Ogród świateł - Anna Klejzerowicz - ebook
Opis

Upalne lato, turystyczne miasteczko, zawikłane intrygi i przestępczość zorganizowana.

 

 

W niedużym turystycznym miasteczku dochodzi do brutalnego morderstwa: ginie cała rodzina pewnego biznesmena, nie wyłączając dzieci. Co kryje się za tą krwawą zbrodnią? Nieporozumienia rodzinne? Zawiść? Porachunki finansowe? Zemsta? Czy będzie więcej ofiar? Czy śledczy zdołają powstrzymać bestię?...

 

Na marginesie policyjnego śledztwa nieoficjalne dochodzenie w tej sprawie prowadzi ekscentryczna rzeczniczka prasowa urzędu gminy, Felicja Stefańska. Pomimo upartego milczenia mieszkańców gminy, Felicja nie daje za wygraną. Tropy zaprowadzą ją w niebezpieczne rewiry: w zawikłaną kryminalną przeszłość z czasów przemian ustrojowych na Wybrzeżu oraz… na skraj przepaści, gdzie będzie musiała walczyć również o własne życie.



Mroczna powieść kryminalna. Trzeba mieć mocne nerwy!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Książkę tę dedykuję mojej Rodzinie i Przyjaciołom,którzy byli ze mną w trudnych chwilach,a także Przyjacielowi, który dzielił się ze mną wspomnieniami.Bez Was nie zostałaby napisana.

Światło pali się wewnątrz, w zagłębieniu zapadniętego grobu, który znajduje się w ogrodzie. Leżą tam zmarli, których muszę odwiedzić.

Zdzisław Beksiński (fragment książki Opowiadania)

Po czym chwyciła go lodowatą dłonią i zaprowadziła do podziemnej pieczary. Ujrzał tam lekarz tysiące, tysiące świec w nieprzejrzanych szeregach, niektóre z nich były wielkie, inne mniejsze, inne zupełnie małe. Co chwila gasły niektóre, a inne zapalały się, tak iż płomyki drgały ciągle w wiecznej odmianie.

– Oto – rzekła Śmierć – świece życia ludzi. Gdy się świeca zapala, rodzi się człowiek, gdy gaśnie, umiera. Te oto wielkie świece należą do dzieci, średnie do ludzi w sile wieku, maleńkie do starców. Ale zdarza się, że i dzieci albo młodzi ludzie mają maleńkie świeczki. 

W. i J. Grimm, Baśnie braci Grimm, tłum. M. Tarnowski, t. 1, Warszawa 1986.

Wszystkie postacie i wydarzenia w tej powieści są fikcyjne.Prawdziwe jest tło.

PSTRYK! Włączamy światła! Spektakl się zaczyna…

PROLOG

Kryszewo, początek czerwca 1990 roku

Pogodna, już prawie letnia noc uśpiła miasteczko, otulając je ciepłą kołdrą zapewniającą błogie poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Był środek nocy. „Diabelska godzina”. Do pierwszego brzasku jeszcze daleko. Wszystko dookoła zatonęło w głębokiej czerwcowej szarości, jedynie na północy zabarwionej czerwonawą poświatą zorzy porannej. Panowała cisza. Głucha cisza, jak to na prowincji, zakłócana co jakiś czas jedynie odgłosami napływającymi z okolicznych lasów i wzgórz. Czasem tylko w oddali zaszczekał pies, raz czy dwa pokłóciły się wojujące ze sobą kocury. Ludzie spali kamiennym snem. Tym głośniejszy wydał się wybuch, który wyrwał niczego niespodziewające się miasteczko ze świata marzeń sennych. Nikt nie usłyszał wcześniejszych oznak zbliżającego się dramatu: szmeru silnika na jałowym biegu, przyciszonych rozmów z zaparkowanego w głębokim cieniu samochodu, skradających się kroków, złowróżbnego pstryknięcia zdalnie odpalonego detonatora. Tylko huk: potężny, niezrozumiały, wstrząsający ziemią, ścianami i podłogami domów. Powodujący przyspieszone bicie serca ludzi i zwierząt. Chwilę potem łuna na niebie. Czerwona jak krew. Łuna, która połknęła zorzę.

Gdy przerażona podbiegła do okna, było jasno niemal jak w dzień. Tyle że wszystko dookoła tonęło w upiornej poświacie, w tej krwistej mgle. Jasność miała źródło w oddali, za miasteczkiem, a może na jego obrzeżach. Stamtąd też docierały głuche odgłosy kolejnych wybuchów. Pomyślała, że to wojna. Czasy przecież takie niespokojne. Zaraz jednak rozległ się głos syren. Odetchnęła z ulgą: to tylko straż pożarna. Nie żadne obce wojska. Nie Ruscy. Nie powracający do władzy komuniści. Coś się wydarzyło, jakiś wypadek. Może na szosie. Albo pożar. Pewnie znów rolnicy wypalali trawy. Tak trudno ich tego oduczyć… Tylko skąd wybuchy? Nie, to nie to. Nie tym razem. Niewypały z czasów wojny? Ale aż tyle naraz? Płonie skład fajerwerków? Tak, to prawdopodobne… Choć o tej porze roku? Dziwne. Jednak przecież możliwe.

Na ulice wylegli ludzie, wystraszeni, ale zaciekawieni, jak zawsze, gdy coś się dzieje, szczególnie coś niezrozumiałego. Nieoczekiwanego. Lecz co się działo, nie wiedział nikt, z ust do ust podawano sobie tylko plotki i hipotezy.

Ona jednak już zaczynała rozumieć, chociaż wolałaby jak najdłużej nie dopuszczać tych myśli do siebie. Przypomniała sobie, co wydarzyło się w miasteczku tydzień wcześniej. Zaledwie tydzień wcześniej. Gdy czas stanął w miejscu… Oprzytomniała. Trzęsącą się dłonią sięgnęła po stojący na szafce nocnej telefon. Po krótkiej rozmowie ubrała się w pośpiechu, przepłukała usta wodą z kranu i wybiegła na ulicę, prosto w podekscytowany tłum…

CZĘŚĆ I

PRELUDIUM

Kryszewo, lato 2018 roku

Ależ go ta baba irytowała! Człapała niezdarnie w tych swoich łapciach z króliczymi uszami, w dodatku różowych. Kretynka. Stara flądra i kapcie dla przedszkolaka. Kuśtyka. Ale stąpa cicho. Jak zawsze. Boi się – pomyślał z satysfakcją. Wie, że działa na niego jak płachta na byka, głupia krowa. Od paru lat nawet nie miał ochoty jej przelecieć. Jeszcze znowu ulęgłaby mu kolejnego rozwydrzonego bachora. Wygląda zresztą jak strach na wróble. I smarka, i posapuje… Jaka umęczona, szlag… Co ona tam, do kurwy nędzy, robi? Ziółka sobie parzy na uspokojenie? Dostała raz w limo, nic takiego się w końcu nie stało. Nawet siniaka nie ma. Zasługiwała na więcej. Ale kreatura uważa się za wiecznie pokrzywdzoną. Choć to ona jest przyczyną jego złego samopoczucia, nie na odwrót. Przez nią nie idą mu interesy. Wyssała z niego całą pieprzoną energię. Czas się jej pozbyć ze swojego życia, najwyższy czas. Tylko jak? Rozwód? I co, zażąda połowy majątku? Może zechce zostać w tym domu, który z takim trudem zbudował? Z czwórką bachorów każdy sąd w tym kraju jej go przyzna. On ma w końcu firmę i konta bankowe. Tyle że dopiero co spłacił kredyt. A pazerne babsko nie pracuje. Wszystko na krzywy ryj. Niańczy te gnojki, z których dwójka to już stare leniwe konie, a druga dwójka debile, w mamusię. Pociągnął łyk markowej whisky bez lodu. Na to go jeszcze stać. Dalej się tam miota po kuchni! Niech już wreszcie idzie do diabła, zanim znów zrobi jej kuku. Znaczy się, do swojej sypialni niech zapiernicza. I niech się cieszy, że ma, kurwa, dach nad głową. Tak, kurwa, najchętniej by się jej pozbył, razem z bachorami. Nigdy nie chciał ich mieć. To ona chciała. Płodzić, rozmnażać się, cholera. Cwana. Dobrze wie, że bachory są jej przepustką do lepszego życia. Niczego innego przecież nie potrafi, tylko zaciążyć. Zresztą kiedy była młodsza, nawet mu się podobała. Nie była wtedy aż tak brzydka i nudna. Ożenił się z bździągwą, żeby mu rodzina nie ciosała kołków na głowie, choć jej nie kochał. Nikogo nigdy nie kochał, oprócz… Nieważne. Było, minęło, nie wróci. Bździągwa już wtedy z brzuchem chodziła. Zasrana rodzinka. Obciążenie, nic więcej. Fakt, że z rodzinką łatwiej jest robić biznes. Żonaty tatusiek to jest to, co ciemny lud kocha. Wzbudzasz zaufanie. Taki kraj. Teraz nie są mu już do niczego potrzebni, ale musi tolerować w swoim domu tę rozwydrzoną hołotę. Pognałby na zbity pysk. Gdyby tylko mógł… Gdyby nie fakt, że konkurencja pożarłaby go żywcem, jakby przepędził mamuśkę z gówniarzami. Drgnął, bo z kuchni dobiegł go jakiś łomot i brzęk tłuczonego szkła. Głośniejszy niż odgłosy burzy za oknem.

– Czego hałasujesz, łamago?! – nie wytrzymał. – Nie widzisz, że pracuję na twój krzywy ryj?! Mam ci jeszcze raz przyłożyć?! Coś znowu stłukła?! – Cisza. – Mówię do ciebie, głupia suko! Uszu nie masz?!

Odgłos szurania. Po chwili ciche skomlenie:

– To tylko szklanka spadła… Już zamiotłam. Przepraszam. Pracuj sobie, pracuj… Idę do łóżka…

Zerknął na swoją szklankę. Pusta. Przez moment się zawahał: napełnić ponownie czy rzucić nią o ścianę. Zdecydował się na to drugie. Jak wszystko, to wszystko – o kant dupy potłuc. Szklanka nawet nie pękła. Grube, mocne szkło. Dobrej jakości. Usłyszał za to odgłos szybkich kroków, szurających po lśniącej marmurowej posadzce. Zwiewa, aż się za nią kurzy! – zarechotał.

– Spieprzaj i nie pokazuj mi się tu więcej na oczy! – wrzasnął.

Uspokoił się dopiero, gdy usłyszał, że zamknęła za sobą drzwi. Jednak tylko na chwilę, bo w holu pojawił się z kolei gówniarz w piżamie. A za nim rozczochrana gówniara z otwartą gębą.

– Zostaw matkę w spokoju! – odezwał się piszczącym głosem z mutacją gnojek. – Przestań bez przerwy na nią wrzeszczeć!

– Won, bo was wszystkich pozabijam! Normalnie zaj… – ryknął wściekle i urwał, bo w tym momencie w ogrodzie zgasły wszystkie światła. Jego duma. Jego chwała. Symbol lepszego życia, którego tak naprawdę nie miał. Przez nich, przez pieprzone pijawki. Okna nagle pociemniały. – Co jest, kurwa?!

Przez burzę? Deszcz? Nie, to się do tej pory jeszcze nie zdarzyło. Lampy są wodoodporne. Kable wkopane głęboko, profesjonalnie, do żadnego zwarcia nie miało prawa dojść. I w domu prąd nie wysiadł, i latarnie uliczne normalnie się palą. Czyli nie awaria. Na ułamek sekundy za oknem znów zrobiło się jasno, ale szybko zrozumiał, że to tylko błyskawica. Podniósł się ociężale z fotela. Alkohol zadziałał.

– Co wyście zrobili, szczeniaki?...

– Co jest…

Ciemność.

Kryszewo, obecnie

Burzliwa noc zaowocowała pięknym, nadspodziewanie pogodnym dniem. Późnowiosenna – a może już bardziej wczesnoletnia – nawałnica przeszła, nie pozostawiając po sobie śladu, może rankiem jeszcze gdzieniegdzie były kałuże, które w przedpołudniowym słońcu zdążyły już całkowicie obeschnąć. Felicję Stefańską obudziło ćwierkanie ptaków dochodzące zza uchylonego okna dachowego; na poddaszu zadomowiła się do tego stopnia, że odmówiła zmiany połączonego z biurem redakcji mieszkalnego gniazdka na jedną z kawalerek w bloku, co po upływie roku pracy w charakterze rzeczniczki prasowej w Kryszewie proponowała jej gmina. Teraz ucieszyła się, że zostawiła okno otwarte, gdyż na strychu zrobiło się strasznie duszno. W nocy zastanawiała się, czy nie zamknąć okna, jednak pachnące ozonem powietrze i pomruki burzy skutecznie ją uśpiły. Teraz popijała kawę, wyglądając na ulicę przez nieco mętną szybę w oknie wykuszowym, które się nie otwierało. Nie przeszkadzało jej to, zwłaszcza że niemal wdzierały się tu gałęzie rosnącej pod domkiem wiekowej lipy: gdyby okno udało się otworzyć, wlazłyby do mieszkania. Spojrzała na zegar, który dostała w prezencie od radnej Grety Pazik z okazji rocznicy zatrudnienia w gminnej gazecie. Nic to, że przyjaciółka prawdopodobnie zamierzała tym gestem uczynić niewinny przytyk do jej niepunktualności. Fakt, że Felicji zdarzało się od czasu do czasu zaspać, ale przecież w tym sennym miasteczku rzadko „się paliło” – dosłownie i w przenośni. Pomijając seryjnego mordercę alkoholików uprzedniej zimy, panował tu zazwyczaj niezmącony sielski spokój. A zegar był ładny, stylowy, udający antyk, choć chodził na baterię. Było jeszcze wcześnie. Dopiero minęła dziewiąta. Rzeczniczka rozpoczynała zwykle pracę o dziesiątej, od lektury porannych mejli z urzędu. Najpierw ogarniała stronę internetową, następnie szła „w miasto”, by – jak to określała – trochę powęszyć. No chyba że coś szczególnego akurat się działo, ale to zdarzało się rzadko.

Felicja zajęła się robieniem sobie śniadania. Uważnie zlustrowała lodówkę: znalazła w niej małego pomidora, jabłko i jogurt naturalny. Westchnęła. Taki sobie wybór. Sięgnęła po pieczywo chrupkie i zjadła dwa kawałki z jogurtem. Przegryzła pomidorem, jabłko zostawiając na później. Będzie jak znalazł na lunch, zanim zachce jej się upichcić jakiś obiad. Włączyła laptopa, gdy z błogiego nastroju wyrwał ją dzwonek telefonu. Nie stacjonarny się odezwał, czyli nie z gminy. Prywatna komórka. Byle nie matka, bo przez godzinę nie da rady oderwać się od słuchawki. Ale ona rzadko dzwoniła o tej porze, raczej wieczorami. Może to po prostu Ryba, czyli starszy aspirant Zygmunt Ryba, chłopak, z którego powodu Stefańska zdecydowała się pozostać w Kryszewie. Chłopak, bo jeszcze przed trzydziestką. Gówniarz w sumie. Ale w pewnym sensie „jej” chłopak według miejscowej plotki. Przynajmniej nie nazywali jej już miastową lesbą. Teraz pewnie mówią jeszcze gorzej. No i kij im w oko. Otóż dzieciak się zakochał, choć jego matka jest tylko niespełna dziewięć lat starsza od Felicji. A ona nie miała sumienia go tak po prostu spławić. Tkwili więc w dziwacznym związku ni to romansowym, ni to przyjacielskim. Od czasu do czasu ze sobą sypiali, jeszcze częściej gadali. Decyzji jednak nie żałowała. Choć nie chciała się do tego przyznać, polubiła i chłopaka, i to miasteczko – formalnie, czyli administracyjnie, wciąż wieś, chociaż nic już z prawdziwą wsią nie miało wspólnego, i to od dawna. Nawet nie z miasteczkiem. Tak naprawdę było już od lat faktyczną dzielnicą Gdańska. Dokładnie jak przed wojną. Tyle że (może właśnie dlatego) wielu mieszkańców miało meldunek w Gdańsku, tutaj żyjąc lub pracując. W końcu z Gdańskiem bezpośrednio graniczyło. Okolice były tu piękne, niemal górskie, dużo wody, lasów, wąwozów, ze wzgórzami morenowymi dookoła.Felicja spojrzała wreszcie na dzwoniący uparcie telefon. To nie Ryba, to, cholera, Greta! Odebrała pospiesznie, bo z Pazikową nie było żartów.

– Gdzie się pali?

– Co? – Radna nie była chyba w nastroju do żartów.

– Dobra, nadawaj – powiedziała pogodnie Felicja. – Bo czuję, że…

– Zamknij się i słuchaj, bo mam mało czasu – przerwała jej Greta. – Najdalej za pół godziny musisz być w Mniszkowie. Najlepiej jeszcze wcześniej. Jest sprawa. Zastaniesz na miejscu swojego Rybę, on cię wprowadzi. Jest uprzedzony. Ja spróbuję dojechać później. Cholera, musimy być pierwsi, zanim te sępy z miasta… No dobra, zasuwaj!

– Ale czekaj, o co chodzi?! Gdzie mam dojechać? Konkretnie!

– A, fakt. Sam początek wiochy. Zresztą zobaczysz, bo będą tam tłumy. Powołaj się na mnie i od razu poproś Rybę…

– Co tam się dzieje? – Dziennikarka nareszcie poczuła znajomy dreszcz. – Uciekła jakaś krowa czy jak?

– Morderstwo – odparowała Pazik. – Gruba sprawa! Reszty to ja mam się dowiedzieć od ciebie. Jasne? No to gazu!

Zanim Felicja odzyskała głos, radna się rozłączyła. Ale jaja – pomyślała Stefańska. Znowu?... Poczuła kolejny dreszcz. Niby nie wypada się cieszyć z morderstwa, ale to był jej żywioł. Gdy coś się działo, gdy do czegoś mogła się przydać, kiedy jej mózg działał na najwyższych obrotach. W sumie po to została dziennikarką. Dla tych dreszczy. Włożyła talerz do zlewu, zrzuciła podomkę i wbiła się w dżinsy. Robi się gorąco, więc tylko top. Na wszelki wypadek lekka marynarka. Sandały. Zerknęła do lustra. Może być. Od biedy. I tak bogini z siebie nie zrobi. Umięśniona szatynka z ciasno związaną kitką z tyłu głowy. Mocne kości policzkowe. Blada twarz. Szare oczy. A może, cholera, zielone. Raz takie, raz takie. Piegi. Chyba tylko Ryba uparcie widzi w niej piękność.

No to do boju…

* * *

Wsiadając do swojej małej żółtej renówki, zastanawiała się gorączkowo, gdzie leży Mniszkowo. Wiedziała tylko, że gdzieś za Leśnym Dołem, też w głębi lasu. Sporo tu było maleńkich leśnych wiosek, malowniczych i z pozoru spokojnych. Tylko z pozoru, bo kotłowało się w nich skomplikowane „życie wewnętrzne” nakładających się na siebie społeczności: autochtoniczna, powojenna napływowa oraz ostatni przybysze z miasta, najczęściej naukowcy, artyści i biznesmeni, których było stać na ucieczkę od cywilizacji. Ta mieszanka często powodowała konflikty, choć jednocześnie stanowiła ożywczy element kulturowy, z czasem różnice się zacierały, a ludzie docierali. Pootwierała okna, zapaliła papierosa, włączyła GPS i ruszyła w drogę. Na wyjeździe z Kryszewa stała chwilę w korku przed przejazdem kolejowym, reszta trasy zajęła jej tylko kwadrans. Już po chwili skręcała w boczną drogę, w las. Nic tutaj nie zapowiadało dramatu. Ptaki ścigały się w swoich trelach, zieleń koiła wzrok, miejscami kwitły już poletka czerwonych maków i błękitnych bławatków, a także inne kwiaty pod lasem, których nazw nigdy nie potrafiła się nauczyć. Dopiero gdy dotarła do granicy wsi, ujrzała scenę pełną grozy. Wioska była bardzo ładna, niewielkie skupisko małych domków z ogródkami, rozrzucone na leśnej polance, jednak w głębi, przed wielką, nowoczesną willą pomalowaną na kolor łososiowy, położoną w pewnej odległości od innych zabudowań, kłębił się tłum. Cała posesja – z daleka widziała, że oprócz głównego domu składał się na nią ogromny ogród oraz kilka mniejszych budynków, zapewne gospodarczych – została otoczona taśmami, dookoła stały samochody, głównie policyjne, a liczni gapie byli pilnowani przez umundurowanych funkcjonariuszy. I oczywiście dziennikarze. Tę grupkę rozpoznała od razu. Gdy podjechała bliżej, zobaczyła znajome twarze. Trójmiasto. Już tu są. Prasa. I nawet ze trzy telewizje: publiczna regionalna, jakaś internetowa oraz… tak, na szczęście jest i nasza: lokalna, kryszewska. Przynajmniej oni zdążyli, choć dopiero rozkładają sprzęt. A mieliśmy być pierwsi. Ci zawsze wszystkiego dowiedzą się wcześniej. Doskonale znała ten mechanizm z własnego doświadczenia. Wielkomiejskie media miały informatorów, nic im nie umknie. Westchnęła, konstatując z lekkim zdziwieniem, że jednak już się identyfikuje z kryszewską gminą. Tamtych postrzegała teraz jako konkurencję. Tak jakoś… samo się stało…

Ciekawe, co tu się wydarzyło – pomyślała. Pewnie włamanie połączone z zabójstwem, to chyba najbardziej prawdopodobne. Zostawiła auto z boku na podjeździe i zaczęła się przepychać przez tłum ciekawskich.

– Felka, ty tutaj?! – Usłyszała za plecami.

Głos brzmiał znajomo. Aż nadto. Obejrzała się z niechęcią. Tak, to on, jeden z jej byłych kolegów z prasy. I do tego jeden z byłych gachów. Totalny kretyn. Nachalny i fałszywy intrygant. Kiedy z nim zerwała – a zerwała, bo był egocentrycznym, wyrachowanym dupkiem – wytrwale robił jej koło pióra. Prawdopodobnie przyczynił się do tego, że straciła wtedy pracę. Teraz uśmiechał się do niej od ucha do ucha, nalany łysiejący blondyn po czterdziestce. W wymiętym garniturku! W taki upał. Na wsi. Co ja w nim, cholera, widziałam… Przecież to totalny palant. I ja ci dam, kurde, Felkę, ty mały obleśny gnojku…

– Tutaj – odparła krótko.

Chciała ruszyć dalej, gdy chwycił ją za ramię.

– Gdzie teraz robisz? – dopytywał się, nie zwracając uwagi na jej wkurzoną minę.

– Tutaj. – Strząsnęła jego rękę. – A ty? Dalej to samo ciepłe krzesełko?

Głośno się roześmiał i mrugnął.

– Żmija jak zawsze. – Chichotał. – Ale historia, co? Kto by pomyślał, że na takiej pipidówce…

– Spieszę się – przerwała mu. – Powodzenia.

– Heeej! Stara! Masz tu jakieś wejścia? Zabierz mnie ze sobą, laska! Nie bądź taka, no, Felusiu…

– Odpierdol się, dobrze? Czekaj grzecznie na swoją szansę, maminsynku – wysyczała, dostrzegając kątem oka ciekawskie spojrzenia pozostałych. Pewnie niejeden ją rozpoznał, zwłaszcza teraz, przez tego pajaca. Pajac miał na imię Ryszard. Rysio Kawecki. Brr.

Przecisnęła się aż do taśmy, gdzie z ulgą dostrzegła znajomego mundurowego. Chłopak też ją zauważył i od razu uniósł taśmę.

– Pan starszy aspirant jest tam. – Wskazał palcem kierunek. – Ale najlepiej niech pani najpierw…

Jednak Ryba musiał ją już dostrzec, bo wyłonił się zza rogu willi i pomachał. Przystojny z niego chłopak – przemknęło jej przez myśl. Rosły, smukły brunet o smagłej twarzy, który musi się często golić. A do tego te jego oczy… Jasnoniebieskie. Jak górskie jeziorko. Gdyby, cholera, miał choć kilka lat więcej na tym swoim seksownym karku. Ech… ech. Niechętnie oderwała od niego wzrok i rozejrzała się dokładnie po wielkiej posesji. Podjazd, mozaika z kolorowej kostki, chodnik, trawniki. Przystrzyżone drzewka. Dookoła kręcili się gliniarze w mundurach oraz różne typy w cywilu, pewnie kryminalni z miasta, cholera wie, kto jeszcze. Może ktoś z prokuratury. Panował chaos, pozorny, bo wiedziała, że kontrolowany. Głównie widać było facetów, ale mignęła jej też jedna baba o zaciętym wyrazie twarzy. Felicja starała się nie rzucać nikomu w oczy. Gdy podeszła bliżej, Ryba wziął ją szybko pod ramię i bez słowa odholował na ubocze, za dom, gdzie nikt ich nie mógł usłyszeć, nikomu też nie wchodzili w drogę. Ponownie się rozejrzała. Znajdowali się teraz w ogromnym, perfekcyjnie zadbanym ogrodzie. Ozdobne drzewa, przystrzyżona trawa, kwiaty w marmurowych donicach. Pośrodku fontanna, teraz nieczynna. Mały basen albo raczej sadzawka, dalej boisko do tenisa. Ozdobne, kamienne, ukwiecone klomby. Pod płotem, po lewej, wymyślna otwarta altana w formie chińskiej pagody, z przeciwnej strony, w oddali, druga, zapewne budynek gospodarczy, stylizowany na średniowieczny zameczek z basztami, w tej chwili zeszpecony taśmą policyjną. I wszędzie latarnie i latarenki. Chyba z setka, może nawet więcej. No cóż, widać dużą forsę, ale gust raczej drugiej kategorii. Za to nocą mogło tu być magicznie – pomyślała.

– Co się wydarzyło?

– Nic nie wiesz? Greta ci nie powiedziała? No więc… mamy szambo. Kilka trupów. Cała rodzina. Masakra. Jeszcze ich nie zabrali…

– W domu?

– W domu i w altanie.

– Mogę tam zajrzeć?

– Oszalałaś? W żadnym wypadku! Są tam teraz technicy i patolog. Prokuratorka już jedzie. Greta też zaraz będzie, bo przed chwilą dzwoniła. Wprowadzę was w sprawę, ale nie tutaj. Pogadamy w samochodzie Grety.

– Ale zdjęcia mogę zrobić? – Wyjęła służbowy aparat.

Zawahał się.

– A rób – przyzwolił wreszcie. – W końcu jesteś z urzędu…

Pstrykała, ile się dało. Dom, ogród, pagoda, otoczenie. Wozy policyjne. Taśmy i tłumek za nimi. W tym czasie na miejsce dotarła Greta Pazik, o czym poinformował ich ten sam mundurowy. Zyga poprowadził ją do bocznej furtki, przez którą wyszli prosto w las. Tam czekała radna, w aucie zaparkowanym przy piaszczystej drodze. Felicja od razu rozpoznała jej lśniące srebrne volvo.

– Zapoznam was z faktami, a po południu wspólnie przygotujemy komunikat, który opublikujesz – powiedział Ryba.

– Widziałeś już gryzipiórków z miasta?

– Od co najmniej godziny tu są. – Pokiwał głową. – Mogą zaczekać. Potem poślemy do nich rzecznika. Będziecie pierwsze.

Uśmiechnęła się do niego, na co w odpowiedzi musnął dłonią jej włosy. Greta wychynęła z samochodu.

– Idziecie w końcu czy nie?! Przestańcie się teraz mizdrzyć, cholera jasna!

Zdenerwowana wysiadła i wyciągnęła paczkę marlboro.

– Jeśli chcecie palić, to nie w moim wozie. Tutaj. Na zewnątrz – dodała stanowczo i zapaliła. U Grety była to widoczna oznaka zdenerwowania. Normalnie rzadko paliła, raczej opieprzała Felicję „za nałogi”.

Stefańska obrzuciła ją lekko tylko zazdrosnym spojrzeniem. Zawsze, od lat, podziwiała przyjaciółkę, a znały się długo. Nie tylko za charakter – Greta była uparta, odważna i wręcz maniakalnie uczciwa – ale także, co tu dużo mówić, za nieprzeciętną urodę i wiecznie młodzieńczy wygląd. Bez botoksów, bez operacji plastycznych i bez odsysania tłuszczu. Choć ponad dychę starsza od Felicji, wyglądała jak jej rówieśnica. A nawet młodziej, o czym dziennikarka była w głębi duszy przekonana. Postawna blondynka, nieskazitelne rysy, rasowa i po prostu ponadczasowa piękność. Zawsze nienagannie ubrana i zadbana w każdym calu. Perfekcyjna. Wyborcy ją kochali. Mężczyźni i kobiety. Własny mąż – drugi, bo pierwszy wielbił tylko wódkę – wręcz za nią szalał. Sąsiedzi podziwiali. Była dla nich boginią. W najbliższych wyborach samorządowych Greta Pazik zamierzała się ubiegać o fotel wójta. I zapewne wygra. Wszystkie sondaże na to wskazywały. Zresztą Felicja nie wyobrażała sobie nikogo lepszego w tej roli. Zagrozić mógł jej jedynie dotychczasowy wójt, ale był już w mocno podeszłym wieku, no i się opatrzył. Trzy kadencje. Wystarczy. Stefańska była zresztą święcie przekonana, że kiedyś jej przyjaciółka wyląduje w parlamencie. I tak powinno się stać. Może wtedy nastaną lepsze czasy.

– No dobra – odezwała się Greta, starannie gasząc peta w samochodowej popielniczce. – Ryba, nadawaj. Tylko niczego nie ukrywaj! Felicja, ty sobie może notuj, co?

– Nie muszę. Pamięć mi jeszcze dopisuje.

– Jakby o czymś zapomniała, to ja jej przypomnę, kiedy będziemy pisać notkę dla gazety. Ale powiem wam tyle, ile mogę. Choć na tym etapie i tak niewiele mamy. Nie wszystko będzie można podać do publicznej wiadomości – zastrzegł policjant.

– Tyle to i my wiemy – dogryzła mu dziennikarka. – Dam ludziom tylko to, co każesz, panie władzo.

Ryba zapalił papierosa.

– No więc mamy tu coś bardzo dziwnego – oświadczył po namyśle. – Z pewnością zabójstwo, i to wyjątkowo brutalne. Zginęła cała rodzina. Matka, ojciec, czwórka dzieci, z czego dwoje nastoletnich i dwoje maluchów. Siedem i cztery lata. – Wzdrygnął się. – Kobieta i dzieciaki zabite najprawdopodobniej siekierą, znaleźliśmy ją zakrwawioną przy zwłokach. Ofiary były w domu, znaczy te od siekiery. Ofiary, znaczy… Kobieta i dwójka starszych leżała w holu. To przy nich porzucono narzędzie zbrodni. Przypuszczalne narzędzie zbrodni – sprostował. – Młodsze dzieci zginęły w swoich łóżkach. Mam nadzieję, że nie zdążyły się dobrze obudzić i że zmarły od pierwszego ciosu. Że szybko… Oby, bo nie mogę myśleć, co musiałyby czuć… Dobra, nie spekulujmy. Natomiast dziwna sprawa jest z facetem. Jego znaleźliśmy w altanie ogrodowej. Zastrzelony. Wszystko wskazuje na to, że… – Urwał, by zaczerpnąć oddechu.

Obie kobiety zaniemówiły. Felicja stała bez ruchu, Greta Pazik zbladła jak ściana.

– Dzieci? – powtórzyła cicho, nerwowo zapalając drugiego papierosa. – Czworo dzieci? Rany boskie…

– Tak, niestety. To tylko domysły, ale tak wygląda, że facet oszalał, zatłukł rodzinę, po czym pognał do tej altany i tam się zastrzelił. Drzwi wejściowe zostawił otwarte. Musiał sam być w szoku. Taką przynajmniej mamy wstępną hipotezę. Więcej będziemy wiedzieć oczywiście po sekcji…

– Kim oni byli? – zapytała Felicja.

– Nikim! To znaczy normalni ludzie. Dwa lata temu kupili działkę. Zbudowali ten dom, wprowadzili się mniej więcej przed rokiem. Może trochę wcześniej. Przyjechali z Gdańska. Znaczy, ona tak w ogóle jest… to znaczy była… z Gdyni, a on z Gdańska. Wcześniej mieli mieszkanie w Gdańsku. On prawnik. Ale od kilku lat nie pracował w zawodzie, miał firmę konsultingową. Dobrze mu się wiodło, nie był zadłużony, kredyty spłacał. Mieszkańcy nie przepadali za nim, ale to u nas zrozumiałe. Uchodził tu za bogacza, a to ludzi kłuje w oczy. Jej współczuli, bo podobno nie traktował rodziny zbyt dobrze, ale to dopiero będziemy potwierdzać. Tyle mogę na początek ujawnić, ale tylko do waszej wiadomości. W notatce podamy ogólny opis sytuacji. A teraz najlepiej już jedźcie, dziewczyny! Tak, żeby was ze mną nie zobaczyli inni dziennikarze, i w ogóle. Oczywiście macie prawo tu być, tyle że do mnie konkretnie mogą się przyczepić. Muszę tam wracać…

Gdy policjant zniknął za furtką, obie kobiety w milczeniu stały przez chwilę na ścieżce. Greta wyglądała, jakby była w ciężkim szoku. Felicja dobrze to rozumiała – i ją ta historia zmroziła. Ciężko znieść takie wiadomości. Czworo niewinnych dzieciaków! Zabitych siekierą przez rodzonego ojca? Który w dodatku nie był żadnym menelem, degeneratem, wyrzutkiem społecznym. Wykształcony facet! W dodatku prawnik. Straszne. Bezsensowne. Niewyobrażalne wręcz.

– Horror – odezwała się wreszcie radna.

Dziennikarka pokiwała tylko głową. Bo co tu dodać.

– Jedziesz dziś jeszcze do urzędu? – zapytała.

– Tak, muszę… w tej sytuacji… A ty gdzie masz samochód?

– Z drugiej strony. Będę musiała obejść dookoła, zresztą nie chcę się rzucać w oczy… Spotkałam znajome twarze. – Zgasiła niedopałek w popielniczce Grety. – Niezbyt miłe – dodała.

– Podwieźć cię tam? – zaproponowała radna, nie pytając o szczegóły.

– Nie, dzięki. To blisko. Ta ścieżka wychodzi przecież na drogę. Przespaceruję się, może dzięki temu ochłonę.

Pożegnały się krótko, skinieniem głowy. Obie nie nawykły do czułostkowości. Greta wsiadła do auta i uruchomiła silnik.

– Spotykasz się z Rybą na komisariacie, tak? Zadzwonisz później? Chciałabym poznać treść tej notki prasowej, zanim się ukaże.

– Jasne.

Wracała do swojego samochodu wolnym krokiem, wdychając ożywcze leśne powietrze. Może od niego, a może od natłoku myśli zakręciło jej się w głowie. Gdyby ktoś o niczym nie wiedział, pomyślałby pewnie, że spaceruje. Bo życie – zauważyła to z pewnym zdziwieniem – życie toczy się dalej, jak gdyby nigdy nic. Kwiaty dalej kwitną dumnie całą paletą barw. Szumią drzewa, poruszane lekką bryzą. Już wystrojone w czerwcową zieleń. Ptaki radośnie śpiewają. Świat kręci się jak zwykle. Tak jakby dla sześciu osób, w tym czworga dzieci, nie skończył się właśnie… Niezamierzone okrutne piękno i zarazem odwieczna mądrość natury. Tak musi być. Przysiadła na zwalonym przy drodze pniu. Z wahaniem sięgnęła po paczkę fajek, jednak po chwili schowała ją z powrotem. Zły pomysł. Czuła się kiepsko, brakuje jeszcze, żeby tu zemdlała. Dobrze, że jej Greta nie widzi. Straciłabym twarz – pomyślała z gorzką autoironią. Chyba nigdy nie przywyknie do takich rzeczy, choć ludzie uważali ją za nieczułą, cyniczną zdzirę. Może z tego powodu nie przetrwała zbyt długo w miejskiej prasie. Za mocno wszystko przeżywała, a tam trzeba mieć twardy tyłek. Wstała wreszcie i przyspieszyła kroku, próbując wziąć się w garść. Zawroty głowy minęły. Renówka stała na uboczu, dotarła do niej, nie przykuwając niczyjej uwagi, i od razu ruszyła. Z oddali widziała ciekawski tłum, mignął jej też Kawecki w szarym garniturku. Wyróżniał się na tle miejscowych ubranych w letnie ciuchy, a nawet reszty dziennikarskiej braci w dżinsach i T-shirtach. Matoł.

Na szosie skupiła się na prowadzeniu, oczyściła umysł. Pomału dochodziła do siebie. Ciekawe, jak poradzi sobie z tym wszystkim Greta. Zdecydowanie była bardziej empatyczna od Felicji. I miała słabość do dzieci. Może dlatego, że własna córka ją olewała. Wolała tatusia pijaka… Kryszewo senne o tej godzinie, jakby na wpół wymarłe. Ludzie pracują, większość w Trójmieście. Dzieciaki w szkołach. Do wakacji pozostały jakieś dwa tygodnie. Pewnie nikt nic jeszcze nie wie o tragedii, która wydarzyła się tak blisko ich codziennego życia. Zresztą w tym przypadku również nic się przecież nie zmieni. Przez chwilę oczywiście będą współczuć i plotkować. Jeść, pić, kłócić się, oglądać telewizję, uprawiać seks. Będą wić swoje gniazdka. Jesteśmy przecież częścią natury. Dokładnie tak jak reszta przyrody.

Do spotkania w komisariacie miała jeszcze sporo czasu. Najpierw zakupy, bo lodówka świeci pustkami – zdecydowała. Później w biurze zanotuje swoje wrażenia na gorąco. Od dawna tak robiła. A potem może uda jej się jeszcze choć na chwilę zdrzemnąć.

Copyright for Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for text © 2018 Anna Klejzerowicz

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor zarządzająca segmentem książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Jolanta Kucharska

Korekta: Słowne Babki, Edytorial.com.pl Izabela Jesiołowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz/

PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce: Arcangel

Skład: Beata Stelęgowska

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

e-mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 9788381179959

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorski