Wydawca: Wydawnictwo Olesiejuk Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ogród Popiołu - Pierdomenico Baccalario

Zagubiona wyspa na oceanie czasu. Miejsce dzikie i niegościnne, z którego nie da się uciec. Miejsce, gdzie Ulysses Moore nigdy nie chciałby postawić stopy, ale nie ma wyboru, ponieważ to tam właśnie kryje się klucz do odnalezienia Penelopy. Jeszcze nie wie, że łańcuch zdarzeń już został wprawiony w ruch i że jego najgroźniejszy nieprzyjaciel powraca z przeszłości, by dokonać zemsty. Dla Podróżników w Wyobraźni nadszedł moment decydującego pojedynku...

To jedenasty tom sagi Ulyssesa Moore`a.

Opinie o ebooku Ogród Popiołu - Pierdomenico Baccalario

Fragment ebooka Ogród Popiołu - Pierdomenico Baccalario

Spis treści

Okładka

Karta przedtytułowa

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Drodzy Koledzy Redakcyjni

1. Złote Wrota

2. Na stacji

3. Tajemnicza Wyspa

4. Senne koszmary

5. Dom Obliwii Newton

6. Wyznania w blasku świecy

7. Więzienie gubernatora

8. Okazja dla dwóch

9. Miasto tysiąca kanałów

10. Dachy Werony

nieznane (tłumacz)

11. Nieoczekiwane spotkanie

12. W Ogrodzie Popiołu

Viviana Wojnicz

13. Nieznany zabójca

Zafon

14. Kanał Meloria

15. Wyjście

16. Wspomnienia z przeszłości

Pires

17. Batyskaf pająk

18. Okręt widmo

19. Na skrzydłach przygody

mały Flint

20. Stare podejrzenia i nowe odkrycia

21. W poszukiwaniu czarodziejki Kirke

Circe De Briggs

22. Widowisko pirotechniczne

23. Postać w błękicie

24. Zagadkowa notatka

25. Halo! Czy pan Frank Homer?

Frank J. Homer

26. Spotkanie o zmroku

27. Pod stosem papierzysk

28. Wychowawczyni Stella

Stella Evans

29. Tajemnica pozytywki

30. Bagna czasu

31. Ostatnie biuro

32. Pokój, który się obraca

33. Weneckie wodospady

34. Kapitan Spencer

Kapitan Spencer

Ulysses Moore

Ogród Popiołu

Tytuł oryginału: Ulysses Moore. Il giardino di cenereAutor: Pierdomenico BaccalarioProjekt graficzny obwoluty i ilustracje: Iacopo BrunoGrafika: Gioia GiunchiTłumaczenie z języka włoskiego: Bożena FabianiRedakcja: Małgorzata Kapuścińska

© 2010 Edizioni Piemme S.p.A., via Galeotto del Carretto 10 15033 Casale Monferrato (AL) – Italia © 2012 for the Polish edition by Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. Międzynarodowe prawa © Atlantyca S.p.A. - via Leopardi 8, 20123 Mediolan, Włochy foreignrights © atlantyca.it www.battelloavapore.it

ISBN 978-83-274-0166-3

Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 wydawnictwo@olesiejuk.pl www.wydawnictwoolesiejuk.pl

Dystrybucja: www.olesiejuk.pl

DTP: ThoT

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drodzy Koledzy Redakcyjni,

piszę do was ten list z dalekiego morza, ale nie pytajcie mnie z jakiego, bo byłoby mi bardzo trudno na to odpowiedzieć.

Sytuacja, krótko mówiąc, wygląda następująco: kilka osób podróżuje, a kilka innych ich poszukuje. Jest ktoś, kto jak wiecie, runął pechowo z mostu i zniknął. Ale gdy ktoś znika, na jego miejsce pojawia się ktoś inny. I to jest prawdziwa niespodzianka, zważywszy że ten ktoś był odcięty od świata, by tak rzec, przez dwanaście lat z górą.

Mam naprawdę zbyt mało czasu na wyjaśnienia: śpieszę się, by wysłać przez Internet ostatni rękopis podpisany przez Ulyssesa Moore’a, zanim będzie za późno. Jak zawsze, pozwoliłem sobie przetłumaczyć go i uzupełnić o brakujące fragmenty. Tu i owdzie znajdziecie w tekście moje uwagi zaznaczone gwiazdką (*).

Co do mnie i Freda Śpiczuwy, który mi tu towarzyszy, wyznam wam, że jesteśmy pogrążeni w niezwykle zajmującej lekturze, nawet jeśli trudno byłoby ją nazwać „miłą rozrywką”.

Nie mogę jeszcze niczego zdradzić, ale wierzcie mi, zapowiadają się rewelacje doprawdy zdumiewające.

Kto by pomyślał!

Wasz oddanyPierdomenico Baccalario

Rozdział 1

ZŁOTE WROTA

Dokładnie w połowie korytarza na zapleczu cukierni Chubbera skrzypnęły drzwi. Stare drewniane drzwi, takie same jak tysiące innych starych drzwi z drewna. Kiedy się im jednak dobrze przyjrzało, uwagę zwracał kunsztownie cyzelowany zamek z metalowym szyldem w kształcie wypukłego liścia, z zawijasami i spiralami łagodnie lśniącymi w mroku korytarza.

Drzwi ponownie zaskrzypiały, tym razem głośniej, a nieprzyjemny dźwięk poniósł się echem po pustym lokalu.

Była głęboka noc. W rogu cukierni stały zsunięte stoliki – złożone jedne na drugich. Podłogę pokrywała gruba warstwa błota naniesionego tu na butach klientów. Na sklepowej ladzie stały puste srebrne tace i rynienki z folii aluminiowej pełne okruchów. W powietrzu wciąż jeszcze wisiał zapach słodkiego kremu, wanilii i drożdżowego ciasta. Drzwi wejściowe były uchylone, ale na zewnątrz nie widziało się żywego ducha.

Żałosny stos rupieci zalegał od centralnego placu miasteczka aż do małego portu. Wszystkie światła Kilmore Cove pogasły: kuliste klosze latarni wzdłuż wybrzeża, okna mieszkań, dzwonnica kościelna, którą ojciec Feniks miał zwyczaj podświetlać lampką wotywną. Nawet górująca na cyplu latarnia morska Leonarda Minaxo tej nocy była spowita w ciemności. W drżącym blasku gwiazd widać było tylko lśniące wstążki morskich fal.

Kilmore Cove było pogrążone w głębokim mroku. A pośród niewielu odgłosów, jakie dawały się słyszeć, najwyraźniejsze było skrzypienie dobiegające z korytarza na zapleczu cukierni.

Potem pchnięcie.

I jeszcze jedno.

Za trzecim pchnięciem stare drewniane drzwi się otworzyły.

Wtargnęła przez nie chmara muszek i podmuch gorącego powietrza, wilgotnego i dusznego.

Na koniec pojawili się dwaj chłopcy, którzy zatoczyli się w ciemności i wyczerpani oparli o ścianę.

Kopniakiem zamknęli za sobą bez słowa drzwi i zaczęli gwałtownie wymachiwać rękami, aby odpędzić owady.

Jeden z nich miał na sobie śmieszny żelazny hełm w kształcie kokosowego orzecha, wgnieciony z boku, i bufiaste, żółto-czerwone spodnie, zapinane pod kolanami na dwie grube klamerki. Był boso, a stopy i łydki pokryte zadrapaniami i ukąszeniami miał umazane błotem.

– Pożrą mnie żywcem! – wykrzyknął drugi, drapiąc się wściekle po szyi i zaczerwienionych ramionach. Ubranie miał w łachmanach: podartą koszulę, poszarpane na strzępy płócienne spodnie i zniszczone skórzane sandały. – To najzjadliwsze muszki, jakie kiedykolwiek spotkałem!

– Piekielne muszki! – dorzucił kolega we wgniecionym hełmie, po czym puścił się biegiem za towarzyszem.

Dobiegli do końca korytarza, uchylili zasłonę, która oddzielała go od reszty lokalu i przystanęli na moment, zerkając w stronę wyjścia, by się upewnić, że nikogo tam nie ma. Potem pobiegli dalej, kierując się w stronę plaży.

– Dosyć! – zawołał chłopiec w łachmanach, które zrzucał w biegu. Jego jasna skóra usiana była czerwonymi ukąszeniami. Przeskoczył przez bezładny stos desek zwalony na skraju drogi ciągnącej się wzdłuż wybrzeża i biegł dalej po zimnym piasku, wymijając leżący po drodze fotel i ławkę.

I w końcu wskoczył do morza.

Drugi poruszał się o wiele wolniej: kiedy znalazł się na plaży, zdjął wgnieciony hełm, potrząsnął rudymi spoconymi włosami i podbiegł do przyjaciela, gdy ten otrząsał się już z wody. – Pomogło? – spytał.

– Myślałem, że oszaleję.

– Owady z dżungli.

– Tak, ale… – chłopiec rzucił złe spojrzenie na budyneczek cukierni, drewniany sześcian z ozdobnymi zawijasami – nie sądziłem, że będą aż tak żądne krwi! Popatrz tylko, ile ukąszeń!

Rudzielec ziewnął, przetarł podkrążone ze zmęczenia oczy i czekał, aż przyjaciel wyjdzie z wody. – Możemy już iść? – zapytał. – Padam ze zmęczenia.

Tamten przytaknął, podniósł podarte łachy, otrzepał je byle jak z piasku i znowu na siebie włożył. Po czym obaj zawrócili w stronę miasteczka i poszli przed siebie główną ulicą. Przechodzili akurat obok Chubbera, gdy...

Bach! W środku cukierni coś się poruszyło.

– Słyszałeś? – zapytał Rudzielec, przystając.

Pisnęła mewa. Szumiało morze. Nic poza tym.

– Co niby miałem słyszeć?

Rudzielec dał mu znak, by na niego poczekał i podszedł do witryny cukierni. Nocne powietrze było gęste i nieruchome jak wosk. Główna ulica Kilmore Cove biegła prosto jak strzelił, pnąc się w stronę starego miasta, a potem jeszcze wyżej, aż do opuszczonej stacji kolejowej. Wszystkie okiennice od ulicy były pozamykane. Wszystkie z wyjątkiem tych w klinice weterynaryjnej: przez szyby przedostawał się słaby blask kilku świeczek i olejnych lampek. To tam opatrywano rannych podczas ostatniej powodzi. A kiedy w całym mieście zabrakło prądu, powrócono do starych metod oświetlania.

Jakimś cudem budynek cukierni Chubbera, stojący na samym rogu ulicy, wysoka fala oszczędziła.

Bach!

Znowu z cukierni dobiegł ten sam dziwny odgłos.

Dwaj chłopcy spojrzeli po sobie i zawrócili. Weszli do środka. Coś przemykało się wśród cieni po ladzie.

– Nie do wiary! – wykrzyknął Rudzielec.

– Jak ona się tutaj dostała ? – zapytał drugi, podobnie zaskoczony.

Mały, puchaty kłębek przycupnął zwinięty na srebrnej tacy, spoglądając na przybyłych ze zdziwieniem i zadowoleniem kogoś, kto właśnie zlizał najlepszy krem angielski.

Kociątko pumy!

– Musiała się przemknąć przez drzwi, zanim je zamknęliśmy!

Pumiątko zeskoczyło z lady na ziemię i z ufnością zaczęło ocierać się o łydki chłopca w poszarpanym ubraniu.

– Niemożliwe! – westchnął chłopiec, opierając się o futrynę drzwi, straszliwie zmęczony i przygnębiony.

– Najpierw krwiożercze owady a teraz puma… – szepnął drugi, wkładając znowu wgnieciony hełm. – Coś mi się zdaje, że nie służą ci podróże przez Wrota Czasu.

– Co my teraz zrobimy? – zapytał przyjaciel, przyglądając się strapiony małej pumie, która turlała się teraz po podłodze u jego stóp.

– Przecież chyba nie zostawisz zwierzątka w cukierni! – odparł tamten. Mówiąc to, schylił się i błyskawicznie schwytał pumę za łapę. Kocię się obróciło, odsłaniając pazurki, ale po chwili całkiem zadowolone skuliło się w kłębek w ramionach chłopca. Nie okazywało żadnego lęku przed ludźmi.

– Brawo, maleńka. Teraz przekażę cię twemu pańciowi.

– Nie jestem jej pańciem! – zaprotestował chłopiec w podartym ubraniu, ale już po chwili trzymał kociaka w ramionach. – Rick, proszę cię! Nie chcę jej! Nie umiem sobie radzić z pumą!

Kocię pomrukiwało wielce zadowolone.

Chłopiec w hełmie uśmiechnął się ubawiony.

– Ale coś mi się zdaje, że ona ciebie chce, Tommi.

Rozdział 2

NA STACJI

– Mowy nie ma! – wykrzyknął Black Wulkan na widok Ricka Bannera i Tommasa Ranieri Strambiego w drzwiach. Opuszczony budynek stacyjny w Kilmore Cove był czymś w rodzaju hangaru wiktoriańskiego, w którym, całkiem jak w oranżerii, wyrósł mały las. Black Wulkan, były zawiadowca, oczyścił fasadę budynku, wyrywając jeżyny i pnący bluszcz, który się bardzo rozrósł, ale postanowił pozostawić drzewa.

Przed kasą biletową, gdzie niegdyś była posadzka z płytek, wyrósł miękki dywan z mchu.

– Posłuchaj, Black… – westchnął Rick.

– Nie, chłopcy, to wy posłuchajcie! Jestem zmęczony i jest mi zimno. Piekielnie zimno. A na dodatek jestem uczulony na kocią sierść. Jeśli więc chcecie wejść do środka, musicie zostawić tę bestyjkę na zewnątrz.

– Ale to puma!

– Mogłaby być nawet kangurem, ale tak czy owak gubi sierść i do domu jej nie wpuszczę!

Pumiątko jakby rozumiało, że to o nim mowa, przylgnęło jeszcze mocniej do chłopca. Nieomal ocierało się o jego policzek.

– Nie sprawiaj kłopotu, mała – szepnął Tommi.

Black Wulkan rzucił Rickowi surowe spojrzenie. – A można wiedzieć, po kiego licha zabraliście ze sobą tę przeklętą pumę?

– Nie zabraliśmy jej, przyszła za nami sama. Ściślej biorąc, przykleiła się do niego.

Tommi uśmiechnął się z zażenowaniem. – Przykro mi. Nie wiem teraz, co począć.

Black westchnął, parsknął, zaklął, lecz w końcu usunął się na bok, by zrobić im przejście. – Sprawdź, czy zechce tu pozostać między drzewami. Ale wybij sobie z głowy, że ją wpuszczę do salonu.

Chłopcy przeszli przez poczekalnię dawnej stacji. Nocne światło wpadające przez świetlik i szyby nadawało jeszcze bardziej nierealny wygląd paprociom i wysokopiennym roślinom pleniącym się wewnątrz budynku.

Black szedł przodem, niezbyt elegancki w swoich krótkich pomiętych spodenkach, z których wystawały krzywe nóżki w olbrzymich futrzanych kapciach. Doszedł do furtki po drugiej stronie torów, otworzył ją i zaczął wchodzić po wewnętrznych schodach.

– Żadnego kociska! – przypomniał Tommasowi, nawet się nie odwracając.

Chłopiec nic nie odpowiedział, ale wszedł zrezygnowany między drzewa i czas jakiś przekonywał zwierzątko, żeby odczepiło się od jego koszuli. W końcu uwolniony podbiegł do furtki, którą Rick szybko za nimi zatrzasnął.

Słyszeli, jak puma drapała i płakała po drugiej stronie, ale nie ulegli pokusie, by jej otworzyć. Odwrócili się i niewzruszeni poszli po schodach.

Z górnego piętra przenikało drżące światło wielu świec.

– Można wejść? – zapytał Rick, kiedy stanęli na podeście.

Nie czekając na pozwolenie, weszli do pokoju na pierwszym piętrze. Buchnęły na nich kłęby pary i przenikliwy zapach eukaliptusa, który przyprawił obu o napad kaszlu. Na środku pokoju stały dwie wielkie miedziane miednice z gorącą wodą. Black zsunął ze stóp futrzane kapcie i zanurzył stopy w miednicy. Druga była dla Julii Covenant.

Siedziała z zamkniętymi oczami na krawędzi koślawego tapczanu, wdychając balsamiczne wyziewy unoszące się znad miski. Zawinięta w szkocki pled, nawet w mdłym świetle świec najwyraźniej dygotała.

– Julia! – powitał ją Rick i dziewczynka otworzyła oczy. Podszedł do niej z wahaniem, onieśmielony swoją miłością, usiadł obok niej i ramieniem przyciągnął do siebie. Serdeczny gest, niezwykle jak na niego odważny. – Jak ci poszło? – zapytał.

– Och, nie pytaj… – wyszeptała, tuląc się do niego. – Całkowita porażka.

Tymczasem Tommaso zatrzymał się jeszcze przez chwilę w pobliżu podestu, nasłuchując odgłosów dochodzących z dołu. Kiedy te stopniowo ucichły, dołączył do reszty towarzystwa i szukał po omacku czegoś do picia.

– Na stole znajdziesz srebrny czajnik – podsunął mu Black Wulkan. – Pamiętasz, co to lodowate zimno? – zwrócił się następnie do Ricka, naciągając sobie gruby koc na kolana i pocierając brodę, na której jeszcze wisiały małe sople lodu. – No, to my byliśmy tam, gdzie je wynaleziono.

– Aaaapsik! – kichnęła głośno Julia, jakby podkreślając jego słowa, odchyliwszy głowę do tyłu, na oparcie tapczanu.

Rick położył jej dłoń na czole: było rozpalone.

Nie był to najlepszy pomysł, by wysłać dziewczynkę razem z Blackiem przez Wrota Czasu, które się znajdowały w podziemiach latarni Kilmore Cove. Wrota te prowadziły do Thule, krainy mroźnej jak prehistoryczna Syberia, na najdalszej Północy. Miejsca z Wyobraźni gdzieś wśród lodów Arktyki, w Ziemi Franciszka Józefa.

Miejsce zdecydowanie przejmująco zimne. Zwłaszcza dla Julii, która dopiero co dźwignęła się z paskudnej infekcji.

– Jakieś ślady Nestora? – zapytał z nadzieją Rick?

Black Wulkan masował sobie palce u stóp w gorącej wodzie. – Ale gdzie tam! Nic, zupełnie nic. Z wyjątkiem śniegu, wiatru i lodu…

Tommaso nalał sobie filiżankę gorącej herbaty i wziął do ręki kartkę ze stołu, na której zapisali wszystkie Miejsca z Wyobraźni dostępne dzięki kluczom, jakie mieli w swoim posiadaniu:

Thule – w głębi schodów pod latarnią morską.

Eldorado – na tyłach cukierni Chubbera.

Wenecja – Dom Luster.

Agarthi – Turtle Park.

Na czele listy widniał Ogród Księdza Jana przekreślony: Black już tam był i nie znalazł żadnego śladu pobytu Nestora. Co do Atlantydy, prowadzące do niej Wrota Czasu w księgarni Kalipso lepiej było trzymać zamknięte po strasznej powodzi morskiej, która o mało co nie zmiotła z powierzchni całego Kilmore Cove. Brakowało klucza z kocią główką, który otwierał Wrota Czasu w domu panny Biggles, podobnie jak czterech kluczy z Willi Argo, którymi oczywiście – a byli tego pewni – stary ogrodnik otworzył poczerniałe i zadrapane drzwi prowadzące do Metis, na której mógł dopłynąć do każdego Miejsca z Wyobraźni, jakie sobie wymarzył.

Ale które z nich mógł wybrać Ulysses Moore? Wyruszył, nie uprzedzając nikogo i nie zostawiając żadnej wiadomości. Kiedy poprzedniego wieczoru jego przyjaciele powrócili do Willi Argo, znaleźli tylko pudełko z kluczami, w którym brakowało tych czterech od poczerniałych drzwi, i natychmiast zrozumieli: Nestor udał się na poszukiwanie Penelopy, swojej żony. Prawdopodobnie zdecydował się na to, gdy tylko się dowiedział, że żyje. Ale był stary i kulawy, a w każdym Miejscu z Wyobraźni czyhały zasadzki. Zasadzki śmiertelne, nawet jeśli ktoś się nazywał Ulysses Moore. Tak więc, tej samej jeszcze nocy postanowili go dogonić i dopomóc mu w poszukiwaniach. Stary ogrodnik jednak rozpłynął się w powietrzu…

– Drzwi prowadzą na dno jakiejś groty… – opowiadał tymczasem Black.

– Aaaapsik! – przerwała mu znowu Julia.

– …niedaleko miasta gigantów – ciągnął były zawiadowca stacji, rzucając na dziewczynkę zatroskane spojrzenie.

– Gigantów? – zapytał zaciekawiony Rick.

– Ludzi Północy: blondynów, wysokich i chudych, okrytych skórami, obwieszonych amuletami i bronią z kości. Tych, którzy trzymają mamuty, jako zwierzęta domowe… – Black zrobił przerwę i posłał znaczące spojrzenie w stronę Tommasa. – Żaden mamut na szczęście za nami nie poszedł!

– Bardzo śmieszne… – mruknął tamten przez zaciśnięte zęby.

– W każdym razie Nestora tam nie było – zakończył Black. – A jeśli wybrał się do Thule, to już zamarzł.

Nastała długa chwila ciszy, z której skorzystał Tommi, skreślając z listy dwa następne miejsca: Thule i Eldorado.

– Aaaapsik! – kichnęła znowu Julia. – A… wy?

– My byliśmy pożerani przez owady – odpowiedział Rick, odruchowo drapiąc się po ramieniu. – A kiedy już przedarliśmy się przez gęstą dżunglę, wróciliśmy do Złotego Miasta. Nawet jeśli byliśmy tam wcześniej z Wojniczem, zawsze to robi wrażenie…

– Taak… – szepnął Tommaso, powracając myślą do tego czarownego miejsca poza czasem. Złote Miasto. Błyszczące, świetliste i wspaniałe, z tysiącem kolorowych wstęg i dekoracji zawieszonych między domami niczym wspaniałe naszyjniki i bransolety zdobiące ciało dostojnej królowej. I jeszcze wieże nad jeziorem i nieziemski dźwięk wydawany przez tysiące złotych liści poruszanych wiatrem…

– Pomimo wszystko – ciągnął Rick, zwracając się do Blacka Wulkana – udaliśmy się do wskazanego nam konkwistadora.

– Żyje jeszcze?

– Tak. Żyje i prosperuje. Otworzył nawet coś w rodzaju lokalu.

Były zawiadowca zatarł ręce, aż poczerwieniały. – Stary poczciwy Francisco Bizzarro de la Vega. Najbardziej leniwy konkwistador w historii! Wiesz, co nam kiedyś powiedział? – wspominał z błyskiem w oku. – „Po co przemierzać dżunglę z powrotem i wracać do Hiszpanii, kiedy można leżeć brzuchem do góry i łowić ryby w złocistym jeziorze?”.

– Wygodna filozofia.

– Tak. Szkoda tylko, że potem…

Black nie dokończył zdania.

– Co potem?

– Zostawmy to. Złe wspomnienia i źli ludzie. Co wam powiedział? – zapytał były zawiadowca, zmieniając nagle temat.

– Że dawno już nie widział Ulyssesa Moore’a ani nikogo z jego przyjaciół. Co najmniej od dziesięciu lat.

– Dwunastu – uściślił Black. – Zresztą rok mniej, rok więcej.

Znowu nastała dłuższa cisza zakłócana teraz odległym miauczeniem pumiątka, najwyraźniej wojującego z drzewami na stacji.

– Co to za hałasy? – spytała zdziwiona Julia.

– Malutka puma Tommasa – odparł Rick, patrząc z rozbawieniem na chłopca z Wenecji.

– Przybłąkała się – wyjaśnił Tommi wyraźnie speszony.

– Kocię… pumy? Ależ to cudownie! – zawołała z entuzjazmem Julia. – Czemu jej tu nie przyprowadziliście?

– Mowy nie ma! – uciął krótko Black Wulkan. – I biada ci, jeżeli stłucze szybę! – dorzucił surowo, zwracając się do chłopca.

– Są trzy możliwości – podsumował zamyślony Rick. – Pierwsza, że Nestor nie wyruszył do żadnego z miejsc, do których można dotrzeć za pomocą naszych kluczy, lecz tam, gdzie można jedynie dopłynąć na Metis. Druga, że owszem, wyruszył, ale osoby, które o niego pytaliśmy, nie widziały go…

– A trzecia? – zapytał Tommaso.

– A trzecia, że Nestor przekonał je, żeby nie ujawniały nam, że go spotkały – dokończyła Julia zamiast Ricka.

– I niby dlaczego miałby to zrobić? – zapytał z niedowierzaniem Tommaso.

Black pokiwał głową. – Kto go kiedy zrozumiał, tego przeklętego kuternogę? – Plasnął gniewnie dłonią o powierzchnię gorącej wody. – Mógł się udać gdziekolwiek. A kiedy powiadam gdziekolwiek, rozumiem… wszędzie.

Cała czwórka spojrzała po sobie zatroskana.

– W porządku – rzucił na koniec Black. – Postępujmy pomalutku. Teraz idziemy wszyscy spać. Jutro podejmiemy nasze poszukiwania.

– Czy mogę zostać tutaj na noc? – zapytał Tommaso, ziewając.

– Jasne, ale puma jutro rano zniknie – odparł szorstko Black. – Nawet gdybym musiał na siłę odstawić ją do dżungli.

Tymczasem Rick pomagał Julii wstać z tapczanu. – Dasz radę? – pytał z przejęciem.

Dziewczynka zadrżała, przytulając się do niego jeszcze mocniej.

Rick dotknął ustami jej rozpalonego czoła. – Odprowadzę cię do domu – powiedział łagodnie, pomagając jej włożyć suche już buty.

Kiedy Julia była gotowa zmierzyć się z przenikliwym chłodem nocy, pożegnali się.

Ale Black ich prawie nie słyszał. – Może być wszędzie… – mruczał do siebie ze stopami zanurzonymi w wodzie teraz już ledwo ciepłej.

Rozdział 3

TAJEMNICZA WYSPA

Ponury bezkres ciemnego piasku i ciemnofioletowych muszli pokruszonych przez morze. Stalowoszare niebo. Zimno i daleko. Żadnej chmury. Zimny wiatr wiejący od północy, który w ciągu lat powyginał pnie palm w niekończący się szereg smutnych łuków.

Nestor przesunął ręką po włosach i zacisnął z irytacją zęby.

Do diaska, to było jeszcze bardziej niegościnne miejsce, niż zapamiętał.

Kiedy pchnął z wysiłkiem drewniane drzwi pomalowane na niebiesko, od razu usłyszał szum morza i świst wiatru unoszący się znad piasku. Popiskujące ptaki. Długo stał w progu, nasłuchując.

„Ostrożnie” – powiedział sobie. Nie miał broni na wypadek czyjejś napaści. I nie był całkiem pewien, czego mógł się spodziewać.

W końcu przekroczył próg, popatrzył na niego uważnie, po czym wyszukał dostatecznie ciężki kamień i zablokował drzwi tak, żeby nie mogły się za nim zamknąć. To była jedyna droga powrotna.

Było gorąco. Gorąco i parno, duszno. Tropik. Ściągnął z siebie wełniany sweter i w końcu ruszył, wymijając korzenie, które się przebiły przez ruiny posadzki dawnego salonu w siedemnastowiecznym zniszczonym i opuszczonym budynku, w jakim się znalazł. Ze ścian obsypywał się złuszczony biały tynk.

Kiedy podniósł wzrok, zobaczył resztki starego kominka. Lustro.

I tysiące napisów na ścianie.

Graffiti.

Obraźliwe i niezrozumiałe wyrazy. Dziwne rysunki wyryte żelaznym szpikulcem czy kamiennym ostrzem.

Gniewne.

Naładowane nienawiścią.

Dłuższą chwilę rozważał, czy nie byłoby rozsądniej zawrócić. Mógł się domyśleć, kto był autorem tych napisów.

Rozpoznał swoje imię: Ulysses Moore.

Było podkreślone i otoczone krzyżykami, zupełnie jak cmentarz na mapie. Były też imiona innych znajomych osób: Penelopa, Peter, Black i Leonard.

Litery były wielkie i spiczaste. A czaszka z dwiema skrzyżowanymi piszczelami tuż pod imionami oznaczała tylko jedno: zemstę.

„Módl się, żebyś to nie był ty…” – wyszeptał przez zaciśnięte zęby stary ogrodnik, opuszczając w pośpiechu zrujnowany dom.

Szum fal rozbijających się o plażę i nieustający świst wiatru natychmiast go ogłuszyły, tak że Nestor nie usłyszał, jak w budynku zatrzasnęły się Wrota Czasu. Ktoś ostrożnie odsunął na bok blokujący je głaz.

„Powinienem był wziąć ze sobą broń” – mruknął stary ogrodnik, kuśtykając po plaży. Coś na wszelki wypadek, gdyby doszło do jakiegoś niebezpiecznego spotkania. Jakaś szabla czy rewolwer… Rewolwer byłby lepszy, zważywszy, co się wydarzyło ostatnim razem.

A tymczasem nie miał nic: wyruszył z Willi Argo w pośpiechu, z plecakiem pełnym notesów i drewnianych łódeczek oraz z wielkim zamętem w głowie.

Początkowo zamierzał zabrać ze sobą pudełko z kluczami, żeby przeszkodzić innym w szukaniu go, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie: „A niech robią, co chcą – pomyślał – to nie mój problem”. Nic i nikt nie mógł go odciągnąć od jego zamiaru: odnalezienia Penelopy bez względu na cenę.

A poza tym zawsze lubił podróżować bez bagażu.

Teraz zrozumiał, że okazał się naiwny. Postąpił impulsywnie, nie przemyślał sprawy. Prawdę mówiąc, nie wyobrażał sobie, że wyląduje na tej wyspie. Podjął taką decyzję w ostatniej chwili: w momencie, w którym postawił nogę na pokładzie Metis i ujął ster w dłonie. I natychmiast dopadły go wątpliwości.

Okrutne wątpliwości.

I oto już tu był.

Za rzędem palm wygiętych od wiatru Pacyfik wyglądał jak ogromne jezioro błota. Trawa była mokra, co znaczyło, że dopiero co przeszła tu tropikalna ulewa.

Nestor przeskoczył przez pień wyrzuconego przez morze drzewa i skierował się w stronę dalszych drzew, wyrwanych z korzeniami i pobielałych od słońca, przypominających szkielety wielorybów.

Zapytywał sam siebie, czy w tej chwili on go obserwuje.

Czy jeszcze żyje?

A Penelopa?

W powietrzu rozległo się przenikliwe nawoływanie wędrownego ptaka. Zaniepokojony Nestor rozejrzał się dokoła, po czym ruszył dalej. Obszedł przylądek i sto kroków przed sobą zobaczył resztki opuszczonego miasteczka. Stare, koślawe domy z drewna. Pomost. Dziesięć pierścieni zardzewiałego łańcucha od kotwicy.

Przeszedł ostrożnie wzdłuż rzędu palm, żeby nie rzucać się w oczy i zauważył, że piasek był usiany dziesiątkami małych jamek krabów. Po pewnym czasie oparł się wyczerpany o pień palmy, zacisnął zęby z wściekłością i przy pierwszym silniejszym podmuchu wiatru wymamrotał przekleństwo.

„To już nie na moje lata, tego rodzaju imprezy – powiedział sobie. Nie mam też już do tego cierpliwości”.

W końcu postanowił zlekceważyć wszelkie środki ostrożności i szedł dalej samym brzegiem, dobrze widoczny. Jeżeli w tym miejscu zapomnianym od Boga i ludzi ktoś jeszcze żył, tym bardziej chciał go jak najszybciej spotkać. Niechby to był on… albo Penelopa.

Kiedy tak wędrował, wysilał się, by sobie przypomnieć kształt wyspy i układ starych zabudowań. „To musi być opuszczone miasteczko piratów, zatem…”

Nagle się odwrócił i nastawił uszu.

Usłyszał jakiś hałas.

Czekał przez chwilę w napięciu. Serce podeszło mu do gardła, jak to się zdarza starszym ludziom ze zmęczenia.

– Hej! – krzyknął gniewnie. – Wiem, że tu jesteś!

Ale nikt mu nie odpowiedział. Palmy kołysały się na wietrze. Może to orzech kokosa spadł na dywan z suchych liści. Może jakieś zwierzę? Ptak czy coś, co żyje wśród gałęzi. Albo…

„Spokojnie – powiedział sobie. – Nie wpadajmy w panikę”.

Podwinął rękawy koszuli. Zaczął się pocić. Potem ściągnął plecak, otworzył go i wyjął z niego zeszyty, które zabrał, usiłując sobie przypomnieć, czy w którymś z nich była mapa wyspy. Jakkolwiek było możliwe, że została przekazana tłumaczowi razem z pozostałymi dziennikami.

Usiadł na piasku i przez kilka minut kartkował te, które udało mu się zachować, dotyczące Krainy Puntu, Atlantydy, Thule, Eldorado… przynajmniej raz miał szczęście: w jednym z ostatnich dzienników znalazł niestaranną kopię mapy wyspy pod niedwuznacznym tytułem: Tajemnicza Wyspa.

Czytając te stare zapiski, nie mógł powstrzymać uśmiechu.

To nie było jego pismo. To było pismo Penelopy.

Potem, z mapą w ręce, zaczął obchodzić plażę po drugiej stronie starego miasteczka piratów. Przeskoczył kilka pni i obszedł inny maleńki cypel z niewysokimi skałami pokrytymi muszlami rogowców. Poszedł dalej wzdłuż następnej plaży, która zataczała długi łuk niczym otwarty nawias.

„Tak, prawie jak otwarty nawias” – pomyślał.

Zdjął buty i skarpety i zrobił kilka kroków w płytkiej wodzie, próbując sięgnąć spojrzeniem poza rzędy palm i dostrzec inne szczegóły na wyspie.

Woda była mętna i zimna. Prąd znosił pokruszone muszle, które łaskotały go w stopy, jak tysiące malutkich pazurków.

Kiedy woda sięgnęła mu już po biodra, zatrzymał się: umiał rozpoznać granicę, poza którą prąd oceaniczny nie pozwalał mu się posunąć. Podniósł wzrok i zobaczył stożek szczytu wulkanu. Sterczał samotnie ponad drzewami, nie dalej niż kilometr w linii prostej.

Zerknął na rysunek: więzienie gubernatora nie powinno być daleko stąd.

Wrócił zamyślony na brzeg. Zebrał buty i skarpety i szedł dalej wśród krabów mknących z niebywałą szybkością, a fale zalewały każdy jego ślad.

Jakby go tu nigdy nie było.

Rozdział 4

SENNE KOSZMARY

– Pali się! – krzyknął Jason Covenant, zrywając się nagle ze snu.

Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że znajduje się w swoim pokoju w Willi Argo.

Był cały spocony. Serce waliło mu jak oszalałe i prześladował go jakiś strach. Ale nie mógł sobie przypomnieć, z jakiego powodu: koszmar jakby wyparował mu z pamięci w chwili przebudzenia. Usiłował go sobie przypomnieć, ale na próżno.

Potem uświadomił sobie, że przez sen ściągnął z siebie ubranie, które teraz zgniecione leżało gdzieś w kącie materaca, więc wsunął się pod kołdrę, żeby po nie sięgnąć.

I natychmiast doznał tak dotkliwego bólu krzyża, że zabrakło mu tchu.

Kilka chwil pozostał bez ruchu, ale ból wcale nie malał, więc skulił się cały na poduszce i przycisnął ręce do piersi.

W głowie nie pozostało mu wiele z podróży do Agarthi, tymczasem w ciele wprost przeciwnie, bardzo dużo: powrócił zupełnie wykończony z zimna. Do tego stopnia, że poprzedniego wieczoru musiał odmówić przyłączenia się do pozostałych, ruszających na poszukiwanie Nestora, i padł wyczerpany na łóżko.

Odczekał z sięgnięciem po piżamę, aż poczuje się trochę lepiej i zrobił to bardzo ostrożnie. Dźwignął się do pozycji siedzącej na skraju łóżka, z rękami przylegającymi do boków.

Nie pamiętał już nawet, że boli go w krzyżu, bo poczuł teraz, jak go łamie.

Podniósł się i zdał sobie sprawę z przerażeniem, że właściwie nie ma takiego miejsca na ciele, które by go nie bolało.

Podszedł do okna z przymkniętą okiennicą, szurając bosymi stopami po podłodze.

Która mogła być godzina?

Odsunął zasłony – wyglądało na ranek.

Daleko nad horyzontem wisiały czarne niskie chmury, ale nad Kilmore Cove świeciło słońce. Mewy fruwały nad drzewami w parku. Morze iskrzyło się w słońcu. W powietrzu unosiła się obrzydliwa woń dymu.

Dymu i spalenizny.

Dymu, spalenizny i… benzyny.

Przetarł oczy i skierował wzrok na to, co pozostało z domku Nestora i na część ogrodu w pobliżu: same szkielety z czarnego drewna. Zwęglony stos. I masa popiołu. Wszędzie popiół unoszony wiatrem.

Pomału sobie przypomniał: poprzedniego dnia Bowen podpalił Willę Argo. A przynajmniej próbował to zrobić. Potem użył Pierwszego Klucza do otwarcia Wrót Czasu i zszedł aż do mostu ze zwierzętami, zanim wpadł ostatecznie w przepaść rozpadliny. To Jasonowi opowiedziano po tym, jak wrócił z Agarthi.

– Mała strata, krótki żal… – wyszeptał chłopiec, wstydząc się nieco własnego cynizmu.

– Jason? – odezwał się głos za jego plecami.

Obejrzał się w stronę uchylonych drzwi: Julia.

– Hej, siostrzyczko!

– Już nie śpisz?

– O czym ty mówisz? Wchodź, śmiało.

Siostra wślizgnęła się do pokoju, zamykając za sobą drzwi. – Jak się czujesz?

– Hmmm, powiedzmy, że miewałem w życiu lepsze chwile. W głowie mam zamęt i… wszystko mnie boli.

– To cena, jaką musisz zapłacić za swoją „wycieczkę” do Agarthi. Należało się lepiej ubrać… aaapsik!

– Na zdrowie! – odezwał się Jason ze złośliwym uśmiechem. – Coś mi się wydaje, że przyganiał kocioł garnkowi… – Po chwili spoważniał. – Jakieś nowiny w związku z Nestorem? – zapytał.

Julia spojrzała na niego i podsunęła sobie chusteczkę pod nos. Była blada, a oczy miała paskudnie podkrążone. – Żadnych. Pozostaje nam jeszcze sprawdzić tylko Wenecję i Agarthi.

– Nie sądzę, żeby się udał do Agarthi. – Jason pokiwał w zamyśleniu głową. – Nestor dobrze wie, że nawet jeśli uda mu się tam zdobyć jakieś informacje na temat Penelopy, zapomni o nich, jak tylko opuści to miasto, jak to się zdarzyło mnie… – Ziewnął. – Która godzina?

– W sam raz pora, żebyś wstał. Już i tak za długo spałeś.

Dokładnie w tej samej chwili z dołu doszły ich głosy rodziców: wyglądało na to, że o czymś żywo dyskutują.

– Czekają nas nieprzyjemności? – zapytał Jason zmartwiony.

– Na to wygląda – uśmiechnęła się Julia.

– Hej, synu-zjawo! – zawołał, udając dobry humor pan Covenant, gdy tylko Jason wsunął głowę do kuchni i boso, na palcach przemykał się na swoje miejsce. – Właśnie o tobie mówimy.

„No to klops” – pomyślał chłopiec, jeszcze nie całkiem rozbudzony. Nie wystarczyła powódź, która zrujnowała doszczętnie miasto. Ani pożar domku Nestora i cała reszta. Nic nie mogło przeszkodzić rodzicom w wygłoszeniu kazania w starym stylu. W porządnym zmyciu głowy za urwanie się z lekcji.

Jason nie odezwał się ani słówkiem. Usiadł na swoim stałym miejscu i przyglądał się, jak matka krząta się po kuchni, szykując śniadanie. Nie zaszczyciła go przy tym bodaj jednym spojrzeniem: taki miała sposób na zakomunikowanie mu, że była rozgniewana.

Ciepłe grzanki z masłem jednak smakowały wybornie.

– I patrz mi w oczy, kiedy do ciebie mówię! – ciągnął pan Covenant, który przeciwnie niż żona, nie miał najmniejszego zamiaru milczeć.

– Ale jeszcze do mnie nic nie mówiłeś!

– Nie żartuj sobie, Jason! I odgarnij włosy z oczu!

Jason gniewnie odrzucił włosy do tyłu.

Tymczasem ojciec usiadł naprzeciwko niego i podjął temat. – Więc jak udała się szkolna wycieczka? Rozerwałeś się?

Jason parsknął. Nie było sensu ciągnąć dalej tej gry. Wymyślili z Rickiem chytry plan wycieczki, żeby zapewnić sobie dwa wolne dni… Ale z powodu tego wszystkiego, co się w międzyczasie wydarzyło w Kilmore Cove, nakryto ich.

– Posłuchaj, tato… Przykro mi – szepnął ze spuszczonymi oczami.

I natychmiast pożałował. Nie powinien tak szybko się poddawać. Powinien zawalczyć. Zaprzeczać aż do końca. Nie chciał tak łatwo przyznać ojcu racji, dając mu pełną satysfakcję.

Ale już było z późno. Już nawarzył piwa.

– Przykro ci? – zapytał pan Covenant zdumiony. – I to jest wszystko, co masz nam do powiedzenia? Że ci przykro? Czy ty masz bodaj blade pojęcie, co myśmy tu z matką przeżyli?

Stary sposób na wywołanie poczucia winy. Jason zrobił wszystko, by nie dać się w to wciągnąć.

– Można wiedzieć, co ci wpadło do głowy? Jak mogłeś coś takiego… nam zrobić?

A teraz stara śpiewka na temat zatroskanych rodziców. Tę także znał. „Wytrzymaj – powiedział sobie. – Wytrzymaj, a to się zaraz skończy”.

Ale ojciec niewzruszony ciągnął: – Zastanawiam się, jak ci przyszły na myśl takie wzniosłe przeprosiny. Dwa dni na wycieczce szkolnej w…? O czym miałeś odwagę nam tu opowiedzieć? O obserwatorium astronomicznym? O skałach w Dover?

– W Londynie – mruknął Jason przez zaciśnięte zęby. Nawet przy przeprosinach wypada zachować pewien styl.

– Niby w Londynie, aha… A tymczasem? Co naprawdę robiłeś? Gdzie byłeś?

Jason wybrał ostrożne milczenie. Nie podniósł wzroku znad grzanki, nawet kiedy usłyszał kroki siostry, która weszła do kuchni i usiadła koło niego. Nawet jeśli nie oczekiwał od niej pomocy, było mu jednak raźniej. Przynajmniej Julia wiedziała, jak naprawdę wyglądały sprawy.

– Chcemy tylko poznać prawdę, Jasonie – wtrąciła się w tym momencie matka, trzymając w ręku dzbanek z kawą.

No tak, ostatecznie nadeszła podniosła chwila.

Prawda.

Gdyby im ją powiedział, prawdę, ściągnąłby na siebie największą burzę w całym swym życiu. Chyba że rodzice przedtem padliby na apopleksję. Prawda była taka, że on razem z Anitą i Rickiem wsiedli w tajemnicy do samolotu do Tuluzy, udali się na poszukiwanie Miejsca z Wyobraźni zagubionego w Pirenejach, wspinali się po skałach, rozmawiali z ostatnią mieszkanką w miasteczku, któremu groziło rozpłynięcie się w powietrzu, weszli przez niedokończone Wrota Czasu, które prowadziły do tajemniczego Labiryntu ukrytego w czeluściach Ziemi, z którego ledwo zdążyli uciec na pokładzie małego balonu zbudowanego przez Petera Dedalusa i…

Jason chciał coś powiedzieć, ale w końcu wydał tylko głośne westchnienie i z powrotem spuścił głowę, zamykając się w milczeniu z poczuciem winy.

Pani Covenant popatrzyła chwilę na niego z miną wyraźnie zawiedzioną. Potem powróciła do swojej zwykłej krzątaniny po kuchni.

– Nie chcesz odpowiedzieć? – zapytał surowo pan Covenant. – Nie chcesz nam powiedzieć, co robiłeś? Nieważne. Wszystko jedno, czy powiesz czy nie, od tej chwili jesteś ukarany. Będziesz mógł wychodzić tylko na jedzenie. I tylko wtedy, kiedy cię zawołamy. A poza tym pozostaniesz w swoim pokoju. Czy wyraziłem się jasno?

– Ale…!

– Żadnego „ale”, Jasonie. Tym razem naprawdę przebrałeś miarkę.

– A co będzie ze szkołą? – zatroszczył się po raz pierwszy w życiu chłopiec.

– Dziś autobus szkolny nie jeździ. Jutro też nie. I do wieczora będziemy bez prądu.

– Nie możecie kazać mi siedzieć w zamknięciu przez cały dzień!

– Czyżby? A to dlaczego?

Jason rzucił siostrze błagalne spojrzenie. – Powiedz coś chociaż ty!

Ale Julia tchórzliwie wzruszyła tylko ramionami.

– Teraz skończ swoją grzankę i zmykaj na górę! – uciął krótko ojciec.

Jason poderwał się z krzesła. Chciało mu się wyć i zbuntować przeciwko temu, co w jego oczach było potworną niesprawiedliwością. A tymczasem nie zdołał wymówić słowa. On, który pokonał tysiące trudności i ocalił połowę świata od zagłady, nie znalazł siły, by sprzeciwić się tej absurdalnej karze!

– W gruncie rzeczy… – wtrąciła się pani Covenant – może jest alternatywa, Jasonie, jeśli aż tak bardzo nie chcesz siedzieć cały dzień w swoim pokoju.

Jason spojrzał na matkę i poczuł, jak mruga iskierka nadziei. Jego mama! Jego kochana mama!

– Możesz mi pomóc przy robieniu porządków po tym bałaganie, jakiego narobili ci wandale. Wszystko jest do wysprzątania, ogród do uporządkowania, a spalone pnie do usunięcia…

Jason opadł na krzesło, zawiedziony.

– Nestor wziął sobie kilka wolnych dni, biedak – ciągnęła matka. – Musi być do głębi poruszony tym, co się stało. To zrozumiałe.

– Ale to nie wszystko – dodał tajemniczo pan Covenant.

W kuchni zapadło dziwne milczenie.

Rodzice spojrzeli po sobie, potem kiwnęli przecząco głowami. Ale Julia to zauważyła i postanowiła zgłębić sprawę. – Zechcielibyście może powiedzieć nam, o co chodzi?

– O nic!

– Zupełnie nic.

Julia jednak miała zazwyczaj nosa w sprawach dorosłych, pewien szósty zmysł, i nie dała się tak łatwo zbyć.

– Coś planujecie – nalegała.

Jason odrzucił sobie znowu włosy do tyłu, obserwując zaciekawiony sytuację.

Pani Covenant zebrała nerwowo talerze ze stołu. – Jeszcze o tym nie rozmawialiśmy z wami, dzieci, ponieważ na razie to dopiero pomysł, jeszcze nie podjęliśmy de- cyzji…

Oparła ręce na ramionach męża.

„Zły znak – pomyślał Jason. – Zjednoczenie sił”.

– Wiecie dobrze, jak bardzo lubimy ten dom, ale…

– Ale…? – zapytały zgodnym chórem bliźnięta, coraz bardziej zaniepokojone.

– Jesteśmy przekonani, że dalsze mieszkanie w Willi Argo stało się doprawdy niemożliwe.

– Jak to „niemożliwe”…?

Pani Covenant zacisnęła ręce na ramionach męża i spojrzała z czułym uśmiechem na dzieci, które się w nią wpatrywały skamieniałe. – Myślimy zatem o powrocie na stałe do Londynu – powiedziała jednym tchem.

Rozdział 5

DOM OBLIWII NEWTON

Rick Banner zbudził się bardzo wcześnie, pozdrowił matkę, która śpieszyła się do kliniki weterynaryjnej, by pomóc ostatnim ofiarom powodzi, wskoczył na swój nieodłączny rower i pomknął z Kilmore Cove w kierunku przeciwnym niż urwisko Salton Cliff.

Minął warsztat Złotej Rączki, gdzie przez ogrodzenie wydało mu się, że spostrzegł MV augustę, którą pożyczyli poprzedniego dnia. Motocykl znowu stał na swoim miejscu pod dachem pilnowany przez groźnego pitbula.

„Piękna przygoda” – pomyślał Rick, stając na pedałach.

Pamiętał doskonale upojny pęd, jakiego doświadczył na tym motorze, jego hałaśliwe przyśpieszenie i ramiona Julii, którymi obejmowała go w pasie. To było wspaniałe. Mimo że dzień zakończył się pożarem Willi Argo i śmiercią doktora Bowena…

Na to wspomnienie zadrżał.

Doktor spadł w ciemną przepaść pod mostem ze zwierzętami. Rick zamknął oczy i w głowie znowu mu zabrzmiał ten ostatni, mrożący krew w żyłach wystrzał z pistoletu. Zobaczył płomyk na czubku parasola Wojnicza i wyraz niedowierzania na twarzy Bowena, gdy zatoczył się do tyłu i zaplątał nogami w linę cumowniczą balonu. A chwilę potem… doktor spadł w otchłań przepaści.

Pochłonęła go ciemność.

„Kurczę, marny koniec”.

Rick potrząsnął głową, żeby uwolnić się od tych mrocznych myśli. Także dlatego, że nie pomagały mu skupić się na tym, co teraz było najważniejsze: odnalezieniu Penelopy i Ulyssesa Moore’a oraz sprowadzeniu ich do domu. Tym razem obojga.

Wiele o tym myślał i postanowił, że pierwszą sprawą do załatwienia jest spotkanie i rozmowa z Peterem Dedalusem. Trzeba mu opowiedzieć o balonie, poprosić by zbudował drugi i zejść ponownie w podziemia Labiryntu.

Ale przed udaniem się do Wenecji wieku osiemnastego, trzeba było załatwić dwie sprawy: nakarmić konia i pożegnać pewną osobę.

Pokonał wzniesienie na skraju miasta, minął cypel z latarnią morską i zatrzymał się przy stajni, w samą porę, by dać paszę Ariadnie. Łódź Leonarda jeszcze nie powróciła. Nieobecność latarnika i jego żony stawała się z dnia na dzień coraz bardziej uciążliwa. Było tak, jakby oni oboje postanowili wypisać się z całej tej historii. Jakby opuścili Kilmore Cove na zawsze.

Kto wie, co by powiedzieli na wiadomość, że księgarnia Kalipso została całkowicie zniszczona…

Rick rzucił klaczy ostatnią wiązkę siana.

„Nie da się niczego zbudować, nie rujnując czegoś…” – powiedziałby jego ojciec, gdyby żył.

– Wiesz co, tato? To wcale nieprawda – powiedział na głos chłopiec o rudych włosach, dziwiąc się sam tej niespodziewanej myśli.

Od morza wiał zmienny wiatr. Powierzchnia wody była usiana setkami lśniących diamencików, a drzewa na wzgórzach pochylały się to w jedną, to w drugą stronę.

Po raz pierwszy zdarzyło się, że Rick nie zgadzał się z maksymą swego ojca i to wcale nie było przyjemne uczucie. Czuł się, jakby przestało go chronić ojcowskie doświadczenie. Jakby nagle musiał zacząć myśleć wyłącznie na własny rachunek.

Wzruszył ramionami i wsiadł z powrotem na rower.

„Ja niczego nie musiałem burzyć, żeby zbudować coś z Julią” – powiedział do siebie, naciskając na pedały.

Ale co takiego zbudował, szczerze mówiąc? Serce zaczęło mu bić mocniej i to nie z powodu wysiłku pedałowania.

Dom Obliwii Newton wyłonił się nagle zza zakrętu i Rick nie umiał powstrzymać uśmiechu: ten z pewnością należałoby wyburzyć, żeby zbudować nowy. I w miarę możliwości sympatyczniejszy.

Była to betonowa budowla, niska i szeroka, podobna do odwróconego tortu, osadzona na niewielkim wzniesieniu trochę powyżej drogi wzdłuż wybrzeża. Liliowa bugenwilla oplotła fasadę i szczęśliwie osłoniła jej większą część.

Aż do poprzedniego wieczoru dom od bardzo dawna stał pusty. Po śmierci właścicielki przeszedł, wraz z pozostałymi dobrami zgromadzonymi w ciągu lat przez bogatą kobietę interesu, w posiadanie Blacka Wulkana, ojca Obliwii. Ten jednak nie miał zamiaru postawić tam nogi.

„I jak nie przyznać mu racji” – pomyślał Rick, pedałując aż do furtki.

Zadzwonił i czekał, zerkając poprzez kraty, aż ktoś otworzy. Ale nikt nie nadchodził.

Zawołał głośno i dopiero wtedy wyjrzała z góry uśmiechnięta czarnowłosa Anita Bloom.

– Nie słyszałam dzwonka! – wykrzyknęła.

„Oczywiście – dopiero w tym momencie przypomniał sobie Rick. – Przecież nie ma prądu!”.

Anita zeszła, żeby otworzyć zamek kluczem, i wkrótce Rick wszedł na teren posesji.

– Coś nowego? – zapytała dziewczynka.

Rick pokręcił przecząco głową.

Położył rower na ziemi, ściągając przedtem z kierownicy zegarek swego ojca i poszedł za Anitą po kręconych schodach prowadzących na pierwsze piętro.

Wnętrze domu Obliwii Newton było przestrzenią typu open space z dwoma ogromnymi oknami wychodzącymi na morze. Urządzone było w sposób dosyć niepokojący – meblami i przedmiotami w stylu futurystycznym. Trochę przypominało wnętrze… lodówki.

– A twój tata? – zapytał chłopiec o rudych włosach, rozglądając się onieśmielony dokoła.

– Jest na dole.

– Udało się wam dodzwonić do mamy?

Anita przytaknęła i dała znak Rickowi, by usiadł na tapczanie o wyglądzie groźnie nowoczesnym.

– Nie będę się rozsiadać – powiedział chłopiec. – Razem z Tommim przygotowujemy się do wyjazdu do Wenecji.

Dziewczynka spojrzała na niego pytająco.

– Nie do twojej Wenecji – uściślił Rick.

– Aha.

– Potrzebujemy Petera.

Anita zmrużyła oczy. Po dłuższym odpoczynku, prysznicu i solidnym posiłku odzyskała swoją dawną energię i spojrzenie pełne blasku i życia. Ale nie miała najmniejszego zamiaru ładować się w nową przygodę poza Wrotami Czasu.

– Nie sądzę, bym mogła wam towarzyszyć… – zaczęła mówić, jakby otrzymała specjalne zaproszenie.

– Nie przyszedłem tu po to, by cię namawiać – przerwał jej Rick. – Wiem, że wyjeżdżasz i chciałem cię tylko pożegnać.

To była prawda: po rozmowie telefonicznej z matką Anita z ojcem postanowili wypożyczyć samochód i pojechać po panią Bloom do Londynu, żeby rodzina znów była w komplecie.

– Wrócisz, prawda?

Anita uśmiechnęła się. – No tak. Przynajmniej żeby zabrać Tommiego. Jego rodzice okropnie się martwią. Dziś w końcu udało się nam z nimi porozmawiać i trzeba było wielkich zdolności dyplomatycznych mego ojca, żeby ich przekonać, że wszystko jest w porządku.

– Zaopiekuję się nim.

Zapadło milczenie i w powietrzu zawisły pewne pytania.

Na koniec Anita przerwała tę ciszę. – Widziałeś się z Jasonem? – zapytała, nie patrząc na Ricka i leciutko się czerwieniąc.

– Nie, ale rozmawialiśmy niedawno. Został ukarany.

– Rozumiem. A w miasteczku… co mówią o ostatnich wydarzeniach? – dziewczynka pośpiesznie zmieniła temat.

– Cóż, moja matka powiada, że nikt nie potrafi wyjaśnić, co wspólnego ma Bowen z pożarem Willi Argo. A przede wszystkim ludzie się dopytują, gdzie doktor przepadł. Dziś powinny się zacząć poszukiwania, które – jak wiemy – nie doprowadzą do niczego…

Anita pomyślała o paskudnym końcu doktora Bowena i głęboko westchnęła. Potem wstała i podeszła do okna. – Sądzisz, że istnieje jeszcze ktoś inny… zamieszany w tę historię z Wrotami Czasu? – zapytała cichutko, błądząc spojrzeniem po morzu pomarszczonym od wiatru.

– Ktoś inny mający złe zamiary? – Rick pokręcił głową. – Nie, nie sądzę, żeby byli jeszcze jacyś inni niegodziwcy.

Ale wcale nie był tego pewien.