Ojciec '44 - Jerzy Ciszewski - ebook
Opis

Odkryj niebezpieczny świat walczącej Warszawy

Jerzy Ciszewski, pseudonim „Motz”, był jedną z najbardziej znanych i barwnych postaci walczących w powstaniu warszawskim. Ojciec ‘44 to napisana soczystym językiem powieść sensacyjna, która z każdą stroną coraz bardziej wciąga czytelnika w bezlitosny i okrutny świat drugiej wojny światowej.

Powstanie nie zostało tu ukazane w sposób jednowymiarowy. Autor, syn głównego bohatera, opisał je raczej jako działanie pełne nadziei, od którego nie ma odwrotu, podjęte mimo świadomości, że nie może zakończyć się sukcesem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 270

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja

Milena Schefs

Projekt okładki

Pola Raplewicz & Daniel Rusiłowicz RM Projekt

Za zgodą autora na okładce wykorzystano fragment obrazu Davida Pataraia namalowanego na podstawie zdjęcia Jerzego Ciszewskiego z lat 40.

Zdjęcia

© Everett Historical / Shutterstock

© Ollyy / Shutterstock

Konsultacja bronioznawcza

Michał Mackiewicz

Korekta

Igor Mazur (opracowanie mapy)

Maciej Korbasiński

Redaktor prowadzący

Anna Brzezińska

Text copyright © by Jerzy Ciszewski 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-345-5

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawawww.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: [email protected] Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: [email protected] Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: [email protected]

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Waterman

Niezapowiedziane uderzenie spadło na jego potylicę. I kolejne. Wymierzone spokojną, profesjonalną i bardzo silną pięścią. Głowa jak podkręcona kula bilardowa odskoczyła gdzieś w bok. Szyja, ramiona i cały tors poleciały za nią bezwładnie.

Od kilku godzin siedział przywiązany skórzanymi pasami na sprzączki do solidnego krzesła. Ręce do podłokietników; łydki do drewnianych nóg; brzuch do oparcia. Stopy ledwie dotykały brudnej podłogi. Było na niej dużo ciemnych plam i plamek, śladów krwi różnych ludzi: kobiet, mężczyzn… Dzieci pewnie też tu katowali.

Bili go. To takie miejsce, gdzie wszystkich leje się bezkarnie. Na wszystkich się krzyczy, wszystkich poniża, wszystkim syczy w uszy groźby i szantaże, a także daje propozycje: pierwszą i ostatnią szansę. Każdego są w stanie tu złamać. A jak ktoś nie chce się poddać, można go zabić.

Dusza wysuwała się z jego zmaltretowanego ciała. Stawała spokojnie obok, niczym turysta, który znalazł się przypadkiem w nowym dla siebie miejscu i rozgląda się dookoła. Przeczekiwała.

Kiedyś, jeszcze w czasie powstania, Jerzy i dusza wspólnie doszli do wniosku, że to jedyny sposób, by bezboleśnie znosić bicie i tortury. Bezboleśnie oczywiście dla duszy, bo bieżące doświadczenia ciała to całkiem inna bajka.

Ciszewski myślał o graniach w Tatrach, które będzie kiedyś pokonywał w nieśmiałym, wiosennym słońcu, wdychając ostre i zimne powietrze do płuc. O falach zimnego Bałtyku niosących go na swoich białych grzbietach, gdy będzie płynął, ostro pracując ramionami. O czasie, kiedy dusza przebywa w ciele, a ciało każdą komórką należy do otaczającej przyrody.

Teraz dusza widziała pokój. Trochę nijaki, nieco smutny, anonimowy i z pewnością bardzo niebezpieczny dla wszystkich gości. Na białym lekarskim parapecie stała paproć w brzydkiej doniczce, z brązowymi końcówkami liści. Wyglądała na przypadkową roślinę, o którą nikt nie dba; pomysł, aby czasami przetrzeć jej listki wilgotną szmatką, nikomu nie przyszedł do głowy. Obok ustawiono obtłuczoną na brzegach, emaliowaną popielniczkę z reklamowym napisem „Radion sam pierze”. Wysypywały się z niej obrzydliwe niedopałki. Z perspektywy oparcia krzesła i spuchniętej powieki Jerzy dostrzegł czerwoną obwódkę na jednym z nich. Karminowa szminka – jedyny ludzki odcisk w śmietnisku cuchnących niedopałków. Czerwony ślad – to pewnie jakaś blondyna z wymaganiami. Papieros? Na trzysta procent elegancki i drogi belweder. Fajki sprzedawane w tekturowych pudełeczkach, udających papierośnicę. Obwoluta miękka w dotyku, przyjemna dla przyszłych nikotynistów. Smak tytoniu również niczego sobie. I jeszcze brązowawy niedopałek… Jak nic camel, jeszcze ze zrzutów albo z Unry, z lądowania na Sycylii, a może spod Bramy Brandenburskiej. Mocny papieros bez filtra. Camele to rzadkość nawet na czarnym rynku. Takich trzeba było szukać na Bazarze Różyckiego, w szatniach drogich nocnych knajp, w kieszeni bogatego prywaciarza. Z pewnością palili je najwyżsi reprezentanci nowej władzy. Właściwie o tej popielniczce można by napisać rozprawkę socjologiczną, rentgenowskie zdjęcie nowego, budowanego od podstaw, socjalistycznego społeczeństwa.

Belwedera mogła muskać ustami pani pułkownikowa – żona lub kochanka oficera. On to oczywiście weteran spod Lenino, który przeszedł szlak bojowy do Berlina. Wynagrodzony przez nową władzę. Chcieli ją pewnie zwerbować, by nadawała na męża. Powiedzieli: „Dajesz mu dupy i pilnie notujesz, co mówi o pracy w sztabie, manewrach i kolegach z wojska. Chcemy wiedzieć, czy ma jakieś wątpliwości! Musimy wiedzieć, czy on wierzy!”.

Camele palił zapewne inżynier, dorabiający się majątku na grzebieniach z celuloidu, produkcji musztardy, handlu mięsem albo wódką. Taki inżynier z obrzydzeniem wypluty przez nową władzę na społeczny margines. Z pewnością był ważnym informatorem. Musiał przecież wiedzieć, co się dzieje na rynku: kto się nagle w Warszawie wzbogacił, kto gra na pieniądze w pokera albo może szykuje skok na bank. Musiał słyszeć o takich czy innych inicjatywach. Oczywiste, że chcieli zdobyć tę wiedzę.

Resztę popielnicy wypełniał zwykły syf, góra ruskich biełomorów. Brudnawe, oślizłe, z daleka śmierdzące szambem. To najgorszy z możliwych gatunków tytoniu, jakiś socjalistyczny racjonalizator zmieszał chyba tytoń z przydrożną lebiodą i guanem kury. Białe tutki z tektury ze śladami śliny, przygryzione zębami. „Zanim skończysz jednego, odbierze ci ducha walki” – żartowano na mieście. Klasyczny ruski syf. Ubecy podobnie jak wódkę dostawali je w tygodniowych przydziałach.

Dusza przypomniała ciału, co to za miejsce… To pokój przesłuchań numer pięć w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Za oknem rozpościerała się Warszawa, znękana wojną i udręczona nowym porządkiem. Adres: ulica Koszykowa 2, niedaleko zaułka Świętej Teresy.

Jerzy miewał oczywiście problemy z wiarą. Tłumaczył sobie, że Teresa nie mogła być święta. Gdyby była, nie siedziałby przywiązany do krzesła stojącego pośrodku pokoju przesłuchań. Nie byłoby takiego ministerstwa ani trzeciego wydziału do walki z podziemiem zbrojnym. Nie byłoby komunistów; nie miałby rozbitej twarzy, poszarpanej głowy, potłuczonych ramion, klatki piersiowej, łydek i stóp. Nikt nie okładałby go nawykłymi do tej roboty chłopskimi kłykciami i nie próbował złamać metodycznym biciem: drewnianą pałką, gumowym wężem, stalowym drutem związanym w mocny pęk, siedzeniem godzinami po szyję w lodowatej wodzie.

Nie byłoby również wojny światowej ani powstania warszawskiego.

Wówczas Jurek Ciszewski litrami piłby szampana w Paryżu, na Champs Elysées, lekko znudzony wszechobecną dekadencją i deprawacją. Oglądałby się za tamtejszymi laskami, wyuzdanymi jak cały Paryż. Od czasu do czasu klepnąłby którąś w pośladek. Jako potomek jednej z bogatszych warszawskich rodzin miałby pieniądze i czas, by się bawić.

Niestety, chwilowo miał przed sobą biedną paprotkę na parapecie, wypełnioną popielniczkę, szare ściany, biurko pamiętające jeszcze II Rzeczpospolitą. W centralnej części kadru miał też faceta. Około pięćdziesiątki, szczupłego, nawet nieco żylastego, trzymającego się prosto, jak wojskowi na całym świecie. Co jakiś czas leciutki powiew od okna odrywał mu od spoconej czaszki kosmyk niezdrowych włosów. Ciekawe, zaledwie porucznik?

Facet miał nienaganny mundur, choć widać było, że materiał jest lekko przetarty na łokciach, w okolicach pasa i bioder. Szerokie spodnie były wyjątkowo brzydkie, niedopasowane do figury. Jerzy spojrzał jeszcze raz. Guziki i kołnierzyk z wężykiem zapięte regulaminowo pod szyję mimo wiosennego upału. Na lewym przegubie duży, złoty zegarek. Paznokcie obgryzione. Paluchy grubawe, za paznokciami ciemne smugi.

Najciekawszy był jego nos. Chyba złamany kilka razy, nie trzymał linii prostej. Pobrużdżony, z sinymi dziurami i regularnie przebijającymi się czerwonawymi żyłkami. Z pękatym kartofelkiem nad nozdrzami. Oczywiście w kolorze czerwonym, wpadającym w fiolet.

Wygląd porucznika nie pozostawiał żadnych złudzeń i niedopowiedzeń. Oto klasyczny oficer bezpieczeństwa publicznego. Z wiarą, przekonaniem i oddaniem pilnujący nowego porządku społecznego. Dochodzący do każdej prawdy wedle twardych, komunistycznych standardów. Czujny, bezkompromisowy, przebiegły, uparty, wierny… Taki, który nie zadaje sobie żadnych zbędnych pytań, nie stroni od alkoholu i seksu, choć z tym ostatnim pewnie nie zawsze jest jak trzeba. Jednak zawsze musi się znaleźć jakieś ujście dla tych frustracji, więc porucznik swoją osobistą męskość realizuje za pomocą stosowania przemocy fizycznej. Mówiąc wprost – bardzo lubi bić innych ludzi.

– Towarzyszu, wy wiecie, że my wszystko wiemy. – Stojący za stołem oficer bezpieczeństwa starał się być uprzejmy. Płaski uśmiech, świdrujące oczy, czujne dłonie; nogi gotowe do akcji lekko ugięte w kolanach.

– Ale co wiecie? Skoro ja sam nie wiem, co wiem… i nie wiem, o co wam chodzi? – zaskowyczał Jerzy bezradnie. Odpowiadanie nie miało oczywiście żadnego sensu; w czasie każdego przesłuchania trzeba być bardzo czujnym, odpornym i konsekwentnym. Odpowiadać: „Nie wiem, nie byłem, nie widziałem, nie pamiętam, to nie ja”. Chyba że oficerowie są lepsi w torturowaniu niż Niemcy na Pawiaku…

– Byliście w podziemiu!

Nie pytał; strzelił ślepakiem.

– Wielu było. Pan oficer też…

– Ale nie każdy dostawał… – Porucznik zawiesił głos niczym kanarek na miłosnych łowach. – No właśnie… W partyzantce trzeba było się mocno starać, żeby cokolwiek dali. Choćby chleba i popitkę do chleba. A tu od razu Krzyż Walecznych. Najpierw jeden… a drugi? Proszę bardzo, z Londynu! No bratku, u nas w lesie takich gierojów nie było!

„A jednak. Wyczułem go. Był w lesie. Partyzant z AL albo GL, w sumie jeden pies” – pomyślał Ciszewski.

– Wy tu piszą w kwestionariuszu, że Virtuti Militari jeszcze dodali. Coście takiego zrobili? Może wy jakiś sanacyjny szpion? Byliście w Kedywie? – drążył śledczy.

– Nie. Czytaliście przecież moje papiery, towarzyszu oficerze – odburknął Jerzy ugodowo.

– Tak, tak… ale mamy pewne wątpliwości. – Porucznik podniósł wzrok i dłoń prawej ręki z wyprostowanym łokciem i palcami. Chyba nawet nieznacznie stanął na palcach.

– Masz pan wątpliwości, to idź do mojego naczelnego! On mnie dobrze zna, wszystko wyjaśni. Każdy ma jakiś życiorys. Nie podoba się mój? Pierdolcie się, nie zmienię go, nawet bym nie chciał; nie jesteście tego warci.

– Ja z wami, redaktorze, chciałem grzecznie. – Oficer wstał, wyciągnął z kieszeni kolejnego biełomora. Szczęknęła prosta miedziana zapalniczka ze starego naboju. Zapachniało tłustą naftą. Całe szczęście, zapach paliwa na chwilę zdusił odór biełomora.

Oficer musnął lewą dłonią kieszeń na piersi. Automatycznie dopiął guzik, aby wyglądać zgodnie z regulaminem. Pewnie to jego metoda na zmianę tempa rozmowy. Uzyskanie niby neutralnej i niby przypadkowej chwilki czasu na zadanie kolejnego pytania, a w gruncie rzeczy przygotowanie do ataku z flanki. Stara ubecka metoda. Zresztą wszyscy bezpieczniacy tak robili – Ochrana, Dwójka, Gestapo, Smiersz, UB.

– Ale chyba grzecznie z takimi jak wy to gadać się nie da – zaczął od nowa porucznik.

– Walcie się. Jak macie pytania, to z sensem. A w ogóle… – głos zamarł Jerzemu w gardle. Krótki, szybki jak piorun sierpowy trafił go w prawe ucho. Odbiło go w drugą stronę. Fala dźwiękowa przeszła z dzikim wyciem przez głowę i szyję. Przed oczami widział niebiesko-czerwone fale.

Dusza w tym momencie patrzyła przez okno. Na podwórko. Kierowcy myli samochody należące do Urzędu Bezpieczeństwa. Karoseria musiała być czysta.

– Sami się, kurwa… walcie!

Porucznik wypowiedział to zdanie bardzo powoli i w sumie grzecznie. Zimne oczy stężały mu w granit.

Ciszewski bardzo chciał, ale nie mógł się ruszyć. Bach! Mocny cios padł z drugiej strony. Kolejny, tym razem krótki lewy sierp w ucho. Nieboskłon przed oczami jeszcze pełniejszy, głębszy. Wreszcie zdał sobie sprawę, że jest bezbronny, zdany na łaskę i niełaskę tego człowieka. Nikt przecież nie wiedział, gdzie go szukać. Zresztą w czasach budowania w Polsce socjalizmu wszelkimi dostępnymi metodami nie miało to żadnego znaczenia. Bili, biją i bić będą.

– Koniec, gnoju, z dyplomacją. Z takimi śmieciami nie będziemy się patyczkować.

Oficer wściekłym ruchem wcisnął guzik na biurku. Porcelanowy, biały. Spod bakelitowej osłony wyłaził czerwony kabelek. Obudowa pracowała każdego dnia. Tyle razy go naciskali, że kabelki musiały się z czasem wysunąć. To był znak, że przesłuchiwany jeszcze mocniej dostanie po mordzie.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem. W progu wyrósł nagle kapral KBW. Właściwie nie różnił się niczym od śledczego – podobna bezczelna postawa, podobny mundur i zimne spojrzenie. Żołnierz był nieco wyższy od zwierzchnika, lepiej odżywiony. Miał gęste, ciemne włosy i nos, który dopiero nabierał intensywnych kolorów. Tak przynajmniej wyglądało to z perspektywy więźnia.

Kapral regulaminowo stuknął obcasami i przyłożył w salucie palce do służbowej czapki.

– Obywatelu poruczniku, kapral Janicki melduje się na rozkaz!

Porucznik rzucił:

– Bierz tego śmiecia do naszego pokoiku. Jest rozmowny inaczej. Damy mu nową perspektywę – zarechotał nieprzyjemnym dyszkantem.

Władza ludowa dbała o swoich. Kapral był mocno zbudowany, obżarty słoniną i cebulą. Z pewnością po godzinach urzędowania pomagał swoim w polu. Jedną ręką złapał Jerzego za ramię i zgniótł je w żelaznym uścisku. Uniósł go w górę niczym szczeniaka.

– No, rusz dupsko, dworska gnido! Ty… reakcyjny jebusie – warknął śpiewnie z dużą wprawą i swobodą. Pchnął więźnia w prawo. Ciszewski wcześniej tego nie zauważył, ale w ścianie były drzwi. Wyglądały jak plama. Nieco ciemniejsza plama na zalanej światłem ścianie.

Porucznik otworzył je bezszelestnie, choć były strasznie grube i czymś wyciszone. Jerzy potknął się i wylądował twarzą na podłodze. Zanim oficer zapalił lampę, więzień otrzymał kolejny cios. Kapral kopnął go w krocze. Zabolało. Kiedyś Jerzemu wydawało się, że wojskowe buty są miękkie. Pewnie dlatego, że cholewy tak brzydko zjeżdżały w nich na kostkę. „Marszczy się jak psu chuj!” – mówił w podchorążówce jeden podoficer.

Kapral doprawił kolejny raz, znacznie mocniej. Tym razem celował w brzuch. Nie trafił. Stał pod kątem, więc zawadził o klatkę piersiową. Jerzy poczuł, że w środku coś lekko chrupnęło. Następnie Janicki stanął na dłoni, którą więzień próbował rozdrapać brudne dechy podłogi. Naturalne imadło. Ułamek sekundy później kopniak w żebra prawie odebrał Jerzemu świadomość. Leżał, łapiąc oddech jak karp, którego wyjęli z wody w Wigilię. Wigilia… to było tak dawno, pół roku temu; całe wieki. Szarpnięcie. Kapral Janicki poderwał torturowanego z podłogi.

Ciszewski chwiejnie stanął w pionie. Przed samym nosem miał cementową ścianę. Zamarł. Mniej więcej na wysokości jego oczu i głowy widniały dziury od wystrzelonych kul. Niżej ciemne, szkarłatne zacieki. Mnóstwo poszczerbionych otworów i jeszcze więcej plam krwi. W tle, ale to było najmniej ważne, zapach chloru.

– Słuchajcie, redaktorku. Tu nie ma waszego naczelnego. W ogóle stąd jest wszędzie bardzo daleko. Blisko z tego pokoju jest tylko na tamten świat. Zresztą nie takich kosiorów tu mieliśmy w obróbce. Widzicie ten pistolet? – Wskazał na błękitnie opalizującą tetetkę, która filuternie wyglądała z kabury. By zaakcentować swoje słowa, dotknął wyprostowanym palcem wskazującym kolby pistoletu.

– Gówniany ten ruski tokariew. Zawsze wam się w polu zacinał… – odpalił Jerzy.

Chyba miał szczęście. Kapral Janicki nie strzelił mu w głowę, jedynie wyprowadził cios pięścią w potylicę. Ciszewski nawet się nie zorientował. Upadł na kolana i przewracał się dalej. Kapral złapał go od przodu za uszy i przytrzymał, a potem z całej siły uderzył rozpędzonym kolanem. Przesłuchiwany padł jak długi na zimny beton. Trzydzieści sekund spokoju, które przerywały fale bólu – więcej niż ćmienie zęba, mniej niż śmierć. Jerzy szybko dochodził do siebie. Gnojek Janicki nie wiedział, że z nim trzeba mocniej.

Przed wojną w koszarach podchorążówki Ciszewski cały czas tłukł się z kolegami. Lubił to po prostu. Gdy kończył się żołd, a papa Władek nie chciał podesłać pieniędzy, we trzydziestu schodzili do piwnicy i zaczynały się zawody. W piwnicznym boksie Jurek był pewniakiem. Uderzał mocno, technicznie; często nokautował różnych bysiorów. Zawsze walił tak, by na twarzy przeciwnika nie został ślad. Rano przecież stawało się do apelu! Podchorążówka kawalerii w Grudziądzu nie była schroniskiem dla paniczyków i frajerów, musiała jednak dbać o wizerunek elitarnego miejsca, w którym wojskowego rzemiosła uczy się elitę polskiej przedwojennej młodzieży. Tak – kadeci bili się i udawali, że tego nie robią. Również za pieniądze: to podnosiło temperaturę kibicowania. Od tamtych czasów Jerzy miał mocny nos, cholernie twarde czoło i odporny łeb. Umiał w sposób niedostrzegalny dla przeciwnika zrobić unik, aby cios ześliznął się bez większych szkód.

„Otwarcie od złotówki! Ile dasz, tyle zarobisz” – rozentuzjazmowany tłum kumpli hazardzistów przekrzykiwał podchorąży Roman Jerozolimski, który robił w Grudziądzu za tajnego bukmachera i skrzętnie ukrywał swoje żydowskie pochodzenie. Co z tego, i tak wszyscy wołali na niego „Rotszyld”. Wrodził się w swojego dziadka rabina i resztę rodziny z neapolitańskimi korzeniami; miał oczywisty dryg do interesów. „Ani NBP, ani SKO, tylko Roman Rotszyld Jerozolimski!”. Kadeci żartowali, że w przyszłości zrzuci mundur, otworzy wielki bank i będzie znajomym – utracjuszom i nieudacznikom – pożyczał pieniądze pod zastaw. Wiedzieli, że będzie najbogatszy.

Nie otworzył. Nie było wysokich procentów. Nie było interesów; nie miał chyba nawet własnego grobu. Romek Jerozolimski, jak wszyscy, poszedł we wrześniu na front. W 1939 los obszedł się z nim niełaskawie. Mogli go zabić podczas szturmu. Mógł umrzeć dzielnie z ran albo chociaż mogła go przygnieść jakaś narowista kasztanka. Nic z tego. Jerozolimski walczył dzielnie i rzucał się pod kule, bagnety, gąsienice. Pechowo nic go nie trafiło. Wrócił do Warszawy niedraśnięty, tylko lekko wychudzony i brudny. Niemcy bez żadnych ceregieli wzięli go do niewoli. Wywieźli do oflagu. Wygarnęli go stamtąd po kilku miesiącach, gdy zorientowali się, że jest Żydem. Tak, wydał go któryś z kolegów z Grudziądza. Trafił do Auschwitz albo może do innej Treblinki. Potem rozpłynął się w niepamięci. Ciekawe, czy handlował w obozie. A może umarł cicho i w rezygnacji? Nie, Romek był dzielny. Prędzej dałby się zabić, niż złamać.

Chlllllust! Kubeł zimnej wody wylądował na głowie Jerzego i przerwał falę wspomnień.

– Wstawaj, śmieciu reakcyjny! – Tak kapral Janicki przypomniał o swoim istnieniu i zadaniach, jakie wyznaczyło mu nowe polskie państwo.

– Czego ode mnie chcecie? – mamrotał Ciszewski, opluwając się śliną i badając językiem, czy nie ma powybijanych zębów.

– Jak to czego? Mów wszystko, co wiesz!

– Wszystko… już napisałem… jest w papierach. Ja nic nie wiem! – mamlał więzień bez większego składu.

Dusza patrzyła w górę, na czyste, niebieskie niebo.

– Gówno jest w papierach. Nam oczu nie zamydlisz. Mów, kurwo, kto jeszcze jest w podziemiu! Kto jest twoim kontaktem? Gdzie macie broń? Gdzie radiostację? Jak się organizujecie? Gadaj o strukturze waszej dywersji! Kiedy będzie następna akcja? Na kogo macie wyrok? Mów natychmiast, skurwysynu jeden! – Oficer strzelał pytaniami skuteczniej niż jego zacinająca się tetetka.

– Jestem dziennikarzem „Expressu Wieczornego”. Nie znam nikogo z podziemia. Wojna się skończyła, i to już dawno…

Tym razem Jerzy dostał głową w twarz. Kapral musiał ten cios ćwiczyć po gospodach – to chyba była jego specjalność. Walnął tak, że zadudniło w czaszce. Nos wciąż trzymał się dobrze, bo w ostatnim ułamku sekundy przesłuchiwany uchylił się nieco w bok. Pękła jednak skóra nad łukiem brwiowym i krew zaczęła ciepłą strugą zalewać prawe oko.

Znowu kubeł wody. Chlust. Ciszewski odzyskał świadomość, ale tylko na chwilę, bo później kapral zdjął kurtkę od munduru. Został w białej koszuli i szelkach. Zaczął bić metodycznie i bez żadnych emocji: lewy pod szczękę, prawy w ucho, prosty w okolice nosa, seria na wątrobę i brzuch, kopnięcie z półobrotu w jedno, później w drugie udo. Jak w czasie otwartego turnieju dżiu-dżitsu.

Dusza myślała sobie o impresjonistach i szerokiej palecie używanych przez nich kolorów.

„Jerozolimski, to znowu ty? Dlaczego teraz obstawiasz stówkę na dzień dobry?”. „Nowe czasy, Jureczku, przyszły, nowe czasy”. Ciszewski opadł w mgłę nieświadomości. Poleciał jednocześnie w Tatry i nad Bałtyk. Ocknął się po dwudziestu minutach i zachciało mu się do toalety. Ot, taka odrobina człowieczeństwa nagle o sobie przypomniała.

– Ludzie… do klozetu chcę – wychrypiał.

– Towarzyszu poruczniku, przesłuchiwany chce do sracza? – usłyszał pytająco zza pleców.

– A niech ta reakcyjna kurwa idzie. Jeszcze nam się tu zesra. Tylko, kapralu, miejcie oczy otwarte. Zezwalam na użycie broni. Jakby spierdalał… strzelać prosto w łeb!

Porucznik pokazał, jak to się robi: wyprostował się, stanął bokiem w pozycji strzeleckiej, wyciągnął do przodu prawą rękę. Na sucho złożył się do strzału. Zgiął palec wskazujący i wypuścił z ust z długim „pufff” powietrze w kształcie dużego bąbelka.

„Znaczy, to koniec? – Udręczony mózg Jerzego podsunął retoryczne pytanie. – Ale kiedy? Jak będę siedział na sraczu? Jak w taniej operetce”.

– Powtarzam. Jak będzie agresywny lub zechce uciekać, macie go zastrzelić! – powiedział oficer.

– Tak jest, towarzyszu poruczniku. Zrozumiano? – zapytał kapral Ciszewskiego. – Ruszaj się, gnido. Masz pięć minut. – I dla zachęty dźgnął go czubkiem swojego buta. Tego z miękką cholewą.

W ministerialnym kiblu nie było sznurka, aby nie powiesić się przed czasem. Nie było lustra ani okna, by nikt nie chlasnął szkłem żył na przegubach. Nie było niczego, dzięki czemu można by szybko trafić na Sąd Ostateczny, bo tu ważniejszy był sąd ludowy, następnie kula w łeb, a potem bezimienny pochówek gdzieś pod płotem, a nie dekadencka samobójcza słabość.

Kibel dusił uryną i chlorem. Przed muszlą wisiała mała umywalka z mosiężnym kurkiem, z którego miarowo kapała woda. Smakowała żelazem. Była rozkosznie zimna.

Jerzy poczuł pulsujący ból w miejscu, w które trafił ten ubecki siłacz. Jedno oko spuchnięte, nic nie widziało. Piekły wargi, policzek, skroń. Zęby? Chyba całe. Tylko jeden nieznacznie się ruszał. Nos – wciąż w nienagannym stanie. Ostro pobity, poczuł odciski obcasów na plecach. Gnietli mu palce u stóp, skakali po udach; czuł się jak po skoku z pociągu pospiesznego.

– Wyłaź, gnojku! – Kapral mocno szarpnął za klamkę.

Po minucie Ciszewski znowu był w tym samym pokoju. Okno, firanki, paprotka i popielniczka pełna kiepów. I pieprzony właściciel starego biurka.

„Niedopałki wyglądają jak stos popiołów pod krematorium” – przemknęło mu przez myśl. Idiotyczne porównanie, kretyńskie. Nigdy nie był w krematorium, nie wiedział, jak ono wygląda. Jak nieco większy piec do wędzenia ryb i kiełbas?

Biurko oficera nabrało ludzkiego wyrazu. Ktoś w międzyczasie przyniósł tacę z obiadem. Dwa talerze. Na pierwszym zupa; przecudny, pachnący kiełbasą żurek. Na drugim przyciągający oko złoty kotlet schabowy i parująca kapusta z kminkiem. Góra kapusty. Do tego klasyczna butelka czystej wódki. Do kompletu – obtłuczona karafka z wodą i dwie niezbyt czyste szklanki.

– Widzicie. Pogadaliśmy. Wiecie już, że mamy sporo różnych możliwości. Ale ja wam wierzę. Na pewno możecie jeszcze wrócić na zewnątrz. Umiemy polewać zimną wodą, bić rurką, łańcuchem, przypalać papierosami… Długo by wymieniać. Dużo umiemy. – Porucznik zmienił ton. Jak dobry kumpel wzniósł do góry wódkę i wesoło krzyknął: – Napijmy się!

Wódka gorącym płomieniem wlała się Jerzemu do żołądka. Ciepła, gorzka, obleśna jak cała ta ich komuna. Łagodziła jednak ból i grzała jak najlepszy Baczewski z dobrych przedwojennych czasów.

– Chcecie jeszcze? – retorycznie zapytał porucznik. Nie czekał na odpowiedź – nalał po brzeg.

Druga szklanka weszła gładko.

Przy trzeciej Jerzy dostał papierosa, belwedera. Świnia musiał chować paczkę w kieszeni albo szufladzie. Wracała nadzieja, że z MBP jednak uda się wyjść.

– Towarzyszu redaktorze, nie będę ukrywać, że interesuje nas to, co dzieje się w „Expressie”. Wy macie tam wiele koleżanek i kolegów. Jesteście lubiani. Znacie tego i owego. Wiele słyszycie. Chodzicie po mieście po knajpach. Chcemy więc, abyście trzymali rękę na pulsie. Co tam na pulsie… Na duszach i sercach tych jebanych reakcjonistów. Na ich cipach i jajach też. – Zaśmiał się z własnego dowcipu.

– Mam donosić? – wybełkotał Ciszewski.

– Zaraz tam donosić! – Porucznik wydął wargi w świętym oburzeniu. – My chcemy wiedzieć, co się mówi, kto co mówi, do kogo mówi i kto słucha. Tyle wystarczy.

– A jak odmówię?

– Redaktorku jebany. Wiesz już, co jest za tymi drzwiami, prawda? Skopać ci jeszcze raz mordę? Strzelić ci tak po prostu w łeb? Wystarczy, że zawołam Janickiego, i zrobione. Kapujesz?

– Zabijecie mnie? – Jerzy uznał, że nic głupszego nie mógł już z siebie chyba wydukać.

– Może wódy jeszcze? – odpowiedział porucznik pytaniem. Znał się na ludziach, Jurek w tej chwili potrzebował wódki bardziej niż wody i mocniej niż powietrza.

Kotlet przestał być apetyczny, kapusta straciła moc. Jedzenie już go nie interesowało. Wciąż go nim kusili, ale on chciał tylko wódki. Czwarta, piąta szklanka. Obleśna butelka zaczęła wirować przed oczami.

– Chcemy, żebyście pracowali dla nas. To zresztą jedyny sposób, żeby stąd wyjść. Podpisujecie papier. Wieziemy was do domu. Miękko i wygodnie. Nasze citroëny są bardzo dobre. Mieszkacie przecież niedaleko, na Sikorskiego. Na kolację jeszcze zdążycie. Do lekarza też was zawieziemy. W robocie urlop weźmiecie, bo w tym stanie to odpocząć będzie trzeba. Rozumiecie… te ślady na twarzy niepotrzebne są nam teraz. Towarzyszu Jerzy, wszystko wam teraz załatwimy!

– Wódki! – bełkotał Ciszewski.

– Janicki, wódę szybko. Widzicie, że redaktor mocniej dziś spragniony. Migiem lecisz, kapralu!

Janicki cicho zamknął drzwi.

– To jest oficjalny dokument i zgoda na współpracę.

Porucznik podsunął lekko pożółkły formularz wraz ze zgrabnym wiecznym piórem marki Waterman.

„Ciekawe, komu ten skurwiel je ukradł. Niemieckie – trofiejne? Może przy jakiejś rewizji do łap mu się przykleiło? Albo pożydowski majątek? Czyli nikt już o to pióro nie zapyta. Straciło właściciela na Nalewkach albo spalonej na popiół Karmelickiej” – pomyślał Jerzy.

– Podpisujcie! – Jak smagnięcie biczem po twarzy.

Janicki przyniósł kolejną „czerwoną kartkę”. Wprawnym uderzeniem łokcia wybił korek i od razu rozlał. Miał opanowany ten ruch. Na poziomie biodra, denkiem do tyłu. Ciszewski wypił duszkiem. Szósta.

– Jes… szcze… – Język odmówił mu posłuszeństwa.

Janicki popatrzył na oficera. Ten lekko skinął głową. Kapral nalał po brzegi. Jerzy wypił jak rzekę zapomnienia. Lete. Teraz tylko tego mu było trzeba. Siódma za nim – jak u ruskiego czołgisty pod Stalingradem. Świat wirował jak samolot w korkociągu. Dusza tańczyła solówkę z Jeziora łabędziego. Jej i Jurkowi zrobiło się niedobrze.

– Podpiszcie. Szkoda czasu. Tu macie co trzeba. – Oficer zaczął się chyba niecierpliwić. Wepchnął czarne pióro w dłoń swojego rozmówcy.

– Towarzyszu oficerze, jestem kompletnie pijany. Nie wiem, co się dookoła dzieje. Melduję posłusznie, że padam na ryj. Niech żyje towarzysz Stalin! Niech żyje! – Mimo bolących żeber ręka Jerzego sama podniosła się do toastu.

Oficer osłupiał. Akowski śmieć! Reakcyjne bydlę! Towarzysz Stalin, Nowa Polska. Zachodni imperialiści. O co tu chodziło? Ciszewski poczuł, jak wetknęli mu w rękę tego watermana. Bardzo dobrze leżał w dłoni. Gruby. Idealny do składania podpisów na czekach. Reszty nie pamiętał.

Dusza zamarła i zaczęła drżeć z przerażenia…

Odprawa

Jerzy lubił most Poniatowskiego. Cieszyło go zwłaszcza głuche dudnienie tramwajów, które na lekkiej pochyłości wiaduktu pędziły ku Saskiej Kępie na łeb na szyję. Lubił dziwne baszty i labirynt schodów, którymi można było wyjść z Solca na górę. I widok na Wisłę z jasnymi piaszczystymi łachami, przetykanymi kępami krzaków.

Spokojnym krokiem minął cienką nitkę torów linii „Powiśle”. Trasa tego tramwaju biegła przez pół miasta; jechał strasznie powoli, kiwał się na zakrętach i przeraźliwie poskrzypywał. Ciszewski lubił petkę – zbawienie dla tych, co przyjechali z górnej Warszawy, aby posmakować wódki, nóżek i flaczków. Na Czerniakowie bardzo łatwo można było dostać w pysk, ale tramwaj był bezpieczny niczym komisariat.

Należało zacząć subtelnie w „Sztuce i Modzie”, gdzie przy popołudniowym likierku i kawie wypatrywało się wolnych pań. Potem taksówką do nieodległej „Adrii”, gdzie człowiek mógł i zjeść, i popić. Gdy towarzystwo już się leciutko rozochociło, wszyscy zjeżdżali „między lumpy”, na Czerniaków. W zaułkach niedaleko Wisły było średnio bezpiecznie. O ile Powiśle przy Alejach i dalej przy Rozbracie było jeszcze eleganckie i nowoczesne, o tyle na południowy zachód, w stronę kortów i basenów Legii, rozciągała się ciemniejsza i jakby brudniejsza część miasta. Taksówki rzadko się tu zapuszczały, a dryndziarze przeklinali kocie łby i egipskie ciemności, rozświetlane najwyżej samotnymi żarówkami, wiszącymi nad zakurzonymi sklepikami oraz nad wejściami do knajp „dla swoich”.

Tam były plugawe restauracyjki i szynki jak z poprzedniego stulecia. Tam zabawa zawsze trwała do białego rana. Wódka, a czasem bimber lały się strumieniami. Do stopki czystej – kiszeniak z beczki albo śledź słony jak diabli. A jak człowiek był głodny i pokazał wolną złotówkę, to bufetowa odgrzała flaki. Dobre to było piekielnie, ale trzeba było mieć mocną głowę albo tak pić, żeby doczekać pierwszego porannego „P”.

Noce należały do czerniakowskich urków, wystających po ciemnych bramach i do późnej nocy szukających frajerów, a ci z „góry” – podlani już z lekka likierami i koniakami od Baczewskiego – byli właśnie ich najlepszym celem. Ciszewski też tu czasem bywał, ale w odróżnieniu od reszty nie zwracał uwagi na groźny mrok, rozjaśniony tu i ówdzie pomarańczowymi ognikami tanich papierosów. Nie bił się dla sportu, jednak gdy przyszło co do czego, nie czuł strachu – walka to walka. Nie ma co myśleć i zakładać, że człowiek od razu ją przegra. Łeb nie dzbanek, nie zbije się, miał to zakodowane od dziecka.

Odruchowo spojrzał w niebo – czysty, nieskalany błękit; gdzieś leciały ptaki zebrane w klucz.

Nacisnął klamkę, mocno pchnął drzwi, wszedł do nowoczesnej klatki schodowej. Domy w Alejach były dla najlepszych i budowane przez najlepszych. Doskonale znał tu każdy kąt – mieszkał po drugiej stronie ulicy. Powoli, bez stukania obcasami oficerek, których cholewy wieczorami polerował do bólu rąk, pokonał kilka schodków wyłożonej ciemnym marmurem klatki. Stanął przed windą. Nacisnął guzik. Po minucie znalazł się w kabinie wyłożonej pięknym i wciąż jeszcze pachnącym fornirem. Poprawił węzeł krawata przed lustrem i nagle zauważył tabliczkę. Na małym kawałku mosiądzu widniał schludny napis „Oryginalny elektryczny dźwig Stigler. Inżynier Juljan Kraushar. Biuro techniczne: Warszawa, ul. Hortensja 3. Telefon 727-83”.

„Powinno być Warszawa, ul. Hortensji” – pomyślał.

– Hortensji? Sam środek Śródmieścia – bąknął pod nosem. I wtedy nieoczekiwanie przypomniał sobie odległe popołudnie przy kawie.

Był jeszcze mały, ale uwielbiał, gdy przychodzili do nich goście. Po obiedzie papa Władysław zawsze prosił ich do gabinetu, gdzie rozlewał koniak do kieliszków i rozdawał cygara. Jurek nie pamiętał, kto wtedy jadł z nimi obiad. W każdym razie ten ktoś żywo dyskutował o morderstwie przy Hortensji 3. Był jeszcze dzieciakiem, ale ulica kojarzyła mu się cudzoziemsko i pociągająco zarazem.

– Zabił i został za to rozstrzelany. – Ojciec przywołał historię, którą przypominał sobie jak przez mgłę.

– Ale on to przecież zrobił z miłości – przekonywał ten drugi przy kawie.

– Mord to mord. Dostał kulę za mord, a wcześniej został prawowicie osądzony. Niemiec zachował się wtedy jak należy – twardo upierał się senior. Nagle go zauważyli.

– A co tu, szczunie, robisz? Natychmiast wracaj do swojego pokoju. To nie są rozmowy dla dzieci – surowo powiedział ojciec.

Ciszewski junior wyszedł. Do dzisiaj nie wiedział, kto, kogo i za co wtedy zabił. Chyba kochanek – kochankę, co mu udowodniono i za co go rozstrzelano.

„W sumie mógłbym pogrzebać w starych gazetach, tylko po co?” – pomyślał teraz.

Winda zatrzymała się z lekkim szarpnięciem. Piąte piętro. Rozejrzał się ostrożnie. Na klatce schodowej powietrze trwało w bezruchu; nie było śladu żywej duszy. Zszedł na palcach na półpiętro i znowu zastygł z przymkniętymi oczami – słuchał cierpliwie. Panowała cisza, tylko gdzieś niżej ktoś pokrzykiwał, że śmietanę trzeba hartować, bo się zaraz zwarzy. Uśmiechnął się pod nosem. Nie cierpiał gotowania. Był w stanie spalić nawet herbatę.

Przesunął się pod drzwi z numerem 38. Leciutko oparł się o nie ramieniem i przyłożył ucho w miejscu, w którym futryna łączyła się z drzwiami. Oba elementy były wykonane z modnego drewna orzechowego. Takie wejścia do mieszkań lubił i sam chciał projektować: czyste, finezyjne, piękne. Może będzie to jego praca kiedyś w przyszłości. Bardzo chciał zostać architektem.

Ucho wyczuło leciutkie wibracje – w środku mieszkania ktoś prowadził ożywioną rozmowę. Mocno i energicznie wystukał umówiony sygnał. Trzy krótkie i dwa dłuższe uderzenia. Odczekał sekundę, a później stuknął raz, ale znacznie delikatniej.

– Kto tam? – usłyszał damski głos, nieco stłumiony przez grube drzwi.

– Przyszedłem w sprawie Kossaka. Nazywam się Janowicz – podał umówiony wcześniej odzew. Kossak i Janowicz? Janowicz był nikim, a wzmiankę o Kossaku – gdyby za drzwiami była wsypa i siedziało Gestapo – można by łatwo wytłumaczyć. Niemcy dobrze wiedzieli, że obraz z pracowni Kossaków to najlepsza lokata kapitału.

– Durnie swoją drogą – zaśmiał się pod nosem. – Senior Kossak dawał się jeszcze oglądać na ścianach, ale te bohomazy jego syna Jerzego to już okropność. Kicz narodowy.

– Zapraszamy serdecznie!

Nie znał kobiety, która otworzyła mu drzwi. Miała około czterdziestu lat i burzę jasnych włosów upiętych w wysoki kok. Z uznaniem spojrzał na kwiecistą sukienkę, którą warszawska zdolna krawcowa dopasowała tak, żeby uwydatnić i tak piękny biust nieznajomej blondynki.

„Świetny tyłek i łydki jak u młodej klaczki” – pomyślał, gdy kobieta prowadziła go do salonu.

Z cichym zgrzytnięciem blondynka rozsunęła wielkie drzwi z przydymionego szkła. W wielkim pokoju było tłoczno. Zasłony zostały szczelnie zasunięte, bo okna wychodziły wprost na Aleje. Mieszkanie leżało na wysokości wiaduktu, więc trzeba było uważać, żeby nikt z ulicy nie dostrzegł tego, co dzieje się w środku.

– Czego się pan napije? Proponuję, proszę pana, herbatę lub kawę. Herbaty nie polecam, bo to szkopska lura na kartki. Ale kawę… – zawiesiła miękko głos – kawę, i to prawdziwą, przyniósł nam dzisiaj pan rotmistrz – powiedziała, jednocześnie skłaniając głowę w stronę eleganckiego siwego pana pod pięćdziesiątkę.

Mężczyzna był ubrany w cywilny znoszony garnitur i stare buty, ale trzymał się prosto jak struna. Garnitur miał spięty pasem, za który wcisnął płaską furażerkę. Ciszewski energicznie wszedł do środka. Skłonił głowę i przedstawił się regulaminowo.

– Kapral podchorąży „Mötz” melduje swoje przybycie!

– Spocznij – powiedział rotmistrz. – Dobrze, że pan już jest. Czekamy przynajmniej od kwadransa – dodał z lekkim wyrzutem.

– Panie rotmistrzu, przepraszam za spóźnienie, ale Aleje stoją. Górą przejść się nie da – nie puszczają na Pragę, bo podobno Rosjanie są w odległości kilku kilometrów. Niemcy zacieśnili posterunki. Musiałem nadrobić kawał drogi i obejść posterunki za Muzeum Narodowym. Od Książęcej Niemców nie widać. Proszę o wybaczenie.

– Niech się pan uspokoi – przerwał oficer. – Trudno nas tu wszystkich utrzymać w ryzach, a licho nie śpi. Niemcy są słabi, ale wciąż groźni. Nie chcę przedłużać tego spotkania, bo wiele jest jeszcze do zrobienia.

Rotmistrz przerwał nagle rozmowę i zwrócił się pełnym głosem do wszystkich zebranych.

– Baczność! Teraz jesteśmy w komplecie. Proszę państwa, zaczynamy odprawę. Nie będę owijał w bawełnę. Rząd podziemny uznał, że teraz jest najlepszy moment, żeby rozpocząć walkę. Jutro o siedemnastej nastanie Godzina „W”! Szczegółowe rozkazy otrzymacie panowie, przepraszam za warunki, w kuchni. Wolno palić i w końcu spocznij. Ale jak zobaczę, że niedopałki leżą w fikusach, oddam pod sąd – zażartował.

W pokoju zawrzało. Konspiracja poszła precz. Obecni podzielili się na grupki. Część od razu ruszyła do kuchni, reszta ciasno obstąpiła dowódcę.

– Panie rotmistrzu, a Rosjanie? Pomogą?

– Zanim tu dojdą, miasto będzie wolne. Jak dobrze pójdzie, w dwa–trzy dni wypędzimy szkopów. Rosjanie przyjdą na gotowe, a my ich tu przywitamy odpowiednio. Tak mówi nasz rząd…

– A jak ruskie się nie ruszą? – wyrwało się komuś.

– Niemcy są słabi. Uciekają na zachód. Wygnamy ich i zablokujemy miasto, żeby nie wrócili. Zresztą wy, kapralu „Świt”, nie siejcie tu defetyzmu. Damy radę. Musimy dać.

Ciszewski zapalił „płaskiego”. Przełknął odrobinę kawy i próbował zebrać myśli. Spokojnie ruszył do kuchni, ignorując głupawe pytania.

Blondynka w sukience siedziała przy białym stole. Po męsku trzymała papierosa między palcami, wypisując kolejne rozkazy na pięknej czarnej maszynie do pisania marki Erika. Jej czerwone paznokcie migały rytmicznie w słońcu zalewającym całą kuchnię. Na krześle leżały gazety. Ciszewski rozpoznał wielkie litery „Nowego Kuriera Warszawskiego”, znienawidzonej szkopskiej gadzinówki lub – jak głośno mówiła cała Warszawa – „kurwaru”. Pod spodem zauważył kolorową okładkę.

– Mogę?

– Proszę – odparła kobieta, nie przerywając pisania.

– Co to jest?

– Nie zna pan? To jest tygodnik „Time”. Dostajemy go z Ameryki.

– Dostajecie?

Najpierw go zatkało, po sekundzie zdumiony przełknął ślinę.

– W zrzutach dochodzi. Trochę spóźniony, pan patrzy. – Wskazała na okładkę z marszałkiem Montgomerym. – Z początku lipca. – Zaśmiała się głośno i mrugnęła znacząco. – Co, zdziwiony pan? Studiowałam przed wojną w Anglii, a teraz lektury brakuje. Coś trzeba czytać, więc jak tylko gdzieś znajdą, przekazują do sztabu. Łącznicy nie ryzykują, sama odbieram. My tu prenumeraty nie mamy…

Stuk, stuk, stuk – kobieta wypełniała kolejny blankiecik rozkazu. Ciszewski patrzył na jej migające szybko palce.

– Pani sądzi, że to się uda?

– Nie jestem od sądzenia, ale od pisania i robienia kawy – znowu zażartowała.

– Niech pani nie przesadza. Ktoś inny tu powinien siedzieć i pisać na maszynie – gwałtownie zaprzeczył.

– Panie podchorąży „Mötz”, proszę mnie nie pouczać. Jestem od pana starsza stopniem… tak dla pańskiej wiadomości. I proszę nie mówić, co mam robić. To konspiracja, a nie ochronka dla młodzieży – dodała zjadliwie.

– Przepraszam. Chciałem dobrze.

– Wiem – dodała znacznie łagodniej. – Mój mąż nie wrócił z Katynia, a nasz syn Wojtek – lekko zniżyła głos – został aresztowany przez Gestapo. Był w Szarych Szeregach.

Zamilkła, a potem wróciła do pisania. On gapił się trochę bezmyślnie w okno.

– Co się z nim stało?

– To co z innymi. Zamęczyli go na Pawiaku.

Stał bezradny. Nie wiedział, co powiedzieć.

– Niech sobie pan nie robi wyrzutów. Takie moje życie.

Poczuł, że kawa robi się potwornie gorzka. Umilkł. Nagle w drzwiach kuchni stanął młody chłopak. Ciszewski spojrzał na niego i zrobiło mu się niedobrze. Gnojek miał twarz pełną syfilitycznych wyprysków. Czerwone krostki gęsto pokrywały policzki i nos. Do tego miał obgryzione paznokcie i brudną marynarkę z przetartymi rękawami.

– Psze pani profesorowo, ja po te świnki. Jestem od Janickiego.

– A tak, tak. Dawno obiecywał, że kogoś podeśle. – Blondynka nieco się zmieszała. – Zaczekaj w przedpokoju. Tu są teraz omawiane ważniejsze sprawy – dodała lekko wyniośle.

– Widzi pan podchorąży: za to złoto kupimy jeszcze kilka karabinów.

– Kto to jest ten Janicki? Macie wtyczkę u Niemców? – zadał pytanie wbrew sobie.

– Teraz to już nie ma znaczenia. Mogę panu powiedzieć. Janicki handluje wszystkim, czym się da. Mięso, złoto, dolary, ludźmi czasem też. My nie umiemy handlować, a on ma do tego dryg. Podobno jest z getta.

– Z takim polskim nazwiskiem?

– Jego matka była Żydówką. Janicki uciekł z getta. Wykupił się złotem i żyje z handlowania.

– Widziała go pani kiedyś?

– Nigdy. Zawsze wysyła takich łebków jak ten, co tu był.

– Nie ścigali go?

– Podobno kupił sobie tożsamość. Nawet nie wiem, jak wygląda i ile ma lat. Płacił gotówką, a pieniądze każdy lubi. Niemcy też. Teraz sprzedają, co się da. Czują, że już tu nie wrócą.

– Ale to nie jest pewne, pani zdaje sobie z tego sprawę?

Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Palce kobiety zawisły w bezruchu nad klawiaturą.

– Że niby powstanie się nie uda? – zapytała ironicznie.

– Wszyscy idziemy na rzeź. Połamiemy sobie na nich zęby. Najpierw zabiją nas, a później wezmą się za Warszawę. Oni nas nienawidzą – wyszeptał Ciszewski.

– Pesymista…

– Pani jest zbyt inteligentna, żeby tego nie widzieć. Bawimy się w podchody, a tam są samoloty, czołgi i cekaemy. Mają amunicję, samochody, zaprawionych w ciężkim boju żołnierzy. Póki co mają wszystko.

– Rozmawiał pan o tych wątpliwościach z rotmistrzem?

– Raczy pani żartować. Dostałem rozkaz i go wykonam. Mam jednak prawo do własnego osądu. I myślę, że jest już po nas. Rozpierdolą nas w drobiazgi.

Spojrzała na niego ostrym wzrokiem i szybko wysyczała:

– Ale póki co musimy walczyć!

– Ma pani rację. Musimy, ale nie mamy czym. Na razie sprzedajemy złoto, żeby kupić sobie nowe proce. Zabawiamy się jak na podwórku.

– Przekracza pan wszelkie granice!

– Wybaczy pani, ale mam gdzieś takie granice. Ja po prostu w to powstanie nie wierzę. Jest na to za wcześnie. Zaczynamy w biały dzień… a i Rosjanie są zbyt blisko. Zresztą oni również czekają, by skoczyć nam do gardła.

Spojrzała na niego rozszerzonymi oczami. W kąciku jej ust pojawiły się małe kropelki śliny.

– Boję się, że jak ruscy tu wkroczą, to was wszystkich potraktują jak mojego męża – zawiesiła głos. – O tak, kulka w łeb! – Złożyła palce w wyimaginowany pistolet. Jedno jej oko zaszkliło się od łzy.

– Rosjanie to mordercze karaluchy, jednak na razie głównym kłopotem są przede wszystkim Niemcy. Oni nie odejdą stąd po dobroci… a czerwoni tylko na to czekają. Po prostu zatrzymają ofensywę i tyle. Będą pić bimber, gwałcić nasze dziewczyny i gapić się z Pragi, jak nas tu jednego po drugim zarzynają.

– Przesadza pan. Ludzie na to nie pozwolą. Żydów przecież u nich całe mnóstwo – zaczęła.

– O czym pani gada? – przerwał jej nieco po chamsku. – O ludziach, których nie ma? Wszyscy zostali pod gruzami getta. Ich już nie ma! Nie ma!… A nawet gdyby była ich tam cała armia, to Rosjanie też mają ich gdzieś. Niech pani na oczy przejrzy.

– Ale przecież Żyd z Żydem zawsze się dogada – zaprotestowała.

– Czytała pani chyba „Rycerza Niepokalanej” przed wojną, co? Tam takie bzdury pisali – odgryzł się znowu, tym razem mocniej.

Wściekła zgasiła papierosa, wduszając niedopałek w popielniczkę z taką siłą, że złamała paznokieć. Syknęła z bólu.

– Gówno z pana, nie powstaniec. Pan jesteś zwykły tchórz!

Nagle zechciał mocno ją przytulić, pocałować w czoło i uspokoić. Nie zrobił tego. Ze spuszczonym wzrokiem wziął do ręki małą kartkę z rozkazem. Pokwitował lnianą biało-czerwoną opaskę i odszedł bez słowa. W przedpokoju natknął się na małego ulicznika, który ukradkiem chował za pazuchę zwędzone skądś papierosy. Uśmiechnął się do niego ze smutkiem i potarmosił ręką po ciemnej czuprynie. Cicho zamknął za sobą drzwi i wyszedł na klatkę schodową. Wsiadł do metalowej, skrzypiącej windy. Zjechał na parter.

Do Godziny „W” zostały dwadzieścia cztery godziny. Gdzieś w oddali słychać było wesoły tramwajowy dzwonek. Nad ulicą wisiał ciężki lipcowy skwar. Niebo było ciche i jasnoniebieskie.

Parabellum

Nóż miał na klindze napis: Solingen. Kapral podchorąży „Mötz” Jerzy Ciszewski z przyzwyczajenia dotknął cholewy buta. Machinalnie sprawdził, czy ostry kawałek żelaza jest na swoim miejscu. Był! Jego solingen.

Kiedyś gdzieś usłyszał: „Niemiecka stal jest najlepsza na świecie”. Nie do końca była to prawda. Czeska była najlepsza. Oni robili przed wojną najlepsze na świecie pancerze. Choć trzeba być obiektywnym – niemieckie noże nie szczerbiły się od byle czego. W kuchni służyły latami. Dlatego właśnie zabrał ulubiony nóż swojej matki Wandy do powstania. Mama kroiła nim wszystko, co było w kuchni do pokrojenia. A jak nie kroiła, to wskazywała nim służbie i pomocom kuchennym, co mają robić.

Nóż był dość długi, z harmonijnie wymodelowanym ostrzem i ciemną zgrabną rączką, doskonale wpasowującą się w dłoń. Ciszewski lubił noże. Nie był maniakiem, ale z jakiegoś pierwotnego powodu nóż uspokajał jego myśli i nerwy.

Pistolet? To co innego. Przedwojenny vis był arcydziełem sztuki inżynierskiej, do tego pięknie wyglądał. A parabellum – marzenie, choć jak wszystko, co skomplikowane, nawet szkopska parabelka bywała zawodna.

Jerzy pamiętał dobrze historię z konfidentem z Pragi. Śmieć dostał czapę za trzech chłopaków, na których doniósł do Gestapo.

– To są polscy bandyci. Sam widziałem, jak kradli dekawkę. Na pewno szykują zamach – zameldował ulicznemu patrolowi.

Chłopaki byli Bogu ducha winni. A on… nie wiadomo, dlaczego tak zrobił. Chyba miał po prostu parszywy charakter. A może nadzieję na trochę pieniędzy albo kartek na produkty spożywcze? Może przeważyła suma złych okupacyjnych przyzwyczajeń, gdy myślenie o bliźnich sprowadzone jest do chęci przeżycia ich kosztem?

Ukradli dekawkę, ale tylko po to, żeby się nią przejechać. Ot, praskie łobuziaki znalazły sobie głupią zabawę. Gestapo oczywiście nie uwierzyło w takie intencje. Bardzo często żołnierze walczącego podziemia kradli różne niemieckie pojazdy, by przeprowadzić jakąś akcję, przewieźć broń lub wyposażenie, załatwić konspiracyjne sprawy.

Niemcy rozstrzelali tych trzech chłopaków w getcie, bez świadków. Wrzucili ich później do jakiegoś dołu, dla niepoznaki przysypali cegłami i różnymi śmieciami.

Wtedy przyszedł czas na konfidenta. Ciszewski pojechał wykonać na nim wyrok. Teoretycznie było to proste zadanie: wyciągnąć drania z chałupy pod pierwszym lepszym pozorem i strzelić – najlepiej w głowę, między oczy. Jerzy nie czuł ani strachu, ani euforii. Wiedział, że konfident to pluskwa i trzeba wyeliminować go z gry tak szybko, jak się da. Dostał na tę robotę starą parabelkę. Pistolet musiał sporo przeżyć. Na powierzchni metalu widać było nawet rdzę.

– Pewnie leżał gdzieś w szmacie przez parę miesięcy – powiedział stary rusznikarz, polerując broń miękką szmatką.

Parabellum niepokojąco klekotało. „Mötz” miał rację. Grat odmówił posłuszeństwa, gdy był najbardziej potrzebny. Śmiesznie musiało to z boku wyglądać, kiedy spokojnym i cichym głosem powiedział: „W imieniu Rzeczypospolitej skazuję na śmierć”, i pociągnął za spust, a iglica cichutko uderzyła w spłonkę naboju… i nic.

Konfident ze strachu puścił głośnego bąka; jednocześnie nabrał powietrza, wyprostował się i spojrzał w oczy przeciwnika. Przed chwilą pożegnał się ostatecznie sam ze sobą, a teraz nagle ujrzał jasną plamę światła w tunelu życia.

„Mötz” był szybszy. Przerzucił pistolet do lewej ręki i jednocześnie wyciągnął nóż zza cholewy wysokiego buta. Ułożył nóż do walki, trzymając go wzdłuż przedramienia. Przeciwnik nie zorientował się nawet, że układ sił właśnie się zmienił. Miał małe szanse zobaczyć groźne narzędzie w dłoni sprawnego nożownika i szybko zrozumieć ryzyko. Ciszewski, prostując i skręcając ciało w lewo, jednym ruchem przeciągnął ostrzem głęboko po gardle kapusia; bluznęło krwią tętniczą, lecz nie był to koniec. Jerzy zmienił chwyt na rękojeści i lewą ręką złapał konfidenta od tyłu za szyję, a prawą wbił nóż w okolice mostka. Trafił idealnie! Dokładnie tak, by zabić po cichu. Prosto w to małe zgłębienie, w którym szyja łączy się z klatką piersiową.

Konfident zaczął rzęzić i padł jak kłoda na podłogę. Ciszewski obrócił go na plecy. Zobaczył gasnący wzrok, wyraz zdziwienia na twarzy i absurdalną drobinę chleba przyklejoną do ust.

„Oderwałem świnię od koryta” – pomyślał bez emocji i przejrzał kieszenie kapusia. Z jednej wyjął gruby portfel, wypchany brudnymi okupacyjnymi banknotami. W środku znalazł zdjęcie tlenionej blondynki w nieco przyciasnej sukience w ciemne grochy.

„Niezła, choć wolę chudsze – przemknęło mu przez myśl. – Tandetna zresztą. Pewnie kurwa z Kercelaka”.

W drugiej kieszeni spodni trupa wymacał pistolet. Wyciągnął małą belgijską efenkę.

„Mówią, że słaby ten pistolecik i nawet człowiek łba sobie tym nie rozwali – trochę nerwowo zaśmiał się sam do siebie. – No, miałem fart, że nie sprawdził na mnie tego pistoleciku”.

Od tamtego popołudnia nóż miał zawsze przy sobie. Właściwie to nosił ich kilka, bo przecież niewiele ważą i łatwo je schować. Jeden był schowany w bucie. Inny, błyszczący maluch, leżał w lewym rękawie. Tylko sięgnąć i już był w dłoni. Z tyłu na pasku spodni dyndał kolejny mały angielski wynalazek, na pierwszy rzut oka wyglądający jak korkociąg. Uchwyt trzymało się w dłoni zamkniętej w pięść. Pomiędzy palcami wychodziło wówczas krótkie ostrze w kształcie listka. To nóż znakomity do kłucia po rękach i oczach. Nóż ostatniej szansy. Gdy Jerzy pierwszy raz go zobaczył, pokiwał filozoficznie głową: „Ci Angole mają niezłe pomysły, jak skutecznie komuś dokopać”.

Jednak solingen to nóż z bojową historią. „Mötz” nie miał zresztą niczego innego pod ręką. Był wściekły. Utknął na dobre wśród cywilów, daleko od swoich. Jego oddział musiał być gdzieś w okolicy. Czuł, że są tuż obok. Odłączył się od nich, gdy z Burakowskiej ruszyli na magazyny na Stawkach. Jego 1806 Dywizjon 1 Pułku Strzelców Konnych zaatakował Niemców planowo i z wielką siłą. Nie mieli zbyt wiele broni, choć zapału im nie brakowało. Mogli pójść na Niemców nawet z widłami, ale to nie pomogło. Niemcy wzięli ich w dwa ognie. Od strony obozu na Gęsiówce gęsto strzelały ciężkie karabiny maszynowe: jak na ćwiczeniach, spokojnie i dokładnie. Kilku chłopaków zginęło od razu. Nawet się nie zorientowali, skąd przyszła śmierć.

Ciszewski leżał pod jakąś szopą i czekał, aż się ściemni. Niemcy poustawiali stanowiska ogniowe krzyżowo. Wystarczyło, że zauważyli coś na przedpolu, i od razu zaczynał się koncert na kilkanaście luf. Widział gęste linie pocisków smugowych; sprawdzał, gdzie mniej więcej trzeba uważać.

Potem Niemcy zaczęli strzelać z moździerzy. Metodycznie, metr po metrze przesuwali działa. Kawałki cegieł furkotały w powietrzu, każdy wybuch zostawiał za sobą strach i smród siarki – tak chyba jest w przedsionku piekła.

Jerzy postanowił przeczekać do nocy. Potem próbował przeskoczyć pod szkołę Świętej Kingi. Zatrzymał go dobrze ustawiony cekaem, którego ogień dosłownie rozcinał ulicę na dwa kawałki. Gdyby chciał iść albo czołgać się dalej, groziła mu pewna śmierć.

Cofnął się w gruzy getta. Szerokim łukiem, żeby nie trafić pod ogień z Pawiaka, próbował ominąć mur obozu na Gęsiówce. Wtedy zaczęły się kłopoty. Miał swoje noże, ale sto czy dwieście metrów dalej siedział facet z prawdziwym karabinem. I strzelał celnie.

„Głupio tak z kawałkiem żelaza przeciw kulom” – wściekał się w duchu Ciszewski. Nie miał wyjścia, nie mógł tędy przejść. Wolskie chłopaki w końcu zauważyły ogniki wystrzałów.

– O, z tamtego dachu wali – wrzasnął jakiś konus, brudnym paluchem wskazując nadpaloną kamienicę przy Okopowej. Ciszewski zaczął liczyć strzały. Pierwszy miał trafić w kobietę, która wybiegła na ulicę z wiadrem. Miała szczęście. Snajper źle ustawił celownik i strzał poszedł dołem, daleko od ciała. Kula wyrwała tylko w wiadrze dziurę wielkości srebrnej pięciozłotówki z Piłsudskim. Kobieta podniosła wiadro do góry, a potem ze strachu zemdlała. Dwie staruszki stojące przed domem od razu rzuciły się na ratunek. Obydwie zginęły pół sekundy później.

– Drugi drań wali z tamtego górnego okienka! – wrzasnął ktoś ostrzegawczo.

Ulica błyskawicznie się wyludniła. „Mötz” tkwił cierpliwie w załomie muru. Był bezpieczny, ale kompletnie bezbronny. Musiał poczekać do nocy. Warszawa pachniała upałem. Bruk był rozgrzany i długo w nocy oddawał ciepło. Odetchnąć można było jedynie bliżej cmentarzy – tam zachowało się trochę zieleni. Ale przecież kawałek dalej straszyły ruiny getta. Przy Okopowej tuż przed wojną zbudowano stadion Skry, ale potem – gdy wszystkich starozakonnych Niemcy metodycznie wysyłali na przymusową wycieczkę do Treblinki – dawne bieżnie zamieniły się w cmentarz. W części bliżej ulicy Rada Główna Opiekuńcza hodowała pomidory czy ogórki. Resztę stanowiły ledwie przyklepane doły, do których wrzucano zmarłych z głodu i chorób.

Strzelaniny i utarczki z pierwszych dni sierpnia szybko zweryfikowały marzenia powstańców. Okazało się, że Niemcy są silni. Nie zaczęli uciekać w popłochu, lecz ściągać posiłki i reorganizować front. Błyskawicznie wyciągali wnioski z potyczek toczących się na ulicach i w domach.

Powstańcy nie mieli broni, łączności, amunicji, żywności. Łącznicy, których już pierwszego dnia zginęło pewnie kilkudziesięciu, nie mogli zastąpić radiostacji, podobnie jak granaty i pistolety vis – czołgów oraz ciężkiej artylerii.

Niemcy parli do przodu siłą i podstępem. Gdy z jakiegoś powodu nie mogli wjechać gdzieś ciężkim sprzętem, wysyłali kilku snajperów, aby uprzykrzyć ludziom życie. Celowali we wszystkich bez różnicy, choć łącznicy z opaskami na rękach – głównie warszawskie dzieci – byli ich ulubionym celem.

Ciszewski widział śmierć jednego takiego. Chłopak ubrany w koszulę i granatowe gatki gimnastyczne wystawił ledwie głowę za róg kamienicy. Spojrzał w bok i wtedy – pyk – ściął go jeden strzał szkopa, który przyczaił się gdzieś niedaleko. Ten szkop strzelał cholernie dobrze, jak myśliwy. Przykładał karabin do twarzy, celował, uspokajał oddech, regulaminowo ściągał spust. Widział oczywiście, że nie strzela do żołnierza, a przynajmniej nie do dorosłego żołnierza. Na ścianę chlapnęła krew. Dzieciak okręcił się dookoła osi, spojrzał na mur niewidzącym wzrokiem i padł martwy na ulicę.

Dopiero wieczorem ściągnęli tego chłopca. Miał dziesięć, może dwanaście lat. Leciutkie chucherko, cieniutkie, delikatne kosteczki. Ktoś w kamienicy się zakrzątnął, zawołali księdza, poderwali do pracy jakiegoś zaspanego grabarza. Chcieli pochować małego z honorami. Tylko rodziców nie było jak zawiadomić. Nikt go nie znał i wcześniej nie widział. Nie wiadomo było, gdzie mieszkał. Ot, wyszedł z domu do powstania i już go nie było.

Ciszewski skradał się do przodu. Pod nogą coś cicho brzęknęło. Puste puszki po konserwach! Wziął jedną do ręki. Niemieckie napisy, świeży zapach tłustego mięsa. Rozejrzał się uważnie. Na ziemi trzy puszki.

„Znaczy, jest tam jeszcze jeden skurwysyn – pomyślał. – Każdy ma mauzera i celownik optyczny Zeissa, a ja swojego solingena. Jest dobrze. Tylko muszę iść jak w Tatrach”.

– Lewa stopa do przodu. Stawiasz pewnie, żeby złapać przyczepność i delikatnie rozgarnąć kamienie. Potem ruch do przodu. Zmiana położenia środka ciężkości; zaraz trzeba dostawić prawą stopę i wysunąć ją delikatnie do przodu. Dwadzieścia metrów to czterdzieści takich operacji – powtarzał niczym dziwaczną mantrę.

„Mötz” stąpał krok po kroku. Byle tylko do bramy. Zauważył małe piwniczne okienko. Zakurzone, czarne od brudu, jak dziura w nicość.

„Skład z węglem? Niedobrze. Nie da się cicho zeskoczyć”.

Przeszedł jeszcze dwa kroki. Dalej kolejna brama. Czarna i pusta. Bezludna. Drewniane, zniszczone schody. Robotnicze, wydeptane tanimi butami. Trzech snajperów chyba właśnie tędy wspięło się pod dach. Postanowił poszukać nowej drogi. Mozolnie, znowu krok po kroku, przeszedł kolejne piętnaście metrów.

„Jest piwnica! Żeby tylko w oknie nie było kraty!”.

Kraty nie było. Jerzy położył się na brzuchu. Wsunął nogi w piwniczne okienko i trzymając się ramy, zeskoczył w ciemność pachnącą kurzem i kiszoną kapustą. Potem przy ścianie po omacku dotarł do drewnianych drzwi. Nacisnął klamkę. Otwarte! Stanął w ciasnym, ciemnym korytarzu. Poczuł, że nie jest sam. Ostry zapach męskiego potu i brudu! Lewą ręką ostrożnie sięgnął do kieszeni po zapalniczkę; w prawej miał solingena.

– Panie, nie rób pan tego – cichy szept zabrzmiał gdzieś spod nóg. – Zabijesz nas pan. Niemcy są piętro wyżej.

– Ilu was tu jest? – równie cicho zadał pytanie.

– Ten tego, no ja tu stróżuję. Stary już jestem i ledwie chodzę, ten tego. Zebrałem kobiety i dzieciaki i schowaliśmy się tutaj. Było dobrze przez cały dzień, aż tych trzech skądś przylazło. Jeden zaraz zgwałcił córkę sąsiadki. Teraz gdzieś polazł. Pewnie bimbru szuka. Albo znowu kogoś chce, ten tego no…

– Nie schodzili do piwnicy? – zapytał Ciszewski.

– Boją się, a granatów rzucić chyba nie mogli. Do naszych już bardzo blisko. Jeszcze by ich ściągnęli.

Jerzy nie wiedział, co dalej robić. Szanse były mniej więcej wyrównane. Dwóm zaskoczonym powinien dać radę. Jak dziki, czujny kot pokonał schody. Znalazł się na klatce schodowej. Tu było gorzej niż w piwnicy. Dom chyba został trafiony czymś bardzo solidnym i większego kalibru. Wszędzie pod nogami walały się szkło i gruz. Jak wąż wśliznął się piętro wyżej. Na schodach leżała połać dachu. Starał się delikatnie stawiać stopy, gdy nagle poczuł ostry ból. W jednej z desek musiał tkwić gwóźdź, który teraz miękko przebił podeszwę buta i utknął w stopie. Jerzy jęknął z bólu i zaraz zacisnął zęby.

Na tym poziomie były tylko dwa mieszkania. Jedno zamknięte na głucho, drugie z półuchylonymi dębowymi drzwiami. Fornir solidny, na lata. Takie drzwi to i ognia się nie boją. Chronią przed najgorszym. Ze środka sączyła się żółtawa poświata świecy.

Dopiero teraz Jerzy ich zobaczył. Jeden siedział na ziemi. Idealnie – trochę odwrócony do drzwi plecami, trochę bokiem. Drugi był ustawiony nieco gorzej, oparty o biały kuchenny kredens. Bardzo cicho rozmawiali ze sobą. Byli czujni.

– Wer kommt da? Kto idzie? Helmut, to ty? – dobiegł go nerwowy szept.

– Heinrich, to tylko jakiś pieprzony polski kot – usłyszał głos z silnym bawarskim akcentem. – Bo żydowskich kotów już tu nie ma, nie wiesz? Wypalone i wysrane! – chichotał Niemiec. – Przestań się tak łamać. Helmut poszedł się odlać. Zaraz pewnie wróci. Albo i nie, bo może poszedł odbierać karę w naturze. Mamy na Woli niezłą zabawę. Dużo różnych bab i wszystkie twoje. Za darmo. Trzeba, to ci dopłacą! – mlasnął obleśnie.

Jurek bezszelestnie przesunął się bliżej. Niemcy widać poczuli się spokojniejsi. Poszwargotali jeszcze chwilkę między sobą. Potem nastała cisza. Gdzieś w oddali słychać było pojedyncze strzały i wybuchy. Powstańcza Warszawa szła spać.

– Dlaczego Helmuta tak długo nie ma? – zapytał znowu ten, co siedział na podłodze.

Stojący przy kredensie nie zdążył odpowiedzieć. Ciszewski ostatnie dwa metry pokonał skokiem z rozpędu. Z ogromną siłą – jakby celował kawaleryjską piką – wbił Niemcowi nóż prosto w usta. Drugi Niemiec wrzasnął i gwałtownie poderwał się z miejsca.

Gdyby opuścił głowę, może przeżyłby kilka sekund dłużej. Cięcie poszłoby po twarzy; byłby ranny, ale niegroźnie dla życia. Tymczasem jednak naiwnie odsłonił gardło. Solingen świsnął w powietrzu. Żołnierz gwałtownie złapał się za resztki szyi. Bluznęła krew z rozciętych tętnic. Esesman padł na kolana. Ciągle trzymając się obiema rękami za gardło – jakby w czymkolwiek miało mu to pomóc – przewrócił się jak stary ceglany mur.

Ciszewski z namaszczeniem wytarł nóż o rękaw jego kurtki. Sięgnął do kabury i wyjął nowiutką parabelkę. Powąchał ją; usłyszał szybki łomot stóp na schodach. Maruder Helmut się odnalazł! Ciszewski w szkolny sposób przymierzył się do strzału. Czekał wyprostowany. Niemiec pojawił się sekundę później w obrysie drzwi. Huk rozdarł ciszę. Trzeci esesman z niedowierzaniem przyglądał się krwawej dziurze w okolicach własnego serca. Zachwiał się, ale wciąż chciał walczyć. Zdołał lekko unieść lufę swojego parabellum. Palce odmawiały mu już posłuszeństwa.

Ciszewski wymierzył powtórnie i strzelił drugi raz. Kula oderwała kawałek czaszki, spod której wytrysnęła czerwona fontanna krwi pomieszanej z szarą tkanką mózgu. Esesman zwalił się na próg kuchni.

„Trafiony, zatopiony” – pomyślał „Mötz”.

Trzy wspaniałe pantery

Cmentarny mur na rogu Powązkowskiej i Okopowej dawał niezłą zasłonę. Naprawdę spokojnie było dopiero przy kościele Karola Boromeusza. Tam powstańcze kule już nie sięgały. Dało się spokojnie zapalić papierosa, sprawdzić oporządzenie i zjeść coś przed akcją. Za rogiem Okopowej zaczynała się pierwsza linia frontu. Po drugiej stronie ulicy, w garbarni Temler i Szwede, siedział wróg – powstańcy. Nawet ciężki sprzęt nie był tu bezpieczny. Raz się udało. Mała kolumna czołgów przebiła się w stronę Śródmieścia tylko dlatego, że przed maszynami pędzono cywilów. Powstańcy nie strzelali, żeby oszczędzić swoich. Wehrmacht próbował też oczyścić ulicę Spokojną, ale w stojącej tam solidnej szkole mocno trzymali się polscy bandyci. Zapuścić się tam, w ten ślepy zaułek zakończony czerwonym murem Powązek, to było samobójstwo. Nigdy nie wiadomo, czy powstańcy nie przedostaną się na cmentarz i nagle nie zaatakują zza tego samego muru, przy którym teraz stał niewielki oddział saperów z terkoczącym głośno silnikiem goliata.

Niemcy walczyli z krztuszącym się silnikiem. Dwusuw odpalał, ale terkotał spokojnie wyłącznie na wolnych obrotach. Gdy jeden z żołnierzy ciągnął za przepustnicę, silnik zaczynał wariować. Zgasili motor wyraźnie wściekli. Trzeba będzie grata odwieźć do warsztatu! Donnerwetter, w tej wojnie wszystko zaczyna się sypać.

Od strony bielańskich piachów dobiegało głuche dudnienie. Niewzruszeni saperzy siedzieli na krawężniku. Palili papierosy, pili wodę. Nie spodziewali się z tamtej strony nieproszonych gości. Cały odcinek wzdłuż torów, po których ciężko przesuwał się pociąg pancerny, i brukowanej drogi do oddalonego o kilometr cmentarza wojskowego był solidnie ufortyfikowany, więc prawdopodobieństwo ataku bandytów równało się zeru. To był wymarzony moment, aby dać wypocząć zmęczonym mięśniom i nasycić się ciepłym, spokojnym wieczorem. W tym zbiorowym szaleństwie, w którym Niemcy brali udział od 1939 roku, takie sekundy były prawdziwą rzadkością.

Na zachód od ulicy Okopowej Powązkowska najpierw biegła kawałek prosto, ale po kilkuset metrach, tuż przed wiaduktem nad torami kolejowymi, łagodnie skręcała o parę stopni w stronę północy. To dlatego pancerniacy z rogu Okopowej nie zauważyli trzech wspaniałych panter. Potem mała kolumna dudniących żelaznych żuków skręciła gdzieś w stronę Młynowa. Zgrzytając gąsienicami po bruku, oddaliły się spokojnie za cmentarze. Nikt nie wiedział, dlaczego tam pojechały. Prawdopodobnie słabo wyszkolone załogi źle odczytały mapę – to znaczy pierwszy z kierowców coś pokręcił, a reszta pojechała za nim. Czołgi wracały z warsztatów. Pachniały nową farbą olejną. Mieli je tylko podstawić bliżej centrum. Nie dojechali. Zgubili się w zaułkach obcej Woli.

Panther kaput

Ciszewski tkwił ukryty przy grubym ceglanym ogrodzeniu stadionu Skry. Było spokojnie i on też był spokojny. Nie był już sam. Miał teraz coś więcej niż tylko noże. Przy pasku wisiało parabellum, no i odzyskał wreszcie swój pistolet maszynowy – brytyjskiego stena zrzuconego przez angielski samolot transportowy, dostarczający do Polski cichociemnych, a także zasobniki z bronią i wyposażeniem. Co najważniejsze, odnalazł również swój oddział!

Zakwaterowali ich w kilku nędznych pokoikach na Żytniej. Biednie tu, ale mieszkańcy przyjęli ich z otwartymi ramionami. Dostali krupnik gęsty od kaszy; chleb troszkę twardawy i widać kupiony jeszcze przed powstaniem. Ktoś przyniósł świeże ogórki i pomidory. Wyciągnięto z szafki butelki z czymś mocniejszym – za nasze zdrowie i na pohybel czarnym. Polska gościnność.

Zjedli, a potem zmęczeni zwalili się ciężko na podłogę. Zlegli na surowych sosnowych deskach jak na miękkiej pierzynie. Nie palili światła, bo na niebie królowały niemieckie bombowce. Ciężkie heinkle i sztukasy metodycznie orały bombami miasto od rana do wieczora, ale szkopy mogły przecież wpaść na pomysł, że nocą też da się latać i męczyć Warszawę. Skręci jeszcze któryś znęcony światłem niczym ćma do świecy i będzie kłopot. Sztukasy potrafiły bombardować punktowo i bardzo dokładnie. Zagrożenie było realne.

„Na razie obrabiają głównie Starówkę i chyba Ochotę” – myślał Ciszewski.

Spał dwie godziny. Później wypadała jego warta. Z trudem otworzył powieki, ochlapał twarz w misce pełnej zimnej wody, obciągnął nowiuteńką esesmańską panterkę, którą rano wyfasował ze zdobytych magazynów na Stawkach, i poprawił biało-czerwoną opaskę na ramieniu. Przewiesił przez ramię swój peem, sprawdzając, czy jest zabezpieczony przed przypadkowym strzałem, i przeszedł cicho do kuchni, gdzie oparta głową o parapet spała mała dziewczynka. Naprawdę starał się być cicho, ale jak to w życiu – strącił łokciem jakiś talerzyk. Mała odwróciła głowę w drugą stronę i dalej w najlepsze spała. Odetchnął z ulgą. Próbował zebrać rozwalone skorupy, gdy w drzwiach stanęła młoda kobieta. Uśmiechnął się. Odwzajemniła uśmiech.

– Zrobię panu kawy. Mam prawdziwą, choć trochę już zwietrzała… ale jest całkiem prawdziwa. Zdobyczna! – powiedziała z uśmiechem.

Zagotowała wodę w obtłuczonym przy dnie czajniku. Zgrabnie krzątała się po kuchni. Przyglądał się jej z przyjemnością. Dotarło do niego, że dawno nie miał kobiety. Nawet już nie pamiętał, kiedy ostatnio z kimś spał. Na pewno jeszcze przed powstaniem. Spojrzał jeszcze raz na jej zgrabne łydki i poczuł nagłą falę pożądania. Przygarnął ją ramieniem. Objął. Nie broniła się. Przywarł ustami do jej ust. Była jednak zimna jak głaz.

– Mąż jest tam. – Chłodno i spokojnie wskazała rozpalone pożarami niebo nad centrum Woli. Zrobiło mu się głupio. Cholernie głupio. Tam jest rzeźnia. Facet być może już nie żyje. A jemu się tu na amory zebrało.

– Przepraszam. Bardzo przepraszam – wykrztusił ogłupiały.

– Nie gniewam się. Rozumiem pana, ale ja w tej sprawie nie pomogę – dodała z nikłym uśmiechem.

Wypił kawę, parząc sobie usta. Byle szybciej, byle zejść jej z oczu. Podziękował. Stuknął obcasem, jak uczyli przed wojną w podchorążówce. Odruchowo poprawił pas i czujnie wyśliznął się na ulicę.

Na schodach minął objętą ciasno parę. Ona i on. Rozpoznał łączniczkę, która roznosiła rozkazy. Spała w objęciach jakiegoś młokosa, któremu ledwie sypnął się wąs. Leżeli na drewnianych brudnych schodach, przykryci dziurawym kocem. Przeszedł cicho. Spali tak twardo jak ta mała dziewczynka w kuchni. Nie reagowali na nikogo, bo i dlaczego mieliby reagować? Mieli tak mało czasu. Jutro może ich już nie będzie.

Ciszewski wyszedł przed bramę. Wyjął z kieszeni papierosy Juno. Zapalił. Wciągnął głęboko dym do płuc. Lubił ten moment. To był jego poranny rytuał. Kawa i papieros. W czasie okupacji kosztowne przyzwyczajenie, bo kawę można było dostać tylko na czarnym rynku. Dla Polaków takich rarytasów oczywiście nie było. Co z tego – spryciarze na Kercelaku zawsze mieli coś pod ladą. Nie, nie te obrzydliwe namiastki Gollner Kaffee Ersatz! Niemieccy żołnierze zawsze potrzebowali gotówki na wódkę, dziwki. Znosili do handlarzy na targ najlepsze arabiki z Francji czy Włoch. Czasami Jurek również kupował sobie odrobinę przedwojennego luksusu.

Z papierosami nie było wcale łatwiej. Egipskie można było kupić jeszcze przez dwa–trzy lata po Wrześniu – oczywiście spod lady. Potem nastała era skrętów i obrzydliwej, śmierdzącej machorki. Rarytasy – niemieckie salemy goldy albo właśnie te pachnące perfumami juno – trafiały się tylko, gdy jakiemuś szkopowi dało się właśnie w zęby. Zaciągnął się jeszcze raz. Nikotyna wypędziła resztki snu.

Gdzieś spomiędzy domów leżących bliżej Żytniej usłyszał stłumiony łomot, zgrzyt gąsienic o bruk. Poczuł lekkie drżenie ziemi. Automatycznie zaczął przesuwać się ostrożnie w kierunku groźnego hałasu. Czołgi! Rozpoznał je od razu po graniu silnika. Pantery! Ich benzynowe dwunastocylindrowe motory Maybacha grały potężną symfonię na 650 koni mechanicznych, a solidne żeliwne gąsienice zgrzytały ostro po bruku. Bóg muzyki wojennej, Wagner, byłby z nich dumny – to śmierć w czystej postaci. Groźnie ryczały, ale jechały bardzo powoli. Co kilkadziesiąt metrów, prawie przy każdym większym zaułku, zatrzymywały się ze zgrzytem.

„Boją się – pomyślał Ciszewski. – Pogubili się jak nic! Jadą w ciemno”.

Chwila spokoju. Znowu ryk. Pojazdy ruszyły powoli do przodu. Tymczasem w kamienicy nikt już nie spał. Czołgi postawiły wszystkich na nogi. Ciszewski cofnął się do bramy w poszukiwaniu czegoś solidniejszego niż sten ze swoim śmiesznym, wystającym na bok magazynkiem na naboje.

Powstańcy błyskawicznie rozbiegli się na stanowiska. Dołączył do nich, ale przebiegł tylko parę metrów.

– Podchorąży, stać! – rozkazał dowódca odcinka. Był to człowiek niewysoki, szczupły, o ostrych, przeszywających, niebieskich oczach. Potrafił chyba głosem zatrzymać szarżującego byka. Przedwojenny oficer w najlepszym wydaniu. Mimo to „Mötz” wkurzył się porządnie.

– Jesteście przeszkoleni w materiałach wybuchowych?

– Taaaa jest!

– No to pomożecie naszym saperom – rzucił krótko dowódca, wskazując wyprostowaną ręką dwóch facetów w czarnych beretach. Choć nosili cywilne ciuchy i zwykłe buty, trzymali się po żołniersku. We trzech zbiegli szybko do piwnicy, a po chwili wytargali z niej dużą i ciężką skrzynię. Przygięci dociągnęli ładunek pod barykadę, tuż pod mury fabryki Telefunkena.

– Nie strzelać pod żadnym pozorem! Poczekać, aż podjadą bliżej. Dopiero później granatami i butelkami – poszedł rozkaz wzdłuż wątłej linii obrońców.

Niemieckie załogi zorientowały się, że nadchodzi czas kolejnej próby. Odezwał się kaem pierwszej z panter.

– Tuuttttttttttttttttu – zadudnił MG-34. Pociski poszły w barykadę, momentalnie zmiatając przeszkodę. Czołgi podjechały kolejne pięćdziesiąt metrów do przodu.

– Zzzzzzzzzziii! – zapiszczały silniki hydrauliczne obracające wieże. Pierwsza i ostatnia pantera jak na komendę obróciły swoje wieżyczki. Jedno działo wycelowało w nieodległą barykadę; druga lufa nieomal wetknęła swoją czarną paszczę w bramę opuszczonej kamienicy.

Zaczęło się. Z okien niskiego domu po prawej pod gąsienice pierwszej pantery poleciały łukiem granaty. Pancerny kolos gwałtownie skręcił; niczym stalowy żuk gnojarz metodycznie począł wspinać się na niski nasyp. Usypana kilka dni wcześniej w poprzek ulicy przeszkoda dla niemieckiego czołgu miała tylko umowne znaczenie. Bez żadnego trudu wbił się z impetem w stos płyt chodnikowych, starych mebli, piachu i kamieni, pracowicie wyciąganych nocami z piwnic domów.

Pantera wdarła się na szczyt barykady. Zgniotła jak papier stojący obok parkan i nagle zanurkowała, o mały włos nie zawadzając lufą o ziemię. Niemcy mieli szczęście – ogród za drewnianym płotem leżał poniżej poziomu ulicy.

Silnik ryknął spazmatycznie. Czołg próbował wycofać się z pułapki, ale jego gąsienice tylko bezsilnie wyrywały kamienie z bruku. Nie pomogły niemieckie konie mechaniczne od Maybacha i czterdzieści pięć ton najlepszej klasy stali. Pantera utknęła na dobre, kompletnie bezbronna.

Drugi czołg w tym samym momencie celnie dostał butelką. Benzyna albo nafta, cokolwiek wlano do cienkich flaszek po oranżadzie, rozlała się szeroko po jego pancerzu. Za chwilę pantera dostała jeszcze dwa takie ogniste koktajle, ale – o dziwo – nie chciała zająć się ogniem. Celowniczy obrócił groźnie wieżę w stronę powstańców. Na szczęście nie mógł oddać strzału – pierwszy czołg był wciąż na linii ognia.

Kierowca trzeciej pantery zorientował się, że on i jego towarzysze znaleźli się w pułapce. Wykorzystał zamieszanie; włączył wsteczny i na pełnym gazie zaczął się wycofywać. Nie mieli czym i jak go zatrzymać.

Ciszewski wraz z saperami dobiegli do barykady pod fabryką Telefunkena. Porozumieli się wzrokiem i saperką odbili wieko skrzyni. W środku było kilka płaskich brezentowych worków.

– W każdym są dwa kilogramy materiału wybuchowego wyposażonego w zapalnik uderzeniowy.

– Co z tym robimy?

– Trzeba podejść jak najbliżej i rzucać.

– Zapalnik wytrzyma?

– Powinien, ale pewności nie ma. Tylko kilka prób zrobiliśmy. Pan lepiej uważa, panie podchorąży.

Podzielili worki między siebie. „Mötz” miał ruszyć prosto na drugą panterę, saperzy mieli zabezpieczyć flanki i atakować pozostałe czołgi.

– Obejdę tego skurwiela z prawej – wrzasnął do Ciszewskiego „czarny beret”, przekrzykując kanonadę i ryk silnika zakleszczonej w gruzie pantery.

„Mötz” patrzył, jak mężczyzna ostrożnie odskakuje w ciemność. Saper przesuwał się powoli, wykorzystywał do osłony każde drzewo i latarnię.