Ojciec Brown. Księga wszystkich spraw - G. K. Chesterton - ebook
Opis

Po raz pierwszy w Polsce wszystkie opowiadania G. K. Chestertona o ojcu Brownie zebrane w jednym tomie!

Ojciec Brown to skromny, szczery i przesympatyczny ksiądz, który posiada niebywałą zdolność do rozwiązywania nawet najbardziej skomplikowanych zagadek kryminalnych. Tajemnica jego sukcesu leży w nieprzeciętnej inteligencji. Używając wyobraźni i sprytu, stawia się na miejscu przestępcy i próbuje odgadnąć jego kolejny ruch. Czasem wystarczy zaledwie jeden rzut jego uważnego oka na miejsce zbrodni, aby odtworzyć najbardziej nawet nieprawdopodobny scenariusz, aby odkryć motywy kierujące zbrodniarzem i jego tożsamość, aby odsłonić wszystkie tajemnice. W dodatku w swojej chrześcijańskiej wielkoduszności nie wątpi, że zawsze można uzyskać przebaczenie i odkupienie…

Niezwykle intrygujące opowiadania pełne charakterystycznego dla Chestertona angielskiego humoru, skomplikowanych spraw kryminalnych, niezwykłych zbiegów okoliczności i zaskakujących zwrotów akcji.

Na motywach opowiadań o księdzu Brownie powstał rewelacyjny serial telewizyjny „Ojciec Brown” z Markiem Williamsem w roli tytułowej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1515

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

THE FATHER BROWN

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Wydanie I w tej edycji

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-23-2

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

NIEWINNOŚĆ OJCA BROWNA

LATAJĄCE GWIAZDY

Dziwnym zbiegiem okoliczności najpiękniejsze moje przestępstwo było zarazem ostatnim – mawiał Flambeau w okresie swej wysoce moralnej starości. – Stało się to w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Jako prawdziwy artysta, lubiłem zbrodnie stosowne do pory roku lub specyfikacji krajobrazu, a końcowy efekt umieszczałem troskliwie w tym właśnie ogrodzie albo na tamtym tarasie niby rzeźbiarz dbały o właściwe otoczenie dla swojego dzieła. Byłem zdania, iż wiejskiego szlachcica najlepiej ogołocić z gotówki w przestronnej komnacie o boazeriach z dębu, Żyd zaś powinien zorientować się, że został nagle bez pensa, pośród marmurów, brązów i świateł Café Riche.Gdybym uwalniał od części bogactw angielskiego kanonika (co jest sprawą mniej łatwą, niż się na pozór zdaje), pragnąłbym mieć za dekoracje szmaragdowe trawniki i stare wieże katedralne miasta. We Francji natomiast, gdyby udało mi się dobrać do kabzy bogatego i skąpego chłopa (co graniczy z niepodobieństwem), chciałbym zobaczyć jego wystraszoną minę na brunatnym tle smukłych topoli i galijskich malowniczych równin, nad którymi czuwa jeszcze podniosły duch Milleta.

Otóż moim ostatnim popisem była zbrodnia stosowna na okres świąt Bożego Narodzenia: pogodna, dobrotliwa zbrodnia na staroświecką modłę angielskiego mieszczaństwa i Karola Dickensa. Dopuściłem się jej w solidnym, zasobnym domu w Putney; w domu z półksiężycowym podjazdem, ze stajnią opodal, z szacownym nazwiskiem na obu bramach, z tulipanowcem pośrodku gazonu. To powinno wystarczyć, gdyż wszyscy mamy przecież takie domy z tradycjami. Moje naśladownictwo dickensowskiego stylu było, pochlebiam sobie, trafne i bardzo literackie. Niemal żałuję, że właśnie tamtego wieczoru obudził się we mnie żal za grzechy i skrucha.

Po takim wstępie Flambeau zaczynał snuć opowieści o wydarzeniach dziwnych nawet ze stanowiska aktora, a już dla widza prawie niezrozumiałych. Niestety jednak, czytelnik, oglądając je, musi się znaleźć przed, nie za rampą.

A zatem dramat rozpoczął się pod wieczór w drugi dzień Bożego Narodzenia, kiedy otwarły się drzwi domu (ze stajnią opodal) i na gazon (z tulipanowcem pośrodku) wyszła młoda dziewczyna, niosąc chleb dla ptaków. Dziewczyna miała ładną buzię i śmiałe piwne oczy, lecz niepodobna było ocenić jej figury, spowitej w futro tak dokładnie, że zacierała się granica między jasnobrązową sierścią a ciemnoblond włosami. Gdyby nie urodziwa twarz, osóbkę tę można by wziąć za małego kudłatego niedźwiadka.

Zimowe niebo czerwieniało na zachodzie i rubinowe odblaski barwiły ogołocone z kwiatów klomby, jak gdyby budziły na nich widma umarłych róż. Po jednej stronie domu była stajnia, po drugiej krużganek laurowego szpaleru wiódł do rozległego ogrodu w głębi. Panienka wysypała okruchy chleba (robiła to czwarty czy piąty raz od rana, bo pies wszystko zjadał) i wytyczoną laurami alejką przeszła wolno na tyły domu, gdzie bujnie rosły wiecznie zielone krzewy. Tam wydała nagle okrzyk prawdziwego lub udawanego zdziwienia, bo uniósłszy wzrok, zobaczyła postać ludzką, siedzącą okrakiem na bardzo wysokim ogrodowym murze.

– Och, proszę nie skakać, panie Crook! – zawołała przestraszona. – To stanowczo za wysoko!

Jeźdźcem, który dosiadał muru niby powietrznego rumaka, okazał się wysoki, kanciasty młodzieniec o ciemnych włosach ostrzyżonych na jeża, inteligentnych, ba! nawet szlachetnych rysach twarzy i dziwnie ziemistej cerze, tym bardziej rażącej przy natrętnie czerwonym krawacie. Ów krawat był bodaj jedyną częścią garderoby, do której właściciel przywiązywał jaką taką wagę. Może uważał go za symbol? Mimo życzliwej przestrogi i możliwości połamania sobie nóg młodzieniec zwinnie, niczym konik polny, zeskoczył na ścieżkę i stanął koło panienki w puszystym futrze.

– Chyba urodziłem się na włamywacza – odezwał się rzeczowym tonem – i bez wątpienia zostałbym włamywaczem, gdybym nie przyszedł na świat w tym eleganckim domu tuż obok. W każdym razie nic nie mam do zarzucenia złodziejskim metodom.

– Jak pan może pleść takie głupstwa! – zgromiła go dziewczyna.

– Głupstwa? – powtórzył młodzieniec. – Jeżeli ktoś urodził się po niewłaściwej stronie muru, wolno mu chyba przesadzić mur?

– Nigdy nie wiem, co pan za chwilę zrobi albo powie – obruszyła się znowu.

– Ja sam często nie wiem – przyznał skromnie pan Crook. – Ale teraz przynajmniej znajduję się po właściwej stronie muru.

– A którą stronę uważa pan za właściwą? – spytała z przyjemnym uśmiechem.

– Tę, po której jest pani.

Gdy młoda para szła bez pośpiechu laurowym szpalerem, trzykrotnie odezwał się donośny klakson i niebawem wspaniały, zdumiewająco szybki samochód jasnozielonej barwy przemknął jak ptak podjazdem i sapiąc, zahamował przed frontowymi drzwiami.

– Patrzcie, patrzcie! – powiedział młody człowiek w czerwonym krawacie. – Ten ktoś na pewno urodził się po właściwej stronie muru. Nie wiedziałem, że święty Mikołaj panny Adams jest taki nowoczesny.

– To mój ojciec chrzestny – wyjaśniła Ruby Adams. – Sir Leopold Fischer. Zawsze przyjeżdża do nas w drugi dzień Bożego Narodzenia. – Po krótkiej pauzie, świadczącej poniekąd o braku entuzjazmu, dodała: – Jest bardzo dobry.

John Crook, dziennikarz, słyszał naturalnie o słynnym potentacie z City; jeżeli zaś potentat z City nigdy nie słyszał o nim, nie było to winą Johna Crooka, który w swoim czasie zamieścił na łamach „Surm Nowej Ery” kilka artykułów piętnujących i chłoszczących sir Leopolda Fischera. Obecnie jednak dziennikarz milczał i ponuro przyglądał się długiemu i skomplikowanemu wyładunkowi ze wspaniałego pojazdu. Barczysty, elegancki szofer w zielonej liberii wyskoczył przednimi drzwiczkami, a szczupły, elegancki lokaj w popielatej liberii – tylnymi. Wspólnymi siłami ustawili sir Leopolda Fischera na stopniach ganku i poczęli rozwijać go, niby zabezpieczony pakiet, ze szczególną troską. Usuwali pledy w ilości dostatecznej, by zaopatrzyć bazar, futra wszelkiego zwierza leśnego i szale we wszystkich kolorach tęczy, odsłaniając stopniowo kształty zbliżone do ludzkich. Wreszcie oczom widzów ukazał się pogodny starszy dżentelmen o nieco cudzoziemskim wyglądzie, zacierający ochoczo wielkie skórzane rękawice – starszy dżentelmen ze szpakowata kozią bródką i uśmiechem zadowolenia na czerstwym obliczu.

Na długi czas przed zakończeniem skomplikowanych zabiegów otworzyły się oba skrzydła frontowych drzwi i na ganek wyszedł pułkownik Adams (ojciec otulonej futrem młodej damy), by osobiście wprowadzić dostojnego gościa w domowe progi. Był to wysoki, ogorzały, bardzo małomówny pan w podobnej do fezu czerwonej czapeczce, dzięki czemu wyglądał na jednego z owych Anglików, którzy w Egipcie uzyskiwali tytuły sirdara lub paszy. Gospodarzowi towarzyszył jego szwagier – pan James Blount – przybyły niedawno z Kanady, rosły, tęgi i nazbyt hałaśliwy młody ziemianin z jasnoblond brodą. Świtę uzupełniał niepozorny księżulo z pobliskiego kościoła katolickiego, gdyż nieboszczka żona pułkownika była katoliczką i dzieci (jak się często zdarza w przypadku małżeństw mieszanych) wychowane zostały w wierze matki. Niski, krępy duchowny robił wrażenie osobnika pod każdym względem pospolitego (nawet nazywał się Brown), lecz pułkownik wysoko cenił zalety towarzyskie sąsiada i często zapraszał go na uroczystości familijne.

W obszernym hallu znalazło się dosyć miejsca nawet dla potentata z City i jego okryć. Prawdę rzekłszy, ta część domu była nieproporcjonalnie duża w stosunku do całości i tworzyła przestronną komnatę zakończoną z jednej strony drzwiami frontowymi, z drugiej szerokimi schodami na piętro. Przed okazałym kominkiem, nad którym wisiała szabla pułkownika, zdjęto z gościa resztę wierzchniej odzieży i przedstawiono mu towarzystwo, nie wyłączając nastroszonego Crooka. Szanowany finansista nie zwracał jednak uwagi na prezentację i nadal mocował się z kosztownym, dobrze skrojonym ubiorem, aby wreszcie dobyć z tylnej kieszeni żakietu owalny czarny przedmiot i wyjaśnić z promiennym uśmiechem, że to drobny upominek dla chrześniaczki. Z pyszałkowatą, rozbrajająco naiwną miną pokazywał puzderko zgromadzonym i oślepił ich niemal, gdy otwarło się za pociśnięciem guziczka. Zdawać się mogło, że trysnęła nagle kryształowa fontanna. Trzy wspaniałe, jasne brylanty spoczywały niby jajka w gniazdku z pomarańczowego aksamitu i lśniły tak, jak gdyby rozsiewały dokoła blaski ognia płonącego na kominku. Fischer przyjaźnie kiwał głową i upajał się łakomie zachwytem i radością panienki, cichym zdumieniem i lakonicznymi podziękowaniami pana domu i zazdrosnym podziwem reszty towarzystwa.

– Na razie schowam to, moja mała – oznajmił potentat z City i wsunął prezent do tylnej kieszeni żakietu. – Jadąc tutaj musiałem być bardzo ostrożny. Te trzy wielkie afrykańskie diamenty nazywają się „Latające gwiazdy”, a nazwę zawdzięczają zdumiewająco częstym kradzieżom. Mają je na oku wszyscy słynni złodzieje klejnotów. Ale nie dosyć na tym. Na taki widok ręce świerzbią nawet zwyczajnych ludzi z ulicy czy hotelów. Mogłem nie dowieźć prezentu. Utracić go po drodze. To było zupełnie możliwe.

– I, moim zdaniem, zupełnie zrozumiałe – rzucił opryskliwie młodzieniec w czerwonym krawacie. – Nie dziwiłbym się wcale tym zwyczajnym ludziom, gdyby wzięli świecidełka. Proszą o chleb, a nie dostają nawet kamienia; myślę więc, że wolno im brać tego rodzaju kamienie bez pytania.

– Nie chcę, żeby pan tak mówił! – zawołała żywo panna Ruby. – Zaczął pan mówić takie rzeczy dopiero wtedy, kiedy pan został tym ohydnym… ohydnym… No, wie pan, co mam na myśli! Jak się nazywa człowiek, który chce ściskać kominiarzy?

– Święty – podpowiedział ojciec Brown.

– Sądzę, że Ruby miała raczej na myśli socjalistę – wyjaśnił sir Leopold Fischer z pobłażliwym uśmiechem.

– Radykał nie musi udzielać dobrych rad ani konserwatysta być fabrykantem konserw – obruszył się niecierpliwie pan Crook. – Podobnie socjalista nie tęskni za socjetą kominiarzy; nie chce ich ściskać ani spędzać z nimi wieczorów. Domaga się tylko, żeby wszystkie kominy były czyszczone i wszyscy kominiarze otrzymywali godziwą zapłatę.

– A ponadto – dodał ksiądz Brown półgłosem – nie pozwala nikomu być właścicielem sadzy z własnego komina.

Młodzieniec w czerwonym krawacie spojrzał na duchownego z zainteresowaniem i niejakim respektem.

– Czy komuś zależy na prawie własności do sadzy? – zapytał.

– Może zależeć – odparł ojciec z wyrazem zamyślenia w oczach. – Słyszałem, że ogrodnicy na coś tam jej potrzebują. A raz w Boże Narodzenie, kiedy kuglarz zrobił zawód, uszczęśliwiłem sześcioro dzieci wyłącznie dzięki sadzom, którymi posłużyłem się do użytku zewnętrznego.

– Świetny pomysł! – Ruby klasnęła w ręce. – Niech ksiądz nas dzisiaj tak uszczęśliwi!

Rozhukany Kanadyjczyk, pan Blount, wrzaskliwie poparł siostrzenicę, a zgorszony potentat z City jął protestować niemal równie głośno, lecz w tej chwili ktoś dwukrotnie i bardzo energicznie zastukał do drzwi frontowych. Ojciec Brown otworzył niespodziewanemu gościowi i oczom zebranych ukazał się tulipanowiec, wiecznie zielone krzewy i cały ogródek przed domem ubarwiony fioletowymi blaskami wspaniałego zachodu i kolorowy niczym teatralna dekoracja. Wszyscy oniemieli i przez czas pewien nie zwracali uwagi na stojącą u progu niepokaźną figurkę. Był to dosyć niechlujny mężczyzna w wyszarzałej kapocie – niewątpliwie posłaniec.

– Jest tu może wielmożny pan Blount? – zapytał i niepewnie wyciągnął przed siebie ręką z listem.

Kanadyjczyk przyskoczył doń, donośnie potwierdził, że jest adresatem i, rozdarłszy kopertę, szybko przebiegł wzrokiem ćwiartkę papieru. Zrobił zdziwioną minę, zasępił się na moment, lecz niebawem z rozjaśnioną twarzą zwrócił się do swojego gospodarza i zarazem szwagra:

– Niewymownie mi przykro, bo mogę cię narazić na kłopot, kochany pułkowniku – powiedział z iście kolonialną galanterią – ale czy pozwolisz, że przyjmę dzisiaj dawnego znajomego? To Florian, słynny francuski akrobata, iluzjonista i komik. W swoim czasie poznałem go w Kanadzie. Jest Kanadyjczykiem pochodzenia francuskiego. Pisze, że ma do mnie pilny, ważny interes. Słowo daję, nie wyobrażam sobie jaki! Pozwolisz, kochany, pułkowniku?

– Oczywiście, oczywiście – zgodził się dość obojętnie pan domu. – Twoi przyjaciele, drogi chłopcze, są moimi przyjaciółmi. Mam nadzieję, że ten pan Florian dostarczy nam miłej rozrywki.

– Myślisz, że nie zapomni o dzisiejszym święcie i przyjdzie z uczernioną gębą? Na pewno – roześmiał się pan Blount. – Może nawet przy sposobności usmaruje wszystkich sadzami. Mniejsza o to. Przepadam za staroświecką, poczciwą angielską pantomimą. Lubię, jak facet siada na cylindrze!

– Byle nie na moim! – zastrzegł się z godnością sir Leopold Fischer.

– Drobiazg – wtrącił niedbale Crook. – Nie ma się o co spierać. Znam bardziej niesmaczne kawały niż siadanie na cylindrze.

Potentatowi z City nie przypadły do gustu wywrotowe poglądy młodzieńca w czerwonym krawacie oraz jego widoczna zażyłość z piękną panną Ruby, za którą sir Leopold czuł się odpowiedzialny jako ojciec chrzestny.

– Nie wątpię, że pan zna kawały bardziej niesmaczne niż siadanie na cylindrze – przemówił suchym, prokuratorskim tonem. – Jakie mianowicie?

– Na przykład sadzanie cylindra na swojej głowie – odparł socjalista.

– Spokój! Spokój! Spokój! – zawołał kanadyjski ziemianin z dobroduszną pogodą człowieka pierwotnego. – Nie wolno psuć wesołego wieczoru! Moim zdaniem powinniśmy zorganizować jakąś miłą zabawę towarzyską. Nie będziemy smarować sadzami twarzy ani siadać na cylindrach, jeżeli to nie wszystkim odpowiada. Ale co by państwo powiedzieli na tradycyjną angielską pantomimę z błaznem, kolombiną i tak dalej? Miałem dwanaście lat, kiedy wyjechałem z Anglii. Tylko raz widziałem takie przedstawienie, ale wryło mi się w pamięć ognistymi zgłoskami. Rok temu wracam do starego kraju i dowiaduję się, że to już wyszło z mody. Nastały teraz płaczliwe baśnie. Lubię patrzeć na pogrzebacze w ruchu. Lubię patrzeć, jak policjanta tłucze się na kwaśne jabłko. A tu pokazują mi księżniczki moralizujące przy blasku księżyca. Nic, tylko „Błękitne ptaki” i różne takie brednie. Bardzo odpowiada mi Błękitno- czy też Sinobrody, i to w kostiumie poliszynela.

– Opowiadam się za tłuczeniem policjanta na kwaśne jabłko – rzekł John Crook. – Takie stanowisko lepiej charakteryzuje socjalistę niż definicje, które niedawno słyszałem. Niestety, wystawienie pantomimy byłoby dla nas zbyt trudne.

– Nic podobnego! – krzyknął Blount, zapalając się coraz bardziej. – Arlekinada to z dwóch powodów heca najprostsza w świecie. Po pierwsze, każdy może pleść, co mu ślina na język przyniesie. Po drugie, w gospodarstwie domowym znajdą się wszystkie rekwizyty: stół, krzesła, wałek do ciasta, kosz na bieliznę.

– Słusznie! Racja! – przyznał żywo młodzieniec w czerwonym krawacie. – Nie mam tylko pod ręką munduru. W ostatnich dniach nie zamordowałem ani jednego policjanta.

Kanadyjczyk zmarszczył czoło i spoważniał na moment. Niebawem jednak klepnął się głośno po kieszeni.

– Zrobione! – krzyknął. – Będziemy mieli mundur! Mam tu adres i telefon Floriana, a on zna przecież wszystkie wypożyczalnie kostiumów w Londynie. Zadzwonię do niego. Poproszę, żeby przywiózł mundur policyjny.

Pan Blount odwrócił się na pięcie i wybiegł, aby zatelefonować do przyjaciela. Ruby była zachwycona. Poruszała się prawie tanecznym krokiem.

– Cudownie, ojcze chrzestny, cudownie! – wołała. – Ja będę kolombiną, a ty poliszynelem.

Ale milioner nie zmienił sztywnej, godnej postawy.

– Obawiam się, drogie dziecko – odrzekł sucho – że rolę poliszynela będziesz musiała powierzyć komu innemu.

Pułkownik Adam wyjął z ust cygaro, aby po raz pierwszy i ostatni zabrać głos w sprawie projektowanego widowiska.

– Jeżeli sobie życzysz, Ruby, ja mogę być poliszynenem – powiedział.

Kanadyjczyk wrócił od telefonu rozpromieniony.

– Do roboty! – wołał. – Do roboty! Najpierw obsada. Wszyscy znajdą stosowne role. Pan Crook – błazen. Jako dziennikarz, zna wszystkie najstarsze dowcipy. Ja – arlekin. Do tego trzeba mieć tylko długie nogi i umieć skakać. Mój przyjaciel Florian zapewnił mnie przez telefon, że zdobędzie mundur policjanta. Nawet przebierze się po drodze. Przedstawienie urządzimy naturalnie tutaj, w hallu. Widzowie zajmą te szerokie schody: rząd nad rzędem, niby w amfiteatrze. Za dekorację wystarczą drzwi frontowe: zamknięte – wnętrze angielskiego domu; otwarte – oświetlony księżycem ogród. Zmiana jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej.

Z tymi słowy pan Blount wydobył z kieszeni zabłąkany kawałek kredy bilardowej i na posadzce nakreślił linię w połowie drogi między drzwiami a schodami. W ten sposób zaznaczył położenie rampy i miejsce przyszłej kurtyny.

Trudno dać odpowiedź na pytanie, jak zdołano przygotować w tak krótkim czasie nawet tak zaimprowizowane widowisko. Było to chyba zasługą beztroskiej przedsiębiorczości, pojawiającej się zawsze w domach, gdzie rezyduje młodość. A owej nocy młodość rezydowała i rządziła domem w Putney, chociaż nie wszyscy potrafili odczytać z dwóch rozjaśnionych twarzy, jak mocno biją dwa serca. Pomysły były iście szalone i tym osobliwsze, że należało szukać natchnienia w banalnym otoczeniu. Kolombina wyglądała uroczo w baniastej krynolince, dziwnie podobnej do wielkiego abażuru z salonowej lampy. Błazen i poliszynel ubielili się mąką zdobytą u kucharki, a rumieniec wymalowali różem pochodzącym od innej służącej, która jednak wolała zostać bezimienna, jak każdy prawdziwie chrześcijański ofiarodawca. Arlekin – przystrojony już srebrnym papierem z pudełek po cygarach – chciał potłuc ozdobny żyrandol i przystroić wspaniały kostium kryształami. Z trudem powstrzymano go od tego, a ustąpił dopiero wówczas, gdy Ruby wydobyła skądś fałszywe klejnoty, w których występowała niegdyś na balu kostiumowym jako „Królowa Diamentów”. Prawdę mówiąc, pan James Blount, rozfiglowany niczym uczniak, przekraczał wszelkie dozwolone granice. Znienacka przystroił ojca Browna oślą głową z papieru, którą duchowny nosił cierpliwie, i wynalazł nawet jakiś sposób poruszania uszami. Na domiar złego Kanadyjczyk próbował przypiąć papierowy ośli ogon do poły żakietu sir Leopolda Fischera, lecz finansista pozbył się natręta surowym zmarszczeniem brwi.

– Wuj jest niemożliwy! – powiedziała Ruby do Crooka, wkładając mu przez głowę zaimprowizowany naszyjnik z kiełbasek. – Czemu tak szaleje?

– Jest arlekinem przy takiej jak pani kolombinie – odparł socjalista. – Mnie przypadła rola błazna. Będę tylko powtarzał stare dowcipy.

– Szkoda, że pan nie został arlekinem – szepnęła panienka i odskoczyła tak nieoczekiwanie, że kiełbaski na szyi Crooka rozhuśtały się gwałtownie.

Ksiądz Brown znał oczywiście wszystkie zakulisowe sekrety i dostał nawet huczne brawa, gdy przemienił poduszkę w nieodzowne do pantomimy niemowlę, lecz zajął miejsce pośród widzów na najniższym stopniu schodów i siedział ze skupioną miną dziecka przed pierwszym w życiu przedstawieniem.

Publiczności było mało: kilka osób z rodziny, służba i paru zaprzyjaźnionych sąsiadów. Sir Leopold Fischer rozparł się w fotelu ustawionym przed schodami, a że był tęgi i znów miał na sobie jakieś okrycie z futrzanym kołnierzem, zasłaniał „scenę” małemu ojcu Brownowi; nie ustalono jednak nigdy, czy duchowny wiele stracił z artystycznego punktu widzenia.

Pantomima była najzupełniej chaotyczna, lecz niepozbawiona uroku. Ożywiał ją zapał improwizatorski, którym najsilniej tryskał błazen – John Crook. Zawsze odznaczał się bystrością i nieprzeciętną inteligencją, owego zaś wieczoru kipiał obłędną wszechwiedzą, szaleństwem mędrszym niż wszystkie mądrości świata, a występującym często u młodego mężczyzny, który dostrzegł przed chwilą pewien określony wyraz pewnej określonej twarzy. W założeniu miał być jedynie błaznem, był jednak niemal wszystkim: autorem (o ile w ogóle autor mógł się na coś przydać), suflerem, dekoratorem, maszynistą i przede wszystkim orkiestrą. W krótkich przerwach burzliwego widowiska biegł do fortepianu i z zapałem godnym lepszej sprawy bębnił jakąś popularną melodię, która, choć idiotyczna, w danym momencie była odpowiednia.

Kulminacyjnym punktem wieczoru stała się naturalnie chwila, gdy otwarły się dwuskrzydłowe drzwi i odsłoniły nie tylko piękny ogród skąpany w księżycowej poświacie, lecz również postać jedynego zawodowego aktora, słynnego Floriana w kompletnym mundurze policyjnym. Błazen przy fortepianie rozpoczął chór pachołków miejskich z „Piratów w Penzance”, lecz huragan oklasków zagłuszał muzykę, gdyż wszystkie miny i wszystkie gesty uzdolnionego komika naśladowały do złudzenia prawdziwy sposób bycia prawdziwego sługi sprawiedliwości. Arlekin skoczył naprzeciw gościa i zdzielił go w hełm, i pianista zagrał: „Skąd masz, bracie, ten szyk kapelusik?”. Florian przyjął to powitanie z doskonale udanym zdumieniem. Drugiemu ciosowi rozfikanego arlekina akompaniowała piosenka: „Jeszcze raz! Jeszcze raz! Jeszcze raz!”, a następnie wybuchły znowu gromkie brawa, bo pan James Blount chwycił policjanta w ramiona, obalił i sam leżał na nim przez czas pewien. Z kolei francuski aktor popisał się wybornym naśladownictwem trupa, o czym do dziś dnia chodzi fama po Putney. Trudno było uwierzyć, że człowiek żywy może być tak bezwładny!

Krzepki Kanadyjczyk rzucał nim jak workiem, wymachiwał niby maczugą, a wszystkim tym popisom towarzyszyły ogłuszające dźwięki fortepianu. Kiedy arlekin ciężko dźwigał z podłogi pocieszną figurę, błazen grał: „Żal mi wstawać ze snu, bo marzyłem o tobie”. Kiedy brał go na barana, fortepian dudnił melodię: „Pójdę w świat z tobołkiem na plecach”. Kiedy zaś Florian został rzucony na posadzkę i padł z głuchym łoskotem, szaleniec przy fortepianie zagrał kilka mniej znanych taktów, w których jednak ci i owi rozpoznali śpiewki: „Szedłem na pocztę, lecz po drodze upuściłem na chodnik list do mej lubej”.

W tej właśnie chwili ostatecznego rozprzężenia i uniesienia ojciec Brown stracił z oka dziwaczną scenę, bo siedzący przy nim potentat z City zerwał się nagle i nieprzytomnie zaczął zanurzać ręce kolejno we wszystkich swoich kieszeniach. Potem usiadł, sapiąc groźnie, dźwignął się znowu, ruszył krok naprzód, jak gdyby chciał przestąpić nieprzebytą zaporę rampy, lecz spojrzał tylko spode łba na błazna przy fortepianie i bez słowa wybiegł truchtem z hallu.

Ksiądz Brown obserwował przez kilka minut amatorski, lecz pełen uroku taniec arlekina nad pokonanym wrogiem, czyli doskonale udającym omdlenie zawodowym aktorem. Z instynktownym wyczuciem prawideł sztuki pan James Blount wycofał się z wolna przez szeroko otwarte drzwi ogrodu, spowitego w ciszę i blask pełni. Naiwny kostium ze srebrnego papieru i szklanych świecidełek, zbyt błyszczący w suto oświetlonym hallu, zdawał się coraz bardziej baśniowy i srebrzysty, kiedy, tańcząc, oddalał się i tonął w księżycowych blaskach. Zachwycona widownia klaskała znów nieprzytomnie, gdy ktoś dotknął ramienia ojca Browna i poprosił go szeptem, by zechciał się pofatygować do gabinetu pana domu.

Duchowny ruszył za służącym trochę zaniepokojony i nie uspokoił się bynajmniej w gabinecie, gdzie zastał ponuro-komiczną scenę. Pułkownik Adams siedział w fotelu. Miał jeszcze na sobie kostium poliszynela i wygięty w pałąk fiszbin dyndał wystarczająco smutnie, by przywieść do opamiętania nawet uczestnika saturnalii. Potentat z City stał oparty o półkę nad kominkiem i dyszał jak człowiek w panicznym strachu.

– Zdarzył się przykry wypadek, bardzo przykry wypadek, proszę księdza – zagaił rozmowę poliszynel. – Brylanty, które widzieliśmy wszyscy dzisiaj po południu, zniknęły w niewytłumaczony sposób z tylnej kieszeni żakietu sir Leopolda, a ponieważ…

– Ponieważ – dokończył ojciec Brown z pogodnym uśmiechem – ja siedziałem bezpośrednio za sir Leopoldem…

– Nikt nie wysuwał równie absurdalnych podejrzeń – przerwał z kolei pułkownik Adams i zmierzył finansistę spojrzeniem, które zdawało się mówić, że mimo wszystko absurdalne podejrzenia były wysuwane. – Chciałem jedynie prosić księdza o… o pomoc, taką, jakiej mógłbym zażądać od każdego dżentelmena.

– Czyli o wywrócenie kieszeni – powiedział Brown i zaczął udzielać pomocy, demonstrując siedem szylingów i sześć pensów, bilet powrotny, mały srebrny krzyżyk, brewiarz w miniaturowym wydaniu i baton czekoladowy. Pan domu długo przyglądał się duchownemu, wreszcie znowu zabrał głos:

– Prawdę mówiąc, wolałbym zajrzeć do wnętrza głowy księdza niż do wnętrza jego kieszeni. Cóż, moja córka jest jednej z księdzem wiary. Biorę to pod uwagę… Ostatnio…

– Ostatnio – wybuchnął stary Fischer – otworzyła drzwi rodzinnego domu jakiemuś rzezimieszkowi, socjaliście, co gada publicznie, że bez skrupułów gotów okraść każdego bogacza. Czy to nie wystarczy? Znalazł bogacza! Znalazł i okradł!

– Jeżeli pan ciekaw wnętrza mojej głowy – odezwał się ojciec Brown z lekka znudzonym tonem – może się pan z nim zapoznać i powiedzieć później, czy jest coś warte. Pierwsza prawda, jaką wygrzebałem z tej używanej kieszeni, mówi, że ktoś, kto myśli o kradzieży diamentów, nigdy nie może chwalić socjalizmu. Raczej – dodał po krótkim namyśle – będzie skłonny go potępiać.

Obydwaj słuchacze poruszyli się gwałtownie, ale ojciec Brown spokojnie mówił dalej:

– Widzicie, panowie, znam trochę tych ludzi. Socjalista nie ukradnie klejnotu, tak jak nie ukradnie piramidy Cheopsa. Niezwłocznie musimy się zająć jedyną nieznaną nikomu osobą: tym Francuzem, Florianem, który grał rolę policjanta. Ciekawe, gdzie może być w tej chwili! Bardzo ciekawe…

Poliszynel zerwał się i szybko wyszedł z pokoju. Nastąpił antrakt, w czasie którego milioner przyglądał się księdzu, a ksiądz nie odrywał wzroku od brewiarza. Wreszcie pan domu wrócił.

– Policjant – oznajmił poważnie głosem, który zabrzmiał dziwnie staccato – wciąż jeszcze leży na scenie. Sześć razy kurtyna opadła i szła w górę. A on nic. Leży.

Ojciec Brown wypuścił z rąk modlitewnik i przez moment spoglądał w przestrzeń tępym wzrokiem świadczącym o zupełnej pustce umysłowej. Na koniec światło zrozumienia poczęło rozjaśniać jego szare oczy.

– Bardzo przepraszam, pułkowniku, ale kiedy umarła pańska małżonka? – zapytał na pozór bez związku.

– Moja małżonka? – zdziwił się poliszynel. – Umarła rok i dwa miesiące temu. Jej brat, James, spóźnił się o tydzień. Już jej nie zastał.

Krępy ksiądz skoczył z miejsca niby królik.

– Prędzej! – krzyknął. – Prędzej! Trzeba zaraz obejrzeć tego policjanta!

Trzej panowie pobiegli co tchu na zasłoniętą już scenę, a po drodze roztrącili kolombinę i błazna, bardzo zajętych poufną rozmową. Ojciec Brown pochylił się nad rozciągniętą na posadzce komiczną figurą w mundurze policjanta.

– Chloroform – rzekł, prostując się żwawo. – Że też dopiero teraz rozjaśniło mi się w głowie!

Na moment zapadła cisza wielkiego zdziwienia. Wreszcie pułkownik zapytał:

– Co to wszystko znaczy? Proszę mówić serio!

Ksiądz Brown wybuchnął śmiechem i chociaż go zdławił, parskał raz po raz, wyjaśniając sytuację.

– Panowie! – mówił. – Nie ma czasu na gawędy. Muszę łapać złodzieja… Ale ten słynny francuski aktor w roli policjanta… to bezwładne ciało, które arlekin rzucał… podnosił… obracał… to… to jest… – głos odmówił mu posłuszeństwa i duchowny znów odwrócił się gwałtownie w stronę drzwi.

– To jest? – podchwycił sir Leopold Fischer natarczywie pytającym tonem.

– Prawdziwy policjant! – dokończył ojciec Brown i wybiegł do ogrodu.

W głębi rozległego ogrodu były cieniste zakątki i gęste kępy, gdzie na tle szafirowego nieba i opalowej pełni laury i inne wiecznie zielone krzewy grały ciepłymi barwami południa nawet wśród chłodu zimy. Soczysta zieleń liści, różowawe mroki nocy, księżyc zawieszony na niebie niby olbrzymi kryształ, wszystko to tworzyło obraz aż niedorzecznie romantyczny. A po najwyższych konarach drzew pięła się osobliwa zjawa, nie tyle romantyczna, ile niedorzeczna. Postać ta iskrzyła się od stóp do głów, jak gdyby odziana w milion księżyców, gdyż promienie prawdziwego księżyca chwytały każdy jej ruch i zapalały błyski cal po calu. Niebawem srebrna smuga przeskoczyła zgrabnie z niższego drzewa po tej stronie na obwisłą gałąź wyższego drzewa po przeciwnej stronie muru, a zatrzymała się tylko dlatego, że czarny cień zamajaczył pod owym niższym drzewem i zawołał donośnie:

– Hej, Flambeau! Błyszczysz naprawdę jak „Latające gwiazdy”! Pamiętaj jednak: latająca gwiazda to w ostatecznym rezultacie zawsze spadająca gwiazda.

Srebrna, połyskliwa postać pochyliła się, jak gdyby przemierzała wzrokiem laurową gęstwinę i – pewna widać ucieczki – słuchała ciekawie cienia, który przemawiał do niej z dołu:

– To najlepsza twoja robota, Flambeau! Miałeś dobry pomysł, żeby przyjechać z Kanady (pewno za paryskim biletem) akurat w tydzień po śmierci pani Adams, kiedy nikt nie miał chęci pytać o nic szczegółowo. Jeszcze dowcipniej wypatrzyłeś „Latające gwiazdy” i zorientowałeś się, którego dnia sir Leopold Fischer złoży wizytę. Ale to, co nastąpiło dalej, dowodzi już nie pomysłowości, ale geniuszu! Kradzież brylantów była dla ciebie drobnostką. Masz zręczną rękę. Mogłeś to zrobić na sto innych sposobów, nie tylko udając, że chcesz przypiąć ośli ogon do poły żakietu. Ale zresztą zaćmiłeś samego siebie!

Srebrzysta postać w górze trwała w bezruchu niby zahipnotyzowana i chociaż miała otwartą drogę ucieczki, pilnie łowiła uchem słowa ojca Browna.

– Tak! Rozumiem wszystko. Nie tylko sprowokowałeś pantomimę, lecz również wykorzystałeś ją w dwojakim celu. Miałeś nadzieję spokojnie kraść brylanty, lecz otrzymałeś od wspólnika wiadomość, że policja jest na twoim tropie, a jej funkcjonariusz ma cię zdemaskować jeszcze tego wieczoru. Pospolity złodziejaszek podziękowałby za ostrzeżenie i czmychnął jak niepyszny. Ale ty, Flambeau, jesteś poetą! Ukryłeś zdobycz w tysięcznych blaskach fałszywych, scenicznych klejnotów. Miałeś wystąpić w roli arlekina, przyszło więc ci do głowy, że twoja bójka z policjantem będzie zupełnie na miejscu. Zacny sługa sprawiedliwości wyruszył po ciebie z komisariatu, aby wpaść w sidła, jakich dotąd nikt chyba nie zastawił. Kiedy otwarły się drzwi domu, wkroczył prosto na scenę, gdzie arlekin mógł go tłuc, szarpać, przewracać, poniewierać przy salwach śmiechu najczcigodniejszych obywateli Putney. O, nigdy nie zdobędziesz się na nic doskonalszego! Ale tak między nami, oddaj te kamyki, Flambeau!

Gałąź skrzypnęła cicho, jak gdyby ze zdziwieniem, a głos z dołu płynął dalej spokojnie:

– Tak, Flambeau! Chcę, żebyś rzucił mi te klejnoty i chcę, żebyś porzucił życie, jakie wiedziesz. Jesteś jeszcze młody. Masz humor i swoiste poczucie honoru. Ale nie myśl, że długo zachowasz te skarby. Łatwo dostrzec górną granicę dobra, nikogo jednak nie powstrzyma dolna granica zła, bo jej w ogóle nie ma. Droga schodzi coraz niżej i niżej. Człowiek poczciwy zaczyna pić i staje się okrutnikiem. Człowiek prawdomówny zabija i musi kłamać o swojej zbrodni. Znam niejednego, który zaczął jak ty, lecz z uczciwego członka społeczeństwa, z wesołego pogromcy bogaczów stał się wnet unurzanym w błocie nędznikiem. Maurice Blum – początkowo ideowy anarchista i prawdziwy ojciec ubogich – był pod koniec życia ohydym szpiegiem i donosicielem, z którego usług korzystały dwie strony i obie nim gardziły. Harry Burke zainicjował w dobrej wierze swój system wolnej cyrkulacji pieniądza, a dziś z siostry-nędzarki wydusza ostatnie szylingi na koniak albo whisky. Lord Amber z młodzieńczej fantazji popadł w złe towarzystwo, teraz zaś płaci słono, bo szantażują go najbardziej plugawe sępy Londynu. Jeszcze przed twoim urodzeniem kapitan Barillon był słynnym dżentelmenem-apaszem, ale umarł w szpitalu dla obłąkanych, wyjąc ze strachu przed kompanami i pomocnikami, którzy zdradzili go w życiu, a później nawiedzali podczas ataków furii. Wiem, Flambeau, że w zaroślach po tamtej stronie muru masz otwartą drogę, że skoczysz zwinnie, błyśniesz raz jeszcze i niby małpa przepadniesz bez śladu w gęstwinie. Ale pomyśl, że będziesz kiedyś starą, siwą małpą. Bliski śmierci, z wystygłym sercem zasiądziesz w gęstym lesie, a wierzchołki drzew wydadzą ci się dalekie i nagie.

Wszystko trwało w bezruchu, jak gdyby stojący w dole mały człeczyna trzymał na niewidzialnej smyczy migotliwą postać w górze.

– Zacząłeś zstępować w dół, Flambeau – ciągnął ojciec Brown. – Chełpisz się, że nie popełniasz nigdy czynów niecnych, a przecież dziś czyn taki chcesz popełnić. Rzucasz podejrzenie na niewinnego chłopca, przeciw któremu i tak wiele przemawia. Odbierasz mu kobietę kochaną i kochającą go wzajemnie. Ale nie martw się. Nim umrzesz, dokonasz rzeczy nieporównanie podlejszych!

Trzy migotliwe diamenty błysnęły w powietrzu i spadły na murawę. Ksiądz Brown schylił się, by podnieść cenny klejnot, a gdy rozprostował plecy, srebrny ptak zniknął już z zielonej klatki drzewa.

Odzyskanie brylantów (niemrawy ojciec Brown znalazł je przypadkowo w ogrodzie) zakończyło wieczór wesoło i hucznie. Rozbawiony i zadowolony z siebie sir Leopold Fischer powiedział nawet niepozornemu duchownemu, że on wyznaje szersze poglądy, potrafi jednak szanować ludzi, którym wiara nakazuje pędzić życie za klasztorną furtą i nic nie wiedzieć o świecie.

Przekład: Tadeusz Jan Dehnel

MŁOT BOŻY

W zgórze, na którym leży osada Bohum Beacon, jest tak strome, że wysoka kościelna wieża przypomina spiczasty wierzchołek góry. U stóp kościoła znajduje się kuźnia, często szkarłatna od ognia, zawsze zaś pełna młotów i żelaznego złomu, a jedyna w tej miejscowości oberża – „Pod Błękitnym Odyńcem” – stoi po przeciwległej stronie placyku, gdzie przecinają się dwie brukowane uliczki. Na tym właśnie skrzyżowaniu w ołowianym świetle brzasku spotkali się dwaj bracia i nawiązali rozmowę, chociaż jeden z nich rozpoczynał dzień, drugi zaś kończył. Wielebny i szlachetnie urodzony Wilfred Bohum był bardzo pobożny i właśnie szedł do kościoła, aby wczesne godziny ranne spędzić na modłach lub pobożnym rozmyślaniu. Jego starszy brat, szlachetnie urodzony pułkownik Norman Bohum, nie był bynajmniej pobożny i w stroju wieczorowym siedział na ławce przed „Błękitnym Odyńcem”, popijając ostatni kieliszek wtorkowy lub pierwszy środowy. Z punktu widzenia filozoficznie usposobionego obserwatora obie te definicje byłyby równie słuszne, lecz pułkownik nie zaprzątał sobie głowy definicjami.

Bohumowie należeli do jednej z bardzo niewielu rodzin artystokratycznych wywodzących się naprawdę ze średniowiecza, a ich proporzec istotnie widywał Palestynę. Ale błędem byłoby uważać takie rody za skarbnicę wspaniałych tradycji rycerskich. Tradycji nie pielęgnuje nikt prócz biedaków. Arystokracja hołduje modzie, nie tradycjom. Bohumowie byli oczywiście zabijakami w czasach królowej Anny, a lowelasami za panowania Wiktorii, lecz jak wiele prawdziwie starych rodzin w ciągu minionych wieków stali się nałogowymi pijakami i kiepskimi dandysami, aż wreszcie poczęto szeptać o ich dziedzicznym obłędzie. Prawdę mówiąc, było coś nieludzkiego w wilczej pogoni pułkownika za rozrywką, a jego zwyczaj kładzenia się spać po wschodzie słońca graniczył z chorobliwą bezsennością. Na ogół jednak była to krzepka, rosła bestia, podstarzała już, lecz mogąca się szczycić bujną i jasną czupryną Gdyby nie błękitne oczy osadzone zbyt blisko i zapadłe tak głęboko, że wyglądały na czarne, Norman Bohum sprawiałby wrażenie blondyna o lwiej głowie. Miał długie rudawe wąsy i bardzo wyraźne zmarszczki ciągnące się od nozdrzy do podbródka, dzięki czemu złośliwy uśmiech był jak gdyby wyorany na jego twarzy. Tego ranka miał na fraku dziwne jasnożółte okrycie, bardziej przypominające szlafrok niż płaszcz, na czubku jego głowy tkwił okrągły trawiastozielony kapelusz, pochodzący niewątpliwie ze zbiorów wschodnich osobliwości i chwycony na chybił trafił. Norman Bohum lubował się w podobnie fantastycznych strojach i z dumą twierdził, że jemu we wszystkim do twarzy.

Młodszy z Bohumów, pastor, był również blondynem i odznaczał się specyficzną elegancją. Miał inteligentną, nerwową, starannie wygoloną twarz i ubierał się w czarny, zapięty pod szyję surdut. Na pozór przynajmniej żył jedynie swoją religią, niektórzy jednak (zwłaszcza kowal, zwolennik Kościoła prezbiteriańskiego) byli innego zdania. Twierdzili, że pastor kocha raczej gotycką architekturę niż Boga, a jego ustawiczne przebywanie w kościele jest tylko odmienną formą tego samego, prawie chorobliwego głodu piękna, który każe pułkownikowi uganiać się za kobietami i winem. Jednak wobec niezbitych dowodów zewnętrznej pobożności Wilfreda zarzuty te były wątpliwe, a wynikały przede wszystkim z niezrozumienia potrzeby samotności oraz pogłosek, że modli się często nie przed ołtarzem, lecz w rozmaitych najdziwaczniejszych miejscach: w kryptach, na chórze, a nawet na podestach dzwonnicy.

Tego ranka pastor zamierzał wejść do kościoła przez podwórko kuźni, zatrzymał się jednak i zmarszczył gniewnie na widok starszego brata, którego zapadnięte oczy zwracały się w tym właśnie kierunku, trudno było przypisać pułkownikowi bodaj cień zainteresowania kościołem. Mógł spoglądać jedynie na kuźnię, a chociaż kowal był purytaninem i nie należał do jego parafian, Wilfred znał skandaliczne plotki o jego znanej w okolicy, urodziwej żonie. Zmierzył brata podejrzliwym wzrokiem, ten zaś wstał i ze śmiechem zagaił rozmowę.

– Dzień dobry, Wilfredzie – powiedział. – Jak przystoi dobremu dziedzicowi, czuwam bezsennie nad snem moich ludzi. Idę z wizytą do kowala.

– Nie zastaniesz go w domu – odparł pastor, patrząc w ziemię. – Jest w Greenford.

– Wiem – roześmiał się Norman. – Właśnie dlatego wybieram się do niego.

Wilfred nie odrywał wzroku od żwirowanej ścieżki

– Normanie, nie boisz się gromu z jasnego nieba? – zapytał.

– Co takiego? – obruszył się starszy brat. – Czy meteorologia jest twoim konikiem?

– Nigdy nie przyszło ci na myśl, że Bóg może cię porazić pośrodku drogi?

– Bardzo przepraszam! – syknął pułkownik. – Widzę, że twoim konikiem są ludowe zabobony.

– A twoim bluźnierstwa! – zawołał pastor, ugodzony w jedyne wrażliwe miejsce. – Nie lękasz się Boga. Niech i tak będzie. Masz jednak poważne racje, by bać się człowieka.

– Bać się człowieka? – powtórzył starszy brat tonem uprzejmego zdziwienia.

– Tak, człowieka. Kowal Barnes to największy i najsilniejszy chłop w promieniu czterdziestu mil. Nie jesteś tchórzem ani cherlakiem. Wiem o tym. Ale on łatwo przerzuci cię przez mur.

Pocisk trafił do celu, bo był prawdą. Twarz pułkownika wykrzywił niedobry grymas. Pogłębiły się bruzdy między nozdrzami a podbródkiem. Po chwili jednak Norman odzyskał właściwy mu wisielczy humor i roześmiał się, aż białe, psie kły błysnęły pod rudawymi wąsami.

– Słusznie, drogi Wilfredzie – powiedział beztrosko. – Ostatni z Bohumów wziął to pod uwagę. Wystąpił w zbroi. Przynajmniej częściowo.

Z tymi słowy zdjął dziwaczny okrągły kapelusz i pokazał, że pod zieloną materią znajduje się stal. Pastor rozpoznał lekki japoński czy chiński hełm, który obok innych trofeów zdobił starą sień rodzinnego dworu.

– Wpadł mi jakoś w rękę – wyjaśnił swobodnie starszy brat. – Zawsze biorę pierwszy z brzegu kapelusz i pierwszą z brzegu babę.

– Kowal wybrał się do Greenford. Nie wiadomo, kiedy wróci – odparł poważnie pastor i wszedł do kruchty.

Pochylił głowę i szybko zrobił znak krzyża, jak gdyby chciał odpędzić nieczystego ducha. W chłodnym cieniu swoich strzelistych gotyckich kolumn pragnął zapomnieć o ordynarnych, przyziemnych sprawach. Lecz tego ranka przykre niespodzianki miały go widocznie gnębić i zakłócać raz po raz jego pobożne praktyki. Kiedy otworzył drzwi kościoła, pustego zawsze o wczesnej porze, ktoś wstał szybko z klęczek i ruszył w stronę jasno oświetlonego portyku. Wilfred Bohum zatrzymał się zdumiony, gdyż w rannym ptaszku poznał siostrzeńca kowala, wioskowego idiotę. Ten wysoki, przygarbiony, dość silnie zbudowany wyrostek, o prostych czarnych włosach, bladej pozbawionej wyrazu twarzy i zawsze rozchylonych ustach, ani chciał, ani mógł dbać o religię czy jakiekolwiek inne poważne kwestie. Wszyscy wołali nań „Głupi Joe”, bo innego nazwiska, zdaje się, nie miał. Mijając pastora, miał minę równie baranią jak zwykle, niepodobna więc było odgadnąć, co właściwie myślał lub robił. Do tej pory nie modlił się nigdy. Jakie pacierze mógł odmawiać o świcie? Niewątpliwie dziwne, bardzo dziwne.

Wilfred Bohum stał niby przyrośnięty do posadzki i obserwował idiotę maszerującego skąpaną w słońcu uliczką. Widział nawet swojego wyrodnego brata, który z hałaśliwą uciechą powitał Głupiego Joe i począł rzucać w jego stronę pensami z wyraźnym zamiarem trafienia w otwarte usta.

Plugawy obraz ziemskiego okrucieństwa i głupoty ostatecznie skłonił ascetę do modłów o czyste i świeże myśli. Wilfred Bohum poszedł na chór i usadowił się w ławce przed ulubionym witrażem. Lazurowe okno z wyobrażeniem anioła niosącego pęk lilii zachwycało pastora i zawsze przywracało mu równowagę ducha. I tym razem obraz półgłówka z bezbarwną twarzą i rybimi ustami zaczął blednąć. Zaczął mniej myśleć o tym bracie, który krąży w bliskości, niby wychudły lew dręczony nienasyconym głodem. Coraz mocniej i mocniej działał urok srebrzystobiałych kwiatów i błękitnych niebios.

W pół godziny później zastał go na tym samym miejscu Gibbs, wiejski szewc, wysłany pośpiesznie na poszukiwanie. Pastor zerwał się z ławki, bo dobrze rozumiał, że tylko sprawa niemałej wagi mogła sprowadzić do kościoła Gibbsa, który zgodnie z tradycją większości wioskowych szewców był ateistą. Jego pojawienie się w siedzibie kultu religijnego stanowiło wydarzenie jeszcze bardziej niezwykłe niż poranne modły Głupiego Joe. W ogóle był to ranek pełen osobliwych zagadek teologicznych.

– O co chodzi? – pastor rzucił pytanie lodowatym głosem, lecz po kapelusz sięgnął drżącą ręką.

Ateista milczał przez chwilę, a kiedy się odezwał, mówił niezwykłym w takich ustach tonem – pełnym szacunku i niepozbawionym nawet szorstkiego współczucia.

– Bardzo przepraszam, panie pastorze – szepnął ochryple – ale wszyscy byli zdania, że jak najszybciej trzeba zawiadomić pana pastora. Niestety, stało się… stało się coś strasznego. Brat pana pastora…

Wilfred zacisnął wypielęgnowane ręce.

– Cóż mój brat znowu zrobił?! – wybuchnął z tłumioną pasją.

– Hm… panie pastorze… – szewc chrząknął dyskretnie. – Niestety, brat pana pastora nic nie zrobił i nic już nie zrobi… Raczej to jego ktoś zrobił… Najlepiej będzie, jeżeli pan pastor zaraz pójdzie ze mną.

Wilfred pośpieszył za szewcem i u stóp wąskich kręconych schodów stanął w drzwiach kościoła, położonych znacznie wyżej niż uliczka. Z góry tragiczny obraz rzucał się w oczy jasno, jak wyrysowany na planie. Po podwórku przed kuźnią kręciło się kilku mężczyzn. Prawie wszyscy byli czarno ubarni. Jeden nosił mundur policyjny. Znajdował się między nimi lekarz, pastor prezbiteriański i ojciec parafii katolickiej, do której należała żona kowala. Pani Barnes, rosła kobieta o pięknych złocistorudawych włosach, rozpaczliwie szlochała, siedząc na ławce, a ksiądz katolicki stał obok niej i szybko mówił coś półgłosem. Pozostałe osoby zbiły się w gromadkę w przeciwnym kącie podwórka. Pomiędzy tymi dwiema grupami, opodal stosu młotów i młotków, leżał rozkrzyżowany twarzą do ziemi mężczyzna w wieczorowym stroju. Wilfred patrzył z góry, dokładnie widział wszelkie szczegóły ubrania, widział nawet sygnet Bohumów na palcu. Pod przysięgą mógłby zeznać, kogo ma przed sobą, chociaż głowa stanowiła tylko ohydną plamę podobną do kałuży czarnej posoki.

Szybko zbiegł po kilku stopniach na podwórko kuźni i, nie odpowiadając na ukłon doktora, który był domowym lekarzem rodziny Bohumów, zdołał tylko wykrztusić:

– Mój brat nie żyje? Co to znaczy? Co to za potworna zagadka?

– Potworna istotnie, ale nie bardzo zagadkowa – odpowiedział po chwili szewc, najbardziej szczery wśród obecnych.

– Jak to? Nie rozumiem! – zawołał pastor, blednąc jak chusta.

– Sprawa całkiem prosta – wyjaśnił ateista. – Tylko jeden człowiek w okolicy mógł zadać taki cios i on właśnie miał powód, żeby go zadać.

– Nie wolno nic z góry przesądzać – wtrącił nerwowo doktor, wysoki jegomość z czarną brodą. – Jednak, panie pastorze, śmiało mogę potwierdzić zdanie pana Gibbsa odnośnie do ciosu. Istotnie, był to cios przerażający. Pan Gibbs twierdzi, że na takie uderzenie mógłby się zdobyć tylko jeden człowiek w naszej okolicy. Ja natomiast twierdzę, że nikt nie potrafiłby tak uderzyć.

– Jak to nikt? Nie rozumiem – szepnął pastor, a dreszcz przesądnej grozy wstrząsnął jego szczupłymi ramionami.

– Panie pastorze – podjął lekarz zdławionym głosem – naprawdę brak mi właściwego porównania. Nie wystarczy powiedzieć, że czaszka została rozbita niby skorupka jajka. Okruchy kości ugrzęzły w ciele i w ziemi jak kule w glinianym wale. Cios zadało ramię olbrzyma. – Umilkł na moment i posępnie spojrzał znad okularów. – Wynika z tego jedna niewątpliwa korzyść. Prawie każdy będzie natychmiast oczyszczony z podejrzeń. Jeżeli pan lub ja, lub jakikolwiek normalnie zbudowany mężczyzna zostanie oskarżony, będziemy go musieli uniewinnić, bo nie mógł popełnić tej zbrodni, podobnie jak dziecko nie mogłoby ukraść kolumny Nelsona.

– Zgadza się – wtrącił uparty szewc-ateista. – Tylko jeden człowiek mógł to zrobić i miał po temu powód. Gdzie jest kowal, Simeon Barnes?

– W… w Greenford – wyjąkał pastor.

– Może raczej we Francji? – mruknął zawzięty Gibbs.

– Ani w Greenford, ani we Francji – wtrącił spokojnie ksiądz katolicki, który w tej chwili przyłączył się do zajętej rozmową grupki. – Oto nadchodzi drogą.

Przysadzisty księżulo miał okrągłą, pospolitą twarz i szczeciniaste ciemne włosy, nie był więc osobistością godną szczególnej uwagi. Gdyby jednak odznaczał się urodą Apolla, i tak nikt nie przyglądałby mu się w tej chwili. Wszystkie głowy obróciły się w stronę grzbietu wzgórz i wijącej się zboczem dróżki, którą istotnie nadchodził kowal z młotem na ramieniu. Był to kościsty olbrzym o głęboko osadzonych ponurych oczach i krótko przystrzyżonej ciemnej brodzie. Idąc, rozmawiał spokojnie z dwoma towarzyszącymi mu ludźmi, i jak na człowieka o niezbyt pogodnym usposobieniu, wydawał się w niezłym humorze.

– Jak Boga kocham! – zawołał szewc-ateista. – Ma nawet młot, którym to zrobił.

– Nie – inspektor policji, poważny jegomość o płowych wąsach, zabrał głos po raz pierwszy. – Młot, którym to zrobił, leży tam, pod kościelnym murem. Nie ruszaliśmy z miejsca zwłok ani narzędzi zbrodni.

Wszyscy obejrzeli się znowu, a ojciec Brown postąpił kilka kroków i bez słowa począł przyglądać się owemu narzędziu zbrodni. Był to młot albo raczej młotek bardzo mały i lekki, a wyróżniał się tym, że jego żelazną głowicę plamiła krew i kępki jasnych włosów.

Krępy ksiądz milczał przez chwilę. Potem, nie podnosząc oczu, powiedział nieco zmienionym tonem:

– Pan Gibbs myli się, twierdząc, że nie ma tu zagadki. Jest co najmniej jedna: dlaczego wyjątkowo silny mężczyzna wybrał tak mały młotek, żeby zadać tak potężny cios?

– To nie ma nic do rzeczy! – obruszył się rozgorączkowany Gibbs. – No i co teraz zrobimy z Barnesem?

– Chyba nic – podjął ojciec Brown. – Przecież idzie tu z własnej woli. Dobrze znam jego towarzyszy. To bardzo przyzwoici ludzie z Greenford. Na pewno wybrali się tutaj w sprawach kaplicy prezbiteriańskiej.

Tymczasem barczysty kowal okrążył węgieł kościoła i wszedł na własne podwórko, gdzie stanął zaraz jak wryty i wypuścił młot z ręki. W tej chwili zbliżył się doń inspektor, poprawny w każdym ruchu i słowie.

– Panie Barnes – przemówił – muszę zadać pytanie, czy wiadomo panu coś o wydarzeniach, które tutaj zaszły. Wolno panu nie odpowiadać. Mam nadzieję, że nic pan nie wie i potrafi pan to udowodnić. Nie mogę jednak uniknąć przewidzianej prawem formalności i aresztuję pana w imieniu króla pod zarzutem zamordowania pułkownika Normana Bohuma.

– Pewnie, że wolno ci nie odpowiadać! – krzyknął coraz bardziej podniecony szewc-ateista. – Wszystkiego jeszcze trzeba dowieść. Nikt nie udowodnił nawet, że to pułkownik Bohum. Przecież głowę ma rozbitą na drzazgi!

– No, to się udowodni – powiedział lekarz stojący obok księdza Browna. – Nie mamy do czynienia z powieścią kryminalną. Byłem domowym lekarzem pułkownika, więc jego ciało znam lepiej niż on sam. Nieboszczyk miał dłonie bardzo piękne, ale charakterystyczne. Wskazujące i serdeczne palce były jednakowej długości. Stwierdzam, że to pułkownik Norman Bohum. – Spojrzał na leżącego na ziemi trupa z roztrzaskaną czaszką, a stalowe oczy kowala zwróciły się w tym samym kierunku.

– Pułkownik Bohum nie żyje? – spytał spokojnie Simeon Barnes. – W takim razie jest potępiony.

– Nic nie gadaj! Tylko nic nie gadaj! – zawołał Gibbs, dając wyraz uznania dla angielskiej procedury prawnej, gdyż jak przystało ateiście, był zagorzałym legalistą.

Kowal zwrócił ku niemu skupioną twarz fanatyka.

– Dobrze wam, niedowiarki, kryć się jak lisy w norach tylko dlatego, że prawo ziemskie bierze was w obronę. Wszelako Bóg ustanowił własne prawa, o czym przekonacie się jeszcze dzisiaj – powiedział i wskazując rozciągnięte na ziemi zwłoki, zapytał: – Kiedy ten pies umarł w grzechu?

– Mógłby pan wyrażać się uprzejmiej! Cóż to za język? – obruszył się lekarz.

– Język Biblii – powiedział Barnes. – Zmieńcie go, a i ja zacznę wyrażać się uprzejmiej. Kiedy on umarł?

– O szóstej rano widziałem go żywym – bąknął niewyraźnie Wilfred Bohum.

– Bóg jest miłosierny – podjął kowal. – Panie inspektorze, nie mam nic przeciwko aresztowaniu, ale nie wiem, czy pan zechce mnie aresztować. Ja chętnie wyjdę z sądu bez plamy na honorze, ale panu omyłka może pokrzyżować karierę.

Poważny inspektor pierwszy raz spojrzał na Barnesa. Wszyscy zrobili to samo, tylko niepozorny ksiądz katolicki przypatrywał się nadal małemu młotkowi, którym zadano miażdżący cios.

– Za kuźnią stoją znani wam wszystkim dwaj solidni rzemieślnicy z Greenford – ciągnął dobitnie Simeon Barnes. – Obydwaj mogą przysiąc, że od północy do świtu, a nawet znacznie dłużej widzieli mnie w sali zebrań naszej Misji Odrodzenia Moralnego, gdzie dla zbawienia dusz własnych i cudzych odbywaliśmy całonocne posiedzenie. To samo zezna pod przysięgą co najmniej dwudziestu mieszkańców Greenford. Gdybym był poganinem, panie inspektorze, pozwoliłbym panu swobodnie kroczyć ku katastrofie. Atoli jako dobry chrześcijanin uważam za swój obowiązek dać panu szansę ocalenia, pytam więc, czy zechce pan wysłuchać mojego alibi teraz, czy w sądzie?

– Naturalnie, panie Barnes, naturalnie – odparł zmieszany nieco inspektor. – Z przyjemnością oczyszczę pana z zarzutu niezwłocznie.

Kowal opuścił swoje podwórko śmiałym, posuwistym krokiem i wnet wrócił z przyjaciółmi, dobrze znanymi wszystkim obecnym. Jeden i drugi w kilku słowach, w które nikt nie miał ochoty wątpić, wyjaśnił sprawę, a gdy mówili, niewinność kowala zarysowała się mocno i wyraźnie jak strzelający w niebo kościół. Na chwilę zapanowało milczenie, bardziej przytłaczające niż jakakolwiek mowa. Wreszcie pastor zwrócił się do katolickiego księdza:

– Bardzo księdza ciekawi ten młotek – powiedział niepewnie, aby nawiązać konwersację.

– A ciekawi, ciekawi – przyznał ojciec Brown. – Głowię się, czemu jest taki mały.

Doktor odwrócił się na pięcie.

– Do licha! – zawołał. – Słusznie! – Kto mógł wybrać mały młotek, mając pod ręką dziesięć większych? – Następnie zniżył głos i pochylił się do ucha proboszcza. – Tylko ktoś, kto nie potrafił dźwignąć większego ciężaru. Różnica pomiędzy jedną płcią a drugą nie polega na sile ducha lub odwadze. Chodzi o to, ile podniesie w ręku kobieta, ile mężczyzna. Dzielna niewiasta popełni bez skrzywienia dziesięć morderstw, posługując się lekkim młotkiem. Ale ciężkim młotem nie zdoła zabić nawet karalucha.

Wilfred Bohum wpatrywał się w lekarza, jak gdyby urzeczony grozą. Ksiądz Brown przechylił głowę na bok i z uwagą słuchał interesujących wywodów. Doktor ożywiał się, ciągnąc z coraz to większym zapałem:

– Utarł się idiotyczny pogląd, że kochanka żony nienawidzi tylko jedna osoba: jej mąż. Ale w dziewięciu wypadkach na dziesięć kochanka żony nienawidzi najgoręcej sama żona. Komu wiadomo, jak wielu zniewag i oszustw padła ofiarą? O, proszę spojrzeć!

Patetycznym gestem wskazał rudowłosą kobietę na ławce. Podniosła wreszcie głowę, a łzy wysychały powoli na jej urodziwej twarzy. Wzrokiem przywarła do leżącego na podwórku trupa. Wyraz jej błyszczących nieruchomych oczu graniczył z szaleństwem.

Wielebny Wilfred Bohum zatrzepotał przed sobą rękami, jak gdyby dając znać, że niczego więcej nie chce się dowiedzieć. Ojciec Brown strzepnął z rękawa jakiś pyłek i odezwał się spokojnym, matowym głosem:

– Jaki pan podobny do innych lekarzy… Logika nie pozostawia nic do życzenia. Jest przekonywająca. Szwankuje natomiast znajomość praw fizyki. Kobieta może pragnąć śmierci współwinnego bardziej niż pokrzywdzony. Zgadzam się bez zastrzeżeń. Zgadzam się również, że kobieta sięgnie zawsze po mały młotek. Ale tym razem w grę wchodzi fizyczna niemożliwość. Nie ma pod słońcem kobiety, która mogłaby tak zgruchotać ludzki czerep. – Zamyślił się na moment i dodał refleksyjnym tonem: – Panowie nie ogarniają całości zagadnienia. Nieboszczyk miał na głowie żelazny hełm, który rozprysnął się jak szkło. Spójrzcie na tę kobietę. Spójrzcie na jej ramiona.

Znowu zapanowała cisza. Po chwili doktor mruknął posępnie:

– Mogę się mylić. Przeciwko każdemu argumentowi istnieje kontrargument. Obstaję jednak przy zasadniczej kwestii. Tylko idiota mógł wybrać lekki młotek, mając do dyspozycji inne, cięższe.

W tej chwili Wilfred Bohum podniósł szczupłe, dygocące dłonie do skroni i wczepił palce w rzadkie jasne włosy. Potem ręce opadły mu bezwładnie.

– Mam słowo! Słowo, którego mi brakowało! – zawołał. – Pan je wymówił, doktorze! – opanował się z trudem i ciągnął spokojniejszym tonem: – Powiedział pan: „Tylko idiota mógł wybrać lekki młotek”.

– Tak – przyznał lekarz. – I co z tego?

– Co z tego? – powtórzył pastor. – I właśnie idiota tak postąpił – wszyscy spojrzeli na niego, on zaś podjął z histerycznym ożywieniem: – Jestem kapłanem… Tak, kapłanem, a kapłan nie powinien przelewać krwi bliźniego… To jest, chciałem powiedzieć, nie wolno mu wysyłać nikogo na szubienicę. Dziękuję Bogu, że w tej chwili widzę wyraźnie mordercę, bo to morderca, który nie może zawisnąć na szubienicy.

– Czy dlatego, że pastor go nie oskarży? – zapytał doktor.

– Nie będzie powieszony, chociaż go nawet oskarżę – odparł Wilfred ze smutnym, choć dziwnie promiennym uśmiechem. – Dziś rano, gdy wszedłem do kościoła, zastałem na modlitwie tego obłąkańca, Joego, biedaka cierpiącego przez całe swe życie. Bogu tylko wiadomo, o co się modlił, ale wolno się chyba spodziewać, że pacierze takich ludzi mogą być całkiem opaczne. Szaleńca stać na odprawianie modłów przed zamordowaniem człowieka. Joe wyszedł z kościoła. Ostatni raz widziałem go z moim bratem. Brat drwił z niego. Drażnił biedaka!

– U diaska! – wybuchnął doktor. – Jest w tym coś! Ale jak pan wytłumaczy…

Wielebny Wilfred Bohum drżał z podniecenia, olśniony nagłym odkryciem prawdy.

– Nie widzi pan? Nie widzi jasno – zawołał gorączkowo – że tylko ta teoria rozwiewa wątpliwości i daje odpowiedź na obie zagadki? Chodzi o mały młotek i potężny cios. Kowal mógł zadać potężny cios, ale na pewno nie wybrałby małego młotka. Jego żona wybrałaby mały młotek, ale na pewno nie mogła uderzyć z taką siłą. A szaleniec? Szaleniec zrobił jedno i drugie. Dlaczego sięgnął po lekki młotek? Bo jako obłąkany mógł sięgnąć po wszystko. A potężny cios? Słyszał pan chyba, doktorze, że umysłowo chory w napadzie furii potrafi być silny jak dziesięciu normalnych mężczyzn.

– Do licha! – lekarz odetchnął głęboko. – Zdaje mi się, że pan trafił w sedno.

Kiedy Wilfred Bohum mówił, ojciec Brown obserwował go bacznie i uważnie, dając dowód, że jego wielkie, szare, podobne do wołowych, oczy nie są tak pozbawione wyrazu jak reszta twarzy. Kiedy zaś nastała cisza, odezwał się tonem pełnym uszanowania:

– Pastorze Bohum, ze wszystkich wysuniętych dotychczas hipotez jedynie pańska ma ręce i nogi i jest trudna do obalenia. Wobec tego uważam za swój obowiązek poinformowanie pana, że to hipoteza błędna, o czym wiadomo mi niezawodnie.

Z tymi słowy niepokaźny księżulo odwrócił się i znowu począł gapić się na młotek.

– Facet wie bodaj więcej, niż się nam zdaje – szepnął z przekąsem lekarz do ucha pastora. – Katoliccy księża są diabelnie chytrzy.

– Nie… nie… – odrzekł Bohum tonem ostatecznego wyczerpania. – Zbrodniarzem jest szaleniec… Tylko szaleniec…

W czasie poprzedniej rozmowy dwaj duchowni i lekarz odsunęli się nieco od bardziej urzędowej grupki złożonej z policjanta i człowieka aresztowanego pod zarzutem morderstwa. Obecnie, gdy sami umilkli, dobrze słyszeli głosy tamtych. Ojciec Brown podniósł wzrok i wnet spuścił znowu, gdy uszu jego dobiegł tubalny głos kowala:

– No, chyba przekonałem pana inspektora? Silny ze mnie chłop. Racja! Ale nie potrafię dorzucić młotkiem z Greenford tutaj. Mój młotek nie ma skrzydeł. Nie przeleci pół mili nad polami i łąkami.

– Nie! Nie przeleci! – inspektor roześmiał się życzliwie. – Moim zdaniem jest pan całkiem niewinny, chociaż jak żyję nie słyszałem o tak dziwnym zbiegu okoliczności. Mogę tylko prosić pana o pomoc przy znalezieniu chłopa równie wielkiego i silnego jak pan! Na Boga! Przyda się pan, choćby po to, żeby przytrzymać winnego. No i co? Niczego się pan nie domyśla?

– Może się i domyślam – odparł Simeon Barnes – ale nie podejrzewam żadnego silnego chłopa… Ani baby – dodał, kładąc ogromną łapę na ramieniu żony, którą policjant objął podejrzliwym spojrzeniem.

– Nic nie rozumiem – podjął żartobliwie inspektor. – Chyba nie powie pan, że krowa mogła użyć młotka?

– Tego młotka nie podniosła istota z krwi i ciała. Takie jest moje zdanie – odparł poważnie kowal. – Rozumując kategoriami ziemskimi, grzesznik umarł sam.

Wilfred postąpił krok naprzód i przywarł do kowala płomiennym wzrokiem.

– Chcesz nam wmówić, Barnes – syknął szewc-ateista – że młotek sam pofrunął w górę i wylądował na głowie pułkownika?

– O, wolno wam, panowie, gapić się na mnie i pokpiwać – zawołał Simeon Barnes. – Wolno nawet duchownym, co w niedzielę opowiadają parafianom, jak w grobowej ciszy Pan zmiażdżył Sennacheriba. Ale ja wierzę głęboko, iż Ten, który potrafi wkroczyć do każdego domu, wystąpił w obronie mojego honoru i poraził złoczyńcę przed progiem. Wierzę głęboko, iż ciosowi młota moc dała siła nie inna niż ta, która rodzi trzęsienia ziemi.

– Sam ostrzegałem dziś Normana przed gromem z jasnego nieba – powiedział pastor dziwnie zmienionym głosem.

– Ten czynnik nie podlega mojej jurysdykcji – uśmiechnął się lekko policjant.

– Ale pan podlega Bożej jurysdykcji. Proszę o tym pamiętać – burknął kowal i odwróciwszy się na pięcie, zniknął za drzwiami swojego domu.

Ojciec Brown odprowadził na bok przygnębionego i wstrząśniętego Wilfreda.

– Pastorze – zaczął spokojnym, przyjaznym tonem – chodźmy z tego okropnego miejsca. Pozwoli pan zajrzeć do kościoła? Słyszałem, że należy on do najstarszych w Anglii. Rozumie pan – dodał z pocieszną miną – nas, katolików, interesują stare angielskie kościoły.

Wilfred Bohum nie uśmiechnął się, gdyż był pozbawiony poczucia humoru, lecz przystał skwapliwie na propozycję księdza Browna. Był gotów objaśnić piękno gotyku komuś usposobionemu przychylniej niż kowal-purytanin lub szewc-ateista.

– Oczywiście. Bardzo proszę. Chodźmy do kościoła – powiedział i szybko wszedł na schody wiodące do bocznego wejścia.

Ojciec Brown zdążył postawić nogę na pierwszym stoppniu, gdy poczuł na ramieniu czyjąś rękę. Odwrócił się i zobaczył za sobą czarną, szczupłą sylwetkę doktora i jego twarz wykrzywioną podejrzliwym grymasem.

– Za pozwoleniem – szepnął ostro lekarz. – Wydaje mi się, że zna pan tajemnicę tej ciemnej sprawy. Czy chce ją pan zachować dla siebie?

– Drogi doktorze – odparł duchowny z pogodnym uśmiechem. – Trudno się chyba dziwić, że człowiek mojego powołania chce zachować przy sobie tajemnicę, której nie jest pewien. Przecież codziennym naszym obowiązkiem jest strzeżenie tajemnic zupełnie niewątpliwych. Jeżeli jednak sądzi pan, że moje milczenie uchybia panu lub komukolwiek innemu, gotów jestem posunąć się najdalej, jak to możliwe. Dam panu dwie wyraźne wskazówki.

– Słucham – mruknął posępnie doktor.

– Po pierwsze – podjął rzeczowo ksiądz Brown – tajemnica należy do pańskiej dziedziny. Chodzi jedynie o znajomość fizyki. Kowal myli się nie w tym zapewne, że cios uważa za boski, lecz w tym, że przypisuje go cudowi. Cud, doktorze, działał tu tylko o tyle, o ile cudem jest sam człowiek, istota obdarzona sercem dziwacznym i grzesznym, a mimo to na poły bohaterskim. Czaszkę pułkownika Bohuma strzaskała siła doskonale znana nauce, jedno z najpospolitszych praw natury.

– A druga wskazówka? – zapytał z posępną miną lekarz, pilnie obserwujący duchownego.

– Druga wskazówka, doktorze? Przypomina pan sobie, co mówił kowal? Wierzy wprawdzie w cud, ale z pogardą odrzuca czarnoksięską bajkę o skrzydlatym młocie, który mógłby przelecieć pół mili nad polami i łąkami.

– Tak. Przypominam sobie.

– Otóż nic z tego, co dzisiaj powiedziano, nie jest bliższe prawdy niż ta właśnie czarnoksięska bajka – rzucił ojciec Brown z jasnym uśmiechem i odwróciwszy się, wszedł szybko na schody.

We drzwiach czekał na niego wielebny Wilfred Bohum, zdenerwowany i roztrzęsiony, jak gdyby ostatnia krótka zwłoka była kroplą przepełniającą czarę jego wytrzymałości. Niezwłocznie poprowadził gościa do swojego ulubionego zakątka na chórze, gdzie pod niskim rzeźbionym sklepieniem stała ławka oświetlona blaskiem pięknego witraża z aniołem. Przysadzisty księżulo uważnie wszystko oglądał i przez cały czas mówił żywo, chociaż głosem przyciszonym. Chodził tu i ówdzie, aż wreszcie znalazł boczne wyjście z chóru i wąskie kręte schody, którymi tak niedawno pastor zbiegł, aby zobaczyć zwłoki brata. Ojciec Brown śpiesznie przekroczył próg tych drzwi, lecz zamiast pójść w dół, wspiął się zwinnie na wydeptane stopnie wiodące w górę. Po chwili jego spokojny głos odezwał się z wieży:

– Niech pan tu pozwoli, pastorze. Świeże powietrze dobrze panu zrobi.

Bohum posłuchał wezwania i wnet stanął na zewnętrznej galerii czy balkonie, skąd roztaczał się widok na bezkresną równinę upstrzoną wioskami i zagrodami i ciemny las na purpurowym widnokręgu. W dole rysował się wyraźnie mały prostokąt podwórka kuźni, gdzie inspektor robił jakieś pomiary, a trup leżał pośrodku niby zgnieciona mucha.

– Przypomina to mapę świata, prawda? – zapytał ksiądz Brown.

– Tak – przyznał pastor i poważnie skinął głową.

Bezpośrednio u swych stóp i w zasięgu ręki widzieli linie gotyckiej budowli, spadające w próżnię ze straszliwą szybkością samobójczego skoku. Średniowieczna architektura ma w sobie dziwną tytaniczną siłę i oglądana z jakiego bądź miejsca sprawia wrażenie cwałującego w popłochu rozszalałego rumaka. Kościół w Bohum Beacon był wyciosany z sędziwego, ciemnego kamienia, brodaty od wiekowych mchów i usiany gniazdami ptactwa. Mimo to widziany z dołu sprawiał wrażenie tryskającej w niebo fontanny, z góry zaś przypominał wodospad, co toczy się w głuchą otchłań. Dwaj ludzie na strzelistej wieży znaleźli się sam na sam z przerażającą grozą gotyku. Mieli wokół siebie potworne skróty i dysproporcje, olśniewające perspektywy, obrazy wielkich rzeczy, które wydają się małe, i małych, które wydają się wielkie. Mieli wokół siebie zdumiewające powietrzne szaleństwo z kamienia. Szczegóły architektoniczne, olbrzymie dzięki bliskości, rysowały się na tle zabudowań i karłowatych pól w oddali. Rzeźbiony ptak czy zwierz na rynnie był jak gdyby ziemskim lub napowietrznym smokiem, który pustoszy okolicę ciągnącą się w dole. Cała atmosfera była niepokojąca, groźna. Zdawać się mogło, że ludzie zawiśli w przestrzeni między rozpostartymi skrzydłami latającego olbrzyma, a kościół, strzelisty i wspaniały niby katedra, jest ciemną chmurą nad zalaną słonecznym blaskiem płaszczyzną.

– Wydaje mi się, że niebezpiecznie jest stawać na tak wspaniałych miejscach – powiedział ojciec Brown – nawet dla odprawiania modłów. Szczyty są po to, by patrzeć na nie z dołu, nie po to, by z nich spoglądać w dół.

– Czy sądzi ksiądz, że człowiek może upaść? – zapytał pastor.

– Tak. Człowiek może upaść. Jeżeli nawet nie cieleśnie, to duchowo – brzmiała odpowiedź.

– Niezupełnie rozumiem – bąknął Wilfred Bohum.

– Weźmy na przykład kowala – podjął beznamiętnie ojciec Brown. – To przyzwoity człowiek, ale bynajmniej nie chrześcijanin. Surowy, władczy, mściwy. Cóż, jego religię stworzyli ludzie, którzy modlili się na wzgórzach i skalnych urwiskach. Nauczyli się spoglądać z góry na świat, nie z dołu w niebo. Rozumie pan? Pokora jest matką olbrzymów. Człowiek widzi z doliny rzeczy wielkie, ale z górskiego szczytu tylko małe.

– Ale Barnes… Barnes nie… nie zabił mojego brata – wyjąkał pastor.

– Nie. My dwaj najlepiej wiemy, że nie on to zrobił – odparł ksiądz Brown szczególnym tonem, wodząc po równinie spojrzeniem jasnoszarych oczu. – Znałem kogoś, kto zrazu modlił się przed ołtarzem wraz z innymi, lecz po niejakim czasie polubił miejsca ustronne, wyniosłe: zakątki i wnęki na chórze lub dzwonnicy. Zdawało mu się, że tam lepiej odmawiać pacierze. Na takiej właśnie wyniosłości, z której świat zdaje się obracać jak koło, człowiekowi temu zawróciło się raz w głowie. Wyobraził sobie, że jest Bogiem, i chociaż był dobry i sprawiedliwy, popełnił straszną zbrodnię.

Wilfred Bohum miał twarz odwróconą, lecz jego ręce, kurczowo ściskając kamienną balustradę, pobladły i zsiniały.

– Ten człowiek myślał, że przypadło mu w udziale prawo sądzenia świata i karania grzeszników. Nigdy nie wpadłby na taki pomysł, gdyby klęczał pośród bliźnich na kościelnej posadzce. Ale z góry ludzie wydawali mu się mali niby owady… Jeden pełzał tuż pod nim: ohydny, natarczywy, dobrze widoczny dzięki zielonemu nakryciu głowy – niebezpieczny, jadowity owad…

Gawrony zakrakały na dachu dzwonnicy, lecz żaden inny dźwięk nie zakłócał ciszy. Wreszcie ksiądz Brown zaczął znowu mówić:

– Pokusa była silna, gdyż ów człowiek władał jedną z najgroźniejszych sił przyrody. Mam na myśli siłę ciążenia, ów szaleńczy, coraz szybszy pęd wszystkich tworów ziemi, które, puszczone swobodnie, dążą do jej serca. Proszę spojrzeć. Inspektor drepce pod nami przez podwórko kuźni. Gdybym upuścił kamyk, kamyk ten ugodziłby go z siłą kuli karabinowej. Gdybym natomiast upuścił młot… chociażby mały młotek…

Wilfred przerzucił jedną nogę przez balustradę, lecz w tej chwili ojciec Brown chwycił go za kołnierz.

– Nie tędy, pastorze – szepnął. – To droga prosto do piekła.

Bohum cofnął się. Drżąc, stanął oparty plecami o mur. Przerażonym wzrokiem wpatrywał się w przysadzistego księdza.

– Skąd ksiądz wie o tym wszystkim? – zawołał.

– Jestem tylko człowiekiem, w piersi więc mojej mieszka tłum szatanów. Proszę posłuchać. Wiem o wszystkim, co pan zrobił, a w każdym razie domyślam się prawie wszystkiego. Rozstając się z bratem, pałał pan gniewem. Był to gniew słuszny i tak namiętny, że chwycił pan mały młotek i omal nie zabił pułkownika w momencie, gdy z ust jego padały jakieś plugawe słowa. Ale pohamował się pan, wsunął młotek pod zapięty surdut i co tchu umknął do kościoła. Jak obłąkany modlił się pan w rozmaitych miejscach: pod anielskim witrażem, na podeście schodów dzwonnicy i jeszcze wyżej, na balkonie, skąd widać było wschodni kask podobny z góry do grzbietu zielonego karalucha. Wówczas coś pękło w pańskiej duszy i wyzwolił pan grom z jasnego nieba.

Pastor podniósł drżącą dłoń do czoła.

– Skąd… skąd ksiądz wie – zapytał zdławionym szeptem – że hełm wyglądał jak zielony karaluch?

– Ach, mówi mi o tym zdrowy rozsądek – odparł ojciec Brown z bladym uśmiechem. – Proszę posłuchać dalej. Wiem wszystko, ale nikt więcej nie musi wiedzieć. Następny krok należy do pana. Ja nic nie zrobię. Uważam, że obowiązuje mnie tajemnica spowiedzi. Jeżeli zapyta pan, dlaczego, odpowiem, iż powodów jest wiele, lecz tylko jeden dotyczy pańskiej osoby. Decyzję pozostawiam panu, gdyż na drodze zła nie posunął się pan aż tak daleko, jak mógłby się posunąć niejeden zabójca. Nie starał się pan obciążyć winą kowala ani jego żony, chociaż jedno i drugie było łatwe. Próbował pan skierować podejrzenie na obłąkanego, który oczywiście nie mógłby ponieść niezasłużonej kary. Rozumie pan, pastorze, obowiązkiem moim jest dostrzeganie takich promyków światła nawet w duszach zabójców. A teraz chodźmy do wioski. Ma pan otwartą drogę, jak wiatr, bo ja wyrzekłem już ostatnie słowo.

W milczeniu schodzili krętymi schodami, aby po chwili stanąć w promieniach słońcach niedaleko kuźni.

Wilfred Bohum spokojnie odsunął rygiel drewnianej furtki podwórka i zbliżając się do inspektora, powiedział:

– Oddaję się w ręce sprawiedliwości. To ja zabiłem brata.

Przekład: Tadeusz Jan Dehnel

Ciąg dalszy w wersji pełnej