Wydawca: Videograf Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Ojciec chrzestny. Lucky Luciano i tajemnice amerykańskiej mafii ebook

Paul Sherman

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 481 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ojciec chrzestny. Lucky Luciano i tajemnice amerykańskiej mafii - Paul Sherman

Zbeletryzowana biografia legendarnego gangstera, Charlesa „Luckiego” Luciano – człowieka, który zrewolucjonizował amerykański świat przestępczy. Prosty chłopak z biednej sycylijskiej rodziny stopniowo zdobywał kolejne szczeble w strukturach mafii, by wreszcie stać się szefem kilku rodzin mafijnych rządzących Ameryką. Uchodzący za wyjątkowego szczęściarza gangster wielokrotnie wymykał się wymiarowi sprawiedliwości, aż wreszcie został skazany na 50 lat więzienia.

W czasie II wojny światowej organizował pomoc dla amerykańskej armii, za co po 10 latach został ułaskawiony i deportowany do Włoch. Jego barwne życie stało się inspiracją dla Mario Puzo, autora głośnej powieści „Ojciec chrzestny”.
Dużym walorem książki Paula Shermana jest społeczny i historyczny kontekst opisywanych zdarzeń. Zachowuj,ąc ogromną troskę o szczegóły i koloryt tamtych lat, autor opisuje życie włoskich imigrantów w Nowym Jorku, burzliwy okres prohibicji i dramatyczne czasy Wielkiego Kryzysu. Na tym tle pokazuje sposób funkcjonowania grup przestępczych, strukturę nowojorskiej mafii, korupcję wśród policjantów i polityków, przenikanie mechanizmów mafijnych do świata biznesu. Barwnie kreśli obyczajowe i klturalne oblicze Ameryki okresu wielkich przemian – czasu powstawania wielkich fortun, gigantycznych budowli, wynalazków, które zmieniły oblicze świata.

Opinie o ebooku Ojciec chrzestny. Lucky Luciano i tajemnice amerykańskiej mafii - Paul Sherman

Fragment ebooka Ojciec chrzestny. Lucky Luciano i tajemnice amerykańskiej mafii - Paul Sherman

Redakcja

Jacek Illg

Projekt okładki

Marek J. Piwko {mjp}

Zdjęcie na okładce

Wikipedia

Zdjęcia we wkładkach

Wikipedia, Wikimedia Commons, inne zasoby internetowe,

archiwum Autora, archiwum Wydawnictwa

Redakcja techniczna, skład iłamanie

Damian Walasek

Przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2013

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35, fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. zo.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

©Copyright for the Polish edition byWydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2009

ISBN 978-83-7835-165-8

PROLOG. Tequila

Październik 1929 roku

Uporczywy jesienny deszcz zaczął padać późnym popołudniem, już po burzy, która przeszła od zatoki wkierunku północno-wschodnim nad całym obszarem Nowego Jorku. Trotuary wokół placu przed gmachem sądu zalała woda, gdyż ścieki zatkały liście iśmieci. Niektórzy właściciele sklepów musieli zabezpieczyć drzwi workami zpiaskiem, bo inaczej woda przeciekłaby przez próg izniszczyła cenne towary. Znastaniem nocy ucichł wiatr, deszcz przestał padać, niebo się przejaśniło izabłysły gwiazdy.

Dzielnica portowa na Staten Island zalana była błotnistym mułem, głębokim na kilka cali. Ponure doki, magazyny czarne od brudu, zdachami pokrytymi papą, oblepione grubą warstwą smoły, kryły się wgęstych ciemnościach. Takie slumsy posiadał każdy port od czasów, gdy Fenicjanie opływali Afrykę. Miejsce, gdzie kryją się poszukiwani przez wymiar sprawiedliwości, prostytutki, żebracy, naciągacze, prestidigitatorzy iinne męty. Na końcowym odcinku Staten Island, przyklejonej do brzegu stanu New Jersey iraczej jemu bliższej niż Nowemu Jorkowi, nie brak romantycznych ustroni wśród zakrzewionych wydm iosłoniętych zatoczek, gdzie ciepłą letnią nocą można kogoś dyskretnie pocałować iuwieść albo –co czasami również się zdarzało –obrabować izakatrupić zszybkim pochówkiem wbladożółtym piasku. Wieczorami nawet policjanci chodzili tam wyłącznie parami.

Większość promowych wycieczek nie uwzględniała Wyspy Statena wswych programach, aszkoda, bo zwiedzając ją wlecie iza dnia, można było doznać miłego rozczarowania. Na Staten Island były wzgórza, jeziora, przepiękne piaszczyste plaże, awszystko oprawione bujną roślinnością. Tutaj znaleźć można było dobrze zachowane wczesne budownictwo nowojorskie, jak na przykład Snug Harbor –schronisko dla emerytowanych żeglarzy, kompleks dwudziestu ośmiu zabytkowych budynków zlat 1831–1880.

Dwaj funkcjonariusze policji, którzy tej nocy patrolowali wyspę, mieli kończyć swoją zmianę już za kwadrans. Niebo zaczynało się lekko rozjaśniać, awokół panowała niczym niezmącona cisza. Siedzący obok kierowcy funkcjonariusz sięgnął do schowka iwyciągnął stamtąd płaską buteleczkę. Wyjął korek ipociągnął solidny łyk. Nazywał się Diego Rivera iurodził się 32 lata temu wmeksykańskim mieście Juarez. Do Stanów przyjechał wraz zrodzicami jako siedmioletnie dziecko.

– Łykniesz sobie? –wyciągnął butelkę wstronę siedzącego za kierownicą kolegi.

– Jeśli znowu masz tam ten podły bimber zmeksykańskiego kaktusa, co ostatnio, to serdecznie dziękuję –odpowiedział kierowca. Nazywał się Tom O’Malley iliczył sobie 28 lat. Był rodowitym nowojorczykiem, ale –jak łatwo można było odgadnąć –oirlandzkich korzeniach.

– To najlepsza wświecie, oryginalna tequila –oburzył się Rivera. –Nie żaden bimber, tylko meksykańska wódka, produkowana ze sfermentowanego soku agawy. Jest tam znana od czasów Azteków. Anazwa pochodzi od miasteczka Tequila wstanie Jalisco.

Od dziesięciu lat na terenie całych Stanów Zjednoczonych obowiązywała prohibicja, lecz jak widać, nie przejmowali się nią nawet będący na służbie funkcjonariusze policji. Aprzynajmniej niektórzy znich.

– No właśnie –skrzywił się O’Malley. –Jak można robić wódkę zkaktusa?

Wbrew obawom funkcjonariusza O’Malleya, jednak można. Starsze ibardziej dojrzałe rośliny, adokładniej mówiąc ich rdzenie, czylipiña, są bogatym źródłem cukru. Tradycyjniepińassą wolno pieczone wspecjalnych kamiennych lub ceglanych piecach przez jakieś pięćdziesiąt, anawet siedemdziesiąt godzin wtemperaturze dochodzącej prawie do dwustu stopni Farenheita, co pozwala zmiękczyć włókna iuniknąć karmelizacji cukrów. Więksi producenci skracają ten proces, gotującpiñaswnowoczesnych parowych autoklawach. Po ugotowaniu smakują jak słodki ziemniak.

Ugotowanepiñasstygną przez półtorej doby, anastępnie są rozbijane drewnianymi młotkami imielone, aby oddzielić sok od miąższu. Wniektórych regionach Meksyku tak właśnie przygotowuje się tradycyjną tequilę. Wwiększych fabrykach używa się do tego celu mechanicznych rozdrabniarek. Fermentacja prowadzona jest wzbiornikach zdrewna lub stali nierdzewnej przez siedem do dwunastu dni. Wjej wyniku otrzymuje się lekko musujący napój,pulque, zawierający od pięciu do siedmiu procent alkoholu. Napój ten był znany już Aztekom iużywano go między innymi do celów rytualnych. Po otrzymaniupulquejest ona kierowana do podwójnej destylacji. Pierwsza, zwanaordinaro, daje zawartość dwudziestu procent alkoholu itrwa półtorej godziny. Wdrugiej, trwającej cztery godziny, otrzymuje się płyn ozawartości pięćdziesięciu pięciu procent alkoholu.

Często destylat uzupełniany jest demineralizowaną wodą, aby obniżyć poziom alkoholu do czterdziestu procent. Na koniec wódka trafia do kadzi idrewnianych beczek, gdzie rozpoczyna się dojrzewanie, decydujące wdużej mierze oostatecznym wyglądzie iaromacie tequili. Leżakuje tam nawet do sześciu lat, wzależności od rodzaju. Przed butelkowaniem tequila jest filtrowana przez węgiel aktywowany lub filtry celulozowe.

– Blanco tequilę pije się zsolą icytryną, Oro tequilę zcynamonem ipomarańczą, aMujañejo z… Jasna cholera! Zatrzymaj się! Chyba mamy trupa!

Tom O’Malley nie dowiedział się już, zczym należy pijać Mujañejo. Wblaskuświateł samochodu pojawiły się leżące pod murem portowego magazynu zwłoki. Uzbrojony wwielką latarkę Rivera wyskoczył na zewnątrz.

– Może to jakiś pijaczek? –sapnął podążający wślad za nim kolega.

– Chyba nie –mruknął drugi policjant, pochylając się nad ciałem. –Zobacz na jego ubranie. Te ciuchy musiały kosztować kilkaset dolców. Tacy faceci nie upijają się tanim winem wmagazynach na Staten Island.

Leżące przed funkcjonariuszami zwłoki przedstawiały widok pożałowania godny. Całe ubranie pocięte było jakimś ostrym narzędziem, najprawdopodobniej nożem, zmasakrowana dokumentnie iumazana krwią twarz nie pozwalała na rozróżnienie rysów.

– Zobacz, czy ma przy sobie jakiś dokument –polecił pełniący obowiązki dowódcy patrolu Rivera.

O’Malley posłusznie sięgnął do kieszeni zabitego, lecz sekundę potem odskoczył przestraszony na bok, bowiem domniemane zwłoki poruszyły się, anastępnie zaczęły się zabierać do wstawania.

– Kurwa mać! –wrzasnął O’Malley. –To wcale nie jest trup!

– Pewnie, że nie trup –wystękał przez spuchnięte wargi pokrwawiony mężczyzna, ztrudem dźwignąwszy się na nogi. Zachwiał się przy tym gwałtownie igdyby nie pomoc Rivery, upadłby zpowrotem na ziemię. Jego rozbity fatalnie nos nabrał koloru surowej polędwicy, dolna warga urosła do rozmiarów banana. –Dziękuję –powiedział. –Czy wyglądam równie głupio, jak się czuję?

– Doskonale pan wygląda –odpowiedział Rivera idodał bezwiednie: –Jak się pan czuje?

– Znakomicie.

– Co się panu stało?

– Pośliznąłem się.

– Co takiego?

– Pośliznąłem się.

– Pewnie na skórce od banana –rzucił sarkastycznie O’Malley.

– Nie, od mango. Czy moglibyście panowie wezwać dla mnie taksówkę?

– Taksówkę? –Rivera nie mógł uwierzyć wto, co słyszy. –Człowieku, panu potrzebny jest ambulans, nie taksówka!

– Wszystko jedno –zgodził się niedawny trup. –Jak najszybciej muszę się dostać do miasta.

*

Godzinę później ofiara tajemniczych porachunków ze Staten Island zakłóciła spokój izby przyjęć nowojorskiego Mt. Sinai Hospital. Nocne odgłosy odbijały się echem, wypełniając długie korytarze nowego skrzydła, które wciąż jeszcze było urządzane. Słychać było tylko kaszlnięcia, zgrzyt gumowych butów pielęgniarek na wypastowanej podłodze itrzask radioodbiornika przy zmianie jednej stacji na drugą. Wynalazek pana Marconiego zaczynał robić wielką karierę. Zaledwie wiosną 1920 roku niejaki FrankConrad uruchomił wswym garażu wPittsburgu pierwszą stację nadawczą emitującą regularny program, ajuż dwa lata później było wAmeryce 227 takich stacji. Fabrykanci odbiorników nie nadążali za zamówieniami.

– Siostro! Surowicę przeciwtężcową, gazę, bandaże!.. –zadysponował dyżurny lekarz, na widok zmasakrowanej twarzy pacjenta.

Pielęgniarka już miała wręku wygotowaną strzykawkę, pewnymi ruchami wyjmowała ztorby inne przybory. Gdy lekarz podniósł pełną strzykawkę do góry, jego wzrok padł na twarz leżącego. Wśród smug wytartej krwi isiniaków tkwiły czujne, przytomne oczy. Pochylił się nad rannym iwbił igłę wobnażone ramię. Pielęgniarka przemyła dolną szczękę wodą utlenioną. Lekarz szybko ibezlitośnie zdezynfekował rany. Pacjent skurczył się zbólu izawołał:

– Auuu!

Pielęgniarka posypała sowicie sulfamidon. Krew zmieszała się zżółtym proszkiem.

*

Po upływie kolejnej godziny detektyw Charles Schley wpatrywał się wczarne oczy leżącego na łóżku pacjenta. Wraz zdziurkami nosa iustami tylko one były oznaką życia na twarzy całkowicie owiniętej wnieskazitelnie czysty bandaż, upodabniający ofiarę do egipskiej mumii wyjętej prosto zsarkofagu. Obie ręce spoczywające na białym prześcieradle szpitalnego łóżka także były zabandażowane.

– Więc nazywa się pan Charles Lucania? –powtórzył detektyw już po raz trzeci wciągu ostatniego kwadransa.

– Dokładnie tak właśnie się nazywam –wyjaśnił spokojnie zagadnięty. –Mam wrażenie, że już to panu mówiłem, ale może tylko mi się tak zdaje. Wie pan, odniosłem dzisiaj pewne obrażenia, wtym rany głowy. To nie najlepiej wpływa na pamięć.

– No właśnie –ochoczo zgodził się detektyw. –Inie pamięta pan, kto tak pana urządził?

– Nie nie pamiętam, tylko po prostu nie wiem.

– Ija mam uwierzyć wcuda?

– Dlaczego nie? Chociażby takie Lourdes we Francji. Udokumentowano tam wiele różnych cudów. Na przykład wroku tysiąc dziewięćset dwudziestym piątym pewien facet wostatnim stadium raka…

– Człowieku, ale tu jest Nowy Jork, anie Lourdes. Tutaj nie zdarzają się cuda. Aprzynajmniej ja wnie nie wierzę.

– Pańska wiara jest pana osobistą sprawą. Aja nie mogę panu powiedzieć czegoś, czego nie wiem.

– Dobra, niech pan jeszcze raz powtórzy, jak to się wszystko odbyło –westchnął policjant.

– Stałem na rogu Pięćdziesiątej Ulicy iSzóstej Avenue –Lucania rozpoczął po raz kolejny swą litanię. –Czekałem na dziewczynę.

– Jej nazwisko?

– Nie znam.

– Umawia się pan zdziewczyną, anawet nie zna jej nazwiska?

– Apan zna nazwiska wszystkich panienek, które pan dymał?

– Ja tu jestem od zadawania pytań –warknął Schley. –Co było dalej?

– No więc wtedy właśnie zatrzymała się przede mną czarna limuzyna i…

– Jakiej marki?

– Już mówiłem, nie znam się na markach. Wiem tylko, że była czarna iże okna były zasłonięte firankami. Wyskoczyło zniej trzech uzbrojonych facetów ikazało mi wsiadać do środka.

– Jak wyglądali?

– Nie wiem. Byli zamaskowani, już mówiłem.

– Trzech uzbrojonych, zamaskowanych facetów porywa pana wgodzinie szczytu na Szóstej Alei inikt nie zwraca na to uwagi. Imyśli pan, że uwierzę wte bzdury?

– Nie wiem –powtórzył jak katarynka Lucania. –Może iktoś to widział. Niech pan poszuka świadków izapyta.

– Dobra, dobra. Co było potem?

– Kiedy znalazłem się wsamochodzie, zaczęli mnie okładać pięściami. Jeden kłuł mnie nożem, adrugi chyba szpikulcem do lodu. Palili papierosy igasili je na moim ciele. Wozili mnie tak po mieście kilka godzin. Potem straciłem przytomność. Odzyskałem ją dopiero na Staten Island, kiedy zauważyli mnie pańscy koledzy.

– Kim byli ci mężczyźni?

– Jak powiedziałem, nie wiem.

– Aczego chcieli?

– Mówili, że za dziesięć tysięcy baksów puszczą mnie wolno. Obiecałem, że skołuję te pieniądze. Może właśnie dlatego puścili mnie wolno.

– Niech pan nie wciska mi tych smutnych kawałków, Lucania. Pan musiał ich znać.

– Nic nie musiałem.

– Jakich ma pan wrogów?

– Nie mam żadnych wrogów. Jestem znatury przyjacielem całego świata.

– Chcę panu pomóc –detektyw spróbował zinnej beczki. –Ten napad może się powtórzyć. Wpańskim interesie jest, żebyśmy ich dorwali.

– Oczywiście.

– Tylko że pan nie ułatwia mi zadania.

– Bardzo mi przykro, ale nic więcej nie wiem.

– No cóż –westchnął detektyw Schley, zatrzaskując zimpetem czarny notes, wktórym zapisywał, araczej usiłował zapisywać odpowiedzi poszkodowanego. –Nie chce pan znami współpracować, to nie będę się więcej narzucał.

Podniósł się ze swego stołka izanim opuścił pomieszczenie, rzucił jeszcze od drzwi:

– Życzę zdrowia.

*

Pół godziny później nad łóżkiem Lucanii pochylił się przyjaciel pobitego. Nazywał się Benjamin Siegel ipojawi się jeszcze nieraz na kartach tej opowieści.

– Co się stało, Charlie –zapytał. –Kichnąłeś przy ścianie?

Lucania otworzył spuchnięte usta, odsłaniając luki w uzębieniu idziąsła pełne skrzepów krwi. Zwysiłkiem, sepleniąc, wybełkotał:

– Miałem spotkanie… Staten Island… Przy wyjściu zpromu… Uprowadzili mnie… Do hangaru… Sprali… Papierosy, noże ichyba… szpikulec do lodu… Cały arsenał.

– Ale kto?

– Nie jestem pewien.

– Czego chcieli?

– Nieważne.

– Jak to nieważne? Chcę ci pomóc.

– Dzięki, Ben… Ale dam sobie radę. Ateraz zostaw mnie samego… Chcę spać.

– Jak chcesz –powiedział Siegel, podnosząc się ze stołka, który tak niedawno jeszcze ogrzewał swoim tyłkiem detektyw Schley. –Cholerny zciebie szczęściarz, Charlie, wyszedłeś ztego bardzo tanim kosztem!…

Benjamin Siegel nie zdawał sobie sprawy, że właśnie nadał Lucanii przydomek, którym odtąd będą go nazywać zarówno koledzy, jak idziennikarze oraz policja. Lucky, czyli Szczęściarz. Przydomek, który przylgnie do niego na całe życie, tak że prawie zapomniane zostanie jego prawdziwe imię. Charlie Luckie –Charlie Szczęściarz. Apotem Lucky Luciano.

I. Grappa

Dla przyjeżdżających było to jeszcze jedno zwyczajne miasteczko, jakich dziesiątki rozsiane są na obszarze całej Sycylii, położone wśród opuncji ikopalńsiarki. Małe, ciasno zabudowane, przylepione do zbocza góry powyżej winnic ipowyginanych groteskowo łat gajów oliwnych, miasteczko owąskich, brudnych uliczkach iciemnych zaułkach prowadzących donikąd. Przed wiekami nazywano jepiccolo Palermo(małe Palermo), kiedy stanowiło ważny ośrodek handlowy na królewskim trakcie zPalermo do Agrigento. Dzisiaj jednak, zastygłe isenne, znostalgią wspominało przeszłość, która dawno minęła iktóra nie wraca. Czas wymiótł gwar wielkiego życia ztych ulic iplaców, zwolnił rytm irozplótł pajęczynę letargu. Kamienne schody pięły się pomiędzy starymi domami, które porastały zbocze niczym grzyby.

Większość domów była również zbudowana zkamienia, aniektóre nie miały nawet okien, jedynie małe otwory zakryte żelaznymi dyskami. Wiele rodzin trzymało zwierzęta wpomieszczeniach mieszkalnych. Wmiejscowych piekarniach przy piecach kuliły się kozy imłode jagnięta, ijeśli świeżo upieczony bochenek chleba spadał na ziemię, zazwyczaj trafiał wkupę gnoju. Mieszkańcy wierzyli wstarożytny kodeks honorowy, akobiety siedzące na zewnątrz domów musiały siedzieć profilem, żeby zachować dobrą opinię. Wprzeważającej części miasto nie posiadało kanalizacji, nieczystości spływały śmierdzącymi rynsztokami, wmule izgniłych śmieciach bawiły się dzieci.

Liczące ponad siedem tysięcy dusz miasteczko Lercara Friddi leżało wodległości 70 kilometrów na południowy wschód od Palermo i20 kilometrów od rozsławionej przez Mario Puzo mieściny Corleone, mającej opinię miejsca, które wydało więcej przyszłych amerykańskich mafiosów niż jakikolwiek inny rejon Sycylii. Od Rzymu geograficznie dzieliło je jakieś tysiąc kilometrów, lecz pod względem cywilizacyjnym, atakże duchowym iemocjonalnym oddalone było od stolicy co najmniej osto lat. Pocztówkowe Włochy kończą się tuż za Salerno; Włochy Krzywych Wież, Michałów Aniołów ifontann Giovanniego Lorenza Berniniego. Dalej rozciąga się obszar ostatniej kolonii Europy, włoskie Południe. ASycylia to już definitywnie próg świata, który inaczej żyje, inaczej myśli, iktóry zdecydowanie bliższy jest Afryce niż Europie.

W roku 1897, kiedy zaczyna się ta historia, Sycylia należała do Włoch zaledwie od kilkudziesięciu lat, wcześniej władali nią greccy tyrani, rzymscy gubernatorzy, arabscy emirowie, normańscy królowie, niemieccy cesarze, hiszpańscy wicekrólowie, władcy Neapolu iPiemontu. Nie licząc kilku szczęśliwych momentów historycznych, wyspa ta bywała zwykle prowincją jakiegoś mniej lub bardziej potężnego państwa. Prowincją, zktórej tylko brano, nie dając nic wzamian. Wczasach rzymskich, na przykład, zwano ją powszechnie „spichrzem imperium”.

W całych swoich dziejach Sycylia była krainą gwałconą okrutniej niż jakakolwiek inna. Akiedy urzędnicy są „zobcego nadania”, miejscowa ludność zwykle nie identyfikuje się zpaństwem. Wiedzieli otym dobrze Burbonowie, którzy nawet nie organizowali na wyspie poboru do wojska. Jeśli zaś wdodatku państwo jest słabe, urzędnicy na prowincji –zdala od centralnej władzy –łatwo się korumpują. Za neapolitańskich Burbonów demontaż państwa na Sycylii osiągnął swoje apogeum. Zracji historii ipołożenia Sycylia znalazła się na uboczu wielkich przemian społecznych, jakie zachodziły wEuropie wXVIII iXIX stuleciu. Feudalne przywileje sycylijskich baronów, posiadaczy wielkich latyfundiów, zniesiono tu dopiero w1812 roku.

Dziwna to była ziemia: pławiąca się wsłońcu, wmorzu, rozprażona, od zimy okryta kwiatami. Na długo przed Chrystusem wyspę wprawiały wdygotanie trzęsienia ziemi, ajej wulkany wypluwały zsiebie potoki ognia ilawy. Mieszkańcy nazywali ją Wyspą Słońca, aJohann Wolfgang Goethe pisał oniej: „Nie widząc Sycylii, nie można zrozumieć Włoch. To właśnie ona, oszałamiająca harmonią nieba, ziemi imorza, jest kluczem do wszystkiego…”. Całe połacie kultury leżały tu na sobie iobok siebie, przedziwnie ze sobą pomieszane. Zaczynając od kultury przedgreckiej, poprzez Kartagińczyków, Rzymian, Arabów, Bizancjum, Normanów, Niemców iFrancuzów –wszystko się tu mieszało, stopione wżarze słońca, wina iwzapachu pomarańczowego kwiatu. Anad wszystkim górowała jedna kultura, która tej śródziemnomorskiej wyspie nadała fizjonomię zasadniczą –kultura grecka. Ona urobiła wswoim czasie kształt sycylijskiego rolnictwa czy żeglarstwa ipieczęć greckiej sztuki na zawsze odbiła wniebieskim cieniu sycylijskich gór, na zielonych polach pszenicy ipurpurowych łanach koniczyny.

Miasteczko Lercara Friddi założył wroku Pańskim 1605 hiszpański szlachcic Baldassare Gomez deAmescua, nazwa zaś pochodzi częściowo od arabskiego słowaal kara, czyli „ćwiartka”, aczęściowo od słowali friddi, co wdialekcie sycylijskim oznacza „zimne miejsca”. Przez kolejne dwa ipół wieku stanowiło własność różnych szlachetnych rodów, takich jakde Mayda, Villalba, Ventimiglia, Scamacca iGravina. Podstawą utrzymania mieszkańców było rolnictwo, hodowla bydła iowiec, wyroby rękodzielnicze zdrewna iżelaza, niewielkie zakłady produkujące wyroby mączne, papiernia oraz –przede wszystkim –znajdujące się wnajbliższej okolicy bogate złoża siarki. Odwiedzającym Lercara Friddi, miejscowi zdumą prezentowali pochodzące zpołowy XVIII wieku kościoły świętego Józefa iświętego Mateusza oraz okazały budynek ratusza przy piazza Abate Romano.

*

W roku 1897 Sycylia nadal cierpiała wtym samym od wieków brunatnym krajobrazie gajów oliwnych ispalonych równin, przydrożnych kapliczek, zbudowanych przez pierwszych wyznawców Chrystusa, iniezliczonych krzyży, na których zawisły ciała zbuntowanych niewolników prowadzonych przez Spartakusa.

Podstawowym prawem była tam ciągle wendeta. Wimię tego prawa, silniejszego od praw zawartych wkonstytucji państwa, wniektórych wsiach imiasteczkach południa wymordowały się nawzajem całe rodziny. Pozostałe przy życiu kobiety starannie pielęgnowały młodziutkich jeszcze męskich potomków, wcześnie zaznajamiając ich zdziałaniem broni iniecierpliwie wyczekując, kiedy toragazzostanie się już mężczyzną ipomści śmierć swego ojca, braci, wujów. Ślady tego szalonego prawa można było odnaleźć na każdym wiejskim cmentarzu. Sycylijczycy wierzą głęboko, że zemsta jest jedyną prawdziwą sprawiedliwością iże jest ona zawsze bezlitosna. Na tej katolickiej wyspie, gdzie wkażdym domu znajduje się posąg płaczącego Jezusa, chrześcijańskie przebaczenie zawsze było godną pogardy ucieczką tchórza.

Kultura śmierci dotyczyła tu zresztą nie tylko natury mafii, do dzisiaj przesiąknięta jest nią cała Sycylia. Święto Zmarłych, na przykład, jest na wyspie obchodzone bardzo radośnie. Tego dnia ludzie obdarowują się wzajemnie ciastkami ztwardego cukru owdzięcznej nazwie „trupia główka”. Po to, żeby Sycylia się zmieniła, musiałby wybuchnąć moralny wulkan, który zalałby ziemię ogniem.

Była niedziela, 24 listopada 1897 roku, kiedy wmiasteczku Lercara Friddi zmęczona, lecz szczęśliwa Rosalia Lucania zaprezentowała swemu mężowiAntonio wydane przed chwilą na świat niemowlę płci męskiej. Wpobliskim kościółku Santa Maria della Neve ochrzczono je jako SalvatoreAntonio.

Swych pierwszych dziewięć lat życia mały Salvatore spędził wraz zojcem, mamą ilicznym rodzeństwem wbiałym domu przy via Margherita di Savoia. Wszystkie domy, jakie wyrosły wzdłuż tej krętej istromej ulicy, były podobne do siebie jak krople wody: jednopiętrowe, białe od płowiejącego iłuszczącego się wsłońcu wapna, zdachami opadającymi ku ulicy, pokrytymi dachówkami zwypalanej gliny, zzawsze zamkniętymi drzwiami. Przed wieloma leżały wiązki drew na opał.

Zimą na stromych zboczach rozbabrana ziemia mieszała się ze śmieciami, które gniły izkażdym dniem coraz bardziej zatruwały powietrze. Kiedy letnie słońce rozpalało się gwałtownie, wyrastające jedna nad drugą koślawe chałupy wysychały na kość izaczynały grzać jak piece. Na ulicach błoto zamieniało się wkurz unoszący się ku ścianom domów za każdym razem, kiedy ktoś przechodził. Kupy suchego łajna zażółcały niskie drzwi parterów. Muły iosły wznosiły kopytami zulicy kurz tak gęsty, że zaćmiewał wzrok. Kobiety wczarnych sukniach, długich do kostek, czekały uwejścia domów, wktórych, gdy zmierzchał już suchy dzień, dymiły kominy, bo gotowała się zupa zbobu albo makaron zpomidorami.

Razem zlatem przybywały też nieprzeliczone stada much, które brzęcząc nieśmiało, odważnie przeciskały się przez okiennice do wszystkich pomieszczeń. Najpierw było ich niewiele, były małe iniemrawe, ale wmiarę upływu czasu przybywało ich coraz więcej, całe chmary zogłuszającym brzęczeniem dokonywały inwazji na okoliczne domy. Wupalnym powietrzu, we wciskającym się wszędzie skwarze irozżarzonej bieli murów stanowiły prawdziwe utrapienie mieszkańców.

Kilka lat wcześniej sąsiadem państwa Lucania na tej samej ulicy, via Margherita di Savoia, był ubogi szewc nazwiskiem Francesco Sinatra, dziadek przyszłego króla estrady, Franka Sinatry, urodzonego 12 grudnia 1915 roku już wStanach Zjednoczonych. Dwaj pierwsi synowie Francesca iRose Sinatrów zostali ochrzczeni wSanta Maria della Neve, tym samym kościele co Salvatore, wroku 1887 i1888. Dwa lata później rodzina Sinatrów przeprowadziła się do Palermo, gdzie pani Rose powiła jeszcze dwóch synów, którzy zmarli jednak wkrótce wwyniku szerzącej się epidemii cholery.

Przez całe wieki jedynym bogactwem naturalnym sycylijskiej gleby była siarka, surowiec niezbędny wprzemyśle farmaceutycznym ipapierniczym. Znajdowała się tam wwielkiej obfitości –ale technika wydobywania jej przez równie długie lata pozostawała na tym samym poziomie. Robotnicy przy kopaniu siarki pracowali wnajprymitywniejszych warunkach.

Kres przemysłowi wydobywczemu siarki przyniosło dopiero pojawienie się na rynku dużych ilości taniego surowca odpadowego, pochodzącego zodsiarczania ropy naftowej igazu ziemnego, co spowodowało drastyczny spadek cen izałamanie się koniunktury.

Pod koniec XIX stulecia tysiące Sycylijczyków zaczynało cierpieć głód, zwłaszcza na wsiach. Coraz częściej dochodziło na tym tle do zamieszek, coraz bardziej wzrastała też przestępczość. Na zachodzie Sycylii mafia sprawowała już władzę absolutną. Stolica wyspy –Palermo –zrodziła już pierwszegocapo di tutti capi, Don Vita, który miał wprzyszłości doprowadzić do nawiązania pierwszych kontaktów pomiędzy sycylijską mafią iświatem przestępczym wStanach Zjednoczonych. Jego następca, Don Carlo, prowadził działalność zwioski oddalonej od Lercara Friddi…

W jednej zokolicznych kopalń siarki pracowałAntonio Lucania. Był twardym mężczyzną okanciastych rysach, niewysokim, szczupłym, zpochylonymi ramionami. Miał wielkie dłonie ipalce jak szpony, ana cienkiej szyi wyraźnie odcinało się jabłko Adama. Rozbiegane, nerwowe oczy zwracały uwagę niezwykłym odcieniem bladego bursztynu. Górniczy interes rozwijał się nieźle iprzynosił całkiem spory dochód, niestety tylko właścicielom kopalń. Zatrudnieni wnich robotnicy otrzymywali nędzne grosze, ztrudem wystarczające na utrzymanie ich rodzin. Te niskie zarobki właśnie były powodem dyskusji, która pewnego wieczoru odbyła się pomiędzy Antoniem oraz dwoma innymi jego kolegami.

– Jeśli tak dalej pójdzie, to wszyscy zdechniemy zgłodu –powiedział StefanoColuna, łysy górnik odonośnym głosie itwardych pięściach.

– Zpewnością –zgodził sięAntonio Lucania. –Ale co możemy zrobić? Poprosić opodwyżkę?

– Adlaczego nie? –wtrącił się Carlo Parisi, zażywny mężczyzna średniego wzrostu, osiwiejącej czarnej czuprynie iokrągłej rumianej twarzy.

– Bo ostatni facet, który poprosił brygadzistę opodwyżkę, wyleciał zpracy jeszcze tego samego dnia –wyjaśnił Lucania.

– No to może strajk? –nie ustępował Parisi.

– Zwariowałeś? –StefanoColuna rozejrzał się lękliwie dookoła. –Wszystkich nas wyrzucą na bruk.

Było ciepłe sobotnie popołudnie. Trzej wymienieni panowie siedzieli na murku, popijając grappę –przeźroczysty, ocharakterystycznym smaku oraz intensywnym zapachu włoski napój alkoholowy, będący destylatem przefermentowanych wytłoków ipestek winogron (często odpadów zprocesu produkcji wina). Nazwa napoju wzięła się od miejscowości Bassano del Grappa, gdzie zaczęto produkować go po to, by nie marnować pozostałości pod koniec sezonu winnego. Wkrótce jednak ten silny alkohol zyskał popularność wcałych Włoszech, azczasem także na świecie.

Smak trunku wdużym stopniu zależy od jakości winogron. Wprodukcji przemysłowej często dodaje się jednak syropów owocowych. We Włoszech kilka kropel grappy dolewa się nieraz do espresso, znanego jakocaffècorretto.Napój powinien być podawany właściwie na zimno, jednak grappę bardzo dobrej jakości należy podawać wtemperaturze pokojowej, aby móc wydobyć zniej pełnię smaku. Grappa, którą raczyli sięAntonio Lucania ijego koledzy, nie zaliczała się do tych najlepszej jakości, dodatkowo jeszcze była obrzydliwie ciepła, ale zawierała za to prawie 50 procent czystego alkoholu, więc po kilku kieliszkach dyskusja trzech panów zkopalni siarki nabrała tempa irumieńców.

Wychylany raz za razem alkohol górnicy zagryzali nabytymi na targuarancinami, osobliwymi kulkami pomarańczowej barwy, złożonymi zmięsa, ryżu isera, usmażonymi na oleju. Kiedy wbutelce zaświeciło dno, podnieśli się ipodążyli wkierunku najbliższego baru. Na ulicach iuliczkach miasteczka, wywabieni zdomów duchotą gorącego wieczoru ludzie przystawali na progach, wdrzwiach zasłoniętych muślinem dla ochrony przed muchami. Mężczyźni wkoszulach, bez marynarek, gromadzili się, dyskutując opolityce, albo przechadzali się zżonami, zatrzymując się wsmugach światła, które padały zokien.Antonio, Carlo iStefano minęli otwarte bezpośrednio na ulicę jatki, przemknęli się pomiędzy klatkami ptasznika na placu Torrelunga, obchodząc zdaleka smrodliwe cebrzyki sprzedawcy oliwy, ipo dziesięciu minutach dotarli do znajdującej się tuż przy moście knajpy, nad której drzwiami wisiał wymalowany koślawymi literami szyld znapisem „Agrigento”.

W knajpie było duszno, cuchnęło dymem tytoniowym, smażoną cebulą iludzkim potem. Przyćmione światło lamp naftowych ukrywało brak obrusów. Na stolikach leżały niedopałki zmieszane zpopiołem irozlanym winem. Pod przeciwległą ścianą stał niewielki, pokryty cynkową blachą bar. Po jego lewej stronie, wobramowaniu obskurnych portier widać było większą salę.

– Co zamawiamy? –zapytał Carlo.

– Jak to co? –zdziwił się Stefano. –Wiecie przecież, że to niezdrowo mieszać trunki.

– Butelkę grappy! –zawołałAntonio wstronę ubranego wpoplamioną kurtkę kelnera.

Wypili. Zapalili po cygarze, podczas gdy żony czekały za wiecznie opuszczonymi żaluzjami na ich wieczorny powrót do domu.

– Trzeba się będzie stąd zbierać –mruknął Stefano, zaciągając się zlubością grubym iśmierdzącym jak skarpetka listonosza cygarem.

– Co ty, wsoboty bar zamykają dopiero opółnocy –zaprotestowałAntonio, wychylając swój kieliszek grappy.

– Mam na myśli tę cuchnącą kopalnię ito całe zasrane miasteczko.

– Ale gdzie się wyniesiemy? –zasmucił się Carlo, chwytając za butelkę inalewając kolegom następną porcję trunku. –Do Palermo? Tam praca też nie czeka na ulicy. Ajeżeli już uda ci się ją znaleźć, to płacą takie same grosze jak tutaj.

– Wcale nie mówiłem oPalermo –powiedział Stefano. –Miałem na myśli coś dużo, dużo dalej.

– Mówisz oRzymie? –upewnił sięAntonio. –Ależ to…

– Nie –przerwał mu Stefano. –Jeszcze dalej.

– Jeszcze dalej? –Carlo spojrzał na kolegę jak na wariata. –Dalej już przecież nie ma nic.

– Głupiś! –ofuknął go Stefano. –AoAmeryce toś nigdy nie słyszał?

– Sam jesteś głupi! –zdenerwował się Carlo. –Wiesz, jak daleko jest ta twoja Ameryka?

– Ico ztego? –wzruszył ramionami Stefano. –Ale pływają tam statki. Wielu ludzi zokolicy wyjechało do Ameryki ijak chodzą słuchy, świetnie im się powodzi.

– Diabła tam –nie ustępował Carlo. –Askąd wiesz, że im się dobrze powodzi? Widziałeś którego, żeby wrócił?

– Właśnie dlatego nie wracają, że im się powiodło, głąbie. Awiem stąd, że ludzie listy piszą, nawet zza oceanu.

– Tylko nie głąbie –zaprotestował Carlo. –Widzieliście go, uczony się znalazł! Co ty możesz wiedzieć otych listach, skoro nawet czytać nie umiesz!

– Ico ztego? –obruszył się Stefano. –Są inni, którzy umieją. Ioni właśnie mówią, że wAmeryce jest pracy dla wszystkich wbród, że płacą tam owiele więcej niż tutaj, że…, że… –zająknął się

– Że złoto leży tam na ulicach –dokończył za niego Carlo. –Też słyszałem te bzdury. Tylko że ja, chociaż, jak powiedziałeś, jestem głąbem, nie daję się nabrać na takie gadki szmatki. Zaraz ci…

– Cicho bądź, głąbie! –wtrącił się nieoczekiwanieAntonio. –To, co mówi Stefano, może wcale nie jest takie głupie. Trzeba się nad tym zastanowić. Kelner, jeszcze jedna butelka grappy, tylko migiem!

*

Od opisanej wyżej rozmowy minęło kilkanaście miesięcy. Sycylię objęła właśnie wposiadanie cudowna wiosna 1907 roku. Okoliczne pola stały wkępach traw ikwitnących krzewów. Kwiaty tryskały zjałowego gruntu niczym czerwone, żółte, fioletowe iniebieskie płomienie. Nad czystymi jak ametyst górami wisiały białe obłoki. Ich cienie sunęły po skalistych zboczach, gasząc co chwila płomienne barwy.

Kurz zdrogi wisiał wgorącym powietrzu iunosił się niby mgła. Dziewięcioletni Salvatore Lucania patrzył zokna pociągu na zacierający się wdali obraz swojego miasteczka. Targały nim mieszane uczucia. Zjednej strony ciekawił daleki, nieznany kraj, kusiła wielka tajemnicza przygoda, zdrugiej zaś –żal było rozstawać się zprzyjaciółmi iopuszczać miasto, wktórym od urodzenia zdążył już poznać każdy kamień. Tutaj plac nocnych rozmów imur, pod którym zasiadali mężczyźni woczekiwaniu na pracę, tam dachy, tarasy, wpółotwarte okna, gdzie jak na scenie trwożnie ukazywały się kobiety. „Jego” dachy i„jego” tarasy, gdzie zachód słońca długo zostawiał resztki ciepła. „Jego” portyk, wypukły, wymyty deszczem, most zrozpadających się bloków kamienia. Dalej wyschłe pola, głębokimi bruzdami biegnące drogi wobramowaniu wszędzie jednakowych żywopłotów. Berberyjskie figi, ostre, dzikie, ajeszcze dalej –niewidoczne już rozdroże, gdzie pod drzewami wyczekiwały wędrowne prostytutki przybyłe zPalermo…

Wychylony zokna Salvatore poczuł, jak ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Odwrócił się. Tata. PanAntonio nieruchomym wzrokiem wpatrywał się wuciekającą dal. Salvatore spojrzał do góry na pobrużdżone, jakby zkamienia wyciosane oblicze ojca. Po policzku spływała mu powoli łza.

– Tato, ty płaczesz? –zapytał zdziwiony.

– Głupiś –warknąłAntonio, podrywając gwałtownie dłoń zramienia syna iocierając nią widoczną pod oczyma zdradliwą wilgoć. –To wiatr… Wieje prosto woczy, sukinsyn… No, dalej, zamykamy już to okno.

Szyny prowadziły teraz pomiędzy pszennymi, zielonymi jak szmaragd polami, pomiędzy ogrodami pomarańcz icytryn, pomiędzy kopalniami siarki, której pełno było na każdej stacji: żółtymi wzgórkami zasypywała tory kolejowe. Pociąg posuwał się wolno pomiędzy wzgórzami, łany chyliły się pod powiewem wiatru –był kwiecień, apszenica już się kłosiła, nabierając przedziwnego niebieskawego odcienia. Zmalutkich pieców, wktórych wypala się siarkę, płynął białawy dymek, mieszając się zniebieskim kolorem izielenią pól.

Wkrótce Salvatore ujrzał przed sobą krajobraz prawdziwej Sycylii, wporównaniu zktórym barokowe miasta igaje pomarańczowe są niczym; był to krajobraz wyżarty słońcem, falisty; niezliczone nagie, niemal nierzeczywiste wzgórza ciągnęły się jedno za drugim, bez końca. Przypominały morze, które skamieniało nagle wchwili, gdy raptowna zmiana wiatru zakotłowała fale. Wokół nie było widać żywej duszy, jedynie rzędy krzewów winnej latorośli wskazywały na obecność człowieka.

Stacjami były małe drewniane budki, zjedyną kolorową plamą –czerwoną czapką zawiadowcy, na którą padało jasne słońce. Las sterczących wokoło opuncji otwierał się tam ituż za stacją znowu zamykał. Rośliny wyglądały jak wykute zniebieskawego kamienia, ajeżeli dostrzegło się gdzieś żywą duszę, to co najwyżej jakiegoś chłopca, który idąc wzdłuż toru, zrywał ich kolczaste owoce, tkwiące na krzakach niby korale na niebieskawych skałach.

Na przystankach słychać było śpiew wiatru przynoszącego ze sobą zapach nawozu, padliny iszałwii. Kołysał, rozdmuchiwał, przekształcał swoim nonszalanckim rozmachem wszystko, cokolwiek napotykał na drodze. Zawiadowca machał czerwoną chorągiewką ipociąg ruszał dalej. Pomiędzy opuncjami pojawiały się gdzieniegdzie domy; pociąg zatrzymywał się czasem ponad łukami mostów, wjeżdżał znowu wtunel iwyłaniał się zniego na nowe skały, nową gęstwinę opuncji, iznów nie było widać żywego ducha. Od czasu do czasu ukazywała się woddali wioska, jak plama ptasiego łajna. Niekiedy wśród migotania upału błysnęła rzeka inędzne zabudowania. Na skalistych zboczach wśród kolczastych zarośli pasły się kozy. Ani śladu ludzkiego życia –tylko przejrzyste jak gaza strzępy chmur wysoko na niebie izwietrzale odkrywki żółtych skał.

Po upływie prawie dwóch godzin Salvatore ujrzał przed sobą kryształową plamę wkolorze indygo: morze, bardziej jeszcze jałowe od ziemi. Dojeżdżali do Palermo. Tutaj mieli wsiąść na statek ipopłynąć nim do Ameryki. Kiedy zkurzu drogi wyłoniły się pierwsze zabudowania miasta, wserce chłopca wdarła się bolesna prawda, że oto opuścił Lercara Friddi na zawsze.

*

W pierwszych latach XX stulecia „wsiąść na statek” nie znaczyło wcale „przybyć na miejsce”. Trzeba jeszcze było uniknąć śmierci głęboko pod pokładem, gdzie przez kilka tygodni człowiek dusił się wzatrutym powietrzu, marł od pokładowej strawy albo jakiejś epidemii; wszystko to zależne było od pory roku istatku.

Do amerykańskiego raju trzeba było przedostać się przez istny czyściec. Każdy statek miał dwa pokłady –wyższy iniższy. Itak jak złocona skorupka orzecha kryje czasem czarne, robaczywe wnętrze, tak górny pokład osłaniał swą wspaniałością dolny, na którym wśród narzędzi, skrzyń, beczek, worków, klatek zptactwem iwszelakich rupieci podróżowali nędzarze zcałym bagażem swojej rozpaczy, kłopotów, zmartwień itrosk. Dolny pokład zatłoczony był niedużymi Sycylijczykami, pasażerami trzeciej klasy, zgłodniałymi, ale cierpliwie znoszącymi zimno, bez palt, zrękami wkieszeniach spodni, zpodniesionymi kołnierzami marynarek. Mężczyźni mieli twarze posępne pod kilkudniowym zarostem, wysuszone wiatrem. Robotnicy, dniówkowi wyrobnicy zplantacji pomarańcz, kolejarze wszarych czapkach zczerwoną wypustką, górnicy, rolnicy, tęgie kobiety wczarnych sukniach, siedzące na wielkich, naładowanych workach.

Wszędzie panował wielki ścisk iprzykry zaduch. Woń stęchlizny biła od pokładów wypełnionych ludzką masą niczym ładunkiem melonów. Przez otwarte luki buchała zbrzucha statku gorąca fala powietrza przesyconego drażniącą wonią smarów. Niosła ze sobą węglowy pył, który osiadając na twarzach iodzieniu, mieszał się zludzkim potem ipokrywał wszystko lepką, wilgotną mazią. Płacz kobiet idzieci, przekleństwa mężczyzn oraz morska choroba dopełniały obrazu nędzy.

Po kilkunastu dniach męki wkońcu dopłynęli do swejTerra Promissionis, czyli Ziemi Obiecanej. Zrazu we mgle zamajaczyło coś na kształt skalistej wyspy. Wmiarę zbliżania się jej kontury zarysowywały się coraz wyraźniej. Szare skały wyglądały zupełnie jak te zobrazu „Wyspa śmierci” Arnolda Böcklina. Kiedy podpłynęli jeszcze bliżej, okazało się jednak, że to nie żadne skały, lecz potężny wysiłek amerykańskich budowniczych stworzył coś, co wswym pięknie dorównywało pięknu wizji malarza. Mniemane skały rozłamywały się na boki ologicznych liniach, podyktowanych ludzką wolą. Potężna masa kamienia okazała się złożoną zbudowli, których bryły, piętrząc się jedna na drugiej, tworzyły razem całość oniepojętej lekkości. Jedne znich były jak igły, jak olbrzymie kominy skalne, strzelające wniebo, inne –kapryśne wlinii, jak zamki średniowieczne, podniesione do niesłychanych rozmiarów.

Przed przybyszami rozciągała się hałaśliwa panorama południowego Manhattanu, zdumiewającej wyspy Zachodu. Wąski garb skalny, osłonięty od Atlantyku szerokim ramieniem Brooklynu; podmywane falami oceanu kamienne usypisko, które człowiek wswej nieposkromionej przewrotności wybrał, aby tu zbudować miasto. Promienie słońca, przebijając mgłę, załamywały się woknach drapaczy chmur. Wniektórych oknach paliły się wielkie lampy elektryczne pod mlecznymi kloszami, sprawiając, że szyby wyglądały zdaleka jak sznury pereł. Patrząc zpokładu statku na dzieła amerykańskiego budownictwa przy wjeździe do Nowego Jorku, nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że pasażerowie stanęli uwrót nowej cywilizacji. Nad wyspą górowała wielka zielona postać kobieca wszlafroku, zwyciągniętą ręką.

– Tato, kim jest ta wielka pani? –zapytał Salvatore, nie mogąc oderwać wzroku od monumentalnego pomnika.

– Później ci wyjaśnię –mruknął na odczepnegoAntonio, nie chcąc zpowodu braku wiedzy stracić usyna autorytetu. –Teraz musimy się zająć bagażami.

– To Statua Wolności –wyjaśnił stojący obok jakiś mydłek wmeloniku igrubych okularach.

Antonio poczuł wsobie ogromną ochotę, by przyłożyć mu pięścią wnos. Przecież nikt nie prosił, żeby mądrzył się tu, naruszając jego autorytet. Nie chcąc jednak rozpoczynać pobytu wnowej ojczyźnie od bójki, po prostu nic nie odpowiedział.

– Ma dziewięćdziesiąt trzy metry wysokości –popisywał się dalej swoją wiedzą okularnik. –To dar narodu francuskiego dla uczczenia setnej rocznicy państwowości Stanów Zjednoczonych.

– Co pan powie? –rzucił, zaciskając szczęki,Antonio Lucania.

– Tak –kontynuował okularnik. –Chociaż przybyła do Ameryki dziesięć lat później, dopiero wroku tysiąc osiemset osiemdziesiątym szóstym.

– Aco ona trzyma wręku? –zapytał Salvatore, zdając się nie dostrzegać grobowej miny ojca.

– To światło, kochanie –wyjaśnił usłużnie pan wmeloniku. –Wolność oświecająca świat.

– Aczy… –zaczął Salvatore, lecz przerwał, szarpnięty przez tatę gwałtownie za koszulę.

– Idziemy –rzucił krótko panAntonio. –Mama nie będzie sama nosić bagaży.

Wolno podpłynęły zwinne małe łodzie holownicze ipomiędzy Brooklynem aStaten Island powiodły statek do nowojorskiego portu. Rozdzierające gwizdki parowców, czerwone, kołyszące się niby kaczki promy na spienionej do białości wodzie, cały pociąg na galarze popychanym przez gdaczący holownik wśród puszystych obłoków pary…

Stojącą cierpliwie na przystani stłoczoną rzeszę oczekujących ogarnęła frenezja powitania. Ręce zchusteczkami miotały się wpowietrzu, niektóre osoby, nie mogąc opanować niecierpliwości, tupały lub podskakiwały wmiejscu, ktoś podnosił wgórę małe dziecko, widocznie pokazując je wracającemu ojcu, ktoś inny wymachiwał wpowietrzu butelką szampana. Wszyscy na wyścigi krzyczeli coś do swoich krewnych lub znajomych na statku. Panował tam nieopisany harmider, podobny do tego, jaki słyszy się wptasich oddziałach wielkich ogrodów zoologicznych, tylko spotęgowany tysiąckrotnie.

Wreszcie statek przycumował do nabrzeża. Spuszczono trap, tragarze obładowali się kuferkami, adługi wąż podróżnych zaczął przesuwać się wolniutko pomostem wdół. Ciche wzruszenie ogarnęło rodzinę Lucania. Byli na drugiej półkuli, wNowym Świecie, wAmeryce… Nie wiedzieli jednak, że zanim dane im będzie wejść do upragnionego raju, będą jeszcze musieli przejść przez piekło.

*

Ellis Island. Wyspa Ellisa. Nazwa ta jeszcze dzisiaj brzmi ponuro. Właśnie tutaj od stycznia 1892 roku mieściło się federalne biuro do spraw imigrantów. Tutaj ludzie ze wszystkich krajów mieszali się ze sobą, aby stworzyć nową rasę ludzką. Wciągu kolejnych dziesięcioleci przez trzydziestometrowej szerokości „wrota do Ameryki” na Wyspie Ellisa przewinęło się prawie 12 milionów uchodźców, wolbrzymiej większości przywożących ze sobą wszelkie nieszczęścia inędzę Starego Świata, całą przemoc ibunt, jakie zgotował im zły los wEuropie bądź gdzie indziej. Przodkowie czterech zdziesięciu współczesnych Amerykanów tamtędy właśnie przybyli do Stanów Zjednoczonych.

W poprzednich trzydziestu pięciu latach przyjeżdżający do Nowego Jorku imigranci kierowani byli do Castle Garden na Manhattanie. Ta placówka, prowadzona wlatach 1855–1890 przez stan Nowy Jork, mogła przyjąć jednorazowo 5 tysięcy osób. Przewinęło się wtedy przez nią ponad 8 milionów ludzi. Nie ustrzeżono się jednak od zastraszania iłapówkarstwa. Wlatach osiemdziesiątych XIX wieku ośrodek znany był ztego, że nowo przybyli stawali się tam łatwym łupem oszustów iskorumpowanych urzędników. Aby zmienić ten stan rzeczy, władze zdecydowały się przenieść biuro na Ellis Island. Tutaj miało być inaczej…

Po groźnym pożarze wroku 1897 drewniane baraki stacji zastąpiono budowlą zczerwonej cegły, uwieńczoną czterema wieżyczkami. Pośrodku niej była sala rejestracji, przy której znajdowały się kuchnie, sypialnie ipralnia. Właśnie do tego czerwonego budynku skierowana została cała rodzina Antonia Lucanii. Noc spędzili wstarej wilgotnej szopie, nie mogąc zasnąć, ponieważ między gęstymi rzędami prycz uwijali się tłumacze, lekarze iurzędnicy.

Rano wszyscy przybyli statkiem pasażerowie najtańszej klasy weszli jeden za drugim do wielkiej hali, przesuwając się wzdłuż żelaznych balustrad zwanych „zagrodami”. Odbywało się to pod czujnym wzrokiem lekarzy, starających się wykryć uprzybyłych widoczne wady iniesprawności. Tuż przed Salvatore „łapiduchy” wyciągnęły ztłumu kulejącego staruszka. Jeden znich wypisał mu kredą na plecach jakiś znak, po czym człowiek ten dołączył do stojącej wkącie sali coraz większej grupy nieszczęśników.

Tych, którzy przeszli pomyślnie wstępny test zdrowia, czekało teraz dokładniejsze badanie lekarskie, głównie pod kątem chorób zakaźnych. Kobiety imężczyzn prowadzono osobno do oddzielonych parawanami stanowisk. Ubrany na niebiesko doktor pokazał Salvatore jakąś tabliczkę znapisem.

–Do you speak English?1–zapytał.

–Non posso legere2–odpowiedział niepewnie Salvatore.

–Translator3–lekarz skinął na stojącego nieopodal wysokiego jegomościa zostrzyżonymi na jeża włosami.

Przy udziale tłumacza cała procedura poszła już sprawnie. Salvatore kazano zdjąć czapkę, odpiąć okalający szyję sztywny kołnierzyk ipoddano dokładnym oględzinom jego twarz, oczy, włosy oraz ręce. Stojącego obok małego przybysza zSycylii, potężnego faceta zzajęczą wargą doktor zmiejsca zatrzymał, narysował mu kredą krzyż na plecach iodesłał na drugi koniec pomieszczenia.

Po badaniu Salvatore dołączył znów do rodziców irodzeństwa, ustawiając się wkolejnym długim ogonku do pokoju, wktórym egzaminowano imigrantów. Każdego trzymano tam około pięciu minut. Trzy godziny później, kiedy wprowadzono tam ojca, Salvatore pomyślał zlękiem, oco mogą go pytać.

Administracja Ellis Island miała za zadanie wyławiać iodsyłać zpowrotem osoby uznane za niepożądane, do których zaliczano między innymi: skazanych wyrokiem sądu, nędzarzy, lunatyków, Chińczyków (od 1882 roku), cierpiących na choroby zakaźne, praktykujących poligamię, prostytutki ianarchistów. Wszystkich imigrantów poddawano długotrwałym, uciążliwym przesłuchaniom ibadaniu, atysiące znich przed przyjęciem do amerykańskiego społeczeństwa było przez wiele tygodni przetrzymywanych na wyspie wwarunkach wprost koszmarnych. Dopiero potem następowała formalna rejestracja. Cały proces był bardzo krępujący iponury, dlatego też potocznie nazywano Ellis „wyspą łez”, ajeden zpisarzy określił procedurę wjazdową jako „namiastkę Sądu Ostatecznego”.

Od chwili powstania państwa amerykańskiego wroku 1776 uważano powszechnie, że wkraju tym powinni znaleźć schronienie wszyscy, którzy zjakichś powodów potrzebują azylu. Wierzono także wrówność szans dla pragnących osiągnąć sukces życiowy, przynajmniej ten mierzony kategoriami materialnymi. Wmiarę upływu lat jednak tendencja do utrzymywania „otwartych drzwi” dla przybyszów zzewnątrz wypierana była stopniowo przez pogląd, według którego imigranci stanowili potencjalne zagrożenie dla trwałości instytucji politycznych kraju oraz nieśli ze sobą niebezpieczeństwo zmiany stosunków społecznych iekonomicznych4.

Wychodzący zpokojuAntonio szeroko uśmiechnął się do rodziny.

– Ico, oco pytali? –zapytała zprzerażeniem pani Rosalia.

– Łatwe –uspokoił ją małżonek. –Zdasz śpiewająco.

– Ty –jeden zurzędników wskazał na Salvatore.

Chłopiec poczuł nagle, że pocą mu się dłonie. Posłusznie jednak wszedł za urzędnikiem do małego pokoju znagimi ścianami. Siedziało tam za biurkiem dwóch facetów, zawzięcie wypisujących coś na urzędowych formularzach. Jeden znich był trochę niższy, adrugi trochę grubszy.

–What is your name? –rzucił pierwsze pytanie ten grubszy. Tłumacz pospiesznie przetłumaczył jego słowa. –Jak się nazywasz?

– Salvatore Lucania, proszę pana –wydukał Salvatore.

Ten niższy podniósł się ze swego miejsca ipodał mu dużą czarną księgę.

– Wiesz, co to jest?

– Tak, proszę pana. To Biblia.

– WBoga wierzysz?

– Oczywiście.

– To połóż rękę na Biblii iprzysięgnij, że odpowiesz na wszystkie pytania zgodnie zprawdą.

– Przyrzekam, że mówię prawdę –powiedział uroczyście Salvatore, ujmując księgę lewą ręką ikładąc na niej prawą.

– Jakiej jesteś narodowości? –zapytał znowu ten grubszy.

– Jestem Sycylijczykiem.

– To znaczy Włochem?

– Nie, Sycylijczykiem.

– To przecież to samo.

– Nic podobnego –zaprotestował Salvatore.

– Jak to, nie? –zirytował się urzędnik. –Sycylijczycy to przecież Włosi.

– Nie.

– Adlaczego nie? –zapytał zchytrym błyskiem woku ten niższy.

– No… bo… –zaciął się mały Lucania.

– No więc?… –skrzywił się groźnie ten grubszy.

– Bo… Bo Włosi nigdy nie wpadliby na to, że można stworzyć tak genialny sos pomidorowy zdodatkiem bakłażanów, słodkiej papryki, bazylii, anchois, oliwy zoliwek iczosnku –wypalił zpoważną miną Salvatore. –Odpowiedział mu potężny wybuch śmiechu.

– Kto ci opłacił podróż? –zapytał znowu ten grubszy.

– Jak to, kto?

– No, kto, mów szybko?

– Pewnie, że mój tata.

– Czy byłeś już aresztowany?

– Nie, mam dopiero dziewięć lat.

– Czy jesteś anarchistą?

– Aco to takiego?

– Czy jesteś gotów przestrzegać praw Stanów Zjednoczonych?

– Tak jest.

– Czy masz jakieś pieniądze?

– Nie, tata ma.

– Ile jest siedemnaście plus dwadzieścia dwa?

– Trzydzieści dziewięć –policzył szybko wpamięci.

– Ile nóg ma krowa? –strzelił niespodziewanie ten niższy.

– Cztery –odpowiedział, przekonany, że nabijają go wbutelkę.

– Akoza?

– Też cztery, proszę pana –odparł, nadal wietrząc jakiś podstęp.

– Gdybyś był na bezludnej wyspie iznalazł dwa worki, jeden zchlebem, adrugi zpieniędzmi, to który byś wziął?

– Obydwa, proszę pana.

– Agdybyś mógł wziąć tylko jeden?

– No to oczywiście ten zchlebem –odpowiedział Salvatore. Teraz był już przekonany na sto procent, że robią zniego debila. –Ateraz ja –powiedział. –Czy ja również mogę pana ocoś zapytać?

– Pytaj –zgodził się ten niższy.

– Agdyby pan znalazł dwa worki, wjednym był rozum, awdrugim złoto, to który by pan wziął?

– Oczywiście, że ten zrozumem –uśmiechnął się dobrotliwie urzędnik. –Rozum jest zawsze cenniejszy od złota.

– Aja bym wziął ten ze złotem.

– Taaak? Ato dlaczego?

– Bo rozum już mam.

Na przeciąg całej długiej minuty wpokoju zaległa głucha cisza. Zupełnie jak wpoczekalni udentysty.

– No tak –przerwał ją wkońcu grubszy egzaminator, wręczając chłopcu karteczkę znapisem „przyjęty”. –Pokaż to urzędnikowi imigracyjnemu. Powiedz mu swoje imię inazwisko, aon wyda ci kartę rejestracyjną. Jeżeli po pięciu latach pobytu tutaj zdasz prosty egzamin zczytania ipisania, będziesz mógł wystąpić oprzyznanie ci pełnego obywatelstwa Stanów Zjednoczonych.Good Luck, Salvatore!

II. Marsala

Nawet wnocy Nowy Jork sprawia wrażenie, jak gdyby był ze szkła. Gładkie lustrzane ściany, wyrastające znienacka ze wszystkich stron iwzbijające się wniebo na setki stóp, przypominają obwieszone bombkami choinki, wktórych odbija się ta egzotyczna panorama drapaczy chmur ispelunek, kościołów iburdeli. Nowy Jork odurza rozmachem swojej wolności, tempem iradością życia. Wszystko się tam mieści, złe idobre, wielkość iupadek, światłość ducha imroki ostatecznego zepsucia, niedoścignione środowisko nauki isztuki, wzlotów umysłowości ludzkiej iinwencji technicznej, centrum wyrafinowanego sybarytyzmu inajbardziej wytężonej pracy. Ze swym kurzem, brudem, kłębami dymu zkotłowni centralnego ogrzewania, który unosi się nad ulicami niby wotchłani piekielnej, Nowy Jork przypomina gigantyczny kocioł na chwilę przed wybuchem.

W porównaniu zNowym Jorkiem każde miasto amerykańskie wygląda prowincjonalnie. Jedynie Nowy Jork ma na sprzedaż absolutnie wszystko, zkażdego zakątka świata. Znaleźć tu można każdą przyprawę stosowaną przez każdy szczep afrykański, każde zioło, każdy strój, mebel, każdą broń, każdą rasę, religię, ikażde możliwe wynaturzenie. Do Nowego Jorku przyjeżdża się po pracę, po rozpustę, po dobry interes, wcelu ukrycia się wkamiennej dżungli, wcelu kupna, sprzedaży, kradzieży, podrzucenia pomysłu lub bomby, wcelu znalezienia czy zgubienia własnej rodziny.

Cechą dominującą metropolii jest pośpiech. Zrana ludzie spieszą się do pracy, wciągu dnia spieszą się po zakupy, na słynne nowojorskiesales(wyprzedaże). Pod wieczór wpośpiechu wracają do swych odległych domów lub wjeszcze większym pośpiechu jadą do śródmieścia, by zdążyć na musical do teatru na Broadwayu, do kina lub na dancing. Spieszą się nawet podczas weekendów, by jak najprędzej wydostać się samochodem za miasto.

Kochają go nowojorczycy, nienawidzi prowincja. Nowy Jork to nie Ameryka, słyszy się wokół. Odżegnuje się od niego reszta kraju, bardziej „rdzenna”, bardziej uczciwa igospodarna; niech sobie to źle zorganizowane izepsute miasto radzi samo ze swoimi kłopotami: ze swoją przeklętą komunikacją, ze swoim rozrastającym się ogromem, korupcją, bezrobociem izbrodnią.

Ale ma Nowy Jork również swoich fanatyków. Takich, którzy uważają go za stolicę współczesnego świata, za centrum myśli naukowej, wynalazczości, przodującego malarstwa, muzyki, tańca, opery, słowem –za ośrodek „najżywszego życia” kulturalnego. Tu przechodzą swój chrzest artystyczny iświęcą pierwsze tryumfy najwięksi soliści idyrygenci, tu jest stolica sztuki imody. Tu, anie wParyżu, Londynie czy Rzymie. Jest to więc najwspanialsze, najciekawsze ikto wie, czy nie najpiękniejsze miasto na świecie. Jest to również najbardziej przerażający potwór urbanistyczny, wielogłowa hydra isceneria największych zbrodni. Wraz znastaniem nocy Nowy Jork zmienia swoje oblicze istaje się prawdziwym koszmarem. Cała nienawiść, wszystkie frustracje inapięcia przeżyte wciągu dnia zdają się wybuchać wkolejnych krwawych zrywach.

Jeżeli opuści się Manhattan wjakimkolwiek kierunku, udając się do którejkolwiek zpozostałych czterech dzielnic Nowego Jorku, można wciągu piętnastu minut znaleźć się wnadmorskim kurorcie, wwiosce rybackiej, wwillowym raju, wśród kamiennych podwórek tysiąca niszczejących bloków wybudowanych przez miasto dla bezdomnych, wparku pałaców, wśród tysiąca identycznych, grzecznych iubogich drewnianych domków, whandlowym śródmieściu prowincjonalnego miasteczka Azji, wwielkomiejskim zgiełku Arabii, wwielkim porcie morskim, wNeapolu, wChinach, wgigantycznych stoczniach, wbezkresnej gmatwaninie ulic obudowanych fabrycznymi halami, wśród setek składów towarowych, wslumsach przepełnionych bardziej niż południowoamerykańskie favele. Będzie to jednak zawsze ten sam, jeden jedyny Nowy Jork.

Powstawał szybko iwzgiełku. Niby byle jak, ajednocześnie zogromną premedytacją wznoszono te wszystkie drapacze chmur –każda piędź ziemi miała przynieść lub korzystnie ulokować górę gotówki –tak, że podpierają się wzajemnie, zachodzą za siebie, zaglądają oknami wokna, kłócą pozornie nieprzystającymi do siebie fasadami, przypominają bazarowy tłum, gdzie wszyscy wszystkim włażą na odciski, wszyscy wszystkich próbują przekrzyczeć, amimo to dzień mija wzgodnym przyzwoleniu na współobecność. Przyzwoleniu pieczętowanym filiżanką herbaty wbazarowej herbaciarni.

Sercem Nowego Jorku jest kamienna wyspa –Manhattan, opierająca się oniebo słupami świateł swoich drapaczy chmur, których powstało tu najwięcej na świecie, ato zdwu prostych przyczyn: wyspa jest mała –31 mil kwadratowych (12,5 mili długości, 2,5 mili szerokości) –ale za to cała skalista imoże utrzymać bez trudu najwyższy dom. Ponaddwunastopiętrowe gmachy wzniesiono tu na wiele lat przed końcem XIX stulecia, ale daleko im jeszcze było do miana drapaczy chmur. Prawdziwa wspinaczka ku niebu zaczęła się dopiero w1907 roku, kiedy architekt Ernest Flagg wcudowny sposób wcisnął wgęstą sieć ulic czterdzieści siedem pięter wieżowca Singera, smukłego, eleganckiego, przykrytego wymyślnym dachem złukami ikolumnami iukoronowanego małą okrągłą świątynią.

Nad trzema rzekami, które określają wyspę Manhattan –East River, Harlem iHudson –żelazne mosty ikamienne wiadukty prowadzą do rozległych dzielnic Nowego Jorku, położonych na sąsiednim lądzie stałym iinnych pobliskich wyspach. Cztery dzielnice, które wraz zManhattanem tworzą miasto Nowy Jork, to: Bronx, Queens, Richmond iBrooklyn. Faktycznie zrośnięte zNowym Jorkiem jest też położone tuż za Hudsonem miasto Newark, formalnie przynależne do stanu New Jersey.

Na przełomie XIX iXX wieku Nowy Jork był dzikim, kipiącym, hałaśliwym iniespokojnym dwumilionowym miastem. Dla przybywających tu zcałego świata imigrantów był snem. Snem odrapaczach chmur inocnych klubach, gangsterach imilionerach, spadkobiercach gigantycznych fortun inieograniczonych możliwościach. Kamienne domy stały tam długimi rzędami, ulice były wybrukowane, na każdym rogu świeciła latarnia. Co wieczór specjalny człowiek zapalał te latarnie za pomocą długiego drąga. Po ulicach jeździły konne omnibusy, bardzo czyste ibłyszczące; konie miały plecione grzywy iwysoko unosiły nogi. Było jednak idrugie oblicze miasta.

W latach 1900–1911 Nowy Jork wchłaniał co roku 800 tysięcy nowych imigrantów. Większość znich pochodziła z„nierozwiniętych” krajów wschodniej ipołudniowo-wschodniejEuropy. Niektórzy byli uciekinierami, inni zdecydowali się na ten krok, gdyż byli młodzi, ambitni iszukali lepszych perspektyw. Stawiali stopę na kontynencie amerykańskim wnadziei pozbycia się owych nieszczęść, nędzy iprzemocy, ale czekało ich wkrótce srogie rozczarowanie. Jeszcze wchwili zejścia na ląd ożywiała ich naiwna wiara, że wstąpili na „Ziemię Obiecaną”, ale już kilka godzin później doznawali otrzeźwienia, ulokowani ztrudem ukrewnych wpełnych brudu gettach dolnego East Side’u, za „dzielnicą stodół”, Bovery. Były to najokropniejsze slumsy, jakie tylko można sobie wyobrazić. Wzawszonych koszarowych czynszówkach zich ponurymi podwórkami, do których nie docierał najmniejszy promyk słońca, tłoczyli się Rosjanie, Ukraińcy, Czesi, Polacy, Irlandczycy, Żydzi iWłosi, niezdolni porozumieć się ze sobą, gdyż mało który znich władał angielskim.

Już następnego dnia po przybyciu podejmowali rozpaczliwe próby znalezienia pracy. Komu „szczęście” dopisało, ten otrzymywał zajęcie wjednej ztysięcy małych, karłowatych fabryczek, zwanych przez lud „budami potu”. Zarabiali tam po dziewięć centów na godzinę, adzień roboczy trwał 12 godzin. Aby wystarczyło na czynsz iskromne wyżywienie, pracować musieli wszyscy – dzieci ipodrostki, synowie icórki.

*

Obietnice lepszego życia jeszcze dźwięczały im wuszach, kiedy państwo Lucania poznawali już na własnej skórze uroki amerykańskiego życia. Wrodzinnej wiosceAntonio Lucania był człowiekiem biednym, ale za to powszechnie szanowanym. Tutaj ojakimkolwiek szacunku nie było mowy. Antonia, podobnie jak setki tysięcy innych włoskich emigrantów, nazywano pogardliwie „makaroniarzem” ikojarzono przede wszystkim zprzestępczością.

Rzeczywiście, na listach najgłośniejszych przestępców nazwiska owłoskim brzmieniu zdecydowanie przodowały. Jednak ani żmudne dochodzenie komisji kongresowej, ani obszerne raporty dotyczące zachowań imigrantów wpierwszych dekadach XX stulecia nie potwierdziły wsposób przekonujący, że jakakolwiek grupa imigrantów wyróżnia się szczególnie silnymi skłonnościami przestępczymi. Nie udało się tego dowieść mimo zdecydowanie antyimigranckiego, azwłaszcza antywłoskiego nastawienia komisji. Przodująca pozycja Włochów wannałach zorganizowanej przestępczości pierwszej połowy XX wieku świadczy bowiem nie tyle onaturze samych Włochów, co oich sytuacji na nowym terenie. Włosi stanowili ostatnią wielką falę imigrantów, która dotarła do wybrzeży Ameryki. Wzwiązku ztym –jak dowodzi socjologDanielBell –zastali wszystkie porządne iuczciwe drogi do sukcesu już wydeptane.

W roku 1924 doktorAntonio Stella, protestując przeciwko nowej, restrykcyjnej polityce Stanów Zjednoczonych, zauważył, iż wskaźnik przestępczości wodniesieniu do przybyszów urodzonych we Włoszech jest… niższy niż wprzypadku większości innych narodowości itylko nieznacznie wyższy niż wśród rdzennych Amerykanów. Na 100 000 Włochów wypadało średnio 158,1 aresztowań. Tymczasem dla Niemców ta liczba wynosiła 219,9, dla Anglików 488,3, adla Irlandczyków 1540,1. Nawet Szwajcarzy okazali się „lepsi” od Włochów, zwynikiem 167,4.

Imigracja rozpoczęła się wwolnym tempie na początku XIX wieku. Pierwsze oficjalne statystyki pochodzą zroku 1820. Zarejestrowano wówczas przyjazd trzydziestu Włochów. Podczas czterech następnych lat ipóźniej, aż do roku 1860, już około 80 tysięcy mieszkańców Italii szukało szczęścia wAmeryce. Pochodzili głównie zGenui, ale również zFlorencji, Wenecji, Mediolanu i