Ogrody księżyca. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych - Steven Erikson - ebook

Ogrody księżyca. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych ebook

Steven Erikson

4,5

39 osób interesuje się tą książką

Opis

Krwawa i wyczerpująca wojna trwa już dwanaście lat. Rządzone twardą ręką Imperium Malazańskie podbija jedno Wolne Miasto po drugim. Jego niezwyciężone legiony, prowadzone przez potężnych czarodziejów prą coraz dalej na południe - w kierunku legendarnego Darudżystanu...Tam rozegra się ostatni akt dramatu. W eksplozji czarów z Malazańczykami zetrze się sam Anomander Rake, najpotężniejszy z żyjących magów, władca latającej fortecy Odprysk Księżyca...Wcześniej jednak na ulicach metropolii dojdzie do zaciekłych zmagań. Imperialni Podpalacze Mostów - elitarna jednostka cesarzowej Laseen - rzucą wyzwanie zabójcom Rake'a i ich sprzymierzeńcom...

"Ogrody księżyca" Stevena Eriksona są jednym z najlepszych debiutów fantasy ostatniej dekady - barwną, epicką opowieścią, oszałamiającą rozmachem kreowanej wizji, bogactwem świata i mnogością pomysłów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 879

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (95 ocen)
54
32
8
1
0
Sortuj według:
Piterdv

Nie oderwiesz się od lektury

To najlepszy cykl fantasy jaki czytałem. Po prostu wielka historia. W fantastyce można porównać ją z Diuną. Coś pięknego:o)
00

Popularność




Podzię­ko­wa­nia

Żadna powieść nie może powstać w izo­la­cji. Autor chciałby podzię­ko­wać za wie­lo­let­nie wspar­cie nastę­pu­ją­cym oso­bom: Clare Tho­mas, Bowe­nowi, Mar­kowi Paxto­nowi-MacRae, Davi­dowi Kec­kowi, Court­ney­owi, Ryanowi, Chri­sowi i Ric­kowi, Mire­ille The­ria­celt, Den­ni­sowi Val­dro­nowi, Keithowi Addi­so­nowi, Susan, Davi­dowi i Har­riet, Clare i Davi­dowi Tho­masowi junio­rowi, Chri­sowi Rodel­lowi, Patric­kowi Car­rol­lowi, Kate Peach, Pete­rowi Knowl­so­nowi, Rune, Ken­towi, Val i dzie­cia­kom, mojemu nie­stru­dzo­nemu agen­towi Patric­kowi Wal­showi oraz zna­ko­mi­temu redak­to­rowi Simo­nowi Tay­lo­rowi.

Dra­ma­tis Per­so­nae

Impe­rium Mala­zań­skie

Zastęp Jed­no­rę­kiego

Tat­ter­sail: kadrowa cza­ro­dziejka, Druga Armia, inter­pre­ta­torka Talii Smo­ków

Loczek: kadrowy mag, Druga Armia, nie­sym­pa­tyczny rywal Tay­schrenna

Calot: kadrowy mag, Druga Armia, kocha­nek Tat­ter­sail

Toc Młod­szy: zwia­dowca, Druga Armia, Agent Szponu, który odniósł poważne rany pod­czas oblę­że­nia Pale

Pod­pa­la­cze Mostów

Sier­żant Sójeczka: Dzie­wiąta Dru­żyna, dawny dowódca Dru­giej Armii

Kapral Kalam: Dzie­wiąta Dru­żyna, były szpon z Sied­miu Miast

Szybki Ben: Dzie­wiąta Dru­żyna, mag z Sied­miu Miast

Żal: Dzie­wiąta Dru­żyna, śmier­tel­nie groźna mor­der­czyni wyglą­da­jąca jak młoda dziew­czyna

Płot: Dzie­wiąta Dru­żyna, saper

Skrzy­pek: Dzie­wiąta Dru­żyna, saper

Bie­gu­nek: Dzie­wiąta Dru­żyna, bar­gha­scki wojow­nik

Mło­tek: Dzie­wiąta Dru­żyna, uzdro­wi­ciel

Sier­żant Ner­wu­sik: Siódma Dru­żyna

Wyka­łaczka: Siódma Dru­żyna

Dowódz­two Armii Impe­rial­nych

Sta­bro Ganoes Paran: szla­chet­nie uro­dzony ofi­cer mala­zań­ski

Dujek Jed­no­ręki: wielka pięść, głów­no­do­wo­dzący Armii Mala­zań­skich pod­czas wojny na Gena­bac­kis

Tay­schrenn: wielki mag w służ­bie cesa­rzo­wej

Bel­lur­dan: wielki mag w służ­bie cesa­rzo­wej

Night­chill: wielka cza­ro­dziejka w służ­bie cesa­rzo­wej

A’Karo­nys: wielki mag w służ­bie cesa­rzo­wej

Lorn: przy­boczna cesa­rzo­wej

Top­per: dowódca Szponu

Cesa­rzowa Laseen: wład­czyni Impe­rium Mala­zań­skiego

Dom Para­nów (Unta)

Tavore: sio­stra Gano­esa (dru­gie dziecko)

Feli­sin: naj­młod­sza sio­stra Gano­esa

Gamet: wete­ran, straż­nik domowy

W Cza­sach Cesa­rza

Cesarz Kel­la­nved: zało­ży­ciel impe­rium, zamor­do­wany przez Laseen

Tan­cerz: główny doradca cesa­rza, zamor­do­wany przez Laseen

Gburka: dawne imię Laseen, w cza­sach gdy była dowódcą Szponu

Das­sem Ultor: pierw­szy miecz impe­rium, zabity pod Y’gha­tan, jed­nym z Sied­miu Miast

Toc (Star­szy): zagi­niony pod­czas zarzą­dzo­nej przez Laseen czystki sta­rej gwar­dii

W Daru­dży­sta­nie

Bywalcy Gospody „Pod Fenik­sem”

Kruppe: czło­wiek fał­szy­wie skromny

Cro­kus Youn­ghand: młody zło­dziej

Ral­lick Nom: skry­to­bójca z gil­dii

Muril­lio: bawi­da­mek

Coll: pijak

Meese: regu­larna klientka

Irilta: regu­larna klientka

Scu­rve: obe­rży­sta

Sulty: posłu­gaczka

Chert: pechowy osi­łek

Kote­ria T’orrud

Baruk: wielki alche­mik

Deru­dan: cza­row­nica wła­da­jąca Ten­nes

Mam­mot: wielki kapłan D’riss i wybitny uczony, wuj Cro­kusa

Tra­vale: pobożny żoł­nierz Kote­rii

Tho­lis: wielki mag

Parald: wielki mag

Rada

Tur­ban Orr: wpły­wowy rajca i kocha­nek Sim­tal

Lim: sojusz­nik Tur­bana Orra

Sim­tal: pani Majątku Sim­tal

Estray­sian D’Arle: rywal Tur­bana Orra

Chal­lice D’Arle: córka Tur­bana Orra

Gil­dia Skry­to­bój­ców

Vor­can: wład­czyni gil­dii (znana też jako mistrzyni skry­to­bój­ców)

Oce­lot: naczel­nik klanu Ral­licka Noma

Talo Kra­far: skry­to­bójca z klanu Jur­riga Denatte’a

Krute z Talientu: agent gil­dii

Inni Miesz­kańcy

Węgorz: czło­wiek uwa­żany za szefa siatki szpie­gow­skiej

Nisz­czy­ciel Kręgu: agent Węgo­rza

Vil­drom: straż­nik miej­ski

Kapi­tan Stil­lis: kapi­tan straży z Majątku Sim­tal

Pozo­stali Gra­cze

Tiste Andii

Ano­man­der Rake: władca Odpry­sku Księ­życa, Syn Ciem­no­ści, Rycerz Ciem­no­ści

Ser­rat: zastęp­czyni Rake’a

Kor­lat: nocna łow­czyni, kuzynka Ser­rat

Orfan­tal: nocna łow­czyni

Horult: nocny łowca

T’lan Imas­so­wie

Logros: wódz kla­nów T’lan Imas­sów, słu­żą­cych Impe­rium Mala­zań­skiemu

Onos T’oolan: bez­kla­nowy wojow­nik

Pran Chole: rzu­ca­jący kości (sza­man) T’lan Imas­sów Krona

Kig Aven: wódz klanu

Inni

Sta­ru­cha: Wielki Kruk, służka Ano­man­dera Rake’a

Sila­nah:ele­int, towa­rzyszka Ano­man­dera Rake’a

Raest: jaghucki tyran

K’rul: pra­dawny bóg, Wyty­cza­jący Ścieżki

Cala­dan Brood: naczel­ny­wódz wal­czący z mala­zań­skimi armiami pod­czas kam­pa­nii pół­noc­nej

Kal­lor: zastępca Bro­oda

Książę K’azz D’Avore: dowódca Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Jor­rick Ostra Lanca: ofi­cer Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Cze­piec: wielki mag Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Kapral Blues: Szó­ste Ostrze Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Palu­szek: Szó­ste Ostrze Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Ogar Baran: Ogar Cie­nia

Ogar Blind: Ogar Cie­nia

Ogar Gear: Ogar Cie­nia

Ogar Rood: Ogar Cie­nia

Ogar Shan: Ogar Cie­nia

Ogar Doan: Ogar Cie­nia

Ogar Gan­rod: Ogar Cie­nia

Tron Cie­nia/Amma­nas: władca Groty Cie­nia

Sznur/Koty­lion: towa­rzysz Tronu Cie­nia i patron skry­to­bój­ców

Ica­rium: budow­ni­czy Koła Wie­ków w Daru­dży­sta­nie

Mappo: towa­rzysz Ica­riuma

Pan­nioń­ski Jasno­widz: pro­rok-tyran wła­da­jący Pan­nion Domin

Popioły już osty­gły i otwie­ramy starą księgę.

Na jej zatłusz­czo­nych stro­ni­cach chłodne słowa mówią nam o pole­głych, o impe­rium w roz­kła­dzie.

Ogień przy­gasł, jego blask i iskierki życia są już tylko wspo­mnie­niem. Wzrok mi słab­nie.

Jaki jest kolor mych myśli, gdy otwie­ram „Księgę pole­głych” i wcią­gam głę­boko w płuca woń histo­rii?Posłu­chaj­cie przeto słów, które przy­szły z tym odde­chem.

Te wciąż powra­ca­jące opo­wie­ści mówią o nas wszyst­kich.Jeste­śmy powtórką histo­rii, niczym wię­cej, a ona trwa bez końca, który jest wszyst­kim.

Cesarz nie żyje! I jego prawa ręka – zimna i odrą­bana! Zważ jed­nak na nik­nące cie­nie, roz­dwo­jone, okrwa­wione i poko­nane, umy­ka­jące przed wzro­kiem śmier­tel­ni­ków… Berło stra­ciło wła­dzę, zga­sły pozła­cane kan­de­la­bry, a z wysa­dza­nego twar­dymi klej­no­tami pale­ni­ska sie­dem lat umy­kało cie­pło… Cesarz nie żyje. I jego sługa i towa­rzysz. Sznur prze­cięto. Zważ jed­nak na zwia­stuny powrotu: słab­nący mrok, strzęp całunu, który spo­wija dzieci w gasną­cym bla­sku impe­rium. Usłysz słabą repryzę trenu. Nim słońce zaj­dzie, dzień spły­nie czer­wie­nią po wybo­istym grun­cie. A w obsy­dia­no­wych oczach sie­dem razy zabrzmi kurant zemsty…

Woła­nie do cie­nia (I. 1. 1-18) Feli­sin (ur. 1146)

Pro­log

1154 rok snu Pożogi 96 rok Impe­rium Mala­zań­skiego Ostatni rok pano­wa­nia cesa­rza Kel­la­nveda

Czarną, pokrytą dzio­bami powierzch­nię Cho­rą­giewki Mocka pokry­wały plamy rdzy przy­po­mi­na­jące krwawe morza. Liczyła sobie już sto lat. Przy­twier­dzono ją do końca sta­rej piki, umo­co­wa­nej sworz­niami na szczy­cie murów. Wyglą­dała pokracz­nie i mon­stru­al­nie. Wykle­pano ją na kształt uskrzy­dlo­nego demona, który szcze­rzył zęby w lubież­nym uśmie­chu. Przy każ­dym powie­wie wia­tru poskrzy­py­wała prze­raź­li­wie.

Tego dnia, gdy nad Mysią Dziel­nicą Malazu wznio­sły się kolumny dymu, wia­try były zmienne. Cho­rą­giewka umil­kła, obwiesz­cza­jąc w ten spo­sób, że wie­jąca od morza bryza, która ude­rzała w znisz­czone mury Twier­dzy Mocka, nagle ustała. Potem Cho­rą­giewka zazgrzy­tała na nowo, gdy zakrę­cił nią gorący, pełen iskier i dymu oddech Mysiej Dziel­nicy, który dotarł z dru­giego końca mia­sta na szczyt wzgó­rza.

Ganoes Sta­bro Paran z rodu Para­nów wspiął się na palce, by wyj­rzeć za blanki. Za jego ple­cami wzno­siła się Twier­dza Mocka, która ongiś była sto­licą impe­rium, lecz teraz, gdy pod­bito już kon­ty­nent, znowu sto­czyła się do roli kwa­tery pię­ści. Po lewej stro­nie miał pikę i jej kapry­śną ozdobę.

Zbyt dobrze znał sta­ro­żytną, góru­jącą nad mia­stem for­tecę, by mogła jesz­cze go inte­re­so­wać. Odwie­dzał ją po raz trzeci w ciągu trzech lat i dawno już zba­dał wybo­isty, bru­ko­wany dzie­dzi­niec, Starą Twier­dzę – obec­nie słu­żyła jako staj­nie, a na jej gór­nej kon­dy­gna­cji gnieź­dziły się gołę­bie, jaskółki i nie­to­pe­rze – a także cyta­delę, w któ­rej jego ojciec pro­wa­dził teraz z por­to­wymi urzęd­ni­kami nego­cja­cje na temat kwot eks­por­to­wych wyspy. Rzecz jasna, znaczna część cyta­deli była nie­do­stępna, nawet dla szla­chec­kiego syna. Była ona kwa­terą pię­ści, a w jej wewnętrz­nych kom­na­tach spo­ty­kali się ludzie zarzą­dza­jący wyspą w imie­niu impe­rium.

Ganoes zapo­mniał o Twier­dzy Mocka i sku­pił uwagę na obskur­nym mie­ście poni­żej oraz na zamiesz­kach, do któ­rych doszło w naj­bied­niej­szej dziel­nicy. Twier­dzę Mocka wznie­siono na urwi­sku. Do Wieży pro­wa­dziły kręte schody wykute w wapien­nym kli­fie. Od mia­sta dzie­liło ją co naj­mniej osiem­dzie­siąt sążni, a poob­tłu­ki­wany mur Twier­dzy doda­wał jesz­cze sześć. Mysia Dziel­nica była czę­ścią mia­sta poło­żoną naj­da­lej od morza. Jej pofał­do­wany teren zaj­mo­wały liczne rudery oraz poro­śnięte chwa­stami tarasy prze­cięte wpół przez gęstą od mułu rzekę, która powoli toczyła swe wody ku por­towi. Gano­esa dzie­liła od niej więk­sza część mia­sta, a gęst­nie­jące słupy czar­nego dymu unie­moż­li­wiały chłopcu dokładną obser­wa­cję roz­gry­wa­ją­cych się tam wyda­rzeń.

Było połu­dnie, lecz powie­trze pociem­niało od roz­bły­sków i eks­plo­zji magii.

Wtem, obok, poja­wił się pobrzę­ku­jący zbroją żoł­nierz, który wsparł na murze skryte pod nara­mien­ni­kami ręce, skro­biąc pochwą mie­cza kamie­nie chod­nika.

– Cie­szysz się, że w twych żyłach pły­nie czy­sta krew, co? – zapy­tał, kie­ru­jąc spoj­rze­nie sza­rych oczu na pło­nące w dole mia­sto.

Chło­piec przy­pa­trzył mu się uważ­nie. Wie­dział, jak są wyekwi­po­wane wszyst­kie impe­rialne pułki. Sto­jący obok czło­wiek był ofi­ce­rem eli­tar­nej Trze­ciej Armii, jed­nym z ludzi cesa­rza. Na ciem­no­sza­rej pele­ry­nie miał srebrną bro­szę przed­sta­wia­jącą kamienny most roz­świe­tlony rubi­no­wymi pło­mie­niami. Pod­pa­la­cze Mostów.

Wysocy rangą żoł­nie­rze i urzęd­nicy impe­rium byli czę­stymi gośćmi w Twier­dzy Mocka. Wyspa Malaz na­dal peł­niła rolę waż­nego portu, zwłasz­cza teraz, gdy na połu­dniu trwały wojny korel­skie. Ganoes widział już wielu waż­nych ludzi, tak tutaj, jak i w sto­licy, Uncie.

– A więc to prawda? – zapy­tał śmiało.

– Co?

– Że pierw­szy miecz impe­rium, Das­sem Ultor, nie żyje. Sły­sze­li­śmy o tym w sto­licy przed odjaz­dem. Czy to prawda?

Męż­czy­zna wzdry­gnął się wyraź­nie, nie odry­wa­jąc wzroku od Mysiej Dziel­nicy.

– Tak to już bywa na woj­nie – mruk­nął pod nosem, jakby nie chciał, żeby usły­szał go ktoś postronny.

– Słu­żysz w Trze­ciej Armii. Myśla­łem, że jeste­ście z nim w Sied­miu Mia­stach. W Y’gha­tan…

– Na oddech Kap­tura, cią­gle szu­kają jego ciała w dymią­cych jesz­cze gru­zach tego cho­ler­nego mia­sta, a ty, syn kupca, miesz­ka­jący dzie­sięć tysięcy mil od Sied­miu Miast, znasz infor­ma­cję, którą powinni posia­dać tylko nie­liczni. – Na­dal się nie odwra­cał. – Nie znam two­ich źró­deł, ale dobrze ci radzę, zacho­waj to, co wiesz, dla sie­bie.

– Mówią, że zdra­dził boga – zauwa­żył Ganoes ze wzru­sze­niem ramion.

Nie­zna­jomy wresz­cie spoj­rzał na niego. Twarz miał nazna­czoną bli­zną, a na szczęce i lewym policzku wid­niała plama, która mogła być śla­dem po opa­rze­niu. Mimo to wyda­wał się młody jak na ofi­cera.

– Coś ci powiem, synku.

– A co?

– Każdą pod­jętą decy­zją zmie­niasz obli­cze świata. Naj­le­piej jest żyć tak, żeby bogo­wie cię nie zauwa­żali. Jeśli pra­gniesz wol­no­ści, chłop­cze, żyj spo­koj­nie.

– Chcę zostać żoł­nie­rzem. Boha­te­rem.

– Wyro­śniesz z tego.

Cho­rą­giewka Mocka skrzyp­nęła. Od morza nad­cią­gnął wie­trzyk, który roz­pro­szył gęsty dym. Ganoes poczuł teraz odór gni­ją­cych ryb oraz tło­czą­cych się w por­cie ludzi.

Do ofi­cera pod­szedł inny Pod­pa­lacz Mostów, który na ple­cach nosił roz­bite, nad­pa­lone skrzypce. Był żyla­sty i jesz­cze młod­szy od swego dowódcy – tylko kilka lat star­szy od Gano­esa, który był dwu­na­sto­let­nim chłop­cem. Twarz i grzbiety obu dłoni pokry­wały mu dzi­waczne dzioby, a jego zbroja sta­no­wiła oso­bliwe połą­cze­nie róż­nych egzo­tycz­nych ele­men­tów, nało­żo­nych na wytarty, brudny mun­dur. U pasa miał krótki miecz w pęk­nię­tej drew­nia­nej pochwie. Oparł się o blanki obok pierw­szego męż­czy­zny i przy­jął swo­bodną pozę, świad­czącą, że znają się od dawna.

– Kiedy cza­ro­dzieje wpa­dają w panikę, smród jest paskudny – zauwa­żył przy­bysz. – Wyraź­nie ich ponio­sło. Nie potrzeba całej kadry magów, żeby zała­twić parę wosko­wych wiedźm.

Ofi­cer wes­tchnął.

– Chcia­łem tu zacze­kać, żeby zoba­czyć, czy się opa­nują.

Żoł­nierz chrząk­nął.

– Są mło­dzi i nie­do­świad­czeni – zauwa­żył. – Nie­któ­rym na zawsze zostaną po tym bli­zny. Poza tym – dodał – wielu z nich wyko­nuje roz­kazy kogoś innego.

– To tylko podej­rze­nia.

– Dowody mamy przed oczyma. W Mysiej Dziel­nicy.

– Być może.

– Jesteś zbyt ostrożny. Gburka twier­dzi, że to twoja naj­więk­sza wada.

– Gburka to zmar­twie­nie cesa­rza, nie moje.

Odpo­wie­działo mu ponowne chrząk­nię­cie.

– Może wkrótce stać się zmar­twie­niem nas wszyst­kich.

Ofi­cer odwró­cił się bez słowa i popa­trzył na towa­rzy­sza.

Ten wzru­szył ramio­nami.

– Mam takie prze­czu­cie. Sły­sza­łeś, że przy­brała nowe imię? Laseen.

– Laseen?

– To napań­skie słowo. Zna­czy…

– Wiem, co zna­czy.

– Mam nadzieję, że cesarz też to wie.

– Wład­czyni tronu – wtrą­cił Ganoes.

Obaj męż­czyźni skie­ro­wali wzrok na niego.

Wiatr znowu zmie­nił kie­ru­nek, przy­no­sząc ze sobą woń chłod­nego kamie­nia, z któ­rego zbu­do­wano twier­dzę. Żela­zny demon jęk­nął na swej pice.

– Mój nauczy­ciel jest Napań­czy­kiem – wyja­śnił Ganoes.

Wtem za ich ple­cami roz­legł się nowy głos, wład­czy i zimny. Mówiła kobieta.

– Dowódco.

Obaj żoł­nie­rze odwró­cili się, choć bez zbyt­niego pośpie­chu.

– Ta nowa kom­pa­nia będzie potrze­bo­wała pomocy – rzekł ofi­cer do swego towa­rzy­sza. – Wyślij Dujeka ze skrzy­dłem i kilku sape­rów, żeby opa­no­wali pożary. Ina­czej całe mia­sto pój­dzie z dymem.

Żoł­nierz ski­nął głową i odma­sze­ro­wał, nawet nie spo­glą­da­jąc na kobietę.

Stała przy bra­mie pro­wa­dzą­cej do kwa­dra­to­wej wieży cyta­deli, w towa­rzy­stwie dwóch straż­ni­ków. Ciem­no­nie­bie­ska skóra świad­czyła, że jest Napanką, lecz poza tym nie wyróż­niała się niczym szcze­gól­nym. Jej szarą szatę pokry­wały plamy soli, brą­zo­wawe włosy były ścięte krótko jak u żoł­nie­rza, a szczu­pła twarz nie zapa­dała w pamięć. Jed­nakże na widok straż­ni­ków Gano­esa prze­szył dreszcz. Stali po obu stro­nach kobiety, wysocy i spo­wici w czerń. Dło­nie mieli skryte w ręka­wach, a twa­rze ginęły pod kap­tu­rami. Chło­piec ni­gdy jesz­cze nie widział szpona, instynkt pod­po­wia­dał mu jed­nak, że to ako­lici kultu. Co zna­czyło, że ta kobieta…

– Ty wpa­ko­wa­łaś nas w tę kabałę, Gburko – ode­zwał się ofi­cer. – Ale wygląda na to, że porzą­dek będę musiał zro­bić ja.

Gano­esa zdu­mie­wało, że żoł­nierz nie oka­zy­wał stra­chu, a jego ton był bli­ski pogardy. To Gburka stwo­rzyła Szpon i uczy­niła z niego potęgę, któ­rej mógł dorów­nać tylko sam cesarz.

– Noszę teraz inne imię, dowódco.

– Sły­sza­łem – odparł męż­czy­zna, krzy­wiąc wście­kle twarz. – Chyba czu­jesz się bar­dzo pewna sie­bie pod nie­obec­ność cesa­rza. Nie on jeden pamięta, że kie­dyś byłaś zwy­kłą dziewką słu­żebną w Sta­rej Dziel­nicy. Widzę, że dawno już zapo­mnia­łaś o wdzięcz­no­ści.

Jeśli nawet te słowa poiry­to­wały Gburkę, jej twarz tego nie zdra­dzała.

– To było pro­ste zada­nie – zauwa­żyła. – Ale wygląda na to, że twoi nowi ofi­ce­ro­wie nie potra­fią sobie z nim pora­dzić.

– Sytu­acja wymknęła się spod kon­troli – tłu­ma­czył się dowódca. – Są nie­do­świad­czeni…

– To nie moja sprawa – wark­nęła. – Zresztą nie mar­twi mnie to zbyt­nio. W ten spo­sób ci, któ­rzy się nam sprze­ci­wiają, otrzy­mają jesz­cze dotkliw­szą nauczkę.

– Sprze­ci­wiają? Garstka domo­ro­słych wiedźm sprze­da­ją­cych swe nie­wiel­kie talenty? I jaki to zło­wiesz­czy uży­tek z nich robiły? Wyszu­ki­wały ławice kora­wali na pły­ci­znach zatoki. Na oddech Kap­tura, kobieto, to nie jest groźba dla impe­rium.

– Nie­usank­cjo­no­wane czary. Zła­ma­nie nowego prawa…

– Two­jego prawa, Gburko. Ono się nie utrzyma. Możesz być pewna, że kiedy cesarz wróci, natych­miast odwoła twój zakaz upra­wia­nia cza­rów.

Kobieta uśmiech­nęła się zimno.

– Na pewno z rado­ścią usły­szysz, że z Wieży zamel­do­wano o zbli­ża­niu się trans­por­tow­ców, które mają zabrać twych nowych rekru­tów. Bez żalu roz­sta­niemy się z tobą i two­imi nie­spo­koj­nymi, sko­rymi do buntu żoł­nie­rzami, dowódco.

Kobieta odwró­ciła się bez słowa i – nawet nie spo­glą­da­jąc na chłopca sto­ją­cego obok żoł­nie­rza – wró­ciła do cyta­deli w towa­rzy­stwie swych mil­czą­cych straż­ni­ków.

Ganoes i dowódca znowu skie­ro­wali spoj­rze­nia na ogar­niętą zamiesz­kami Mysią Dziel­nicę. Za zasłoną dymu było teraz widać pło­mie­nie.

– Pew­nego dnia zostanę żoł­nie­rzem – oznaj­mił chło­piec.

Męż­czy­zna chrząk­nął.

– Tylko wtedy, gdy nie nadasz się do niczego innego, synku. Za miecz chwy­tają wyłącz­nie zde­spe­ro­wani ludzie, któ­rym nie pozo­stało nic innego. Zapa­mię­taj moje słowa i znajdź sobie jakiś szczyt­niej­szy cel.

– Nie jesteś podobny do innych żoł­nie­rzy, z któ­rymi roz­ma­wia­łem – zauwa­żył Ganoes, krzy­wiąc się. – Przy­po­mi­nasz raczej mojego ojca.

– Nie jestem twoim ojcem, chłop­cze – wark­nął ofi­cer.

– Świat nie potrze­buje jesz­cze jed­nego kupca win­nego – skon­tro­wał Ganoes.

Żoł­nierz zmru­żył oczy, przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie. Otwo­rzył usta, by udzie­lić narzu­ca­ją­cej się odpo­wie­dzi, zamknął je jed­nak gwał­tow­nie.

Zado­wo­lony z sie­bie Ganoes Paran spoj­rzał na pło­nącą dziel­nicę.

Nawet małemu chłopcu może się udać celna ripo­sta, dowódco.

Cho­rą­giewka Mocka zawi­ro­wała raz jesz­cze. Znad mia­sta nad­cią­gnęły kłęby dymu, które ogar­nęły patrzą­cych. Nio­sły ze sobą smród pło­ną­cej tka­niny, farby i kamie­nia, a także jakiś inny, słod­kawy zapach.

– To rzeź­nia – ode­zwał się Ganoes. – Świ­nie się palą.

Ofi­cer skrzy­wił twarz. Po dłu­giej chwili oparł się z wes­tchnie­niem o mur.

– Skoro tak mówisz, chłop­cze. Skoro tak mówisz…

Księga pierw­sza

Pale

…W ósmym roku Wolne Mia­sta Gena­bac­kis nawią­zały kon­takt z kil­koma zacięż­nymi armiami, które miały im pomóc w odpar­ciu ofen­sywy impe­rium. Naj­bar­dziej zna­czą­cymi z nich były Kar­ma­zy­nowa Gwar­dia pod dowódz­twem księ­cia K’azza D’Avore (zob. tom III i V) oraz pułki Tiste Andii z Odpry­sku Księ­życa, któ­rymi dowo­dził mię­dzy innymi Cala­dan Brood.

Siły Impe­rium Mala­zań­skiego, które wiódł wielka pięść Dujek Jed­no­ręki, skła­dały się w owym roku z Dru­giej, Pią­tej i Szó­stej Armii, a także legio­nów Moran­thów.

Gdy spo­glą­damy wstecz na te wyda­rze­nia, narzu­cają się dwa spo­strze­że­nia. Po pierw­sze, zawarty w roku 1156 sojusz z Moran­thami spo­wo­do­wał fun­da­men­talną zmianę w sztuce wojen­nej Impe­rium Mala­zań­skiego, która na krótką metę oka­zała się korzystna. Po dru­gie, warto zauwa­żyć, że przy­stą­pie­nie do wojny wła­da­ją­cych cza­rami Tiste Andii z Odpry­sku Księ­życa ozna­czało począ­tek Cza­ro­dziej­skiej Kano­nady, która zde­wa­sto­wała cały kon­ty­nent.

W roku 1163 snu Pożogi oblę­że­nie Pale zakoń­czyło się eks­plo­zją cza­rów, która prze­szła już do legendy.

Wojny impe­rialne 1158-1194 Tom IV, Gena­bac­kis Imry­gyn Tal­lo­bant (ur. 1151)

Roz­dział pierw­szy

Stare kamie­nie traktu roz­brzmie­wają tęten­tem pod­ku­tych żela­zem kopyt i łosko­tem bęb­nów. Widzia­łam, jak szedł od morza aż po ską­pane w czer­wieni wzgó­rza. Przy­szedł z zacho­dem słońca, jeden chło­piec pośród ech synów i braci, sze­re­gów żoł­nier­skich duchów. A ja sie­dzia­łam na ostat­nim, wytar­tym milo­wym kamie­niu o zmierz­chu dnia. Jego gło­śne kroki mówiły mi wszystko, co musia­łam wie­dzieć, o chłopcu masze­ru­ją­cym po kamien­nej dro­dze, jesz­cze jed­nym żoł­nie­rzu, kolej­nym gore­ją­cym sercu, któ­rego dotąd nie ostu­dziło twarde żelazo.

Lament matki Ano­nim

1161 rok snu Pożogi 103 rok Impe­rium Mala­zań­skiego 7 rok pano­wa­nia cesa­rzo­wej Laseen

– Pchnąć i pocią­gnąć – mówiła sta­ruszka. – Oto metoda cesa­rzo­wej. Jest taka sama jak bogo­wie. – Pochy­liła się w bok i splu­nęła, po czym otarła pomarsz­czone wargi brudną chustką. – Odda­łam już na wojnę trzech mężów i dwóch synów.

Córka rybaka gapiła się z bły­skiem w oczach na kolumnę jeźdź­ców, któ­rzy podą­żali trak­tem. Pra­wie nie słu­chała sto­ją­cej obok sta­ro­winki. Oddy­chała szybko w rytm tętentu pięk­nych ruma­ków. Czuła, że twarz jej pło­nie, z powo­dów nie­ma­ją­cych nic wspól­nego z upa­łem. Dzień chy­lił się już ku zacho­dowi. Czer­wona plama słońca wisiała nad drze­wami po pra­wej stro­nie, a owie­wa­jąca twarz dziew­czyny mor­ska bryza stała się chłodna.

– To było w cza­sach cesa­rza – cią­gnęła sta­ruszka. – Niech Kap­tur upie­cze na roż­nie jego bękar­cią duszę. Ale popatrz tylko, dziew­czynko: Laseen roz­rzuca kości niczym naj­lepsi gra­cze. Ha, zaczęła prze­cież od jego kości, mam rację?

Córka rybaka słabo ski­nęła głową. Cze­kały przy gościńcu, jak przy­stało nisko uro­dzo­nym. Sta­ruszka dźwi­gała worek pełen rzep, a dziew­czyna nio­sła na gło­wie ciężki kosz. Mniej wię­cej co minutę kobieta prze­kła­dała tobół z jed­nego kości­stego barku na drugi. Całą drogę zaj­mo­wali jeźdźcy, a za jej ple­cami znaj­do­wał się głę­boki, kamie­ni­sty rów, nie miała więc gdzie posta­wić worka.

– Mówię ci, że roz­rzuca kości. Kości mężów i synów, żon i córek. Dla niej to bez róż­nicy. Dla niej i dla impe­rium. – Sta­ruszka splu­nęła raz jesz­cze. – Trzech mężów i dwóch synów, po dzie­sięć monet rocz­nie za każ­dego. Pięć razy dzie­sięć to pięć­dzie­siąt. Pięć­dzie­siąt monet rocz­nie, dziew­czynko. Ale co mi z tego? Mar­znę zimą i mar­znę w łożu.

Córka rybaka otarła pył z czoła. Jej jasne oczy śle­dziły mija­ją­cych ich żoł­nie­rzy. Mło­dzi męż­czyźni sie­dzieli na sio­dłach o wyso­kich opar­ciach, wbi­ja­jąc w dal swe poważne spoj­rze­nia. Nie­liczne towa­rzy­szące im kobiety były rosłe i z jakie­goś powodu wyda­wały się gwał­tow­niej­sze od męż­czyzn. Pro­mie­nie zacho­dzą­cego słońca odbi­jały się w heł­mach czer­wo­nym bla­skiem, który tak raził oczy dziew­czyny, że aż zaszły łzami.

– Jesteś córką rybaka – zauwa­żyła sta­ruszka. – Widy­wa­łam cię już na gościńcu, na plaży i na rynku, z tatą. To ten bez ręki, co? Pew­ni­kiem kości do jej kolek­cji? – Wyko­nała ręką gest naśla­du­jący rąba­nie, po czym ski­nęła głową. – Ja miesz­kam w pierw­szym domu przy dro­dze. Za te monety kupuję świece. Co noc palę pięć świec, żeby stara Rigga miała towa­rzy­stwo. To stary dom i wszystko w nim jest stare. Ja też, dziew­czynko. Co masz w tym koszu?

Do córki rybaka dotarło powoli, że zadano jej pyta­nie. Odwró­ciła wzrok od żoł­nie­rzy i uśmiech­nęła się do sta­ruszki.

– Prze­pra­szam. Konie robią okropny hałas.

– Pyta­łam, co masz w tym koszu, dziew­czynko? – powtó­rzyła Rigga pod­nie­sio­nym gło­sem.

– Sznu­rek. Tyle sznurka, że wystar­czy na trzy sieci. Jedną musimy zro­bić już na jutro. Tatu­nio stra­cił ostat­nią. Coś porwało ją na głę­bi­nie razem ze wszyst­kim, co zło­wił. Lichwiarz Ilgrand chce odzy­skać pie­nią­dze, które nam poży­czył, i musimy jutro nała­pać dużo ryb. – Uśmiech­nęła się po raz drugi i ponow­nie zer­k­nęła na żoł­nie­rzy. – Czy nie są cudowni?

Rigga wycią­gnęła nagle rękę, zła­pała dziew­czynę za gęste, czarne włosy i szarp­nęła je z całej siły.

Córka rybaka krzyk­nęła. Kosz zachwiał się na jej gło­wie i ześli­znął na bark. Pró­bo­wała powstrzy­mać go roz­pacz­li­wym gestem, był jed­nak zbyt ciężki. Runął na zie­mię i pękł.

– Aaai! – krzyk­nęła dziew­czyna. Spró­bo­wała uklęk­nąć, lecz Rigga znów szarp­nęła ją za włosy i odwró­ciła do sie­bie.

– Wysłu­chaj mnie, dziew­czynko! – wysy­czała, owie­wa­jąc jej twarz kwa­śnym odde­chem. – Impe­rium gnębi ten kraj już od stu lat. Ty się uro­dzi­łaś pod jego wła­dzą, ale ja nie. Kiedy mia­łam twoje lata, Itko Kan było nie­za­leż­nym pań­stwem. Mie­li­śmy wła­sną flagę i nikt nam nie roz­ka­zy­wał. Byli­śmy wolni, dziew­czynko.

Córkę rybaka dopa­dły mdło­ści od jej odde­chu. Zaci­snęła powieki.

– Zapa­mię­taj sobie tę prawdę, dziecko, bo ina­czej Płaszcz Kłamstw oślepi cię na zawsze. – Głos Riggi prze­szedł w mono­tonny zaśpiew i dziew­czyna natych­miast zesztyw­niała. Rigga, Rig­ga­lai Jasno­wi­dząca, woskowa wiedźma, która więzi dusze w świe­cach, a potem je pali. Dusze stra­wione w pło­mie­niach… W sło­wach sta­ruszki pobrzmie­wał mro­żący krew w żyłach ton pro­roc­twa. – Zapa­mię­taj sobie tę prawdę. Jestem ostat­nią osobą, która z tobą roz­ma­wia, a ty ostat­nią, która mnie usły­szy. Dla­tego łączy nas więź, która prze­trwa wszystko.

Rigga zaci­snęła sil­niej palce.

– Za morzem cesa­rzowa wbiła nóż w dzie­wi­czą glebę. Nad­cho­dzi potop krwi, który zaleje cię, dziecko, jeśli nie będziesz ostrożna. Dadzą ci miecz i pięk­nego konia, a potem wyślą za morze. Ale twoją duszę pochło­nie cień. Słu­chaj uważ­nie! Ukryj me słowa głę­boko! Rigga cię ocali, ponie­waż łączy nas więź. Ale nie mogę uczy­nić nic wię­cej. Rozu­miesz? Cze­kaj na władcę zro­dzo­nego w ciem­no­ści. To jego dłoń cię uwolni, choć on o tym nie wie…

– Co to, do licha?! – ryk­nął ktoś.

Rigga zwró­ciła się w stronę traktu. Jeden z jeźdź­ców zwol­nił. Jasno­wi­dząca puściła włosy dziew­czyny.

Ta zato­czyła się do tyłu, potknęła o przy­drożny kamień i runęła na zie­mię. Kiedy pod­nio­sła wzrok, jeź­dziec odda­lał się już kłu­sem, a na jego miej­sce przy­był następny.

– Zostaw tę ślicz­notkę, sta­ru­cho – wark­nął.

Prze­my­ka­jąc obok, pochy­lił się, wycią­gnął otwartą dłoń i wal­nął żela­zną ręka­wicą w głowę Riggi. Sta­ruszka zato­czyła się i padła ciężko na uda córki rybaka, która gło­śno krzyk­nęła. Po twa­rzy kobiety spły­wała strużka kar­ma­zy­no­wej plwo­ciny. Dziew­czyna pisnęła gło­śno, odpeł­zła kawa­łek po żwi­rze, zrzu­ciła z sie­bie ciało Riggi i dźwi­gnęła się na kolana.

Prze­po­wied­nia sta­ruszki zapa­dła w jej umysł, ciężka jak kamień i ukryta przed wzro­kiem. Dziew­czyna prze­ko­nała się, że nie pamięta ani jed­nego słowa jasno­wi­dzą­cej. Zła­pała weł­niany szal Riggi i prze­to­czyła ją ostroż­nie na drugi bok. Połowę twa­rzy sta­ruszki zbro­czyła wypły­wa­jąca zza ucha krew. Plamy pokry­wały rów­nież pomarsz­czony pod­bró­dek oraz usta. Oczy spo­glą­dały w pustkę.

Córka rybaka odsu­nęła się nie­zdolna zaczerp­nąć tchu. Rozej­rzała się wokół zde­spe­ro­wana. Kolumna żoł­nie­rzy odje­chała, pozo­sta­wia­jąc po sobie jedy­nie kurz oraz odle­gły tętent kopyt. Rzepy Riggi wysy­pały się na drogę. Mię­dzy stra­to­wa­nymi jarzy­nami widać było pięć łojo­wych świec. Dziew­czyna pochwy­ciła z wysił­kiem haust peł­nego pyłu powie­trza. Wytarła nos i rozej­rzała się za swym koszem.

– Mniej­sza o świece – wymam­ro­tała dziw­nym, ochry­płym gło­sem. – Już po nich, prawda? Zostały tylko stare kości. Mniej­sza z tym. – Poczoł­gała się ku zwo­jom sznurka, które wypa­dły z pęk­nię­tego kosza, a gdy prze­mó­wiła znowu, jej głos brzmiał młodo, tak jak zawsze. – Potrze­bu­jemy sznurka. Będziemy pra­co­wali całą noc i zro­bimy nową sieć. Tatu­nio czeka. Stoi przy drzwiach i patrzy na ścieżkę. Czeka na mnie.

Nagle umil­kła. Prze­szył ją dreszcz. Słońce nie­mal już zaszło. Z cieni sączył się nie­ty­powy dla tej pory roku chłód, który zalał trakt niczym woda.

– To teraz – wychry­piała gło­sem, który nie nale­żał do niej.

Na jej bark opa­dła spo­wita w miękką ręka­wicę dłoń. Córka rybaka pochy­liła się prze­ra­żona.

– Spo­kój, dziew­czyno – zabrzmiał męski głos. – To koniec. Nie można już jej pomóc.

Pod­nio­sła wzrok. Nachy­lał się nad nią odziany w czerń męż­czy­zna o twa­rzy skry­tej pod kap­tu­rem.

– Ale on ją ude­rzył – zapro­te­sto­wała dzie­cin­nym gło­sem. – A ja muszę wią­zać sieci z tatu­niem…

– Wsta­waj już – roz­ka­zał męż­czy­zna, chwy­ta­jąc ją pod pachy dłońmi o dłu­gich pal­cach. Wypro­sto­wał się i bez wysiłku pod­niósł dziew­czynę. Nim posta­wił ją na ziemi, zama­chała w powie­trzu obu­tymi w san­dały sto­pami.

Zoba­czyła dru­giego męż­czy­znę, który był niż­szy i rów­nież ubrany na czarno. Stał na dro­dze, odwró­cony do niej ple­cami, i spo­glą­dał w ślad za żoł­nie­rzami.

– Marne to było życie – ode­zwał się piskli­wym gło­sem, na­dal nie patrząc na dziew­czynę. – Mizerny talent, dawno już pozba­wiony daru. Och, mogłoby się jej udać jesz­cze raz, ale tego już się nie dowiemy, prawda?

Córka rybaka pode­szła do torby Riggi i wzięła jedną ze świec. Gdy się wypro­sto­wała, jej oczy nabrały nagle twar­dego wyrazu. Splu­nęła na drogę.

Niż­szy męż­czy­zna odwró­cił gwał­tow­nie głowę. Wyda­wało się, że pod jego kap­tu­rem kryją się tylko cie­nie.

Dziew­czyna cof­nęła się o krok.

– To było dobre życie – wyszep­tała. – No wiesz, miała te świece. Pięć świec. Po jed­nej dla…

– Nekro­man­cja – prze­rwał jej nie­zna­jomy.

– Widzę je, dziecko. Rozu­miem, co ozna­czają – wtrą­cił łagod­nie wyż­szy z męż­czyzn, który wciąż stał u jej boku.

Niż­szy żach­nął się gniew­nie.

– Wiedźma udzie­liła schro­nie­nia pię­ciu wątłym, sła­bym duszom. To nic wiel­kiego. – Uniósł głowę. – Sły­szę je. Wołają ją.

Oczy córki rybaka wypeł­niły się łzami. Z czar­nego kamie­nia, który zapadł w jej umysł, wypły­nął nie­wy­sło­wiony ból. Otarła policzki.

– Skąd się tu wzię­li­ście? – zapy­tała nagle. – Nie widzia­ły­śmy was na dro­dze.

Sto­jący obok męż­czy­zna zwró­cił się ku wysy­pa­nemu żwi­rem trak­towi.

– Byli­śmy po dru­giej stro­nie – wyja­śnił z nutą weso­ło­ści w gło­sie. – Cze­ka­li­śmy, tak samo jak wy.

– Tak jest, po dru­giej stro­nie – zgo­dził się z chi­cho­tem drugi. Ponow­nie spoj­rzał na drogę i uniósł ręce.

Gdy z góry opa­dła ciem­ność, dziew­czyna zaczerp­nęła tchu. Na moment powie­trze wypeł­nił ostry dźwięk, jakby coś się roz­dzie­rało. Potem mrok się roz­pro­szył i córka rybaka wyba­łu­szyła oczy.

Wokół sto­ją­cego na gościńcu czło­wieka sie­działo sie­dem potęż­nych Oga­rów. Ich oczy lśniły żół­tym bla­skiem. Wszyst­kie patrzyły w tę samą stronę co on.

– Jeste­ście głodne, co? – Usły­szała jego syk. – No to, huzia!

Ogary pomknęły bez­sze­lest­nie przed sie­bie.

Ich pan odwró­cił się.

– Laseen będzie miała o czym myśleć – rzekł do czło­wieka, który stał obok niej. Znowu zachi­cho­tał.

– Czy musisz kom­pli­ko­wać sprawy? – zapy­tał drugi znu­żo­nym tonem.

Niż­szy męż­czy­zna zesztyw­niał.

– Już doga­niają kolumnę. – Uniósł głowę. Z oddali dobiegł kwik koni. – Pod­ją­łeś decy­zję, Koty­lio­nie? – zapy­tał z wes­tchnie­niem.

Drugi nie­zna­jomy mruk­nął roz­ba­wie­niony.

– Nazwa­łeś mnie po imie­niu, Amma­na­sie, a to ozna­cza, że zde­cy­do­wa­łeś już za mnie. Prze­cież nie możemy jej tu teraz zosta­wić.

– Oczy­wi­ście, że możemy, stary druhu. Tyle że mar­twą.

Koty­lion przyj­rzał się dziew­czy­nie.

– Nie – sprze­ci­wił się cicho. – Będzie w sam raz.

Córka rybaka przy­gry­zła wargę. Cof­nęła się o krok, nie wypusz­cza­jąc z dłoni świecy Riggi. Wytrzesz­czała oczy, prze­no­sząc wzrok z jed­nego na dru­giego z nie­zna­jo­mych.

– Szkoda – zauwa­żył Amma­nas.

Koty­lion ski­nął lekko głową i odchrząk­nął.

– Potrzeba będzie tro­chę czasu.

W odpo­wie­dzi Amma­nasa brzmiała nuta roz­ba­wie­nia.

– A czy mamy czas? Praw­dziwa zemsta wymaga dłu­giego i sta­ran­nego pod­cho­dze­nia ofiary. Czy zapo­mnia­łeś o bólu, który nam ongiś spra­wiła? Laseen jest przy­parta do muru. Może upaść bez naszego udziału. Gdzie by w tym była satys­fak­cja?

– Ni­gdy nie doce­nia­łeś cesa­rzo­wej – zapro­te­sto­wał chłod­nym, ostrym tonem Koty­lion. – I dla­tego jeste­śmy teraz w takiej sytu­acji… Nie. – Wska­zał na córkę rybaka. – Będzie nam potrzebna. Laseen zadarła z Odpry­skiem Księ­życa, a to istne gniazdo szer­szeni. Chwila jest ide­alna.

Przez kwik koni prze­bi­jały się teraz odle­głe krzyki męż­czyzn i kobiet. Ten dźwięk prze­szył serce dziew­czyny nagłym bólem. Spoj­rzała na leżącą przy dro­dze nie­ru­chomą postać Riggi, a potem na Amma­nasa, który pod­szedł do niej. Chciała ucie­kać, lecz nogi drżały pod nią bez­sil­nie. Był już bli­sko. Miała wra­że­nie, że przy­gląda się jej uważ­nie, choć na­dal nie potra­fiła prze­nik­nąć wzro­kiem cieni pod jego kap­tu­rem.

– Jesteś córką rybaka? – zapy­tał łagod­nie.

Ski­nęła głową.

– A jak masz na imię?

– Dość już tego! – wark­nął Koty­lion. – To nie jest mysz, którą sobie zła­pa­łeś, Amma­na­sie. Poza tym to ja ją zna­la­złem i ja wybiorę dla niej imię.

Amma­nas cof­nął się.

– Szkoda – powtó­rzył.

Wznio­sła ręce w bła­gal­nym geście.

– Pro­szę – mówiła do Koty­liona. – Nie zro­bi­łam nic złego! Mój ojciec jest biedny, ale zapłaci wam, ile tylko będzie mógł. Jestem mu potrzebna, i ten sznu­rek też. Ojciec czeka na mnie! – Nagle poczuła wil­goć na udach i usia­dła na ziemi. – Nie zro­bi­łam nic złego! – Zalała ją fala wstydu. Zło­żyła ręce na kola­nach. – Pro­szę.

– Nie mam wyboru, dziecko – odparł Koty­lion. – Prze­cież znasz nasze imiona.

– Ni­gdy w życiu ich nie sły­sza­łam! – krzyk­nęła dziew­czyna.

– Po tym, co wyda­rzyło się na trak­cie, z pew­no­ścią cię prze­słu­chają – wyja­śnił z wes­tchnie­niem męż­czy­zna. – W bar­dzo nie­przy­jemny spo­sób. Są tacy, któ­rzy o nas sły­szeli.

– Widzisz, dziew­czynko – wtrą­cił Amma­nas, tłu­miąc chi­chot – nie powinno nas tu być. Są imiona i imiona. – Zwró­cił się w stronę Koty­liona. – Trzeba coś zro­bić z jej ojcem – oznaj­mił mro­żą­cym krew w żyłach gło­sem. – Moje pie­ski?

– Nie – sprze­ci­wił się Koty­lion. – Daru­jemy mu życie.

– To co posta­na­wiamy?

– Podej­rze­wam, że wystar­czy chci­wość – odpo­wie­dział Koty­lion. Jego następne słowa były pełne sar­ka­zmu. – Chyba potra­fisz sobie pora­dzić z nie­zbęd­nymi cza­rami?

Amma­nas zachi­cho­tał.

– Strzeż się cieni, nawet gdy przy­no­szą dary.

Koty­lion ponow­nie spoj­rzał na dziew­czynę, wycią­ga­jąc obie ręce na boki. Skry­wa­jąca jego twarz zasłona cieni spły­nęła na całą postać.

– Nadaje się ide­al­nie – mówił Amma­nas. Miała wra­że­nie, że jego słowa docie­rają do niej z bar­dzo daleka. – Cesa­rzowa ni­gdy jej nie wytropi, niczego się nawet nie domy­śli. Być pion­kiem boga nie jest tak źle, dziew­czynko – dodał pod­nie­sio­nym gło­sem.

– Pchnąć i pocią­gnąć – powie­działa szybko córka rybaka.

Koty­lion zawa­hał się, sły­sząc tę dziwną uwagę, po czym wzru­szył ramio­nami. Cie­nie roz­sze­rzyły się, two­rząc wir, który ogar­nął dziew­czynę. Gdy nad­szedł ich zimny dotyk, jej umysł zapadł w ciem­ność. Ostat­nim, co poczuła, był ulotny dotyk mięk­kiej świecy, którą trzy­mała w pra­wej dłoni. Miała wra­że­nie, że łój wypływa mię­dzy pal­cami jej zaci­ska­ją­cej się pię­ści.

***

Kapi­tan prze­su­nął się w sio­dle, by popa­trzeć na jadącą obok kobietę.

– Zamknę­li­śmy drogę z obu stron, przy­boczna. Cały ruch skie­ro­wa­li­śmy w głąb lądu. Jak dotąd nie ma żad­nych prze­cie­ków.

Skrzy­wił się, ocie­ra­jąc pot z czoła. Cie­pły weł­niany cze­piec pod heł­mem otarł mu czoło aż do krwi.

– Coś nie w porządku, kapi­ta­nie?

Potrzą­snął głową, obser­wu­jąc uważ­nie drogę.

– Mam za luźny hełm. Kiedy go ostat­nio wkła­da­łem, mia­łem wię­cej wło­sów.

Przy­boczna cesa­rzo­wej nie odpo­wie­działa.

Był późny pora­nek i zaku­rzony gości­niec lśnił w pro­mie­niach słońca bia­łym, nie­mal ośle­pia­ją­cym bla­skiem. Żoł­nierz czuł, że zalewa go pot, a nakar­czek hełmu wyrywa wło­ski z szyi. Plecy już zaczęły go pobo­le­wać. Od wielu lat nie jeź­dził konno i cał­ko­wi­cie utra­cił wprawę. Przy każ­dym ruchu rumaka jeźdź­cowi trzesz­czały kręgi.

Minęło sporo czasu, odkąd ostat­nio pode­rwał się na bacz­ność, sły­sząc czyjś tytuł. To jed­nak była przy­boczna cesa­rzo­wej, oso­bi­sta służka Laseen, prze­dłu­że­nie cesar­skiej woli. Za nic w świe­cie nie chciałby, żeby ta młoda, nie­bez­pieczna kobieta zorien­to­wała się, jak bar­dzo on cierpi.

Trakt przed nimi wił się powoli w górę. Wie­jący z lewej, nio­sący zapach soli wiatr koły­sał rosną­cymi z tej strony drogi drzew­kami, któ­rych gałązki pokry­wały świeże pączki. Po połu­dniu sta­nie się gorący jak tchnie­nie pie­kar­skiego pieca, a zapach morza ustąpi miej­sca odo­rowi bagien. Upał przy­nie­sie też ze sobą coś innego. Kapi­tan miał nadzieję, że będzie już wtedy w Kan.

Sta­rał się nie myśleć o celu, do któ­rego zmie­rzali. Niech się tym mar­twi przy­boczna. Słu­żył impe­rium już od wielu lat i wie­dział, że nie­kiedy naj­le­piej jest skryć wszystko głę­boko pod czaszką. To wła­śnie była jedna z takich chwil.

– Długo już tu sta­cjo­nu­jesz, kapi­ta­nie? – zain­te­re­so­wała się przy­boczna.

– Długo – wark­nął.

– A jak długo? – zapy­tała po chwili.

Zawa­hał się.

– Trzy­na­ście lat, przy­boczna.

– To zna­czy, że wal­czy­łeś za cesa­rza.

– Tak jest.

– I oca­la­łeś z czystki.

Obrzu­cił ją uważ­nym spoj­rze­niem. Jeśli nawet to dostrze­gła, nic po sobie nie oka­zała. Koły­sała się swo­bod­nie w sio­dle wpa­trzona w trakt przed nimi. Długi, skryty w pochwie miecz przy­tro­czyła sobie wysoko pod lewą pachą, tak by w każ­dej chwili można go było wycią­gnąć. Włosy miała krótko obcięte albo wci­śnięte pod hełm. Prze­mknęło mu przez głowę, że ma bar­dzo gibką figurę.

– Skoń­czy­łeś? – rzu­ciła. – Pyta­łam o czystki, które roz­ka­zała prze­pro­wa­dzić cesa­rzowa Laseen po przed­wcze­snej śmierci swego poprzed­nika.

Kapi­tan zgrzyt­nął zębami i uniósł pod­bró­dek, by popra­wić rze­myk hełmu. Nie miał czasu się ogo­lić i sprzączka ocie­rała mu skórę.

– Nie wszyst­kich zabito, przy­boczna. Ludzie z Itko Kan nie są sko­rzy do sza­leństw. Nie mie­li­śmy tu zamie­szek ani maso­wych egze­ku­cji, jakie dotknęły innych czę­ści impe­rium. Po pro­stu sie­dzie­li­śmy spo­koj­nie i prze­cze­ka­li­śmy całą burzę.

– Jak rozu­miem, nie jesteś szla­chet­nie uro­dzony, kapi­ta­nie – stwier­dziła przy­boczna z bla­dym uśmie­chem.

Chrząk­nął.

– Gdy­bym był, z pew­no­ścią bym nie oca­lał, nawet tu, w Itko Kan. Oboje o tym wiemy. Jej roz­kazy były jasne, a nawet kań­skie bła­zny nie ważą się oka­zy­wać nie­po­słu­szeń­stwa cesa­rzo­wej. – Skrzy­wił się. – Nie, zaczy­na­łem służbę jako pro­sty żoł­nierz, przy­boczna.

– A gdzie ostat­nio wal­czy­łeś?

– Na Rów­ni­nie Wic­kań­skiej.

Przez chwilę jechali bez słowa, od czasu do czasu mija­jąc żoł­nie­rzy peł­nią­cych służbę przy trak­cie. Drzewa po lewej ustą­piły miej­sca pagór­ko­wa­temu wrzo­so­wi­sku, za któ­rym widać było pokryte bia­łymi grzy­wa­czami morze.

– Ilu gwar­dzi­stów skie­ro­wa­łeś do patro­lo­wa­nia oto­czo­nego obszaru? – zapy­tała przy­boczna.

– Tysiąc stu – odparł kapi­tan.

Odwró­ciła nagle głowę. Oczy pod brze­giem hełmu roz­bły­sły zim­nym bla­skiem.

Kapi­tan przyj­rzał się jej twa­rzy.

– Trupy są roz­siane na odcinku pół­to­rej mili wybrzeża, na obsza­rze się­ga­ją­cym pra­wie milę w głąb lądu, przy­boczna.

Kobieta mil­czała.

Wresz­cie pod­je­chali do szczytu. Zebrało się tam dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy. Inni cze­kali na zbo­czu. Wszy­scy zwró­cili się ku nim.

– Przy­go­tuj się, przy­boczna.

Przyj­rzała się twa­rzom ocze­ku­ją­cych męż­czyzn i kobiet. Wie­działa, że to zahar­to­wani ludzie, wete­rani oblę­że­nia Li Heng i wojen wic­kań­skich na pół­noc­nych rów­ni­nach. Coś jed­nak wżarło się im w oczy, pozba­wia­jąc ich środ­ków obrony. Spo­glą­dali na nią z nie­po­ko­jącą tęsk­notą, złak­nieni odpo­wie­dzi. Stłu­miła pra­gnie­nie prze­mó­wie­nia do nich, wygło­sze­nia jakichś słów pocie­chy. Nie mogła im tego dać ani teraz, ani ni­gdy przed­tem. Pod tym wzglę­dem niczym się nie róż­niła od cesa­rzo­wej.

Zza szczytu dobie­gały krzyki mew i wron, które, w miarę jak się wspi­nali, prze­cho­dziły w wysoko brzmiący wrzask. Przy­boczna skie­ro­wała konia naprzód, igno­ru­jąc sto­ją­cych po obu stro­nach traktu żoł­nie­rzy. Kapi­tan podą­żył za nią. Dotarli do szczytu wznie­sie­nia i spoj­rzeli w dół. Na odcinku ponad połowy mili trakt opa­dał w głąb kotliny, a potem wpeł­zał na następne wzgó­rze.

Zie­mię pokry­wały tu tysiące mew i wron, które tło­czyły się w rowach oraz na fali­stym tere­nie poro­śnię­tym niskim wrzo­sem i janow­cem. Pod tym kipią­cym czarno-bia­łym morzem grunt był jed­no­li­cie czer­wony. Tu i ówdzie uwi­dacz­niały się naje­żone żebrami pagórki koń­skich ciał, a pośród roz­wrzesz­cza­nego ptac­twa można było dostrzec błysk żelaza.

Kapi­tan roz­piął rze­myk hełmu, zdjął go powoli z głowy i poło­żył na przed­nim łęku sio­dła.

– Przy­boczna…

– Mam na imię Lorn – powie­działa cicho kobieta.

– Sto sie­dem­dzie­się­cioro pię­cioro męż­czyzn i kobiet. Dwie­ście dzie­sięć koni. Dzie­więt­na­sty Pułk Ósmej Itko­kań­skiej Armii Kon­nej. – Ści­snęło go na moment w gar­dle. Spoj­rzał na Lorn. – Zgi­nęli. – Rumak spło­szył się pod nim, gdy wiatr przy­niósł odór tru­pów. Kapi­tan szarp­nął bru­tal­nie wodze i zwie­rzę znie­ru­cho­miało. Chrapy miało roz­dęte, uszy poło­żyło po sobie, a mię­śnie mu drżały. Ogier przy­bocz­nej nawet nie drgnął. – Wszy­scy wycią­gnęli broń. Wal­czyli z tymi, któ­rzy ich zaata­ko­wali. Ale leżą tu tylko zwłoki naszych.

– Spraw­dza­li­ście plażę na dole? – zapy­tała Lorn, cią­gle gapiąc się na drogę.

– Nie ma śla­dów lądo­wa­nia statku – odparł kapi­tan. – Nie odkry­li­śmy nic ani nad morzem, ani w głębi lądu. Zna­leź­li­śmy za to wię­cej zabi­tych. Wie­śnia­ków, ryba­ków, wędrow­ców na szlaku. Wszy­scy byli poroz­dzie­rani na strzępy: dzieci, zwie­rzęta gospo­dar­skie, psy. – Prze­rwał nagle i odwró­cił się. – Ponad czte­ry­sta ofiar – wychry­piał. – Nie znamy dokład­nej liczby.

– Świad­ków oczy­wi­ście nie ma – domy­śliła się Lorn. Jej głos był wyprany z wszel­kich uczuć.

– Nie ma.

Na dole jechał ku nim jakiś męż­czy­zna, który – pochy­lony nisko w sio­dle – szep­tał do koń­skiego ucha uspo­ka­ja­jące słowa, by pomóc prze­ra­żo­nemu zwie­rzę­ciu prze­do­stać się przez usiany tru­pami obszar. Ptaki zry­wały się do lotu z gło­śnym wrza­skiem, a gdy prze­je­chał, znowu sia­dały na ziemi.

– Kto to? – zapy­tała przy­boczna.

– Porucz­nik Ganoes Paran – odparł z jęk­nię­ciem kapi­tan. – Jest nowy w moim oddziale. Pocho­dzi z Unty.

Lorn przyj­rzała się mło­dzień­cowi, mru­żąc powieki. Dotarł już do gra­nicy niecki i zatrzy­mał się, by prze­ka­zać roz­kazy bry­ga­dom robo­czym. Potem odchy­lił się w sio­dle i spoj­rzał w ich stronę.

– Paran. Z rodu Para­nów?

– Tak jest. Ma złoto w żyłach i tak dalej.

– Przy­wo­łaj go.

Kapi­tan ski­nął na przy­by­sza. Porucz­nik dźgnął pię­tami boki wierz­chowca. Po paru chwi­lach ścią­gnął wodze, osa­dza­jąc konia przed dowódcą, i zasa­lu­to­wał.

Jeźdźca i konia od stóp do głów pokry­wały kawałki mięsa i krew. Wokół nich brzę­czały natrętne muchy i osy. Lorn nie dostrze­gała w twa­rzy porucz­nika Parana mło­do­ści, którą powinno się tam widzieć. Mimo to jego obli­cze przy­cią­gało wzrok.

– Spraw­dzi­łeś po dru­giej stro­nie, porucz­niku? – zapy­tał kapi­tan.

Paran ski­nął głową.

– Tak jest. Za pagór­kiem jest mała rybacka osada. Wszyst­kiego ze dwa­na­ście chat. Tylko w dwóch nie ma ciał. Wygląda na to, że więk­szość bar­ka­sów stoi przy brzegu, choć jeden słup cumow­ni­czy jest wolny.

– Porucz­niku, pro­szę opi­sać puste chaty – wtrą­ciła Lorn.

Nim speł­nił jej żąda­nie, odpę­dził natrętną osę.

– Jedna stała na samej górze, naj­bli­żej traktu. Jeste­śmy prze­ko­nani, że nale­żała do sta­ruszki, którą zna­leź­li­śmy mar­twą przy gościńcu, jakieś pół­to­rej mili na połu­dnie stąd.

– Dla­czego?

– Przy­boczna, suge­ruje to zawar­tość chaty. Ponadto jej loka­torka naj­wy­raź­niej miała w zwy­czaju palić świece. I to łojowe. Sta­ruszka przy dro­dze miała worek pełen rzep i garstkę łojo­wych świec. Łój jest tu drogi, przy­boczna.

– Ile razy prze­jeż­dża­łeś już przez to pobo­jo­wi­sko, porucz­niku? – zapy­tała Lorn.

– Wystar­cza­jąco wiele, by się do niego przy­zwy­czaić, przy­boczna – odparł, krzy­wiąc twarz.

– A druga pusta chata?

– Chyba nale­żała do męż­czy­zny i mło­dej dziew­czyny. Stoi bli­sko znaku zasięgu wód pły­wo­wych, naprze­ciwko wol­nego słupa cumow­ni­czego.

– Zna­leź­li­ście jakiś ślad po miesz­kań­cach?

– Nie, przy­boczna. Oczy­wi­ście, cią­gle jesz­cze odkry­wamy nowe ciała, przy trak­cie i na polach.

– Ale nie na plaży.

– Nie.

Przy­boczna zmarsz­czyła brwi, zda­jąc sobie sprawę, że obaj męż­czyźni przy­glą­dają się jej z uwagą.

– Kapi­ta­nie, jaką bro­nią zabito two­ich żoł­nie­rzy?

Męż­czy­zna zawa­hał się, po czym łyp­nął spode łba na porucz­nika.

– Ty widzia­łeś trupy z bli­ska, Paran. Powiedz, co o tym sądzisz.

Porucz­nik roz­cią­gnął zaci­śnięte wargi w bla­dym uśmie­chu.

– Tak jest. Natu­ralną bro­nią.

Kapi­tana dopadł nagły atak mdło­ści. Miał nadzieję, że jego przy­pusz­cze­nia okażą się błędne.

– Co to zna­czy „natu­ralną”? – nie ustę­po­wała Lorn.

– Głów­nie zębami. Bar­dzo dużymi i ostrymi.

Kapi­tan odchrząk­nął.

– W Itko Kan już od stu lat nie ma wil­ków. Zresztą nie zna­leź­li­śmy żad­nych zabi­tych sztuk…

– Gdyby to były wilki, musia­łyby być wiel­kie jak muły – zauwa­żył Paran, spo­glą­da­jąc ku niecce. – Nie ma żad­nych śla­dów, przy­boczna. Ani kosmyka sier­ści.

– A więc nie wilki – stwier­dziła Lorn.

Paran wzru­szył ramio­nami.

Przy­boczna zaczerp­nęła głę­boko tchu, zatrzy­mała na chwilę powie­trze w płu­cach, a potem wypu­ściła je powoli.

– Chcia­ła­bym zoba­czyć tę wio­skę rybacką.

Kapi­tan uniósł hełm, lecz kobieta potrzą­snęła głową.

– Wystar­czy mi porucz­nik Paran, kapi­ta­nie. Suge­ruję, byś tym­cza­sem oso­bi­ście prze­jął dowódz­two nad swą gwar­dią. Trzeba jak naj­szyb­ciej uprząt­nąć trupy i usu­nąć wszel­kie ślady masa­kry.

– Rozu­miem, przy­boczna – odparł kapi­tan. Miał nadzieję, że w jego gło­sie nie sły­chać ulgi.

Lorn zwró­ciła się ku mło­demu szlach­ci­cowi.

– Jedziemy, porucz­niku?

Ski­nął głową i cmok­nął na konia, naka­zu­jąc mu ruszyć naprzód.

Dopiero gdy ptaki pode­rwały się do lotu, pierz­cha­jąc przed nimi, przy­boczna poczuła, że zazdro­ści kapi­ta­nowi. Umy­ka­jący padli­no­żercy odsło­nili pokry­wa­jący zie­mię gruby dywan zbroi, poła­ma­nych kości i mięsa. Powie­trze było gorące, wil­gotne i prze­sy­cone słod­ka­wym zapa­chem. Widziała żoł­nie­rzy w heł­mach, pod któ­rymi kryły się czaszki zmiaż­dżone przez coś, co z pew­no­ścią było strasz­li­wymi, potęż­nymi szczę­kami. Widziała poroz­dzie­rane kol­czugi, roz­trza­skane tar­cze i ode­rwane od ciał koń­czyny. Poświę­ciła zale­d­wie kilka chwil na dokładne oglę­dziny tej sceny. Potem wbiła wzrok w widoczny przed nimi pagó­rek, nie potra­fiąc ogar­nąć skali rzezi. Jej ogier, naj­czyst­szej krwi rumak z Sied­miu Miast, poto­mek wielu poko­leń ćwi­czo­nych do boju koni, nie stą­pał już dum­nie i wynio­śle, lecz sta­wiał kopyta bar­dzo ostroż­nie.

Zdała sobie sprawę, że musi zna­leźć coś, co odwróci jej uwagę od tru­pów. Posta­no­wiła nawią­zać roz­mowę.

– Porucz­niku, czy otrzy­ma­łeś już przy­dział?

– Nie, przy­boczna. Liczę na to, że będę sta­cjo­no­wał w sto­licy.

Unio­sła brwi.

– Doprawdy? A jak zamie­rzasz to zała­twić?

Paran wpa­try­wał się w dal, uśmie­cha­jąc się pod nosem.

– Są spo­soby.

– Rozu­miem. – Lorn umil­kła na chwilę. – Szla­chet­nie uro­dzeni od dawna nie ubie­gali się o sta­no­wi­ska w woj­sku. Woleli się nie wychy­lać, prawda?

– Już od pierw­szych dni impe­rium. Cesarz nie darzył nas miło­ścią. Cesa­rzowa Laseen spra­wia wra­że­nie zain­te­re­so­wa­nej innymi spra­wami.

Lorn przyj­rzała się uważ­nie mło­dzień­cowi.

– Widzę, że lubisz ryzyko, porucz­niku – zauwa­żyła. – Albo jesteś tak bez­czelny, że wydaje ci się, iż możesz pro­wo­ko­wać przy­boczną cesa­rzo­wej. Czy aż tak mocno wie­rzysz, że twa krew jest nie­zwy­cię­żona?

– Odkąd to tego, kto mówi prawdę, oskarża się o bez­czel­ność?

– Jesteś bar­dzo młody, prawda?

Te słowa wyraź­nie ubo­dły Parana. Na jego gładko wygo­lone policzki wypły­nął rumie­niec.

– Przy­boczna, przez sie­dem ostat­nich godzin bro­dzi­łem po kolana w roz­szar­pa­nych cia­łach i prze­la­nej krwi. Odga­nia­łem od tru­pów wrony i mewy. Chcesz usły­szeć, co te ptaki tam robią? Dokład­nie? Odry­wają kawały mięsa i wal­czą o nie, obże­rają się oczami i języ­kami, wątro­bami i ser­cami. W swym zapa­mię­ta­niu roz­rzu­cają wokół strzępki zwłok… – Prze­rwał, wyraź­nie sta­ra­jąc się odzy­skać pano­wa­nie nad sobą. Wypro­sto­wał się w sio­dle. – Nie jestem już młody, przy­boczna. A jeśli cho­dzi o bez­czel­ność, to, szcze­rze mówiąc, nie dbam o to. Prawdy nie da się omi­nąć. Nie po tym, co się tu stało.

Wresz­cie dotarli do prze­ciw­le­głego stoku. Po lewej od szlaku odcho­dziła wąska ścieżka, która wio­dła ku morzu. Paran wska­zał na nią i popę­dził konia.

Lorn podą­żyła za nim. Przez chwilę w zamy­śle­niu wpa­try­wała się w jego bar­czy­ste plecy, po czym prze­nio­sła uwagę na szlak, któ­rym podą­żali. Wąska ście­żyna bie­gła przez stok pagórka. Po lewej urwi­sko opa­dało gwał­tow­nie ku leżą­cym sześć­dzie­siąt stóp niżej kamie­niom. Był odpływ i fale roz­bi­jały się na rafach w odle­gło­ści kil­ku­set jar­dów od brzegu. Pęk­nię­cia i zagłę­bie­nia w czar­nej skale wypeł­niała woda, w któ­rej odbi­jało się zachmu­rzone niebo.

Minęli zakręt i ujrzeli w dole łuk plaży. Nad nią, u pod­stawy wznie­sie­nia, znaj­do­wała się sze­roka, poro­śnięta trawą skalna półka, na któ­rej przy­cup­nął tuzin chat.

Przy­boczna spoj­rzała na morze. Przy słu­pach cumow­ni­czych leżały prze­wró­cone na burty bar­kasy. Nad plażą i zale­waną w cza­sie przy­pływu mie­li­zną nie widziało się ani jed­nego ptaka.

Zatrzy­mała wierz­chowca. Po chwili Paran obej­rzał się na nią i uczy­nił to samo. Przy­glą­dał się, jak kobieta zdej­muje hełm i roz­pusz­cza dłu­gie kasz­ta­nowe włosy. Były wil­gotne i pozle­piane od potu. Pod­je­chał do niej z pyta­niem w oczach.

– Porucz­niku Paran, twe słowa przy­pa­dły mi do gustu. – Wcią­gnęła w płuca słone powie­trze, po czym popa­trzyła na niego. – Oba­wiam się, że nie będziesz sta­cjo­no­wał w Uncie. Zosta­niesz ofi­ce­rem mojego sztabu i będziesz wyko­ny­wał moje roz­kazy.

Przy­mru­żył powieki.

– Co się stało z tymi żoł­nie­rzami, przy­boczna?

Nie odpo­wia­dała mu przez chwilę. Odchy­liła się w sio­dle, spo­glą­da­jąc na morze.

– Ktoś tu był – powie­działa wresz­cie. – Bar­dzo potężny cza­ro­dziej. Coś się wyda­rzyło i ten ktoś pró­buje odwró­cić naszą uwagę, żeby­śmy tego nie odkryli.

Paran roz­dzia­wił usta.

– Zabili czte­ry­stu ludzi po to, by odwró­cić naszą uwagę?

– Gdyby ten czło­wiek i jego córka wypły­nęli na ryby, wró­ci­liby z przy­pły­wem.

– Ale…

– Nie znaj­dzie­cie ich ciał, porucz­niku.

– I co teraz? – zapy­tał zdzi­wiony Paran.

Zer­k­nęła na niego, po czym zawró­ciła konia.

– Wra­camy.

– I to wszystko? – Popa­trzył w ślad za nią i popę­dził wierz­chowca. – Chwi­leczkę, przy­boczna! – zawo­łał, gdy ją dopę­dził.

Obrzu­ciła go ostrze­gaw­czym spoj­rze­niem.

Potrzą­snął głową.

– Jeśli mam być człon­kiem two­jego sztabu, muszę się dowie­dzieć cze­goś wię­cej.

Wło­żyła hełm, zacią­ga­jąc mocno rze­mień pod brodą. Jej dłu­gie włosy opa­dały w strą­kach na impe­rialną pele­rynę.

– Pro­szę bar­dzo. Jak ci wia­domo, porucz­niku, nie jestem magiem…

– To fakt – wtrą­cił Paran, uśmie­cha­jąc się zimno. – Ty tylko ich tro­pisz i zabi­jasz.

– Nie prze­ry­waj mi wię­cej. Jak sam wspo­mnia­łeś, jestem biczem na czary. To zna­czy, porucz­niku, że choć sama ich nie prak­ty­kuję, łączy mnie z nimi szcze­gólna więź. Można ją nazwać oso­bi­stą zna­jo­mo­ścią. Znam cha­rak­te­ry­styczne cechy cza­rów oraz umy­sły tych, któ­rzy się nimi posłu­gują. Mie­li­śmy dojść do wnio­sku, że rzezi doko­nano na oślep i że zgi­nęli wszy­scy. Tak jed­nak nie było. Zosta­wiono tu jakiś ślad, a my musimy go odna­leźć.

Paran ski­nął powoli głową.

– Twoim pierw­szym zada­niem, porucz­niku, będzie wypad do mia­sta tar­go­wego… jak ono się nazywa?

– Ger­rom.

– Tak, do Ger­romu. Na pewno miesz­kańcy znają tę wio­skę, bo rybacy tam wła­śnie sprze­da­wali swe połowy. Dowiedz się, która z rodzin skła­dała się z ojca i córki. Prze­każ mi ich imiona i ryso­pisy. Jeśli tubylcy będą krnąbrni, posłuż się mili­cją.

– Nie będą – zapew­nił ją Paran. – Kań­czycy to potulny naród.

Dotarli do końca ścieżki i zatrzy­mali się na trak­cie. Na dole mię­dzy tru­pami prze­jeż­dżały koły­szące się wozy, a woły pory­ki­wały, tupiąc zbro­czo­nymi posoką kopy­tami. Żoł­nie­rze krzy­czeli gło­śno, a nad ich gło­wami krą­żyły tysiące pta­ków. Całej sce­nie towa­rzy­szyła aura paniki. Na dru­gim końcu dolinki stał kapi­tan, który ści­skał w dłoni rze­mień hełmu.

Przy­boczna patrzyła na to wszystko twar­dym wzro­kiem.

– Mam nadzieję, że się nie mylisz, porucz­niku.

***

Kapi­tan przy­glą­dał się dwojgu zbli­ża­ją­cym się jeźdź­com. Coś mu mówiło, że dni jego spo­koj­nego życia w Itko Kan dobie­gają końca. Hełm cią­żył mu w dłoni. Wbił wzrok w Parana. Ten rzad­ko­kr­wi­sty skur­wiel dopiął swego.

Na każ­dym kroku setki sznur­ków kie­rują go ku wygod­nej posadce w jakimś spo­koj­nym mie­ście.

Gdy wje­chali na wzgó­rze, Lorn spoj­rzała na niego.

– Kapi­ta­nie, mam do cie­bie prośbę.

Ofi­cer odchrząk­nął.

Prośbę, niech to szlag. Cesa­rzowa pew­nie musi co rano spraw­dzać swoje biurko, żeby się upew­nić, czy ta baba już za nim nie sie­dzi.

– Słu­cham, przy­boczna.

Zsu­nęła się z konia. Paran podą­żył za jej przy­kła­dem. Mina porucz­nika nic nie wyra­żała. Czy był to prze­jaw aro­gan­cji, czy też usły­szał od przy­bocz­nej coś, co dało mu do myśle­nia?

– Kapi­ta­nie – zaczęła Lorn. – Jak rozu­miem, w Kan trwa pobór. Czy rekru­tu­je­cie rów­nież ludzi spoza mia­sta?

– Oczy­wi­ście. Przede wszyst­kim takich. Miesz­cza­nie mają zbyt wiele do stra­ce­nia. Poza tym szyb­ciej docie­rają do nich złe wie­ści. Więk­szość wie­śnia­ków nie wie, że w Gena­bac­kis idzie nam jak po gru­dzie. A nawet jeśli o tym sły­szeli, to są skłonni uwa­żać, że miesz­czu­chy po pro­stu lubią narze­kać. Czy mogę zapy­tać, o co cho­dzi?

– Możesz. – Lorn odwró­ciła się, by popa­trzeć na żoł­nie­rzy uprzą­ta­ją­cych trupy. – Potrzebna mi lista rekru­tów. Z ostat­nich dwóch dni. Możesz zapo­mnieć o tych, któ­rzy uro­dzili się w mie­ście. Inte­re­sują mnie tylko ludzie pocho­dzący ze wsi. Kobiety i sta­rzy męż­czyźni.

Kapi­tan odchrząk­nął raz jesz­cze.

– Lista powinna być krótka, przy­boczna.

– Mam taką nadzieję, kapi­ta­nie.

– Wiesz już, co się za tym kryje?

– Nie mam poję­cia – odpo­wie­działa, nie odry­wa­jąc wzroku od poczy­nań żoł­nie­rzy.

No pew­nie, pomy­ślał kapi­tan. A ja jestem nowym wcie­le­niem cesa­rza.

– Fatal­nie – mruk­nął.

– Aha. – Spoj­rzała na niego. – Porucz­nik Paran jest teraz człon­kiem mojego sztabu. Mam nadzieję, że zała­twisz wszyst­kie nie­zbędne for­mal­no­ści.

– Oczy­wi­ście, przy­boczna. Uwiel­biam papier­kową robotę.

Wyna­gro­dziła go bla­dym uśmie­chem, który jed­nak natych­miast znik­nął.

– Porucz­nik Paran musi już jechać.

Kapi­tan popa­trzył na mło­dego szlach­cica, z uśmie­chem, który mówił wszystko. Czło­wiek pra­cu­jący dla przy­bocz­nej przy­po­mi­nał robaka na haczyku. Haczy­kiem była przy­boczna, a na dru­gim końcu linki cze­kała cesa­rzowa. Niech się wije.

Twarz Parana wykrzy­wiła się w kwa­śnym gry­ma­sie.

– Tak jest, przy­boczna.

Wdra­pał się na sio­dło, zasa­lu­to­wał i ruszył w drogę.

Kapi­tan śle­dził go spoj­rze­niem.

– Coś jesz­cze, przy­boczna? – zapy­tał po chwili.

– Tak.

Jej ton kazał mu się odwró­cić.

– Chcia­ła­bym usły­szeć twą żoł­nier­ską opi­nię o tym, w jaki spo­sób szlachta prze­nika do impe­rial­nej hie­rar­chii dowo­dze­nia.

Prze­szył ją wzro­kiem.

– Sytu­acja nie wygląda dobrze, przy­boczna.

– Słu­cham.

***

Kapi­tan zaczął mówić.

Pobór trwał już ósmy dzień. Sier­żant szta­bowy Ara­gan sie­dział z załza­wio­nymi oczyma za biur­kiem, przy­glą­da­jąc się kolej­nemu dzie­cia­kowi wpro­wa­dzo­nemu przez kaprala. W Kan sprzy­jało im szczę­ście. Kań­ska pięść utrzy­my­wała, że naj­le­piej jest łowić na cichych wodach. Na pro­win­cji ludzie znają tylko opo­wie­ści. Od opo­wie­ści ludzie nie krwa­wią, nie gło­dują ani nie bolą ich stopy. Jeśli ktoś jest młody, śmier­dzi świń­skim łaj­nem i jest prze­ko­nany, że żadna broń na świe­cie się go nie ima, sły­sząc opo­wie­ści, chce tylko prze­żyć to wszystko oso­bi­ście.

To stare bab­sko miało rację. Jak zwy­kle. Tutejsi ludzie tak długo już żyli pod impe­rial­nym butem, że to polu­bili. No cóż, pomy­ślał Ara­gan. W tym miej­scu zaczy­nają pobie­rać nauki.

Dzień nie zaczął się dobrze. Miej­scowy kapi­tan zabrał trzy kom­pa­nie i pomknął w siną dal. Nikt nie miał poję­cia, co się stało. Jakby tego było mało, nie­spełna dzie­sięć minut póź­niej z Unty dotarła przy­boczna Laseen. Przy­nio­sła ją tu jedna z nie­sa­mo­wi­tych magicz­nych grot. Choć ni­gdy w życiu nie widział tej kobiety, wystar­czyło, że gorący, suchy wiatr przy­niósł jej imię, by zadrżał ze stra­chu. Zabój­czyni magów, skor­pion w kie­szeni cesa­rzo­wej.

Skrzy­wił się, spo­glą­da­jąc na tabliczkę, na któ­rej zapi­sy­wał imiona rekru­tów. Zacze­kał, aż kapral odchrząk­nie, i dopiero wtedy pod­niósł wzrok.

Nie zachwy­cił go widok sto­ją­cej przed nim rekrutki. Otwo­rzył usta, gotów wygło­sić ostrą tyradę, która miała za zada­nie odstra­szać zbyt mło­dych kan­dy­da­tów. Zamknął je jed­nak nie­mal natych­miast. Kań­ska pięść wydała mu wyraźne roz­kazy. Miał przyj­mo­wać wszyst­kich, któ­rzy mają dwie ręce, dwie nogi i głowę. Kam­pa­nia na Gena­bac­kis ugrzę­zła w bło­cie i potrzeba było świe­żych ciał.

Uśmiech­nął się do dziew­czyny. Dosko­nale paso­wała do opisu, który podała mu pięść. Posta­no­wił jed­nak spró­bo­wać.

– Dziew­czynko, czy zda­jesz sobie sprawę, że za chwilę zosta­niesz wcie­lona do Mala­zań­skiej Pie­choty Mor­skiej?

Ski­nęła głową, wbi­ja­jąc w Ara­gana zimne spoj­rze­nie.

Twarz sier­żanta stę­żała.

Do licha, ma dwa­na­ście, góra trzy­na­ście lat. Gdyby była moją córką…

Ale dla­czego jej oczy są tak pie­kiel­nie stare?

Ostatni raz widział coś podob­nego pod Pusz­czą Mott na Gena­bac­kis. Masze­ro­wali przez rol­ni­cze tereny, od pię­ciu lat dotknięte suszą, a od dzie­się­ciu wojną. Takie stare spoj­rze­nie mieli ci, któ­rzy zetknęli się z gło­dem albo śmier­cią. Spoj­rzał na nią spode łba.

– Jak masz na imię?

– To zna­czy, że jestem przy­jęta? – zapy­tała cicho.

Ara­gan ski­nął głową. Jego czaszkę prze­szył nagły ból.

– Przy­dział dosta­niesz za tydzień, chyba że masz jakieś pre­fe­ren­cje.

– Kam­pa­nia na Gena­bac­kis – odpo­wie­działa natych­miast. – Pod dowódz­twem wiel­kiej pię­ści Dujeka Jed­no­rę­kiego. Zastęp Jed­no­rę­kiego.

Ara­gan zamru­gał z wra­że­nia.

– Zano­tuję to sobie – rzekł cicho. – Jak masz na imię, żoł­nierko?

– Żal. Nazy­wam się Żal.

Ara­gan zapi­sał imię na tabliczce.

– Możesz odejść, żoł­nierko. Kapral wskaże ci drogę. – Gdy była już bli­sko drzwi, uniósł wzrok. – I zmyj z nóg to błoto.

Sier­żant pisał jesz­cze przez chwilę, po czym prze­rwał nagle. Deszcz nie padał od wielu tygo­dni, a błoto w tych oko­li­cach było zie­lo­no­szare, nie ciem­no­czer­wone. Odrzu­cił rylec i zaczął maso­wać skro­nie.

Dobrze, że cho­ciaż ból głowy mi odpusz­cza.

***

Ger­rom leżał pięć mil w głąb lądu, przy Sta­rym Trak­cie Kań­skim. Z owego przed­im­pe­rial­nego gościńca korzy­stano teraz rzadko, gdyż w cza­sach impe­rium wybu­do­wano nową drogę, bie­gnącą po przy­brzeż­nym tara­sie. Ostat­nio wędro­wali nim głów­nie piesi – miej­scowi wie­śniacy i rybacy, nio­sący towary na targ. Teraz leżały tu tylko stosy roz­szar­pa­nych ubrań, roz­bite kosze i stra­to­wane jarzyny. Kulawy muł, ostatni świa­dek peł­niący straż przy pozo­sta­ło­ściach exo­dusu, stał po kostki w wodzie na polu ryżo­wym. Zwie­rzę obrzu­ciło prze­jeż­dża­ją­cego obok Parana żało­snym spoj­rze­niem.

Szczątki spra­wiały wra­że­nie leżą­cych tu naj­wy­żej od wczo­raj. Owoce i zie­lone warzywa zaczy­nały dopiero gnić w popo­łu­dnio­wym żarze.

Koń szedł stępa. Paran dostrze­gał już przez mgiełkę pierw­sze budynki tar­go­wego mia­steczka. Mię­dzy obskur­nymi cha­tami z gliny nikt się nie poru­szał. Nie przy­wi­tało go szcze­ka­nie psów, a jedyny widoczny wóz wspie­rał się na jed­nym kole. Powie­trze stało nie­ru­chomo i nie sły­szało się śpiewu pta­ków, co pogłę­biało jesz­cze nie­sa­mo­wite wra­że­nie. Porucz­nik polu­zo­wał miecz w pochwie.

Zbli­ża­jąc się do pierw­szych budyn­ków, zatrzy­mał wierz­chowca. Wszystko wska­zy­wało na to, że miesz­kańcy ucie­kli pośpiesz­nie ogar­nięci paniką. Nie widział jed­nak ciał ani żad­nych śla­dów prze­mocy. Zaczerp­nął głę­boko tchu i wypu­ścił powoli powie­trze z płuc, po czym cmok­nął na klacz, naka­zu­jąc jej ruszyć naprzód. Główna uliczka była wła­ści­wie jedyną w osa­dzie. Koń­czyła się skrzy­żo­wa­niem o kształ­cie litery „T”, przy któ­rym stał – jedyny tu dwu­pię­trowy – kamienny budy­nek, Cesar­ski Komi­sa­riat. Jego obite cynową bla­chą okien­nice były zamknięte, podob­nie jak masywne drzwi z oku­ciami. Paran ruszył w tamtą stronę, nie spusz­cza­jąc wzroku z budowli.

Zsiadł z kla­czy i przy­wią­zał ją przed wej­ściem, po czym spoj­rzał na ulicę. Nic tam się nie ruszało. Wycią­gnął miecz i pod­szedł do drzwi.

Powstrzy­mał go dobie­ga­jący ze środka cichy, mia­rowy dźwięk. Był zbyt słaby, by porucz­nik mógł go usły­szeć z daleka, teraz jed­nak, gdy stał przed potęż­nymi drzwiami, jego uszu dobiegł melo­dyjny szmer, od któ­rego wło­ski mu się zje­żyły na karku. Uniósł miecz, wsu­nął sztych pod zatrzask i pod­wa­żał go tak długo, aż metal puścił. Potem otwo­rzył drzwi.

W pół­mroku coś się poru­szyło, zało­po­tało. Wie­trzyk przy­niósł do noz­drzy Parana inten­sywny zaduch roz­kła­da­ją­cych się ciał. Porucz­nik dyszał ciężko. W ustach miał sucho jak na pustyni. Cze­kał, aż oczy przy­zwy­czają mu się do ciem­no­ści.

Wpa­trzył się w hol komi­sa­riatu. Coś tam się ruszało, z licz­nych gar­deł wydo­by­wał się cichy, syczący dźwięk, od któ­rego prze­szy­wał go dreszcz. W pomiesz­cze­niu roiło się od czar­nych gołębi, które gru­chały z nie­wzru­szo­nym spo­ko­jem. Pośród nich leżeli umun­du­ro­wani ludzie, poroz­rzu­cani bez­ład­nie po pod­ło­dze. Pokry­wały ich pta­sie odchody i czarny puch uno­szony podmu­chami wia­tru. Pokój wypeł­niał gęsty smród potu i śmierci.

Paran postą­pił krok naprzód. Gołę­bie zasze­le­ściły skrzy­dłami, lecz poza tym nie zwra­cały na niego uwagi.

Z pół­mroku spo­glą­dały na niego mar­twe oczy, osa­dzone w obrzmia­łych twa­rzach, które były sine, jakby żoł­nie­rze się udu­sili. Porucz­nik popa­trzył na jed­nego z nich.

– W dzi­siej­szych cza­sach nie­zdrowo jest nosić te mun­dury – mruk­nął.

Wycza­ro­wali ptaki, żeby odgry­wały paro­dię czu­wa­nia przy zwło­kach. Chyba prze­stanę lubić czarny humor.

Drżąc, wszedł do środka. Gołę­bie z gru­cha­niem pierz­chały przed jego butami. Drzwi gabi­netu kapi­tana były uchy­lone. Przez nie­równe spo­iny okien­nicy sączyło się blade świa­tło. Paran wsu­nął miecz do pochwy i ruszył dalej. Kapi­tan sie­dział na krze­śle. Jego obrzmiałą twarz pokry­wały sine, zie­lone i szare plamy.

Porucz­nik strą­cił z biurka wil­gotne pióra i zaczął prze­rzu­cać leżące tam zwoje. Papi­rus roz­pa­dał się pod jego pal­cami. Arku­sze były tłu­ste i zbu­twiałe. Dokład­nie zatarli wszyst­kie ślady.

Odwró­cił się, prze­mknął przez hol, a potem wyszedł w cie­pło i świa­tło. Zamknął za sobą drzwi, tak jak z pew­no­ścią wcze­śniej zro­bili to miej­scowi.

Tylko nie­liczni mieli ochotę uważ­nie przy­glą­dać się mrocz­nemu kwie­ciu cza­rów. Ta skaza zwy­kła się sze­rzyć.

Odwią­zał klacz, wdra­pał się na sio­dło i odje­chał z opusz­czo­nego mia­steczka, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

***

Cięż­kie, ogromne słońce wisiało nad hory­zon­tem spo­wite w kar­ma­zy­nowe obłoki. Paran sta­rał się powstrzy­mać opa­da­nie powiek. Miał za sobą długi dzień. Prze­ra­ża­jący. Ota­cza­jąca go oko­lica, która ongiś wyda­wała się znana i bez­pieczna, prze­ro­dziła się w coś innego. Prze­pły­wały przez nią mroczne stru­mie­nie cza­rów. Nie uśmie­chało mu się spę­dze­nie nocy pod gołym nie­bem.

Klacz wlo­kła się w zapa­da­ją­cym z wolna zmierz­chu. Pogrą­żony w przy­gnę­bia­ją­cych myślach Paran sta­rał się zro­zu­mieć coś z wyda­rzeń, które zaszły od rana.

Wyrwany z cie­nia skwa­szo­nego, mało­mów­nego kapi­tana i kań­skiego gar­ni­zonu miał wra­że­nie, że otwie­rają się przed nim nowe per­spek­tywy. Pozy­cja adiu­tanta przy­bocz­nej ozna­czała awans, o jakim przed tygo­dniem nawet nie mógł marzyć. Choć ojciec i sio­stry nie byli zado­wo­leni, że wybrał sobie taki zawód, z pew­no­ścią będą pod wra­że­niem, a może nawet wpadną w zachwyt. Podob­nie jak mnó­stwo szla­chec­kich synów i córek, od dawna myślał tylko o karie­rze w cesar­skiej armii. Pra­gnął pre­stiżu i czuł się znu­dzony bier­nym samozado­wo­leniem, w jakim żyła szlachta. Chciał od życia cze­goś cie­kaw­szego niż nad­zór nad trans­por­tem wina albo hodowlą koni.

Nie był też by­naj­mniej pierw­szym, który posta­no­wił się zacią­gnąć. Inni uto­ro­wali mu drogę do stop­nia ofi­cer­skiego i dobrego przy­działu. Tylko pech spra­wił, że wysłano go do Kan, gdzie gar­ni­zon wete­ra­nów od pra­wie sze­ściu lat lizał rany. Tacy żoł­nie­rze nie mogli sza­no­wać nie­do­świad­czo­nego porucz­nika, zwłasz­cza że był szlach­ci­cem.

Paran podej­rze­wał, że po rzezi na trak­cie sytu­acja się zmie­niła. Spi­sał się lepiej niż wielu wytraw­nych żoł­nie­rzy, choć bar­dzo pomógł mu w tym zna­ko­mity wierz­cho­wiec. Ponadto, by dowieść im, że jest chłod­nym, opa­no­wa­nym pro­fe­sjo­na­li­stą, sam zapro­po­no­wał, że popro­wa­dzi oddział inspek­cyjny.

Pora­dził sobie z tym zada­niem, choć oka­zało się… trudne. Patrząc z bli­ska na trupy, sły­szał krzyki, które dobie­gały z głębi jego jaźni. Sku­pił wzrok na szcze­gó­łach – tu spe­cy­ficzne uło­że­nie ciała, tam nie­wy­tłu­ma­czalny uśmiech na twa­rzy zabi­tego żoł­nie­rza – naj­gor­sze jed­nak oka­zało się to, co uczy­niono koniom. Zatkane stę­żałą pianą chrapy i pyski – piętna prze­ra­że­nia – wyglą­dały strasz­li­wie, podob­nie jak rany – ogromne i mor­der­cze. Dumne ongiś wierz­chowce spla­miły żółć i kał, a wszystko pokry­wał poły­skliwy dywan krwi i ochła­pów czer­wo­nego mięsa. Omal nie zapła­kał nad tymi ruma­kami.

Prze­su­nął się nie­pew­nie w sio­dle. Zaci­śnięte na ozdob­nym łęku dło­nie miał lep­kie od potu. Wów­czas demon­stro­wał nie­wzru­szone opa­no­wa­nie, teraz jed­nak, gdy wra­cał myślami do tej strasz­li­wej sceny, czuł się tak, jakby coś, co zawsze było w nim nie­za­chwiane, spło­szyło się, zagra­ża­jąc rów­no­wa­dze jego umy­słu. Gdy wete­rani z pro­wa­dzo­nego prze­zeń oddziału klę­kali przy dro­dze, drę­czeni mdło­ściami, czuł wobec nich lekką pogardę, która teraz nabrała w jego oczach maka­brycz­nego odcie­nia. Echo tego, co zoba­czył w ger­rom­skim komi­sa­ria­cie, stało się dodat­ko­wym cio­sem dla jego udrę­czo­nej duszy, nad­we­rę­żyło barierę nie­czu­ło­ści, którą się oto­czył.

Wypro­sto­wał się z wysił­kiem. Oznaj­mił przy­bocz­nej, że jego mło­dość minęła. Opo­wia­dał jej też inne rze­czy. Czuł się nie­ustra­szony, zapo­mniał o ostroż­no­ści, z którą ojciec kazał mu trak­to­wać roz­ma­ite obli­cza impe­rium.

Z głę­bin jego pamięci dobie­gły dawno usły­szane słowa: „żyj spo­koj­nie”. Odrzu­cił wów­czas tę radę i na­dal nie zamie­rzał jej przyj­mo­wać. Przy­cią­gnął jed­nak uwagę przy­bocz­nej. Po raz pierw­szy zadał sobie pyta­nie, czy duma mu nie zaszko­dziła. Gdyby ten twardy ofi­cer, któ­rego spo­tkał przed laty na murach Twier­dzy Mocka, zoba­czył go teraz, splu­nąłby mu z pogardą pod stopy. Nie był już chłop­cem, a stał się męż­czy­zną.

Trzeba mnie było posłu­chać, synku. Zobacz, co się z tobą stało.

Jego klacz zatrzy­mała się nagle, ude­rza­jąc gło­śno kopy­tami w pociętą kole­inami drogę. Paran się­gnął po broń, roz­glą­da­jąc się z nie­po­ko­jem w pół­mroku. Trakt biegł przez pola ryżowe. Naj­bliż­sze chłop­skie chaty znaj­do­wały się w odle­gło­ści stu kro­ków, na rów­no­le­głej do gościńca gro­bli. Mimo to drogę blo­ko­wała jakaś postać.

Bił od niej chłodny powiew. Klacz spło­szyła się, kła­dąc uszy i roz­wie­ra­jąc chrapy.

Nie­zna­jomy – sądząc po wzro­ście, męż­czy­zna – był spo­wity w różne odcie­nie zie­leni: płaszcz, kap­tur, wybla­kła bluza i lniane noga­wice nad pocią­gnię­tymi zie­loną farbą skó­rza­nymi bucio­rami. Za cien­kim pasem zatknięty miał długi nóż, ulu­bioną broń wojow­ni­ków z Sied­miu Miast. Jego dło­nie, które w świe­tle popo­łu­dnia miały sza­rawą barwę, lśniły od pier­ścieni. Miał je na każ­dym paliczku każ­dego palca. Uniósł rękę, w któ­rej trzy­mał gli­niany dzban.

– Chce ci się pić, porucz­niku?

Jego głos był cichy i brzmiał dziw­nie melo­dyj­nie.

– Masz do mnie jakiś inte­res? – zapy­tał Paran, nie odry­wa­jąc dłoni od ręko­je­ści mie­cza.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się, zdej­mu­jąc kap­tur. Twarz miał pocią­głą, jasno­szarą, a oczy ciemne i dziw­nie sko­śne. Wyglą­dał na trzy­dzie­ści parę lat, choć jego włosy były białe.

– Przy­boczna pro­siła mnie o przy­sługę – powie­dział. – Z wielką nie­cier­pli­wo­ścią ocze­kuje twego raportu. Mam cię dopro­wa­dzić na miej­sce… i to szybko. – Potrzą­snął dzban­kiem. – Naj­pierw jed­nak musisz się pokrze­pić. To, co mam w kie­sze­niach, wystar­czy, by urzą­dzić praw­dziwą ucztę, znacz­nie lep­szą niż to, co mogą zaofe­ro­wać zastra­szeni kań­scy chłopi. Usiądźmy przy dro­dze. Z chę­cią oddam się na chwilę roz­mo­wie i bier­nej obser­wa­cji tru­dzą­cych się bez końca wie­śnia­ków. Na imię mam Top­per.

– Sły­sza­łem o tobie – odparł Paran.

– Nic dziw­nego. Nie­stety, to ja. W moich żyłach pły­nie krew Tiste Andii. Z pew­no­ścią szuka ujścia z mniej szla­chet­nego ludz­kiego nurtu. Moja to ręka pozba­wiła życia kró­lew­ską rodzinę Unty, króla, kró­lową, synów i córki.

– I kuzy­nów pierw­szego, dru­giego, trze­ciego…

– Trzeba było zga­sić wszelką nadzieję. To był mój obo­wią­zek jako szpona o nie­po­rów­na­nych talen­tach. Nie odpo­wie­dzia­łeś jed­nak na moje pyta­nie.

– A jak ono brzmiało?

– Chce ci się pić?

Paran skrzy­wił się. Zsiadł z konia.

– Zda­wało mi się, że mówi­łeś, iż przy­boczna żąda pośpie­chu.

– I z pew­no­ścią się pośpie­szymy, porucz­niku, gdy tylko napeł­nimy brzu­chy i poroz­ma­wiamy chwilę uprzej­mie.

– Sądząc po ota­cza­ją­cej cię sła­wie, uprzej­mość zaj­muje raczej niską pozy­cję na liście twych talen­tów, szpo­nie.

– Nie­mniej tę wła­śnie umie­jęt­ność cenię naj­wy­żej. Nie­stety w tych okrut­nych dniach mam sta­now­czo zbyt mało oka­zji, by odda­wać się jej dosko­na­le­niu, porucz­niku. Z pew­no­ścią możesz mi poświę­cić tro­chę swego cen­nego czasu, skoro mam ci słu­żyć jako prze­wod­nik?

– Umowa, jaką zawar­łeś z przy­boczną, obcho­dzi tylko was dwoje – burk­nął Paran, pod­cho­dząc bli­żej. – Ja nie jestem ci winien nic poza wro­go­ścią, Top­per.

Szpon przy­kuc­nął, wyj­mu­jąc z kie­szeni liczne pakunki oraz dwa krysz­ta­łowe puchary. Odchy­lił pokrywkę dzbanka.

– To stare rany. Mówiono mi, że wybra­łeś nową ścieżkę, opu­ści­łeś nudne i tłoczne sze­regi szlachty. – Napeł­nił puchary winem o bursz­ty­no­wej bar­wie. – Sta­łeś się teraz jed­no­ścią z impe­rium, porucz­niku. To ono wydaje ci roz­kazy, a ty bez zastrze­żeń wyko­nu­jesz jego wolę. Jesteś tylko małym mię­śniem w jego ciele. Niczym wię­cej ani niczym mniej. Naj­wyż­szy czas zapo­mnieć o daw­nych ura­zach. – Odsta­wił naczy­nie i wrę­czył puchar ofi­ce­rowi – Dla­tego wypi­jemy za nowe początki, porucz­niku Gano­esie Paran, adiu­tan­cie przy­bocz­nej Lorn.

Paran przy­jął kie­lich z gry­ma­sem na twa­rzy.

Wypili wino.

Top­per z uśmie­chem wydo­był jedwabną chu­s­teczkę, którą otarł usta.

– To nie było takie trudne, prawda? Czy mogę ci mówić po wybra­nym imie­niu?

– Wystar­czy Paran. A ty? Jaki tytuł nosi dowódca Szponu?

Top­per uśmiech­nął się po raz kolejny.

– Szpo­nem na­dal dowo­dzi Laseen. Ja tylko jej poma­gam. Można powie­dzieć, że też jestem adiu­tan­tem. Możesz mi mówić po wybra­nym imie­niu. Nie jestem zwo­len­ni­kiem prze­strze­ga­nia zbęd­nych for­mal­no­ści, gdy zna­jo­mość osią­gnie już odpo­wiedni sto­pień.

Paran usiadł na błot­ni­stej dro­dze.

– A my go osią­gnę­li­śmy?

– W rze­czy samej.

– A jak zwy­kłeś to roz­strzy­gać?

– Hmm. – Top­per zaczął roz­wi­jać paczuszki, wydo­by­wa­jąc z nich ser, pię­ścio­chleb, jagody i inne owoce. – Zawie­ram zna­jo­mo­ści tylko na dwa spo­soby. Wła­śnie byłeś świad­kiem dru­giego z nich.

– A pierw­szy?

– Wtedy, nie­stety, nie mia­łem czasu przed­sta­wić się jak należy.

Paran odpiął znu­żo­nym gestem hełm i zdjął go z głowy.

– Chcesz się dowie­dzieć, co zna­la­złem w Ger­ro­mie? – zapy­tał, prze­bie­ga­jąc dło­nią po czar­nych wło­sach.

– Jeśli czu­jesz taką potrzebę – odparł Top­per ze wzru­sze­niem ramion.

– Może lepiej zacze­kam na audien­cję u przy­bocz­nej.

Szpon roz­cią­gnął usta w uśmie­chu.

– Zaczy­nasz się uczyć, Paran. Ni­gdy nie dziel się posia­daną infor­ma­cją zbyt łatwo. Słowa są jak monety. Opłaca się je oszczę­dzać.

– A potem umrzeć na łożu peł­nym złota – zauwa­żył Paran.

– Jesteś głodny? Nie zno­szę jeść sam.

Porucz­nik przy­jął kawa­łek pię­ścio­chleba.

– Przy­boczna naprawdę się śpie­szyła czy też przy­by­łeś tu z innych powo­dów?

Szpon pod­niósł się z uśmie­chem na twa­rzy.

– Nie­stety, czas na uprzejmą kon­wer­sa­cję dobiegł końca. Otwiera się przed nami droga.

Spoj­rzał w stronę traktu.

Paran odwró­cił się i ujrzał, że powie­trze roz­darło się niby zasłona. Z otworu wydo­by­wało się matowe żółte świa­tło.

Grota. Tajemna droga cza­rów.

– Na oddech Kap­tura.

Wes­tchnął, tłu­miąc nagły dreszcz. Wewnątrz wiła się sza­rawa ścieżka. Z obu stron ota­czały ją niskie nasypy, wyżej zaś uno­siła się nie­prze­nik­niona mgła koloru ochry. Powie­trze popły­nęło nagle do środka, jakby por­tal zaczerp­nął tchu. Oka­zało się, że nawierzch­nię dróżki sta­nowi popiół. Nie­wi­dzialny powiew poru­szył nią, wzbi­ja­jąc obłoki sza­rej sub­stan­cji.

– Będziesz się musiał do tego przy­zwy­czaić – stwier­dził Top­per.

Paran chwy­cił wodze kla­czy i zarzu­cił hełm na łęk sio­dła.

– Pro­wadź – pole­cił.

Szpon omiótł go pośpiesz­nym spoj­rze­niem, po czym wszedł do groty.

Porucz­nik podą­żył za nim. Por­tal zamknął się za ich ple­cami. Zamiast niego poja­wiło się prze­dłu­że­nie ścieżki. Itko Kan znik­nęło, a wraz z nim wszel­kie ślady życia. Świat, w któ­rym się zna­leźli, był jałowy i mar­twy. Ota­cza­jące drogę usy­pi­ska rów­nież skła­dały się z popiołu, uno­szą­cego się w powie­trzu i nada­ją­cego mu meta­liczny posmak.

– Witaj w Cesar­skiej Gro­cie – rzu­cił Top­per ze śla­dem drwiny w gło­sie.

– Miło tu.

– Moc utwo­rzyła ją z… tego, co znaj­do­wało się tu przed­tem. Czy kie­dy­kol­wiek w histo­rii doko­nano już podob­nej sztuki? Tylko bogo­wie to wie­dzą.

Ruszyli w drogę.

– Jak rozu­miem, tą grotą nie włada żaden bóg – ode­zwał się Paran. – W ten spo­sób może­cie unik­nąć pobie­ra­ją­cych myto odźwier­nych, straż­ni­ków nie­wi­dzial­nych mostów oraz innych podob­nych istot, które jakoby miesz­kają w gro­tach i służą swym nie­śmier­tel­nym panom.

Top­per chrząk­nął.

– Wydaje ci się, że w gro­tach panuje taki tłok? No cóż, wie­rze­nia igno­ran­tów zawsze są zabawne. Będę miał pod­czas tej krót­kiej podróży nie­złą roz­rywkę.

Paran umilkł. Prze­sło­nięty ster­tami popiołu hory­zont wyda­wał się bli­ski. Ochrowe niebo i ciem­no­szary grunt prze­cho­dziły w sie­bie płyn­nie. Pod kol­czugą pot pły­nął mu stru­mie­niami. Klacz par­sk­nęła gło­śno.

– Jeśli zasta­na­wia­łeś się, dokąd jedziemy – ode­zwał się po chwili Top­per – to dowiedz się, że przy­boczna prze­bywa w Uncie. Dotrzemy tam za pośred­nic­twem tej groty. Poko­namy dzie­więć­set mil w kil­ka­go­dzin. Nie­któ­rzy sądzą, że impe­rium za bar­dzo się roz­ro­sło. Są nawet tacy, któ­rym się wydaje, że dalej poło­żone pro­win­cje znaj­dują się poza zasię­giem cesa­rzo­wej Laseen. Jak widzisz, Paran, ci ludzie są głup­cami.

Klacz par­sk­nęła po raz drugi.

– Wstyd skła­nia cię do mil­cze­nia, porucz­niku? Prze­pra­szam, że drwi­łem z twej igno­ran­cji…

– Będziesz się musiał do niej przy­zwy­czaić – rzu­cił Paran.

Przez następne tysiąc kro­ków mil­czał Top­per.

***

Choć mijały godziny, wciąż padało na nich takie samo świa­tło. Kil­ka­krot­nie natknęli się na miej­sca, w któ­rych hałdy popiołu były poru­szone, jakby prze­szło tam­tędy coś wiel­kiego i ocię­ża­łego. Sze­ro­kie, śli­skie ślady nik­nęły w mroku. W jed­nym z tych miejsc zna­leźli ciemną zasko­ru­piałą plamę oraz ogniwa łań­cu­cha, roz­sy­pane w popiele niczym monety. Top­per przyj­rzał się uważ­nie tej sce­nie.

Droga nie jest tak bez­pieczna, jak chciał mnie prze­ko­nać, pomy­ślał Paran. Kręcą się tu obcy, i to wrogo nasta­wieni.

Nie zdzi­wił się, gdy Top­per zwięk­szył tempo. Po krót­kiej chwili dotarli do kamien­nej bramy. Zbu­do­wano ją nie­dawno. Paran roz­po­znał untań­ski bazalt, pocho­dzący z cesar­skich kamie­nio­ło­mów poło­żo­nych nie­opo­dal sto­licy. Mury jego rodzin­nej posia­dło­ści wznie­siono z tego samego sza­ro­czar­nego, poły­skli­wego mate­riału. Pośrodku łuku, wysoko nad ich gło­wami, wyrzeź­biono szpo­nia­stą dłoń zaci­śniętą na krysz­ta­ło­wej kuli: godło mala­zań­skich cesa­rzy.

Za bramą była ciem­ność.

Paran odchrząk­nął.

– Jeste­śmy na miej­scu?

Top­per odwró­cił się gwał­tow­nie ku niemu.

– Odpła­casz za uprzej­mość aro­gan­cją, porucz­niku. Lepiej dla cie­bie będzie, jak się pozbę­dziesz tej szla­chec­kiej wynio­sło­ści.

Paran uśmiech­nął się i wska­zał ręką przed sie­bie.

– Pro­wadź, prze­wod­niku.

Top­per, zamia­ta­jąc płasz­czem, prze­szedł przez bramę i znik­nął.

Gdy Paran przy­cią­gnął klacz do przej­ścia, zaczęła mio­tać głową i wierz­gać. Pró­bo­wał ją uspo­koić, lecz bez­sku­tecz­nie. W końcu wdra­pał się na sio­dło i zła­pał wodze. Skie­ro­wał głowę zwie­rzę­cia w stronę bramy, po czym wbił mocno ostrogi w boki konia. Klacz zerwała się do biegu i sko­czyła w pustkę.

Wokół eks­plo­do­wały kolory i świa­tło, które pochło­nęły zwie­rzę i jeźdźca. Kopyta kla­czy ude­rzyły z trza­skiem o grunt. We wszyst­kie strony try­snęło coś, co mogło być żwi­rem. Paran osa­dził wierz­chowca i mru­ga­jąc gwał­tow­nie, rozej­rzał się wokół. Znaj­do­wał się w olbrzy­miej kom­na­cie. Wysoko w górze lśnił sufit ze złota, na ścia­nach wisiały gobe­liny, a ze wszyst­kich stron zbli­żało się do niego około dwu­dzie­stu zaku­tych w zbroje straż­ni­ków.

Prze­stra­szona klacz odsko­czyła w bok, prze­wra­ca­jąc Top­pera na pod­łogę. Kopyto prze­szyło powie­trze, chy­bia­jąc celu tylko o piędź. Znowu roz­legł się chrzęst, Paran zauwa­żył jed­nak, że koń nie dep­cze żwiru, ale kamie­nie mozaiki. Top­per zerwał się na nogi z prze­kleń­stwem na ustach, prze­szy­wa­jąc porucz­nika wście­kłym spoj­rze­niem.

Straż­nicy cof­nęli się powoli pod ściany, naj­wy­raź­niej reagu­jąc na jakiś nie­wy­po­wie­dziany roz­kaz. Paran odwró­cił wzrok od Top­pera. Przed nim znaj­do­wało się podium, na któ­rym stał tron z powy­krę­ca­nej kości. Zasia­dała na nim cesa­rzowa.

Panu­jącą w kom­na­cie ciszę mącił jedy­nie chrzęst dep­ta­nych koń­skimi kopy­tami pół­sz­la­chet­nych kamieni. Paran zsu­nął się z sio­dła z gry­ma­sem na twa­rzy, przy­glą­da­jąc się z uwagą sie­dzą­cej na tro­nie kobie­cie.

Laseen nie zmie­niła się zbyt­nio od chwili ich jedy­nego dotąd spo­tka­nia. Była nie­ładna i nie nosiła żad­nych ozdób, włosy miała jasne i krótko przy­strzy­żone, a nie­bie­skawa twarz nie zapa­dała w pamięć. Przy­glą­dała mu się, mru­żąc brą­zowe oczy.

Paran popra­wił pas, splótł dło­nie i pokło­nił się nisko.

– Cesa­rzowo.

– Widzę, że nie usłu­cha­łeś rady, któ­rej udzie­lił ci ten ofi­cer przed sied­miu laty – wyce­dziła Laseen.

Zamru­gał zasko­czony.

– Oczy­wi­ście on rów­nież nie sko­rzy­stał z rady, któ­rej mu wów­czas udzie­lono – cią­gnęła. – Cie­kawe, który to bóg spra­wił, że spo­tka­li­ście się wtedy na murze. Powin­nam wypra­wić na jego cześć nabo­żeń­stwo. Podobne poczu­cie humoru zasłu­guje na nagrodę. Sądzi­łeś, że Cesar­ska Brama wie­dzie do stajni, porucz­niku?

– Moja klacz bała się przez nią przejść, cesa­rzowo.

– Trudno się jej dzi­wić.

– W prze­ci­wień­stwie do mnie pocho­dzi z rodu sły­ną­cego z inte­li­gen­cji – wyja­śnił z uśmie­chem Paran. – Przyj­mij, pro­szę, moje naj­szczer­sze prze­pro­siny.

– Top­per zapro­wa­dzi cię do przy­bocz­nej.

Na jej ski­nie­nie jeden ze straż­ni­ków wziął w rękę wodze kla­czy.

Paran pokło­nił się po raz drugi, a następ­nie z uśmie­chem na twa­rzy spoj­rzał na szpona.

Top­per popro­wa­dził go do bocz­nych drzwi.

– Ty dur­niu! – wark­nął, gdy te zamknęły się za nimi. Poma­sze­ro­wał szybko wąskim kory­ta­rzem. Paran nie pró­bo­wał dotrzy­my­wać mu kroku, zmu­sza­jąc go w ten spo­sób do zacze­ka­nia pod pro­wa­dzą­cymi w górę krę­tymi scho­dami. Twarz Top­pera pociem­niała z wście­kło­ści. – O co cho­dziło z tym murem? Kiedy ją pozna­łeś?

– Ponie­waż nie zechciała tego wyja­śnić, jestem zmu­szony podą­żyć za jej przy­kła­dem – odparł Paran, spo­glą­da­jąc na wytarte stop­nie. – To z pew­no­ścią będzie zachod­nia baszta. Wieża Pyłu…

– Musisz wejść na sam szczyt. Przy­boczna ocze­kuje cię w swych kom­na­tach. Nie ma tu innych drzwi, więc nie zabłą­dzisz. Idź pro­sto przed sie­bie, aż dotrzesz do celu.

Paran ski­nął głową i ruszył w górę.

Drzwi szczy­to­wej kom­naty były uchy­lone. Paran zastu­kał w nie gło­śno i wszedł do środka. Przy­boczna sie­działa na ławie na prze­ciw­le­głym końcu pomiesz­cze­nia, zwró­cona ple­cami do dużego okna. Za sze­roko otwar­tymi okien­ni­cami widać było czer­wony wschód słońca. Lorn się ubie­rała. Paran przy­sta­nął zawsty­dzony.

– Nie przy­wią­zuję zbyt wiel­kiej wagi do skrom­no­ści – oznaj­miła. – Wejdź i zamknij za sobą drzwi.

Porucz­nik wyko­nał jej pole­ce­nie. Rozej­rzał się po kom­na­cie. Na ścia­nach wisiały wybla­kłe gobe­liny, a kamienną posadzkę pokry­wały wyle­niałe zwie­rzęce skóry. Meble były nie­liczne i stare, w nie­gu­stow­nym napań­skim stylu.

Przy­boczna wstała z ławy, by wśli­znąć się w skó­rzaną zbroję. Jej włosy zalśniły w czer­wo­nym bla­sku słońca.

– Wyglą­dasz na wykoń­czo­nego, porucz­niku. Usiądź, pro­szę.

Rozej­rzał się, zna­lazł krze­sło i opadł na nie z rado­ścią.

– Ślady zatarto bar­dzo sta­ran­nie, przy­boczna. Jedyni ludzie, któ­rzy zostali w Ger­ro­mie, nic już nie powie­dzą.

Zapięła ostat­nią klamrę.

– Chyba żebym wysłała nekro­mantę.

Chrząk­nął.

– Opo­wie­ści o gołę­biach… wydaje mi się, że prze­wi­dziano tę moż­li­wość.

Spoj­rzała na niego, uno­sząc brwi.

– Wybacz, przy­boczna. Wygląda na to, że zwia­stu­nami śmierci były… ptaki.

– I gdy­by­śmy spoj­rzeli na to, co się stało, oczyma mar­twych żoł­nie­rzy, nie zoba­czy­li­by­śmy wiele poza nimi. Powie­dzia­łeś gołę­bie?

Ski­nął głową.

– Cie­kawe.

Umil­kła.

Przy­glą­dał się jej jesz­cze przez chwilę.

– Czy byłem przy­nętą, przy­boczna?

– Nie.

– To dla­czego wysła­łaś Top­pera?

– Żeby przy­śpie­szyć sprawę.

Umilkł i zamknął oczy. Zakrę­ciło mu się w gło­wie. Nie zda­wał sobie dotąd sprawy, jak bar­dzo jest zmę­czony. Minął moment, nim dotarło do niego, że przy­boczna coś mówi. Wziął się w garść i wypro­sto­wał plecy.

Stała przed nim.

– Wyśpisz się póź­niej, porucz­niku. Nie w tej chwili. Wła­śnie mówi­łam o cze­ka­ją­cej cię przy­szło­ści. Dobrze byłoby, gdy­byś słu­chał mnie uważ­nie. Wyko­na­łeś zle­cone ci zada­nie, a nawet wyka­za­łeś się znaczną… odpor­no­ścią. Musimy wywo­łać wra­że­nie, że nic nas już nie łączy. Wró­cisz do kor­pusu ofi­cer­skiego, tutaj, w Uncie. Potem otrzy­masz sze­reg przy­dzia­łów, które dopeł­nią twego ofi­cjal­nego szko­le­nia. Jeśli cho­dzi o czas, który spę­dzi­łeś w Itko Kan, nie wyda­rzyło się tam nic nad­zwy­czaj­nego. Zro­zu­mia­łeś?

– Tak jest.

– Świet­nie.

– Ale co zro­bimy w tej spra­wie, przy­boczna? Czy zre­zy­gnu­jemy z poszu­ki­wań? Pogo­dzimy się z myślą, że ni­gdy się nie dowiemy, co i dla­czego się wyda­rzyło? A może to po pro­stu ze mnie chcesz zre­zy­gno­wać?