Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
29,90 25,41
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 506 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 18 min Lektor: Magda Karel

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 18 min Lektor: Magda Karel

Opis ebooka Ogród Zuzanny - Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska

Mężczyzna, którego ciągle kochasz. Wiadomość, którą chcesz mu przekazać. Uczucia ukryte między płatkami kwiatów.

Zuzanna i Adam poznali i pokochali się na studiach, jednak nie dane było im być razem. Adam wyjechał za granicę, po jakimś czasie ożenił się i przejął zarząd nad majątkiem teściów. Zuzanna zaś rzuciła naukę, krótko była mężatką, a od lat samotnie wychowuje dziecko. Jednak los jest przewrotny i – po trzynastu latach – znowu się spotykają. Adam zamawia projekt ogrodu, którym zajmować się ma właśnie Zuzanna. Kobieta postanawia przekazać mu wiadomość ukrytą w roślinach. W końcu nie od dziś fascynuje ją sekretny język kwiatów, często „pisze” w ten sposób wiadomości do swoich bliskich. Czy Adam zrozumie ukryte przesłanie?

Książka magnes. Brawurowo opisane emocje, życiowe sytuacje bliskie każdemu z nas, międzypokoleniowe relacje trzech kobiet oddane z wyczuciem i humorem, siła przyjaźni i poszukiwanie miłości. Do tego barwne, soczyste postaci, zaskakujące zwroty i niepowtarzalny klimat miasteczka z duszą. Nie sposób się oderwać. Szukam Starej Leśnej na mapie, chcę tam pojechać!

Agata Młynarska

Ta opowieść ma zbawienną moc. Moc rozbawiania i wzruszania. Pachnie kwitnącym letnim ogrodem i miłością. I sprawia, że dusza czytelnika rozkwita. Po takiej lekturze apetyt na życie gwałtownie wzrasta. Z całego serca polecam!

Magdalena Kordel

Ciepła, skłaniająca do refleksji opowieść. Zatrzymuje, sięga do korzeni, przypomina o kontakcie z naturą. Pokazuje siłę wielopokoleniowej rodziny. Miłość... Bywa, że pojawia się, kiedy nie jesteśmy na nią gotowi. Ale warto poczekać na ten właściwy moment, dojrzeć, polubić siebie i zaufać...

Katarzyna Bujakiewicz

Jagna Kaczanowska – psycholog i dziennikarka miesięcznika „Twój Styl”. Mieszka z rodziną pod Warszawą. Ma trzy psy, trzy koty i konia. W czasie wolnym uwielbia czytać i zajmować się ogrodem, w którym hoduje historyczne odmiany róż i kilkadziesiąt odmian peonii.

Justyna Bednarek – z wykształcenia romanistka, a z wieloletniej praktyki zawodowej – dziennikarka i redaktorka. Autorka nagradzanych książek dla dzieci (Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek zdobyły Warszawską Nagrodę Literacką oraz nagrodę Empiku „Przecinek i kropka”; Pięć sprytnych kun zyskało nominację do tytułu Książki Roku polskiej sekcji IBBY, a także trafiło na jej listę rekomendowaną). Na podstawie Skarpetek powstaje serial animowany. Autorka mieszka na warszawskich Bielanach, z dziećmi, psami i myszoskoczkami. Planuje założenie kurnika.

Opinie o ebooku Ogród Zuzanny - Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska

Fragment ebooka Ogród Zuzanny - Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska

Justyna BednarekJagna Kaczanowska

OGRÓD ZUZANNY

Tom 1: Miłość zostaje na zawsze

Copyright © by Justyna Bednarek, MMXVIII

Copyright © by Jagna Kaczanowska, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

I

Miało padać, ale na szczęście nie padało. I to był koniec dobrych informacji na początek dnia.

– Przyszło wyrównanie za gaz – mruknęła Krystyna, nie wyjmując papierosa z ust.

Siedziała przy kuchennym stole w ciasno zawiązanym szlafroku. Na włosach miała siatkę przytrzymującą wałki, na twarzy jak zwykle grymas niezadowolenia. Przed nią stała pełna niedopałków popielniczka z żółtego szkła. Wąską kuchnię, z oknami wychodzącymi na ogród zarośnięty czarnym bzem i kaliną, wypełniały stare meble: serwantka ze zdekompletowaną koroną, ciemna komoda służąca jako szafka na garnki i kredens z porcelanowymi talerzami i filiżankami, prawie każdą od innego kompletu, ale za to z długą historią odzwierciedlającą dzieje rodu Czapliczów. Przybyli ze wschodu przez wojenną zawieruchę do Warszawy i w końcu tutaj – do Starej Leśnej, miasteczka zaledwie czterdzieści kilometrów od stolicy, do skromnej drewnianej willi przy ulicy Jeża, ze skrzypiącymi podłogami, schodami i przeciekającym dachem, który uparcie próbowała sforsować mieszkająca w pobliżu rodzina kun.

Obecnie willa była siedzibą czteropokoleniowej rodziny, którą stanowili: Cecylia Czaplicz, jej córka Krystyna, wnuczka Zuzanna i prawnuk, dwunastoletni Wojtek.

Krystyna ze zwinnością slalomisty ominęła kilka stojących na stole kubków po kawie i podsunęła córce pod nos tajemniczą kopertę.

– Mamo, nie przy śniadaniu! – Zuzanna skrzywiła się niechętnie.

– A kiedyż to mogę się zgłosić do panienki w tej sprawie? Mam nadzieję, że wyznaczysz mi jakiś bliski termin, zanim odetną nam gaz, niczym prąd dwa miesiące temu.

Zuzanna już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, że przecież pracuje od rana do wieczora i to nie jej wina, że wszystko tyle kosztuje, a do tego rachunek za prąd zjadł chomik Lulek, kiedy właśnie wtedy na górze trzasnęły drzwi łazienki i na schodach dały się słyszeć ciche kroki. W progu kuchni stanęła Cecylia. W przeciwieństwie do córki i wnuczki stawiła się na śniadanie w pełnej gotowości. Włosy miała starannie ułożone, oczy umalowane, a na ustach tę szminkę…

– Czy mama aby nie przesadza z kolorem?

– Róż Bahama, a co? Krysiu, gdy się ma prawie dziewięćdziesiąt lat, to już naprawdę wszystko wolno. Poza tym taki ładny dzień, otworzyłam okno i po raz pierwszy poczułam to rześkie, wiosenne powietrze!

– Rześkie?! Akurat! Mama ma szczęście, że smog jej trupem nie położył. A właśnie, Wielkanoc za pasem, więc chyba trzeba rozebrać choinkę? – Krystyna dmuchnęła dymem z papierosa w stronę prawie łysego drzewka, z którego smętnie zwisały anielskie włosy.

– Po co się wysilać, babciu? Może lepiej zostawić ją jeszcze kilka miesięcy i wykorzystać po raz drugi. Recykling jest supercool. – W kuchni pojawił się Wojtek.

Zuzanna wyciągnęła rękę, żeby przygładzić zmierzwioną czuprynę jedynaka, ale chłopak zrobił błyskawiczny unik.

– Za moich czasów dzieci nie odzywały się tak bezczelnie do starszych – prychnęła Krystyna.

– Coś podobnego! Ja mam zupełnie inne wspomnienia. – Cecylia uśmiechnęła się przekornie i wyciągnęła z szafki puszkę kakao.

– O, tak! – zawołał Wojtek. – Choć jedna osoba w tym domu troszczy się o mnie i pamięta, że człowiek w trakcie nauki potrzebuje magnezu. Dzisiaj klasówka z matmy. Dzięki, Buniu. Zrobisz mi kakałko? – Cmoknął Cecylię lekko w policzek i już go nie było.

– Aleście go rozpuściły! No tak, chłopak bez ojca zupełnie się zmarnuje. – Krystyna zgasiła papierosa w popielniczce z taką miną, jakby z ostatnimi iskierkami zgasła nadzieja na jakąkolwiek poprawę sytuacji.

– Nie widziałaś moich dżinsów? – Zuzanna szybko zmieniła temat.

Z biegiem lat nauczyła się puszczać mimo uszu docinki matki, choć nadal sprawiały jej przykrość.

– Leżą tam, gdzie je zostawiłaś – odpowiedziała Krystyna.

– Zobacz na krześle w salonie, chyba tam je wczoraj widziałam. – Cecylia dolała mleka do kubka.

Salon był nieduży, ale zapchany tyloma przedmiotami, że znalezienie w nim czegokolwiek graniczyło z cudem. Na wysłużonej kanapie piętrzyły się poduszki haftowane w motywy roślinne. W kącie stało pianino pamiętające straszne czasy wczesnej młodości Zuzanny. Wtedy to Krystyna uparła się, że wychowa ją, za pomocą lekcji muzyki i francuskiego, na dobrze ułożoną pannę.

Na pianinie stały teraz stosy książek. Głównie stare leksykony trujących roślin i reprinty wiktoriańskich bestsellerów o sekretnym języku kwiatów – pasji Zuzanny. Z centralnego punktu na ścianie, obok kaflowego pieca, zerkał z fotografii Bruno, nieżyjący już mąż Cecylii. Jego jasne spojrzenie i ciepły uśmiech powitały wchodzącą do pokoju wnuczkę, jakby chciały ją pokrzepić i wesprzeć. Zuzanna też uśmiechnęła się do portretu dziadka. Tuż pod nim, za orzechowym krzesłem z jedną nogą podpartą opasłym tomem Zbrodni roślin, dostrzegła zgubę. Voilà!

Niestety, dżinsy, które jeszcze cztery dni temu leżały jak ulał, z trudnego do wytłumaczenia powodu skurczyły się co najmniej o jeden rozmiar. Zuzanna zaczęła skakać po pokoju, próbując wbić się w przyciasne nogawki. Już była bliska sukcesu, gdy nagle guzik, który i wcześniej ledwo się trzymał, wystrzelił, a następnie przepadł w czeluści pod kredensem.

– Ojej! Co jest z tymi spodniami nie tak? – Naprawdę chciało jej się płakać.

– Ze spodniami? – Krystyna, która obserwowała te zabiegi z odrobiną złośliwej satysfakcji, zaśmiała się ironicznie. Jej figura, mimo zbliżającej się sześćdziesiątki, była absolutnie nienaganna. Pod tym względem wdała się w Cecylię, ale jej córka odziedziczyła sylwetkę po swoim ojcu. – Trzeba było nie dogadzać sobie przekładańcem. Że już nie wspomnę o tej bombonierce, którą pochłonęłaś sama dwa dni temu. Nawet syna nie poczęstowałaś. A ja musiałam wyciągać sreberka aż spod wanny. Oczywiście przypadkiem je znalazłam. Ale nie jestem twoją służącą, kochanie.

– A szkoda – mruknęła pod nosem Cecylia.

– Mama chciała coś dodać?

– Szkoda, że nie jesteś naszą służącą, bo już dawno byśmy cię wylały z roboty.

W kuchni zaległa cisza. A potem nagle, jak na komendę, wszystkie trzy wybuchły serdecznym, szczerym śmiechem. Krystyna prychnęła kawą wprost na bluzkę córki.

– O nie, mamo, nie mam już żadnej czystej! – wysapała Zuzanna między jednym atakiem śmiechu a drugim.

– Ja cię kręcę. – Wojtek, który wrócił do kuchni po swoje kakałko, z niedowierzaniem patrzył na trzy kobiety, które prawie leżały na podłodze ze śmiechu. – Wy naprawdę jesteście nienormalne. Lecę, bo spóźnię się na klasówkę.

– Jasna cholera! Jak późno! – Zuzanna złapała się za głowę. – Miałam być dziś w pracy pół godziny wcześniej. Kozak mnie zabije!

W panice złapała rozciągnięte dresowe spodnie. Na zmianę bluzki nie wystarczyło jej czasu. Wyskoczyła z ganku prosto w kałużę. Zaklęła. Już wsiadała do swojego starego volvo, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Pędem wróciła do domu, skacząc po dwa stopnie, i wpadła do łazienki na górze. Chwyciła kunsztownie zdobiony i prawie pusty flakon perfum – tych ulubionych, najdroższych, na szczególną okazję. Zdecydowanym gestem wylała na siebie resztkę płynu. Spojrzała szybko w lustro. Może jej się zdawało, ale z naprzeciwka niepozorna szatynka o pełnej twarzy i szarych oczach spoglądała na nią surowo, a nawet z lekką przyganą.

Zuzanna przyjrzała jej się uważniej. Była tuż przed czterdziestką. Z pierwszymi zmarszczkami i bez śladów tak zwanej dawnej urody. Bo niestety jej nigdy nie miała… Wystawiła język.

– A co mi tam. Mnie też się należy coś od życia – powiedziała do swojego odbicia, jakby chciała je przekonać, że jej działanie jest głęboko słuszne i absolutnie usprawiedliwione.

A potem, tą samą trasą i w tym samym tempie, zbiegła po schodach, ignorując wrzask Krystyny: „Błoto! Wszędzie błoto!”.

* * *

Z głośników popłynęła melodia. Stop. Nie popłynęła, ale zarzęziła. Radio w volvo już od dawna było pełnoletnie, podobnie jak samochód. „To ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy” – zawodził drżący męski głos.

– Jeszcze i to – wycedziła przez zęby Zuzanna. – Nie bez powodu przed wojną zakazano tej piosenki, każdy ma po niej myśli samobójcze.

Do samobójstwa było jej rzecz jasna daleko, ale dobry nastrój ulotnił się bezpowrotnie. Choć nie odpowiadała na kąśliwe uwagi Krystyny dotyczące jej samotnego macierzyństwa, to przecież nie mogła w duchu nie przyznać matce racji. Wyraźnie było widać, że Wojtek wkroczył w ten wiek, gdy chłopak szczególnie potrzebuje ojca. I ona najbardziej ze wszystkich na świecie chciałaby, żeby go miał. Ba! W swoim czasie zrobiła wiele, aby jej dziecko wychowało się w pełnej rodzinie. Tomek wydawał się idealnym materiałem na męża i ojca, bo sprawiał wrażenie bezgranicznie w niej zakochanego. Gdy okazało się, że Zuzanna jest w ciąży, nie zważając na nic, natychmiast się oświadczył. Był przy porodzie, przecinał pępowinę. Kto mógłby wtedy pomyśleć, że rola troskliwego taty i czułego męża tak szybko go znudzi? Zuzanna westchnęła, wyłączyła radio, wybrała numer swojej przyjaciółki Kazi i ustawiła telefon na głośne mówienie.

– Czy to coś ważnego? Bo mam tu pożar w burdelu, trzęsienie ziemi i pękające lodowce – odezwała się Kazia po piątym sygnale.

W tle słychać było wrzask dziecka.

– O matko! Co się u ciebie dzieje? – zaniepokoiła się Zuzanna.

– A nic, normalka. Różyczka obcięła sobie jeden warkoczyk i pół grzywki. A właśnie wychodzimy na jasełka!

– Jasełka w lutym?

– No tak, bo wcześniej Święty Józef wsadził sobie pionek do nosa i trzeba go było prosto ze sceny wieźć do szpitala. Dzisiaj mamy powtórkę, ale nie wiem, czy do połowy ogolona Maryja nie położy przedstawienia.

Zuzanna uśmiechnęła się mimo woli.

– Dobra, w sumie nie mam nic ważnego, tak chciałam się pożalić.

– Zadzwoń w weekend. Wchłonę dowolną dawkę żalu – zapewniła serdecznie Kazia i się rozłączyła.

Dokładnie w tym momencie na ekranie telefonu wyświetliła się Wiola. Zuzanna zignorowała dzwonek.

– Przepraszam cię, kochana – szepnęła, jakby jej druga najlepsza przyjaciółka mogła to usłyszeć. – I tak już jestem spóźniona, a z tobą zawsze jest dłuższa rozmowa.

Właśnie parkowała przed siedzibą firmy Kozak Gardens przy ulicy Jelenia. Przez boczną szybę dojrzała krępą sylwetkę szefa, Roberta Kozaka, który wymownie patrzył na wielki złoty zegarek zdobiący jego owłosiony nadgarstek. Nikt by nie powiedział, że „mister Kozak” – jak lubił sam o sobie mówić – jest szefem sporej firmy projektującej ogrody i największego sklepu ogrodniczego w Starej Leśnej. Na pierwszy rzut oka mógł wyglądać na drobnego złodziejaszka lub – w ostateczności – bazarowego sprzedawcę trefnych towarów, ale pozory myliły. Kozak, w przeciwieństwie do Zuzanny, miał dyplom architekta krajobrazu. Tytuł inżyniera chętnie umieszczał na wszystkich materiałach promocyjnych i wizytówkach. Nie omieszkał tego zaznaczyć nawet na tabliczce obok swojego domofonu. Lubił pozować na szefa wszystkich szefów, ale w rzeczywistości była w jego życiu wyższa instancja: piękna Moniczka Kozak, z domu Pyrka, która trzymała męża krótko. Do tego jego rola w firmie była głównie dekoracyjna. Wszystkim zajmowała się Zuzanna. To ona robiła projekty ogrodów, tak cenione przez mieszkańców Starej Leśnej i okolic. To ona jeździła po cebulki narcyzów, bulwy dalii, nasiona rzadkiej, pomarańczowej odmiany onętka o podwójnych płatkach. A poza tym biegała z łopatą, grabiami, a gdy trzeba było – także kosą lub piłą spalinową.

– A którąż to mamy godzinę? – odezwał się Kozak. – Czy pani wie, że przez pani spóźnialstwo zostałem narażony na stratę… Podliczmy… – Wyciągnął z tylnej kieszeni najnowszy model smartfona i zaczął z zapamiętaniem stukać w ekran, marszcząc w skupieniu czoło. – Niech diabli porwą to dziadostwo. No, w każdym razie „circa about” w przybliżeniu 22 złote i 76 groszy. Boję się, że w tym roku sru…! I po premii!

– Fiu, fiu, nie miałam pojęcia, że moja praca jest tak wysoko oceniana. Czy nie powinno mieć to odzwierciedlenia w wysokości wynagrodzenia? – Zuzanna rzuciła przełożonemu kwaśne spojrzenie.

– Nie mogę dawać podwyżki komuś, kto się notorycznie spóźnia! – Kozak dreptał za Zuzanną, która odwiesiła palto na wieszak, ukazując szefowi bluzkę z malowniczymi plamami po kawie. W powietrzu uniósł się wyrazisty zapach jej perfum.

– Zuzanno! Przywodzi mi pani na myśl łąki mego dzieciństwa. – Kozak pociągnął nosem. – Ale wygląda pani jak małoletni bratanek Moniczki, któremu po raz pierwszy dano do ręki łyżeczkę! Niech się już pani bierze do roboty, sama się nie zrobi. Ja będę w gabinecie. Mam ważną rozmowę.

Jakby w odpowiedzi, natychmiast zaterkotał telefon.

– O! – rzucił Kozak triumfalnie i zniknął za drzwiami. Słychać było całkowitą zmianę tonu. – Ależ będzie dokładnie tak, jak sobie szanowny pan zażyczy… Będzie pan zadowolony… Nikt nie będzie miał piękniejszego ogrodu. Moja ekipa pozostaje do pańskiej całkowitej dyspozycji…

Zuzanna przewróciła oczami.

– Moja ekipa – wymamrotała. – Czyli Zuzanna, Zuzanna i jeszcze raz Zuzanna. Któregoś dnia padnę z wycieńczenia. Ale nie, nie mogę. Mam domiar za gaz. Może chociaż mi zapłaci parę groszy więcej?

– Zuzanno! – ryknął Kozak, wypadając z gabinetu. – Co za dzień! Zlecenie marzeń! Zadzwonił właśnie mój dobry znajomy… Zaraz, jak on się nazywa, mniejsza z tym! Z Warszawy, właściciel fabryki, robi w stali. Kupił dom w Starej Leśnej i chce mieć najpiękniejszy ogród w okolicy. Wie pani, reprezentacyjny, na przyjęcia pod chmurką, bogacze tak mają. Choć niby skąd pani ma o tym wiedzieć? – zreflektował się Kozak. – W każdym razie płaci gotówką z góry. No, dla pani to okazja…

Zuzanna spojrzała na szefa z nadzieją. Czyli jednak uda się zapłacić za gaz, nim go wyłączą.

– …żeby się wreszcie wykazać i udowodnić swoją wartość dla Kozak Gardens – dokończył, a wizja zapłaconego rachunku odpłynęła w bliżej nieokreśloną przyszłość. – No, Robercie, ty, stary cwaniaku, dobrze to rozegrałeś! – rzucił w kierunku swojego zdjęcia, które zdobiło ścianę przy wejściu. – Zasłużyłeś na małą nagrodę. Pani Zuzanno, proszę przygotować sadzonki goździków bylinowych, po południu wpadnie po nie jeden gość. Mnie już dziś nie będzie, zostawiam firmę w pani ślicznych rączkach.

I wyszedł.

* * *

Pod wieczór śliczne rączki Zuzanny omdlewały ze zmęczenia. Przygotowanie trzystu pięćdziesięciu sadzonek było naprawdę ciężką robotą. W dodatku klient się spóźnił i w piątkowe popołudnie musiała zostać w pracy godzinę dłużej. Gdy wieczorem wracała do domu, miała ochotę tylko na to, żeby zwalić się do łóżka i zasnąć. Było to jednak zupełnie niemożliwe, ponieważ w piątki Cecylia urządzała cotygodniowego brydżyka i liczyła, że wnuczka pomoże jej ugościć graczy. W salonie, przy nakrytym koronkową serwetą okrągłym stole, siedzieli już Wiesław Koczocik, aptekarz, oraz Stanisław Grzybek, cukiernik. Czekano na czwartego gracza, Augusta Fąfarę, który tradycyjnie pojawiał się z półgodzinnym spóźnieniem.

– Ciekawe, co wymyśli tym razem. Wino mu skwaśniało? Siostra dostała grypy żołądkowej? – mruknął Koczocik.

Choć w tym układzie był partnerem Fąfary w grze, nie darzył go szczególną sympatią. A wszystko dlatego, że rosły Fąfara nie dawał zapomnieć Koczocikowi, że jest od niego prawie pół metra wyższy.

– Pani Cecylio, może umilimy sobie oczekiwanie konsumpcją mojego najnowszego dziełka? – uroczystym tonem zaproponował Grzybek, wskazując na kartonowe pudełko.

– Co to znowu za pyszności, panie Stasiu? – zaciekawiła się Cecylia.

– Torcik, pani Cecylko, torcik Fedora. Jak u Maxime’a w Paryżu, samo masełko, czekolada i migdały!

– Uch, koronarografia gwarantowana, bo to musi być bomba kaloryczna. – Koczocik gestem podziękował za podsunięty mu przez Cecylię talerzyk, wlepiając pełne potępienia spojrzenie w ociekający czekoladą kopiec, na którego szczycie prężyła się figurka z cukru. – A to co takiego? – Włożył okulary na nos.

– Dekoracja w stylu angielskim, para zapaśników. Taki sam chcę podarować prezesowi klubu sportowego Jastrzębiec Leśna. – Grzybek uśmiechnął się z dumą.

– Mnie się wydaje… – zaczął niepewnie Koczocik, lecz w tym momencie rozległ się ogłuszający ryk silnika oraz odgłos gwałtownego hamowania.

Przed drewnianą willą Kurza Stopka przy ulicy Jeża, własnością pań Czaplicz, zatrzymał się, bryzgając błotem na prawo i lewo, czarny motocykl typu chopper. Jego właściciel dziarskim krokiem ruszył do drzwi.

– Pokój temu domowi! – zadudnił August Fąfara, zdejmując skórzaną ramoneskę. – Wybaczcie, ale jedna z moich owieczek potrzebowała pomocy.

– Zawsze tak mówisz! – mruknął Koczocik.

– I zawsze to jest prawda! – Olbrzym uśmiechnął się w kierunku ciasta. – A cóż my tu mamy? – Pochylił się nad tortem i uważnie oglądał parę zapaśników. Jego oblicze w jednej chwili spochmurniało. – Kamasutra jakaś czy co!

– No skądże znowu! To para zapaśników – zaprotestował oburzony Grzybek.

– A dlaczego temu z prawej wyrosły takie, o proszę! Piersiątka! Niech pan sam zobaczy, panie Staszku, jakie zgorszenie pan szerzy! – Fąfara wyciągnął figurkę z czekolady i położył sobie na dłoni.

– Faktycznie! A niech mnie! – zachichotała Cecylia. – Chodź, Zuzanno, zobacz, jakie to fikuśne! – zawołała wnuczkę.

– Coś podobnego! W hurtowni cukierniczej zarzekali się, że to para atletów! Oszuści! – powiedział Grzybek łamiącym się głosem.

– A proponowałem panu koledze luteinę na sokoli wzrok. – Koczocik uniósł palec, gotów dać krótki wykład o wpływie zażywania suplementów diety na ogólny dobrostan człowieka.

– Grzech w nieświadomości to nie grzech – powiedział Fąfara. – Zostanie to wybaczone, pod dwoma jednakowoż warunkami… – tu zawiesił głos, wprawnie dozując napięcie. Zgnębiony Grzybek spojrzał na niego pytająco. – Będę potrzebował, powiedzmy, stu pięćdziesięciu cukrowych baranków na Wielkanoc – ciągnął olbrzym.

– A drugi warunek?

– Niech mi pan nałoży podwójną porcję tego tortu.

Grzybek bez słowa podsunął mu talerzyk, którego zawartość została pochłonięta zaledwie w trzech kęsach. Olbrzym westchnął z zadowoleniem, a potem poluzował koloratkę.

– Karty na stół! – rzucił, zacierając ręce.

* * *

Zuzanna założyła palto i wyszła przed dom, na drewniany ganek, latem ozdobiony donicami pełnymi czerwonych pelargonii. Teraz był oczywiście pusty i martwy, jeśli nie liczyć myszy polnej, która umościła sobie gniazdko za obluzowaną deską. Zuzanna wciągnęła głęboko powietrze, odetchnęła kilka razy. Poczuła jakiś delikatny ruch w okolicach kolan.

– Mrrr! – zamruczała radośnie kotka Brezylka, witając swoją panią i ocierając się o jej nogi całą swoją puszystą, trójkolorową istotą.

– Co? Też już nie mogłaś znieść tego harmidru, moja droga? – Zuzanna nachyliła się i pieszczotliwie podrapała Brezylkę za uchem.

Babka grała w karty z gośćmi, którzy, rozochoceni jej nalewką, co rusz pokrzykiwali: „Trzy bez atu!”, „Kontra!”, „Rekontra!”. Wojtek poszedł na noc do kolegi, a Krystyna położyła się spać, zupełnie nieczuła na odgłosy licytacji.

Niebo było bez jednej chmurki. Gwiazdy świeciły jasno. W ich błękitnym blasku plamy rozmiękłego śniegu, za dnia ohydne i poszarzałe, wyglądały niemal magicznie. Nagie jeszcze drzewa stały bez ruchu, w oczekiwaniu na wiosnę. Zuzanna wiedziała, że soki już zaczynają w nich krążyć. Od dwóch tygodni nie było mrozu. Cisza i mgła otulały miasteczko jak miękka kołdra. Było po prostu pięknie. Pięknie.

Ni z tego, ni z owego Zuzannie przypomniał się inny wieczór sprzed trzynastu lat. Pogoda była jak dziś. „Jeszcze nigdy nikogo takiego nie spotkałem, jesteś jedyna w swoim rodzaju” – szeptał jej wtedy ktoś do ucha, a ona spijała każde słowo, szczęśliwa, przekonana, że czeka ich jeszcze wiele takich nocy. Ale…

Wzdrygnęła się i mocniej otuliła szalem. Nie można tak. Nie trzeba wspominać ani marzyć. „Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr”, mawiała Cecylia.

Energicznie ruszyła w stronę samochodu. Wiola dobijała się do niej od paru dni. Coś się musiało wydarzyć. Zuzanna poczuła wyrzuty sumienia, że dotąd nie znalazła czasu dla przyjaciółki, i postanowiła natychmiast to nadrobić.

– Jak dobrze, że jesteś! – zawołała Wiola, otwierając drzwi malutkiej kawalerki, którą wynajmowała w kamienicy przy ulicy Jelenia, naprzeciwko stacji Stara Leśna Główna. Nawet w słabym świetle korytarza dało się dostrzec jej zaczerwienione oczy. – Chcesz wina? Ojej. Już nic nie zostało.

– Zrób mi herbatę. I opowiadaj. – Zuzanna klapnęła na miękki puf z czerwonego weluru, stojący obok grzejnika. Czego jak czego, ale kreatywności Wioli nie można było odmówić. Mieszkanko było urządzone gustownie, choć minimalnym kosztem. Rolę stolika kawowego odgrywały stare palety, zabejcowane na biało. W szklanym kloszu żyrandola tylko wprawne oko mogło się dopatrzyć… starych probówek, pomalowanych farbą na wszystkie kolory tęczy. Wiola, która od dziesięciu lat, po śmierci matki, była na świecie całkiem sama, musiała się nauczyć, jak zrobić coś z niczego.

– Co mam opowiadać? Znowu to samo. Powiedział, że zadzwoni. Potem przez tydzień nie odbierał ode mnie telefonów. Dzisiaj przysłał SMS-a, że to już koniec. – Wiola pociągnęła nosem i z rozczarowaniem spojrzała na pusty kieliszek.

– Ale jak to? Przecież spotykaliście się dopiero od dwóch miesięcy? Jak można kończyć coś, co się jeszcze na dobre nie zaczęło! – nie mogła się nadziwić Zuzanna.

– To mój cholerny, życiowy pech. Po prostu nie mam farta do facetów. Nigdy nikt mnie już nie pokocha. Zaraz będę stara, gruba i łysa. – Wiola rozkleiła się już całkiem i przylgnęła do ramienia przyjaciółki.

– Co ty, łysa w życiu nie będziesz! A nawet jeśli, to i tak będziesz mieć najbardziej czaderskie peruki w całej okolicy! À propos: musisz coś zrobić z włosami Różyczki, rozmawiałam dziś z Kazią. Ta jej mała łobuzica ogoliła sobie pół głowy i wygląda jak półtora nieszczęścia, nomen omen.

– O rety! – jęknęła Wiola z przejęciem, wycierając łzy. – Już widzę tego małego potworka, pewnie przypomina teraz wodza Siuksów! Jutro się nią zajmę. – Oczy miała już całkiem suche. Zuzanna przytuliła mocniej przyjaciółkę.

„Jak wańka-wstańka! – pomyślała z podziwem. – Szkoda, że nie umiem tak szybko wracać do pionu”.

– A ty co? Dosyć miałaś już tego brydżyka Cecylii, prawda? – Wiola spojrzała w oczy przyjaciółce.

– Nie znoszę kart! – prychnęła Zuzanna.

– A szkoda, bo chciałam ci właśnie coś zaproponować! – powiedziała Wiola tajemniczo.

– Ciekawe co?

– Tarota! – Wiola sięgnęła na półkę i zdjęła z niej sporawe pudełeczko ozdobione wschodnimi ornamentami.

– Nauczyłaś się stawiać tarota?

– Jestem w trakcie. Ale Marcin powiedział, że mam wielki talent.

– Powiedział, że masz talent, a potem zerwał z tobą SMS-em?

– Może mężczyźni boją się kobiet obdarzonych szóstym zmysłem? Zresztą zaraz sama się przekonasz. – Wiola wydęła wargi i przesunęła pudełko w stronę Zuzanny. – Wymieszaj karty. Powtarzaj w myślach pytanie, które chcesz im zadać, ale nie wypowiadaj go na głos! – rozkazała.

Zuzanna posłusznie wypełniła polecenie. Wiola z ważną miną przejęła talię kart i zaczęła je układać w okrąg, dwanaście kart jak dwanaście godzin na cyferblacie.

– To zegar. Wróżba na kolejny rok, widzisz? Po jednej karcie na każdy miesiąc, zaczynając od lutego, czyli od dzisiaj… Hm… Co nam tu wychodzi? – Zmarszczyła czoło i zamaszystym ruchem otworzyła czarną wysłużoną książeczkę z białym napisem Tarot. Przewodnik początkującej wróżki na okładce. – Luty, Czwórka Buław odwrócona. Może być: niemiły w skutkach romans, przeszłość oddziałuje na teraźniejszość, no, ale to nie o tobie, ty nie masz romansów… Nie patrz tak na mnie, przecież to prawda! Czyli będzie: luty – konflikty w rodzinie. Kłócisz się z mamą, co? – zapytała Wiola z nadzieją. Zuzanna kiwnęła głową. To prawda, ciągle się kłóciły – łączyła je tak zwana szorstka miłość. Bardzo szorstka. Jak metalowa tarka. – Marzec, Król Mieczy, człowiek pomysłowy, inżynier… Pewnie Kozak, no nie? Kwiecień, Czwórka Kielichów. Awersja, wstręt, zdarzenia z przeszłości sprawiają, że przyszłość jawi się w czarnych barwach… Nie, raczej chandra. Tak, będziesz mieć chandrę. Maj: możliwość otrzymania wsparcia od kogoś, kogo się lekceważy – ty, nie mówiłaś, że Kozak powinien ci dać podwyżkę? No, sama widzisz, wszystko się składa, dostaniesz ją w maju! A w czerwcu… Nieoczekiwane zakochanie się odpada, ty masz kamienne serce. No, weź! – krzyknęła Wiola, centralnie trafiona poduszką w twarz. Dostało jej się za to kamienne serce, bo w żadne zakochanie się Zuzanna oczywiście nie wierzyła. Ten rozdział życia był już zamknięty. Na zawsze. – A więc przyjaźń i wzajemna pomoc, czyli my z Kazią. W lipcu Koło Fortuny. Skoro się nie zakochasz, to i na wybuch uczuć, i seks nie masz co liczyć. Za to czeka cię wygrana na loterii!

– Przypomnij mi tylko, żebym kupiła los – rzuciła Zuzanna jadowitym tonem.

Wiola zignorowała niestosowną uwagę i nadal z zapałem wertowała książkę, spoglądając na karty.

– Sierpień, czyli Papież. Poszukiwanie prawdy w przeszłości – nie, nie, raczej planowanie podróży, przecież Wojtek będzie miał wakacje, a jak dostaniesz podwyżkę od Kozaka, wreszcie zabierzesz go do Trującego Ogrodu w Alnwick!

– Oby, oby… Ech, byłoby pięknie! – westchnęła Zuzanna, która faktycznie od dawna chciała zobaczyć niezwykłą kolekcję zabójczych roślin w parku otaczającym zamek z filmów o Harrym Potterze.

– Widzisz? Mówiłam ci, że mam talent. Z kolei we wrześniu masz Kochanków, wybór między dwiema kobietami. Pewnie Cecylia z Krystyną się pożrą i będziesz musiała opowiedzieć się po którejś ze stron. Trzymaj z babką, ja ci to mówię, twoja mama to prądnica negatywnej energii, zawsze to powtarzam, próżno i darmo. Dobra, październik. Odwrócona Dziesiątka Denarów. Samotność płynąca z braku rodziny, strata domu? Nieee… O, patrz: kłótnie i rozdźwięki. Czyli wszystko się zgadza, Cecylia wreszcie rzuci się Krystynie do gardła! – ucieszyła się wyraźnie Wiola. – Listopad to koniec złudzeń i pogodzenie się ze stratą, Piątka Kielichów. Może twoja babcia wywali matkę z domu? A grudzień to z kolei odwrócona Czwórka Mieczy, odzyskanie tego, co się utraciło i powrót. No i styczeń, Słońce, świetna karta. Miłość, jedność i szczęście rodzinne. Jednym słowem: będziecie się kłócić, Krystyna spakuje walizki, ale potem znów zamieszkacie wszystkie razem i będziecie bardzo szczęśliwe! – Wiola zatrzasnęła książkę, nader z siebie zadowolona.

Po zakończonej wróżbie Zuzanna miała jeszcze więcej wątpliwości co do „szóstego zmysłu” przyjaciółki, ale postanowiła się z nimi nie ujawniać, bo nowe hobby wyraźnie poprawiało Wioli humor i odciągało jej myśli od tematu dwulicowego Marcina. Oraz wszystkich poprzednich niewiernych, oszukańczych amantów, których Wiola poznawała albo na czacie, albo w salonie piękności U Dalili, w którym pracowała jako fryzjerka.

– Cudownie, kochana, cieszy mnie niezmiernie, że za rok w moim domu zapanuje zgoda i jedność. Jest po co żyć, można by rzec. Muszę lecieć, jestem przyzwoitką Cecylii. Bo wiesz, ten Grzybek to chyba ma wobec niej jakieś niecne zamiary, ostatnio zasypuje ją słodkościami… – Zuzanna mocno cmoknęła Wiolę w zaróżowiony policzek.

– Pędź. A ja jutro wpadnę do Kazi i zrobię Róży szałową fryzurę à la Natalie Dormer z ostatniej części Kosogłosa! – Wiola uśmiechnęła się.

Zuzanna wybiegła z ciemnej klatki schodowej w atramentową czerń nocy.

„Cholera! Jednak pada!” – pomyślała z niezadowoleniem, przeskakując przez kałuże do samochodu.

Wtem aż się wzdrygnęła, bo tuż nad jej głową koszącym lotem sunęła sowa.

– Uhuu! – rozległo się przeciągłe pohukiwanie.

Prawie natychmiast z oddali zawtórował mu podobny dźwięk. A więc zaczął się sezon lęgowy puszczyków! To mogło oznaczać tylko jedno.

Wiosna była naprawdę blisko.

* * *

Stare volvo Zuzanny wjechało do lasu. Wygodna asfaltowa droga płynnie przeszła w wyboistą, podmokłą ścieżkę. Samochód podskakiwał na każdym grubszym korzeniu. Zuzanna wychyliła się w kierunku szyby. Nic nie widziała – dokoła panowały egipskie ciemności. Gdzieś tam przed nią, w oddali, migotało pojedyncze światełko. Okna jakiegoś domu? A może leśniczówka? Czuła narastający niepokój. Nagle coś zarzęziło w silniku i samochód zaczął mknąć przed siebie, jakby docisnęła gaz do dechy – a przecież tego nie zrobiła! Histerycznie kręciła kierownicą to w prawo, to w lewo, w ostatniej chwili omijając kolejne drzewa. Próbowała nacisnąć hamulec – bezskutecznie. Z przerażeniem uświadomiła sobie też, że przecież nie ma prawa jazdy! Nie umie prowadzić samochodu i zaraz się rozbije! W tym momencie poczuła na policzku ciepły, wilgotny pocałunek i usłyszała szept: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze…”.

Wtedy się obudziła.

– Co za głupi sen… – jęknęła.

Zdjęła z poduszki Brezylkę, która zapamiętale lizała swoją panią po twarzy w nadziei, że zasłuży na poranną porcję pieszczot. Pani tymczasem, zamiast podrapać kocicę za uchem, przeciągnęła się, ziewnęła i zaczęła dumać, któraż to może być godzina. Zerknęła na leżącą przy łóżku komórkę… Dwanaście nieodebranych połączeń! Wszystkie od Kozaka! Wydzwaniał do niej od ósmej rano, a była jedenasta. „O matko, znów zaspałam!” – przemknęło jej przez myśl i już, już miała w panice zrzucać koszulę nocną, lecieć, pędzić, gdy uświadomiła sobie, że jest sobota. Z westchnieniem ulgi opadła na łóżko. Nie zamierzała oddzwaniać, niedoczekanie tego ciemiężcy! Telefonu służbowego, jak na razie, nie miała – to po pierwsze, w swoim prywatnym mogła wyciszyć dzwonek – to po drugie. A poza tym… Jakim prawem ten buc zakłócał jej spokój w dniu wolnym od pracy?! Z prawdziwą satysfakcją odnotowała, że telefon znowu zaczął wibrować i pełnym dostojeństwa krokiem udała się do łazienki.

– Wstałaś już? – Cecylia oczywiście od dawna była na nogach. – To chodź na tosty!

– Pędzę – wybulgotała, nie wyjmując z ust szczotki do zębów i już po chwili dwie panie Czaplicz – najmłodsza i najstarsza – delektowały się chrupiącymi francuskimi tostami z pomarańczowo-imbirową konfiturą.

– Ty, Buniu, wszystko robisz doskonale, twoje konfitury to dowód na istnienie Boga – westchnęła Zuzanna. Stanowczo dała odpór wyrzutom sumienia i sięgnęła po kolejnego tosta. – Wojtek jeszcze nie wrócił?

–  Wrócił, wrócił, ale zaraz pobiegł do kolejnego kolegi uczyć się grać na gitarze. Powiem ci, że ten dzieciak naprawdę ma słuch – to po dziadziu Brunonie! Powinnyśmy mu kupić instrument.

– Babuniu, przecież wiesz, że przychyliłabym mu nieba, wszystko bym mu kupiła, gdyby tylko było za co! – westchnęła Zuzanna. – Kozak płaci mi marnie i nie chce słyszeć o podwyżce. Naprawdę nie wiem, czy któregoś dnia nie rzucę tej roboty. Kocham urządzać ogrody, zwłaszcza jeśli mi dają wolną rękę w doborze roślin i nie każą obsadzać wszystkiego tujami. Ale czasem jestem tak zmęczona, że mogłabym… mogłabym zająć się haftem, o! – Zuzanna chwyciła połę lnianego obrusa, który Cecylia pokryła czarno-czerwonymi rombami. Rzędy maleńkich krzyżyków układały się w misterny karpacki motyw.

– Przecież ty nigdy nie haftowałaś. – Babka uśmiechnęła się dobrotliwie.

– No to co, nauczyłabyś mnie! Poza tym wielka mi filozofia, dzierganie krzyżyków. Wystarczy przerysować wzór…

– Trudne to nie jest. Wymaga jednak czegoś więcej niż kopiowanie. Tu potrzeba szczególnego skupienia i zaangażowania ducha! – Cecylia uniosła palec w górę.

Wnuczka zauważyła, że babka pomalowała paznokcie pod kolor szminki.

– Zaangażowania ducha?! Chyba przesadzasz, Buniu. – Ciągle nie mogła oderwać wzroku od paznokci.

Róż Bahama najwyraźniej przypadł Cecylii do gustu.

– Ani trochę. Obie barwy – czerwona i czarna – w hafcie karpackim mają symboliczne znaczenie. Czerwona nitka to twoje marzenia, uczucia, a przede wszystkim miłość. Czarny to sprawy materialne, zawodowe, konkret. Każdy haft zaczyna się od linijki czarnych krzyżyków. To twoja „ścieżka życia”. Potem, gdy rysujesz nitką resztę wzoru, dobierasz proporcje czerni i czerwieni według tego, jak widzisz lub jak chciałabyś widzieć swoje życie. Czy stawiasz na miłość, czy na pieniądze.

– Oj, to faktycznie, słabiutko – zmartwiła się Zuzanna. – Ani miłości, ani pieniędzy. Mogę haftować wyłącznie na szaro.

Powiedziała to lekko kpiącym tonem, jednak wprawne ucho Cecylii wychwyciło nutkę goryczy, jaką doprawione były słowa wnuczki. Zuzanna, choć na co dzień nie pokazywała tego po sobie, czuła żal do losu. Faktycznie, nie obszedł się z nią łaskawie. Na wymarzone studia – architekturę krajobrazu – dostała się za drugim razem. Okazała się jednak tak zdolną i pilną studentką, że rozważano, czy nie zaproponować jej asystentury, gdy była zaledwie na trzecim roku. Tym większym szokiem stała się dla wszystkich jej decyzja o przerwaniu nauki. Zuzanna, zawsze skryta, milcząca, nie chciała tłumaczyć wykładowcom, dlaczego rzuca studia. Prawda była taka, że nie miała wyboru – u Krystyny wykryto guza piersi. Źle znosiła chemio- i radioterapię. Potem była operacja… Zuzanna woziła mamę do Warszawy na zabiegi, opiekowała się nią w domu. Raka udało się pokonać, ale Krystyna musiała przejść na wcześniejszą emeryturę. To na Zuzannę spadł trud utrzymania rodziny. Początkowo miała jeszcze nadzieję, że uda jej się wrócić na uczelnię, gdy jednak zobaczyła podwójną kreskę na teście ciążowym, zrozumiała, że chyba już nie w tym życiu. Wrodzona uczciwość kazała jej poinformować o ciąży szefa – od niedawna współpracowała z firmą projektującą osiedla i akurat miała podpisywać umowę o pracę. Dyrektor bez mrugnięcia okiem podziękował jej za wysiłek i życzył „szczęścia na nowej drodze życia”. O etacie nie było już mowy. I właśnie wtedy z pomocą przyszedł Robert Kozak, sąsiad ze Starej Leśnej i starszy kolega ze studiów. Najsłabszy student w historii uczelni, jak mówił o nim znany z dosadnego języka profesor Jagoda. Kozak rzeczywiście orłem nie był, projektowanie szło mu beznadziejnie, miał za to zdecydowanie łeb do interesów. Już na początku studiów założył sklepik ze sprowadzonymi z Holandii cebulkami tulipanów. Pierwsze porządne pieniądze zarobił jednak na tujach i cyprysikach, na które zapanowała moda. Zuzanna sprzedawała rośliny, a on jeździł po hurtowniach albo woził swoją ukochaną Moniczkę do fryzjera i na manicure. Co ciekawe, mimo że znali się dość dobrze i byli w podobnym wieku, nigdy nie przeszli na ty. W pierwszym dniu pracy, gdy Zuzanna zwróciła się do szefa po imieniu, ten w dość obcesowy sposób pokazał, gdzie jej miejsce.

– Dla kogo Robert, dla tego Robert. Dla pani Wasza Wysokość, ewentualnie pan Kozak – rzucił.

Nie zmieniło się to z biegiem lat, nawet wtedy, gdy Zuzanna zaczęła zbierać pochwały za projekty ogrodów, które robiła dla Kozak Gardens – i pod którymi podpisywał się, rzecz jasna, jej szef. Ona nie miała przecież uprawnień. Ba, można by wręcz powiedzieć, że za każdym razem, gdy coś jej się udawało, Kozak od razu demonstrował, kto tu rządzi i kto ma ostatnie słowo. Tak to wyglądało, jeśli chodzi o czarny fragment haftu, czyli sprawy zawodowe. Z czerwoną częścią było jeszcze gorzej.

– Tak, Buniu – westchnęła Zuzanna. – Na miłości chyba wyhaftuję krzyżyk.

– Co też ty opowiadasz, moje dziecko. – Cecylia przygarnęła wnuczkę do siebie. – A moja miłość to pies?! Ty jesteś mój „Herzpinkel”, jak mawiał dziadek Bruno, moje oczko w głowie!

– Dałybyście spokój tym czułostkom! – Krystyna stanęła w progu kuchni i jak zwykle miała naburmuszoną minę. – Mamo, zdjęłam przed chwilą z jabłoni torbę z jakimiś kolorowymi kłakami. Sąsiadka powiedziała, że to mama ją tam powiesiła. – Utkwiła oskarżycielskie spojrzenie w Cecylii.

– No, powiesiłam, owszem. – Starsza pani wzruszyła obojętnie ramionami.

– Ale po co, ja się pytam?! – Córka zupełnie nie miała zrozumienia dla ekstrawagancji matki.

W głębi ducha uważała ją za osobę kompletnie nieodpowiedzialną. Zresztą mniej więcej to samo myślała o swojej córce. Nie żeby ich nie kochała. Kochała, i to bardzo. I dlatego tak jej przeszkadzało, że obie różnią się od niej właściwie wszystkim.

– No jak to, po co, Krysieńko! Żeby ptaki mogły sobie wyciągać włóczkę i uszczelniać nią gniazdka. Idzie wiosna! Znowu będziemy mieć drozda śpiewaka na brzozie – gdzieś to tałatajstwo musi mieszkać. Nam te ścinki do niczego nie są potrzebne, a ptaszyska je dobrze zagospodarują.

– Czy mama naprawdę musi być taka dziwaczna?! – Krystyna zaciągnęła się papierosem. – I tak sąsiedzi mają nas za stare wariatki. Trzymaj! – Podetknęła Zuzannie pod nos komórkę.

– Po co mi to dajesz?

– Żebyś oddzwoniła do szefa.

– Jeszcze czego! Nie będę nigdzie dzwonić w sobotę rano.

– Powiedziałam, że zaraz zadzwonisz, poza tym jest prawie południe. – Krystyna nie dawała za wygraną.

– Po jasną cholerę odbierałaś ten telefon, teraz się ode mnie nie odczepi! Na pewno ma dla mnie jakieś wyjątkowe i bezpłatne zadanie na weekend! – Zuzanna czuła, że za moment skapituluje.

– Dobre wychowanie nakazuje odbierać telefony. – Matka wydęła wargi, a Zuzanna niechętnie wystukała numer Roberta Kozaka.

– No, nareszcie pani oddzwania, co tak późno! – Wyglądało, jakby rzeczywiście czekał na jej telefon.

– Nie wiem, czy przebywamy w tej samej strefie czasowej, ale u mnie jest sobota. Dzień wolny od pracy – wysyczała do słuchawki.

– Oczywiście, ale sytuacja jest wyjątkowa. Nasz nowy klient, właściciel fabryki, kupił willę Jolancin – pamięta pani? Rozmawiałem z panią o tym!

– Pamiętam, ale co to ma do mojej wolnej soboty?

– Niech pani nie będzie małostkowa! Nasz zleceniodawca może się z panią spotkać tylko dziś, bo jutro wylatuje za granicę. A chce omówić projekt ogrodu. Po prostu nie mamy innego wyjścia!

– A czemu szef nie może z nim porozmawiać? – Zuzanna jeszcze protestowała, ale czuła, że kiełkujące w niej ziarenka buntu powoli obumierają.

– Proszę do niego pojechać, willa Jolancin, ulica Czeremchy. Zapisała pani?

– Zapisałam – mruknęła Zuzanna. Miała ochotę się rozpłakać. Powodowana jakimś obcym impulsem wycedziła jeszcze: – Zrobię to pod warunkiem, że da mi pan podwyżkę.

– Dobrze – powiedział Robert Kozak po chwili milczenia, wprawiając tym swoją pracownicę w absolutne osłupienie. – Dostanie pani podwyżkę.

– Dziękuję – wykrztusiła.

– Aha, nie podałem pani jeszcze jego nazwiska…

– Tak?

– Nasz klient nazywa się Adam Przygodzki – powiedział Kozak. – Oczywiście, proszę powiedzieć, że przyjechała pani z Kozak Gardens.

Zuzanna z trudem przełknęła ślinę.

– Jak… się… nazywa?

– Przygodzki, Adam Przygodzki.

Długopis wypadł jej z ręki. Ciężko osunęła się na krzesło.

Samochód właśnie wjechał do ciemnego lasu i gwałtownie przyspieszył.

II

Ogromny kawał tynku oderwał się od sufitu i spadł prosto pod nogi Adama Przygodzkiego. W tej chwili nowy właściciel willi Jolancin zupełnie nie wyglądał na milionera. Ubrany w zmechaconą flanelową koszulę i wytarte dżinsy prezentował się gorzej niż kierownik budowy, który ponurym wzrokiem lustrował wnętrze pomieszczenia. W czasach świetności zapewne był tu salon. Teraz na samym środku podłogi stała ogromna kałuża, a ściany zamiast tapet pokrywało graffiti – głównie obelżywej treści, choć dało się też dostrzec wyznanie: „Kaśka, kocham cię na zabuj”.

– Mówiłem: kompletna rudera. Ale skoro pan się uparł… Kto bogatemu zabroni? – Kierownik budowy wzruszył ramionami i rzucił Adamowi kpiące spojrzenie.

– Z tym bogactwem to niech pan nie przesadza, panie Henryku. – Przygodzki uśmiechnął się ironicznie. – Zdaję sobie sprawę, że taniej byłoby wszystko zburzyć i zbudować od początku. Nie do końca umiem to wytłumaczyć, ale… po prostu poczułem, że chcę tu mieszkać.

To nie była prawda. Adam umiałby wyjaśnić powody, dla których kupił zdewastowaną willę przy ulicy Czeremchy. Choć oficjalnie nigdy by się do tego nie przyznał, spodobała mu się jej romantyczna historia. Jolancin zbudowano pod koniec lat dwudziestych w modnym wówczas stylu dworkowym. Okazała willa z gankiem i kolumnami była prezentem Olgierda Tomaszewskiego, przedwojennego pilota, dla jego ukochanej żony Jolanty. W okolicy takie dowody miłości wyrastały jak grzyby po deszczu – Teresin, Marynin, Zosin… Ale Jolancin był naprawdę wyjątkowej urody. I wyjątkowa była historia uczucia, dzięki któremu go wzniesiono. Jola pochodziła z tak zwanej lepszej rodziny, a Olgierd był wprawdzie świetnym pilotem, jednak bez korzeni szlacheckich. Do tego – golcem. Za cały kapitał miał bezgraniczną miłość do Jolanty oraz pensję wypłacaną przez PLL LOT. Wysoką zresztą, bo pilotem był wyśmienitym. Często latał na trasie Warszawa – Berlin i zasłynął z tego, że od czasu do czasu fundował pasażerom porcję emocji, prześlizgując się między przęsłami mostu Poniatowskiego lub wieżami kościoła Zbawiciela, jeśli akurat pilotował awionetkę. W Jolancinie Tomaszewscy spędzili najszczęśliwsze lata swojego życia. Urządzali przyjęcia, na których bawiła się cała śmietanka Starej Leśnej, a Jolanta z pasją oddawała się uprawie róż parkowych. Mąż specjalnie dla niej przywoził je z Paryża. Sadzonki kupował u ogrodnika pielęgnującego Ogród Luksemburski. Widać było, że mimo upływu czasu namiętność, która połączyła Tomaszewskich, nie słabła. Plotkowano o tym w Starej Leśnej, jakby miłość i wzajemna fascynacja erotyczna były towarzyskim skandalem. I może były – a na tle licznych małżeństw aranżowanych, które trwały, bo nie wypadało się rozwieść albo nie było jak podzielić majątku, Tomaszewscy wyglądali jak kolorowe ptaki. Żal, że wojna ich rozdzieliła. On zginął w kampanii wrześniowej. Ona – w bombardowanej w czasie powstania Warszawie. Dom oddano pod kwaterunek. Ostatni lokatorzy wyprowadzili się piętnaście lat temu. Willa niszczała – bez okien, prawie pozbawiona dachu, pokryta liszajami zielonkawych zacieków.

Adam miał nadzieję, że ta historia zrobiłaby wrażenie na jego żonie, Karolinie. Stara willa, róże prosto z Francji, wielka miłość i mezalians – która kobieta oparłaby się tej wizji?

Na razie jednak dom był w ruinie, a w zachwaszczonym ogrodzie rosły tylko cztery wiekowe drzewa jako pozostałości dawnego założenia. Dwie wysokie sosny, robinia akacjowa i powykręcany ze starości głóg. To z pewnością nie przypadłoby Karolinie do gustu. Zresztą nie było jej w Polsce. Gdzie była? Adam nie wiedział. Może bawiła się ze swoim kochankiem na Riwierze, a może robiła zakupy w Londynie. Odkąd złożyła papiery rozwodowe, nie miał od niej żadnych wiadomości. Poza krótkim esemesem: „Przyślij akt ślubu na adres ojca”.

W pierwszym odruchu Przygodzki miał ochotę cisnąć telefonem o ścianę, ale zrobił to samo co zawsze: spełnił jej życzenie. I choć od tego dnia minęły prawie trzy miesiące, ciągle się łudził, że małżeństwo uda się jeszcze uratować. Nie można przecież, ot tak, wyrzucić do kosza dwunastu lat! Musieliby jednak zacząć wszystko od nowa i on tego pragnął. Tak przynajmniej mu się wydawało. Dlatego kupił Jolancin. Bo czy jest lepszy sposób na odmianę życia niż przeprowadzka?

– O, a tu na przykład jest grzyb! – przerwał jego rozmyślania kierownik budowy. – Trzeba będzie wszystko skuwać do samej cegły.

– No to niech pan skuwa, panie Henryku, przecież po to pana zatrudniłem! – zniecierpliwił się Adam, sprowadzony w tak brutalny sposób na ziemię, i spojrzał na zegarek. – No gdzież, do cholery, jest ta projektantka zieleni? Kozak zarzekał się, że będzie za pół godziny, a minęły już dwie. W tym kraju na nikim nie można polegać, ludzie są kompletnie nieodpowiedzialni.

– Skoro już jesteśmy przy odpowiedzialności, to może porozmawialibyśmy o umowie i zaliczce na materiały? – Kierownik budowy uśmiechnął się słodko, ale Przygodzki zdawał się nie zrozumieć aluzji i nie podjął tematu.

Obserwował przez okno manewry starego volvo, które wtoczyło się na podjazd i zatrzymało niepokojąco blisko jego świeżo nawoskowanej terenowej toyoty. Prowadząca volvo uchyliła drzwi, okazało się jednak, że ma za mało miejsca, żeby wysiąść. Zaczęła nieporadnie gramolić się na siedzenie pasażera, by ostatecznie wychynąć z drugiej strony auta. Rozejrzała się i ruszyła w stronę wejścia.

„Zawieszenie trochę za nisko” – ocenił okiem znawcy Adam i nie myślał wcale o samochodzie.

Tymczasem Zuzanna – bo była to właśnie ona – wyciągnęła z torebki wielkie okulary przeciwsłoneczne, choć dzień był raczej pochmurny. Nasadziła je sobie na nos, a potem ściągnęła czapkę tak, że prawie nie było widać jej twarzy.

– A co tam, pani Zuzko? Wczoraj chyba niejedna butelka pękła, co nie? – rozpromienił się na jej widok kierownik budowy. – Ja też mam takie dni, kiedy bym wolał nie pokazywać ludziom swojego oblicza, he, he! – zarechotał rubasznie.

– Dzień dobry. Zuzanna eee… plicz – wymamrotała Zuzanna w bliżej nieokreśloną przestrzeń, mocno ściskając na powitanie dłoń Adama.

– Ależ pani jest silna! – zdziwił się. – To dobrze, bo czeka nas tu mnóstwo pracy.

– To prawda, będziemy się musieli porządnie napracować, żeby przywrócić ogrodowi legendarną świetność – powiedziała Zuzanna oficjalnym tonem i odwróciła się od Przygodzkiego.

Robiła wszystko, żeby nie mógł jej spojrzeć prosto w twarz. Ale właśnie w tym momencie, jak na złość, zaczął przyglądać się jej z rosnącym zainteresowaniem. Ta twarz wydała mu się znajoma, nawet dobrze… Przez chwilę miał wrażenie, że to jego dawna sympatia – ale zaraz odrzucił tę myśl. No skąd! Takie rzeczy się przecież nie zdarzają…

– Czy my się znamy? – zapytał jednak.

– Niby skąd? – burknęła niechętnie, kryjąc się w cieniu wypadającej futryny.

– No nie wiem… Urząd skarbowy? Poczta? Hurtownia sprzętu sanitarnego? Nie, to niemożliwe… Ale musieliśmy się gdzieś spotkać, dawno temu… Zaraz, czy pani studiowała na SGGW? – dociekał Adam.

Zuzanna odwróciła się bardzo powoli i zdjęła okulary. Miała wrażenie, że sekundy wloką się w nieskończoność. Słońce akurat wyszło zza chmur i zaświeciło jej prosto w oczy. Odruchowo przymknęła powieki. Czekała. Adam lustrował przez moment jej twarz w poszukiwaniu jakiejś podpowiedzi. Te równe, odrobinę za mocno zarysowane brwi, stanowcze spojrzenie – Boże, jaka ona podobna do… Nie zdążył jednak pomyśleć, do kogo, bo kierownik budowy chrząknął w tym momencie znacząco. Adam otrząsnął się, wzruszył ramionami.

– Nie wiem, nie mogę sobie przypomnieć.

– Tam studiowało tyle osób, nie każdego się pamięta – powiedziała Zuzanna cicho i odwróciła wzrok.

Nagle poczuła, że jest strasznie, nie do zniesienia zmęczona. Słońce znowu zaszło.

– Oj, coś się chyba pani źle czuje! Niech pani usiądzie, pani Zuzko – tym razem kierownik budowy zdawał się naprawdę zaniepokojony, bo Zuzanna oparła się o ścianę tak, jakby miała zemdleć.

To trwało tylko chwilkę. Natychmiast podniosła energicznie głowę i wyprostowała ramiona.

– Już mi przeszło, panie Henryku. – Zdecydowanym ruchem wcisnęła okulary do kieszeni. – To co? Chodźmy zobaczyć, co zostało z tego wspaniałego ogrodu. W miasteczku bajki o nim opowiadali!

Przygodzkiego nie zaszczyciła już ani jednym spojrzeniem.

„Dziwne… No cóż. Chyba faktycznie kobieta ma zły dzień. Tylko mi się wydawało, że podobna do tamtej. Skąd, to nabzdyczone babsko, do niej… absurd” – pomyślał Adam i więcej się nad tym nie zastanawiał.

* * *

Oko miała żółte. Patrzyła nim na Krystynę hardo, a nawet gniewnie. Postawa ta kompletnie nie licowała z wyglądem właścicielki owego surowego spojrzenia. Była bowiem dość żałosna. Choć kurę poddano przymusowemu przepierzaniu na jesieni, to pod koniec lutego miała niewiele piór, a przeważały łyse, różowe placki. Stała sobie na środku ogródka pań Czaplicz i zachowywała tak, jakby była u siebie.

– Ty, paskudo jedna. Zabieraj mi się stąd w try miga! – Krystyna zamachnęła się na kurę miotłą. Ta jednak podskoczyła nadspodziewanie wdzięcznie, jak dziewczynka w trakcie gry w gumę, i opadła na grządkę. Zaczęła wściekle grzebać.

– O niedoczekanie! Moja rzodkiewka, moja marchewka! – wrzasnęła Krystyna i rzuciła się na ratunek nasionkom, które ledwie dzień wcześniej z pietyzmem umieściła w świeżo spulchnionej ziemi.

Łysiejąca kura zdawała się wyjątkowo zagustować w niedoszłych płodach warzywnika pań Czaplicz. Od wczoraj szturmowała grządkę już pięciokrotnie. Nie pomógł strach na wróble, sporządzony naprędce przez Krystynę i Wojtka („Bo on, babciu, jest na wróble, a kura nie taka głupia, ma świadomość własnego ciała!” – tłumaczył wnuk), nie pomogły krzyki ani nawet błagania, jakie zanosiła Krystyna do właściciela kury i dziesięciu jej kuzynek. Stadko sprowadziło się całkiem niedawno – kilka tygodni temu kury przyjechały rozklekotanym busikiem wymalowanym w kolorowe kwiatki i hasła: „Nie bądź jeleń, szanuj zieleń!” oraz: „Natura twa mać”. Podobno wykupiono je z fermy.

– Kura to jednak ptak, a ptak – znaczy wolność! Zresztą nie mam serca zamykać tego biednego stworzenia w kurniku. Pani wie, jaką straszliwą procedurą jest wymuszone pierzenie? Ci zbrodniarze, tak, zbrodniarze – nie boję się mówić prawdy, nie boję się konsekwencji! Niech mi pani nie przerywa, ja nie będę milczał! Nie będę milczał! Oni na żywca wyrywają nioskom pióra, żeby je odmłodzić i zmusić do znoszenia jaj! No, proszę o odrobinę empatii! Bądźmy żeż ludźmi! – grzmiał Jacek Wtorek, malarz i ekolog, który odziedziczył po ciotce willę Mimoza, sąsiadującą z należącą do pań Czaplicz Kurzą Stopką.

Co było robić? Krystyna cały poprzedni dzień aż do zmroku spędziła z miotłą pod pachą, czatując przy kuchennym oknie. Dzisiaj od rana też pilnowała. Nie zamierzała odpuścić. Warzywnik był jej ulubioną częścią ogrodu. W przeciwieństwie do córki i matki uważała, że kwiaty są zupełnie zbędne i zajmują jedynie miejsce, które można wykorzystać na uprawę pożytecznych roślin jadalnych.

W oddali dało się słyszeć warkot nierówno pracującego silnika. Krystyna od razu poznała, że to auto Zuzanny. Po chwili zza zakrętu, z ulicy Wiewiórek, wyłoniło się granatowe volvo. Zuzanna jak zwykle zaparkowała przed bramą i wysiadła. Omiotła nieobecnym spojrzeniem matkę, kurę i rozgrzebaną grządkę.

– O, nareszcie, ciebie to jak po śmierć posłać! Idź może do tego Wtorka, porozmawiaj z nim, nie mam sił do tego człowieka, to wariat! No, ale ty na pewno znajdziesz z nim wspólny język. Niech zrobi coś z tymi kurami, tak się nie da żyć! – zaczęła Krystyna swoją litanię żądań i pretensji.

– Daj mi spokój – odparła Zuzanna głucho, minęła matkę i weszła do domu.

Było to tak niepodobne do najmłodszej z pań Czaplicz, że Krystyna aż zaniemówiła z wrażenia. Zuzanna zawsze była cicha, uprzejma i uśmiechnięta. Niegrzeczne odzywki były nie w jej stylu. Krystyna zapomniała na moment o kurze – która zresztą chwilowo także zdawała się stracić zainteresowanie nasionkami ukrytymi w ziemi – i żwawym krokiem podążyła za córką.

– Moja droga, no tak to nie będziemy rozmawiać! Rozumiem, że masz pracę, musisz być dyspozycyjna, ale to nie jest powód, żeby się wyżywać na starej matce! – Stanęła w progu kuchni, podpierając się pod boki.

Zuzanna siedziała i patrzyła w kąt, zupełnie ignorując przemowę Krystyny.

– Czy ty mnie słuchasz? No nie jest to moja wina, że uparłaś się zmarnować sobie życie i odeszłaś od męża. Nie musiałabyś tyrać w soboty, żadna kobieta, która ma porządnego męża, nie musi! – kontynuowała niezrażona.

I wtedy stało się coś dziwnego. Zuzanna powoli przeniosła na nią wzrok. Krystyna aż się cofnęła, tyle złości, urażonej dumy i żalu było w tym spojrzeniu.

– Szkoda w związku z tym, że ty nie miałaś porządnego męża, bo z tego, co pamiętam, zawsze pracowałaś w soboty! I nie zmarnowałam sobie życia. To ty mi je marnujesz, ciągle tylko narzekasz, jesteś niezadowolona, wiecznie na wszystkich nalatujesz, na mnie, na babcię, Wojtka! Nawet na Wtorka i jego kury! Nie masz serca, wiesz? Dlatego ojciec cię zostawił! Nie odzywaj się do mnie, po prostu się odczep raz na zawsze! – krzyczała Zuzanna, coraz głośniej i głośniej.

Zerwała się z krzesła tak gwałtownie, że z łomotem przewróciło się na podłogę. Na górze skrzypnęły drzwi. Zuzanna pędem wbiegła po schodach, mijając po drodze Cecylię, i zatrzasnęła się w swoim pokoju. Po chwili dało się stamtąd słyszeć zduszone łkanie.

Krystyna stała bez ruchu. Nawet powieka jej nie drgnęła. Zastygła z wyrazem bezgranicznego zdumienia na twarzy. Cecylia cicho zeszła do kuchni.

– Krysiu… – powiedziała czułym głosem, delikatnie dotykając chudego ramienia córki.

– Ja… ja nie wiem, co w nią wstąpiło. Co się dzieje z tą dziewuchą? Znowu ja jestem wszystkiemu winna? – zająknęła się Krystyna. – I skąd miałam niby wiedzieć, że ona jest taka wrażliwa na punkcie kur? Przecież ja też lubię zwierzątka, nie jestem jakąś sadystką! Robicie ze mnie potwora, a ja chcę tylko, żeby było dobrze! Zawsze tylko tego chciałam. Czy to zbrodnia?! No, świetnie, będę kupowała jaja od zielononóżek, z chowu wolnowybiegowego, chociaż są idiotycznie drogie! Ale skoro aż tak wam na tym zależy! Dostosuję się, cóż ja znaczę, najwyraźniej się nie liczę… – Krystyna powoli odzyskiwała rezon.

– Wydaje mi się, że to nie o kury chodzi. Coś się musiało stać. I to poważnego! Ale co? – zastanawiała się na głos Cecylia.

– Co, co? Co się takiego mogło stać, żeby tak znęcać się nad chorą matką? Wy obie jesteście przewrażliwione. Śmiechy, płacze, gusła jakieś. Kompletny brak klasy. Nie tak ją chowałam, ale oczywiście mamusia się musiała wtrącać z tymi swoimi zabobonami – i proszę! Jaki mamy teraz pasztet. Uczucia trzeba trzymać na wodzy! Trzeba się kontrolować!? – huczała Krystyna, która zupełnie się już pozbierała.

Zasznurowała mocno usta. Zaczęła ścierać blat kuchenny, zasypany okruszkami po pierwszym i drugim śniadaniu. Wyjęła z lodówki śmietanę, z szafki – malowany w chabry pojemnik z mąką. Cecylia obserwowała jej ruchy i bez słowa sięgnęła do koszyka po jabłka.

– Umyję je. Bo będziesz robiła jabłka w cieście na obiad, prawda? – zapytała córkę.

Ta kiwnęła nieznacznie głową.

– Histerie, awantury, to nie na moje zdrowie. No nic, przecież trzeba coś jeść. Chłopaka nakarmić, rośnie, potrzebuje obiadu! A czy jego matka będzie w stanie coś mu dziś podać, w to szczerze wątpię – odburknęła.

– Dobrze, Krysieńko, dobrze. – Cecylia pogłaskała ją po plecach. – Ja przecież też wiem, że Zuzanna uwielbia jabłka w cieście. Nic tak nie poprawia człowiekowi nastroju jak obiad u mamy. Może potem dowiemy się, co się stało? – dodała szeptem, żeby Krystyna nie usłyszała, i zadumała się, patrząc na warzywnik.

Łysawa kura przechadzała się po nim dostojnym krokiem. Zza ogrodzenia dochodziło gdakanie innych niosek. Kura jednak nie zamierzała wracać na sąsiednią posesję.

Z leszczyn koło ogrodzenia zwisały tłuste, żółte kotki. Leciutko drżały, poruszane ciepłym wiatrem z zachodu. Niby wszystko było takie jak wczoraj, ale Cecylia nie dała się zwieść pozorom. Intuicja podpowiadała jej, że coś się bezpowrotnie zmieniło.

Tylko co?

* * *

W czasie gdy w domu pań Czaplicz rozgrywały się dramatyczne sceny z udziałem kobiet i kur, parę ulic dalej, w siedzibie firmy Kozak Gardens, jej szef po raz kolejny tego dnia wykręcał numer telefonu swojej pracownicy. Chciał się dowiedzieć, jak przebiegło pierwsze spotkanie z nowym, ważnym klientem i… to chyba oczywiste, że ta sprawa nie mogła czekać do poniedziałku! Tymczasem ze słuchawki raz za razem płynął wdzięczny głos automatycznej sekretarki, która informowała go, że „abonent jest czasowo niedostępny”.

– Szlag mnie trafi! Jeżeli za pięć minut nie odbierze, to inaczej porozmawiamy! – Pogroził palcem w kierunku swojej ukochanej Moniczki.

Ta siedziała na biurku, machając zgrabną nóżką w niebotycznej szpilce i piłowała nadłamany paznokieć.

– Czemu jej po prostu nie wywalisz? – Wzruszyła ramionami, nie odrywając wzroku od hybrydy w kolorze wściekłej fuksji.

– No nie, skaaaarbie… przecież jestem ludzki pan. – Twarz Kozaka rozciągnęła się w uśmiechu.

Podszedł do żony i objął ją z tyłu, ale połowica zniecierpliwionym ruchem zrzuciła jego ramię.

– Zabieraj łapska, znowu mi coś zepsujesz! Powiedz lepiej, co to za klient!

– Majętny człowiek, fabrykant… robi w stali. Kupił willę Jolancin przy ulicy Czeremchy…

– Tę ruderę? – prychnęła Moniczka. – Też mi bogacz z Koziej Wólki! Kto chciałby mieszkać w baraku bez dachu!

– Kiedyś to była perła, przekonasz się, jak ją wyremontuje! A jaki ogródek mu trzaśniemy przy tej willi! Z tych jego rabatek jeszcze sobie nieźle pożyjemy!

Moniczka zaszczyciła męża przelotnym, ale jednak odrobinę życzliwszym spojrzeniem.

– To dobrze – powiedziała – bo potrzebuję nowego autka. A co on robi z tej stali?

– Tak dokładnie nie wiem, ale podpytam. Właściwie jestem spokrewniony z jego żoną… – Kozak znowu łypnął w kierunku połowicy, by sprawdzić, jak potężne wrażenie zrobiła na niej ta informacja.

– Tak? – Głos Moniczki zdradzał kompletny brak zainteresowania.

– Nie no, musiałaś słyszeć o Karolinie Sokolnickiej, właściwie hrabiance Sokolnickiej! – Kozak był już odrobinę zniecierpliwiony.

Przecież mówił właśnie swojej żonie, że jego ród – a zatem także i ona – jest skoligacony ze szlachcianką! Jednak za każdym razem, gdy o tym przypominał, Moniczka wykazywała zimną obojętność. Kozak odkrył swoje szlacheckie korzenie zaledwie kilka lat temu i był tym całkowicie zaskoczony. Pojechał akurat do Biłgoraja po sadzonki wisterii i przez przypadek zetknął się z doktorem Kierzkowskim, genealogiem. Temu niezwykłemu człowiekowi wystarczyło zaledwie piętnaście minut, by wykazać, że rodzina Kozaków jest w istocie boczną odnogą rodu Ossolińskich! Ci zaś byli spowinowaceni z Sokolnickimi. Po powrocie z Biłgoraja Kozak natychmiast obstalował sobie sygnet z herbem rodowym. Kierzkowski sprzedał mu też – po okazyjnej cenie! – piękne drzewo genealogiczne Kozaków. Natychmiast zawisło w salonie na honorowym miejscu.

Jednak żadna rewelacja nie była w stanie oderwać Moniczki od różowego paznokcia. Niezrażony Kozak mówił dalej:

– Pierwszy mąż mojej babci, dziadek Onufry, i ojciec Karoliny Sokolnickiej to byli dalecy kuzyni, z tym że było tam małe przesunięcie generacji. Wiesz, jak to jest, dzieci kiedyś było w rodzinach dużo, to najmłodsi w jednej linii rodowej byli w tym samym wieku co najstarsi z innej… Właśnie, czy ja ci wspominałem, Monisiu, że Onufry to było u Kozaków imię rodowe? W każdym pokoleniu nazywano tak najstarszego syna. I ja bym chciał, kochanie – Kozak spojrzał namiętnie na swoją połowicę i ponowił próbę przygarnięcia jej do siebie – ja bym chciał, aby nasz pierworodny też miał na imię Onufry…

– Czyś ty, idioto, kompletnie oszalał?! – Moniczka zeskoczyła z biurka i przybrała wygląd chmury gradowej, z której wychodziły różowe błyskawice paznokci.

Kozak cofnął się pół kroku.

– Skarbie… czy ja powiedziałem coś nie tak?! Śliczna ty moja, no przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy mieli dzieci… Dom stoi, samochód przed domem jest, w ogrodzie oczko wodne i huśtawka. To wszystko tylko czeka na bobaska z loczkami, który w przyszłości zostanie dziedzicem rodu Kozaków! – rozmarzył się.

– I trzeba ci Onufrego! Może od razu nazwij go Szlafmyca albo Onuca! Kretyn z ciebie, mój drogi! Zapamiętaj to sobie raz na zawsze, że ze mną żadnego Onufrego mieć nie będziesz! Sam sobie zachodź w ciążę! – I Monika Kozak z domu Pyrka odrzuciła włosy, dumnie wypięła zgrabną pierś, po czym wymaszerowała z biura firmy Kozak Gardens, pozostawiając osłupiałego męża sam na sam z jego planami prokreacyjnymi.

Posmutniały Kozak kręcił się chwilę po biurze, strzelając spinaczami do własnego zdjęcia. Potem spróbował jeszcze raz dodzwonić się do Zuzanny, ale wciąż bez powodzenia. I wreszcie wściekły wyszedł, trzaskając drzwiami tak, że prawie wypadły z futryny. Przeszedł parę kroków. Kopnął kamień. Jego wzrok padł na Azę – rodowodowego owczarka niemieckiego. Oj, biedna to była suka… Choć kupiona za słuszną cenę i typowana przez hodowców na medalistkę, żyła w siatkowym boksie, przyczepiona łańcuchem do drewnianej budy. Ani Robert, ani Moniczka nie mieli serca do zwierząt. W ich rodzinnych domach traktowano je wyłącznie użytkowo. Pies był od tego, żeby obszczekać obcego, ewentualnie nastraszyć – państwo Kozakowie nie omieszkali przyczepić do furtki tabliczki, która informowała wszystkich, że posesji pilnuje „zły pies”. Poza tym jednak powinien siedzieć w budzie i nie rozkopywać trawnika.

Teraz Aza patrzyła na swojego pana wzrokiem, w którym odbijał się cały smutek wszechświata.

– I czego się gapisz? – rzucił Kozak do psa.

Aza opuściła uszy. Wyglądała naprawdę żałośnie, nawet on musiał to przyznać. Przez moment poczuł się nieswojo. Nie zdążył jednak dopuścić do siebie żadnej poczciwej myśli, bo poderwał go gniewny głos:

– Czemu pan dręczy to nieszczęsne zwierzę?! Proszę je natychmiast spuścić z łańcucha, w przeciwnym razie zaalarmuję Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt!

Głos należał do ekologa Jacka Wtorka, który właśnie uprawiał jogging w okolicy i przebiegając obok posesji Kozaków, dostrzegł nieszczęsną Azę.

– No, czekam! – zawołał, przebierając nogami w miejscu, by nie stracić ani jednej cennej sekundy z treningu.

– Do usług – syknął Kozak, po czym wszedł do boksu i uwolnił Azę z łańcucha.

A potem pochylił się nad nią i szepnął: „Bierz go!”. Jednocześnie sięgnął do kieszeni po pilota bramy wjazdowej. Nacisnął przycisk i uśmiechnął się, usłyszawszy zgrzyt metalu.

Cóż, trzeba przyznać, że Wtorek uciekał naprawdę szybko. Psisko przebiegło za nim jakieś dwieście metrów, zanim przywołał je z powrotem przeciągły gwizd. Suka wróciła potulnie do boksu, a Kozak zatrzasnął za nią drzwiczki i więcej nią sobie tego dnia głowy nie zawracał. W przeciwieństwie do upokorzonego Wtorka, który dochodząc do siebie w domowym zaciszu, poświęcił psu, a przede wszystkim jego właścicielowi, jeszcze sporo nieżyczliwych myśli. Ukoiła go dopiero lektura miesięcznika o wiele mówiącym tytule „Miejski Ekolog”.

* * *

Kilka dni później kroczył dumnie ulicą Lipową, ze wspomnianym periodykiem pod pachą. Znajdował się w nim artykuł na temat roślin jadalnych, porastających nasze polskie trawniki. Wtorek, który z zapałem neofity rzucał się na wszystkie tego rodzaju „nowinki”, postanowił natychmiast uzupełnić swój domowy księgozbiór o kilka pozycji na temat dzikiej kuchni roślinnej. Tego ranka wypatrzył na swoim trawniczku gwiazdnicę i chciał ją natychmiast spożytkować kulinarnie, niestety nie miał pojęcia jak. Dlatego szedł teraz do księgarni Kubuś Puchatek, znajdującej się tuż obok kościoła pod wezwaniem Świętych Aniołów Stróżów. Wielebny August Fąfara, proboszcz, przechadzał się właśnie wśród okazałych różaneczników, których nabrzmiałe pąki stanowiły zapowiedź rychłej eksplozji kolorów. Wtorek skrzywił się lekko. Delikatnie mówiąc, nie przepadał za Fąfarą, podejrzewał też, że z wzajemnością. Zamierzał szybko odwrócić głowę, by przypadkiem nie wejść w kontakt wzrokowy z księdzem – musiałby wtedy podjąć decyzję, czy otwarcie zamanifestuje swoją niechęć wobec władzy duchownej i nie ukłoni się Fąfarze, czy też skinie mu lekko głową jak ostatni hipokryta. Niestety, proboszcz już dostrzegł ekologa i jego twarz przybrała wyraz oczekiwania.

– Niech będzie pochwalony – wykrztusił Wtorek, czując, że traci szacunek do samego siebie.

– Na wieki wieków. – Fąfara uśmiechnął się, spoglądając na niego szelmowskim wzrokiem. – Piękny dzień! – dodał, ale Wtorek już nie odpowiedział, tylko przyspieszył kroku.

Zapewne dlatego zderzył się z biegnącą chodnikiem Wiolettą Migas. Ta, wyżebrawszy godzinną przerwę w zakładzie fryzjerskim, w którym pracowała, pędziła teraz na spotkanie z Kazią Leszczyńską. Przyjaciółki miały do omówienia kilka ważnych i niecierpiących zwłoki spraw.

– Jak pani lezie! – wyrwało się Wtorkowi, zupełnie nieekologicznie.

– Przepraszam – zaszczebiotała Wiola – mam nadzieję, że pana nie uszkodziłam. Bardzo się spieszę, to dlatego.

Wtorek jednak nie zaszczycił jej dalszą rozmową i już naciskał klamkę księgarni Kubuś Puchatek. Tu, niestety, spotkała go kolejna nieprzyjemność. Drzwi ani drgnęły, dopiero po chwili dostrzegł kartkę: „Przerwa do 15”. Zerknął na zegarek i znów wyrzucił z siebie kilka nieekologicznych słów. Była bowiem dopiero trzynasta.

* * *

Nic dziwnego, że wielbiciel dzikich roślin pocałował klamkę. Kazia Leszczyńska, czyli właścicielka księgarni Kubuś Puchatek, siedziała wygodnie w kawiarni tuż obok, czekając na zamówione latte z mlekiem sojowym, i obserwowała wszystko zza szyby. Kręciła głową i wzdychała, widząc, jak Wiola wpada na Wtorka, jak go przeprasza, próbuje otrzepywać z niewidzialnego kurzu. Ależ to było podobne do tej jej przyjaciółki! Wiola, wiecznie spóźniona, roztrzepana, wpadała w tarapaty i niewłaściwe ramiona.

Kazia doskonale pamiętała ich pierwsze spotkanie. Kiedy to było? Trzydzieści lat temu? Trzydzieści dwa? I ona, i Zuzanna, wyszykowane przez matki, w fartuszkach z falbanami, w nowych kapciach, pewnie przekroczyły próg przedszkola przy ulicy Niezapominajki. Tego samego, do którego chodziły później wszystkie ich dzieci. Pierwszą osobą, którą zobaczyły tamtego ranka, była Wiola. Nowa w grupie starszaków. Zasmarkana, w opadających rajstopach, z dziurą na kolanie. Wyróżniała się, i to wcale nie pozytywnie. Gdyby nie fakt, że Zuzanna od razu zapałała sympatią do tej dzikiej, niezbyt starannie ubranej dziewczynki, a Kazia solidarnie przyłączyła się do koleżanki, Wioli prawdopodobnie przypadłaby rola kozła ofiarnego. Tak się jednak nie stało. Od pierwszego dnia starszaków były nierozłączne – na wieki wieków amen. Parę miesięcy później, tuż przed zakończeniem roku szkolnego, w krzakach na placu zabaw zakopały swój największy skarb: metalowe pudełko po herbacie, do którego włożyły szklaną kulkę, pierścionek z niebieskim oczkiem oraz gumowe różowe prosiątko. Od tego momentu, raz do roku, w czasie wakacji przekradały się na teren przedszkola, by sprawdzić, czy ich cenności dalej siedzą w ziemi. Stało się to ich rytuałem i dało poczucie ciągłości. Świat mógł się walić, jednak dopóki puszka ze skarbami tkwiła na swoim miejscu, ich przyjaźni nic nie zagrozi. „Jedna za wszystkie, wszystkie za jedną” – ta znana maksyma, zaczerpnięta z Trzech muszkieterów Aleksandra Dumasa (Kazia od małego zaczytywała się powieściami spod znaku płaszcza i szpady!), pasowała do nich jak ulał. I znalazła potwierdzenie, gdy miały po dziewięć lat. Choć były ze sobą blisko, nie miały pojęcia, że w domu Wioli bardzo źle się dzieje. Oboje rodzice pili, ojciec bardziej niż matka. Dziewczynka nie raz i nie dwa nocowała na klatce schodowej. Bywało, że rozjuszony tata przylał jej nieco za mocno i przez parę dni nie chodziła do szkoły, wymawiając się przeziębieniem. Wiola wstydziła się przyznać, w jakiej żyje nędzy. Zamknęła się w sobie, zaczęła się odsuwać od przyjaciółek. Z biegiem czasu coraz częściej była „przeziębiona”. Prawdopodobnie ich drogi rozeszłyby się wtedy, gdyby któregoś dnia na lekcji WF-u Zuzanna nie zauważyła sinych pręg na plecach i udach Wioli. Przyparła ją wtedy do muru i wyciągnęła z niej wstydliwą tajemnicę: pijany ojciec regularnie znęcał się i nad nią, i nad matką. Bały się o życie, bo z roku na rok, z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej brutalny. Trzeba przyznać, że Zuzanna i Kazia – jak na dziewięciolatki – okazały się wtedy nad wyraz skuteczne w działaniu. Najpierw przekonały rodziców, że powinni się ująć za ich małą przyjaciółką. Iść do szkoły i do opieki społecznej. A sama Kazia przeprowadziła naprawdę brawurową akcję. Podstępem zwabiła do mieszkania Wioli swojego wuja Witka, komendanta policji w Starej Leśnej. Wiedziała, że gdyby poprosiła go o interwencję w sprawie koleżanki z klasy, być może nie byłby tak chętny, by po pracy iść do obcego mieszkania. Opowiedziała mu więc bajeczkę o lokalnym chuliganie, który jej dokucza. Mundur wuja miał podziałać na niego odstraszająco. Bezdzietny wujek Witek uwielbiał małą Kazię, więc zgodził się bez oporów. Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że gdy wszedł do mieszkania Wioli, jej pijany ojciec okładał córeczkę bez miłosierdzia starym kablem od żelazka. Został wyprowadzony w kajdankach. Szczęśliwie udało się go odseparować od rodziny i życie Wioli nieco się uspokoiło. Tym bardziej że bliscy jej przyjaciółek roztoczyli nad nią ochronny parasol. Zabierali na wakacje i ferie, zapraszali na weekendy, od czasu do czasu podsuwali jakiś ciuszek, książkę albo kilka zeszytów, myli, dokarmiali. A przede wszystkim przytulali. I tak Wiola dotrwała do dorosłości. Skończyła szkołę fryzjerską i od lat pracowała w zakładzie U Dalili. Z którego właśnie zwolniła się na godzinę. Absolutnie wyjątkowo, rzecz jasna!

– No nie, co ja widzę?! – z rozmyślania wyrwał Kazię znajomy głos.

Podniosła głowę. Nad nią stał Stanisław Grzybek. Ten cukiernik z dziada pradziada, zakochany w wiejskim maśle, prawdziwej mące i tłustej śmietance, już jakiś czas temu wydał prywatną wojnę wszystkim dietetycznym nowinkom w rodzaju bezglutenowych ciast.