Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 374 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ogród kłamstw - Amanda Quick

Ursula Kern prowadzi Agencję Sekretarek, które pracują dla najwyższych sfer Londynu. Głęboko skrywane sekrety elity Imperium Brytyjskiego, do których mają czasami dostęp, mogą drogo kosztować. Nawet życie.
Kiedy jedna z najlepszych sekretarek umiera w tajemniczych okolicznościach, Ursula nie chce uwierzyć w jej samobójstwo. I nie zamierza zostawić sprawy w spokoju, choć policja bardzo się o to stara.
Archeolog i poszukiwacz przygód Slater Roxton obawia się, że zainteresowanie Ursuli Kern tą sprawą może być dla niej niebezpieczne.
Ona jest piękną kobietą, a on uwielbia ryzyko. Gotów jest więc jej pomóc.
Mimo że opanowanie i nieodgadnione złocistozielone oczy Slatera wprawiają ją w niepokój, Ursula zgadza się. Razem więc wkroczą do mrocznego labiryntu tajemnic wyższych sfer. A śmierć Anne pokazała, że nie jest to bezpieczne miejsce…
Wspólnie chcą zdemaskować mordercę, lecz aby osiągnąć ten cel, muszą powierzyć sobie własne najbardziej skrywane sekrety…

Opinie o ebooku Ogród kłamstw - Amanda Quick

Fragment ebooka Ogród kłamstw - Amanda Quick

Korekta

Hanna Lachowska

Anna Raczyńska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Studio-Annika/iStock/Thinkstock

Tytuł oryginału

Garden of Lies

Copyright © 2015 by Jayne Ann Krentz

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5644-3

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Prolog

Slater Roxton badał właśnie tajemnicze fosforyzujące malowidła ścienne w bogato zdobionej komnacie grobowej, gdy uruchomił się mechanizm pułapki.

Nadciągała nieuchronna katastrofa, którą zwiastowało złowieszcze dudnienie i bolesne zawodzenie starożytnej maszynerii wbudowanej w skały. W pierwszej chwili przyszło mu do głowy, że obudził się wulkan górujący nad Fever Island, ale szybko spostrzegł, że jeden po drugim rozsuwają się masywne bloki sufitu nad wąskim przejściem, prowadzącym do wejścia do świątyni. Na ziemię zaczęły się sypać potężne bryły skał.

Z odległego końca korytarza, tego bliżej wylotu, dobiegł go głos Brice’a Torrence’a.

– Slater, uciekaj. Szybko. Dzieje się coś strasznego.

Slater zerwał się z miejsca. Zostawił latarnie, rysunki i aparat fotograficzny i pognał do wyjścia z komnaty, ale gdy spojrzał w głąb długiego, krętego korytarza wykutego w skale, od razu wiedział, że nie ma szans na ucieczkę.

Przed jego oczami rozsuwały się kolejne bloki sufitu. Na ziemię sypał się grad niezliczonych skalnych odłamków, które błyskawicznie wypełniały tunel. Wiedział, że jeśli spróbuje przedostać się do wyjścia, kamienie zrobią z niego krwawą miazgę. Mógł zrobić tylko jedno: wrócić tam, skąd przybiegł, i zapuścić się w głąb niezbadanej plątaniny grobowych jaskiń.

Pognał na drugi koniec komnaty, chwytając po drodze latarnie, i skierował się do najbliższego tunelu. Korytarz wił się w gęstą, niezbadaną ciemność, ale przynajmniej z góry nie spadał deszcz kamieni.

Przebiegł kawałek drogi, lecz zatrzymał się, gdy zdał sobie sprawę, że jeśli zapuści się głębiej, to z pewnością zabłądzi. Nie zdążyli jeszcze z Brice’em narysować planu grobowych jaskiń wykopanych u podstawy wulkanu.

Ukucnął przy ścianie i objął nogi ramionami. Jaskrawe światło latarni padło na upiorne malowidło przedstawiające potężny wybuch wulkanu, do którego musiało dojść w starożytności. Kataklizm zniszczył piękne miasto zbudowane z białego marmuru. Przywodził mu na myśl katastrofę, która rozgrywała się teraz przed jego oczami.

Do tunelu wpłynęły obłoki pyłu. Zasłonił koszulą usta i nos.

Nie miał innego wyboru, jak poczekać, aż dudnienie ustanie. Przerażenie mroziło mu krew w żyłach. W każdej chwili mógł się rozsunąć sufit jaskini, w której się schronił, a wtedy zostałby pogrzebany żywcem pod gruzowiskiem. Miał tylko nadzieję, że śmierć przyszłaby w ciągu kilku sekund. Wolał nie zastanawiać się nad swoim losem, gdyby przypadkiem przeżył i został uwięziony w błyskotliwie zaprojektowanej pułapce na bliżej nieokreślony czas.

Burza kamieni i skał zdawała się trwać w nieskończoność. W końcu jednak nastała cisza, ale potem przez całe wieki osiadały chmury pyłu.

Dopiero wtedy ostrożnie podniósł się z kucek. Przez chwilę stał bez ruchu, nasłuchując rozdzierającej ciszy. Czekał, aż jego serce złapie równy rytm. W końcu podszedł do wylotu tunelu i zajrzał do sklepionej komnaty, w której zastał go śmiercionośny deszcz skał, wywołany przez mechanizm pułapki. Podłogę pomieszczenia pokrywały drobne kamienie, które musiały się stoczyć z ogromnego usypiska blokującego korytarz prowadzący do wyjścia.

Wprawdzie przeżył katastrofę, ale i tak został pogrzebany żywcem.

Zaczął rozważać swoje szanse w iście akademicki sposób. Doszedł do wniosku, że nadal jest zbyt wstrząśnięty, by w pełni zrozumieć beznadziejność własnego położenia.

Brice i pozostali członkowie ekspedycji musieli być przekonani, że nie przeżył. Zresztą nawet gdyby mieli cień nadziei, to i tak nie byliby w stanie mu pomóc. Znajdowali się na niezamieszkanej wulkanicznej wysepce, którą w większości porastała niezbadana dżungla. Od najbliższego cywilizowanego miejsca dzieliło ich kilka tysięcy mil.

Mieli ograniczone zapasy pożywienia i tylko tyle sprzętu, ile można pomieścić na statku, który zacumował w małej zatoczce u wybrzeża wyspy. Nie było sposobu, aby sprowadzić tu maszyny i ekipę, a bez nich usunięcie gruzowiska ciężkich skał blokujących wejście do świątyni wydawało się niewykonalne.

Brice na pewno spyta o radę kapitana statku, pomyślał Slater. Dojdą wspólnie do wniosku, że nie żyje. I uznają to za błogosławieństwo, ponieważ i tak nie mogliby nic zrobić, aby go uratować.

Zgasił jedną z latarni, chcąc oszczędzić trochę nafty. Trzymając drugą w górze, zaczął obchodzić labirynt korytarzy. Uznał, że istnieją tylko dwie możliwości. Pierwsza – bardziej prawdopodobna – że będzie wałęsał się po kompleksie świątyni, aż umrze. Pozostawała mu jedynie nadzieja, że śmierć nadejdzie wcześniej niż szaleństwo, do którego doprowadziłoby go przebywanie w nieprzeniknionej ciemności.

Druga ewentualność – zupełnie nierealna – zakładała, że przypadkiem natrafi na taki korytarz, który wyprowadzi go na zewnątrz. Ale nawet gdyby miał tyle szczęścia, to i tak nie byłby w stanie odnaleźć drogi do statku, zanim ten odpłynie. Kiedy w końcu dotarli do tej przeklętej wyspy – tylko dlatego że wskutek gwałtownego sztormu statek zboczył z kursu – zapasy były na ukończeniu. Kapitan bał się kolejnej burzy. Chciał jak najszybciej wypłynąć w powrotną drogę do Londynu. Musiał mieć na względzie dobro załogi i innych członków ekspedycji.

Slater wiedział, że gdyby udało mu się wydostać z tego labiryntu, zostałby uwięziony na wyspie, do której nie przybijały regularnie żadne pływające jednostki. Mogłoby minąć wiele lat, nim zabłąkałby się tu następny statek.

Wkraczał do kolejnych ciemnych jaskiń, kierując się jedynie malowidłami pozostawionymi przez artystów tej starożytnej cywilizacji, którą przed wieloma wiekami zniszczyły potoki gorącej lawy.

W którymś momencie zaczął nagle rozumieć sens tych obrazów, o ile, oczywiście, prawidłowo odczytywał intencje ukazanych historii. Bo przecież nie mógł wykluczyć ewentualności, że zaczynał już popadać w szaleństwo. Jaskrawe malowidła wyłaniające się z atramentowych ciemności powodowały dezorientację. A u człowieka w jego położeniu mogły też szybko wywołać halucynacje.

Doszedł jednak do wniosku, że obrazy przedstawiają trzy różne legendy. Stanął jak wryty, gdy uświadomił sobie w nagłym olśnieniu, że każda z tych opowieści wyznacza inną drogę przez labirynt. Pierwsza seria malowideł była opowieścią o wojnie, druga zaś o zemście.

Po namyśle wybrał trzecią legendę.

Nie wiedział, jak długo szedł i jaką drogę pokonał. Od czasu do czasu przystawał wyczerpany i zapadał w niespokojny sen, w którym prześladowały go obrazy ze skalnych malowideł służących za jedyne drogowskazy. Niekiedy przekraczał małe podziemne strumyki. Przystawał wtedy, by łapczywie napić się wody. Starał się oszczędzać ser i chleb, które miał w plecaku, ale w końcu zapasy się wyczerpały.

Uparcie szedł przed siebie, bo cóż innego mógł robić. Nie chciał się zatrzymywać, gdyż oznaczałoby to rezygnację z walki.

W końcu wydostał się z labiryntu jaskiń do kamiennego kręgu, do którego sączyło się światło dzienne. I chciał wędrować dalej, przekonany, że to tylko halucynacje.

Słoneczny blask.

Ostatnim wysiłkiem umysłu zarejestrował, że to, co widzi, jest rzeczywiste.

Z niedowierzaniem podniósł wzrok. Gorące promienie tropikalnego słońca wpadały do środka przez otwór w skałach. Zwieszała się z niego długa, czarna lina.

Zbierając resztki sił, chwycił ją i pociągnął, żeby sprawdzić, czy utrzyma jego ciężar. Upewniwszy się, że nic mu nie zagraża, zaczął iść w górę starożytnymi schodami, przytrzymując się liny jak poręczy.

Gdy dotarł do otworu, wyślizgnął się z jaskiń i upadł bezsilnie na kamienną podłogę znajdującej się na zewnątrz świątyni. Spędził w ciemności tyle czasu, że ostry blask słońca niemal go oślepił.

Gdzieś w pobliżu odezwał się dźwięk gongu. Echo poniosło go przez dżunglę.

Nie był sam na wyspie.

Rok później w małej zatoczce zarzucił kotwicę następny statek. Slater dopilnował, by znaleźć się na jego pokładzie. Ale gdy odpływał, był już innym człowiekiem niż w dniu przybycia na Fever Island.

W ciągu następnych kilku lat w pewnych kręgach stał się legendą. Kiedy w końcu wrócił do Londynu, przekonał się, że dzieli los wszystkich słynnych postaci: nie miał miejsca, które mógłby nazwać domem.

1

Nie mogę uwierzyć, że Anne umarła. – Matty Bingham przetarła oczy chusteczką. – Była pełna życia. I czarująca. Miała w sobie tyle wigoru.

– To prawda. – Ursula Kern mocniej ścisnęła rączkę parasolki, patrząc, jak grabarze sypią na trumnę wilgotną ziemię. – Była kobietą nowoczesnej ery.

– I doskonałą sekretarką. – Matty wcisnęła chusteczkę do torebki. – Chlubą agencji.

Matty miała trzydzieści pięć lat i była starą panną, bez rodziny i koneksji. Podobnie jak inne kobiety, które podejmowały pracę w Agencji Sekretarek Kern, porzuciła nadzieję o małżeństwie i posiadaniu własnej rodziny. Chwyciła się, tak jak Anne, ostatniej deski ratunku, jaką była praca sekretarki, gdy ta dziedzina zawodowa stawała się wreszcie dostępna dla kobiet.

Posępny dzień idealnie nadawał się na pogrzeb – wszystko spowijała wpędzająca w rozpacz szarość, którą przecinał drobny jednostajny deszcz. Nad grobem stały jedynie Ursula i Matty. Anne umarła w samotności. Po jej ciało nie zgłosił się nikt z rodziny. Ursula pokryła wszystkie koszty związane z pochówkiem. Uważała to nie tylko za swój obowiązek wobec podwładnej, ale także ostateczny dowód przyjaźni, jaką ją obdarzała.

Czuła, że wzbiera w niej poczucie pustki. Przez ostatnie dwa lata Anne Clifton była jej najbliższą przyjaciółką. Połączył je brak rodziny oraz cienie z przeszłości, które starannie pogrzebały.

Anne nie była pozbawiona wad – inne sekretarki uważały, że zbyt szybko podejmuje decyzje – ale Ursula wiedziała, że uwagom tym towarzyszył zawsze pewien podziw. Anne z zuchwałą determinacją torowała sobie drogę przez życie wbrew przeciwnościom, stając się w ten sposób wzorem nowoczesnej kobiety.

Kiedy trumna zniknęła pod grubą warstwą ziemi, Ursula i Matty ruszyły do wyjścia z cmentarza.

– To miło z twojej strony, że zapłaciłaś za pogrzeb Anne – zauważyła Matty.

Ursula przeszła przez bramę z kutego żelaza.

– Chociaż tyle mogłam dla niej zrobić.

– Będzie mi jej brakowało.

– Mnie również – przyznała Ursula.

Kto zapłaci za mój pogrzeb, gdy przyjdzie czas? – pomyślała.

– Anne nie wydawała się osobą, która mogłaby odebrać sobie życie – stwierdziła Matty.

– To prawda.

Ursula w samotności zjadła kolację, tak jak zwykle. Po posiłku przeszła do małego, przytulnego gabinetu.

Do pokoju wtargnęła gospodyni, żeby zapalić światło.

– Dziękuję, pani Dunstan – powiedziała Ursula.

– Jest pani pewna, że nic pani nie będzie? – zapytała łagodnie pani Dunstan. – Wiem, że przyjaźniła się pani z panną Clifton. Trudno się pogodzić z utratą bliskiej osoby. Sama to przeżyłam kilka razy w ciągu ostatnich lat.

– Nic mi nie będzie – odpowiedziała Ursula. – Muszę tylko przejrzeć rzeczy panny Clifton, a potem położę się do łóżka.

– W takim razie już pójdę.

Pani Dunstan wyszła cicho z pokoju i zamknęła drzwi. Ursula odczekała moment, po czym nalała sobie solidną porcję brandy. Mocny trunek odegnał częściowo chłód, który odczuwała od śmierci Anne.

Po chwili podeszła do kufra, w którym były rzeczy należące do zmarłej.

Wyjmowała po kolei przedmioty i ogarniał ją coraz głębszy niepokój: pusty flakonik po perfumach, aksamitny woreczek ze skromną biżuterią, notes stenograficzny i dwie paczuszki nasion. I chociaż obecność każdego z nich z osobna można było łatwo wytłumaczyć, razem tworzyły całość nasuwającą kłopotliwe pytania.

Gdy przed trzema dniami gospodyni Anne znalazła ją martwą, natychmiast posłała po Ursulę. Tylko ją mogła wezwać. Z początku Ursula nie była w stanie zaakceptować faktu, że Anne albo umarła z naturalnej przyczyny, albo popełniła samobójstwo. Postanowiła zawiadomić policję, która stwierdziła bez chwili wahania, że nic nie wskazuje na to, by doszło do przestępstwa.

Ale Anne zostawiła liścik. Ursula znalazła zgnieciony skrawek papieru na podłodze obok ciała. Większość ludzi uznałaby dziwne znaki zapisane ołówkiem za przypadkowe bazgroły. Zmarła była jednak wykwalifikowaną stenotypistką i pracowała metodą Pitmana. I podobnie jak wiele innych zawodowych stenotypistek miała własny system kodowanego zapisu.

Liścik zawierał wiadomość skierowaną do Ursuli. Anne zdawała sobie przecież sprawę, że nikt inny nie odszyfruje jej osobistego systemu kodowania. Treść wiadomości brzmiała: „Za sedesem”.

Ursula usiadła przy biurku i wypiła kolejny łyk brandy, przyglądając się rozłożonym przedmiotom. Po chwili odsunęła na bok pusty flakonik. Znalazła go na niedużym biurku Anne, a nie z pozostałymi rzeczami. Wprawdzie to, że zmarła w ogóle nie pochwaliła się zakupem nowych perfum, wydawało się do niej zupełnie niepodobne, ale tak czy inaczej, flakonik nie miał w sobie nic tajemniczego.

Notes, sakiewka z biżuterią, nasiona – to już zupełnie inna sprawa. Dlaczego Anne ukryła te przedmioty za sedesem?

Po chwili otworzyła notes i zaczęła czytać. Odszyfrowywanie stenograficznego zapisu Anne szło powoli, ale po dwóch godzinach wiedziała już, że pomyliła się co do jednego. Opłacenie kosztów pogrzebu nie było ostatnią przysługą, jaką mogła wyświadczyć przyjaciółce.

Okazało się, że jest jeszcze jedna rzecz, którą musi zrobić dla Anne – znalezienie jej zabójcy.

2

Slater Roxton przyglądał się Ursuli przez szkła okularów w drucianej oprawie.

– Co pani ma na myśli, do diabła? Panno Kern, dlaczego nie będzie pani mogła tu przychodzić przez kilka następnych tygodni? Przecież zawarliśmy umowę.

– Proszę przyjąć moje przeprosiny, sir, ale naprawdę pojawiła się pilna sprawa – wyjaśniła Ursula. – I muszę jej poświęcić całą uwagę.

W bibliotece zaległa kłopotliwa cisza. Ursula przygotowała się wewnętrznie na odparcie ataku. Poznała Slatera ledwie dwa tygodnie temu i pracowała z nim jedynie dwukrotnie, ale czuła, że intuicyjnie rozumie tego człowieka. A teraz okazało się, że jest trudnym klientem.

Opanował do perfekcji sztukę nieokazywania nastrojów i myśli, ale potrafiła rozpoznać kilka subtelnych sygnałów. Pogrążył się w milczeniu i wpatrywał się w nią bez zmrużenia powiek, co nie wróżyło nic dobrego. Siedziała sztywno wyprostowana na krześle, starając się nie dać po sobie poznać, że jego nieruchomy wzrok wywołuje ciarki na plecach.

Najwyraźniej doszedł do wniosku, że skoro nie zareagowała na jego dezaprobatę w taki sposób, jak się spodziewał, to należy podnieść poziom napięcia. Powoli wstał z fotela i oparł silne dłonie na wypolerowanym blacie mahoniowego biurka.

Poruszał się ze zwodniczym wdziękiem, który sprawiał, że otaczała go fascynująca aura cichej, skupionej siły. W całej jego postawie, począwszy od spokojnego sposobu mówienia, pozbawionego niemal całkowicie intonacji, a skończywszy na nieodgadnionych zielonozłotych oczach, wyczuwało się mroczny brak wszelkich emocji.

To wrażenie lodowatego spokoju wzmacniał jeszcze dobór garderoby. Znała go krótko, ale przez ten czas za każdym razem był ubrany w czarną płócienną koszulę i czarny krawat, a do tego czarne spodnie i czarny surdut. Nawet oprawki okularów zostały wykonane z matowego, czarnego metalu, bez złoconych czy posrebrzanych elementów.

W tej chwili Slater nie miał na sobie surduta o surowym kroju. Powiesił go na wieszaku przy drzwiach. Zdjął go zaraz po jej przyjściu, gotowy zabrać się do pracy nad katalogowaniem artefaktów.

Wiedziała, że nie ma prawa krytykować jego sposobu ubierania. Ona też chodziła wyłącznie w czerni. Od dwóch lat wkładała żałobny strój: wdowi welon i szykowną czarną suknię, a także czarne, sięgające kostki, zapinane botki na grubych obcasach. Uważała, że to zarówno stosowny ubiór do pracy, jak i kamuflaż.

Przeszło jej przez myśl, że stanowią ze Slaterem wyjątkowo ponurą parę. Gdyby ktoś wszedł do biblioteki, pomyślałby, że oboje są pogrążeni w nieutulonym żalu. A tymczasem dla niej była to tylko wygodna przykrywka. Zastanawiała się nie po raz pierwszy, jakie powody, by ubierać się na czarno, ma Slater. Jego ojciec zmarł przed dwoma miesiącami. I tylko ta sprawa ściągnęła go do Londynu po kilku latach przebywania zagranicą. Stał się teraz głównym zarządcą rodzinnej fortuny Roxtonów. Ursula nie miała jednak wątpliwości, że czarny strój to wieloletnie przyzwyczajenie, a nie oznaka żałoby.

Nawet gdyby tylko połowa z tego, co gazety wypisywały na temat Slatera Roxtona, była prawdą, to prawdopodobnie miał wystarczające powody, by nosić czarne ubrania. W końcu to kolor tajemnicy, a Slater stanowił dla wyższych sfer wielką zagadkę.

Przyglądała się Roxtonowi z głęboką nieufnością, przemieszaną z zaciekawieniem, ale też, z czego zdawała sobie sprawę, lekkomyślną fascynacją. Przeczuwała, że wypowiedzenie pracy, zwłaszcza w takim błyskawicznym trybie, nie spotka się z cierpliwym zrozumieniem chlebodawcy. Klienci często okazywali się trudni, ale nigdy dotąd nie spotkała kogoś takiego jak Slater. Wymykał się wszelkim regułom i sama myśl o kierowaniu nim po prostu nie mieściła się w głowie. Od początku znajomości było dla niej jasne, że Slater jest nieskrępowaną siłą natury i sam ustala dla siebie zasady. I doskonale wiedziała, że właśnie dlatego wydaje jej się szalenie interesującym mężczyzną.

– Właśnie tłumaczyłam, że pojawiły się nieprzewidziane okoliczności – powiedziała, starając się zachować profesjonalny i chłodny ton, gdyż wiedziała, że Slater natychmiast uczepi się choćby cienia niepewności czy słabości, jeśli je wyczuje. – Żałuję, że muszę odłożyć naszą współpracę na później, jednak…

– To dlaczego ją pani odkłada?

– Z powodów osobistych – odparła.

Zmarszczył czoło.

– Jest pani chora?

– Nie, oczywiście, że nie. Cieszę się doskonałym zdrowiem. Chciałam dodać, że mam nadzieję, iż będę mogła dokończyć katalogowanie zbiorów w późniejszym terminie.

– Doprawdy? A skąd pani wie, że nie znajdę innej osoby? W Londynie nie brakuje sekretarek.

– Ma pan do tego prawo, rzecz jasna. Muszę jednak przypomnieć, że na początku uprzedziłam pana, iż mam również inne zobowiązania zawodowe, które od czasu do czasu mogą kolidować z naszym harmonogramem. Wyraził pan zgodę na te warunki.

– Zapewniano mnie, że oprócz wielu innych wspaniałych zalet ma pani i tę, że można na pani polegać, pani Kern. Nie może pani po prostu rzucić pracy, jak gdyby nigdy nic.

Ursula poprawiła czarną spódnicę tak, że spływała eleganckimi fałdami wokół nóg. Chciała w ten sposób zyskać trochę na czasie. Atmosfera w bibliotece robiła się napięta, jak gdyby niewidzialny generator prądu naładował powietrze. Działo się tak za każdym razem, gdy znajdowała się blisko Slatera. Dziś jednak w tej niepokojącej i dość ekscytującej energii wyczuwała dodatkowo groźną nutę.

W ciągu krótkiego okresu ich znajomości ani razu nie widziała, aby wpadł w złość. Nie posunął się też do drugiej skrajności. Jeszcze nie miała okazji zobaczyć, jak się śmieje. Wprawdzie czasami jego usta rozciągały się w szybkim i bardzo przelotnym uśmiechu, a w zimnych zwykle oczach pojawiały się wówczas ciepłe iskierki, ale odnosiła wtedy wrażenie, że jest zdziwiony tymi przebłyskami emocji bardziej niż ona.

– Proszę przyjąć moje przeprosiny, panie Roxton – powtórzyła po raz kolejny. – Zapewniam pana, że nie mam wyboru. Czas mnie nagli.

– Mam wrażenie, że należy mi się bardziej wyczerpujące wyjaśnienie. Cóż to za nagląca sprawa, że wymaga aż zerwania naszej umowy?

– Dotyczy jednej z moich pracownic.

– Czuje się pani zobowiązana do zajmowania się osobistymi sprawami swoich pracownic?

– No cóż, tak, w dużym skrócie chodzi właśnie o to.

Slater wyszedł zza biurka, oparł się o nie i założył ręce.

Twarz o ostro zarysowanych kształtach miała surowy wyraz, świadczący o tym, że jej właściciel nie przebacza łatwo uraz. Niekiedy można było wyobrazić sobie Slatera jako anioła zemsty. A znów przy innych okazjach myślała, że byłby bardzo dobry w roli Lucyfera.

– Proszę się bardziej wyczerpująco usprawiedliwić, pani Kern – odezwał się. – Jest mi pani winna chociaż tyle, jak sądzę.

Pomyślała, że nic mu nie jest winna. Zadała sobie sporo trudu, aby od początku ustanowić jasne zasady współpracy. Była właścicielką Agencji Sekretarek Kern i w ostatnim czasie bardzo rzadko osobiście przyjmowała zlecenia. Jej firma szybko się rozwijała. W rezultacie w minionych miesiącach poświęcała czas wyłącznie pracy w biurze, szkoląc nowe sekretarki i prowadząc rozmowy z potencjalnymi klientami. Przyjęła posadę u Slatera tylko dlatego, że chciała wyświadczyć przysługę jego matce, Lilly Lafontaine, słynnej aktorce, która po zakończeniu kariery scenicznej zajęła się pisaniem melodramatycznych sztuk.

Ursula nie przypuszczała, że tajemniczy pan Roxton okaże się takim fascynującym mężczyzną.

– Skoro pan sobie tego życzy, to proszę bardzo – odpowiedziała. – Krótsza wersja tej historii jest taka, że postanowiłam podjąć pracę u innego klienta.

– Rozumiem – oznajmił. – To znaczy, że nie jest pani zadowolona z pracy u mnie?

W jego głosie wyczuła nutkę żalu. Uświadomiła sobie, że od początku traktuje jej odejście w kategoriach osobistych. W jeszcze większe zdumienie wprawił ją jednak fakt, że nie wydawał się jakoś szczególnie zdziwiony, iż rezygnuje z posady. Przyjął to raczej ze stoicką rezygnacją, jak gdyby widział w tym działanie fatum.

– Wprost przeciwnie, sir – odparła szybko. – Katalogowanie pańskich artefaktów wydaje mi się całkiem interesującym zadaniem.

– To może za mało pani płacę? – Dostrzegła w jego oczach przebłysk ulgi. – Jeśli tak, to możemy renegocjować warunki umowy.

– Zapewniam pana, że nie chodzi o pieniądze.

– Skoro praca panią interesuje, a wynagrodzenie jest zadowalające, dlaczego porzuca mnie pani dla kogoś innego? – zapytał.

Tym razem wydawał się wyraźnie zakłopotany.

Wstrzymała oddech i poczuła nagle ze zdziwieniem, że na jej twarz wypływają rumieńce. Pomyślała, że Slater zachowuje się niemal jak porzucony kochanek. Ale to wrażenie było, rzecz jasna, zupełnie niedorzeczne. Łączyła ich relacja wyłącznie zawodowa.

Właśnie dlatego tak rzadko przyjmujesz zlecenia od mężczyzn, napomniała się w duchu. To zawsze było obarczone pewnym ryzykiem. Kiedy wprowadzała w życie zasadę pracy głównie u kobiet, nie przewidywała jednak, że jej samej któryś z klientów wyda się pociągający. Miała raczej na myśli odwrotne sytuacje: to mężczyźni mogli stanowić zagrożenie dla dobrego imienia zatrudnionych u niej sekretarek. Zrobiła wyjątek dla Slatera Roxtona i teraz za to zapłaci.

Koniec końców dobrze się stało, że ich znajomość zostanie przerwana, zanim straci dla niego głowę i, prawdopodobnie, serce.

– A co do powodów odejścia… – zaczęła.

– Kim jest nowa klientka? – przerwał jej Slater.

– No dobrze, sir, przybliżę okoliczności, które każą mi przerwać pracę u pana, ale może się to panu nie spodobać.

– Niech pani spróbuje.

Rozkazujący ton Slatera wprawił ją w napięcie.

– Proszę mi wierzyć, że nie mam zamiaru się z panem sprzeczać… Zwłaszcza wobec faktu, że chcę wrócić na tę posadę w niedalekiej przyszłości.

– Dała mi pani jasno do zrozumienia, że mam poczekać, aż będzie pani mogła wrócić.

Machnęła dłonią w czarnej rękawiczce w stronę zabytkowych przedmiotów, które zagracały bibliotekę.

– Te dzieła sztuki są tu od lat. Mogą jeszcze trochę poczekać.

– Jak długo? – zapytał zbyt gładko.

– No cóż – odchrząknęła. – Chyba nie jestem w stanie tego dokładnie określić. Nie w tej chwili. Być może za kilka dni będę już mniej więcej wiedziała, jak długo to potrwa.

– Ja też nie mam zamiaru się z panią kłócić, pani Kern, ale chciałbym poznać nazwisko klienta, którego uważa pani za ważniejszego ode mnie. – Przerwał i wydawał się dziwnie poirytowany jak na niego. – To znaczy chciałem powiedzieć, że ciekawi mnie, jaką ma pani pilniejszą pracę niż katalogowanie moich artefaktów? Czy pani nowy klient jest bankierem? A może właścicielem dużego przedsiębiorstwa? Albo prawnikiem lub damą z wyższych sfer, która pilnie potrzebuje pani pomocy?

– Przed dwoma dniami wezwano mnie do domu kobiety, która nazywała się Anne Clifton. Pracowała dla mnie przez dwa lata. Była dla mnie kimś więcej niż tylko pracownicą. Uważałam ją za przyjaciółkę. Miałyśmy wiele wspólnego.

– Dlaczego mówi pani o niej w czasie przeszłym?

– Ponieważ znaleziono ją martwą w jej gabinecie. Wezwałam policję, ale inspektor, który zgodził się przyjechać, od razu uznał, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych. Uważa, że to był atak serca albo udar.

Slater nawet nie drgnął. Wpatrywał się w nią w taki sposób, jakby właśnie obwieściła, iż potrafi latać. Najwyraźniej nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Pozbierał się jednak z godną podziwu szybkością.

– Przykro mi z powodu śmierci panny Clifton – oznajmił, a po chwili, patrząc spod nieznacznie zmrużonych powiek, dodał: – Dlaczego wezwała pani policję?

– Bo uważam, że Anne mogła zostać zamordowana.

Slater spojrzał na nią bez słowa. W końcu zdjął okulary i zaczął je przecierać śnieżnobiałą chusteczką.

– Mhm – mruknął tylko pod nosem.

Ursula biła się przez chwilę z myślami. Prawdę mówiąc, bardzo chciała omówić swój plan z kimś, kto nie tylko okazałby zrozumienie, ale też udzielił pożytecznych rad – a zarazem zachowałby całą sprawę w tajemnicy. Intuicja mówiła jej, że Slater Roxton potrafi dochować sekretu. Ponadto w ostatnich dniach miała okazję się przekonać, że ma wybitnie logiczny umysł. Można by wręcz powiedzieć, że sztukę logicznego myślenia doprowadził niemal do absurdu.

– To, co w tej chwili panu powiem, jest ściśle poufne. Rozumie pan? – spytała.

Ściągnął ciemne brwi, co nadało mu posępny wyraz. Wiedziała, że poczuł się obrażony.

– Postawmy sprawę jasno: umiem trzymać buzię na kłódkę, pani Kern – rzucił chłodno, jakby wykuwał każde słowo z kawałka lodu.

Poprawiła rękawiczki, po czym zacisnęła mocno dłonie i oparła je na podołku. Przez chwilę milczała, zbierając myśli. Nikomu dotąd nie powiedziała, co zamierza zrobić, nawet swojej asystentce Matty.

– Mam powód, by podejrzewać, że Anne Clifton została zamordowana – powtórzyła to, co wcześniej. – Zamierzam zatrudnić się na jej miejsce w domu klientki. Mam nadzieję, że w ten sposób uda mi się natrafić na pewne wskazówki, które doprowadzą mnie do mordercy.

Po raz pierwszy, odkąd poznała Slatera, wydawał się zaskoczony. Wpatrywał się w nią przez kilka sekund zupełnie oniemiały.

– Co? – wydukał w końcu.

– To, co pan słyszał, sir. Policja nie widzi potrzeby, by przeprowadzić śledztwo w sprawie śmierci Anne. A ponieważ nie ma nikogo innego, kto mógłby to zrobić, sama się tym zajmę.

Slater zdołał się w końcu pozbierać.

– To czyste szaleństwo – rzekł bardzo cichym głosem.

Od razu zgasła jej nadzieja, że okaże zrozumienie. Wstała z krzesła i sięgnęła do małego aksamitnego kapelusza, aby ściągnąć na twarz czarną woalkę. Ruszyła w stronę drzwi.

– Przypominam panu o obietnicy dochowania sekretu – powiedziała. – A teraz, jeśli pan pozwoli, muszę już iść. Prześlę wiadomość, gdy tylko rozwiążę sprawę śmierci Anne. Być może rozważy pan wtedy możliwość ponownego zatrudnienia mnie.

– Pani Kern, proszę poczekać. Ani kroku dalej, dopóki nie rozplączę tego… splątanego węzła chaosu, który mi tu pani rzuciła.

Znieruchomiała z ręką na gałce i odwróciła się twarzą do Slatera.

– Splątanego węzła chaosu? To jakieś zagraniczne określenie, sir?

– Jestem pewien, że doskonale pani wie, co miałem na myśli.

– Nie ma czego rozplątywać. Zwierzyłam się panu ze swoich zamiarów tylko dlatego, że miałam nadzieję, iż zaoferuje mi pan radę lub pomoc. Ma pan wybitnie logiczny umysł, sir. Ale widzę, że byłam niemądra, oczekując zrozumienia dla mojego planu, nie mówiąc już o pomocy.

– Przede wszystkim dlatego, że ten plan nie jest ani racjonalny, ani logiczny – odciął się szybko. – To jest zupełnie nieprzemyślana strategia.

– Nonsens. Przemyślałam ten problem dogłębnie.

– Nie sądzę. Gdyby tak było, to doszłaby pani do wniosku, że ten plan jest lekkomyślny, obarczony dużym ryzykiem i bez wątpienia okaże się całkowicie bezowocny.

Wiedziała, że może nie odnieść się entuzjastycznie do jej decyzji o przeprowadzeniu śledztwa w sprawie śmierci Anne, ale spodziewała się, że zrozumie przynajmniej jej intencje. Jak mogła myśleć, że łączy ją ze Slaterem relacja oparta na wzajemnym szacunku?

I dlaczego ten fakt tak bardzo ją przygnębił? Przecież jest jej klientem, a nie potencjalnym kochankiem.

Zdobyła się na chłodny uśmiech.

– Niech pan się nie krępuje. Może pan powiedzieć otwarcie, co myśli o moim planie. Ale tylko do siebie. Bo ja nie będę tego wysłuchiwała.

Zaczęła otwierać drzwi, ale jednym susem znalazł się przy niej i zamknął je stanowczym ruchem.

– Jeszcze chwilę, pani Kern. Nie skończyłem naszej rozmowy.

3

To oznaczało zwycięstwo. Być może.

Ursulę przeniknęły ulga i cień nadziei. Uniosła brwi, słysząc zimny i stanowczy ton Slatera.

– Dał pan jasno do zrozumienia, że nie aprobuje tego, co zamierzam zrobić – odezwała się. – O czym tu jeszcze dyskutować?

Przez długą chwilę wpatrywał się w nią nieruchomym wzrokiem i nagle przypomniał sobie, że wciąż trzyma w dłoni okulary. Ostentacyjnie włożył je na nos. W tym momencie uświadomiła sobie, że Slater wcale ich nie potrzebuje. Nosił je z tego samego powodu, dla którego ona wkładała wdowi welon – by osłonić się przed wścibskim wzrokiem socjety.

– Skąd ta pewność, że pani sekretarka została zamordowana? – zapytał w końcu.

Uznała to za postęp. Postanowił ją przynajmniej wypytać o szczegóły.

– Mam ku temu kilka powodów – odrzekła.

– Zamieniam się w słuch.

– Jestem głęboko przekonana, że Anne nie odebrała sobie życia. Nie było żadnych śladów użycia cyjanku czy innej trucizny.

– Zewnętrzne ślady użycia trucizny są często trudne do zauważenia.

– Tak, wiem, ale poza tym Anne nie była ani trochę przygnębiona. Niedawno przeprowadziła się do niedużego domu, który w niedalekiej przyszłości zamierzała kupić. Nabyła nowe meble i nową suknię. Była zadowolona z pracy u pewnej stałej klientki i doskonale zarabiała. W dodatku wspomniała kiedyś, że od czasu do czasu otrzymuje całkiem pokaźne finansowe dowody wdzięczności od tej klientki. Krótko mówiąc, nie miała kłopotów finansowych.

Slater wpatrywał się w nią z zamyśleniem, a w końcu wrócił do biurka. Oparł się o nie tak jak poprzednio i założył ręce na piersi. W jego oczach za szkłami okularów jarzył się ledwie zauważalny blask.

– Podobno tak jest zawsze. Gdy przyjaciel lub ukochana osoba popełni samobójstwo, to każdy, kto był jej bliski, mówi, że nie dostrzegł żadnych sygnałów, by coś takiego miało nastąpić – oznajmił.

Ursula odwróciła się do niego.

– Możliwe, że tak jest. Zapewniam pana, że w ostatnich tygodniach Anne była w doskonałym nastroju. Wydawała się taka radosna, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie wchodzi w grę romantyczny związek z jakimś mężczyzną.

– To by wiele tłumaczyło – przyznał Slater. – Nieszczęśliwa miłość.

– Nawet zaczęłam się zastanawiać, czy Anne nie popełniła życiowego błędu, angażując się w intymny związek z mężczyzną powiązanym z domem klientki, u której pracowała. Wprowadziłam surowe zasady dotyczące takich sytuacji i oczywiście, robię, co w mojej mocy, żeby chronić pracujące w agencji sekretarki. Nawiązywanie romantycznych związków z klientem bądź osobami związanymi z jego domem jest wyjątkowo nierozważne. To się nigdy dobrze nie kończy.

– Rozumiem – powiedział Slater neutralnym tonem.

– Chodzi o to, że Anne była światową kobietą. I możliwe, że zignorowała moje zasady. Mąż klientki jest bogatym i wpływowym człowiekiem. Mężczyźni tego pokroju często podchodzą dość lekko do podobnych romansów.

Slater patrzył na nią bez słowa.

Przypomniała sobie poniewczasie, że Roxton też jest bogatym i wpływowym mężczyzną.

– Chodzi o to – dodała pośpiesznie – że Anne potrafiła o siebie zadbać w takich sytuacjach. Możliwe, że utrzymywała jakiś sekretny związek, ale nie byłaby tak głupia, żeby zakochać się w mężczyźnie, gdyby wiedziała, że on nigdy nie odwzajemni jej uczuć.

Slater ważył w myślach jej słowa.

– Mówi pani, że Anne nie miała kłopotów finansowych.

– Jej dochody wystarczały na wygodne życie, odłożyła też trochę funduszy i biżuterii na starość.

– Czy zapisała komuś ten majątek?

Ursula się skrzywiła.

– Jestem jej jedyną spadkobierczynią.

– Rozumiem. – Slater powoli odetchnął. – No cóż, zatem ten motyw zbrodni odpada. Trudno sobie wyobrazić, żeby podejmowała pani śledztwo, które mogłoby doprowadzić do pani aresztowania.

– Dziękuję za tę odrobinę logiki. Zapewniam pana, że nie miałam powodu życzyć jej śmierci. Była jedną z moich najlepszych sekretarek, chlubą agencji pod każdym względem. A poza tym moją przyjaciółką. Kiedy dwa lata temu otworzyłam agencję, pierwsza zgodziła się dla mnie pracować.

– Powiada pani, że samobójstwo nie wchodzi w grę. Dlaczego pani sądzi, że panna Clifton mogła zostać zamordowana?

– Ściskała w ręku liścik.

– Pożegnalny? – upewnił się Slater, a w jego głosie zabrzmiała ciepła i zdumiewająca nuta współczucia.

– Nie, nie w takim sensie, o jakim pan myśli. Napisała krótką informację ołówkiem. Myślę, że chciała mnie skierować na trop zabójcy.

Slater nagle się zapalił.

– Napisała liścik ołówkiem? Nie użyła pióra?

A zatem zrozumiał.

– Też mnie to zdziwiło, sir – przyznała. – Myślę, że nie miała czasu sięgnąć po pióro. Musiałaby otworzyć kałamarz, napełnić pióro i ułożyć kartkę papieru w odpowiedni sposób. List wyjaśniający powody samobójstwa to nie jest spontaniczna czynność, nieprawdaż? Doświadczona sekretarka użyłaby wtedy pióra i porządnej kartki papieru. Tymczasem Anne skreśliła tylko kilka słów ołówkiem, tak jakby się bardzo spieszyła. Nie, panie Roxton. To nie był list pożegnalny. Próbowała zostawić wiadomość. Przeznaczoną dla mnie.

– Czy zaadresowała ją do pani?

– Nie, ale napisała ją, stosując własne skróty. Wiedziała, że poza mną nie ma raczej drugiej osoby, która byłaby w stanie to odczytać.

– I co było w tym liściku?

– Napisała go własnym kodem stenograficznym. Wskazała kryjówkę, w której znalazłam jej notes i małą kolekcję biżuterii. Ach, i były tam także dwa woreczki z nasionami. Nie mam pojęcia, dlaczego ukryła nasiona. To kolejna zagadka.

– A gdzie schowała te wszystkie przedmioty? – zapytał Slater.

– Za wygódką. Nie wspomniałam o tym? Przepraszam.

Slater zdawał się nie rozumieć.

– Za wygódką?

Ursula odchrząknęła.

– Za klozetem, panie Roxton.

– A tak. Wygódka. Najmocniej przepraszam. Przez kilka ostatnich lat byłem za granicą. Nie znam za dobrze tych eufemizmów.

– Rozumiem.

– A wracając do liściku, który zostawiła panna Clifton, to powód ukrycia biżuterii wydaje się oczywisty. Powiedziała pani, że nie wie, dlaczego ukryła nasiona. A co z notesem? Domyśla się pani, dlaczego go schowała?

– Doskonałe pytanie – zauważyła Ursula z ożywieniem. – Siedziałam nad nim pół nocy i udało mi się odszyfrować kilka stron, ale to nie rzuciło światła na ten problem. Proszę sobie wyobrazić, że to są wiersze.

– Anne Clifton pisała wiersze?

– Nie, jej klientka. Lady Fulbrook to bogata kobieta, ale stroni od ludzi. Zatrudniła Anne, żeby jej dyktować wiersze. Anne przepisywała je później na maszynie. Mówiła, że lady Fulbrook przeżyła załamanie nerwowe i lekarz zalecił jej pisanie wierszy jako formę terapii.

Slater wydawał się nieco zdezorientowany.

– A co to były za wiersze?

Ursula poczuła, że na policzki wypełzają jej rumieńce. Starała się przybrać profesjonalny ton.

– Są głównie na temat miłości.

– Miłości – powtórzył Slater tak, jakby to słowo było mu zupełnie obce.

Ursula machnęła nieznacznie dłonią w rękawiczce.

– Niekończąca się tęsknota, cierpienia kochanków rozdzielonych przez los albo okoliczności, na które nie mają wpływu. Nieziemski szał namiętności. To, co zwykle w takiej poezji.

– Nieziemski szał namiętności – powtórzył Slater.

I znowu zabrzmiało to tak, jakby samo pojęcie było dla niego zupełnie nieznane.

Bez wątpienia dostrzegła w jego oczach iskierki rozbawienia. Ścisnęła mocniej torebkę i powiedziała sobie, że nie da się wciągnąć w dyskusję o wartości poezji miłosnej.

– Chodzi o to, że chociaż te wiersze poruszają oklepane tematy, to są w nich także dość dziwne elementy – liczby i słowa, które nie pasują do metrum. I dlatego nie jestem pewna, czy dobrze odczytuję kod Anne. Jak już powiedziałam, z biegiem czasu każda sekretarka wypracowuje własne skróty, czasami niemożliwe do odczytania.

– Ale potrafi pani odszyfrować kod panny Clifton?

– Próbuję. Ale nie wiem, czy to coś da. – Ursula westchnęła. – W końcu to poezja. Co może mi powiedzieć o powodach zamordowania Anne?

– Po pierwsze, musi sobie pani postawić pytanie, dlaczego panna Clifton zadała sobie trud, żeby ukryć notatnik.

– Wiem, ale nie przychodzi mi do głowy sensowna odpowiedź.

– Odpowiedź jest zawsze ukryta w pytaniu – podpowiedział Slater.

– I co to niby ma znaczyć?

– Nieważne. Podejrzewa pani, że Anne Clifton mogła się wplątać w romans z mężem klientki, prawda?

– Z lordem Fulbrookiem. Tak, przyszło mi to do głowy.

Ursula pomyślała, że Slater zaczyna się wciągać w sprawę. Ogarnęło ją ogromne poczucie ulgi. Być może nie będzie musiała samotnie prowadzić dochodzenia.

– A ma pani jakiś pomysł, dlaczego Fulbrook miałby podejmować ryzyko zamordowania panny Clifton? Nie chcę być obcesowy, ale mężczyźni z wyższych sfer często porzucają kochanki. Nie ma potrzeby uciekać się do przemocy.

Ursula uświadomiła sobie, że miażdży torebkę w śmiertelnym uścisku.

– Zdaję sobie z tego sprawę, panie Roxton – wycedziła przez zęby. – Ale przez to śmierć Anne wydaje się jeszcze bardziej podejrzana.

– A co z lady Fulbrook? Jeśli była zazdrosna o męża…

Ursula pokręciła przecząco głową.

– Nie. Jestem pewna, że to nie wchodzi w grę. Anne uważała, że lady Fulbrook jest nieszczęśliwa w małżeństwie. Odniosłam wrażenie, że jest również dość mocno zastraszona. Najwyraźniej boi się męża, który ma wybuchowy temperament. Trudno sobie wyobrazić, by taka kobieta popełniła morderstwo w przypływie zazdrości.

– Zazdrość to bardzo gwałtowne uczucie. I zupełnie nieprzewidywalne.

Ursula w jednej chwili nabrała pewności, że Slater musi uważać wszystkie uczucia, a zwłaszcza te związane z namiętnością, za gwałtowne i nieprzewidywalne, takie, które należy tłumić i kontrolować za wszelką cenę.

Wyprostowała ramiona.

– Trzeba rozważyć jeszcze jeden aspekt. Anne powiedziała mi, że lady Fulbrook nigdy nie wychodzi z domu. Nie tylko z powodu słabych nerwów. Podobno mąż pozwala jej wychodzić tylko wtedy, gdy sam jej towarzyszy.

– Wracamy więc do lorda Fulbrooka jako głównego podejrzanego. Czy sądzi pani, że Anne miała z nim romans?

– Myślę, że to możliwe – przyznała Ursula. – Gdyby tak było, to bardzo wątpię, aby zaangażowała się w ten związek uczuciowo. Nie sądzę, aby Anne była w stanie całym sercem zaufać mężczyźnie. Ale musiała myśleć o swojej przyszłości.

– Mogła zainteresować się jego pieniędzmi.

Ursula westchnęła.

– Powiedział pan to bez ogródek, ale tak, to prawda. Może wymagała zbyt wiele. Albo powiedziała lub zrobiła coś, co wywołało wściekłość Fulbrooka.

– Gdyby tak było, to prawdopodobnie napadłby na nią od razu, w przypływie wściekłości. Twierdziła pani, że nie było śladów przemocy fizycznej.

– Nie. Żadnych.

Zapadło milczenie. Po chwili Slater się poruszył.

– Czy zdaje sobie pani sprawę, że próba udowodnienia, iż lord Fulbrook zabił Anne Clifton, może panią narazić na śmiertelne niebezpieczeństwo? – postawił w końcu pytanie.

– Chcę poznać prawdę.

– Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zmarła na atak serca albo udar – zauważył Slater.

– Wiem. Jeśli moje śledztwo do niczego nie doprowadzi, zaakceptuję ten fakt.

– Co jeszcze może mi pani powiedzieć o Anne Clifton?

– No cóż, była bardzo nowoczesną kobietą.

– Jeśli się nie mylę, „nowoczesna” to kolejny eufemizm, prawda?

Ursulę ogarnęła złość.

– Anne była kobietą wielkiego ducha. Czarująca, śmiała, odważna. Chciała żyć pełną piersią. Krótko mówiąc, sir, gdyby była mężczyzną, ludzie by ją podziwiali.

– Pani ją podziwiała.

– Tak, bez wątpienia – odparła Ursula i wzięła się w garść. – Była nie tylko moją pracownicą, ale też przyjaciółką.

– Rozumiem. Proszę mówić dalej.

– Nie ma wiele do powiedzenia. Sądzę, że ktoś z domu Fulbrooków, przypuszczalnie lord Fulbrook, ponosi odpowiedzialność za śmierć Anne. I mam zamiar przekonać się, czy moje podejrzenia są zasadne. Proszę mi wybaczyć, ale muszę już iść. Zapewniłam lady Fulbrook, że przyślę jej nową sekretarkę najszybciej, jak się da. Muszę załatwić kilka spraw w agencji, zanim obejmę nową posadę.

Slater zmarszczył brwi.

– Lady Fulbrook?

– Klientka Anne. Przecież wyjaśniłam…