Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 462 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ogród księżycowy - Agnieszka Krawczyk

Historia o miłości, dawnych błędach i o wybaczaniu.

W dolinie mgieł i róż zaczyna się wiosna. Pisarka, Sabina Południewska, kończy remontować stary dom. Przy nim powstaje wyjątkowy Ogród księżycowy, który najpiękniej i najbardziej tajemniczo wygląda nocą. Sabina jest szczęśliwa – znalazła swoje miejsce na ziemi. Otaczają ją przyjaciele – hrabina Tyczyńska produkuje swoje niezwykłe perfumy, Marek Rokosz rozwija uprawę ziół, a Mila Mossakowska chce zorganizować w pensjonacie „Pod Graalem i Różą” warsztaty pisarskie, które mogłaby poprowadzić Sabina. Ekscentryczna Carmen wysyła do Idy argentyńskiego reżysera, irytującego ale i zabawnego oryginała. Do starych znajomych dołączają nowi, jak Kalina Olczak, zdolna projektantka ogrodów, czy Sebastian – „szczęśliwy włóczęga”, który nigdzie nie potrafi zagrzać miejsca na stałe. Przyszłość rysuje się świetlistą kreską i wydaje się, że nic nie może zakłócić tego harmonijnego życia.

Jednak niespodziewanie w Idzie pojawia się osoba, która może zmącić szczęście Sabiny i Krzysztofa, odmieniając ich los. Dawne błędy potrafią rzucać długie cienie, a wybaczenie nie zawsze jest proste.

Czy miłość naprawdę jest w stanie pokonać każdą przeszkodę? Czy to, co pęknięte da się skleić bez śladu?

Tej wiosny, w dolinie mgieł i róż kilka serc zostanie złamanych. Ale miłość i dobro mają kojącą moc leczenia ran.

Bo jedno jest pewne – żeby osiągnąć szczęście, trzeba zawsze podążać słoneczną drogą.

Opinie o ebooku Ogród księżycowy - Agnieszka Krawczyk

Fragment ebooka Ogród księżycowy - Agnieszka Krawczyk

1

– Na ile znam język hiszpański, tłumaczenie jest dobre, Laurito – powiedziała Carmen Rojas do szczupłej kobiety, która wspólnie z nią pochylała się nad manuskryptem.

Sabina Południewska podniosła głowę, założyła kosmyk włosów za ucho i przerzuciła kartki.

– Czemu mówisz do mnie Laurita? – zapytała z ciekawością. – Laura Rossa to tylko mój pseudonim.

Carmen pokręciła głową tak gwałtownie, że zabrzęczały jej zabytkowe peruwiańskie kolczyki.

– Kochana, kiedy się spotykamy służbowo, a ja występuję w roli twej agentki literackiej, to jesteś dla mnie Laurita, a kiedy znowu stajemy się kumpelkami, to jesteś Sabina. Kapewu?

Sabina roześmiała się wesoło. Tokowi rozumowania przyjaciółki nie można było niczego zarzucić. Po prostu odróżniała sferę prywatną od zawodowej. Carmen była współwłaścicielką jednej z największych w Ameryce Południowej agencji literackich „Siostry Rojas”. Niedawno sprzedała w Argentynie i Kolumbii licencję na ostatnią książkę Sabiny i teraz przeglądały tłumaczenie. Jak uważała Carmen – nie było złe. Sabina musiała jej zaufać, bo nie znała tego języka, choć ogromnie podobały się jej znaki przestankowe – odwrócone wykrzykniki i znaki zapytania.

Carmen Rojas była osobą szczególną – zwariowaną i żywiołową. Świetnie władała kilkoma językami, w tym polskim, ale jej sposób wysławiania się niejednokrotnie wpędzał rozmówców w zakłopotanie. Carmen, wielbicielka romansów, piłki nożnej i programów telewizyjnych niezbyt wysokich lotów, lubiła określenia w stylu „spokojna twoja rozczochrana”, „nie kituj”, czy „sorry, Gienia świat się zmienia”, którymi potrafiła okrasić swą wypowiedź nawet podczas najbardziej oficjalnego spotkania. Ponieważ gustowała również w literackiej klasyce, twórczo wykorzystywała takie słówka jak „wciórności” czy „duby smalone”, wymawiając je z uroczym latynoskim akcentem. Sabina była zdania, że jej agentka wyraża się „malowniczo”, zaś sama Carmen była przekonana, że jej polszczyzna jest bardzo finezyjna. Zapewne obie miały rację.

Teraz jednak Carmen z powrotem zagłębiła się w tekst, a Południewska spojrzała przez okno. Siedziały w jadalni hotelu „Pod Graalem i Różą” prowadzonego przez szwagierkę Carmen, Milę Mossakowską. Była to prawdziwa architektoniczna osobliwość. Budynek miał wielki taras, na który wychodziło się wprost z jadalni, zaś ogromny front zaprojektowany w stylu włoskim, ozdabiała średniowieczna wieża, wznosząca się ponad dachem jak latarnia morska nad wybrzeżem. Było to zresztą trafne porównanie, bo dom górował nad doliną, skrywającą przepiękną łąkę i plantację kwiatów.

Sabina uwielbiała to miejsce. Spędziła tu najszczęśliwsze miesiące swego życia, pisząc ostatnią książkę – właśnie tę, którą teraz przeglądały.

Właścicielka hotelu, Mila, stała się jej przyjaciółką i to ona umożliwiła Sabinie kupno własnego domu, przepięknej, choć zrujnowanej posiadłości na pobliskich Modrzanach. W ten sposób Sabina, dla której pobyt w Idzie miał być tylko kilkumiesięcznym przerywnikiem w jej uporządkowanym, w miarę spokojnym życiu autorki poczytnych książek, osiadła tu na dłużej. Czy na stałe? Tego jeszcze nie wiedziała, ale zyskała tu nie tylko przyjaciół, takich prawdziwych, na dobre i na złe, ale też i dom. Swoje miejsce na ziemi, do którego mogła wracać, bo należał w całości do niej i witał ją za każdym razem tak samo serdecznie. Uśmiechała się do tych myśli i czuła wielki spokój.

Starała się zerkać na przekład, który wciąż studiowała Carmen, ale tak naprawdę ciągnęło ją na łąkę i dalej, do domu, miejsca, które było jej tak bliskie i kochane.

Był maj i dopiero co zakwitły bzy. Sabina czuła ich upojny zapach i nie mogła się skupić na pracy. Wiosna wybuchła z taką intensywnością, że nagle, w ciągu kilku dni wszędzie pojawiły się bajecznie kolorowe kwiaty. Pisarkę zawsze zadziwiała ta nagła metamorfoza, gdy ze smutnego i nieokreślonego kolorystycznie przedwiośnia, w jakiś nieledwie czarodziejski sposób wyłaniała się wiosna w pełnej krasie. Początkowo był to tylko pierwszy ciepły powiew wiatru, który przełamywał chłód. Powietrze zaczynało pachnieć słońcem i rozgrzaną ziemią. Jeśli padał deszcz, to i on miał świeży zapach. Potem nagle pojawiały się pąki i eksplodowały pierwsze kwiaty, a całe zjawisko zaczynało przypominać jakiś szalony wyścig, którego nic już nie mogło powstrzymać. Budzenie się natury do życia zapierało dech w piersiach.

Łąka, dzieląca pałac od domu na Modrzanach, wyglądała niesamowicie, kipiąc od barw i zniewalających aromatów. Zrobiło się bardzo ciepło, zakwitły drzewa, a krzaki tawuły pod domem Sabiny pokryły się białym i różowym kwieciem.

Remont jej ukochanej siedziby miał się właśnie ku końcowi. Kiedy kupowała ten dom jesienią, przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy – dach przeciekał, podłogi były zniszczone i wypaczone, ściany od dawna wołały o malowanie. Południewska nie podejrzewała, że remont będzie tak wyczerpujący i kosztowny. Zainwestowała weń wszystkie swoje oszczędności i musiała nawet wziąć kredyt. Koszty przekroczyły najśmielsze oczekiwania, ale nic się nie liczyło poza faktem, że nareszcie mogła zrealizować swoje marzenie.

Modrzany wyglądały wspaniale. Budynek odzyskał dawny blask, choć niczego nie stracił ze swej tajemniczości. Wszyscy zastanawiali się, skąd tutaj wzięła się taka architektura – dom zbudowano w stylu posiadłości typowych dla północnej Anglii. Miał kształt litery L i składał się właściwie tylko z parteru i wysokiego poddasza. Parter mieścił olbrzymią kuchnię połączoną z salonem i kilka małych klitek, niewiadomego przeznaczenia, które Sabina przerobiła na swój pokój do pracy, nazywany przez jej narzeczonego, miejscowego lekarza, Krzysztofa Doleckiego, gabinetem. Nie był to jednak żaden gabinet. Południewska ustawiła niewiele sprzętów, właściwie tylko sosnowy stół, pokryty zielonym pluszem fotel i kilka półek z książkami. Nie lubiła, kiedy coś ją rozpraszało podczas pisania, dlatego starała się nie gromadzić wokół siebie zbyt wielu przedmiotów.

– To taki gabinet w reorganizacji. – Krzysztof się śmiał, gdy z dumą pokazała mu to pomieszczenie. Przerobiła małe okienka na wielkie okna tarasowe i od świtu mogła się cieszyć widokiem na łąki. Uwielbiała go. Teraz, gdy zamieszkała na stałe w Idzie, wstawała bardzo wcześnie, wraz z pierwszymi promieniami słońca. Zbiegała z sypialni, usytuowanej nad gabinetem, zaparzała kawę i stawała w oknie. Jak zwykle nie mogła się napatrzeć na poranny balet mgieł, które snuły się nad łąkami. Potem słońce wędrowało spokojnie po niebie, a ona pracowała.

Nigdy nie czuła się tak spełniona i szczęśliwa. Kochała ten dom i wszystkie jego sekrety, które odkrywała dzień po dniu. Nie miała pojęcia, że budynek kryje w sobie tyle skrytek i tajemniczych zakamarków. Jak się okazało każdy pokój miał swoją maleńką łazienkę z bardzo sprytnie ukrytymi drzwiami.

– Taka „wiktoriańska elegancja” – skomentował to odkrycie Krzysztof. – Dyskretnie i funkcjonalnie. To co wstydliwe, pozostaje taktownie za ścianą! Takie łazieneczki miały zapewne bohaterki powieści Jane Austen, bo o pewnych sprawach lepiej było powściągliwie milczeć. Sabina śmiała się, ale przyznawała mu rację.

Kuchnia z kolei kryła całą masę spiżarni i różnych szafek na wiktuały oraz bezpośrednie zejście do piwnicy. Właściwie każdego dnia dowiadywała się o swoim domu czegoś nowego, a on dość niechętnie zdradzał swoje tajemnice.

Całe przedwiośnie doprowadzała do porządku zachwaszczone otoczenie domu. Gdy pozbyła się ostów, parzącego barszczu Sosnowskiego i kilku innych okropnych badyli wrośniętych głęboko w ziemię, jej oczom ukazała się przepiękna przestrzeń z drzewami i krzewami. Pnie drzew porastało dzikie wino, takie samo jak to, które snuło się po ścianach domu, sięgając okien sypialni na poddaszu.

Południewska skosiła podeschniętą trawę i wytyczyła ścieżki, które wyłożono białymi kamieniami. Mąż Mili, Witold Mossakowski, podarował Sabinie niewielką fontannę i kilka ogrodowych rzeźb, które – jak powiedział – tylko marnowały się w ich parku.

Mimo to, było tutaj dosyć pusto i smutno. Brakowało życia, które mogły dać kwiaty. Sabina jednak nie znała się na ogrodnictwie i nie miała pojęcia jak zabrać się za aranżację ogrodu. Dawna właścicielka pałacu – Tekla Tyczyńska, która teraz mieszkała w domku myśliwskim na granicy posiadłości i zajmowała się wyrobem perfum i kosmetyków dla firmy „Królowa Róż”, doradziła kilka rozwiązań. Choć były to proste rzeczy – wytyczenie paru rabat, posadzenie roślin, to Południewska wciąż się wahała. A jeżeli zrobi coś źle? Kupi nieodpowiednie kwiaty, które po prostu się nie przyjmą lub w ogóle nie będą pasowały do otoczenia? Widziała różne projekty w czasopismach ogrodniczych – na zdjęciu wszystko wyglądało pięknie i bardzo prosto. Nikt nie pisał o trudnościach i porażkach. Pielęgnacja ogrodu wymaga ciągłej uwagi i poświęcenia, a nie była pewna, czy znajdzie na to tyle czasu, no i w końcu – tuż za granicą swej posiadłości miała różane pole, które zapewniało jej przepiękny widok.

Pierwsze róże zakwitną już w czerwcu! – pomyślała Sabina i aż zamarła z zachwytu. Duża część łąki na Modrzanach została zamieniona na plantację, gdy Południewska przystąpiła do spółki i zainwestowała w „Królową Róż”. Już nie mogła się doczekać, gdy ze swego gabinetowego okna zobaczy wszystkie rozkwitające pąki i poczuje ten nieziemski zapach! Róże mają w sobie niesamowitą moc. Żaden inny kwiat nie pachnie tak mocno i słodko jak one. Obiecują wiele, ale równocześnie kryją w sobie niejeden sekret. Gdy patrzyła na ich nieskalane piękno, jak nigdy rozumiała słowa Blake’a: „Zobaczyć świat w ziarenku piasku, / Niebiosa w jednym kwiecie z lasu, / W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar, / W godzinie – nieskończoność czasu”[1].

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Dotarł do niej głos Carmen. Najprawdopodobniej mówiła już od dłuższego czasu, ale Sabina po prostu się wyłączyła.

– Oczywiście, że cię słucham!

– Tak? To o czym mówiłam? – Carmen zawiesiła na niej srogie spojrzenie.

– Że książka będzie ogromnym sukcesem – zaryzykowała Sabina, bo Carmen o niczym innym nie mówiła od kilku tygodni, tylko jaką furorę zrobi powieść za oceanem.

Twarz Rojas się rozpogodziła.

– A więc jednak słuchałaś! Cudownie! Wspomnisz moje słowa! Trzeba ci będzie zorganizować trasę promocyjną po Argentynie i Kolumbii. Szkoda, że Millagros ma malutkie dziecko, bo ona była świetna w planowaniu takich imprez. Czuła się w tym jak rybitwa w wacie!

Sabina już dawno przyzwyczaiła się do tego, że Carmen, do której nie przemawiały subtelne zawiłości idiomatyki, przekręca prawie każde powiedzenie, ale tym razem nie mogła opanować śmiechu. Wyobrażała sobie rybitwę w wacie i śmiała się tak, że łzy płynęły jej z oczu. Śmiech miała zaraźliwy, więc po chwili chichotała także Carmen, dyskretnie, jak to dama, zasłaniając usta haftowaną chusteczką.

– Z czego tak się śmiejecie? – spytała Mila Mossakowska, dawna wspólniczka Carmen w agencji „Siostry Rojas”. Weszła do salonu, niosąc na rękach ciemnowłosą dziewczynkę o niezwykłych zielonych oczach. Gdy zobaczyła Południewską, od razu wyciągnęła do niej rączki, domagając się wzięcia na kolana.

– Ida Sabina! – powiedziała z czułością pisarka, a dziewczynka natychmiast przytuliła się do niej.

– No tak, mały pieszczoch już znalazł swoją ofiarę! – Mila roześmiała się, wołając jednocześnie do kuchni o świeżą kawę. – Ona wie, że ty masz do niej słabość!

To prawda. Od momentu, gdy Sabina asystowała w przyjściu Idy na świat, pomagając Mili przy porodzie, traktowała tę małą jak własną córkę. Nie potrafiła niczego odmówić temu ślicznemu dziecku.

Pani Gertruda Kowalowa, która była gospodynią w pensjonacie, wyszła z kuchni, niosąc imbryk z kawą oraz ciasteczka.

– Znowu panie pracują! – gderała. – Panna Sabina to albo pisze, albo przegląda wydrukowane strony. Panna Carmen cały dzień wisi na telefonie albo łupie, za przeproszeniem, w komputer!

– Jakie łupie, kto łupie? – oburzyła się Carmen. – Może w kościach kogoś łupie! Ja załatwiam ważne sprawy biznesowe! Muszę wprowadzić książkę na rynek! Wie pani, ile z tym jest zachodu?

Ale pani Gertruda miała o działalności Carmen swoje zdanie. Szwagierka Mili robiła na niej zawsze wrażenie z lekka niezrównoważonej i gospodyni nie kryła się za bardzo ze swymi odczuciami.

– Sprawdzacie tłumaczenie? – spytała Mila, pochylając się nad wydrukiem. Sabina podsunęła jej kartki.

– Masz. Ty się w tym lepiej zorientujesz!

Mila mieszkała przez kilka lat w Argentynie wraz ze swoim pierwszym mężem, bratem Carmen. Doskonale znała hiszpański i reguły rządzące tamtejszym rynkiem książek.

– Szkoda, że nie możesz mi pomóc. – Carmen westchnęła, jakby myśląc właśnie o tym.

Mila pokręciła głową, nie przerywając czytania.

– Nie. Dawno już wypadłam z obiegu i nie sądzę, żebym mogła coś zrobić. Poradzisz sobie doskonale. Twoja skuteczność jest legendarna!

Carmen skrzywiła się i nalała sobie kawę. Mila jeszcze chwilę czytała w skupieniu, a potem podniosła głowę.

– Świetne tłumaczenie! Doskonale oddaje ducha twojej powieści. Nic nie można zarzucić! Ja co prawda wolę twoje książki w oryginale, ale jestem pewna, że tłumaczenie się spodoba.

– No widzisz! – stwierdziła triumfalnie Carmen. – Cały czas to mówię. Laurita będzie królową romansu w Argentynie. Jak Barbara Bradford albo Cartland. Zobaczysz jeszcze! A teraz muszę iść „połupać” na komputerze jak mawia gosposia! Na pewno mam wiele zaległych maili. Złapała swoją filiżankę z kawą i zniknęła.

– Postrzelona dziewczyna. – Westchnęła Mila. – Ale zna się na rzeczy, możesz być spokojna.

– Jestem. – Sabina się uśmiechnęła. Naprawdę nic ją nie martwiło. Była pewna, że wszystko się powiedzie. Odkąd mieszkała w Idzie, jej sprawy doskonale się układały.

– Wiesz Sabino, ja też mam pewien pomysł i chciałam się ciebie poradzić – powiedziała Mila. Południewska posadziła małą Idę Sabinę na dywanie, bo dziewczynka zapragnęła poraczkować ku słońcu, które leniwymi promieniami omiatało salon.

– Tak?

Mila nalała sobie więcej kawy i skubnęła ciasteczko.

– Oczywiście powiedz mi, jeśli uznasz ten pomysł za głupi albo niewykonalny. Ja wiem, że ty masz wiele różnych zajęć i zaangażowałaś się w działalność „Królowej Róż”…

– Może mi wreszcie powiesz, o co ci chodzi? – zapytała Sabina ze śmiechem, ponieważ Mila nigdy nie wywodziła swoich pomysłów w równie zawikłany sposób.

– O przyszłość hotelu. To znaczy w perspektywie o przyszłość hotelu. Idzie lato, a my nie mamy jakiejś wielkiej liczby rezerwacji. To się na pewno zmieni, gdy „Królowa Róż” rozwinie produkcję i ludzie zaczną przyjeżdżać na warsztaty perfumiarskie, ale na razie martwi mnie brak zainteresowania. Pomyślałam sobie, że może byś mogła poprowadzić zajęcia z kreatywnego pisania dla osób chcących stworzyć romans? – przerwała i zawiesiła pytające spojrzenie na Sabinie, którą ta propozycja mocno zaskoczyła. – Znasz się doskonale na rzeczy, a myślę, że chętnych by nie brakowało – ciągnęła Mila. – Uczestnicy kursu mieszkaliby tutaj, a zajęcia mogłabyś prowadzić w bibliotece oraz w parku, gdy będzie ciepło. Budujemy tam specjalną altanę.

– Ja miałabym kogoś uczyć? – zastanawiała się głośno Sabina. – Myślisz, że dałabym radę?

Mila błyskawicznie się rozpromieniła.

– Myślałam, że od razu odmówisz! Oczywiście, że dałabyś radę! Moim zdaniem masz wielki dar przekazywania wiedzy.

Sabina była pełna wątpliwości. Obawiała się występować publicznie, a dreszczem strachu napawała ją myśl o kilku wpatrzonych w nią twarzach. Czy nie poplącze jej się język? Czy będzie w stanie jasno przekazać to, co ma do powiedzenia? Czy ktoś w ogóle będzie chciał jej słuchać i przyjedzie na takie lekcje? Z drugiej strony bardzo chciała pomóc przyjaciółce, która wpatrywała się w nią pełnym napięcia wzrokiem.

– Wątpię, czy będzie jakieś zainteresowanie… – powiedziała ostrożnie.

Mila aż klasnęła w dłonie.

– A więc zgadzasz się?

Sabina kiwnęła sztywno głową, wciąż obawiając się, czy dobrze robi.

– To będzie kolosalny sukces! Jeżeli się zgadzasz, to ja zaraz dam ogłoszenia o tych warsztatach, mogłybyśmy je zorganizować pod koniec czerwca!

– Już w czerwcu? – Sabina się przeraziła. Zdała sobie sprawę, jak mało czasu ma na przygotowanie zajęć. Ale może nikt się nie zgłosi – pocieszyła się w myślach, choć wszystko to bardzo ją niepokoiło.

– Tak, czerwiec to znakomity termin – ciągnęła Mila. Najwyraźniej wszystko już sobie dokładnie obmyśliła. – Ida wygląda przepięknie wiosną, w czerwcu zaczną kwitnąć pierwsze róże. Będzie tu po prostu rajsko, doskonałe tło do pisania powieści! Och, Sabino, jesteś wspaniała! Jakże ci dziękuję! – Zerwała się od stołu, by uściskać Południewską.

Zegar wybił pierwszą.

– Muszę iść do szkoły po Julinkę! – Sabina poderwała się gwałtownie. – Krzysztof pojechał dzisiaj do Brzózek do ośrodka na dyżur!

– Leć! Ja ci wieczorem prześlę projekt graficzny ogłoszenia!

[1] W. Blake, Wróżby niewinności, tłum. Z. Kubiak.

2

Sabina nic już nie odpowiedziała, tylko wybiegła z pałacu i wskoczyła na rower. W kilka minut przebyła drogę do swego domu. Tutaj szybko odstawiła jednoślad do sieni i chwyciła kluczyki do samochodu.

Kierując się przezornością, ostatniej zimy nabyła bardzo tanio samochód terenowy z napędem na cztery koła. Wielokrotnie uratował jej życie, gdy musiała brnąć do gminy, żeby coś załatwić podczas śnieżycy lub poroztopowego błocka. Witold Mossakowski miał rację, mówiąc, że w Idzie najokrutniejszym miesiącem jest kwiecień[2], kiedy lokalne drogi stają się praktycznie nieprzejezdne.

Julinka chodziła do szkoły w Lipniku. Krzysztof uparł się i nie chciał jej zapisać do Brzózek, uznając, że szkoła w niewielkiej miejscowości będzie miała na dziewczynkę lepszy wpływ niż gminny moloch w Brzózkach. Julia chodziła jednak do szkoły niechętnie. Odkąd w Idzie zlikwidowano szkołę podstawową, zostawiając jedynie trzy pierwsze klasy z nauczaniem początkowym, nie mogła przyzwyczaić się do Lipnika. Ciągle działo się tam coś niedobrego, do czego nie chciała przyznać się ojcu. Dużo jednak rozmawiała z Sabiną. Dzieci nie lubiły Julinki – spokojnej, zamkniętej w sobie, z trudem nawiązującej społeczne więzi. Dziewczynka nie znała się na żartach, nie potrafiła dopasować się do szkolnej rzeczywistości, koterii i układów towarzyskich.

– Kiedy powiedziałem dyrektorce, że to zespół Aspergera, to miałem wrażenie, że zaraz uczyni znak krzyża i zacznie mnie kropić wodą z wiaderka do wyciskania gąbki, ponieważ akurat pod ręką nie było święconej – pieklił się Krzysztof. Sabina uspokajała go, ale sama nie bardzo wiedziała, co zrobić.

W tym czasie przeczytała już wiele książek o autyzmie oraz Aspergerze i gotowa była, przezwyciężając własną nieśmiałość, pójść do szkoły i wyjaśnić dzieciom, w czym rzecz. Dyrektorka jednak nie wyraziła zgody, patrząc na nią z ogromną podejrzliwością. Sabina kilkukrotnie robiła różne podchody, ale administracja szkoły wciąż pozostawała głucha. Starała się więc pomagać Julince. Całymi popołudniami siedziały, analizując różne zachowania koleżanek i kolegów, starając się przewidzieć bieg wydarzeń w klasie, odgrywając rozmaite scenariusze.

– Jestem ci wdzięczny, że potrafisz się tym zająć – powtarzał Krzysztof, zmęczonym ruchem odgarniając jasne włosy z czoła; był to gest, za który Sabina go pokochała. – Ja bym tym gnojkom nogi powyrywał…

– Daj spokój – mawiała wówczas Sabina. – Zapomniał wół jak cielęciem był.

To, że Julinka dopuściła ją do swoich szkolnych sekretów było dla niej ogromnie ważne i czuła z tego powodu dumę. No, ale wciąż nie potrafiła jej pomóc w zadowalający sposób.

Gdy zobaczyła zasmuconą dziewczynkę, jak wlokła się noga za nogą do samochodu, wciąż wymijana przez roześmiane koleżanki, wiedziała, że coś się stało.

– Co robimy? – zapytała jak zwykle, bo już się nauczyła, że rozmowy z Julinką nie należy zaczynać od pytania o szkołę. – Chcesz jechać do biblioteki zamienić książki?

Pokręciła przecząco głową.

– W takim razie odwiozę cię do domu – stwierdziła Sabina, naciskając starter. – Może obejrzymy jakiś film?

Julinka ponownie potrząsnęła głową.

– Chcę jechać do ciebie, do Bluszcza.

Dziewczynka nazywała dom Sabiny Bluszczem praktycznie od momentu, gdy go zobaczyła. Istotnie bluszcz rozkrzewił się na ścianach w imponujący sposób. Na górze, tuż obok sypialni Sabiny był mały pokój, którego okno prawie całkowicie oplecione było przez pnącze. Południewska chciała nawet trochę je podciąć, bo zasłaniało światło, ale Julinka się nie zgodziła. Bluszcz w tym miejscu zwieszał się malowniczo z niewielkiej wieżyczki powyżej dachu i rzeczywiście wyglądał przepięknie. Dziewczynka uwielbiała to pomieszczenie i całkowicie objęła je w posiadanie. Sabina nie miała nic przeciwko.

– Dobrze – powiedziała więc z pewnym wahaniem. – Pojedziemy do Bluszcza, tylko zawiadomię twojego tatę.

Wybrała numer gabinetu doktora Doleckiego, ale szybko zgłosiła się rejestracja. Krzysztof, gdy ordynował, zawsze przełączał telefon na centralkę. Sabina przekazała swoją wiadomość mało rozgarniętej recepcjonistce, która co drugie zdanie wtrącała „Słucham? Co proszę?” i ruszyła powoli spod szkoły.

Właśnie minęły ją dwie dziewczynki. Były wysokie i miały starannie ułożone włosy. Południewska odniosła nawet wrażenie, że mają lekko umalowane oczy i usta pociągnięte błyszczykiem. Dziewczyny spojrzały do wnętrza samochodu i widząc Julinkę, zachichotały wyzywająco. Ta, która wydała się Sabinie bardziej umalowana, mysia blondynka w czerwonej spódniczce, powiedziała coś do drugiej, szatynki w jasnych dżinsach. Julinka skuliła się na siedzeniu i zacisnęła dłonie w pięści. Sabina spojrzała na nią z ukosa, ale nic nie powiedziała. Dodała gazu i po chwili obie dziewczynki zostały daleko w tyle.

– Co będziemy robić w Bluszczu? – zapytała, licząc na to, że Julinka się rozpogodzi. Tak się istotnie stało. Dziewczynka poprawiła się na siedzeniu i zaczęła opowiadać Sabinie o swoich nowych pomysłach na zagospodarowanie ogrodu. Chciała posadzić kilka roślin, ładnych, ale niewymagających.

– Musimy w takim razie podjechać do „Kaliny” – stwierdziła z uśmiechem pisarka i zawróciła samochód w kierunku centrum Lipnika.

„Centrum” było to zresztą stanowczo przesadzone określenie. Lipnik, choć dużo większy od Idy, liczył sobie zaledwie trzy ulice, które krzyżowały się przy remizie strażackiej. Był tu przystanek autobusowy, kilka sklepów, biblioteka i centrum ogrodnicze „Kalina”. Tak się złożyło, że nasiona, sadzonki i wszelki sprzęt ogrodniczy doskonale tutaj szły. Mieszkańcy Lipnika i okolic szczycili się swoimi pięknymi ogródkami. Uprawa roślin to było hobby sporej części tutejszej społeczności.

Trudno zaprzeczyć, że ową modę wygenerowała właśnie „Kalina”. Najpierw był tu sklep „1001 drobiazgów”, w którym okoliczni mieszkańcy kupowali gwoździe, rurki i sznurki do snopowiązałki. Nie brakowało tu także wszelkiej maści słoików potrzebnych gospodyniom domowym, zakrętek, garnków, a nawet lamp naftowych ze szklanymi kloszami – bardzo poszukiwanego towaru, gdy nadchodziły gwałtowne burze i wysiadała elektryczność.

Właściciel sklepu, zwanego przez mieszkańców „Pewexem”, odstąpił go po wielu latach i pozwolił prowadzić Kalinie, kobiecie, która przeprowadziła się tu z Przemyśla. Jej pierwszym posunięciem po przejęciu sklepu było wyrzucenie wszystkich gwoździ i słoików, co spotkało się ze zrozumiałym protestem miejscowych. Właścicielkę uznano za „wcielenie szatana” i obgadywano na każdym kroku. Kalina jednak nic sobie z tego nie robiła i kontynuowała rewolucyjne zmiany. Przebudowała domek, w którym mieścił się dawny „Pewex” i zmieniła go w obszerny parterowy dom z imponującym patio. Teren za domem, posępne klepisko, w którym nawet kury nie chciały grzebać, przekształciła w eksperymentalny ogród, a właściwie szereg małych ogródków, by pokazać kupującym, jak ciekawie można zaaranżować przestrzeń.

Były tu więc ogrody kolorystyczne – biały, purpurowy i błękitny, poświęcone porom roku, zapachom, czy też jak nazwała to właścicielka „ogrody nastroju”, pełne cienia i skłaniające do melancholijnej medytacji lub wręcz przeciwnie: słoneczne i kipiące energią.

Mieszkańcy Lipnika, którzy początkowo potraktowali Kalinę z dużą dozą nieufności, zaczęli chętnie przychodzić do jej sklepu z ciekawości, co w trawie piszczy. A piszczało coraz więcej, bo Kalina dokupiła kolejne klepisko za domem i wystarała się o europejską dotację na rozwój swego małego biznesu. Ogródki zrobiły się tak popularne, że zaczęli się tu pojawiać ludzie, by zwiedzać je jak ekspozycję. Kalina tymczasem zaaranżowała ogródek rustykalny, kącik ziołowy, prowansalskie poletko lawendy, zwieńczając swoje kompozycje ogrodem japońskim.

Mieszkańców Lipnika opanował już wówczas istny szał zakładania przydomowych ogrodów. Czegóż tu nie było? Żona wójta z Brzózek zrobiła sobie ogród w stylu francuskim, ze starannie przyciętym ligustrem i wyspecjalizowała się w ozdobnym cięciu krzewów. Ktoś inny miał piękny ogród wodny, a gospodyni księdza proboszcza założyła ogród czterech żywiołów i dobrodziej mógł się cieszyć kwiatami w zdecydowanych kolorach: jaskrawej czerwieni, głębokiego błękitu, nasyconych barw ziemi i przejrzystej bieli.

Szał ogrodniczy rozprzestrzenił się szeroko poza Lipnik, obejmując całą okolicę Brzózek. Przedsiębiorstwo Kaliny tak się rozrosło, że w końcu musiała zatrudnić kilka osób i tym samym stała się jednym z większych pracodawców w okolicy. Mimo to nie cieszyła się specjalną sympatią miejscowych, którzy z pewną nieufnością obserwowali szybki rozwój kwiatowego biznesu i widzieli w jego właścicielce „zarozumiałą bizneswoman z miasta”. Trzeba przyznać, że jako szefowa była wymagająca, nie tolerowała fuszerki i sadzonki były tu pierwszorzędnej jakości. Mila zamawiała przez sklep swoje najpiękniejsze róże, które właścicielka wyszukiwała z pełnym poświęceniem w różnych zakątkach Europy. W mig zrozumiała główną potrzebę firmy perfumiarskiej „Królowa Róż” – kwiaty powinny być odporne, wytrzymałe, a jednocześnie charakteryzować się oryginalnym aromatem. Mila była szczęśliwa, że trafiła na takiego dostawcę roślin.

Sabina słyszała o tym sklepie, jak każdy w okolicy, ale nigdy tu nie zajrzała. Miała więc nadzieję, że pracownice okażą się wystarczająco pomocne i kompetentne, by mogła zrobić zakupy. Chwilę rozglądały się z Julinką po wnętrzu, gdy podeszła do nich ekspedientka, kobieta po trzydziestce o krótko ostrzyżonych czarnych włosach.

– Szukają panie czegoś konkretnego? – spytała, zataczając ręką koło.

– Tak! Nie! – odpowiedziały jednocześnie Julinka i Sabina, spojrzały po sobie i roześmiały się serdecznie.

Kobieta zawtórowała i klasnęła w dłonie.

– Takich klientów lubię najbardziej – powiedziała.

– Dlaczego? – zainteresowała się pisarka. – Myślałam, że klient, który nie wie, czego chce jest najgorszym utrapieniem sprzedawcy.

– Wręcz przeciwnie. Najgorszym dopustem bożym jest klient przekonany, że wie, o co mu chodzi. Zazwyczaj wcale mu to nie jest potrzebne albo tego po prostu nie mamy. Klient, taki jak panie, jest otwarty na różne rozwiązania i podpowiedzi. Są panie idealnym materiałem dla ogrodnika, o ile mogę się tak wyrazić. Jaki panie mają ogród?

Sabina wyjaśniła, że na razie nie mają żadnego. Właśnie udało jej się oczyścić przedpole domu z chwastów i odsłonić kilka pięknych drzew. Od przyjaciół dostała też fontannę i trochę drobnej architektury ogrodowej.

Kobieta słuchała ze zmarszczonymi brwiami. Miała duże, bardzo wyraziste ciemne oczy w kształcie migdałów i niespotykanie jasną, prawie przezroczystą cerę. Ubrana w firmowe ogrodniczki sklepu „Kalina”, sprawiała wrażenie wesołej i bardzo fachowej osoby. Jednocześnie emanowała dyskretną elegancją, niezbyt przystającą do „szeregowej” ekspedientki. Widać było, że dba o urodę i przywiązuje do tego dużą wagę – miała staranny makijaż, a jej włosy prezentowały tylko pozorny nieład. Sabina spojrzała na nią z dużą sympatią, a kobieta strzeliła palcami w jej kierunku.

– Pani kupiła ten nawiedzony dom na łąkach w Idzie? – spytała.

– Nazywa się Bluszcz – pospieszyła z wyjaśnieniami Julinka. – Bo jest cały obrośnięty, jak dżungla i drzewa też mają obrośnięte pnie!

Kobieta skinęła głową.

– Tak myślałam. Widziałam ten dom, nawet chciałam go kupić przed kilku laty, ale nie był na sprzedaż. Miała pani szczęście! Przepraszam, nie przedstawiłam się, jestem Kalina Olczak.

– Sabina Południewska, a to Julinka Dolecka – zaprezentowała Sabina, ściskając podaną dłoń.

Kalina ponownie się roześmiała.

– Pani jest tą pisarką, prawda? A to jest córka lekarza? Proszę się nie dziwić, ludzie tak plotkują, że głowa mała! Znałam was obie zanim jeszcze się tu pojawiłyście!

– Stare dobre sposoby wymiany informacji. Plotki w sklepie – stwierdziła Sabina, która już zdążyła się przyzwyczaić, że wzbudza w okolicy sensację.

– Napijmy się herbaty – zaprosiła Kalina. – Otwieram nową inwestycję, kawiarnię „Zacisze”, będziecie moimi pierwszymi gośćmi.

Nie pytając o zdanie, poprowadziła je przez sklep do jednego z ogrodów.

– To mój ogród w stylu romantycznym – wyjaśniła, gdy znalazły się na patio kawiarni. Sabina przystanęła zauroczona, a Julinka aż krzyknęła z podziwu. Ogród utrzymany był w różowej tonacji kolorystycznej, ale elementy architektury były szare. Wszędzie zwieszały się pędy krzewów, kwitnących na różowo, w tym dziwny krzak o purpurowych kwiatach, które wyglądały jak sztuczne. Pachniało tutaj wprost nieziemsko. Sabina podziwiała gustowne szare stoliczki i wyplatane fotele, które ukryto pod pergolą uginającą się od pnączy. W środku patio wznosiła się niewielka fontanna z różowego marmuru i altana, do której poprowadziła je Kalina. Był to drewniany budynek częściowo ukryty w wysokich trawach. Zbudowany z drewna miał przeszkolone ściany, by można było stąd podziwiać całą kawiarnię i pobliskie ogródki.

– To zacisze w „Zaciszu” – Kalina się śmiała, wskazując im miejsce na kapie. – Cichy zakątek szefowej.

Południewska była pod tak wielkim wrażeniem tego, co zobaczyła, że trudno jej było wydobyć głos. Jej uwagę przyciągały kolory i zapachy. Były tu różne kwiaty – delikatnie różowe, prawie białe, po pyszniące się jaskrawym fioletem.

– To dopiero kwiaty wiosenne. – Właścicielka podążyła za jej wzrokiem. – Zobaczy pani w lecie, gdy zakwitną budleje i jeżówka purpurowa. Będzie tutaj przepięknie, bo budleja nie tylko cudownie pachnie, ale zwabia motyle z całej okolicy. Proszę to sobie tylko wyobrazić!

Sabina natychmiast zobaczyła ten obraz – dziesiątki kolorowych motyli, które wirowały ponad patio kawiarni i fontanną. Przysiadające na kwiatach, odlatujące i trzepoczące skrzydłami w słonecznym blasku.

– Już teraz jest pięknie – odezwała się ostrożnie, jakby nie chcąc nieopatrznym słowem zburzyć doskonałości tego miejsca. – Kiedy otwiera pani kawiarnię?

– Myślę, że już niedługo. Przygotowywałam ten ogród przeszło rok. To było prawdziwe wyzwanie. Początkowo chciałam, żeby był cały biały, ale nie – to byłoby nudne!

Południewska nie podzielała jej zdania, bardzo lubiła biały kolor. Taki ogród oślepiałby swoim blaskiem, elegancki i jednocześnie oszczędny. Mogłyby w nim kwitnąć białe bzy i jaśminy – krzewy, które szczególnie lubiła.

Marzenia pisarki przerwało pojawienie się dziewczynki z tacą. Była to niewysoka brunetka z warkoczem włosów upiętych w koronę wokół głowy. Nosiła zabawne kolczyki przedstawiające motyle, które kołysały się przy każdym jej ostrożnym ruchu. Gdy rozłożyła na stole filiżanki i talerze, podniosła wzrok. Sabina zobaczyła duże migdałowe oczy, takie same jak oczy Kaliny.

– To moja córka, Nika – potwierdziła jej podejrzenia Kalina. Nastolatka kiwnęła głową i przypatrywała im się ciekawie, szczególnie Julinie, która spuściła oczy i zaczęła kręcić w palcach róg serwetki.

– Ty jesteś Jula – powiedziała, celując palcem. – Chodzisz do naszej szkoły!

– Nika, co ci mówiłam o wytykaniu ludzi palcami? –spytała groźnie matka.

– Żeby nie wytykać – odparła pogodnie Mała. Wciąż obserwowała Julinkę, która niespodziewanie podniosła głowę i wypuściła serwetkę z ręki.

– Ja też cię znam – powiedziała cicho. – Sprzątnęłaś mi sprzed nosa książkę w bibliotece! Trzeci tom Lodowego spisku.

– Jak chcesz, mogę ci od razu go dać. Już przeczytałam! – powiedziała tamta z uśmiechem. – Nie wiedziałam, że lubisz Spisek! Która bohaterka jest twoją ulubioną? Mnie najbardziej podoba się Glacia, jest taka odważna.

– A mnie Santa, bo potrafi czarować…

– Nika, może pokażesz Julii nasze ogrody? – wtrąciła się Kalina. – Potem możecie wrócić na herbatę albo pójść do domu po tę książkę. Mieszkamy nad głównym sklepem – wyjaśniła Sabinie. – Odremontowałam stary magazyn i udało mi się wygospodarować dwa pokoje i niewielki salonik.

– Pójdziemy do domu – stwierdziła tymczasem Nika i zwróciła się do Juliny: – Mama zawsze daje gościom herbatę z echinacei, bo uważa, że to takie eleganckie. My napijemy się lemoniady. Pokażę ci ogród śródziemnomorski, chcesz? Jest czadowy!

Odeszły. Sabina długo patrzyła za nimi. Drżała z obawy o Julinkę. Koleżanka, tak to było coś, za czym dziewczynka najbardziej tęskniła. Przyjaciółka, powiernica sekretów. Nie ktoś dorosły, jak ona, ale dziewczynka w jej wieku. Czy stanie się nią Nika? Tego Południewska nie wiedziała, ale bardzo bała się, czy jej przybrana córka nie dozna zawodu.

– Proszę się nie martwić. – Kalina jakby czytała jej w myślach. – Od razu widać, że przypadły sobie do gustu. Proszę mi powiedzieć coś o Bluszczu.

Sabina nie wiedziała od czego zacząć. Opowiedziała o „nawiedzonym domu” jak nazywano to opuszczone domostwo zanim go kupiła i o problemach z remontem. O cudownym widoku na dolinę mgieł i róż, który miała z okien i ruinie, jaka panowała w ogrodzie.

– Barszcz Sosnowskiego – mruknęła Kalina, dolewając sobie echinacei. – Coś koszmarnego, samo dno upadku ogrodniczego, jeżeli mogę być szczera.

– Chciałabym mieć ogród, ale chyba mnie na niego nie stać. – Sabina rozłożyła ręce. – Szczerze mówiąc, myślałam, żeby kupić trochę sadzonek, może jakieś zioła i już. Wszystkie pieniądze pochłonął już remont.

Kalina machnęła ręką.

– O to proszę się nie martwić. Firma „Kalina” nie jest taka droga, jak się może wydawać. Zrobię kosztorys aranżacji, ale myślę, że spokojnie panią na niego stać. Dla mnie to też będzie forma reklamy, więc sprzedam sadzonki po kosztach. Co pani na to?

Sabina upiła łyk herbatki ze swojej filiżanki w maki. Wcale nie była tak niesmaczna, jak mówiła Nika.

– Trochę mnie pani zaskoczyła – powiedziała ostrożnie, zdumiona nagłym obrotem sprawy. Przyjechała tu po kilka sadzonek, a teraz ma decydować o zagospodarowaniu całości ogrodu.

– Niech się pani zgodzi, Sabino! – Kalina poklepała ją po ręce. – Proszę to potraktować jako przygodę, kolejne życiowe wyzwanie. Nawet pani nie podejrzewa, co potrafię wymyślić jako projektantka!

Południewska rozejrzała się wokół siebie. Doskonale potrafiła sobie to wyobrazić. I wtedy rozkwitło w niej pragnienie, które zakiełkowało, gdy tylko weszły do „Kaliny”. Najbardziej na świecie chciała mieć taki ogród, a życie już ją nauczyło, że marzenia trzeba realizować, bo jest to podstawa szczęścia. Podjęła więc błyskawiczną decyzję.

– Zgoda więc! – powiedziała, a Kalina wstała, by uroczyście uścisnąć jej dłoń.

– Niesamowicie się cieszę – powiedziała. – Przyjadę jutro do pani obejrzeć ten ogród w ruinie, jeżeli ma pani oczywiście czas przed południem. Zrobię wstępny projekt i kosztorys – oczywiście nic zobowiązującego, proszę się nie martwić!

– Doskonale – zgodziła się Sabina, wciąż jednak trochę oszołomiona swoją dosyć nagłą decyzją. Jeszcze raz rozejrzała się po ogrodzie romantycznym i pomyślała o tańcu motyli, który będzie tu mogła zobaczyć w lecie.

– Ta kawiarnia źle się nazywa – powiedziała z właściwą sobie szczerością. – Powinna nosić nazwę „Pod skrzydłem motyla”.

Kalina aż klasnęła w dłonie.

– Wspaniała, cudowna nazwa! Że też ja na to nie wpadłam! No, ale to pani jest pisarką!

Sabina uśmiechnęła się do niej swym najpiękniejszym uśmiechem.

Przez ogród biegły dziewczynki, Julina trzymała w rękach książkę w niesamowicie kolorowej okładce. Była to zapewne owa trzecia część sagi dla nastolatków, którą z takim przejęciem czytała, zaniedbując lekcje.

– Pojedziemy już, dziękuję za herbatkę, była naprawdę smaczna – powiedziała Sabina z uśmiechem.

– O, już jedziecie? – Nika była niepocieszona.

– Zobaczymy się wkrótce – wyjaśniła jej matka. – Będę projektowała ogród dla pani Sabiny.

Nika aż zakręciła się w miejscu na chodniku, złapała Julinkę za ręce i chwilę wirowały w jakimś dzikim tańcu.

– Jula jeździ konno u tego pana, co ma plantację ziół. Wiesz, przyjechał do ciebie pytać o sadzonki.

– Tak, wiem, o kim mówisz. – Zawstydziła się niespodziewanie Kalina, a Sabina spojrzała na nią spod oka. Czyżby Marek Rokosz wywarł wrażenie i na tej przesympatycznej kobiecie?

– Może i ja bym mogła? – ciągnęła dalej niezrażona dziewczynka. – Jula mówi, że konie są takie fajne!

– Dobrze, pogadamy o tym innym razem – odpowiedziała zniecierpliwionym głosem Kalina. – A teraz odprowadźmy naszych gości do samochodu.

Przeszły przez ogrody i sklep.

– Do jutra w szkole! – wykrzyknęła Julinka, machając Nice ręką. Kalina zawróciła do sklepu i po chwili wcisnęła Sabinie przez otwarte okno niewielką paczkę.

– Echinacea. Skoro tak smakowała… Dobrze robi na odporność i ogólnie wzmacnia!

– Mama to pije na nerwy – zdekonspirowała Kalinę córka. – Jak trafi się gorszy dzień w sklepie lub ktoś ją zdenerwuje!

– Idź, ty mucho uprzykrzona! – Właścicielka się roześmiała, pozdrawiając Sabinę, która właśnie odpalała samochód.

– Jesteś zadowolona? – spytała Julinkę, która przeglądała książkę.

Dziewczynka podniosła oczy i spojrzała na nią z wielką radością.

– Bardzo! Nareszcie mam koleżankę! I to w naszej szkole! To wspaniale, prawda?

Tak, Sabina również uważała, że to wspaniałe.

[2]T.S. Eliot, Ziemia jałowa, tłum. A. Piotrowski.

3

Gdy przyjechały do Bluszcza, Julinka natychmiast uciekła do pokoju czytać swoją książkę, zaś Sabina przeszła się po ogrodzie.

Po wykarczowaniu barszczu Sosnowskiego oraz przetrzebieniu gęstwiny krzaków, wokół domu ukazała się piękna przestrzeń gotowa, by ją zagospodarować. W pewnym oddaleniu widać było dolinę, teraz w większej części obsadzoną krzewami róż, ale tuż przy ścieżce prowadzącej z Bluszcza do pałacu wciąż tonącą w trawach i polnych kwiatach. Na pewno nie chciała rezygnować z tego bajkowego widoku. Wprowadzenie do ogrodu wysokich drzew nie wchodziło więc w rachubę. Sabina miała tu kilka krzewów białej tawuły, które ogromnie lubiła za zniewalający miodowy zapach i trzy modrzewie, wyrastające wysoko ponad dach. Właśnie pnie tych drzew były okręcone winoroślą, która wspaniale się tu rozkrzewiła, płożąc się nawet po ziemi.

Próbowała sobie wyobrazić, co można zrobić z tym spłachetkiem ziemi, żeby zamienić go w ogród. Była pewna, że Kalina będzie miała wspaniałe pomysły. Wróciła do kuchni i zaparzyła sobie herbatę. Zwykle piła napar z lipy, ale teraz wsypała do czajniczka echinacei. Potrzebuję wzmocnienia. – Uśmiechnęła się do siebie i ruszyła do swego gabinetu. Usiadła przy sosnowym stoliku i ponownie wyjrzała przez okno na trawnik. Jeżeli wszystko się uda, będzie miała dokładnie przed sobą przepiękny ogród. Już nie mogła się doczekać.

Włączyła komputer i zabrała się do pracy. Nowa powieść płynęła spod jej palców jak zaczarowana. Mijały godziny. Julinka zajrzała do pokoju i wycofała się, widząc jak bardzo Sabina jest pochłonięta pracą. Weszła do kuchni, ukroiła sobie dwie grube pajdy chleba, które szczodrze posmarowała miodem i wróciła na górę do swej książki.

Zapadł już zmrok, gdy na podjeździe zahamował samochód Krzysztofa. Doktor wyskoczył z auta i odetchnął ciepłym wieczornym powietrzem pełnym zapachu kwiatów. Uniósł głowę i od razu zobaczył światło w gabinecie Sabiny. Uśmiechnął się z czułością, wchodząc do domu. Południewska była tak pochłonięta pisaniem, że nie zauważyła, kiedy pojawił się na progu.

– Piękny wieczór! – Stanął oparty o futrynę, niedbale żując źdźbło trawy. Odwróciła się od biurka, a w jej oczach błyszczała radość.

– Późno cię dzisiaj puścili!

Doktor uśmiechnął się łobuzersko.

– Co chcesz. Hipochondrycy z czterech okolicznych wiosek dowiedzieli się o mojej sławie i zbiegają się jak przysłowiowe muchy do madery, jakby to zgrabnie przekręciła Carmen Rojas!

Sabina wyprostowała zmęczone pisaniem palce i zaśmiała się szczerze.

– Dzisiaj miałem kilka zupełnie niesamowitych przypadków – kontynuował Krzysztof, siadając tuż koło niej przy biurku. – Pojawili się całkowicie nieznani mi wiejscy uzdrowiciele z Ratajów, wiesz to ta wioska, która usilnie rywalizuje z Brzózkami w piłce nożnej.

Sabina skinęła głową. Mecze pomiędzy Huraganem Brzózki a Silnymi Rataje miały swoją długoletnią tradycję i zawsze kończyły się interwencją lekarską, gdy któryś z fanów został zbyt dotkliwie poturbowany w pomeczowych rozgrywkach kibicowskich.

– W Ratajach jest chyba jakaś amatorska grupa uzdrowicielska, bo przyszło ich po kolei pięciu z różnymi rewolucyjnymi pomysłami. Dominowała hydroterapia i kąpiele błotne. Jeden miał pomysły, o których czytałem już w historii XIX-wiecznej medycyny – żeby wciągać wodę nosem i w ten sposób leczyć skutecznie przeziębienia.

– O to bardzo pouczające! – stwierdziła Sabina, która uwielbiała opowieści Krzysztofa. Sam doktor był przekonany, że w okolicy nie ma w ogóle żadnych prawdziwych pacjentów, są wyłącznie chorzy z urojenia. Starej babci Madejowej, od której Sabina kupiła dom, nie można było jednak przebić – po pomyśle leczenia czyraków wyciągiem z barszczu Sosnowskiego, wpadła na koncept operacji nagniotków przy pomocy rozpalonego żelaza i leczenia migren za pomocą metalowego szyszaka nakładanego na głowę i wystawianego później na działanie niskich temperatur.

– Aczkolwiek babcia Madejowa już czuje oddech uzdrowicieli z Ratajów na plecach – kontynuował Krzysztof, nalewając sobie herbatki z echinacei. – Jeszcze parę dyżurów i zapoznam się z największymi tajnikami tamtejszej medycyny! Całkiem smaczna herbata! Co to jest?

Sabina opowiedziała mu o wizycie w sklepie i o propozycji Kaliny Olczak. Krzysztof zapalił się do pomysłu.

– To cudownie! Od dawna uważam, że przed oknami jest jakoś tak łyso. Tu powinien być ogród, Sabino!

– Nie wiem, czy nas na to stać, choć Kalina obiecywała zrobić wszystko po kosztach.

– Daj spokój kochanie. Mamy jeszcze jakieś zaskórniaki, na pewno starczy. A gdy się już przeniosę tutaj z Julinką po naszym ślubie… – W tym momencie uderzył się otwartą dłonią w czoło. – Właśnie! Nie powiedziałem ci najważniejszego! Przyszedł do mnie stary ksiądz Prochor, deklaruje, że chętnie nas zaślubi, jak to rzekł uroczo, 15 sierpnia, bo wedle jego uznania jest to najlepsza data w całym roku.

– 15 sierpnia? – Sabina się zdumiała. Myślała, że zorganizują tę uroczystość na jesień, kiedy wreszcie dom będzie się nadawał do zamieszkania.

– A co? Zaczynasz się wahać? – Doktor przyciągnął ją do siebie i pocałował we włosy.

– Chciałbyś! – prychnęła. – Nie po to złapałam taką gratkę, wioskowego lekarza, żeby teraz ją wypuszczać!

Zaśmiał się pełnym głosem.

– O tak, prawdziwy rarytas: wiejski konował obarczony dorastającym przychówkiem. I nawet własnego domu nie ma! À propos – gdzie jest moja córka?

– Czyta jakieś powieścidło dla młodzieży. Chyba zaprzyjaźniła się z córką Kaliny, Niką.

– Żartujesz?! – Doktor nie krył zdumienia. – Julina zaprzyjaźniła się z jakąś dziewczynką?

– Na to wygląda. Była nią tak zachwycona, że przez całą drogę do domu tylko o tym mówiła. Myślę, że nareszcie ma koleżankę!

– Oby! Pójdę zobaczyć, czy nie zasnęła w ubraniu nad tą książką!

Sabina ponownie przeciągnęła się i spojrzała w okno. Księżyc wisiał nad doliną, oświetlając okolicę mdłym blaskiem. Świat zrobił się nierzeczywisty, jakby z innego wymiaru. W domu panował spokój, słychać było tylko szelest liści na drzewach i ciche kroki Krzysztofa, wracającego z pokoju Julinki.

– Oczywiście już spała! – stwierdził. – Dobrze, że chociaż zdążyła się umyć.

– Miała dzień pełen wrażeń. – Sabina podparła głowę na dłoni i dalej wpatrywała się w nocny pejzaż za oknem.

– A ty? – spytał. – Jak minął ci dzień poza wyprawą do sklepu „Kalina”?

Odwróciła się od okna i popatrzyła na niego roziskrzonym spojrzeniem.

– Dużo dzisiaj napisałam – stwierdziła, wskazując na komputer. – Ta opowieść po prostu sama do mnie przyszła.

Krzysztof potwierdził skinieniem głowy i rzucił okiem na tytuł, widoczny na górnym marginesie każdej kolejnej strony.

– Noc w ogrodzie – przeczytał. – Bardzo ładny tytuł! Zawsze miałaś do tego talent.

– Też tak uważam – odparła z zadowoleniem. – Wymyśliłam dzisiaj nową nazwę dla kawiarni Kaliny. Ona chciała ją nazwać „Zacisze”, ja zaproponowałam „Pod skrzydłem motyla”.

Roześmiał się, patrząc jej w oczy.

– Julina już śpi, więc my chyba także powinniśmy.

– Iść spać? – podchwyciła przekornie Sabina.

– Raczej pójść do łóżka…

– Udać się na spoczynek, jakby powiedziała Carmen.

– Nie! Ona by powiedziała „oddalić się w objęcia Morfeusza”!

Patrzyli na siebie z uśmiechem. Odgarnął jej włosy z czoła, by po raz kolejny zachwycić się nieskalanym blaskiem jej skóry. Ona z czułością spoglądała na zmarszczkę, która zawsze mu się robiła, gdy śmiał się lub bardzo dziwił. Prawie równocześnie wstali od stołu, chwycili się za ręce i ruszyli po schodach na górę. Zerwał się wiatr, który szarpał białe firanki w otwartych oknach. Nie zwracali na to uwagi.

Piękna sypialnia Sabiny już wkrótce miała stać się ich wspólnym pokojem. Położona była na poddaszu i patrząc przez okno miało się złudzenie unoszenia się ponad całą doliną. Gdzieś w oddali widać było światła pałacu. Przez otwarte okno do wnętrza zaglądał ciekawski księżyc.

Była to chyba pierwsza w tym roku tak gorąca noc. Równie gorąca dla nich, gdy pospiesznie zrzucili ubrania i zatopili się w sobie. Jasne włosy Sabiny lśniły na poduszce jakimś nieziemskim blaskiem, podkreślanym przez światło księżyca, gdy ich oddechy mieszały się ze sobą, a ciała szukały się pośród gorących namiętnych szeptów. Wszystko, co wydarzyło się między nimi było jak misterium, pradawny akt, który nie bierze się z rozumu, ale z pierwotnych uczuć i tej niezwykłej magii, łączącej ze sobą dwie istoty. Ktoś powiedział, że ludzie są jak kosmiczny pył wirujący w przestrzeni, by znaleźć dla siebie miejsce. Teraz była pewna, że słowa te są prawdziwe.

Nigdy nie czuła tak wielkiego szczęścia, jak tej upalnej wiosennej nocy w swoim domu na łąkach. Zniknęły wszystkie lęki i wątpliwości. Pozostała tylko miłość, niczym nieskalana i piękna aż do łez.

– Kochasz mnie? – spytał Krzysztof, gładząc jej szczupłe ramię. Skóra oświetlona księżycem wydawała się jasna jak wypolerowany cenny kamień.

Przytuliła się do niego, nie odpowiadając na pytanie. Zanurzył ręce w jej włosach i szeptał do ucha czułe słowa, jakie podpowiada tylko najczystsza miłość.

Zasnęli przed świtem. Zmęczeni i przytuleni do siebie jak dzieci szukające ciepła. Światło poranku wdarło się do pokoju, a oni wciąż pogrążeni byli w sennych wspomnieniach minionej nocy.

4

Kalina wyszła z biura i oparła się o framugę. W ręku trzymała kubek z kawą i strasznie chciało się jej palić. Rzuciła przecież. Jednak każda rozmowa z Adamem, byłym mężem, sprawiała, że miała ochotę na fajkę. Cholerną ochotę!

Adam obiektywnie nie był zły. Przez wiele lat jakoś to wszystko funkcjonowało, a może tylko Kalina przymykała oczy na to, co dla innych było oczywiste – że to małżeństwo właściwie nie istnieje. Każde z nich miało pracę, w której się spełniało, ale Kalina chciała od życia czegoś więcej. Nie miała ochoty pomnażać czyichś dochodów, chciała pracować na siebie, odpowiadać za wszystko. Przeliczyła fundusze. Z niewielką pomocą kredytu oraz unijnego dofinansowania mogła wreszcie zrealizować swoje marzenie – własny sklep i pracownię ogrodów.

Zaczęła przeglądać ogłoszenia o nieruchomościach, ale żadna lokalizacja jej nie odpowiadała. Wreszcie od kogoś ze znajomych dowiedziała się o Lipniku i tym sklepie z tysiącem i jeden drobiazgami. Właściciel chciał go sprzedać i przenieść się do swoich dzieci. Pojechała na rekonesans. Akurat była jesień i okolica wyglądała przepięknie, skąpana w delikatnych cieniach i soczystych barwach. Miasteczko także wydało się jej urokliwe.

Tak, strasznie urocze! – pomyślała sarkastycznie i mocniej oparła się o framugę, popijając kawę.

Miejscowi nie przyjęli jej jednak miło. Żadnego ciasta na powitanie i zapraszania na podwieczorki. Wszyscy mieli pretensje, że nie zamierza dalej prowadzić sklepu z gwoździami. Może z dzisiejszej perspektywy trzeba przyznać, że wprowadziła zmiany za szybko. Może trzeba było sprzedać powoli te wszystkie słoiki, rurki, sznurki i inne rzeczy, których zastosowania trudno się było domyślić, a swoje robić powoli na zapleczu. Ale gdy znalazła za półką kłąb zardzewiałego drutu i jakieś przedpotopowe worki z zaprawą murarską, o których zapomniano chyba przed wojną, powiedziała sobie „stop”. Wywaliła wszystkie te skarby i zaprowadziła swoje porządki. Tym się naraziła najbardziej. Sklep „Pewex” uważany był w Lipniku za miejsce, w którym można było dostać wszystko. Teraz nie było w nim nic. Bo tak właśnie początkowo miejscowi traktowali jej doniczki i sadzonki. Nieufnie i z rezerwą. Kiedy zaprojektowała pierwszy wzorcowy ogródek, w stylu rustykalnym, zaczęli ją naśladować. Obudziła w mieszkańcach naturalną potrzebę otaczania się ładnymi rzeczami.

Powoli okazało się, że Kalina nie jest zarozumiałą „panią z miasta”, „biznesmenką” jak ją niektórzy pogardliwie nazywali, ale sympatyczną kobietą, która każdemu stara się pomóc. I już się wydawało, że wszystko jest na dobrej drodze, by zdobyła zaufanie miejscowej społeczności, gdy doszło do niefortunnego zajścia z kierowniczką biblioteki, panią Marianną.