by grze­chem śmier­tel­nym w oczach sław­nych im­per­ty­nen­tów owe­go cza­su, lu­dzi ta­kich jak Mau­lin­co­urt, Ro­nqu­erol­les, Mak­sym de Tra­il­les, de Mar­say, Ad­ju­da-Pin­to, Van­de­nes­se. Próż­na ta mło­dzież ota­cza­ła gro­no naj­wy­kwint­niej­szych ko­biet, z któ­rych wy­mie­nia­my la­dy Bran­don, księż­nę de Lan­ge­ais, hra­bi­nę de Ker­ga­ro­uet, pa­nią de Séri­zy, księż­nę de Ca­ri­glia­no, hra­bi­nę Eer­raud, pa­nią de Lan­ty, mar­gra­bi­nę d’Aigle­mont, pa­nią Eir­mia­ni, mar­gra­bi­nę de Li­sto­me­re i mar­gra­bi­nę d’Espard, księż­nę de Mau­fri­gneu­se i pa­nie Gran­dlieu. Szczę­ściem więc na­iw­ny stu­dent na­tra­fił na mar­gra­bie­go Mon­tri­ve­au, ko­chan­ka księż­nej de Lan­ge­ais. Je­ne­rał ten pro­sto­dusz­ny jak dzie­cię, ob­ja­śnił mu, że hra­bi­na de Re­staud miesz­ka przy uli­cy du Hel­der. Mło­dy, spra­gnio­ny świa­ta, tę­sk­nią­cy do ko­bie­ty, uj­rzał na raz dwa do­my otwie­ra­ją­ce się przed so­bą, mógł by­wać na przed­mie­ściu Sa­int-Ger­ma­in u wi­ceh­ra­bi­ny de Be­au­séant, a na Chaus­sée-d’An­tin uklęk­nąć przed hra­bi­ną de Re­staud; mógł jed­nym spoj­rze­niem ogar­nąć ca­ły sze­reg sa­lo­nów pa­ry­skich, wie­dząc, że jest mło­dzień­cem dość pięk­nym, by zna­leźć w ser­cu ko­bie­ty współ­czu­cie i opie­kę; czuł w so­bie dość am­bi­cji, by wsko­czyć na li­nę, po któ­rej trze­ba iść ze śmia­ło­ścią skocz­ka pew­ne­go sie­bie, a przy tym naj­ślicz­niej­sza z ko­biet mia­ła mu słu­żyć za ba­lans!

Któż na miej­scu Eu­ge­niu­sza nie za­głę­bił­by się my­ślą w przy­szłość, któż nie ma­rzył­by o po­wo­dze­niach, ma­jąc gło­wę peł­ną my­śli po­dob­nych i wi­dząc oczy­ma wy­obraź­ni ob­raz wspa­nia­łej ko­bie­ty wzno­szą­cy się na tle roz­ża­rzo­ne­go tor­fu, po­mię­dzy ko­dek­sem z jed­nej, a nę­dzą z dru­giej stro­ny? Buj­na wy­obraź­nia ma­lo­wa­ła mu tak ży­wo przy­szłe roz­ko­sze, że za­czy­nał pra­wie wie­rzyć, iż pa­ni de Re­staud znaj­du­je się tuż przy nim, gdy na­gle gło­śne wes­tchnie­nie roz­le­gło się w ci­szy noc­nej i ozwa­ło się w ser­cu mło­dzień­ca jak chra­pli­wy od­dech ko­na­ją­ce­go. Otwo­rzyw­szy ostroż­nie drzwi, wy­szedł na ko­ry­tarz i spo­strzegł smu­gę świa­tła wy­my­ka­ją­cą się spod drzwi oj­ca Go­riot. Przy­szło mu na myśl, że są­siad mógł za­cho­ro­wać na­gle; zbli­żył się więc do drzwi, przy­ło­żył oko do dziur­ki od klu­cza i zaj­rzaw­szy w głąb po­ko­ju, spo­strzegł star­ca za­ję­te­go dziw­ną pra­cą. Za­ję­cie je­go wy­da­ło się Eu­ge­niu­szo­wi tak wy­stęp­nym, że po­sta­no­wił wy­świad­czyć spo­łe­czeń­stwu przy­słu­gę, śle­dząc noc­ne spraw­ki mnie­ma­ne­go fa­bry­kan­ta ma­ka­ro­nu. Oj­ciec Go­riot przy­twier­dził do li­stwy prze­wró­co­ne­go sto­łu pół­mi­sek srebr­ny wy­zła­ca­ny i ta­kąż wa­zę, na­stęp­nie wziął sznur i okrę­ciw­szy nim oba na­czy­nia wspa­nia­le rzeź­bio­ne, za­czął je ści­skać z nad­zwy­czaj­ną si­łą, jak gdy­by chciał zro­bić z nich jed­no­li­tą bry­łę me­ta­lu.

– Cóż to za czło­wiek, u li­cha! – szep­nął Ra­sti­gnac, spo­glą­da­jąc na ży­la­ste ra­mio­na star­ca, któ­ry, oto­czyw­szy sznu­rem ka­wał sre­bra, gniótł je jak cia­sto, nie spra­wia­jąc naj­mniej­sze­go szme­ru. – Mo­że to zło­dziej lub spól­nik zło­dziej­ski, któ­ry ży­je jak że­brak, uda­jąc głu­po­tę i nie­do­łę­stwo, aby tym bez­piecz­niej od­dać się swe­mu rze­mio­słu. – Stu­dent wy­pro­sto­wał się przy tych sło­wach, lecz po chwi­li przy­ło­żył znów oko do dziur­ki od klu­cza. Oj­ciec Go­riot od­wi­nął szpa­gat, ro­ze­słał na sto­le koł­drę i za­czął ta­czać bry­łę srebr­ną ro­biąc z niej wa­lec po­dłuż­ny; czyn­ność tę wy­ko­ny­wał z nie­po­ję­tą ła­two­ścią. – Chy­ba ten czło­wiek po­sia­da si­łę Au­gu­sta, kró­la pol­skie­go – szep­nął Eu­ge­niusz, wi­dząc, że wa­lec co­raz bar­dziej się wy­dłu­ża. Oj­ciec Go­riot po­pa­trzył ze smut­kiem na swe dzie­ło, łzy za­bły­sły mu w oczach i zdmuch­nął sto­czek, któ­ry przy­świe­cał je­go pra­cy, po czym no­we wes­tchnie­nie obi­ło się o uszy Eu­ge­niu­sza.

– To wa­riat – po­my­ślał stu­dent.

– Bied­ne dzie­cię! – za­wo­łał gło­śno oj­ciec Go­riot.

Na te sło­wa Ra­sti­gnac po­sta­no­wił za­mil­czeć o noc­nej przy­go­dzie i nie są­dzić zbyt sro­go swe­go są­sia­da. Chciał już po­wra­cać do sie­bie, gdy po­sły­szał na­gle szmer dziw­ny: zda­wa­ło się, że ktoś w skar­pet­kach weł­nia­nych stą­pa po scho­dach. Eu­ge­niusz nad­sta­wił ucha i roz­po­znał rze­czy­wi­ście od­dech mia­ro­wy dwóch lu­dzi. Nie sły­szał ani skrzyp­nię­cia drzwi, ani wy­raź­ne­go stą­pa­nia, tyl­ko świa­teł­ko sła­be na­gle za­bły­sło na dru­gim pię­trze u pa­na Vau­trin.

– Ile tu ta­jem­nic w tej go­spo­dzie miesz­czań­skiej! – po­wie­dział stu­dent, scho­dząc o kil­ka stop­ni ni­żej. Za­czął się przy­słu­chi­wać i po chwi­li dźwięk zło­ta obił się o je­go uszy. Świa­tło za­ga­sło wkrót­ce i zno­wu dał się sły­szeć po­dwój­ny od­dech, przy czym. nie moż­na by­ło roz­róż­nić ani otwie­ra­nia, ani za­my­ka­nia drzwi. Szmer sta­wał się co­raz słab­szy, w mia­rę jak się dwaj męż­czyź­ni od­da­la­li.

– Kto idzie? – za­wo­ła­ła pa­ni Vau­qu­er, otwie­ra­jąc okno.

– To ja po­wra­cam, ma­mo Vau­qu­er – ozwał się gru­by głos Vau­tri­na.

– Jed­nak to coś dziw­ne­go! Krzysz­tof po­za­su­wał prze­cie ry­gle – mó­wił Eu­ge­niusz, wra­ca­jąc do swe­go po­ko­ju. – W Pa­ry­żu trze­ba czu­wać, że­by wie­dzieć wszyst­ko, co się dzie­je do­ko­ła.

To, co sły­szał, prze­rwa­ło wą­tek mi­ło­snych i am­bit­nych roz­my­ślań. Po­sta­no­wił za­jąć się pra­cą, lecz nie mógł ode­gnać po­dej­rzeń obu­dzo­nych po­stęp­kiem oj­ca Go­riot, nie mógł za­po­mnieć twa­rzy pa­ni de Re­staud, któ­ra sta­wa­ła przed nim co chwi­la ni­by wróż­ka świet­nej przy­szło­ści i skoń­czył na tym, że upadł­szy na łóż­ko za­snął snem ka­mien­nym. Na dzie­sięć no­cy, któ­re mło­dzież obie­cu­je po­świę­cić pra­cy, sie­dem od­pad­nie z pew­no­ścią na sen. Trze­ba mieć wię­cej niż dwa­dzie­ścia lat, że­by móc czu­wać.

Na­za­jutrz ra­no gę­sta mgła po­kry­ła Pa­ryż. W ta­ką po­go­dę lu­dzie naj­bar­dziej punk­tu­al­ni my­lą się co do cza­su, spóź­nia­ją się na spo­tka­nia, któ­re na­zna­czy­li we wła­snym in­te­re­sie, a o po­łu­dniu my­ślą, że to do­pie­ro ósma ra­no. By­ło już wpół do dzie­sią­tej, a pa­ni Vau­qu­er nie my­śla­ła jesz­cze ru­szyć się z łóż­ka. Krzysz­tof i gru­ba Syl­wia wsta­li też póź­niej niż zwy­kle i za­pi­ja­li naj­spo­koj­niej ka­wę za­bie­lo­ną wierzch­nią war­stwą mle­ka prze­zna­czo­ne­go dla sto­łow­ni­ków. Zdjąw­szy naj­gęst­szą śmie­tan­kę, Syl­wia go­to­wa­ła mle­ko bar­dzo dłu­go, że­by pa­ni Vau­qu­er nie mo­gła się do­my­śleć owej dzie­się­ci­ny nie­praw­nie po­bie­ra­nej.

– Syl­wio – rzekł Krzysz­tof, bio­rąc pierw­szą grzan­kę – pan Vau­trin, któ­ry, trze­ba wam wie­dzieć, jest bar­dzo do­bry, dzi­siej­szej no­cy przyj­mo­wał znów dwie oso­by. Je­że­li się pa­ni nie­po­koi, to nic mó­wić nie trze­ba.

– Czy do­sta­li­ście co od nie­go?

– Dał mi sto so­us na mie­siąc, to zna­czy ty­le, jak­by po­wie­dział: Trzy­maj ję­zyk za zę­ba­mi.

– Tyl­ko on i pa­ni Co­utu­re nie drżą nad każ­dym gro­szem – rze­kła Syl­wia – zresz­tą wszy­scy ra­dzi by wy­cią­gnąć nam z le­wej rę­ki to, co w dzień no­we­go ro­ku wkła­da­ją do pra­wej.

– Jesz­cze że­by choć co do­bre­go da­wa­li! – do­rzu­cił Krzysz­tof – wiel­kie mi dzi­wy, ja­kieś nędz­ne sto so­us. Go­riot na przy­kład już od dwóch dni sam czy­ści swo­je obu­wie. Ten ob­dar­tus Po­iret ob­cho­dzi się wca­le bez szu­wak­su, a gdy­by go miał, to wy­pił­by go pew­nie, nie oczy­ściw­szy swo­ich pan­to­fli. Al­bo ten smyk stu­dent. Cóż on mi da­je? czter­dzie­ści so­us, to mnie i szczot­ki wię­cej kosz­tu­ją, a sta­re odzie­nie sprze­da­je i nie wie sam, co za nie wy­pra­szać.

– Ba – od­po­wie­dzia­ła Syl­wia, pi­jąc z wol­na ka­wę – z tym wszyst­kim le­piej jest słu­żyć w tym do­mu niż gdzie in­dziej w na­szej dziel­ni­cy: tu przy­naj­mniej do­brze się ży­je. Ale cze­kaj­cie no, Krzysz­to­fie, czy nie mó­wił z wa­mi kto­kol­wiek o gru­bym je­go­mo­ści Vau­trin?

– I ow­szem. Przed kil­ku dnia­mi spo­tkał mnie na uli­cy ja­kiś pan i za­py­tał: Czy to nie u was miesz­ka gru­by je­go­mość, któ­ry czer­ni so­bie fa­wo­ry­ty? A jam od­po­wie­dział: „Nie, pro­szę pa­na, on nie czer­ni fa­wo­ry­tów. Gdzie by też ta­ki we­so­ły czło­wiek miał czas po te­mu?” Otóż po­wtó­rzy­łem wszyst­ko co do jo­ty pa­nu Vau­tri­no­wi, a ten mi na to: „Do­brześ zro­bił, mój chłop­cze! Od­po­wia­daj za­wsze tak sa­mo. Bar­dzo to nie­przy­jem­nie, gdy lu­dzie po­zna­ją na­sze sła­bo­ści. To mo­że prze­szko­dzić za­war­ciu mał­żeń­stwa.”

– Otóż to! i mnie na ryn­ku chcia­no wy­cią­gnąć na słów­ko, że­by się do­wie­dzieć, czy nie wi­dzia­łam kie­dy, jak Vau­trin od­mie­niał ko­szu­lę. Oto ko­me­dia! Masz to­bie – za­wo­ła­ła na­gle – na Val-de-Grâce bi­je trzy kwa­dran­se na dzie­wią­tą, a nikt nie my­śli ru­szyć się z łóż­ka.

– Za­chcie­li­ście! prze­cie wszy­scy po­wy­cho­dzi­li. Pa­ni Co­utu­re po­szła o ósmej ze swą pan­ną spo­żyć Pa­na Bo­ga w Sa­int-Etien­ne. Oj­ciec Go­riot wy­szedł z ja­kimś pa­kie­tem. Stu­dent po­wró­ci z lek­cji do­pie­ro o dzie­sią­tej. Za­mia­ta­łem wła­śnie scho­dy, gdy wszy­scy wy­cho­dzi­li. Oj­ciec Go­riot trą­cił mnie tym, co niósł w rę­ku, a by­ło to coś twar­de­go jak że­la­zo. Jed­nak to cie­ka­wość, czym się ten nie­bo­rak zaj­mu­je? Mu­si za­wsze tań­czyć, jak mu in­ni ka­żą, po­mi­mo to naj­pocz­ciw­szy jest ze wszyst­kich i wię­cej wart od in­nych. Nie­wie­le się u nie­go po­ży­wić moż­na, ale za to owe pa­nie, do któ­rych mnie cza­sa­mi po­sy­ła, po­stro­jo­ne są jak lal­ki i nie ża­łu­ją dać czło­wie­ko­wi na pi­wo.

– Ja­kież to? Te, któ­re na­zy­wa cór­ka­mi? Jest ich, zda­je się, ca­ły tu­zin.

– Ja ci tam nie by­łem u in­nych, tyl­ko u tych dwóch, któ­re tu­taj przy­cho­dzą.

– Sły­szę, że już pa­ni za­czy­na się ru­szać; to do­pie­ro za­cznie so­do­mę wy­pra­wiać; trze­ba iść co prę­dzej. Pil­nuj­cie mle­ka, Krzysz­to­fie, że­by się tu kot nie za­wi­nął.

Syl­wia po­szła do po­ko­ju swej pa­ni.

– Co to ma zna­czyć, Syl­wio, bi­ło już trzy kwa­dran­se na dzie­wią­tą, a ja z wa­szej ła­ski spa­łam jak bo­bak. Nic po­dob­ne­go jesz­cze nie by­wa­ło.

– To, pro­szę pa­ni, z po­wo­du mgły dzi­siej­szej, któ­rą choć no­żem kra­jać, tak jest gę­sta.

– Ale cóż bę­dzie ze śnia­da­niem?

– Ba, wszy­scy na­si lo­ka­to­ro­wie mie­li chy­ba dia­bła za skó­rą, bo wszy­scy ze­mknę­li rów­no z brza­skiem. Śnia­da­nie więc mo­że być dziś o dzie­sią­tej. Mi­chon­net­te i Po­ire­au ani my­śle­li jesz­cze wsta­wać. Tyl­ko oni obo­je są w do­mu i śpią jak praw­dzi­we bał­wa­ny.

– Ależ, Syl­wio, mó­wisz o oboj­gu ra­zem, jak gdy­by…

– Jak gdy­by co? – za­py­ta­ła Syl­wia, wy­bu­cha­jąc głu­pim śmie­chem. – Prze­cie obo­je jak­by do­bra­ni do pa­ry.

– Jed­nak to coś dziw­ne­go, Syl­wio, ja­kim spo­so­bem pan Vau­trin wró­cił dziś w no­cy do do­mu, kie­dy Krzysz­tof po­za­su­wał przed­tem ry­gle?