Wydawca: BIS Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 356 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ogród tajemnic - Barbara Freethy

Joe Silveira, seksowny komendant policji, czy Andrew Schilling, przystojny pastor i jej pierwsza miłość? Znaleźć własny dom, czy wyjechać z Zatoki Aniołów? Charlotte Adams nie znosi podejmowania decyzji, gubi się w rozważaniach i obawia ryzyka. Tymczasem mieszkańcami Zatoki Aniołów wstrząsa wiadomość o ogłuszeniu i obrabowaniu żony burmistrza. Wszystkie dowody wskazują na Charlotte jako sprawczynię tego czynu. Czy uda jej się oczyścić z zarzutów? Czy odważy się wziąć życie we własne ręce

Opinie o ebooku Ogród tajemnic - Barbara Freethy

Fragment ebooka Ogród tajemnic - Barbara Freethy

BARBARA FREETHY

Ogród tajemnic

Przełożyła Ewelina Kowalczyk

Warszawa 2013

Tytuł oryginału: Garden of Secrets

Projekt okładki: Czartart, Izabela Surdykowska - Jurek, Magdalena Muszyńska

Fotografia na okładce: Istockphoto/savageultralight

Copyright © 2011 by Barbara Freethy

All rights reserved, including to reproduce this book or portion thereof in any form whatsoever. For information address Pocket Books, a Division of Simon and Schuster, 1230 Avenue of the Americas, New York, NY 10020

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2013

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej nawww.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

ISBN 978-83-7551-375-2

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a 01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Konwersja:

Rozdział pierwszy

Wieczór sylwestrowy

To była noc nowych możliwości, noc spełniających się marzeń. Czy jednak jej marzenia przetrwają aż do północy?

Nigdy dotąd żadne się nie spełniło.

Będąc z natury optymistką, Charlotte Adams na ogół nie przejmowała się przyszłością i nie roztrząsała przeszłości. Od ponad dziesięciu lat z rozmysłem żyła teraźniejszym dniem. Jednak po ostatnich tygodniach, które minęły jej pod znakiem szalonych świątecznych dni i spotkań rodzinnych, a zwłaszcza kiedy obserwowała ostatnie kartki kalendarza, czuła coraz większy niepokój. Ukradkiem rozejrzała się po zatłoczonym pokoju, rozważając ucieczkę.

Gospodarze przyjęcia, burmistrz Robert Monroe i jego żona Theresa, zaprosili na sylwestra połowę miasteczka, żeby pochwalić się nowym domem, okazałą rezydencją zwaną Kamiennym Dworem. Usadowiony na klifie na skraju Zatoki Aniołów wielki stary budynek przez trzydzieści lat popadał w ruinę. Nie dość, że rezydencja miała już ponad sto lat, siedem sypialni i pięć łazienek, strzeliste wieżyczki jak w zamku i gigantyczne okna wychodzące na zatokę, to jeszcze krążyły legendy o zamieszkującym ją duchu. Wystawiono ją na sprzedaż dosłownie za bezcen i Monroe kupił ją w mgnieniu oka. Wszyscy, którzy zostali zaproszeni na przyjęcie, stawili się pod drzwiami punktualnie, z wypiekami na twarzach, umierając wprost z ciekawości.

Charlotte wyszła z zatłoczonego salonu. Stoły w jadalni uginały się pod stertami krabów i krewetek. Jak duch przemknęła przez kuchnię. Zaaferowani kelnerzy i kucharze nawet nie raczyli na nią spojrzeć. Bocznym wyjściem wyśliznęła się na taras i wsparta na barierce odetchnęła z ulgą, ciesząc się ciszą.

Noc była ciemna. Gęsta mgła znad morza przesłaniała księżyc i gwiazdy. Charlotte z rozkoszą wystawiła twarz na słoną bryzę. Może uda jej się schronić w cichym odosobnieniu, aż przyjęcie się skończy? Przynajmniej uniknie niewygodnych pytań, które na pewno posypałyby się jak grad, gdyby próbowała wyjść przed północą. W domu Monroe’ów tłoczyli się wszyscy jej przyjaciele. I bardzo chcieli, by była równie szczęśliwa jak oni.

Odetchnęła chłodnym powietrzem, przez chwilę wspominając zmiany, jakie przyniósł ostatni rok. Colin doszedł do siebie po postrzale, a dziecko jego i Kary rosło dosłownie w oczach. Jason i Brianna wchodzili w kolejny rok już nie jako wrogowie, ale kochankowie. A Lauren i Shane za dwa tygodnie wezmą ślub.

Wszyscy jej bliscy się ustatkowali i paradowali przed nią w glorii miłości i zadowolenia, zmuszając Charlotte do zadawania sobie w duchu pytania, co się stało z jej życiem. Jej kariera kwitła, Charlotte naprawdę uwielbiała pracę w szpitalu, jednak życie osobiste to całkiem inna historia. Zawsze przyjaźniła się z mężczyznami, ale związki… Nie potrafiła dopuścić kogokolwiek na tyle blisko, by mógł ją zranić. Po raz drugi by tego nie zniosła.

Usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi i radosny głos Kary:

– Charlotte! Tutaj jesteś! Wszędzie cię szukałam. Już prawie północ. Czemu sterczysz tu sama?

– Chciałam się trochę przewietrzyć – odparła lekkim tonem Charlotte, licząc na to, że przyjaciółka da się nabrać.

– Zimno! – otrząsnęła się Kara i oplotła ramionami.

– Jest wspaniale – sprzeciwiła się Charlotte, choć jej mała czarna nie stanowiła wcale lepszej ochrony przed wiatrem niż turkusowa mini Kary.

– No dobrze, o co chodzi? – zapytała Kara, wpatrując się w nią z uwagą.

Charlotte wzruszyła ramionami.

– Nie cierpię sylwestra. Wszyscy robią mnóstwo niepotrzebnego zamieszania. Żałuję, że nie mogę się nagle ocknąć drugiego stycznia.

– Czy twój nastrój nie ma przypadkiem nic wspólnego z jakimś mężczyzną?

– Nie.

Kara uniosła brew.

– Czyżby? Sądziłam, że przyjdzie z tobą Andrew, ale go nigdzie nie widziałam.

– Coś mu wypadło. Obiecał, że dotrze przed północą, ale nie wiem, czy w ogóle się pojawi.

Jako córka pastora Charlotte doskonale wiedziała, jak wyglądają obowiązki Andrew. Ojciec opuścił aż nazbyt wiele ważnych momentów w jej życiu. Prędko nauczyła się, że nie warto oczekiwać od niego zbyt wiele.

– Jestem pewna, że Andrew nie przegapi okazji, by cię pocałować – stwierdziła Kara.

Charlotte uśmiechnęła się do wspomnień.

– Raz już przegapił. W ostatniej klasie liceum. Byłam tak podekscytowana tym, że wreszcie mam chłopaka na sylwestrową noc, że wydałam wszystkie oszczędności na seksowną sukienkę. Ale Andrew złapał grypę i spędził noc w toalecie, a ja zostałam w domu sama. To tylko kolejny dowód na to, że Nowy Rok nigdy nie spełnia swoich obietnic.

Kara parsknęła z rozbawieniem.

– To rzeczywiście smutna historia, ale ty się przecież nigdy nie poddajesz. – Nagle spoważniała. – Mam nadzieję, że nikt nie wpadł w poważne tarapaty.

– Andrew nie zdradził mi żadnych szczegółów.

– Kiedy zaproponował spotkanie na miejscu, Charlotte poczuła ulgę. Pojawienie się razem na przyjęciu byłoby odebrane przez mieszkańców miasteczka jako swego rodzaju demonstracja, ona zaś wciąż nie czuła się przekonana. Andrew był jej księciem z bajki wiele lat temu. Teraz musiała się nad tym poważnie zastanowić.

– Zaraz tu zamarzniesz – oświadczyła stanowczo Kara. – Wracaj do domu.

– Ależ skąd! Powietrze jest takie ożywcze. Szum fal, zimny wiatr… Nie czujesz tego?

– Wilgoć rujnuje mi fryzurę.

– To wracaj do środka.

– Tylko z tobą – upierała się Kara. – Martwię się o ciebie.

– Przestań marudzić. Nic mi nie będzie – zapewniła ją Charlotte.

– Doprawdy? Znowu schowasz się za maską i tyle cię widzieli.

Znały się od dzieciństwa. Kara potrafiła czytać między wierszami i zawsze przejrzała nieudolne kłamstwo.

– Jeśli zaraz nie wrócisz, twój mąż zorganizuje wyprawę poszukiwawczą – zażartowała Charlotte.

– W tym miejscu rzeczywiście by jej potrzebował.

Dom jest jeszcze większy, niż się spodziewałam. Theresa najwyraźniej zawsze dostaje to, czego pragnie.

Charlotte pokiwała głową.

– Wiedziałam, że Robert świetnie się ustawił, ale nie spodziewałam się, że jest aż tak bogaty. Remont posiadłości będzie kosztował fortunę!

– Podobno jakiś krewny zostawił mu duży spadek. Widziałaś diamentowy naszyjnik Theresy? Słyszałam, że należał do żony pierwszego Worthingtona. Miała go na szyi, kiedy fale wyrzuciły ją na brzeg po katastrofie.

Charlotte skrzywiła się z niesmakiem.

– Obrzydlistwo!

Kara parsknęła śmiechem.

– Wybacz. Kiedy ją zobaczyłam, pomyślałam sobie, że to bardzo intrygujące. Theresa dosłownie kupiła sobie związek z wrakiem. Zawsze miała kompleksy, że jej rodzina nie jest spokrewniona z ocalonymi z katastrofy.

– Pewnie zapłaciła za niego fortunę i dałaby nawet dwa razy tyle, by go zdobyć.

– Bardziej cieszyłabym się jej szczęściem, gdyby nie była taka wredna w liceum.

Charlotte pokiwała głową. Stojąc na czele grupki cheerleaderek, starsza od nich o rok Theresa dosłownie trzęsła całą szkołą. Z kolei jej siostra Pamela była osobistym wrogiem numer jeden Charlotte.

– Możemy już iść? – jęknęła Kara.

– Jasne – odparła Charlotte. – Ale ja się zmywam. Gdyby ktoś o mnie pytał, powiedz, że musiałam pojechać do pacjentki.

Kara westchnęła teatralnie.

– Niech ci będzie, choć wolałabym, żebyś zaczekała. Przegapisz fantastyczny pocałunek.

– Trudno.

* * *

Gdy tylko weszły do domu, Kara włączyła się w rozmowę Colina i jakiejś znajomej pary, więc Charlotte swobodnie prześliznęła się przez tłum i ruszyła ku wyjściu. Drzwi frontowe otworzyły się nagle. Na widok Andrew w szarych wąskich spodniach i białej koszuli wyglądającej spod dopasowanego sportowego płaszcza serce Charlotte zaczęło gwałtownie bić. Wysoki i smukły jak bożek, z burzą złotych włosów i przenikliwym spojrzeniem błękitnych oczu, Andrew zdawał jej się najpiękniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek poznała. Gdy się do niej po raz pierwszy odezwał, miała szesnaście lat. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście, kiedy zapytał, czy mogłaby mu pożyczyć ołówek. Od tamtej chwili spędzała całe godziny na ozdobnym kaligrafowaniu jego imienia i wymyślaniu, jak mogłaby „przypadkiem” na niego wpaść.

Andrew był najbardziej rozchwytywanym chłopakiem w liceum i pójście z nim na randkę zdawało się szalonym marzeniem. Charlotte nie była cheerleaderką ani jedną z tych śmiałych, wyuzdanych dziewczyn wciąż otaczających go wianuszkiem. Jednak w trakcie któregoś z „przypadkowych” spotkań zaczęli rozmawiać i Andrew zaprosił ją na spacer po meczu futbolowym. Przez jakiś czas byli nierozłączni. Przy jego boku Charlotte czuła się mądrzejsza, piękniejsza, pewna siebie i szaleńczo zakochana. A potem ziemia zapadła się pod jej stopami i niebiańsko szczęśliwa szesnastolatka stała się smutną, zagubioną osiemnastolatką.

Charlotte patrzyła, jak Andrew sunie korytarzem w objęciach sióstr Kelleher, obdarzających go czułymi uściskami i pocałunkami. Obie były rozwódkami spędzającymi każdy sobotni wieczór w lokalnych barach z nadzieją na upolowanie męża. Najwidoczniej Andrew znajdował się w sferze ich zainteresowań.

Zanim zdążyła zrobić cokolwiek, by uratować go z objęć dwóch harpii, drzwi ponownie się otworzyły. Przez próg wszedł zdecydowanym krokiem Joe Silveira. Miał na sobie czarne spodnie, szarą koszulę i skórzaną kurtkę. Seksowny komendant tak różnił się od Andrew, jak noc od dnia. Włosy miał ciemne i gęste, a cerę oliwkową. Ciemne oczy pod czarnymi brwiami lśniły twardym blaskiem. Był szorstki w obyciu i niezbyt towarzyski. Andrew uwielbiał brylować w tłumie i miał nieco skłonności do plotkowania, za to Joe był skryty i lubił zachowywać myśli dla siebie.

Przez rok zamieszkiwania w Zatoce Aniołów Joe zdobył sobie szacunek mieszkańców, ale też trzymał ich na dystans. Rzadko okazywał uczucia, jednak od czasu do czasu Charlotte dostrzegała namiętność płonącą w jego ciemnych oczach i zastanawiała się, jakim okazałby się mężczyzną, gdyby nie był tak powściągliwy i skryty.

Nie widziała go od kilku tygodni. Wyjechał do Los Angeles tuż po Święcie Dziękczynienia, by czuwać przy chorym ojcu. Charlotte prawie zapomniała, jak atrakcyjnym jest mężczyzną, i teraz na jego widok poczuła łaskotanie w żołądku. Za każdym razem, gdy go spotykała, na policzki wypływał jej zdradziecki rumieniec. Silveira mógłby jej złamać serce.

Powinna była wyjść wcześniej. Zarówno Andrew, jak i Joe rozglądali się wokół, szukając kogoś w tłumie, i Charlotte wiedziała, że to jej szukają. Ktoś nagle krzyknął:

– Minuta do północy!

Miała ochotę zapaść się pod ziemię.

– Trzydzieści sekund!

Andrew i Joe ruszyli w jej stronę. Co teraz? Pocałować jednego i drugiego? Już raz znalazła się pomiędzy dwoma mężczyznami i nie było to jej ulubione wspomnienie.

Odwróciła się i pierzchła w popłochu. Ogromny dom okazał się znakomitym miejscem do ucieczki. Wbiegła schodami na pierwsze piętro i przez chwilę szła prędko korytarzem, gdy nagle wszystkie światła zgasły. Zaskoczone okrzyki i nerwowe chichoty mieszały się z życzeniami noworocznymi i wystrzałami korków od szampana. Co się, u licha, dzieje?

Ktoś minął ją biegiem, trącając w ramię i popychając na ścianę. Nie zdołała dostrzec, kto to, i zdumiała się, w jaki sposób tajemnicza postać była w stanie poruszać się tak prędko w kompletnych ciemnościach.

Zawróciła i trzymając się dłonią ściany, powoli ruszyła ku schodom. Z oddali dobiegał głośny śpiew zgromadzonych gości. Najwyraźniej brak prądu nie zgasił ich humorów. Idąc w stronę hałasów, ujrzała drgające światełka. Ktoś zapalił świece. Z ulgą zeszła ze schodów i przecięła główny korytarz, tylko raz uderzając głową w kinkiet.

Właśnie miała wejść do zatłoczonego salonu, gdy z góry dobiegł ją przeraźliwy krzyk. Minęła chwila, zanim rozbawione towarzystwo usłyszało przeciągający się szloch.

Na szczycie schodów pojawiła się rozczochrana i zapłakana gospodyni.

– To pani Monroe! – krzyknęła. – Ona chyba nie żyje!

* * *

Joe Silveira przepchnął się przez milczący tłum. Gdy tylko zgasły światła, ogarnęło go bardzo złe przeczucie i teraz wiedział już dlaczego. Charlotte spojrzała na niego z trwogą. Kątem oka zauważył, że ruszyła za nim w stronę schodów, ale powstrzymał ją ruchem dłoni. Musiał najpierw sprawdzić, co się stało. Colin Lynch wbiegł za nim po schodach.

Stojąca u szczytu schodów gospodyni zalała ich potoczystą mieszanką hiszpańskiego z bardzo kiepskim angielskim i pociągnęła Colina za rękę ku otwartym nieopodal drzwiom.

Sypialnia dosłownie ociekała przepychem. Gruby dywan tłumił odgłos kroków. Małżeńskie łoże miało rzeźbiony zagłówek, a w rogu pokoju zaaranżowano kącik wypoczynkowy z kominkiem i ogromnym telewizorem. Joe jednym spojrzeniem obrzucił sypialnię, zapamiętując szczegóły. Panował w niej okropny bałagan. Wszystkie szuflady były wysunięte, a w powietrzu unosił się zapach perfum. Zrobił jeszcze dwa kroki i serce załomotało mu gwałtownie na widok szczupłej blondynki leżącej na podłodze przy drzwiach do łazienki.

Theresa Monroe leżała bezwładnie na plecach. Blada, prawie przezroczysta cera silnie kontrastowała z ciemną czerwienią sukienki. Krótko obcięte włosy miała splamione krwią, która spływała po skroni i utworzyła kałużę na marmurowej podłodze.

Joe rzucił się na kolana i delikatnie dotknął szyi Theresy. Puls był bardzo słaby, ale wyczuwalny. Kiedy się pochylił, usłyszał szmer płytkiego oddechu.

– Żyje – rzucił do Colina, wzywającego karetkę przez telefon.

– Idę po Charlotte! – Colin w ułamku sekundy wybiegł z sypialni.

Joe chwycił dwa grube ręczniki leżące na łóżku i okrył nimi Theresę. Chwilę później do sypialni wpadł pan domu. Był wysokim, lekko łysiejącym mężczyzną. Zaokrąglający się brzuch zaczął mu już napinać guziki koszuli. Oczy miał szeroko otwarte z przerażenia i nie mógł wykrztusić słowa. Joe po raz pierwszy widział, że burmistrzowi odebrało mowę.

– Boże wszechmogący! – wykrztusił wreszcie Monroe, osuwając się na kolana.

– Oddycha – poinformował go Joe. – Karetka jest już w drodze, a Colin poszedł na dół po lekarza.

Robert dotknął nagiego ramienia żony.

– Jest taka zimna – wyjąkał. Spojrzał na kałużę krwi pod głową Theresy i zadygotał. – Co się stało?

– Jeszcze nie wiemy – odparł Joe. – Kilka minut temu znalazła ją tu gospodyni.

– Byłem na zewnątrz, sprawdzałem korki. Myśli pan, że potknęła się w ciemności?

– Niewykluczone – stwierdził Joe, choć wyobraźnia podsuwała mu kilka zupełnie innych scenariuszy. Spojrzał na szyję Theresy, dostrzegając długie zadrapania. – Czy pańska żona miała dziś jakiś naszyjnik?

Robert z sykiem wciągnął powietrze.

– Owszem. Mój Boże! To był diamentowy naszyjnik pochodzący z wraku! Strasznie kosztowny! – Nagle zatrząsł się jak w febrze. – Jej pierścionek także zniknął. – Spojrzał na komendanta z niedowierzaniem i paniką. – Ktoś ją napadł i okradł we własnym domu, w samym środku przyjęcia? Kto mógłby zrobić coś podobnego?

W tej chwili do sypialni wszedł Colin, prowadząc Charlotte i Raya Benningtona, lekarza pracującego w klinice. Joe podniósł się z kolan i odsunął, by lekarze mogli ocenić stan poszkodowanej.

– Jason właśnie przyjechał – poinformował go ściszonym głosem Colin. – Davidson jest już w drodze. Zabezpieczą ślady.

– Świetnie. Wygląda na to, że zniknęły diamenty pani Monroe. A przynajmniej te, które miała na sobie.

– Cholera. Ktoś celowo wyłączył prąd?

– Nigdy nie wierzyłem w dziwne zbiegi okoliczności. Znajdź Sheilę. Będzie nam potrzebna przy przeszukiwaniu obecnych tu dam. Niech Davidson zbierze od wszystkich odciski palców.

– Tak jest – uciął Colin i wyszedł, w drzwiach mijając się z ratownikami.

Ray ostrożnie pomógł im ułożyć Theresę na noszach. Charlotte umyła dłonie i z ociąganiem podeszła do Silveiry. Na jej twarzy malowała się troska.

– Theresa jest nieprzytomna – powiedziała.

– Ale żyje – odparł z naciskiem Joe.

Charlotte pokiwała głową, lecz nie wyglądała na pocieszoną.

Joe przyszedł na przyjęcie tylko dla niej. Gdyby miał szczęście, może udałoby mu się pocałować ją o północy. Od tygodni myślał tylko o niej, tęskniąc za jej ciepłym uśmiechem, błękitnymi oczami, jedwabistymi jasnymi włosami i opaloną śliczną buzią. W krótkiej czarnej sukience odsłaniającej szczupłe nogi i seksownie opinającej ciało okazała się jeszcze piękniejsza niż w jego wspomnieniach. Żałował, że spotykają się w takich okolicznościach.

– To szaleństwo – mruknęła Charlotte. – Co tu się wydarzyło?

– Jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek przypuszczenia.

– Kto mógłby okraść ją w środku przyjęcia? To nazbyt śmiałe posunięcie, nie wydaje ci się?

– Dość bezpośrednie – odparł, zastanawiając się, z jakim złodziejem ma do czynienia.

– Przyjaciel? – zasugerowała.

– Z pewnością niezbyt oddany. – Joe przechylił głowę i spojrzał na nią uważnie. – Zauważyłaś coś podejrzanego? Widziałem, jak schodziłaś ze schodów tuż przed krzykiem gospodyni.

– Nie, nic nie widziałam – odpowiedziała, rumieniąc się nagle. – Światło zgasło i zapadła kompletna ciemność.

– Słyszałaś jakiś krzyk? Kłótnię? Wzywanie pomocy?

– Słyszałam wiwaty i okrzyki przestrachu, kiedy zgasło światło. Ale nic, co oznaczałoby prawdziwe kłopoty.

– Co robiłaś na górze, Charlotte?

– Szukałam łazienki – szepnęła, nie patrząc mu w oczy.

Nie wiedział, co ma o tym sądzić. Był pewny, że Charlotte nikogo by nie skrzywdziła. Poznał ją dobrze i wiedział, że jest miła, troskliwa i serdeczna. Jednak widział wyraźnie, że czegoś nie chce mu powiedzieć.

Nie miał okazji podrążyć tematu. Przy drzwiach nerwowo przestępowała z nogi na nogę zrozpaczona gospodyni.

– Czy pani Monroe żyje? – zapytała, ostrożnie wchodząc do pokoju. Miała na sobie czarną sukienkę i płaskie buty. Przyprószone siwizną czarne włosy zebrała w ciasny kok. Na bladej twarzy nie miała makijażu.

– Żyje – zapewnił Joe. – Zabierają ją właśnie do szpitala.

– Dzięki Bogu! – Gospodyni przeżegnała się drżącą dłonią. – Tak się martwiłam. Była całkiem zimna. I straciła tyle krwi.

– Jak się pani nazywa?

– Constance Garcia – odparła z ociąganiem.

– To ty ją znalazłaś, Constance? – wtrącił się burmistrz.

– Tak – przyznała pani Garcia.

– Czy widziała pani kogoś w pobliżu? – zapytał Joe.

– W korytarzu albo przy schodach?

Gospodyni zawahała się przez chwilę, omiatając strwożonym spojrzeniem zatłoczoną sypialnię. Wreszcie jej wzrok spoczął na Charlotte.

– Widziałam ją – oświadczyła, wskazując lekarkę palcem.

– Charlotte? – zdumiał się Robert. – Co robiłaś na górze?

Charlotte skuliła się w sobie, słysząc w głosie gospodarza nutę podejrzliwości.

– Szukałam łazienki. A potem światło nagle zgasło. Nie widziałam Theresy.

– Jesteś pewna? Nigdy za nią nie przepadałaś – napadł na nią Robert.

– O czym ty mówisz? – zająknęła się Charlotte, blednąc gwałtownie.

– Theresa nie zamierzała cię zapraszać, ale ostatecznie uznała, że musi, skoro jej babka i twoja matka się przyjaźnią. Wciąż opowiadała, jaka byłaś wstrętna w stosunku do jej siostry. I że zawsze byłaś o nie zazdrosna! – Robert ruszył ku Charlotte z zaciśniętymi pięściami.

Joe błyskawicznym ruchem chwycił go za ramię.

– Musi pan jechać do szpitala z żoną. My się zajmiemy śledztwem.

Robert sapał przez chwilę, wreszcie wycedził:

– Ktoś prawie zabił Theresę, Silveira. Chcę wiedzieć kto.

– Dowiemy się.

Ratownicy wynieśli nosze i sypialnia opustoszała. Charlotte odetchnęła z drżeniem. W jej oczach czaiła się trwoga.

– Joe, chyba nie sądzisz, że mogłam to zrobić? Nie jestem złodziejką i nie mogłabym nikogo uderzyć.

– Nie lubiłyście się? – zapytał ciekawie. Dotąd nie spotkał się z osobą, która nie lubiłaby Charlotte.

– Z jej siostrą, Pamelą, nie przepadałyśmy za sobą w ogólniaku. To było wieki temu. Nie przyjaźnię się z Theresą, ale zachowujemy poprawne stosunki. Zaprosiła mnie na przyjęcie. Podejrzewam, że chciała mi zaimponować domem i diamentami, bo taka właśnie jest. W tym celu sprosiła tu połowę miasteczka, bo tak naprawdę z nikim się nie przyjaźni.

Joe znał Theresę wystarczająco dobrze, by zgodzić się z przypuszczeniami Charlotte. Zdołał jakoś nawiązać porozumienie z burmistrzem, lecz doskonale wiedział, że choć Monroe’owie są przekonani, iż rządzą miasteczkiem, mieszkańcy wcale by się nie zmartwili, gdyby się wynieśli do diabła. Niestety, jedyną osobą kręcącą się w pobliżu miejsca przestępstwa okazała się Charlotte.

– Dlaczego mnie okłamałaś? Wcale nie szukałaś tu łazienki – stwierdził Joe.

– Nie okłamałam cię – żachnęła się Charlotte.

– Ukrywasz coś. Czego nie chcesz mi powiedzieć? Spojrzała na niego z irytacją.

– Niech będzie. Chciałam wyjść stąd przed północą, ale zbyt wiele osób stało na mojej drodze, gdy próbowałam dojść do drzwi. Więc weszłam na górę, bo pomyślałam, że ukryję się na parę minut w jakiejś łazience, a potem uda mi się wymknąć.

– Przecież to przyjęcie sylwestrowe, dlaczego miałabyś wychodzić przed północą?

Policzki Charlotte zaróżowiły się nagle.

– Mam swoje powody.

– Musisz się bardziej postarać.

– Nie zamierzam.

Joe patrzył na nią przez chwilę.

– Przed kim uciekałaś, Charlotte? Spojrzała mu w oczy z udręką.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

Rozdział drugi

Joe poczuł ucisk w gardle. Czy naprawdę chce wiedzieć? Od długiego czasu bawił się z nią w kotka i myszkę.

W drodze na przyjęcie postanowił to zmienić. Niedługo będzie już rozwiedziony. Wolny. Będzie mógł sam decydować o swojej przyszłości. Było to jednocześnie przerażające i podniecające.

Charlotte odchrząknęła.

– Skończmy z tym. I tak byś nie zrozumiał. – Rozejrzała się wokoło. – Wygląda na to, że ktoś przeszukiwał pokój. Sądzisz, że złodziej wziął coś poza tym, co Theresa miała na sobie?

– Niewykluczone. – Charlotte ma rację. To nie pora na roztrząsanie życia osobistego. – Zejdźmy do holu. – Poprowadził ją korytarzem, starając się niczego nie dotknąć.

– I co teraz? – zapytała.

– Musimy spisać gości, zebrać zeznania i odciski palców, a także przeszukać wszystkich, zanim ich stąd wypuścimy. Każda osoba, która znajdowała się w domu, jest podejrzana.

– Nawet ty?

– Nawet ja.

– Ha, cieszę się, że nie jestem sama. – Przez twarz

Charlotte przebiegł skurcz. – Kiedy zgasły światła, ktoś mnie minął w korytarzu i potrącił w ciemnościach.

Joe poderwał głowę.

– Mężczyzna czy kobieta?

– Nie mam pojęcia. Pomyślałam tylko, że zadziwiająco prędko porusza się w ciemnościach. Jakby dokładnie wiedział, którędy iść. Ciekawa jestem, czy Theresa widziała napastnika.

– To by wiele wyjaśniło. Opowiedz mi o swoich zatargach z Theresą.

Charlotte westchnęła.

– Miałam zatargi wyłącznie z jej młodszą siostrą. Ale to już prehistoria.

– Co się stało?

– Naprawdę chcesz się w tym grzebać, Joe? – zapytała, marszcząc brwi.

– Jako że burmistrz o tym wspomniał, jestem zmuszony wiedzieć wszystko, co on wie.

– Andrew zdradził mnie z Pamelą w ostatniej klasie ogólniaka. W rewanżu zwyzywałam ją od najgorszych, na co zresztą w pełni zasługiwała.

– Miałaś żal do niej, a nie do Andrew? – Joe nigdy nie był w stanie zrozumieć, dlaczego zdradzone kobiety chronią swoich facetów i obarczają winą wyłącznie „te drugie”.

W oczach Charlotte rozbłysł gniew.

– Oczywiście, że miałam do niego żal. Zdradził mnie, zawiódł moje zaufanie i zranił bez zastanowienia. Nie przypuszczałam, że można tak cierpieć. A Pamela obnosiła się z tym związkiem jak z trofeum myśliwskim. To nie był zresztą pierwszy chłopak, którego odbiła koleżance. Muszę przyznać, że żadna z nas za nią nie przepadała.

– Ale tylko ty znalazłaś się dziś w ciemnym korytarzu.

– Nikt nie napadł na Pamelę! Nie miałam też żadnych powodów do krzywdzenia Theresy. I jak, na Boga, miałabym ukryć diamentowy naszyjnik pod tą sukienką?

Obcisła sukienka otulała ciało Charlotte jak druga skóra. Joe nie mógł oderwać wzroku od jej pełnych piersi i krągłych bioder stworzonych do pieszczot.

– Przestań mnie pożerać wzrokiem – syknęła, oblewając się rumieńcem.

Joe nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– Wyglądasz dziś pięknie. Charlotte odetchnęła.

– Dziękuję. Co teraz będzie?

– Zaczekam, aż moi funkcjonariusze zabezpieczą teren i zbiorą odciski palców.

– Niezbyt dobre rozpoczęcie nowego roku, prawda?

– Z pewnością nie spodziewałem się, że Zatoka Aniołów zgotuje mi takie powitanie.

– Jak się miewa twój ojciec?

– Znacznie lepiej. Nie chciałem go opuszczać, dopóki nie stanie o własnych siłach. Wciąż potrzebuje pomocy, ale jest bardzo dzielny i się nie poddaje.

– Cieszę się. Jesteś z nim bardzo związany, prawda?

– W ostatnich latach nie spędzaliśmy razem zbyt wiele czasu, ale zawsze mogłem na niego liczyć. Jest twardy, uczciwy i zawsze wie, co należy zrobić. Wiele się od niego nauczyłem.

– Teraz wiem, po kim jesteś taki, jaki jesteś. Joe uśmiechnął się.

– Staram się.

– Czy Isabella przyjechała z tobą? Pokiwał głową.

– Owszem. Oficjalnie zamieszkała u mnie, ale prawie jej nie widuję. Spędza całe dnie z Nickiem Hartleyem. Nick odwiedził nas z córką w Los Angeles, żeby rodzice mogli ich poznać.

– Wygląda na to, że myślą o sobie poważnie.

– Bez wątpienia.

Powinien odesłać Charlotte na dół. Powinien wrócić do sypialni i dokładnie się rozejrzeć. Powinien zająć się całą masą spraw, tymczasem stał tu i z nią rozmawiał. Do swych licznych powinności nie zaliczyłby wcale ostrożnego zbliżania się do ślicznej lekarki, lecz na tym właśnie się przyłapał. Zrobił ku niej krok, potem drugi. Bo zaczął się Nowy Rok, było tuż po północy i stali w korytarzu sami.

Charlotte odsunęła się i obrzuciła go niespokojnym wzrokiem.

– Co robisz?

– Przyszedłem tu tylko z jednego powodu – szepnął Joe, spoglądając na jej pełne różowe wargi. – Po sylwestrowy pocałunek.

– Północ już minęła. Spojrzał jej w oczy.

– Czy to przede mną uciekałaś, Charlotte? – Stał tak blisko, że widział drgającą żyłkę na jej skroni, czuł delikatny zapach perfum. Tak blisko, że niemal mógł poczuć jej smak.

To mu nie wystarczyło. Pochylił się i zrobił to, o czym marzył od miesięcy. Pocałował ją.

Krew uderzyła mu do głowy. Wargi Charlotte rozchyliły się zmysłowo. Joe badał ich wnętrze z narastającym podnieceniem. Kiedy jej ramiona oplotły się wokół jego szyi, przyciągnął ją do siebie. Czuł dotyk pełnych piersi i delikatne kołysanie bioder. Niewinny noworoczny pocałunek zamienił się w pełne namiętności uniesienie.

Lecz to nie było właściwe miejsce. Nieodpowiedni czas. Joe słyszał zbliżające się głosy.

– Cholera – mruknął, odsuwając się od niej niechętnie.

Charlotte spojrzała na niego rozkojarzonym wzrokiem, jakby nie mogła uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. On sam także w to nie wierzył. Kompletnie stracił nad sobą panowanie, a coś równie szalonego nie przydarzyło mu się od wielu lat.

Wpakował dłonie do kieszeni, by opanować pokusę przygarnięcia jej z powrotem do siebie. Charlotte poprawiła sukienkę, która podciągnęła się na oszałamiających biodrach. Jej piersi unosiły się szybko w urywanym oddechu. Tak bardzo chciałby ich dotknąć! Pieścić nabrzmiałe brodawki kciukami i słyszeć, jak Charlotte wzdycha z rozkoszy.

– Szefie! – zawołał z dołu Jason Marlow.

Joe odetchnął głęboko i z trudem wziął się w garść. Marlow został awansowany na detektywa krótko przed Bożym Narodzeniem. To będzie jego pierwsza duża sprawa.

– Colin już mnie wprowadził – oświadczył Jason, zatrzymawszy się przy nich w korytarzu. – Dobrze się czujesz? – zapytał Charlotte, przyglądając jej się z uwagą.

– Świetnie – wyjąkała. – Właśnie się zastanawialiśmy, kto mógł dokonać tak bezczelnego zamachu.

– Aha. Potrzebuję twojej pomocy. Twoja matka nie zgadza się ani na przesłuchanie, ani na zdjęcie odcisków palców, o przeszukaniu już nawet nie wspomnę. Zaczyna podżegać gości do buntu. Mogłabyś zejść na dół i trochę ją uspokoić?

– Nie zdarzyło mi się wpłynąć na nią uspokajająco, ale spróbuję.

– To może przynajmniej nie idź w jej ślady – westchnął rozdzierająco Joe. – Wyglądasz, jakbyś miała coś do ukrycia.

Charlotte poderwała głowę.

– Nie mam nic do ukrycia – wycedziła. – Powinieneś to wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny!

Joe uśmiechnął się pod nosem, lecz prędko spoważniał pod zaciekawionym spojrzeniem Jasona. Plotki krążyły po Zatoce Aniołów z prędkością światła, a nie miał ochoty przez kolejne tygodnie opędzać się od natrętnych pytań o Charlotte.

– O co jej chodzi? – nie omieszkał zapytać Jason, gdy zeszła do holu.

– Nie wiem – uciął Joe. – Jako że byłem na miejscu zdarzenia, ty musisz objąć pieczę nad dochodzeniem. Ja będę tylko nadzorował kolejne kroki. – Był pewny, że myśli o Charlotte nie dadzą mu pracować w spokoju. – Burmistrz wkroczył na wojenną ścieżkę, więc pewnie się domyślasz, pod jaką presją będziemy musieli pracować. Chce, by ktoś za to zapłacił.

– Mam nadzieję, że tym kimś nie będzie Charlotte – burknął Jason. – Colin powiedział mi, że w czasie zdarzenia przebywała na piętrze.

– Tak twierdzi gospodyni.

– Chyba nie uważasz, że mogła mieć z tym wszystkim cokolwiek wspólnego.

– Bynajmniej. Ale musimy prędko znaleźć innego podejrzanego.

* * *

Charlotte wciąż drżała ze zgrozy, jaką poczuła na widok Theresy leżącej na podłodze w kałuży krwi. Była także oszołomiona pocałunkiem Silveiry. Tak wiele się wydarzyło, odkąd impulsywnie wbiegła po schodach. To był bardzo niedobry ruch.

W holu panowała ponura, przygnębiająca atmosfera. Sheila obszukiwała kobiety, a jej kolega zbierał odciski palców i sprawdzał torebki na stole w jadalni.

Matka mówiła coś do Colina podniesionym tonem. Kara szeptała uspokajająco, lecz matka nie zaszczyciła jej nawet spojrzeniem. Szczuplutka, utleniona na jasny blond Monica Adams krzywiła się z przyganą. Właściwie był to jej zwykły wyraz twarzy. Wiele lat temu awansowała na królową Zatoki Aniołów, a przynajmniej niepodzielną władczynię parafii kierowanej przez ojca Charlotte. Choć Monica była niezwykle hojna, czuła i oddana pracy z potrzebującymi, była także krytyczna i bardzo wymagająca. Nie miała cierpliwości do zadań, które uznała za głupie bądź niepotrzebne. Odmawiała udziału w czymkolwiek, co oceniła jako nieuczciwe, a najwyraźniej takie zdanie miała o konieczności przeszukania.

Charlotte zastanowiła się przelotnie, gdzie się podział towarzysz matki. W ciągu ostatnich tygodni obecność Petera Lawsona wpłynęła bardzo korzystnie na jej samopoczucie i humor, które nie należały do najlepszych od czasu, gdy odszedł ojciec Charlotte.

– Gdzie się podziewałaś, u licha? – napadła na nią Monica.

– Byłam na górze. Zawołali mnie do Theresy – wyjaśniła Charlotte.

– Co z nią? – zapytała Kara.

– Jest nieprzytomna. Nie wiem, jak rozległe są jej obrażenia. Zabrali ją już do szpitala. – Charlotte spojrzała na matkę. – O co chodzi?

– Nie pozwolę, by ktokolwiek przeszukiwał mnie jak pospolitego złodzieja! – podniosła głos Monica.

– To nic takiego, mamo. Policja musi postępować zgodnie z procedurami.

– Nie o to chodzi, Charlotte. Nie zrobiłam nic złego i nie życzę sobie, by ktokolwiek traktował mnie, jakbym popełniła przestępstwo. Zatoka Aniołów była takim spokojnym miasteczkiem! A teraz wciąż są jakieś kłopoty.

Charlotte spojrzała błagalnie na Colina. Potężny i barczysty mąż Kary potrafił grać twardego policjanta, lecz w głębi serca był uprzejmym i współczującym chłopakiem. Świetnie się dogadywał z oschłymi i nieprzejednanymi staruszkami.

– Czy mama może już iść? – zapytała Charlotte.

– Jasne – odparł. – Już jej mówiłem, że jest wolna. Muszę jednak zapisać w raporcie, że nie zgodziła się na przeszukanie ani na pobranie odcisków palców.

– Nie ma sensu mnie przeszukiwać ani zapisywać, bo nie zrobiłam nic złego – wtrąciła się Monica.

– Wychodzimy, Charlotte. Zabierz mnie do domu.

– Gdzie się podział pan Lawson?

– Peter wyszedł tuż przed północą. Jego córka miała kłopot z bojlerem, czy coś w tym rodzaju. Powiedziałam mu, że mnie odwieziesz.

– Oczywiście. Jednak ja zamierzam współpracować z policją, więc zaczekaj chwilę, dobrze?

Matka obrzuciła ją niechętnym spojrzeniem i ostentacyjnie rozparła się na sofie.

– Nie mogę uwierzyć, że to się stało – szepnęła Kara, idąc za Charlotte do jadalni.

– Ja również.

– Charlotte… – Kara chwyciła ją za ramię. – Colin powiedział mi, że gospodyni widziała cię na piętrze tuż przed zgaszeniem świateł. Myślałam, że miałaś zamiar wyjść przed północą.

– Przed drzwiami zrobił się straszny tłok i nie mogłam się wydostać, więc zanim zaczęło się odliczanie, pobiegłam na górę. A potem zgasło światło.

– Więc nie widziałaś niczego?

– Niestety nie. Ale znowu znalazłam się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.

– Wszyscy wiedzą, że jesteś dobra i uczciwa. Nie musisz się obawiać.

– Mam nadzieję.

– Andrew był na przyjęciu. Szukał cię. Kiedy przyjechała policja, wyszedł.

Charlotte poczuła falę ulgi. Wargi wciąż jej pulsowały po pocałunku Joego i nie była gotowa spojrzeć pastorowi w oczy.

– Muszę znaleźć swoje rzeczy i odwieźć mamę. Charlotte znalazła torebkę, podeszła do policjanta, złożyła krótkie oświadczenie i pozwoliła się przeszukać. Po kilku minutach zawołała matkę i ruszyła z nią ku drzwiom.

Było już po pierwszej. Obie drżały z zimna, czekając, aż lokaj przyprowadzi samochód Charlotte. Przez całą drogę do domu matka nie przestawała narzekać, lecz Charlotte prawie jej nie słuchała. Jej myśli krążyły wokół komendanta.

Wciąż czuła na ciele gorące dłonie, pod opuszkami palców jego muskularny tors. Od miesięcy marzyła o tym pocałunku, jednak rzeczywistość przerosła jej najśmielsze oczekiwania. Co będzie dalej? Czy to początek czegoś poważniejszego, czy tylko noworoczny pocałunek, który jutro nie będzie już miał znaczenia?

Sama nie wiedziała, które rozwiązanie by wybrała. Gdy go poznała, był słodkim, lecz zakazanym owocem. Miał żonę. Teraz nie ma to już znaczenia. Rachel wyprowadziła się kilka miesięcy wcześniej i wkrótce będą po rozwodzie. Joe jest wolny i może żyć, z kimkolwiek tylko chce. A wygląda na to, że chce żyć z nią. Charlotte czuła, że go pragnie. Nie miała jednak pojęcia, czy na całe życie. Nie wiedziała, jakiego partnera szuka i czego oczekuje od związku. Romans z Silveirą mógłby się bardzo prędko przeistoczyć w relację, na którą nie czuła się gotowa. Skoro jeden pocałunek był w stanie tak nią wstrząsnąć…

Joe okazał się wyzwaniem znacznie przekraczającym jej oczekiwania.

– Charlotte, w ogóle mnie nie słuchasz! – poskarżyła się matka.

– Wybacz, mamo. Co mówiłaś?

– Mówiłam, że to był koszmarny wieczór. Nie powinnam była w ogóle iść na to przyjęcie.

– Chciałaś zobaczyć dom – wypomniała jej Charlotte.

– Owszem, ale od środka nie jest tak imponujący jak z oddali. Theresa powinna znaleźć lepszego dekoratora wnętrz. Połączenie mebli Worthingtonów i nowoczesnych mebelków z ich poprzedniego domu nie wyszło jej najlepiej. Wygląda to głupio i pretensjonalnie.

– Theresa walczy o życie w szpitalu. To chyba nie jest najlepszy moment na krytykowanie jej gustu.

– Ach, oczywiście, żal mi jej – prychnęła Monica.

– Poprosiłam już pastora, by w czasie noworocznej mszy odmówił za nią modlitwę. Nie mogę jednak nie zauważyć, że sama jest sobie winna. Obnosiła się przed całym miasteczkiem i opowiadała o wszystkich wspaniałościach, jakie kupiła do domu. Ściągnęła na siebie uwagę nieodpowiednich osób.

– A co takiego stało się z Peterem? – zapytała Charlotte, próbując zmienić temat.

– Jego córce nie podoba się to, że się spotykamy. Charlotte rzuciła matce ukradkowe spojrzenie.

– Zdawało mi się, że jesteście tylko przyjaciółmi.

– A czy kiedykolwiek twierdziłam, że jest inaczej?

– Nie rozumiem, dlaczego jego córka miałaby mu zabraniać się z tobą przyjaźnić.

– Jest zazdrosna. Przyzwyczaiła się, że ktoś się nią ciągle zajmuje, a odkąd opuścił ją mąż, stale szuka towarzystwa ojca. Peter gna do niej w popłochu za każdym razem, gdy córeczka znajdzie w łazience pająka.

To niedorzeczne. Baba niedługo dobije do czterdziestki!

– Mamo, nie jesteś przyzwyczajona, że ktoś przedkłada kogokolwiek ponad ciebie – mruknęła Charlotte.

– Nieprawda. Dla twojego ojca kościół był zawsze ważniejszy niż ja. Powinnaś o tym wiedzieć.

– Stałaś na samym szczycie hierarchii, mamo. Tata robił wszystko, czego tylko zapragnęłaś. Pozornie kierował parafią i naszą rodziną, ale tak naprawdę to ty pociągałaś za wszystkie sznurki.

– Twój ojciec podejmował decyzje samodzielnie – wycedziła Monica. – Nie rozumiem, co chcesz mi powiedzieć, Charlotte. Zamierzasz mi wmówić, że byłam szarą eminencją? To nieprawda.

– Lubisz wszystko kontrolować.

– Lubię dbać o moją rodzinę. Wszystko, cokolwiek w życiu robiłam, robiłam dla twojego ojca i dla was. Całe moje życie wyrażało się w byciu żoną i matką.

Słowa matki miały wywołać w niej poczucie winy i przez ułamek sekundy Charlotte czuła gorycz w ustach. Prędko jednak otrząsnęła się z przykrego wrażenia. Matka istotnie robiła wiele dla rodziny, jednak jej motywacja była bardzo samolubna. A może nie? Może źle ją ocenia?

– Sama lubisz wszystko kontrolować, Charlotte – dodała matka. – Pewnie dlatego nie dopuszczasz do siebie mężczyzn. Gdybyś była w związku, musiałabyś liczyć się z czyimiś planami, uczuciami, potrzebami i decyzjami. Musiałabyś się nauczyć zgadzać na ustępstwa i wypracowywać kompromisy. Kiedy jesteś sama, masz pełną władzę nad własnym życiem. Jednak pewnego dnia obudzisz się i stwierdzisz, że jesteś całkiem samotna.

– Nie jestem samotna. Mieszkam z tobą i Annie – broniła się Charlotte. Czuła jednak, że słowa matki nie chybiły celu.

– Bądź ostrożna. Tak się przyzwyczaisz do życia na własną rękę, że nie będziesz w stanie nikogo do siebie dopuścić. Nawet Andrew zaczyna się wahać, czy kiedykolwiek dasz mu jeszcze szansę.

– Nie chcę o nim z tobą rozmawiać.

– Jakże mnie zaskoczyłaś.

– Późno już. Mogłybyśmy skończyć te pogawędki?

– Ależ oczywiście.

Nabrzmiałe złością milczenie matki było równie nieprzyjemne jak jej kąśliwy język. Trudno było ją ignorować, lecz Charlotte starała się z całych sił po prostu zapomnieć, że jadą razem autem.

Spoglądając przez okno, dostrzegła, że miasteczko wciąż tętni życiem. Z barów dochodziły dźwięki muzyki, a cumujące w zatoce łodzie były udekorowane lampionami i pełne ludzi. Widziała pary kryjące się w cieniach pod domami i rozweselone grupki imprezowiczów.

Poczuła nagłą tęsknotę i słowa matki wróciły do niej z pełną mocą. Nie chciała być samotna. Nie potrafiła jednak oddać komuś władzy nad własnym życiem. Czy to dlatego uciekła na piętro? Bo obawiała się, że nie będzie w stanie zapanować nad sytuacją?

Andrew i Joe. Obydwaj przystojni i na swój sposób ważni. Obydwaj też pojawili się w jej życiu, przynosząc smutek, żal i niepewność. Choć w wielu obszarach potrafiła działać spontanicznie, a nawet impulsywnie, gdy chodziło o miłość, nie umiała już ryzykować.