Ogień za ogień Tom 2 - Siobhan Vivian, Jenny Han - ebook

Ogień za ogień Tom 2 ebook

Siobhan Vivian, Jenny Han

0,0
32,90 zł

lub
Opis

Plan Lilli, Mary i Kat był idealny. Wspólnie, w najgłębszej tajemnicy, ukarały swoich wrogów. Sprawiły, by cierpieli. Sprawiedliwości w końcu stało się zadość.
Ale Bal Absolwentów nie potoczył się tak, jak sobie tego życzyły. Wszystko wymknęło się spod kontroli.
Teraz, choć nęka je poczucie winy, dziewczyny muszą po prostu się pozbierać i zapomnieć o tym, co się wydarzyło, i o umowie, którą zawarły. Ale z cichą, łagodną Mary jest naprawdę źle. Przepełnia ją gwałtowny gniew, który może sprawić, że komuś stanie się krzywda.
Raz rozpalonego ognia nie da się ugasić…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 505

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Tytuł oryginału: Fire with Fire

Przekład: Andrzej Goździkowski Redakcja: Grzegorz Krzymianowski Opieka redakcyjna: Maria Zalasa Korekta: Karolina Pawlik Projekt okładki: Lucy Ruth Cummins Zdjęcie na okładce: Anna Wolf

Text Copyright © 2013 by Jenny Han and Siobhan Vivian Published by arrangement with Folio Literary Management, LLC and GRAAL

Copyright for Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-621-4 Wydanie I, Łódź 2016

Wydawnictwo JK ul. Krokusowa 3 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Zemsty zakosztowałam po raz pierwszy; wydawała mi się winem aromatycznym i krzepiącym, lecz jej zimny i gryzący posmak budził we mnie uczucie, jakbym była otruta.

Charlotte Brontë (tłum. Teresa Świderska)

LILLIA

Nie mogłam się zdecydować, w co się ubrać. Najpierw myślałam o czymś w luźnym stylu, na przykład jeansach i koszuli. Potem jednak przyszło otrzeźwienie – na wypadek gdyby byli tam jego rodzice, powinnam założyć sukienkę, i to jakąś stonowaną – na przykład tę szarą z dekoltem w łódkę i wąskim paseczkiem. Kiedy ją jednak przymierzyłam, wyglądałam w niej, jakbym wybierała się na pogrzeb. Pomyślałam też o jedwabnej sukience o sportowym kroju, w kolorze nagietka, ta z kolei wydała mi się jednak zbyt radosna i wiosenna.

Drzwi windy się rozsunęły i wyszłam na korytarz. Był wczesny poniedziałkowy poranek. Do pierwszej lekcji została jeszcze godzina. W ręce niosłam wiklinowy koszyk pełen świeżo upieczonych ciasteczek z kawałkami czekolady oraz kartką z życzeniami rychłego powrotu do zdrowia, pokrytą różowymi i czerwonymi śladami po pocałunkach. Na sobie miałam granatowy sweterek z golfem i minispódniczkę w płowym kolorze. Oprócz tego kremowe rajstopy i botki do kostek z brązowego zamszu na wysokim obcasie. Wcześniej podkręciłam na lokówce włosy i część zaczesałam do góry, a pozostałym pozwoliłam opadać na ramiona.

Mogłam tylko mieć nadzieję, że na zewnątrz nie było widać moich wyrzutów sumienia.

Pocieszałam się, że i tak nie skończyło się najgorzej. W chwili, gdy doszło do wypadku, wyglądało to naprawdę fatalnie. Strasznie. Wiedziałam, że nigdy już nie zapomnę tego widoku – Reeve spadający ze sceny i lecący bezwładnie na podłogę sali gimnastycznej. Wkrótce okazało się, że na szczęście nie doszło do uszkodzenia kręgosłupa. Skończyło się na stłuczeniach i kilku siniakach. Jedyną poważniejszą kontuzją było złamanie kości strzałkowej. Ale to wystarczyło, bym czuła się z tego powodu fatalnie.

Wypisaliby Reeve’a do domu wcześniej, lekarze jednak chcieli się jeszcze upewnić, że jego wypadek nie był efektem jakiegoś ataku. O ile wiem, nie przeprowadzili testów na obecność narkotyków we krwi. Byłam przekonana, że bez tego się nie obejdzie, ale Kat upierała się, że nie będzie im się chciało – nie w przypadku kogoś takiego jak Reeve, szkolnej gwiazdy sportu. Koniec końców nikt nie dowiedział się o ecstasy, które dodałam Reeve’owi do drinka. A to znaczyło, że ani on nie zostanie zawieszony, ani ja nie wyląduję w więzieniu. Właśnie dzisiaj mieli wypisać go ze szpitala.

Wyglądało na to, że nam obojgu dopisało szczęście.

A teraz zbliżał się moment, gdy mieliśmy wrócić do normalności. Cokolwiek miałoby to znaczyć. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, żebym jeszcze kiedykolwiek miała się poczuć „normalnie” po wszystkim, co wydarzyło się w tym roku. Nie wiedziałam nawet, czy życzyłabym sobie, żeby tak się poczuć. Miałam wrażenie, że moje życie rozpadło się na dwie połowy: była Lillia Przed, a teraz jest Lillia Po. Lillia Przed nic jeszcze nie wiedziała o życiu, poruszała się jak dziecko we mgle. Gdyby musiała się zmagać z tym, co ja teraz, nie miałaby pojęcia, od czego zacząć. Byłam już teraz znacznie twardsza, bardziej doświadczona. Przeżyłam swoje i niejedno już widziałam. Przestałam już być głupiutkim dziewczątkiem z plaży. Wszystko zmieniło się z chwilą, gdy poznałyśmy tych chłopaków.

Kiedyś myśl o tym, że miałabym zamieszkać z dala od wyspy Jar, mojej rodziny i przyjaciół, napawała mnie przerażeniem. Teraz moja perspektywa diametralnie się zmieniła – ważne było to, że gdy w przyszłym roku pójdę na studia, nikt nie będzie znał różnicy między Lillią Przed i Lillią Po. Będzie tylko jedna Lillia.

Kobieta w recepcji uśmiechnęła się na mój widok.

– Przyszłaś pewnie w odwiedziny do naszej gwiazdy futbolu – zagaiła, a gdy z uśmiechem skinęłam głową, dodała: – Jest w sali na końcu korytarza.

– Dziękuję. Ma jakichś gości?

– Tak, jest u niego ta śliczniutka, drobna brunetka – wyjaśniła recepcjonistka, puszczając oko.

Rennie. Chyba od soboty nie odstępowała na krok łóżka Reeve’a. Dwukrotnie próbowałam się do niej dodzwonić, ale nie odbierała. Domyślałam się, że nadal jest obrażona, że to mnie przypadł tytuł królowej imprezy na balu z okazji zjazdu absolwentów.

Ruszyłam korytarzem, przyciskając do piersi koszyk z ciastkami i kartką. Nie cierpiałam szpitali – świetlówki i szpitalne zapachy budziły we mnie odruchową niechęć. Kiedy byłam mała, podczas szpitalnych wizyt próbowałam tak długo, jak tylko mogłam, wstrzymywać oddech. Teraz wytrzymałabym pewnie dłużej, ale już nie bawiłam się w ten sposób.

Im bliżej byłam sali Reeve’a, tym szybciej biło mi serce. Słyszałam teraz tylko jego głuche uderzenia w piersi oraz stukanie moich obcasów na linoleum.

W końcu zatrzymałam się pod jego salą. Na drzwiach widniała plakietka z nazwiskiem Reeve’a. Drzwi były lekko uchylone. Postawiłam koszyk na ziemi i podniosłam już rękę, żeby zapukać, gdy z wnętrza dobiegł mnie jego lekko zachrypnięty, zdecydowany głos:

– Nie obchodzi mnie, co mówią lekarze. Nie ma szans, żebym zmarnował tyle czasu na rekonwalescencję. Jestem w szczytowej formie. Niedługo wrócę na boisko.

– To prawda, Reeve, jesteś w życiowej formie. Jedno złamanie nie powstrzyma cię przed osiągnięciem tego, na co tak ciężko pracowałeś.

W pewnym momencie ktoś przesunął się obok mnie. Pielęgniarka.

– Przepraszam, złotko – zaćwierkała, po czym otworzyła szerzej drzwi.

Zbliżyła się do zasłony, którą przedzielono salę na dwie części, i ją odsunęła.

I dopiero wtedy dostrzegłam Reeve’a. Ubrany był w wypłowiałą szpitalną koszulę. Na brodzie miał lekki zarost – widocznie nie golił się, odkąd tu trafił. Pod jego oczami widniały ciemne obwódki. Do ramienia przyczepiono mu przewód kroplówki. Jedną nogę miał w gipsie, który zaczynał się na stopie, a kończył aż na udzie. Złamana kończyna została zawieszona na dużym wyciągu przymocowanym do sufitu. Wystające z gipsu palce stopy były fioletowe i opuchnięte. Jego ramiona nie wyglądały dużo lepiej – poranione, zapewne przez odłamki szkła, którymi usiana była podłoga w sali gimnastycznej, i pokryte strupami. Kilka głębszych skaleczeń zaszyto cienką czarną nicią chirurgiczną. Na szpitalnym łóżku Reeve wydał się dziwnie mały. Jak nie on.

Oczy Rennie były zaczerwienione od płaczu. Na mój widok zmrużyła je podejrzliwie.

– Cześć – rzuciła krótko.

Przełknąwszy nerwowo ślinę, pokazałam kartkę z życzeniami.

– To od dziewczyn z drużyny – powiedziałam. – Wszystkie przesyłają ci pozdrowienia.

Dopiero po chwili przypomniałam sobie o głównym prezencie. Ruszyłam w stronę łóżka, żeby podać Reeve’owi kosz z ciastkami, jednak po chwili zmieniłam zdanie i postawiłam go na krześle przy drzwiach.

– Przyniosłam ci ciasteczka. Te z kawałkami czekolady w środku. Pamiętam, że chyba ci smakowały, kiedy upiekłam je na kiermasz dobroczynny w zeszłym roku… – Mówiłam szybko, równocześnie czując, że rośnie we mnie panika. Dlaczego to ja ciągle mówię, a oni milczą?

Reeve szybkim ruchem otarł oczy prześcieradłem, po czym opryskliwym tonem rzucił:

– Dzięki, ale podczas sezonu futbolowego nie jadam śmieciowego żarcia.

Stropiona utkwiłam spojrzenie w jego gipsie.

– No tak, wybacz.

W tym momencie do rozmowy włączyła się Rennie:

– Za chwilę ma przyjść lekarz, żeby wypisać go do domu. Chyba będzie lepiej, jeśli sobie już pójdziesz.

– Jasne – wydukałam, czując, jak cała się czerwienię. – Wracaj do zdrowia, Reeve.

Być może to tylko wytwór mojej wyobraźni, kiedy jednak Reeve spojrzał na mnie ponad ramieniem Rennie, wydawało mi się, że z jego oczu wyzierała nienawiść. Po chwili je zamknął.

– Cześć – powiedział.

Dopiero gdy dotarłam do połowy korytarza, zatrzymałam się i wypuściłam długo wstrzymywane w płucach powietrze. W rękach nadal ściskałam przyniesioną kartkę z życzeniami. Byłam tak zdenerwowana, że miałam miękkie nogi.

KAT

Nie zapali – westchnęłam i pokonana oparłam czoło o kierownicę. – To na nic.

Mój starszy brat, Pat, wytarł szmatą ręce.

– Kat, przestań histeryzować, tylko przekręć jeszcze raz kluczyk.

Zrobiłam, co kazał – przekręciłam kluczyk w stacyjce naszego golfa przerobionego na kabriolet. I nic, żadnej reakcji. Cisza.

– To bez sensu – jęknęłam.

Pat znał się co prawda jak nikt na wszelkiego rodzaju silnikach, lecz nawet on nie potrafił nic wykrzesać z tego gruchota. Fakty były nieubłagane: nasza rodzina potrzebowała nowego auta, a przynajmniej takiego, który wyprodukowano w tym dziesięcioleciu. Wysiadłam, zamykając za sobą drzwi z takim impetem, że cały samochód się zatrząsł. Na myśl o tym, że czeka mnie drałowanie do szkoły na piechotę, i to zimą, odechciało mi się żyć. Jeżdżenie autobusem było jeszcze gorszym rozwiązaniem. Litości, przecież byłam już w czwartej klasie.

Pat posłał mi niechętne spojrzenie, po czym skupił się znów na majstrowaniu przy silniku. Zrzucił z głowy kaptur i pochylał się nad otwartą maską. Wokół niego zebrało się kilku jego kumpli, którzy przyssali się już do piw naszego ojca. Tak właśnie wyglądało typowe poniedziałkowe popołudnie tych gości. Pat poprosił Skeetera, żeby podał mu jakiś klucz, a po chwili rozległy się metalicznie brzmiące uderzenia.

Stanęłam za bratem i powiedziałam:

– Może to wina akumulatora. Wydaje mi się, że zanim silnik wysiadł, najpierw padło radio.

Samochód odmówił posłuszeństwa dziś po południu. Postanowiłam, że zerwę się z ósmej lekcji i zajadę do Mary. Chciałam sprawdzić, jak się ma, bo nie widziałam jej tego dnia w szkole. Domyślałam się, że nie doszła jeszcze do siebie po tym, co wydarzyło się na imprezie. Była śmiertelnie przerażona, że Reeve mógł poważnie ucierpieć podczas upadku. Biedna dziewczyna. Nie zajechałam jednak daleko. Silnik padł, zanim jeszcze zdążyłam wyjechać z parkingu pod szkołą.

W głowie momentalnie pojawiła mi się myśl: Czy to karma? Czyżby miała to być kara za wszystkie numery, które odstawiłyśmy w ostatnich tygodniach?

Miałam nadzieję, że nie.

Kiedy Pat się odwrócił, żeby sięgnąć po jakieś inne narzędzie, zderzył się ze mną. Podskoczyłam nerwowo i mało brakowało, a wylądowałabym na ziemi.

– Chryste, Kat, nie stójże nade mną. Idź na fajkę.

W ciągu ostatnich kilku dni faktycznie byłam trochę nerwowa. Ale w sumie kto by nie był po tym, co wydarzyło się na balu z okazji zjazdu absolwentów? Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że zobaczę Reeve’a wywożonego na noszach przez sanitariuszy. Nasz plan był prosty – chciałyśmy wrobić go w zażywanie narkotyków, a w rezultacie sprawić, że wyrzucą go z drużyny. Nie planowałyśmy wysłać go do szpitala.

Przez cały czas powtarzałam sobie, że to, co tam zaszło, nie stało się z naszej winy. Musiała nawalić instalacja elektryczna i doszło do pożaru. Taką wersję podawała przecież nawet prasa. To wybuchy, a nie narkotyki dodane do jego drinka przez Lillię, sprawiły, że Reeve’a ogarnęła panika, i doprowadziły do tego, że rzucił się ze sceny. Wiem, jak to wszystko musi brzmieć: jakbym była złym człowiekiem. No cóż, takie są fakty.

Prawdę mówiąc, ten pożar to było szczęście w nieszczęściu. Jasne, szkoda, że przy okazji ucierpiało kilka osób. Sypiące się z sufitu szkło pękających żarówek poraniło sporo dzieciaków. Jakiemuś pierwszoklasiście iskry poparzyły rękę, a jeden ze starszych nauczycieli nawdychał się dymu i musiał skorzystać z opieki medycznej. Równocześnie jednak to właśnie pożarowi zawdzięczałyśmy, że nikt nas nie wykrył. Wypadek Reeve’a został potraktowany jako jeden z wielu, do jakich doszło w tym chaosie. Nie ma szans, żeby zapamiętał, że to Lillia przyniosła mu drinka z narkotykiem. Nie w całym tym zamieszaniu.

A przynajmniej to bez przerwy powtarzałam Lillii.

W pewnym momencie Pat pokazał swoim koleżkom prętowy wskaźnik poziomu oleju. Pokręcili z dezaprobatą głowami.

– Jezu, Kat, kiedy ostatnio sprawdzałaś poziom oleju? – spytał Pat.

Przewróciłam oczami i szybko zmieniłam temat:

– Pat, gwizdnąłeś mi fajki?

– Wziąłem może jedną albo dwie – odparł z zakłopotaniem, wskazując na swój stół warsztatowy.

Ruszyłam w tamtą stronę. Oczywiście moja świeżo kupiona paczka była pusta.

– Podrzucić cię na stację? – zaproponował Ricky, który stał z kaskiem w ręku. – Muszę zatankować motor.

– Dzięki, Ricky – zgodziłam się chętnie.

Jak tylko wyszliśmy z warsztatu, Ricky delikatnie ujął mnie w talii. Momentalnie przypomniałam sobie o Aleksie Lindzie, który równie szarmancko prowadził Lillię, gdy zabierał ją z piekła pożaru w bezpieczne miejsce. Żałowałam teraz, że do tego doszło. Nie żebym czuła od razu zazdrość, po prostu było w tym coś ckliwego. Ciekawiło mnie, jak bardzo miły był wtedy dla niej. I czy naprawdę na nią leci. Nie żeby mnie to jakoś specjalnie obchodziło. Wskoczyłam na motor i usiadłam tak blisko Ricky’ego, jak tylko się dało. Nasze ciała przylgnęły do siebie niczym w miłosnym uścisku.

W pewnym momencie Ricky odwrócił się do mnie i powiedział przyciszonym głosem:

– Przeginasz, wiesz o tym?

A po chwili zasunął nieprzezroczystą szybkę w kasku. Dostrzegłam w niej swoje odbicie: wyglądałam całkiem nieźle. Puściłam do niego oko, po czym zrobiłam niewinną minkę.

– Ruszaj – poleciłam, a Ricky posłusznie uruchomił motor i dodał gazu, tak żeby silnik zawył specjalnie dla mnie.

Tak naprawdę mogłam mieć każdego faceta, którego sobie upatrzyłam. Łącznie z Aleksem Lindem.

Na szarym niebie zachodziło słońce, drogi były niemal puste – typowe jesienne krajobrazy na wyspie Jar po sezonie. Wraz z końcem lata wyspa się wyludniała, zostawała na niej mniej niż połowa ludzi. Jasne, w miesiącach jesiennych przypływało kilku maniaków, żeby pozachwycać się barwą listowia, ale w przeważającej mierze wyspa zamierała. Sporo restauracyjek i butików pozamykało się już na zimę. Był to przygnębiający widok. Nie mogłam się już doczekać przyszłego roku, gdy zamieszkam gdzie indziej. Miałam nadzieję, że w Ohio, w jakimś fajnym akademiku. Musiałam tylko dostać się na studia do Oberlin. Równie dobrze mogłam też zamieszkać w jakimkolwiek innym miejscu, byle z dala od wyspy Jar.

Kiedy dojechaliśmy na stację, Ricky zajął się tankowaniem motoru, a ja poszłam do sklepiku i kupiłam paczkę papierosów. Fajki były drogie; wiedziałam, że powinnam rzucić i wydawane na nie pieniądze zacząć odkładać na studia. Kiedy stanęłam znów przy motorze, moje spojrzenie podążyło ku wysokiemu wzgórzu, za którym leżało miasteczko Middlebury. To właśnie tam stał dom Mary.

– Ricky, bardzo ci się spieszy?

– A dokąd chcesz pojechać? – spytał, szczerząc zęby w uśmiechu.

Wskazałam mu drogę do domu Mary. Kiedy jednak znaleźliśmy się już na miejscu i zadzwoniłam do drzwi, nikt mi nie otworzył, nawet jej zdziwaczała ciotka. Skrzynkę na listy po brzegi wypełniała nieodebrana korespondencja, trawnik był w bardziej opłakanym stanie niż sierść mojego psiaka, Shepa. Poszłam za róg budynku i podniosłam z ziemi kamyk, chcąc rzucić go w okno na pierwszym piętrze. W pokoju Mary światła były pogaszone, a zasłony zaciągnięte. Omiotłam spojrzeniem pozostałe okna, szukając jakichkolwiek śladów życia. Wszystkie jednak były ciemne. Cały dom wyglądał… dość strasznie. W końcu wypuściłam z ręki kamyk.

Tak bardzo chciałam pogadać z Mary, choćby chwilę – dzięki temu poczułabym się spokojniejsza. Mary nie miała powodu się obwiniać. Ten dupek dostał to, na co zasłużył. I tyle. Miałam nadzieję, że teraz, gdy zemściłyśmy się na naszych prześladowcach, Mary będzie mogła nareszcie zająć się swoim życiem i nie marnować już ani chwili na myśli o Reevie Tabatskym.

MARY

Płakałam bez przerwy od dwóch dni. Nie mogłam jeść, nie mogłam spać. Byłam zupełnie do niczego.

Z łazienki dobiegały odgłosy myjącej się ciotki Bette. Umyła twarz, a teraz szorowała zęby – był to jej rytuał powtarzany każdego wieczoru przed położeniem się do łóżka. Po drodze do swojego pokoju zaszła do mnie. Była opatulona w szlafrok, a pod pachą ściskała gazetę.

Kiedy stanęła na progu, leżałam zwinięta w kłębek na łóżku, ze wzrokiem utkwionym w sufit. Nie znalazłam w sobie nawet siły, żeby życzyć jej dobrej nocy.

Przez długą chwilę ciotka stała w drzwiach, przypatrując mi się bez słowa.

– W dzisiejszej gazecie jest artykuł, który może cię zainteresować – powiedziała w końcu, pokazując gazetę. Już z daleka widziałam, że dotyczy potańcówki i pożaru. Tekst opatrzony był zdjęciem budynku mieszczącego salę gimnastyczną: z okien wydobywały się kłęby czarnego dymu, a z drzwi wylewał się strumień uczniów. – Policja uważa, że za wybuch pożaru odpowiada spięcie w instalacji elektrycznej.

Odwróciłam się na bok, plecami do ciotki. Nie miałam ochoty na rozmowy o balu. Nie chciałam nawet wracać do niego myślą. Już milion razy przerabiałam w głowie wydarzenia tamtego wieczoru i to, jak wszystko się pochrzaniło.

Tamtego dnia byłam wreszcie gotowa na spotkanie z nim. Chciałam, żeby nareszcie mnie zobaczył – wystrojoną w piękną suknię, dumną, silną, inną niż kiedyś. Wyobrażałam sobie, jak przebiegnie nasza konfrontacja; miałam przed oczami, jak Reeve, naćpany narkotykami, które potajemnie mu podałyśmy, zauważa mnie w tłumie. A ponieważ coś w mojej twarzy wydaje mu się znajome, zbliża się do mnie. Uważa, że jestem piękna.

Planowałam, że ilekroć nasze spojrzenia się skrzyżują, będę dotykać naszyjnika w kształcie stokrotki, który podarował mi przed laty na urodziny. Będę się do niego uśmiechać i cierpliwie czekać, aż rozpozna, kim jestem. W tym czasie nauczyciele mieli stopniowo się zorientować, że naćpany Reeve zachowuje się coraz dziwaczniej. Zakładałam, że prędzej czy później zrozumieją, że coś jest z nim nie tak. A chwilę po tym, jak Reeve mnie rozpozna, zostanie zaprowadzony przez nich do gabinetu dyrektora szkoły. I tam spotka go kara, na którą sobie zasłużył.

Tylko że w rzeczywistości wyglądało to inaczej. Zupełnie inaczej.

Reeve rozpoznał mnie błyskawicznie, zaraz po tym, jak wypatrzył mnie w tłumie. Od czasu pierwszej klasy gimnazjum bardzo się zmieniłam, on jednak momentalnie ujrzał we mnie tę samą grubą dziewczynkę, która kiedyś była na tyle głupia, żeby uwierzyć w jego przyjaźń. Reeve rozpoznał we mnie Kruszynę. Kiedy wypowiedział na głos to przezwisko, zupełnie zmartwiałam. Poczułam się tak samo jak wtedy, gdy przed laty zepchnął mnie z nabrzeża do ciemnej, lodowatej wody. Zrozumiałam wtedy, że już zawsze będę dla niego Kruszyną, niczym więcej. Poczułam się strasznie zraniona. Ogarnęła mnie wściekłość. I właśnie wtedy coś we mnie wybuchło.

Usłyszałam płytki oddech ciotki Bette. Stała teraz kilka kroków od mojego łóżka.

– Czy to było…?

– Czy to było co? – przerwałam jej napastliwie.

Zabrzmiało to naprawdę agresywnie, ale nie umiałam nic na to poradzić. Czy nie widzi, że nie jestem w nastroju na pogawędki?

Ciotka otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.

– Nic, nic… – szepnęła, wycofując się na korytarz.

Bała się mnie. Prawdę mówiąc, sama też zaczynałam się siebie bać.

Nie mogłam już dłużej wytrzymać w pokoju. Dlatego wstałam, na koszulę nocną narzuciłam sweter, stopy wsunęłam w adidasy i wymknęłam się tylnymi drzwiami z domu.

Doszłam do Main Street, po czym skierowałam się ku klifom. Był tam jeden, który kiedyś uwielbiałam. Rozciągał się z niego widok na wiele kilometrów.

Kiedy jednak stanęłam na nim, wkoło widziałam tylko ciemność. Wokół mnie królował tylko mrok i cisza, jakbym znalazła się na krańcu świata. Szurając stopami, zbliżyłam się do brzegu skały. Stałam tak blisko krawędzi, że czubki moich adidasów znalazły się w powietrzu. W dół osypało się trochę żwiru. Spadł zupełnie bezgłośnie, jakby jego lot nie miał końca.

W mojej głowie rozległ się głos Reeve’a. Szeptał moje przezwisko, które wypowiedział podczas balu: Kruszyna. Przezwisko rozbrzmiewało w mojej czaszce, jakby zwielokrotnione echem, raz za razem.

Zacisnęłam pięści, starając się siłą umysłu odepchnąć wspomnienie tego, co się stało. Na niewiele się to jednak zdało. Jak zawsze.

Po chwili wróciły też wspomnienia innych wypadków, na przykład moment, gdy Rennie runęła na ziemię ze szczytu piramidy cheerleaderek. Jak to się stało? Potknęła się, czy to ja sprawiłam, że spadła?

Przypomniałam też sobie moment, gdy nagle zatrzasnęły się wszystkie drzwiczki szafek na szkolnym korytarzu. Czy mógł to sprawić poryw wiatru? Czy zrobiłam to ja?

A jeśli to ja spowodowałam te zdarzenia, jak to było możliwe? Zadziałała telekineza? Telepatia? A może jakiś rodzaj przesyłu energii?

Przerażało mnie właśnie to, że nie miałam pojęcia. A ponieważ nie rozumiałam, czym to było, jak niby mogłabym nauczyć się to kontrolować, tak żeby znowu się nie ujawniło?

W pewnym momencie zasłona chmur rozsunęła się niczym kurtyna na scenie, ukazując księżyc. Jego światło padło na mokre skały i nagle wszystko wkoło zaczęło lśnić. Dostrzegłam przełamujące się grzbiety fal w niedalekiej zatoczce u dołu. Nieco wyżej zauważyłam półkę skalną, na której ktoś poustawiał w rządku butelki po piwie. Na ścianie widniało też jakieś graffiti. A na ziemi widać było pozostałości po maleńkim ognisku. A więc nie byłam pierwszą osobą, która przyszła tu, żeby się schować.

Nie poszłam dziś do szkoły. Prawdę mówiąc, wcale nie wiedziałam, czy kiedykolwiek do niej wrócę.

Nie od razu odkryłam, jak mogę dostać się na tę półkę skalną. Po chwili jednak znalazłam ścieżkę wiodącą po wystających ze skały głazach, które układały się w coś w rodzaju poszczerbionych schodów. Jako dziecko hasałam na bosaka wśród tych skał w poszukiwaniu kałuż, gdzie mieszkały kraby pustelniki i kryły się muszelki. Wtedy nie wiedziałam, co to strach, że mogę spaść. Teraz jednak, po tylu latach, czułam się niezręczna, moje ciało było sztywne, a ruchy niepewne. Wyciągałam na boki drżące ręce, szukając miejsc, których mogłabym się uchwycić. Moje palce natrafiały tylko na śliską i zimną skałę. W końcu udało mi się jednak dostać na sam dół. Nadal znajdowałam się nieco ponad poziomem wody – fale rozbijały się pode mną o skalną ścianę, wzbijając w powietrze lekką mgiełkę.

Żałowałam, że nie mogę porozmawiać teraz z Kat i Lillią. Ale co właściwie miałabym im powiedzieć? Że posiadłam jakąś dziwną moc? Że przydarzają mi się dziwaczne rzeczy, a ja nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje?

Przecież dziewczyny pomyślałyby, że mi odbiło. Że mam halucynacje. Pewnie pokazałyby mi też artykuł, w którym wyraźnie, czarno na białym stwierdzono, że pożar wybuchł na skutek spięcia instalacji. Od dłuższego czasu trwała wymiana przewodów elektrycznych w szkole, ale nasz dyrektor uznał, że ważniejsze jest unowocześnienie basenu. Pewnie straci za to teraz posadę.

Nie obchodziło mnie jednak, co stanie się z tym facetem. Interesowało mnie tylko, co stanie się z Reeve’em. To najlepszy dowód, jak bardzo jestem żałosna.

Nagle poczułam podmuch wiatru i rozległ się trzask rozbijającej się o skałę fali. Mało brakowało, a podmuch zmiótłby mnie z półki do wody. Upadłam na kolana i na czworaka, z sercem podchodzącym do gardła, wróciłam na ścieżkę.

Właśnie dlatego nie mogłam porozmawiać szczerze z Kat i Lillią. W głębi duszy ukrywałam bowiem przed nimi jeszcze inny sekret. Straszniejszy nawet niż moce, które być może we mnie drzemały.

Kochałam Reeve’a.

Kochałam go mimo wszystkich tych rzeczy, które mi zrobił. Kochałam go mimo nienawiści. I nie wiedziałam, co zrobić, żeby przestać.

A najgorsze było to, że nawet nie wiedziałam, czy tego pragnę.

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

Rozdział pierwszy

MARY

Kiedy w poniedziałek rano wyjrzało słońce, poczułam, że chyba pora zwlec się z łóżka, zamiast tkwić w nim ze wzrokiem utkwionym w ścianę, co praktykowałam przez cały ostatni tydzień. Wiedziałam, że powinnam pójść do szkoły, ale nie umiałam się zmusić. Dlatego po prostu przez cały tydzień nie podnosiłam się z łóżka.

Dopiero dzisiaj poczułam, że coś się zmieniło. Nie umiałabym powiedzieć, co właściwie. Nagle ogarnęło mnie przeczucie, że po prostu powinnam pójść do szkoły.

Zaplotłam warkocze, założyłam sztruksową sukienkę, koszulę, a na ramiona narzuciłam rozpinany sweter. Jasne, bałam się, że wpadnę na Reeve’a. I że… znów stanie się coś złego. Wolałam nawet nie myśleć o moich zaległościach w nauce. Przez cały czas spędzony w domu nie spróbowałam nawet podgonić prac domowych. Nie zajrzałam do książek ani zeszytów – wszystkie tkwiły nieruszone w plecaczku rzuconym w kąt pokoju. Teraz podeszłam do niego, chwyciłam za pasek i zarzuciłam go na ramię. Nie mogłam się teraz przejmować tym, jak dogonię resztę uczniów. Na pewno wymyślę jakiś sposób.

Kiedy zbliżyłam się do drzwi i położyłam dłoń na klamce, ta ani drgnęła.

Takie rzeczy zdarzały się często w starych budynkach na wyspie. Zwłaszcza latem, gdy drewno pęczniało pod wpływem wilgoci. Drzwi do mojego pokoju oraz klamka i zamek były równie stare, jak sam dom. Ozdobną klamkę wykonano z grubego szkła, a obudowę zamka z mosiądzu; u dołu widniał otwór na klucz. W żadnym sklepie nie sprzedawano już tego typu zamków.

Zazwyczaj trzeba było trochę się namocować, nim klamka posłuchała, tym razem jednak ani drgnęła.

– Ciociu Bette? – zawołałam. – Ciociu?

Pociągnęłam znów za klamkę, tym razem znacznie mocniej. I w tej samej chwili poczułam, że ogarnia mnie panika.

– Ciociu Bette, pomocy!

W końcu od strony schodów rozległo się szuranie jej kapci.

– Coś się stało z drzwiami – zawołałam zdyszana. – Nie chcą się otworzyć.

Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi, dlatego żeby zademonstrować jej, że nie kłamię, pociągnęłam jeszcze raz za klamkę. Następnie uklękłam i zerknęłam przez dziurkę od klucza. Ciotka nadal tam stała – dostrzegłam fragment jej spódnicy z marszczonego materiału w kolorze kasztanowym.

– Ciociu Bette, niech ciocia coś zrobi!

W końcu ciotka przystąpiła do działania. Przez chwilę słyszałam, jak zmaga się z klamką po swojej stronie. I już po kilku sekundach drzwi otworzyły się na oścież.

– Dzięki Bogu – jęknęłam.

Miałam już wyjść na korytarz, gdy nagle moją uwagę przykuło coś na podłodze. Wyglądało jak biały piasek albo sproszkowana kreda. Na lewo od drzwi z proszku usypano prostą linię, która na wprost drzwi została zadeptana przez ciotkę Bette.

A co to, do cholery, jest?

Pomyślałam, żeby się pochylić i dotknąć tego czegoś, trochę się jednak bałam.

Ciotkę zawsze pociągały różne newage’owskie nowinki: oczyszczanie ze złych mocy, kryształy i praca z różnymi energiami. Ilekroć wybierała się za granicę, brała ze sobą różne świecidełka i talizmany. Doskonale wiedziałam, że to wszystko jest nieszkodliwe, teraz jednak wskazałam rozsypaną kredę i podejrzliwie spytałam:

– A to co?

– Nic takiego – odparła ciotka skruszonym głosem. – Zaraz to posprzątam.

Skinęłam milcząco głową i rzuciłam na odchodne:

– Do zobaczenia za kilka godzin.

– Zaczekaj – odezwała się nagle ciotka. – Dokąd się wybierasz?

– Do szkoły – powiedziałam z ciężkim westchnieniem.

– Lepiej zostań w domu – rzekła napiętym głosem ciotka.

No dobra, ostatni tydzień nie należał do najlepszych w moim wykonaniu. Zdawałam sobie z tego sprawę. Szwendałam się z kąta w kąt i sporo ryczałam. Ale przecież ciotka też nie była w jakiejś superformie. Słyszałam, że źle sypia – ciężko wzdychała i wierciła się na łóżku. Rzadko wychodziła z domu. A przede wszystkim przestała malować, co było najbardziej niepokojące. Kiedy ciotka Bette malowała, znaczyło to, że jest w dobrej formie. Wiedziałam, że powinnam wreszcie choćby na jeden dzień uwolnić ją od swojego towarzystwa. Obie musiałyśmy od siebie odpocząć.

– Nie mogę w nieskończoność tkwić w domu – wyjaśniłam. Wiedziałam, że muszę zdać się na intuicję, a ta nakazywała mi się wreszcie ruszyć. – Idę do szkoły.

Ostatnie zdanie wypowiedziałam poważnym głosem, bez uśmiechu. A następnie, nie czekając na pozwolenie, pomaszerowałam po schodach na dół. Jeśli ciotka obawiała się, czy czuję się na siłach, by wyjść z domu, oto miała najlepszy dowód, że mi ich nie brakuje.

* * *

Kiedy przypinałam rower do stojaka pod liceum Jar Island High, słońce zdążyło skryć się za chmurami. Niebo wydawało się szare i nieprzyjazne. Na parkingu nie było praktycznie żadnych samochodów, z wyjątkiem kliku wozów nauczycieli i furgonetki elektryka. Po pożarze wymieniano instalację elektryczną w całej szkole. Wyglądało na to, że dyrekcja wynajęła do tego zadania dosłownie wszystkich fachowców działających na wyspie. Mężczyźni pracowali na okrągło przez całą dobę, żeby jak najszybciej skończyć.

Dobrze zrobiłam, że przyjechałam do szkoły tak wcześnie, zanim zjawiły się tu tłumy uczniów. Mój proces ponownego wrastania w szkolne życia chciałam przeprowadzić ostrożnie. Musiałam uważać na wypadek, gdyby okazało się, że coś jest ze mną naprawdę nie w porządku.

W pewnym momencie z zaskoczeniem zauważyłam nadchodzącą od strony ulicy Lillię. Miała na sobie zapiętą pod samą szyję kurteczkę z kapturem nasuniętym na głowę. Z dnia na dzień robiło się coraz chłodniej.

– Cześć – rzuciłam, przypinając rower. Nagle dotarło do mnie, że nie widziałyśmy się ani razu od dnia balu. – Wcześnie przyszłaś.

– O Jezu, ale się cieszę, że cię widzę, Mary – odezwała się Lillia, a gdy nie doczekała się żadnej odpowiedzi, zmarszczyła brwi i spytała: – Gniewasz się na mnie? Nie dzwoniłaś, nie próbowałaś w żaden sposób nawiązać kontaktu. Wyszukałam numer twojej ciotki w książce telefonicznej i dzwoniłam do was, ale nikt nie odbierał. Kat zajechała pod wasz dom kilka razy, nikt jednak nie otwierał.

Westchnęłam ciężko. W sumie niezbyt mądrze było zakładać, że Lillia i Kat nie zauważą, że próbuję ich unikać. Prawda jednak wyglądała tak, że nie miałam ochoty na spotykanie się z kimkolwiek ze szkoły. Nie było w tym nic osobistego.

– Przepraszam – rzekłam. – Po prostu… dużo się wydarzyło.

– Rozumiem, nie musisz przepraszać. To faktycznie był szalony czas. W gruncie rzeczy to dobrze, że nie pokazywałyśmy się razem – zgodziła się, ale w jej głosie wyczuwałam smutek. Może Lillia też tęskniła za naszą trójką? – Słyszałaś, że Reeve chodzi już do szkoły?

Z trudem przełknęłam ślinę. Czyżby to był powód, dla którego rano ogarnęło mnie to poczucie, że powinnam tu przyjść? Czy to dlatego, że do szkoły wrócił też Reeve?

– Jak on się czuje?

Lillia mówiła teraz przez zaciśnięte usta:

– Nieźle. Ale jego noga… Obawiam się, że to złamanie wyeliminuje go z rozgrywek do końca sezonu. – Musiała dojrzeć w mojej twarzy wrażenie, jakie wywołały na mnie jej słowa, bo szybko ruszyła przed siebie, rzucając mi na odchodnym: – Nie martw się, wszystko się ułoży. Pogadamy potem, dobra? Stęskniłam się za tobą.

A więc Reeve był połamany. To ja mu to zrobiłam.

Dostałam to, czego pragnęłam.

Ale czy na pewno?

Raźnym krokiem ruszyłam do szkoły. Ze względu na prowadzone prace drzwi do niemal wszystkich gabinetów były otwarte na oścież. Wyglądały niczym ziejące po bokach korytarza jamy. Posadzka korytarza zasłana była zwojami nowych kabli. Musiałam uważać, żeby się na nich nie potknąć.

Odnalazłam moją salę i usiadłam na grzejniku przy oknie. Siadając, podwinęłam moją sztruksową sukienkę, a na kolanach położyłam otwartą książkę. Nie skupiałam się jednak na tekście, nawet na nią nie spoglądałam. Przez opadające mi na twarz włosy patrzyłam, jak parking zapełnia się stopniowo uczniami. Oddychałam miarowo, próbując zachować spokój.

W weekend po raz pierwszy pojawiły się przymrozki, a dozorcy szybko zakręcili wodę w fontannie na dziedzińcu. Wszyscy uczniowie tłoczyli się u wejścia do budynku. Nikt nie chciał marznąć, z wyjątkiem palaczy i biegaczy na treningu.

W pewnym momencie rozległo się miarowe dudnienie basu, a po chwili zobaczyłam wjeżdżającą na parking terenówkę Aleksa. Zatrzymał się w miejscu do parkowania dla niepełnosprawnych, niedaleko chodnika. Wysiadł, obszedł samochód i otworzył drzwi od strony pasażera.

Nagle spojrzenia wszystkich uczniów na dziedzińcu skierowały się w ten punkt – najwidoczniej ludzie wiedzieli już, że Reeve ma dziś wrócić.

Reeve postawił zdrową nogę na ziemi. Ubrany był w siateczkowe spodenki do koszykówki i bluzę z kapturem i nadrukiem JAR ISLAND FOOTBALL. Alex wyciągnął do niego rękę, on jednak zignorował ten gest. Zamiast tego uchwycił się drzwi, po czym wyciągnął na zewnątrz drugą nogę. Cała, od górnych partii uda aż po palce, pokryta była gipsem.

Podczas gdy Alex wyjmował z bagażnika kule, Reeve starał się utrzymać równowagę, balansując na jednej nodze. Z tylnego fotela wysiadła Rennie i zabrała plecak Reeve’a. Widząc to, wykonał niecierpliwy ruch, jakby sam chciał go nieść. Rennie pokręciła jednak zdecydowanie głową, tak że koński ogon zatańczył jej na plecach. Reeve dał za wygraną i po chwili, wspierając się już na kulach, zaczął kuśtykać w stronę budynku szkoły. Całkiem nieźle mu to szło. Jego przyjaciele zostali z tyłu.

Kilka osób podeszło do niego i wesoło się przywitało. Wszyscy jednak gapili się na jego gips. Jakiś chłopak ukucnął z długopisem w ręce, chcąc się podpisać, ale Reeve nawet nie zwolnił. Z opuszczoną głową, udając, że nie dostrzega witających go osób, parł przed siebie.

Nagle oddech zamarł mi w piersi. Jak miałam stanąć z nim twarzą w twarz, skoro wiedział już, kim jestem? A co, jeśli znów będzie chciał mnie obrazić?

Próbowałam uspokoić rozbiegane myśli. Nie mogłam się teraz przejmować tymi sprawami. Musiałam skupić się na przeżyciu najbliższych sekund i minut. Cała reszta będzie musiała poczekać. Wiedziałam, że tylko w ten sposób przetrwam.

Rozdział drugi

LILLIA

Rozwiązywałam zadanie z równań na matematyce, gdy rozległo się pukanie do drzwi klasy. Po chwili na progu stanęła szkolna sekretarka, pani Gardner, ubrana w niezbyt efektowny granatowy blezer. Żakiet był za długi, miał wielkie złote guziki i fatalnie na niej leżał. Wyglądał, jakby ukradła go z szafy męża w latach 80. ubiegłego wieku. Moim zdaniem niskie kobiety nigdy nie powinny zakładać żakietów. No chyba że jakieś króciutkie i z rękawami trzy czwarte.

Skupiłam się znów na zadaniu. Przerabialiśmy akurat pochodne. O dziwo wcale nie było to zbyt trudne. Wszyscy w zeszłym roku powtarzali, że równania to najstraszniejsza rzecz, jaka nas czeka. Serio?

W pewnym momencie pani Gardner podeszła do mnie i położyła na ławce jakąś kartkę. U góry widniało moje imię i nazwisko, a pod spodem napis: „Zgłosić się do psychologa szkolnego”. W rubryce, gdzie należało wpisać czas, napisano: „Teraz”.

Momentalnie poczułam, jak ogarnia mnie panika. Dzisiaj Reeve wrócił do szkoły. Czyżby powiedział już coś, co mogło mnie obciążyć?

Odrzuciłam włosy na ramię i zaczęłam się pakować. Kiedy ruszyłam do drzwi, wyczułam na sobie uważne spojrzenie Aleksa. Posłałam mu uśmiech i wzruszyłam ramionami, jakby nie chodziło o nic istotnego.

Wziąwszy głęboki oddech, ruszyłam korytarzem. Gdybym naprawdę była w opałach, to znaczy, gdyby ktoś się zorientował, co zrobiłam Reeve’owi podczas balu, kazano by mi się zgłosić do gabinetu dyrektora, a nie psychologa.

Pan Randolph został mi przydzielony jako psycholog szkolny już w pierwszej klasie. Nie był jakoś straszne stary, dyplom zrobił niedawno, dziesięć lat temu – sprawdziłam to przy jakiejś okazji. Podejrzewałam, że za młodu był z niego przystojny facet. Teraz jednak zaczynał łysieć. Wielka szkoda. Jego rodzice mieli stadninę, gdzie trzymaliśmy mojego konia o imieniu Phantom. W gabinecie pana Randolpha na ścianach wisiało mnóstwo dyplomów i medali zawodów jeździeckich z czasów, gdy jeszcze uprawiał jeździectwo sportowe.

Widząc, że pan Randolph zajęty jest rozmową przez telefon, zawahałam się na progu jego gabinetu. On jednak przywołał mnie gestem.

Usiadłam i w myślach powtórzyłam sobie wszystko, co zamierzałam mu powiedzieć, jeśli spyta mnie, co zaszło tamtej nocy. Miałam zamiar zrobić zdumioną minę i rzucić coś w stylu: „Słucham? Po co miałabym coś takiego zrobić? Reeve jest jednym z moich najbliższych przyjaciół. To jakiś absurd. Nie wiem nawet, jak to skomentować”. Następnie planowałam skrzyżować ręce na piersi i zachować milczenie do momentu, aż zjawi się mój adwokat.

Pan Randolph zrobił zniecierpliwioną minę i zaczął nerwowo pocierać łysinę. Ciekawe, czy za jego przedwcześnie łysienie odpowiadał ciągły stres i drapanie się po głowie całymi dniami.

– W porządku, dobrze. Dziękuję – powiedział do słuchawki, po czym się rozłączył i westchnął głęboko. – Lillia, coś ty taka nerwowa?

– Dzień dobry panu – odparłam, przywołując na usta uśmiech.

– Nie zaglądałaś ostatnio do stadniny. Chyba nie chodzi ci po głowie sprzedaż tego konia, co?

– Nigdy w życiu nie sprzedałabym Phantoma! – zapewniłam.

– Wiem, wiem – roześmiał się. – Gdybyś jednak któregoś dnia zmieniła zdanie, pamiętaj, żeby przedzwonić do mnie w pierwszej kolejności.

Uśmiechnęłam się w odpowiedzi, nigdy jednak nie zamierzałam spełnić jego prośby. Nigdy, przenigdy nie sprzedam Phantoma.

– Dobrze.

– Świetnie. Przeglądałem twoje wyniki w nauce i robią naprawdę dobre wrażenie. Świetnie sobie radzisz. Może nawet jako wzorowa uczennica wystąpisz w specjalnej roli na uroczystości wręczania dyplomów.

– To rewelacyjna wiadomość – powiedziałam, czując wielką ulgę. – Tata się ucieszy.

Pan Randolph otworzył teczkę podpisaną moim nazwiskiem. W pierwszej chwili pomyślałam, że chce sprawdzić moje notowania na tle całej klasy, miał jednak inne plany.

– Zauważyłem, że nie zaliczyłaś jeszcze pływania.

– No tak – westchnęłam.

Odkąd na terenie szkoły zbudowano krytą pływalnię, wprowadzono obowiązek zaliczenia egzaminu z pływania. Dotyczył on wszystkich uczniów i stanowił jeden z warunków przystąpienia do matury.

– Chyba że wkradł się tu jakiś błąd.

– Nie, po prostu jeszcze nie przystąpiłam do egzaminu – powiedziałam, wiercąc się nerwowo na krześle.

– Ale zdajesz sobie sprawę, że bez tego nie zdasz matury, prawda?

– Chyba że zostanę zwolniona z testu przez lekarza – zauważyłam.

Moja uwaga wyraźnie go zaskoczyła. I chyba rozczarowała.

– Racja – rzekł, zamykając teczkę. – Lillia, nie chcesz nauczyć się pływać?

– Panie Randolph, wiem, co muszę robić, żeby nie utonąć. Ale pływanie jako takie na pewno nie jest moją pasją.

– Umiejętność pływania przydaje się w życiu – powiedział, posyłając mi pełne niedowierzania spojrzenie. – Może się przydać zwłaszcza dziewczynie mieszkającej na wyspie. Pewnego dnia może uratować ci życie. Albo komuś innemu. Obiecaj, proszę, że jeszcze się nad tym zastanowisz.

O tak, zastanowię się – ale nad tym, jak przekonać tatę, żeby wypisał mi zwolnienie. Jeśli się nie zgodzi, na pewno uda mi się ubłagać Kat, żeby wypisała je na lekarskim druku mojego ojca.

Po drodze do klasy zauważyłam, jak ktoś na tablicy ogłoszeń wokół październikowego kalendarza przyczepia papierowe dynie. Nie do wiary, że nasza trójka – to znaczy Kat, Mary i ja – trzymała się razem od tak niedawna. Od chwili naszej pierwszej narady na przystani minął dopiero miesiąc z okładem. Miałam poczucie, jakbyśmy przyjaźniły się znacznie dłużej.

* * *

Na długiej przerwie, gdy siedziałam przy stoliku z Reeve’em i innymi ludźmi z naszej paczki, co chwila ktoś podchodził, żeby wpisać mu się na gipsie. Kiedyś Reeve byłby zachwycony, że tyle osób poświęca mu uwagę. Teraz jednak coś się w nim zmieniło: sprawiał wrażenie, jakby zupełnie nie zależało mu na zainteresowaniu ze strony innych. Z Rennie chciał rozmawiać tylko o jednym – o planowanej fizjoterapii. Oboje siedzieli blisko siebie na drugim krańcu stołu; Reeve ułożył jej na kolanach swoją nogę w gipsie.

– Dopóki nie zdejmą mi gipsu, będę trenował wyłącznie górne partie mięśni: klatkę piersiową, bicepsy, tricepsy, plecy, tułów. A więc wszystko od pasa w górę. Za trzy, góra cztery tygodnie zdejmą mi gips i założą półsztywną opaskę stabilizującą. A wtedy będę mógł zająć się hydroterapią.

Z zapartym tchem obserwowałam, jak Reeve pożera gorące piersi z kurczaka i wielką porcję sałatki z marchewką i szpinakiem. Zmiatał jedzenie jak odkurzacz.

– Zamówiłam ci wczoraj pas do ćwiczeń w wodzie – poinformowała go Rennie. – Kurier powinien dowieźć go jeszcze w tym tygodniu.

Alex próbował namówić Reeve’a, żeby ten zjawił się na piątkowym meczu. Ale egoista Reeve oczywiście nie widział powodu, dla którego miałby przychodzić.

– Reeve, nie daj się prosić. Przecież wiesz, że twoja obecność podziałałaby mobilizująco na chłopaków. Wszyscy są przerażeni, że na pozycji rozgrywającego ma znowu zagrać u nas Lee Freddington.

– Pewnie dlatego, że ten cały Freddington rzuca jak ostatnia łajza – zauważył Derek z ustami pełnymi pizzy.

Miał rację. Nasz mecz w ubiegły weekend – pierwsze spotkanie bez Reeve’a – okazał się totalną katastrofą. Przegraliśmy wysoko z niemal najsłabszą drużyną w lidze.

Po chwili wtrącił się PJ:

– Brakuje nam ciebie, stary. Może mógłbyś dać Freddingtonowi parę porad, jak myślisz?

– Właśnie – rzekł Alex. – Nie musisz się nawet przebierać. Wystarczy, że będziesz siedział przy linii bocznej. Twoja obecność wystarczy, żeby nasza gra wyglądała zupełnie inaczej.

Reeve dopił odżywkę białkową, po czym otarł usta wierzchem dłoni i oznajmił:

– Musicie radzić sobie teraz sami. Nie mogę już wam pomagać, muszę zatroszczyć się o samego siebie. Jeśli nie przyłożę się do fizjoterapii, stracę też następny sezon.

– Ale przecież nadal jesteś kapitanem drużyny – przypomniał mu Alex.

– Muszę skupić się na powrocie do zdrowia – odparł Reeve. – Kładę się spać o dwudziestej pierwszej, a o wpół do szóstej rano jestem już na siłowni. Myślisz, że mam teraz głowę do meczów?

– Po prostu zastanów się jeszcze – poprosił Alex. – Nie musisz dzisiaj się decydować. Zaczekaj do piątku wieczorem. Jeśli będziesz się dobrze czuł, przyjdź na mecz.

Obserwowanie, jak Alex płaszczy się przed Reeve’em, sprawiało mi niemal fizyczny ból. Na jego miejscu już dawno powiedziałabym Reeve’owi, żeby spadał.

– Cholera, stary – odezwał się posępnie Derek. – Ciągle nie mogę uwierzyć, że cię to spotkało. Byłem pewien, że za rok będę cię oglądał w telewizji, jak robisz przyłożenia.

Reeve wpakował sobie do ust wielką porcję sałatki.

– Nie skreślaj mnie tak łatwo. Za rok będę w telewizji – powiedział.

– No właśnie, Dereku – wtrąciła się Rennie, piorunując go wzrokiem. – Niech od tej chwili nikt już nie zaraża Reeve’a negatywnym myśleniem. Tylko pozytywne nastawienie.

Reeve zwlókł się z krzesła i stanął chwiejnie, wspierając się na kulach.

– A ty dokąd? – zdziwiła się Rennie.

– Do łazienki.

W następnej chwili pokuśtykał ku męskiej toalecie. Rennie odprowadzała go wzrokiem, gotowa w każdej chwili pospieszyć z pomocą, gdyby jej potrzebował. Kiedy zniknął za rogiem, rozejrzała się wkoło, żeby sprawdzić, czy nikt inny nie słucha, po czym nachyliła się do Ash:

– Jest taki silny. Kiedy dowiedział się, że uczelnia w Alabamie z niego zrezygnowała, prawie poryczał się przy mnie jak dziecko. Dotychczas Alabama to była jedna z jego awaryjnych opcji, a teraz musiał błagać tamtejszych trenerów, żeby zgodzili się przyjąć go w charakterze zmiennika na pierwszy sezon. – Mówiąc to, Rennie przymknęła oczy i zaczęła pocierać skronie. – Dla drużyny akademickiej jego kontuzja to jednak zbyt duże ryzyko. Uważają, że Reeve nigdy już nie wróci do poziomu sprzed złamania. Nie mogę się doczekać, gdy udowodni, że ci idioci się mylą. Jasne, może nie załapie się do najlepszej uczelni, ale szkoły z drużynami z drugiej albo trzeciej ligi będą się o niego zabijać.

– Spędziłaś znowu noc u niego w domu? – spytała szeptem Ash.

Znowu? A więc sypiają teraz u siebie? Jasne, matka Rennie, Paige, nie miałaby nic przeciwko, żeby jej córcia spędziła noc w domu chłopaka. Ale rodzice Reeve’a zawsze sprawiali wrażenie ludzi hołdujących tradycyjnym wartościom.

– Tylko dzięki mnie trzyma się teraz w pionie – oznajmiła Rennie, przeczesując palcami włosy.

– Zrobiliście już OSZ? – zainteresowała się Ash.

– A co to takiego? – spytałam.

– Określ się w Związku, w skrócie OSZ – wyjaśniła Rennie, przewracając oczami, jakby przyszło jej rozmawiać z jakąś idiotką, która nie wie podstawowych rzeczy. Nie raczyła jednak nawet na mnie spojrzeć. – Nie, nie zrobiliśmy. Reeve ma teraz za dużo na głowie. Po prostu chcę być u jego boku. Tylko tego obecnie potrzebuje.

Po chwili wstała i zaczęła zbierać swoje rzeczy.

– Pójdę go poszukać – powiedziała, nachylając się do Ash, żeby cmoknąć ją w policzek. – Cześć, Ash. Cześć, PJ. Cześć, Derek.

I nie spojrzawszy nawet na mnie, odeszła od stolika. Nikt się nie zorientował, że pożegnała się ze wszystkimi z wyjątkiem mnie.

Zachowywała się w ten sposób od feralnego balu. Właściwie każdego dnia trochę gorzej. Z wolna zalęgły się we mnie najgorsze przeczucia. Rennie była na mnie wściekła. Naprawdę wściekła. Z niechęcią przyznawałam przed sobą, że ma to na mnie aż taki wpływ. Niewątpliwie jednak miało. Chciałam, żeby wszystko wróciło do normy, żeby znów nikt z nikim nie walczył.

Gdy tylko Rennie zniknęła za drzwiami, zwróciłam się do Ash:

– Rennie mówiła coś na mój temat?

– To znaczy? – dopytała Ash, wiercąc się nerwowo na krześle i unikając mojego wzroku.

– Od dnia balu zachowuje się wobec mnie strasznie wrednie. To dlatego, że to ja zamiast niej zdobyłam tytuł? – domyśliłam się, a po chwili dodałam, przygryzając wargę. – Jeśli tak bardzo tego pragnie, mogę oddać jej moją tiarę.

Ash w końcu podniosła na mnie spojrzenie.

– Lil, to nie tak. Chodzi o to, że pocałowałaś Reeve’a na scenie podczas tańca.

Z wrażenia otworzyłam usta.

– Wcale go nie pocałowałam – broniłam się. – Przecież to on mnie pocałował!

– Ale ty mu pozwoliłaś. I to na oczach wszystkich.

– Ash, nie chciałam, żeby mnie całował – tłumaczyłam, czując, jak do oczu napływają mi łzy. – Sama wiesz, że Reeve nawet mi się nie podoba. Dlaczego ona… wścieka się na mnie, a nie na niego?

– Wiesz przecież, co Rennie czuje do Reeve’a – wyjaśniła Ash współczującym tonem. – To jej największa miłość, jej ukochany Reevie. Wybaczy mu każde głupie zagranie.

– Ale to nie fair – szepnęłam.

– Powiedz jej, że ci przykro – poradziła Ash. – Wytłumacz, że nigdy nie patrzyłaś na Reeve’a w ten sposób.

Ze zmarszczonymi brwiami zaczęłam się bujać na krześle. Może faktycznie było to jakieś rozwiązanie, choć prawdę mówiąc, jakoś nie chciało mi się w to wierzyć.

– Chodzi o to – odezwałam się w końcu – że nie powinnam w ogóle być zmuszona do tłumaczenia się przed nią z czegoś takiego.

Rozdział trzeci

MARY

Dzięki Bogu dobrnęłam jakoś do końca tygodnia. Wyszłam z budynku szkoły i marzyłam tylko o tym, żeby znaleźć się jak najszybciej w domu. Byłam kompletnie padnięta po wszystkich lekcjach, na których musiałam nadrabiać zaległości w materiale. W pewnym momencie od strony parkingu dobiegł mnie krzyk Kat. Brzmiał, jakby się śmiała. To nie był strach ani nic podobnego. Rozejrzałam się szybko i dostrzegłam ją kilka metrów dalej – z papierosem między zębami próbowała zerwać flanelową koszulę z ramion jakiegoś chłopaka.

Skądś go chyba kojarzyłam. Nie wiedziałam, jak ma na imię, lecz wiele razy widywałam, jak włóczy się bez celu po terenie szkoły. Nie chodził chyba do żadnej klasy. W przeciwnym razie jego nauczyciel musiałby być nadzwyczaj wyrozumiały, jeśli chodzi o nieobecności.

Kat powinna należeć do szkolnej drużyny zapaśniczej, miała świetną pracę nóg. Bez przerwy była w ruchu, podskakując na palcach i stopniowo ściągając chłopakowi przez głowę koszulę. Pewnie jej brat, Pat, nauczył ją tej sztuczki.

Chłopak nie trzymał się zbyt pewnie na nogach, ale chyba przede wszystkim nie bardzo wiedział, jak ma walczyć z dziewczyną. A Kat bez mrugnięcia okiem to wykorzystywała. Nacierała agresywnie, pociągając to jedną, to drugą ręką, i po chwili większość koszuli była już zdjęta. Co kilka sekund odciągała uwagę chłopaka, kłując go palcami w żebra albo ciągnąc za gumkę, którą związał sobie sięgające ramion włosy. Chwilę później chłopak był już rozebrany, choć kurczowo uczepił się jeszcze skrawka rękawa.

Kat zajęła postawę, jakby przygotowywała się do przeciągania liny.

– Dan, jeśli nie puścisz, porwiemy ją – ostrzegła.

– No dobra – przystał w końcu Dan.

Kat wydała z siebie triumfalny okrzyk i zrobiła piruet. Flanelowa koszula zawirowała nad jej głową niczym lasso.

– Dan, zapamiętaj sobie ten moment. Kiedy czegoś chcę, biorę to sobie. I tyle.

Dan oblał się rumieńcem, a ja parsknęłam śmiechem – Kat zupełnie odwalało.

Musiała mnie usłyszeć, bo szybko spojrzała w moją stronę. Skinęła mi ledwo dostrzegalnie głową, a ja posłałam jej szybki uśmiech. Miałam już wsiąść na rower i odjechać, gdy Kat zrobiła coś zupełnie zaskakującego.

Uniosła palec, jakby chciała, żebym na nią zaczekała.

Stało się to tak szybko, że w pierwszej chwili pomyślałam, że może mi się przywidziało. Nigdy dotychczas tego nie robiłyśmy – nigdy publicznie nie pokazywałyśmy, że się znamy. Ale w sumie teraz, gdy nasza zemsta się dokonała, chyba nie musiałyśmy już dłużej się ukrywać. Czekając, aż podejdzie, wyjęłam z plecaka książkę, którą powinnam przeczytać na lekcję angielskiego, i zaczęłam ją kartkować. Kątem oka widziałam, jak Kat zgniata niedopałek.

– Kat, nie wygłupiaj się – wołał za nią chłopak. – Oddaj ją.

Kat jednak zarzuciła już sobie koszulę na bluzę.

– Ale ja chcę ją ponosić – rzuciła. – Obiecuję, że oddam ją w poniedziałek. Będzie już wtedy cała pachniała mną.

Dan udawał, że się na nią wkurza. Ale to, jak szybko się poddał, podpowiadało mi, że tak naprawdę lubi Kat.

– Podrzucić cię do domu? – spytał.

– Nie, przejdę się. Ale możesz dać mi jeszcze jedną fajkę. – Nie czekając, aż poda jej papierosa, sama wyjęła go z paczki i zatknęła sobie za uchem.

Schowałam książkę do plecaka i poprowadziłam rower ścieżką. Szłam niezbyt szybko, tak żeby mogła mnie dogonić. Powinnyśmy być nadal ostrożne.

– Trzymasz się jakoś, Mary? – spytała, podchodząc bliżej.

– Tak – odparłam z ciężkim westchnieniem. – Staram się.

– Widziałaś się z Reeve’em w tygodniu?

– Prawdę mówiąc, starałam się go unikać – wyjaśniłam, odgarniając włosy za uszy. Spojrzenie utkwiłam w ziemi. – Słyszałam trochę plotek. Ludzie mówią, że z powodu kontuzji Reeve może stracić szanse na stypendium sportowe. To prawda?

Kiedy wypowiadałam ostatnie słowa, drżały mi już usta, jakbym zaraz miała się rozpłakać.

– Kto wie? – odparła Kat. – Może straci, może nie. W końcu nadal ma przecież tę nogę. To tylko złamanie, i to nie jakieś bardzo poważne. Mój brat złamał kiedyś kość udową podczas wyścigów żużlowych. Teraz lewą nogę ma centymetr krótszą niż prawą.

Jej głos był dziwnie poważny. Czułam na sobie jej spojrzenie. Domyślałam się, że Kat chce się upewnić, czy znów się nie rozkleję. Oczy miałam już pełne łez, wysunęłam jednak brodę i przywołałam na usta blady uśmiech.

Teraz Kat uciekła spojrzeniem w bok. Zeszła ze ścieżki na trawę i zerwała garść zeschniętych liści z nisko zwieszonej gałęzi.

– Wszystko będzie dobrze, zaufaj mi. Reeve się z tego wyliże, jest w tym dobry.

Skinęłam bez przekonania głową. Co innego miałam zrobić? Ja też jakoś sobie poradzę. Udało mi się przeżyć ten tydzień, a to już coś.

Uznałam, że pora zmienić temat.

– Co to za chłopak, z którym gadałaś? Podoba ci się?

– Dan? Nie żartuj sobie! – odparła, przewracając oczami. – Mary, za siedem miesięcy mam zamiar wynieść się z wyspy. Nie potrzeba mi teraz żadnych romansów. A ten chłopaczek to takie doraźne lekarstwo na nudę.

Gdyby to było takie proste… Znaleźć sobie chłopaka, którego bym polubiła. Takiego, który polubiłby też mnie. Kat miała duże doświadczenie z chłopakami, tymczasem ja nigdy nawet z żadnym się nie całowałam. Chyba dlatego przez cały ten czas zadręczałam się myślami o Reevie, bo w głębi duszy się łudziłam, że wreszcie mnie doceni.

No i proszę bardzo – znowu o nim myślałam. Co z tego, że przez cały czas próbowałam nie dopuszczać do siebie tych myśli? Przypominało to jakąś dziwną chorobę.

– Masz jakieś plany na wieczór, Mary? – spytała Kat, a zanim zdążyłam odpowiedzieć, powiedziała: – Ja wybieram się na stały ląd. W sklepie muzycznym mojej kumpeli będzie dziś koncert. Zagra deathcore’owa kapela Day of the Dog. Na koncertach lubią pobawić się z publicznością, muzycy wołają ze sceny, a publika musi odwrzaskiwać im na całe gardło. Wiem, że umiesz się wydzierać.

Domyślałam się, że Kat nawiązuje do mojego przeraźliwego wrzasku z balu. To miał być dowcip, ale ani jej, ani mnie nie było teraz do śmiechu.

– Chodź ze mną – odezwała się po chwili. – Rozerwiesz się, przewietrzysz umysł.

Nie miałam zielonego pojęcia, czym jest deathcore. Ucieszyłam się, że Kat o mnie pamięta, czułam jednak, że jeszcze za wcześnie na szaleństwa.

– Mam mnóstwo pracy domowej. Obawiam się, że jeszcze przez długi czas nie będę mogła wychodzić z domu.

Kat utkwiła we mnie wzrok, próbując chyba zrozumieć, co chcę jej powiedzieć. W końcu odwróciła się plecami do wiatru i zapaliła papierosa.

– Mary, posłuchaj, wiem, że od czasu balu żyjesz w strachu. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, wyszło inaczej, niż chciałyśmy. Wiem, co czujesz. Po tym, jak umarła moja mama, nie odzywałam się do nikogo przez pół roku. – Po tych słowa zaciągnęła się kilka razy, po czym sprawdziła, czy papieros jeszcze się żarzy. – Wiesz o tej sprawie z moją mamą, prawda?

Skinęłam głową. Chyba Lillia opowiedziała mi o tym przy jakiejś okazji. Mama Kat chorowała na raka. Kat nigdy jednak o tym nie wspominała. Jakaś część mnie się ucieszyła, że nareszcie o tym mówi. Oznaczało to, że chce podzielić się ze mną czymś bardzo osobistym.

– Tak myślałam, ale chciałam się upewnić – stwierdziła, zaciągając się papierosem, a potem strząsając popiół. – To nie był najlepszy sposób na poradzenie sobie ze stratą. Nie powinnam była zamykać się przed całym światem. Nie można bez końca rozpaczać, wiesz? Zrozumiałam potem, że zadręczając się, nie sprawię, że moja mama ożyje. Prędzej czy później trzeba wrócić do normalnego życia.

– Niby jak mam to zrobić? – spytałam, zwalniając kroku.

Kat włożyła papierosa do ust, a obie ręce schowała w kieszeniach.

– Może powinnaś… czy ja wiem… zapisać się na jakieś kółko zainteresowań. Zaangażować się bardziej w życie szkoły. I przeczekać do matury.

– Jakieś kółko zainteresowań?

– Mary, nie mam pojęcia – odparła, wykrzywiając się. – Takie rzeczy to nie moja bajka. Ale chodzi o coś, co cię kręci. Musisz po prostu znaleźć sposób, żeby przestać się dołować. Może poznać nowych znajomych. Skupić się na tym, co sprawia ci największą radość. Nie chcę, żeby zabrzmiało to jakoś protekcjonalnie, ale musisz zacząć czerpać więcej z życia. Do matury masz jeszcze cały następny rok.

W jej ustach brzmiało to tak prosto. Ale może faktycznie było to proste.

– Wiem, że masz rację – powiedziałam. – Ale to… trudne.

– Wcale nie musi takie być – powiedziała, opierając się o drzewo. – Po prostu musisz zacząć coś robić. I nie pozwalaj, by twoje emocje pomieszały ci szyki. Ja rzadko w ogóle zwracam uwagę na swoje uczucia. Wiesz czemu? Bo gdybym zaczęła rozpaczać z powodu wszystkich złych rzeczy, które mnie spotkały, nigdy nie znalazłabym w sobie siły, żeby wstać z łóżka. A poza tym nie umiem zmienić przeszłości. Wspólnie zmieniłyśmy ją tak bardzo, jak tylko się dało. Ale resztą musisz się już zająć sama, maleńka.

Otuliłam się szczelniej płaszczykiem. Wiedziałam, że Kat ma rację. Wiedziałam też, że nie mogę w nieskończoność rozpaczać. Po mojej nieudanej próbie samobójczej z powodu tego, co zrobił mi Reeve, straciłam cały rok życia. Nie mogłam dopuścić, by uciekł mi następny.

– Dziękuję – powiedziałam.

Moje podziękowania płynęły z serca. Pomiędzy mną wtedy a mną teraz istniała jedna poważna różnica – teraz miałam przyjaciółki, które się o mnie troszczyły.

* * *

Siedziałam nad pracą domową do chwili, gdy widok książek był już ponad moje siły. W końcu jednak wyszłam z domu i skierowałam się na Main Street. Gdy przybił prom, pierwszym pojazdem, który zjechał na brzeg, był autokar wypełniony futbolistami. Na oknach wymalowano różne numery zawodników i obraźliwe hasła w stylu: „Utopić Mewy!”.

Fiu, fiu, pomyślałam. Chyba nasza drużyna gra dziś mecz.

Ciekawe, czy zjawi się na nim Reeve.

Zaciekawiona ruszyłam w kierunku stadionu. Nie planowałam zostać długo, ale na miejscu okazało się, że na trybunach nie brakuje wolnych miejsc. Przyszło, lekko licząc, dwa razy mniej kibiców niż podczas meczu z okazji balu absolwentów. Taka jest cena za stratę najlepszego zawodnika. W pierwszym meczu bez Reeve’a przegraliśmy. I to grubo. Nasz rezerwowy rozgrywający, Lee Freddington, nie zaliczył ani jednego udanego podania.

Kilka zbitych w grupkę cheerleaderek ćwiczyło okrzyki zagrzewające do boju. Krzyczały: „Obrona, obrona!”. Coś mi się zdawało, że teraz, gdy ofensywa w naszej drużynie przestała istnieć, okrzyk ten będzie zyskiwał na znaczeniu. Pozostałe cheerleaderki kłębiły się za linią boczną boiska. W ich zespole panowało rozprężenie, jakby przygotowywały się do treningu, a nie prawdziwego meczu. Rennie siedziała po turecku na murawie, ze wzrokiem utkwionym w komórce. Lillia i Ashlin stały niedaleko ławki zawodników, zajęte rozmową. Kiedy Lillia mnie zauważyła, uśmiechnęła się promiennie. Odwzajemniłam się jej tym samym.

Spiker powitał graczy drużyny przeciwnej, a kiedy skończył, nasze cheerleaderki ustawiły się w dwóch rzędach, tworząc szpaler przy wyjściu na boisko. Czekały, aż na murawę wybiegną nasi zawodnicy, żeby ich powitać. Widziałam, że na samym przedzie miejsce zajęła Teresa Cruz. Ponieważ jej zadaniem było dopingowanie naszego rezerwowego rozgrywającego Lee Freddingtona, jej znaczenie w drużynie cheerleaderek w ostatnim czasie wzrosło.

Oczywiście kiedy Rennie zobaczyła jej manewry, zajęła miejsce w drugim rzędzie, dokładnie naprzeciw Teresy.

Pierwszy na boisko wyszedł Reeve. Ubrany był tak samo jak w szkole – w koszulkę i spodenki do koszykówki. Kiedy tylko pojawił się na murawie, wszyscy kibicie wstali i powitali go radosnymi okrzykami. Nie był to jednak ten rodzaj szaleńczego aplauzu, jaki towarzyszył jego pojawieniu się na początku sezonu. Dopingując go, kibice wyrażali teraz szacunek i klaskali z grzeczności.

Reeve próbował poruszać się o kulach tak szybko, jak tylko mógł. Przeszkodziła mu rozmokła murawa – po deszczach w tym tygodniu ziemia była wilgotna i kule grzęzły w trawie. Im szybciej chciał kuśtykać, tym głębiej się zapadały, przez co zwalniał.

W końcu z szatni wybiegli pozostali gracze. Chcieli trzymać się z tyłu za Reeve’em, dając do zrozumienia, że nadal widzą w nim swojego kapitana, on jednak poruszał się tak ślamazarnie, że zawodnicy zaczęli tłoczyć się tuż za jego plecami.

W pewnym momencie grupę zawodników wyminął Lee Freddington. Wyprzedził Reeve’a, tak jakby w ogóle go nie zauważył, i znalazł się na czele całej grupy. I nagle wszyscy pozostali zawodnicy, jakby ośmieleni przykładem danym przez Lee, również ruszyli do przodu, wymijając Reeve’a. Po chwili znalazł się na szarym końcu. Obok niego posuwali się teraz tylko Alex, PJ, trener i chłopcy taszczący pojemniki z napojami chłodzącymi. Widziałam, że z wolna narasta w nim frustracja. W pewnym momencie zarył gipsem w błoto, tak że trawa z ziemią nasypała się do środka. Jego twarz stała się purpurowa. Wyglądał, jakby za chwilę miał stracić resztki cierpliwości.

Przestałam klaskać i wsunęłam dłonie pod uda. Wiedziałam, że nie powinnam się nad nim litować, ale to było silniejsze ode mnie. Reeve był kompletnie nieprzygotowany do sytuacji, w jakiej się znalazł. Nie wiedział, jak się zachowywać, gdy nagle przestał być w centrum zainteresowania. Obserwowanie, jak próbuje sobie radzić, było ponad moje siły. Patrząc na niego, miałam wrażenie, że księżyc i gwiazdy zostały strącone z nieba i zmuszone wieść życie zwykłych śmiertelników, jak wszyscy pozostali.

Od dawna marzyłam, żeby Reeve znalazł się w tarapatach. I żeby stracił pewność siebie, przekonanie, że jest lepszy niż wszyscy inni. Wiedziałam też, że na to zasługiwał. W głębi duszy przez cały czas miałam jednak nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Łudziłam się, że zdołamy dać mu nauczkę, nie uciekając się do tak drastycznych środków.

W pierwszej kwarcie zagraliśmy fatalnie, czyli tak, jak wszyscy się spodziewali. Na początku drugiej kwarty piłka wróciła do Lee Freddingtona. Kiedy spróbował wykonać podanie, gracze z przeciwnej drużyny momentalnie go zablokowali. Nasz trener poprosił o przerwę na żądanie i zaczął wydzierać się na chłopaków z naszej linii defensywnej.

Widziałam, że do Lee zbliżył się też Reeve, żeby dać mu kilka rad. Próbował przez cały mecz, Lee jednak prawie na niego nie patrzył. I to wcale nie dlatego, że wstydził się swojej gry. Unikał kontaktu wzrokowego z Reeve’em, bo nie sądził, żeby potrzebował od niego pomocy.

Tuż przed końcem przerwy na żądanie Lee podszedł do Aleksa Linda, zarzucił mu rękę na ramię i przez chwilę szeptał koledze coś na ucho. Reeve przyglądał się temu z boku, zaciskając zęby.

W następnej sekundzie nasza drużyna wybiegła z powrotem na murawę. Lee biegł na przedzie. Kiedy nadleciała piłka, chwycił ją i zamachnął się, jakby zamierzał wykonać naprawdę dalekie podanie. W głębi boiska tymczasem Alex prześcigał jednego z obrońców i wychodził na czystą pozycję. Po chwili Lee wyrzucił w powietrze piłkę, która zatoczywszy ostry łuk, wylądowała prosto w rękach Aleksa.

Przyłożenie.

Kiedy wstawałam z ławki, PJ wykonał jeszcze dodatkowe kopnięcie, za które zdobyliśmy punkt. Przechodząc, widziałam, jak cheerleaderki przy linii bocznej ustawiają się w rzędzie, przygotowując się do wykonania figur zarezerwowanych dla poszczególnych graczy. Gdy na przód wystąpiła Teresa, Rennie rzuciła się w jej stronę.

– Co ty wyprawiasz? – krzyknęła, chwytając ją za sweterek.

– Zaliczyliśmy właśnie przyłożenie po podaniu Lee. Chcę go nagrodzić dopingiem.

Rennie spojrzała na nią z politowaniem.

– Przecież to Alex wykonał przyłożenie – rzekła. – To po jego zagraniu zdobyliśmy punkty.

– Ale zawsze dopingujemy rozgrywającego… – żachnęła się Teresa.

– Naszym rozgrywającym jest Reeve – warknęła Rennie. – Lee to nic nieznaczący rezerwowy.

A już w następnej chwili wybiegła przed szereg, wykrzykując jego imię. Krzyczała tak głośno, że Reeve z zażenowania aż skulił się na ławce. Rennie wydawało się, że wie, czego potrzebuje jej ukochany, ale tak naprawdę nie miała o tym bladego pojęcia. Reeve nie życzył sobie, by ktokolwiek go oglądał. Chciał, by wszyscy dali mu spokój.

Ruszyłam w stronę wyjścia ze stadionu. Chciałam iść już do domu. Tak właśnie powinnam postąpić – powinnam zostawić Reeve’a samego. Oczyścić umysł i o nim nie myśleć, pozbyć się wszelkich uczuć, jakie we mnie budził. Wiedziałam, że nie ma innej drogi.

* * *

Po powrocie do domu zastałam ciotkę Bette w dużym pokoju. Siedziała po ciemku na podłodze, otoczona kręgiem świeczuszek. Na podłodze dostrzegłam kałuże roztopionej stearyny. Gdyby mój tata to zobaczył, dostałby zawału. Zawsze powtarzał, że najbardziej lubi w tym domu podłogi. Wykonane były z drewna cedrowego w pięknym jasnorudym odcieniu.

– Już jestem – powiedziałam, wchodząc do pokoju.

Ciotka nie spodziewała się mojego wtargnięcia – widziałam, że przestraszona lekko drgnęła. Kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam, że na podłodze przed sobą rozłożyła kawałek płótna. Wysypała na nie różne zeschłe liście i zioła. Nabierała do woreczków małe porcyjki i związywała je dratwą.

Zanim się odezwała, dokończyła wiązanie zawiniątka:

– Nie wiedziałam nawet, że wyszłaś – powiedziała to podenerwowanym głosem, jakbym przeszkodziła jej w czymś ważnym.

– Wybrałam się na spacer. Przepraszam – dodałam, choć przecież nie miałam za co przepraszać. Po chwili, wskazując na zawiniątka, spytałam: – Co to takiego?

Ciotka wzięła do ręki jakąś gałązkę i roztarła jeden z listków w palcach.

– Starożytne zioła – rzekła.

Wyglądały na rozmaryn. Albo tymianek. Nie mogłam rozpoznać ich w ciemności.

– No tak… – powiedziałam niepewnie. – Dobranoc, ciociu.

U dołu schodów, na podłodze, dojrzałam jakiś kubek. Do środka włożono przewiązane sznurkiem zawiniątko wypełnione zeschłymi liśćmi. Liście żarzyły się niczym rozgrzane do czerwoności węgle. Znad kubeczka wznosiła się pod sufit nitka dymu.

Co to, do cholery, ma być?

– Ciociu Bette – zawołałam. – Czy te ziółka na pewno powinny się palić w przedpokoju? Czy to bezpieczne?

Pomyślałam, że zabrzmię jak czepiająca się sztywniara. Ale naprawdę trochę się przestraszyłam.

Ciotka nie odpowiedziała. Uznałam, że to jej sprawa. Obeszłam bokiem dymiący kubeczek, uważając, żeby nie nawdychać się dymu, po czym ruszyłam do swojego pokoju.

Rozdział czwarty

KAT

Po spotkaniu z Mary poszłam do domu. Zagrzałam w mikrofalówce obiad dla taty, sama zjadłam miskę płatków śniadaniowych, po czym pognałam na przystań. Słońce zdążyło już skryć się za horyzontem, wiał silny wiatr. Zapięłam bluzę pod samą szyję i naciągnęłam głęboko na głowę kaptur. Powinnam kilka tygodni temu zacząć nosić płaszcz, ale ten, który kupiłam w zeszłym roku, niezbyt mi się podobał. Była to dwurzędowa kurteczka marynarska w kolorze grafitowym. Znalazłam ją w sklepie z używaną odzieżą. Ponieważ jednak w kurtce brakowało podszewki, wełna sprawiała, że swędziała mnie od niej skóra. Liczyłam, że jeśli dotrę w miarę wcześnie na stały ląd, zajrzę do sklepu charytatywnego i sprawdzę, czy mają coś ciekawego.

Przystań promów kompletnie nie przypominała tego, jak wygląda latem, gdy parking pełen jest samochodów, a ludzie ustawiają się w kolejce, żeby wejść na pokład. Teraz była niemal zupełnie wyludniona – stało tam tylko kilka ciężarówek z zaopatrzeniem i kilka samochodów osobowych. Większość pracowników przystani, których znałam osobiście, na czas zimy wyjechało z wyspy. Zanosiło się więc na to, że będę musiała zapłacić za bilet. Kiedy zbliżyłam się do okienka, okazało się jednak, że bilety sprzedaje dziś znajomy mojego taty. Oczywiście nie chciał ode mnie przyjąć pieniędzy. Fajnie. Często mi się to zdarzało, ale za każdym razem odczuwałam wdzięczność.

Nie chcąc przemarznąć na odkrytym górnym pokładzie, poszukałam miejsca w kawiarence. Wewnątrz, przy jednym ze stolików, zastałam jakichś czterech starszych panów, którzy – popijając herbatę – pokazywali sobie w przewodniku ornitologicznym okazy, jakie dziś odnaleźli na wyspie. Włączyłam muzykę w słuchawkach i zamknęłam oczy. Słowo honoru, pomyślałam, mam nadzieję, że umrę młodo. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że skończę, zainteresowana takimi idiotyzmami.

Na myśl o tym, że od kilku tygodni nie zaglądałam do Kim, poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku – wyrzuty sumienia. Ostatni raz wpadłam do sklepu muzycznego, w którym pracowała, kiedy chciałam skorzystać z jej kserokopiarki; miałyśmy wtedy krótką sprzeczkę. Ksero potrzebowałam do powielenia żałosnych wierszyków Aleksa, była to część naszego planu zemsty. Nasz spisek tak mnie pochłonął, że nie znalazłam nawet czasu, żeby porozmawiać z Kim, mimo że najwyraźniej chciała się przed kimś wygadać.

Miałam teraz nadzieję, że jakoś mi wybaczy.

Niestety w sklepie charytatywnym nie znalazłam żadnych płaszczy na zimę. Pełno było za to letnich ciuchów, których ludzie pozbywali się z szaf przed sezonem zimowym. Kilka kilometrów do sklepu Paula, gdzie pracowała Kim, pokonałam na piechotę. Kapela miała zagrać późnym wieczorem, co bardzo mi odpowiadało – dzięki temu będziemy miały z Kim czas, żeby pogadać. Postanowiłam, że nie będę jej opowiadała o swoich problemach. Dzisiaj to ona będzie się mogła powyżalać mi. Kto wie, może jakoś się ułożyło między nią a Paulem. Może jego żona wcale się nie domyśliła, że mają romans. Liczyłam, że tak właśnie jest.

W środku za ladą zastałam jakiegoś nieznanego mi gostka – był wychudzony, miał fryzurę na czeskiego piłkarza i wytatuowane ramię. Skierowałam się prosto na zaplecze, gdzie odbywają się koncerty. Zanim jeszcze dotarłam do drzwi, w półmroku sali garażowej dostrzegłam kilka osób, które zajęły już miejsca przy samej scenie. W pewnym momencie ktoś chwycił mnie za ramię.

– Wstęp kosztuje dziesięć dolców.

Był to Paul. Króciutko ścięte włosy miał bardziej szpakowate, niż zapamiętałam. Nosił starą koszulkę Sex Pistols, obcisłe jeansy z dziurami i tenisówki. Nie był zbyt wysoki, ale za to całkiem wysportowany. Kim wspominała, że odkąd przestał brać dragi, regularnie chodzi na siłownię. Podobno kiedyś miał problem z narkotykami, i to najcięższego kalibru – heroiną.

Poznaliśmy się już kiedyś, dlatego teraz powitałam go uśmiechem.

– Siemanko, Paul.

On jednak nie zwolnił uścisku.

– Dziesięć dolarów.

Wyrwałam mu się i spojrzałam w stronę budki nagłośnieniowca w nadziei, że zobaczę tam Kim. Budka była jednak pusta.

– Ogłuchłaś, panienko?

– Gdzie jest Kim? – spytałam. Wiedziałam, że brzmię już na ostro wkurzoną.

– Znacie się? – Paul wyglądał na zaskoczonego.

– To moja serdeczna przyjaciółka.

– Nie pracuje już tutaj – poinformował, odwracając wzrok.

– Co takiego? A to dlaczego?

– Kradła, dlatego ją wylałem.

– Łżesz – warknęłam, mrużąc oczy.

– Słucham?

– Dobrze słyszałeś, co powiedziałam – wysyczałam. Ze złości cała się trzęsłam. – Jesteś kłamcą. Kim nigdy by ci nic nie ukradła.