Ogień - Kerier Teriter - ebook + książka

Ogień ebook

Kerier Teriter

0,0

Opis

Dobre uczynki są jak bumerang, zawsze do nas wracają.
Czy rzeczywiście? Czy jesteś gotowy zmierzyć się z prawdą?
Trauma z przeszłości potrafi zniszczyć życie każdego, szczególnie gdy naznacza ją Ogień. Poznaj losy bohaterów, którzy muszą zmagać się nie tylko z demonami przeszłości, ale i z uciążliwą teraźniejszością.
Los jest wyjątkowo wrednym typem! Czy potrafisz mu się przeciwstawić? Sprawdź, czy to w ogóle możliwe!
Miłość, tęsknota, nienawiść i potworna samotność – to zaledwie początek. Bohaterów tej książki spotka o wiele więcej. Czy odważysz się wkroczyć w ich świat?
Czy masz na tyle odwagi, żeby zmierzyć się z kłamstwem, bólem i zagubieniem? Nasi bohaterowie ukrywają tajemnice, które przerażają nawet ich samych. Czy będą w stanie podzielić się nimi z osobami, które kochają? Sprawdź i przeczytaj tę książkę!
Pamiętaj, otwierasz ją na własną odpowiedzialność! Potem nic już nie będzie takie samo. Ogień nie zna litości…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 395

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Prolog

Michał patrzył. Nie zwracał nawet uwagi na to, że gryzący dym wciskał mu się w oczy. Patrzył. Prawie nie mrugał oczami. Przerażenie spowijało go coraz bardziej. Czuł, jak strach pełznie po jego nogach, panoszy się w palcach, chwyta za gardło i w końcu osiada na twarzy, wykrzywiając ją w grymasie paniki.

Stojąc na tej pustej i obcej klatce schodowej bloku, patrzył na otwarte drzwi do mieszkania. Uwięziony przez siódme piętro w bezsilnym odrętwieniu widział kłęby dymu umykające pospiesznie z przedpokoju i buchające wprost w jego oczy.

Dym nie był sam. Nagle wystrzelił z mieszkania pierwszy płomień. Najpierw mały. Nieśmiało wyjrzał z wnętrza, a po chwili urósł. Zaraz potem pojawił się drugi i wściekle liznął futrynę. Po nim – trzeci i kolejny. Pożar rósł i bez litości trawił coraz bardziej mieszkanie.

W głowie Michała wszystko wirowało. Nagle rzeczywistość wokół niego przyspieszyła, pomknęła. Obrazy zaczęły pędzić wokół, tracąc powoli kontury. Szybciej! Szybciej! Michał się zachwiał. Nie upadł jednak, bo przerażenie zbyt mocno pętało jego mięśnie

Pożar! Płomienie wyginające się w szaleńczym tańcu. Znowu dym!

Michał poruszył ustami, jakby chciał coś wykrzyczeć, ale żaden dźwięk się nie wydobył. Tylko obrazy przemykały szaleńczo w jego pamięci. Wiedział, że sięga coraz dalej w przeszłość. Pokonywał dni, miesiące i lata. Wiele lat. Przeszłość znowu go dopadła. To, co minęło, ale nie znikło, znowu go przydusiło. Mógł tylko drżeć w swojej bezradności. Jak wtedy. Jak w tamtym okropnym 2000 roku.

Amelia zerwała się z poduszki. Z otwartymi ustami chciwie chwytała powietrze. Oddech jednak umykał. Czuła dziwny ciężar na piersi, jakby ktoś przyciskał ją kolanem. Przetarła dłonią pot, który wylegiwał się bezczelnie na jej czole i się rozejrzała. Jej zielone oczy, które urzekały tylu chłopców, dopiero po chwili przyzwyczaiły się do ciemności i dziewczyna zaczęła rozpoznawać otoczenie. Pokój kołobrzeskiego pensjonatu był urządzony ascetycznie. Kilka krzeseł, stół i dwa łóżka. Gdzieś w kącie majaczyła tania szafa z Ikei, która w ciemności przybierała dziwaczne kształty. Amelia nie cierpiała tego pokoju. Nie cierpiała tego pensjonatu. Sama nie wiedziała, dlaczego dała się namówić matce, żeby pojechać z klasą do tego miejsca. Tak naprawdę to nie była jej matka, tylko ciotka, która ją adoptowała. I tak naprawdę to nie była żadna prawdziwa wycieczka. Klasa ze szkoły w Kołobrzegu pojechała na drugi koniec miasta, żeby w pensjonacie nad morzem spędzić weekend. Bez sensu! Być może chodziło o to, żeby nastolatki mogły się wyrwać chociaż na chwilę spod czujnego oka rodziców, a nauczyciele chętnie przystali na tę niby-wycieczkę. W końcu nie wyłożyli na nią ani złotówki. Pełna darmoszka! I pełna swoboda. Pan od historii dobierający się do pani od geografii w składziku na szczotki po syto zakrapianej kolacji. I uczniowie udający, że niczego nie widzą. Kto wie, co tam się jeszcze działo. Uczniowie opanowali jednak do perfekcji technikę nic-niewidzenia. Tak właśnie przebiegała ta pseudowycieczka.

Oddech Amelii w końcu nieco się uspokoił. Pamiętała, że coś się jej śniło, ale nie mogła sobie przypomnieć, co to było. Wiedziała jednak, że to był koszmar. Miała już ich w życiu bez liku. Straszne sny nawiedzały ją zawsze przed ważnymi wydarzeniami, które odmieniały jej życie. Nie zawsze była to zmiana na lepsze. Nigdy nie pamiętała żadnego z tych koszmarów. Nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle. Tamtej nocy też śniło się jej coś strasznego. Obudziła się po północy zlana potem, chociaż czuła potworny ziąb. Było uczucie pustki i myśl, że coś straciła. Tak, straciła. Wkrótce zrozumiała wszystko. Jej rodzice wyjechali rano i już nie wrócili. Straciła ich na zawsze. Nagle i bezpowrotnie. Została sama.

Co śniło jej się teraz? Nawet nie próbowała sobie przypomnieć. Doskonale wiedziała, że to bezcelowe.

Znowu rozejrzała się po ciemnym pokoju. Jej wzrok zatrzymał się na sąsiednim łóżku. Nagle poczuła w sobie ogromne pragnienie porozmawiania z kimś. Nawet z tą mało rozgarniętą koleżanką, która spała obok. Nie, dziewczyna nie była głupia. To był prawdziwy orzeł w klasie, kujonka przez duże „K”, ale jednocześnie osoba nieporadna, gubiąca się w najprostszych czynnościach. Nie dawała sobie rady w bezwzględnym świecie nastolatków, gdzie nie było miejsca dla tych, co na końcu. Pewnie dlatego nikt nie chciał mieszkać z tym kujonem. Amelia się zgodziła, bo… Sama nie wiedziała dlaczego. Szukała jakiegoś mądrego wytłumaczenia, wielkich słów, pierwiastka szlachetności w sobie, ale niczego nie znajdowała. Ot, wypaliła, że się zgadza zamieszkać w pokoju z kujonką, co zostało podsumowane gwizdami i śmiechem reszty klasy. Za to „pani Einstein” była w siódmym lub w jeszcze innym niebie.

Amelia próbowała włączyć lampkę na stoliku nocnym, ale nie było prądu. Po chwili wahania chwyciła smartfon leżący obok lampki i włączyła latarkę w telefonie.

Spojrzała na łóżko obok. Było puste. Dokąd ta kujonka poszła w środku nocy? To było jeszcze dziwniejsze niż szkolna wycieczka z jednego końca Kołobrzegu na drugi. Czyżby jakaś nocna schadzka? Amelia nie miała już czasu zastanowić się nad absurdem tej myśli, ponieważ jej uwagę przykuł jakiś hałas. Dochodził z korytarza.

Dziewczyna wyskoczyła z łóżka i oświetlając drogę smartfonem, dopadła do drzwi. Nie otworzyła ich jednak. Przylgnęła tylko do nich i nasłuchiwała. Hałas dobiegający z korytarza był coraz głośniejszy. Drzwi wibrowały, ilekroć ktoś przebiegał. Podłoga przy tym niemiłosiernie skrzypiała. Potem cisza. Pełna napięcia, jakby miała zaraz pęknąć rozdarta kolejnym hałasem. Dziewczyna nie pomyliła się. Znowu korytarzem wstrząsnął tupot nóg, a zaraz po nim pojawiły się podniesione głosy, okrzyki bliskie histerii.

Amelia zdecydowała się otworzyć drzwi. Ciemność korytarza wcisnęła się do pokoju. Potem tu i ówdzie przestrzeń zaczęły rozświetlać latarki smartfonów. Dziewczyna szybko zorientowała się, że to jej koleżanki i koledzy z klasy. Ruda Lidka pędziła korytarzem w samych majtkach i cienkiej bluzce. Wyluzowana Aśka gnała za nią, potykając się o opadające spodnie jeansowe. Kamil, co to nie przepuścił nigdy żadnej lasce, biegł za nimi, strasznie krzycząc z przerażenia. Potem był ktoś jeszcze i następny, następny, następny.

– Co tu robisz?! – usłyszała Amelia i poczuła, że ktoś szarpie ją za ramię – Uciekaj, głupia!

Po głosie poznała, że to Jolka z trzeciej ławki.

– Pali się! – wrzeszczała koleżanka. – Pożar! Spierdalaj! Słyszysz? Spierdalaj! Ratunku!

Zanim Amelia zdążyła coś wydusić z siebie, Jolki już nie było. Znikła na pobliskich schodach. Amelia schowała się w pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi, jakby wierzyła, że tu będzie bezpieczna. Szybko pojęła jednak, że to nieprawda. Rozejrzała się nerwowo po pomieszczeniu, rozświetlając przestrzeń latarką w smartfonie. Potem dopadła pokracznej szafy i wyszarpała z jej wnętrzności swój plecak. Wiedziała, że musi jak najszybciej dotrzeć do drzwi i pognać śladami Jolki. Nie było czasu do stracenia!

Wyciągnęła rękę. Zaraz wydostanie się na korytarz! Zaraz znajdzie się na schodach! Potem tylko mały hol i drzwi wyjściowe! Dłoń Amelii już prawie dotykała klamki. Prawie! Nagle dziewczyna zorientowała się, że upada, zaplątana w plecak kujonki. Spotkanie z podłogą okazało się bardzo nieprzyjemne.

– Masakra! – zawyła, masując obolały bok.

Wtedy nagle zorientowała się, że nie ma spodni. Wyskoczyła przecież prosto z łóżka!

– Parodia, a nie wycieczka! – rzuciła i zawyła z wściekłości.

Chociaż znalazła spodnie dość szybko, jej wydawało się, że trwa to wieczność.

Tym razem dużo ostrożniej ruszyła do drzwi, świecąc dokładnie pod nogi. Była gotowa rozprawić się z każdą przeszkodą. W końcu wyskoczyła na korytarz. Skierowała światło latarki najpierw w lewą, potem w prawą stronę, sprawdzając, czy jest pusto. Wtedy to zobaczyła.

W ostatniej chwili oparł się ręką o pień drzewa, co uratowało go przed upadkiem. Michał chwiał się na galaretowatych nogach, czując, że uginają się coraz bardziej. Bezwzględna grawitacja ściągała go coraz niżej ku ziemi, tak że musiał oprzeć się na drzewie jeszcze mocniej.

W dłoni ściskał na wpół opróżnioną butelkę. Przyciągała go obietnicą zapomnienia, obietnicą obojętności, a co najmniej obietnicą ucieczki od rzeczywistości.

Michał pociągnął solidny łyk. Alkohol rozlał się ciepłem najpierw po jego przełyku, a potem pognał do żołądka. Mężczyzna wybuchnął śmiechem. Jego rechot stawał się coraz głośniejszy, coraz pełniejszy. Nagle zaczął zmieniać się w wycie, w ryk wypełniony bólem i w końcu całkiem przeszedł w zawodzenie, a potem w płacz.

Opadł na kolana i oparł głowę o pień drzewa. Trząsł się przy tym coraz bardziej, tuląc jednocześnie butelkę jak największy skarb. Tak bardzo chciał zapomnieć. Chciał nie czuć, nie myśleć, nie słyszeć. Chciał być poza tym wszystkim, co nazywano po prostu życiem. Chciał i wiedział, że nie może. Wiedział, że musi być odpowiedzialny.

Pociągnął znowu duży łyk wódki.

– Daj mi spokój! – poprosił. – Daj spokój! Chociaż na chwilę!

Znowu wstrząsnął nim spazmatyczny szloch.

Nagle przez jego zawodzący ryk zaczął przebijać się inny dźwięk. Stawał się coraz głośniejszy i coraz bliższy. Zaczął wciskać się w umysł Michała, pełznąć coraz głębiej i głębiej, jakby chciał przewiercić na wylot każdą myśl.

Mężczyzna wyprostował się nagle, łapiąc równowagę z pomocą drzewa. Zmrużył oczy, próbując wyłapać jakiś obraz z okolicy. Coś błyskało. Coś wyło.

Upuścił butelkę, która roztrzaskała się z hukiem o kamień. Nagle zrozumiał.

Kolejne samochody straży pożarnej podjeżdżały na syrenach pod budynek pensjonatu.

Dym wydobywał się spod drzwi na końcu korytarza. Uciekał coraz szybciej przez nieszczelną futrynę, jakby chciał się wyrwać na wolność z dusznego pomieszczenia.

Więc to tam – pomyślała Amelia.

Wiedziała już, że ma trochę czasu, zanim ogień wypełznie na korytarz i zacznie trawić kolejne pomieszczenia. Odkręciła się na pięcie, gotowa pognać do schodów.

Wtedy usłyszała. Krzyk był przeraźliwy. Wcisnął się gwałtownie w uszy dziewczyny i zaczął wibrować w jej głowie. Był przeciągły, niemal nienaturalny. Wypełniał go w całości strach, kłębił się w nim ból.

– Masakra! – Amelia pokręciła głową bezradnie.

Potem podbiegła do drzwi, spod których wydobywało się coraz więcej dymu.

Krzyk znowu rozerwał przestrzeń. Dochodził zza drzwi. Amelia uchyliła je ostrożnie. Płomienie od razu ją wypatrzyły i buchnęły z wściekłością w jej kierunku. Ta cofnęła się przerażona.

Znowu krzyk. Wypchany jeszcze większym przerażeniem.

Amalia rzuciła plecak i rozejrzała się w desperacji po korytarzu. Potem pokręciła raz jeszcze głową, czując, że zielone oczy zaczynają powoli łzawić od dymu. Co robić? Miała straszliwą pustkę w głowie. Brak jakiegokolwiek pomysłu, nawet najgłupszego!

Zadziałała instynktownie, bo z odrętwienia znowu wyrwał ją krzyk. Pognała do swojego pokoju i wyszarpała z łóżka prześcieradło. Dopadła jeszcze kranu. Wydawało jej się, że woda płynie z niego bardzo opornie i wyjątkowo wolno nasącza materiał. Szybciej! Zagryzała wargi, wiedząc, że czas błyskawicznie jej ucieka. W tamtym pokoju sekundy pędziły kilkukrotnie szybciej niż normalnie, jakby chciały się wydostać z płonącego pomieszczenia.

Błyskawicznie pokonała korytarz. Nałożyła mokre prześcieradło na głowę. Chwilę zawahała się, gdy już miała wejść do pokoju, ale kolejny krzyk dodał jej sił. Wyruszyła żarłocznym płomieniom na spotkanie.

Pomyślała, że nie uda jej się niczego nie zobaczyć, bo dym wściekle atakował. Płomienie szarpały przestrzeń dookoła. Wysoka temperatura coraz mocniej napierała na jej ciało.

– Halo! – zakrztusiła się połkniętym dymem. – Jest tam ktoś?! Halo!

Wpadła na krzesełko. Poczuła ból szarpiący nogę. Zdołała jednak złapać równowagę.

– Halo!

Nic. Tylko coraz większe płomienie pożerały pokój. Nic. Tylko myśl, że to już koniec. Nic.

Nagle znowu dopadł ją krzyk. Był jeszcze głośniejszy. Był bliski.

Zawróciła. Głos dobiegał gdzieś z tyłu. Nie, z boku!

Znowu krzesło. Jakaś szafka. Łóżko.

Krzyk był coraz bliższy. Nagle osłabł. Przycichł, jakby żywioł strawił całą nadzieję w krzyczącym. Pozostał tylko syk płomieni. Szyderczy. Prześmiewczy. Ostateczny.

Zobaczyła. Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego, co było przed nią. Chciało się jej płakać.

Na podłodze leżał skulony mały chłopiec. Nie mógł mieć więcej niż pięć lat. Dziecko tuliło misia. Już nie krzyczało. Zapadło w ciszę.

Michał pędził w kierunku pensjonatu, ile tylko miał sił w nogach. Potykał się przy tym co kilka kroków. Co pewien czas upadał. Szybko jednak zrywał się na rozchwiane nogi i gnał dalej. Był coraz bliżej budynku, a jednak wydawało mu się, że w ogóle się nie posuwa naprzód. Jakby jakaś złowroga siła pochwyciła go i trzymała w miejscu.

W końcu dotarł do najbliższego wozu strażackiego.

– Niech się pan cofnie! Natychmiast! – krzyknął jeden ze strażaków, rozwijając wąż.

Michał zrobił posłusznie kilka kroków do tyłu. Chciał coś zrobić. Chciał działać. Nie wiedział tylko, do czego może się przydać. Tymczasem wokół panowało coraz większe zamieszanie. Strażacy używali podnośnika, żeby dostać się do okna pokoju, gdzie rozpętało się piekło. Dookoła biegały przerażone osoby w piżamach i koszulach. Podjeżdżały karetki.

Przez myśl przeszło mu, żeby wbiec do budynku. Pognać na piętro. Coś zrobić. I wtedy sobie przypomniał.

– Rafałek! – wyszeptał przerażony, a zaraz potem łzy rozlały się po jego policzku.

Upadł na kolana, targany spazmatycznym szlochem.

Nagle w drzwiach pensjonatu pojawiła się Amelia. Przykopcona dymem i z wyraźnym obłędem w oczach człapała z wysiłkiem, dźwigając na rękach dziecko tulące misia.

Michał zerwał się z miejsca. Poczuł, że trzeźwieje. Podbiegł do dziewczyny.

– Synku! Skarbie! – drżącą dłonią gładził czoło dziecka. – Rafałek!

Zaraz potem pojawił się przy nich nie wiadomo skąd strażak i uwolnił mdlejące ręce Amelii od ciężaru dziecka. Potem podbiegł lekarz.

– Do karetki z nim! Szybko! – polecił.

Michał chciał pobiec za nimi, ale drogę zastąpiła mu Amelia.

– Ty pijany gnoju! – wycedziła wściekle przez zęby. – Jak mogłeś zostawić syna bez opieki! Ty… Co z ciebie za ojciec?!

Ostatnie słowa wypowiedziała, niemal już płacząc ze wściekłości.

Michał nie miał odwagi podnieść głowy. Patrzył pod nogi, krztusząc się złością. Złością na siebie. W końcu odnalazł w sobie resztki odwagi i uniósł wzrok. Chciał coś powiedzieć, ale słowa nie chciały złożyć się w żadne zdanie.

Spojrzał w oczy dziewczyny. Poczuł coś. Niespodziewanie targnął nim jakiś dreszcz. Zielone oczy Amelii pochwyciły go i wciągnęły.

Dziewczyna przestała łkać. Przyglądała się Michałowi z zaciekawieniem. Jakby zastygła w połowie oddechu i bała się roztrzaskać teraźniejszość najmniejszym ruchem.

– Proszę pani! – Jakiś głos wyrwał ich z zapatrzenia. – Czy dobrze słyszałem? Ktoś tu naraził dziecko na niebezpieczeństwo? – Policjant zbliżał się do nich szybkim krokiem. – Dzień dobry, starszy posterunkowy Adam Jabłonka. – Zasalutował. – To pani wyniosła dziecko z płomieni? Jak to było z tym zostawieniem dziecka bez opieki?

Nagle nie wiadomo skąd pojawił się przy nich starszy jegomość w płaszczu.

– Niech pan da spokój! – trudno stwierdzić, czy poprosił, czy rozkazał.

– A pan to kto? – zapytał policjant.

– Mateusz Wójcik, prawnik, właściciel pensjonatu i dziadek tamtego chłopca – wyjaśnił mężczyzna. – Niech pan da spokój z tym śledztwem teraz! Panie starszy aspirancie, proszę!

– Jestem starszym posterunkowym – poprawił go funkcjonariusz.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby został pan starszym aspirantem już wkrótce. – Pan Wójcik poklepał policjanta dobrotliwie po ramieniu.

Ten zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem.

– Bo będę musiał uznać to za utrudnianie śledztwa – oświadczył funkcjonariusz.

– Przecież widzi pan, że nie skończyli jeszcze gasić! – oburzył się pan Wójcik.

Starszy posterunkowy wyminął właściciela pensjonatu i podszedł do Amelii.

– To jak to było z tą opieką nad dzieckiem? – zapytał znowu.

Dziewczyna ponownie spojrzała na Michała. Wyglądała, jakby chciała go przewiercić wzrokiem na wylot.

Nagle zaklęła pod nosem, obróciła się na pięcie i poszła bez słowa w kierunki karetki.

– Halo, proszę pani! – krzyknął za nią policjant, a potem spojrzał podejrzliwie na Michała. – Czy pan jest w stanie wskazującym?

– Dość, panie posterunkowy czy aspirancie! – Pan Wójcik zasłonił Michała swoim ciałem. – Niech pan dzwoni do komendanta! Natychmiast! Bo jak nie, to sam zadzwonię pod jego prywatny numer!

Michał patrzył, jak Amelia odchodzi. Rosła w nim wściekłość. Jak ta smarkula mogła się tak do niego odezwać?

– Proszę pani, jeszcze nie skończyliśmy! – krzyknął policjant w stronę Amelii.

Pan Wójcik westchnął i wyjął smartfon.

Rozdział 1

Rafał patrzył przez chwilę, jak woda umyka z kranu, z dużym impetem uderza o ścianki umywalki, rozbryzguje się, aby po chwili zostać pochłoniętą przez odpływ. Miał wrażenie, że jego życie również tak przecieka między minutami i godzinami, że ulatuje gdzieś na obrzeżach czasu. Miał wrażenie, że każdy jego oddech jest jakiś bezcelowy, a przynajmniej mało istotny. Czuł, że stracił coś już dawno temu, a teraz jakby go było coraz mniej w tej rzeczywistości zwanej życiem. Czy mógł jeszcze odzyskać radość bycia tu i teraz? Myślał, że uciekając ze Stanów Zjednoczonych, że unikając towarzystwa ojca, odnajdzie cząstkę siebie w Polsce. Dziadkowie byli cudowni, ale nie byli w stanie tchnąć w niego jakiegoś impulsu radości z życia. Postanowił zatem skupić się na najbliższym celu: właśnie w tym roku, właśnie w 2013, stanie się pełnoletni. Postanowił, że wyprawi taką osiemnastkę, że wszyscy ją zapamiętają na długo. Liczył, że te wspomnienia zniszczą inne obrazy z przeszłości, które go dręczyły nie tylko nocami, ale i coraz częściej zaczęły się pojawiać w dzień.

Wyciągnął dłonie i woda zaczęła spływać po jego palcach. Patrzył na to nieruchomo, jakby czekał, że woda oczyści nie tylko ręce, ale również umysł i duszę.

Nagle przez jego zamyślenie zaczął przebijać się jakiś hałas. Chwilę trwało, zanim zrozumiał, że nie jest sam w szkolnej łazience. Jakieś krzyki wymykały się zza drzwi, za którymi kryły się pisuary i kabiny WC. Coś tam się działo i Rafał wiedział, że nic dobrego.

Wytarł pospiesznie dłonie, przybrał obojętną minę i podszedł pod drzwi. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zrezygnować, wycofać się. Nie znalazł powodu, dla którego miałby to zrobić. Unikanie konfrontacji nie było w jego stylu. Co miał do stracenia? Dobre samopoczucie?

Pchnął drzwi i wszedł sprężystym krokiem. Widok, jaki ukazał się jego oczom, wcale go nie zaskoczył. Jeden wyrostek trzymał swoją ofiarę z głową tuż nad muszlą klozetową, usiłując zapewne wcisnąć ją tam jak najszybciej. Drugi wyrostek rechotał, stojąc obok szarpiących się uczniów. Nagle dostrzegł Rafała. Zamilkł.

– Dżakar! Hej, Dżakar! – krzyknął w końcu w stronę swojego kompana.

– Czego? – zirytował się tamten, walcząc z oporną ofiarą. – Masz error, to turlaj dropsa, Bezol!

– Dżakar, looknij!

Wyrostek przerwał dręczenie ofiary i się obejrzał. Na widok Rafała wyprostował się.

– Co jest, przygasie? – zapytał niepewnie.

– Potrzebuję tego kibla – oznajmił spokojnie Rafał.

– Bez trzody chlewnej, ziomale! – próbował załagodzić sytuację drugi z wyrostków.

Dżakar nie wypuszczał ofiary z rąk.

– Akurat tego kibla? – dopytywał się coraz bardziej zirytowany. – Wybierz sobie inny. Kumasz klimat?

Rafał nie tracił obojętnej miny. Ciągle tkwił nieruchomo na środku toalety.

– Nie chcę innego – oznajmił. – To mój ulubiony.

– Mi to tito! – palnął Dżakar i wrócił do dręczenia ofiary.

Rafał zrobił krok do przodu. Mały, ale jakże duży dla tej sytuacji. Bezol wyraźnie się przestraszył, bo szarpnął za rękaw Dżakara.

– Spadamy! – powiedział.

Jego kompan puścił ofiarę wyraźnie poirytowany i odepchnął Bezola. Bez cienia strachu ruszył w kierunku Rafała. Nie podszedł jednak blisko, ale zatrzymał się w bezpiecznej odległości.

– Masz lutę czy co? – zapytał przez zaciśnięte zęby. – Nie czaisz? Nie wtrącaj się, gdy rozmawia dwóch kulturalnych ludzi: ja i ten gamoń. – Wskazał na swoją ofiarę.

– Daj spokój, spadamy! – Bezol podszedł do Dżakara.

Tamten odepchnął lekko kompana.

– Zaraz! – wycedził i znowu spojrzał na Rafała. – Taki z ciebie twardziel? A ja słyszałem, że boisz się ognia jak ognia!

Nie wiadomo kiedy w rękach Dżakara znalazła się zapalniczka. Zapalił ją. Płomień wyskoczył na wolność i zasyczał złowrogo. Rafałem wstrząsnął dreszcz. Tymczasem Dżakar z szelmowskim uśmiechem zbliżał się do niego małymi krokami.

– Zobacz, jaki ogień! – szeptał. – Dla ciebie, kolo! Dla ciebie!

Rafał poczuł, że pot zaczyna oblepiać jego czoło. Palce drżały coraz bardziej. Zbliżający się płomień rósł dziwnie szybko, przybierał olbrzymi rozmiar. Tańczył złowrogo na powietrzu. Już wydawało się, że zaraz dopadnie Rafała, naznaczy go swoim dotykiem, gdy nagle drzwi łazienki otworzyły się z hukiem.

Eryk był dość dużej postury jak na licealistę. Być może dlatego nikogo się nie bał, za to wszyscy bali się jego. Teraz wtargnął do łazienki pewnym krokiem i wyrwał zapalniczkę z dłoni Dżakara. Potem, jak gdyby nigdy nic, chwycił go za bluzę jedną ręką, a drugą złapał za ramię Bezola. Pokręcił głową i pchnął ich w kierunku wyjścia.

– Wypad i żebym was tu więcej nie widział! – rzucił tylko na ich pożegnanie.

Wyrostki nie czekały na dalszą część przemowy Eryka. Potykając się, wypadły na korytarz.

– Wcale się ciebie nie boimy! – rzucił jeszcze na pożegnanie Bezol i na wszelki wypadek błyskawicznie uciekł.

Jednak Eryk już nie zwracał na nich uwagi. Spojrzał na ofiarę. Niski, chudy chłopak w mocno przekrzywionych okularach siedział obok muszli WC i łkał.

– Hej, geniusz! – rzucił do niego Eryk. – Przestań schizować i spadaj stąd. Tylko sobie matriksy popraw.

Chudy licealista spojrzał na nich i przetarł dłonią policzek. Zdjął uszkodzone okulary i ciężko podniósł się z podłogi. Bez słowa minął Eryka, a potem Rafała, ciągnąc po podłodze plecak. Tuż przed drzwiami zatrzymał się jednak. Odwrócił się.

– Dlaczego to zrobiliście? – zapytał z wyrzutem. – Przecież teraz oni mi nie darują. Zabiją mnie, a przynajmniej połamią mi ręce lub nogi. Dlaczego się wtrąciliście? Miałbym tylko mokre włosy od wody w toalecie, a teraz będę miał obitą twarz lub coś jeszcze gorszego mi się przytrafi.

Eryk spojrzał ze zdziwieniem na Rafała.

– Ale jazda! – mruknął. – Słyszałeś? To się nazywa wdzięczność. – Następnie podszedł do chłopaka w okularach. – Mózg ci się spalił z wysiłku? – zapytał wyraźnie rozbawiony. – Mam cię wypionować? Bujaj się stąd!

Chłopak chyba nieco się przestraszył, bo popędził co sił do drzwi.

– I powiedz tym śmierdzielom, że jesteś pod moją ochroną! – zawołał jeszcze za nim Eryk.

Podśmiewając się, spojrzał na Rafała. Ten ciągle był blady.

– Co jest, Rafi? – Eryk podszedł do przyjaciela i poklepał go po ramieniu. – Uderzymy do Maca, to humor ci się poprawi, stary!

Rafał czuł ciągle płomień. Wyraźnie go czuł.

Restauracja McDonald’s zawsze była zatłoczona o tej porze. Przychodzili tu wszyscy uczniowie z pobliskiego liceum. Stoliki zapełniały się błyskawicznie tuż po południowym dzwonku, gdy wiele osób kończyło lekcje. Ten dzień nie różnił się niczym od pozostałych. Nie było miejsca, żeby usiąść, a do tego przestrzeń restauracji wypełniał tłum stojących nastolatków. Jedni czekali w kolejce do kasy, inni byli na ostatniej prostej i oczekiwali na odebranie zamówienia. Jeszcze inni kręcili się bez celu, szukając jakiejś rozrywki towarzyskiej lub próbując poderwać obiekt westchnień.

– Na bank będzie fajnie! Looknij, jakie maniury tam, po lewej! – Eryk szturchnął Rafała i się zaśmiał.

Stali w wejściu do lokalu i się rozglądali. W końcu odezwał się Rafał:

– Spadajmy stąd, nie mam nastroju na ścisk.

– Żartujesz? – Eryk pokręcił głową. – Klara na ciebie czeka. Jak cię puszczę, to mi siora łeb rozbije, stary! – Spojrzał badawczo na przyjaciela. – Ale wiesz, że ona się w tobie podkochuje, co?

– Wiem – westchnął Rafał. – Cała szkoła to wie. Paplasz o tym na lewo i prawo.

Eryk już nie słuchał. Rozglądał się intensywnie. W końcu zaśmiał się głośno i pociągnął Rafała za rękę. Przebijali się z trudem przez tłum.

– Już myślałam, że się nie zjawicie – powitała ich z uśmiechem Klara.

Siedziała z koleżankami przy małym stoliku.

– Co jest? – dopytywał się Eryk.

Klara wzruszyła ramionami.

– Normalka – powiedziała. – Ero, będziesz tak stał jak drąg po viagrze? Głodna jestem, bujaj do kasy.

– A reszta? – Eryk spojrzał na koleżanki siostry i zamrugał zalotnie powiekami.

– Reszta jest milczeniem – wypaliła znienacka jedna z dziewczyn.

– A, miłośniczka Hamleta. – Eryk skłonił się przed nią teatralnie.

– Nie, miłośniczka spadochronów. – Dziewczyna uśmiechnęła się zalotnie. – Bo muszę spadać.

Pospiesznie zaczęła pakować swoje rzeczy ze stolika, a razem z nią przygotowywały się do wyjścia pozostałe koleżanki Klary. Patrzyli w milczeniu, jak odchodziły.

– Kocham ją! – westchnął Eryk. – Uwielbiam ją! Ale mnie kręci! No, kocham ją! Siora, jak ona ma na imię?

W odpowiedzi zobaczył środkowy palec Klary. Machnął ręką i poczłapał w kierunku kas. Dzielnie przebijał się przez tłum.

Rafał usiadł naprzeciwko Klary.

– Hej! – rzucił, unikając jej wzroku.

– Co jest, Rafi?

Wzruszył ramionami.

– A co ma być? – mruknął. – Normalka. Coś się we mnie kotłuje. Coś się buzuje tam, w środku.

Klara nachyliła się nad stolikiem.

– Może po prostu potrzebujesz kobiety. – Chwyciła go za rękę.

– Proszę cię, młoda! – Pokręcił głową i odsunął się poirytowany.

– Miałam na myśli miłość, głupku! – Kopnęła go pod stołem, ale niezbyt mocno. – Każdy potrzebuje mieć bliską osobę! Wbrew temu, co sądzi mój głupi braciszek, związek z kobietą to nie tylko majtki z uzdą i ciurlanie dropsa!

Rafał pokiwał głową.

– Wiesz – nachylił się w kierunku Klary – mam wrażenie, że czas przecieka mi przez palce, a ja stoję w miejscu. Pamiętam, jak niedawno zaczynałem liceum, a teraz już bliżej do końca niż początku.

– Wrócisz do USA? – spytała smutno.

Ta myśl przerażała go najbardziej. Znowu zostanie wciśnięty w ten pokraczny świat jego ojca. W tym świecie nie było prawdy. Było tylko „wczoraj”. „Dziś” było ułudą, a „jutro”… Jego ojciec nie miał już pojęcia, co znaczyło to słowo. I Rafał miał wrócić do tego świata już wkrótce. Dla licealistów matura była często etapem nowego, wspaniałego życia, na który oczekiwali z wytęsknieniem. Dla Rafała oznaczała ona powrót do życia w Stanach Zjednoczonych. Z jego punktu widzenia nie było to wcale wymarzone rozwiązanie.

Rafał nie pamiętał czasów, gdy ojciec zabrał go do Chicago. Miał wtedy pięć lub sześć lat. Tamten okres był całkowicie zamazany. To była jakaś wyrwa w jego pamięci. Nie potrafił jej naprawić albo nie chciał. Sam nie wiedział. Rok wcześniej zmarła jego mama. Słabo ją pamiętał. Czasami pojawiały się jakieś strzępki wspomnień, głos, słowa. Nie potrafił z tego utkać żadnego obrazu. Nie, żeby jej nie kochał. Wręcz przeciwnie, czuł brak. Na swój sposób. Nie był to jednak taki ból, jaki dotknął jego ojca. Teraz, po wielu latach, Rafał rozumiał coraz lepiej, że tamten ich wyjazd z Polski do Stanów Zjednoczonych to była po prostu ucieczka. To było szukanie miejsca, w którym można było zapomnieć, wymazać przeszłość, okiełznać ból. Uciekał przede wszystkim ojciec. Starał się ukryć przed demonami, które niszczyły go każdego dnia. Śmierć ukochanej żony była tragedią, z którą nie potrafił sobie w żaden sposób poradzić. A próbował wszystkiego. Rafał pamiętał to bardziej z opowieści niż z własnego doświadczenia. Były to głównie historie podsłuchane, bo nikt nie chciał się dzielić z dzieckiem takimi informacjami. Dziadkowie byli wspaniali i starali się uchronić wnuka przed traumatycznymi wspomnieniami. Woleli idealizować swojego syna, a jego ojca.

– W szkole już mówią, że miałeś przyjemność z Dżakarem i tym drugim fajtłapą. – Klara zmrużyła oczy.

Rafał wzruszył ramionami.

– Mam nadzieję, że przynajmniej ich mocno nastraszyłeś – zaśmiała się dziewczyna.

Strach? W szkolnej toalecie trudno o prawdziwy strach, jeśli nawet wielu uczniom przerażenie wydaje się realne i ogromne. Co oni mogli wiedzieć o strachu? Na przykład o takim, gdy płomienie zaglądają ci w oczy. Gdy domagają się ofiary. Gdy żądają zadośćuczynienia życiem. Gdy stajesz wobec nich bezradny. Rafał doskonale znał taki strach. To było najsilniejsze i najbardziej realne wspomnienie, jakie miał z dzieciństwa. Ono często brutalnie wyrywało go ze snu. Po takim ataku koszmaru zawsze czuł obawę przed ponownym zaśnięciem. Leżał wtedy nieruchomo i odliczał godziny do rana. Niemal słyszał wlokące się minuty i człapiące niemiłosiernie wolno sekundy. Na szczęście nie zawsze tak było. Gdy był młodszy, często w snach pojawiała się dziwna dziewczyna z zielonymi oczyma. Nic nie mówiła. Milczała. I przytulała go. Mocno. A Rafał tęsknił do tego dotyku. Z upływem lat tajemnicza postać pojawiała się coraz rzadziej. Z czasem zaczął się zastanawiać, czy to nie była jakaś projekcja jego pragnień. Być może właścicielka tamtych zielonych oczu była emanacją czegoś, co Rafał stracił. Chyba już nigdy się tego nie dowie. Próbował pytać o nią ojca. Bez powodzenia.

– Nie wiem, o kim mówisz – twierdził.

Rafał nie wierzył. Przecież tę twarz musiał kiedyś zobaczyć. Jeśli nie, dlaczego miałby wyobrażać sobie taką, a nie inną kobietę?

– To urojenia – twierdził ojciec. – Mózg płata nam czasami figle. Często pokazuje to, czego nie ma, a co chcielibyśmy zobaczyć. Wiem o tym doskonale, wierz mi!

Rafał wierzył. W końcu rozpacz ojca po stracie żony była tak wielka, że musiał ją dostrzegać nawet na jawie. Szczególnie po alkoholu.

Próbował pytać o tajemniczą dziewczynę dziadków w Polsce. To również było bezowocne. Jednak tym razem Rafał czuł, że dziadek z babcią coś ukrywają. O ile dziadek, jako emerytowany adwokat, był mistrzem naginania prawdy i budowania jej różnych odcieni, o tyle babcia nie potrafiła w ogóle kłamać.

– Nie wiem, dziecko, o kim mówisz – twierdziła.

Jednocześnie odwracała wzrok i nerwowo skubała palce. Pociła się. Wręcz podręcznikowe oznaki mówienia kłamstwa.

– To jakiś wymysł – dodawał dziadek.

Szybko zmieniali temat. W tym byli mistrzami. Zbyt szybko. To już samo w sobie było podejrzane. W rezultacie Rafał był pewny, że nie mówią mu wszystkiego. Mało tego, utwierdzał się w przekonaniu, że dziewczyna z zielonymi oczyma naprawdę istnieje.

– Też bym chciała pojechać do USA – oznajmiła z wyraźnym rozmarzeniem Klara, podpierając głowę rękoma. – Zaprosisz mnie do siebie? W odwiedziny?

– Jasne! – rzucił od niechcenia Rafał.

– Pewnie mówisz tak wszystkim laskom.

– Jasne!

Trąciła go ze złością w ramię.

– Dupek! – rzuciła.

Rafał westchnął. Chciał położyć rękę na dłoni dziewczyny, ale w ostatniej chwili zrezygnował.

– To nie takie proste – westchnął, spoglądając w okno.

– Co nie jest proste? – dopytywała Klara. – Wiesz, ile osób ci zazdrości, że wrócisz po maturze do Stanów? To ciągle ziemia obiecana.

Dla Rafała to była ziemia przeklęta. Zawsze czuł się tam obco. Nie, to nie była kwestia języka. Dość szybko nauczył się American-English. Nie miał wyjścia. W Chicago obowiązek szkolny dotyczy już sześciolatków. Nie ma znaczenia, czy twój stary ma zieloną kartę, czy jest tam nielegalnie. Masz zgłosić się do szkoły, i tyle. Z ojcem Rafała było o tyle łatwo, że miał amerykańskie obywatelstwo. Urodził się w Stanach. To był okres, gdy dziadkowie Rafała zamierzali zostać w USA na stałe. Gdy jednak nadszedł 1989 rok i zmienił się ustrój Polski, zatęsknili za krajem. Sprzedali wszystko, co mieli w Chicago, i wrócili do Kołobrzegu. Dziadek nie musiał już wysługiwać się komunistom, więc kontynuował praktykę adwokacką, a babcia zajęła się prowadzeniem pensjonatu nad morzem. Miało być tak pięknie. Było. Do czasu.

Potem losy ojca Rafała zatoczyły koło – Michał Wójcik wrócił do Stanów Zjednoczonych. Może nawet nie tyle wrócił, ile tam uciekł, zabierając ze sobą syna. Dla Rafała miejsce to nie było ziemią obiecaną. Stało się więzieniem. Pustką. Nie rozumiał tego wszystkiego. Czuł się obco w tamtym świecie. Szukał oparcia w ojcu, szukał jego ochrony. Jednak ten nie miał czasu się nim zająć. Rzucił się w wir biznesu. To był jego sposób, żeby zapomnieć o tym wszystkim, co było, co się zdarzyło w odległej Polsce. Tym sposobem Rafał został zdany na łaskę nianiek i musiał nauczyć się radzić sobie samemu.

– To nie takie proste – powtórzył.

Klara pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Wiesz – przysunęła się bliżej – zawsze chciałam cię zapytać. Dlaczego stamtąd uciekasz? Przecież żyć w Stanach to megasprawa! Do tego z twoim talentem możesz osiągnąć wszystko.

Tak, nauka szła Rafałowi bardzo łatwo. Można nawet powiedzieć, że zdobywanie wiedzy zastąpiło mu po prostu życie. O ile jego ojciec uciekał w pracę, żeby nie myśleć o zmarłej żonie i przeszłości (po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych porzucił na szczęście alkohol), o tyle Rafał uciekał w naukę. Obaj mieli swój świat zastępczy. I obaj radzili sobie w nim wręcz idealnie. Ojciec rozwijał biznes, a Rafał błyskawicznie rozwijał swoje umiejętności. Zakwalifikował się nawet do Gifted Program, czyli do programu dla dzieci szczególnie uzdolnionych. W testach stanowych był najlepszy. A jednak czuł się przez cały czas obcy, jakby nie był we właściwym miejscu. Nie, to nie była kwestia życia na emigracji. Chicago to miasto wielokulturowe. Mieszkają tam ludzie z różnych stron świata. Niektórzy nawet nie mówią po angielsku, a doskonale odnajdują się w Stanach Zjednoczonych. Rafał był po prostu coraz bardziej przekonany, że to nie miejsce dla niego. W końcu coś w nim pękło. Któregoś dnia, na początku szkoły średniej, gdy rozległ się dzwonek i wszyscy pędzili na pierwszą lekcję, on stał na korytarzu potrącany przez biegających uczniów. Nie ruszył się z miejsca. Jego myśli kłębiły się coraz bardziej i bardziej, wpadły w szaleńczy wir. Otaczająca go rzeczywistość stała się zupełnie nierealna, fałszywa, a nawet zbędna. W tej sytuacji zrobił to, co mógł najlepszego – opuścił budynek szkoły wyjściem awaryjnym. To były jego pierwsze w życiu wagary. Potem były następne i następne, i następne. A w Stanach jedna godzina wagarów to pół dnia nieusprawiedliwionej nieobecności. Wystarczy opuścić bez usprawiedliwienia osiemnaście razy jakiś przedmiot w semestrze i już się go nie zalicza. Nieważne, czy ma się z niego same najlepsze oceny. Tyle że Rafała już to nie obchodziło. Zamiast siedzieć w szkole, snuł się całymi dniami ulicami Chicago. Chodził bez celu. Czasami nawet nie miał pojęcia, gdzie się znalazł. Raz nawet trafił do najgorszej dzielnicy miasta, czyli do Fuller Park. To ponure miejsce o najwyższej przestępczości w mieście. Szedł chodnikiem, a z każdej strony rzucała się w oczy potworna bieda. Tu i ówdzie przesiadywały grupy wyrostków o aparycji bandziorów z wieloletnim wyrokiem. W pewnej chwili Rafał nawet był pewny, że nie wyjdzie stamtąd cało. Czekał tylko na to, aż ktoś zastąpi mu drogę i wciśnie mu lufę pistoletu pod żebro. Tak, to było nieuniknione. Najwyraźniej jednak Rafał wyglądał na tak zrezygnowanego, że żaden bandzior nie odważył się go zaczepić. Tym oto sposobem wyprawa do Fuller Park okazała się dla niego spokojnym wypadem w słoneczne przedpołudnie.

Oczywiście trudno było oczekiwać, że Rafał będzie mógł wędrować ulicami Chicago bez żadnych konsekwencji bez końca. Dość szybko dyrektor szkoły skontaktował się z jego ojcem. Długo rozmawiali w gabinecie, gdy w tym czasie chłopak czekał na korytarzu. Wiedział doskonale, że tuż obok ważą się jego losy. Nie obchodziło go to zupełnie. Mrużył oczy, przyglądając się migającej lampie i starał się wypędzić z umysłu wszelkie myśli, uczucia. Szukał w sobie idealnej nicości, w której mógłby trwać bez poczucia winy, bez poczucia bezsilności, bez niczego.

Wtedy z gabinetu dyrektora wyszedł ojciec.

– Czego chcesz? – zapytał niespodziewanie.

– Wrócić do Polski! – wypalił bez zastanowienia Rafał.

Ojciec przyglądał mu się przez chwilę bez słowa. Potem odkręcił się na pięcie i ruszył pospiesznym krokiem w kierunku wyjścia. Rafał poczłapał za nim. Wydawało się, że temat został zakończony. Wkrótce jednak okazało się, że nie.

Któregoś wieczoru chłopak usłyszał pukanie do drzwi swojego pokoju. Nie miał ochoty z nikim rozmawiać. Zacisnął tylko zęby, żeby zignorować intruza swoim milczeniem. Miał nadzieję, że ojciec odpuści.

Nie odpuścił. Pukanie rozległo się ponownie. Drzwi cicho skrzypnęły.

Rafał żałował, że nie zdążył założyć na uszy słuchawek. Mógłby udawać, że niczego nie słyszy. Teraz pozostało mu tylko zamknąć oczy i udawać, że śpi.

– Wiem, że nie śpisz – usłyszał głos ojca.

Nie było sensu dalej udawać. Otworzył oczy. Nie ruszył się jednak z łóżka.

– Więc chcesz wrócić do Polski – powiedział ojciec i trudno było się zorientować, czy mówi do syna, czy do siebie samego. – Dlaczego? – Spojrzał nagle badawczo.

– Bo to nie moje miejsce – wypalił bez zastanowienia chłopak.

Ojciec wydawał się zaskoczony.

– Dlaczego tak sądzisz? – zapytał po chwili milczenia.

– Ja to po prostu wiem!

Nie miał pojęcia, jak to wytłumaczyć. Po prostu czuł, że Chicago, że Stany Zjednoczone to nie miejsce dla niego. Był tam już od lat, zdążył zmienić się z dziecka w nastolatka, a nie czuł żadnego przywiązania. Jak miał to wytłumaczyć? Być może jest tak, iż czuje się, że przebywa się w miejscu, które jest nieodpowiednie, które nie jest naszym miejscem?

– Jak chcesz – rzucił ojciec na odchodne.

Tamtego wieczoru Rafał jeszcze nie wiedział, co to może oznaczać. Nie miał pojęcia, czy to zgoda, czy pogarda.

– Więc? – dopytywała się Klara. – Dlaczego uciekłeś ze Stanów?

Rafał wzruszył ramionami.

– Musiałem – mruknął. – Po prostu.

– Bo tam wcale nie jest tak mega, jak mi się wydaje? – drążyła temat dziewczyna.

– Coś w tym stylu. – Rafała zaczynała męczyć ta rozmowa.

Klara to zauważyła. Odpuściła. Odchyliła się i oparła plecy na krześle. Wiedziała, że musi dać mu odetchnąć. Znała go dużo lepiej, niż on znał sam siebie. Znała go właściwie od dziecka. Zawsze był w jej życiu, ponieważ ich rodzice byli przyjaciółmi i często się spotykali. Siłą rzeczy dzieciaki również spędzały ze sobą mnóstwo czasu. A więzi, które powstają w wieku dziecięcym, są najsilniejsze. Potrafią często przetrwać burzę życia dorosłego.

Klara doskonale pamiętała, jak we trójkę wymyślali różne głupie zabawy: ona, Eryk i Rafał. Mieszkali niedaleko od siebie, więc widzieli się niemal każdego dnia. Dorośli nazywali ich nawet nieco żartobliwie trójką muszkieterów. Coś w tym rzeczywiście było. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Dla nich to nie były wcale puste słowa. Mieli swój świat i swoje wartości. Zawsze byli wobec siebie szczerzy, a z wiekiem staje się to przecież coraz trudniejsze.

Aż przyszedł tamten potworny dzień, gdy mama Rafała umarła. Ciocia. Tak Klara i Eryk ją nazywali. Dla nich była częścią rodziny. Tak to wtedy widzieli. Coś się wtedy skończyło. Coś pękło. Ojciec Rafała zaszył się w jakimś kokonie samotności, uciekł od świata, odgrodził się od ludzi. Przestał przychodzić do rodziców Klary i Eryka. Zniknął. Potem nagle zabrał Rafała i wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Klara nie mogła długo tego zrozumieć. Przecież z trójki muszkieterów nie mogła pozostać dwójka.

Po kilku latach Rafał znowu się pojawił. Zaczął często odwiedzać dziadków w Polsce. Bywał u nich nawet kilka razy w roku. Gdy przyjeżdżał, zawsze był przygaszony. Dopiero po kilku dniach odzyskiwał radość życia, zaczynał się uśmiechać. Za to, gdy wyjeżdżał, znowu otulała go dziwna rozpacz. Jakby nie chciał wracać do ojca.

W końcu po latach takich krótkich wizyt okazało się, że Rafał wraca do Polski na dłużej. Mało tego, miał chodzić do jednej klasy z Erykiem. Klara była o rok młodsza, więc była w niższej klasie. To jednak nieważne! Znowu mogli stać się trójką muszkieterów!

Nie, nie mogli. Nie bez powodu jeden gość u starożytnych Greków mawiał, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Niby między przyjaciółmi było tak samo jak przed laty, ale w rzeczywistości tamte czasy już nie mogły wrócić. Było inaczej. Bo zawsze jest inaczej. Każde spotkanie z człowiekiem, szczególnie po latach, jest już inne. Zupełnie inne. Klara nawet nie wiedziała, kiedy zaczęła postrzegać Rafała nieco inaczej niż w dzieciństwie. Wyzwalał w niej jakieś dreszcze. Traciła przy nim rozum. A gdy go nie było w pobliżu, przyłapywała się na tym, że ciągle o nim myśli. Pewnego dnia zrozumiała, że przyjaźń zaczęła się zmieniać w miłość. Klara chciała to opanować, ukryć. Nie potrafiła. Jej wścibski braciszek przejrzał ją na wylot. Miał z tego duży ubaw. W końcu wszystko wypaplał Rafałowi. Sama nie wiedziała, czy zrobił to ze złośliwości, czy z litości, bo chciał jej pomóc. W każdym razie Klara zrobiła Erykowi ogromną awanturę. W duchu jednak była mu wdzięczna. Sama chyba nie potrafiłaby wyznać chłopakowi, co do niego czuje. Teraz przynajmniej wszystko było jasne. Problem polegał na tym, że Rafał w ogóle nie zmienił wobec niej nastawienia i zachowania. Wydawało się, że nadal ją traktuje jak przyjaciółkę. W końcu zaczęła się zastanawiać, czy rzeczywiście zrozumiał to, co Eryk mu wyjawił. Zrobił to co prawda w formie wygłupu, ale przekaz był jasny. Tymczasem Rafał jakby nie zwrócił na to uwagi. Najwyraźniej nadal traktował ją jak kumpelę. Nie chciała jednak naciskać. Dobrze wiedziała, że w przypadku Rafała to nie zda egzaminu. Musiała liczyć na jego intuicję. Facet i intuicja? Serio? Tak naprawdę Klara nie miała pojęcia, co robić. Być może teraz nadeszła ta chwila, żeby działać.

Znowu nachyliła się w kierunku Rafała.

– Może powinieneś wyrzucić z siebie to, co cię gryzie – zaryzykowała, mówiąc mu to.

Od razu się przestraszyła, że może nacisnęła zbyt mocno. Przez chwilę czekała w napięciu na jego reakcję. Nic. Jakby nie usłyszał jej słów. Jakby był nieobecny.

– Rafał!

Drgnął.

– Co powiedziałaś? – zainteresował się nagle.

Klara wzruszyła ramionami.

– Nic ważnego – rzuciła.

– Wiesz – teraz to on nachylił się w jej kierunku – nie mam w Stanach przyjaciół – wyznał nieoczekiwanie.

– Przecież nie dlatego stamtąd uciekłeś.

– Każdy powód jest dobry.

Chłopak westchnął. Klara nie miała pojęcia, ile kosztował go wyjazd z Chicago do polskiego liceum. To wymagało ogromnej determinacji i wielkiego samozaparcia. Wszystko dlatego, że ojciec Rafała nie odpuszczał tak łatwo. Był twardym przeciwnikiem. A w sprawie wyjazdu do Polski stali po dwóch stronach barykady. Każdy z nich czekał na błąd przeciwnika. Pierwszy do natarcia przystąpił ojciec.

– Zgodzę się na twój wyjazd do Polski – oznajmił niewinnie któregoś ranka przy śniadaniu.

Rafał wyczuł od razu podstęp. Opanował emocje i czekał na dalsze słowa. Te nastąpiły dość szybko:

– Zgodzę się pod dwoma warunkami.

Dwa. I tak nieźle. Rafał obstawiał, że warunków będzie kilkanaście. Co najmniej.

Ojciec skupił się na smarowaniu tostu masłem. Robił to bardzo powoli, dokładnie, pedantycznie. Zdawał się celebrować tę czynność, jakby nadawał jej wręcz religijne znaczenie. Oczywiście wszystko po to, żeby zmusić Rafała do czekania. Dawał mu nauczkę. Pokazywał, kto rządzi w tym domu. Chłopak doskonale to rozumiał. Otulił się cierpliwością, pozornie skupiając się na grzebaniu łyżką w misce z mlekiem i płatkami kukurydzianymi.

W końcu ojciec odłożył tost. Spojrzał na syna.

– Po pierwsze – zaczął – wyjedziesz tylko wtedy, gdy zakończysz ten rok jako najlepszy w klasie. Jeśli naprawdę zależy ci na wyjeździe, nauka nie powinna być problemem. Udowodnisz mi, że jesteś pilnym i odpowiedzialnym młodym człowiekiem. Tylko wtedy pozwolę ci kontynuować naukę w polskiej szkole.

– A po drugie?

Ojciec odsunął talerz z tostem.

– Drugi warunek jest taki, że po zdaniu matury międzynarodowej w Polsce wrócisz na studia do Stanów – wyjaśnił i dodał pospiesznie: – Żaden z tych dwóch warunków nie podlega negocjacji. Zgadzasz się?

Rafał wstał bez słowa od stołu. Zawiesił szkolny plecak na ramieniu i ruszył w kierunku drzwi.

– Zgadzasz się? – dopadł go szorstki głos ojca, gdy był już jedną nogą za progiem domu.

– Spieszę się – rzucił. – Nie mogę się spóźnić do szkoły, jeśli mam być najlepszy w klasie.

Potem zatrzasnął za sobą drzwi. Kilka miesięcy później pakował walizki. W kieszeni miał bilet do Polski.

Niespodziewanie Rafał przykrył dłonią rękę Klary trzymaną na stoliku. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Zawahał się. Uśmiechem próbowała dodać mu odwagi.

– Ale paszczur obsługuje na kasie! – Nagle pojawił się Eryk.

Rechocząc, położył tacę z jedzeniem na stoliku.

– Żarełko dla supergości! – oznajmił triumfalnie.

– Jakoś straciłem ochotę. – Rafał chwycił plecak i wstał. – Spadam!

Eryk odprowadził go zdziwionym wzrokiem.

– Debilu, zawsze się pojawiasz, gdy nie trzeba! – zezłościła się Klara.

Eryk wzruszył ramionami.

– Ale co ja zrobiłem? – zapytał.

Krople deszczu spływały pospiesznie po szybie. Jedna. Dwie. Kolejna i następna. Rafał przyglądał im się w dziwnym zaciekawieniu. Lubił zwracać uwagę na detale. Czym był świat dla tych kilku pospiesznie spływających kropel deszczu? Czym było ich istnienie? Mgnieniem? Chwilą? Przypadkiem? Być może to właśnie bywanie na moment na tym świecie łączyło wszystkie obiekty ożywione i nieożywione. To chwilowe spłynięcie było dla takiej kropli wszystkim, było po prostu jej życiem. Czyż każdy człowiek nie prześlizgiwał się przez krótki czas po tym świecie, pędząc ku swojemu końcu szybciej, niż chciałby? Tak jak mama Rafała. Była na chwilę. I ta chwila potrafiła stworzyć taką potworną pustkę. Nicość. Niebycie. Niektórzy sądzili, że szczęściem Rafała było, że jego matka odeszła, gdy był mały. Niewiele pamiętał, zatem ból był mniejszy. Bzdura! Bywały chwile, że strasznie mu jej brakowało. Potwornie! Nie miało żadnego znaczenia, że słabo ją pamiętał, że znał jej twarz bardziej ze zdjęć niż ze wspomnień. I tak czuł pustkę!

Krople już spłynęły po szybie okna autobusu. Pojawiły się kolejne. Wcześniejsze zniknęły w przeszłości. Ludzie też tak znikali. Rozpływali się jak krople.

Autobus zatrzymał się na przystanku. Wypluł z siebie mały tłum ludzi, żeby chwilę później zacząć połykać nowych. Nagle do Rafała dotarło, że to jego przystanek. Jeśli nie wysiądzie, spóźni się do szkoły.

Zerwał się z miejsca i zaczął z trudem przeciskać się do wyjścia. Tam czekała na niego tama w postaci już wsiadających osób. Natarł na nich zdecydowanie. Ignorując rzucane tu i ówdzie przekleństwa niezadowolonych pasażerów, przedarł się w końcu na chodnik. Zdążył w ostatniej chwili, bo drzwi właśnie się zamknęły i autobus ruszył, umykając z przystanku.

Rafał odetchnął i wyjął słuchawki z uszu. Odwrócił się, bo usłyszał jakiś dźwięk. Kątem oka zdążył zarejestrować tylko jakiś ruch. Trzask. Ból. Zorientował się, że traci równowagę i pada na plecy. Znowu ból. Tym razem rozlewający się od kręgosłupa. I zdziwienie. Takie samo jak wtedy, gdy jako mały brzdąc nakrył ojca z Magdą. Coś go obudziło tamtego wieczoru. To były jakieś dziwne dźwięki. W tamtym wieku Rafał nigdy jeszcze nie słyszał takich odgłosów. Nie miał pojęcia, co może je wydawać. Był jednak bardziej zaciekawiony niż przestraszony. Ściskając ukochanego misia, który był z nim od zawsze, zsunął się z łóżka i uchylił drzwi od swojego pokoju. Znalazł się na korytarzu. Dziwne odgłosy dochodziły wyraźnie z pokoju ojca. Rafał ścisnął mocniej misia i ruszył w ciemność. Czy się nie bał? Oczywiście, że tak! Był przerażony. Jednak ciekawość kazała mu iść naprzód. W końcu przecież każde dziecko jest odkrywcą!

Dotarł do pokoju ojca. Drzwi były zamknięte, ale wyraźnie z wnętrza pokoju wymykały się te dziwaczne odgłosy. Jakieś jęki, charczenie, szepty. Rafał był pewny, że człowiek nie może tak hałasować. To musiał być jakiś potwór, który dopadł jego ojca i teraz zapewne się nad nim pastwił. W tamtej chwili chłopak był pewny, że z pomocą misia może stawić czoła napastnikowi i uratuje ojca. Nie wiedząc dokładnie, co dzieje się za drzwiami, dzieciak uchylił je lekko. Zdołał jedynie dostrzec panią Magdę odartą z ubrania, przy której leżał jego ojciec. Nie zdążył jednak przyjrzeć się dokładniej sytuacji, ponieważ nagle zakręciło go w nosie. Chwilę później kichnął tak głośno, jak jeszcze nigdy w życiu mu się to nie zdarzyło. Teraz na wspomnienie tamtego zdarzenia Rafał nie mógł opanować śmiechu. Jednak wtedy nie było tak wesoło. Ojciec dopadł drzwi i zatrzasnął je z hukiem. Potem Rafał miał przez tydzień karę za swoje wścibstwo. Nauczył się jednak, że ludzie również mogą wydawać dziwaczne odgłosy, szczególnie gdy zostaną odarci z ubrania. Dziwiło go tylko, że pani Magda nie pokazywała się w ich domu przez cały kolejny tydzień. W końcu jednak wróciła, a Rafał wcale nie cieszył się z tego. Kim była owa kobieta? Pracowała jako sekretarka w firmie ojca. To nie było nic dużego. Takie tam przedsiębiorstwo budowlane. Trzeba jednak przyznać, że rozwijało się szybko. Najwyraźniej znajomość pani Magdy z ojcem Rafała również szybko się rozwijała. Po krótkim okresie nieobecności spowodowanej tamtym niefortunnym wydarzeniem nocnym sekretarka znowu zaczęła bywać w ich domu. Czasami Rafał znowu słyszał tamte dziwne odgłosy. Starał się jednak o nich nie myśleć. Dopiero gdy podrósł, zrozumiał, co go budziło po nocach. Starał się jednak nie skupiać nad tym. Był jednak zdania, że jego ojciec powinien mieć lepszy gust, jeśli chodzi o kobiety. Nie, Magda nie była brzydka. Można nawet powiedzieć, że była bardzo ładna. Niestety, była strasznie nudna i po prostu pusta. Jakby pozostało po niej tylko opakowanie, a całe bogactwo wnętrza wyparowało. W rezultacie nawet kilkuminutowa rozmowa z tą kobietą była dla Rafała ogromnym wyzwaniem. Zresztą trudno nazwać to rozmową. To zazwyczaj był rodzaj monologu prowadzonego przez panią Magdę.

Co ciekawe, chociaż tych dwoje spotykało się latami, nigdy razem nie zamieszkali. Awantury o to wybuchały regularnie.

– Jesteś pewny, że mnie kochasz?! – dopytywała się obrażona Magda.

– Oczywiście, żabciu – odpowiadał jej od niechcenia ojciec, sprawdzając w międzyczasie jakieś informacje w smartfonie.

– Dlaczego zatem nie zamieszkamy razem? – kontynuowała natarcie sekretarka.

Ojciec zdawał się nigdy nie być zbity z tropu.

– Ależ kochanie – nie przestawał szukać czegoś w smartfonie – to poważna decyzja. Nie można się z nią spieszyć.

– Spieszyć?! – Wtedy Magda wpadała w furię. – Jesteśmy razem już wiele lat, a ty chcesz czekać?!

Słysząc takie awantury, Rafał nigdy nie schodził na śniadanie. Wolał udawać, że zaspał, i biec do szkoły bez posiłku. Czasami po prostu wymykał się tylnym wyjściem. Te awantury były chyba częścią ich związku. To był jakiś rytuał, po którym następowało oczyszczenie. Może w ten sposób cementował się ich związek? Chociaż kłócili się o wspólne mieszkanie i o milion innych, zupełnie nieistotnych spraw, najwyraźniej im to nie przeszkadzało być razem. Czy była tam miłość? Jeśli tak, to była dziwna miłość. Być może każda jest dziwna na swój sposób i ludzie obserwujący ją z zewnątrz nie potrafią jej zrozumieć. Rafał jednak podejrzewał, że w przypadku ojca nie można było mówić o miłości do Magdy. To było jakieś przyzwyczajenie. Może po prostu przerażało go bycie razem. A Magda? Być może nie wystarczało jej bycie zwyczajną sekretarką. Lepiej odnajdywała się w roli kochanki szefa. Dzięki temu mogła wydawać polecenia innym pracownikom w firmie, chociaż nie zajmowała żadnego wysokiego stanowiska. Wszyscy jednak wiedzieli, z kim sypia, i to wystarczyło, żeby zyskiwała posłuch. Rafał jej nie cierpiał. Zwyczajnie, szczerze i z całego serca. Starał się jednak tego nie okazywać. Raz tylko pokłócił się o nią z ojcem.

– Nie stać cię na lepszą kobietę? – wypalił w amoku prosto w twarz swojego staruszka.

Ojciec już otwierał usta, żeby wygarnąć synowi arogancję, żeby wywlec jego bezduszność, żeby pokazać jego egoizm. Jednak w końcu nie wybrzmiało żadne słowo. Ich kłótnię otuliła cisza. Tak po prostu. Zamiast wymieniać dalej ostre tyrady z Rafałem, ojciec pokiwał tylko w milczeniu głową i wyszedł. Długo go nie było. Jednak Rafał nauczył się radzić sobie samemu. Nauczył się tego już dawno temu. Nie bał się już niczego. No prawie niczego.

Ból ogarnął całe plecy. Leżąc na tym chodniku, Rafał nie mógł się ruszyć. Do tego krew z nosa rozlewała się po jego policzku.

– I co, gnojku?! – usłyszał, a potem pochyliła się nad nim twarz Dżakara. – Myślisz, łajzo, że można ze mną zadzierać?!

– Właśnie tak myślę – wysapał Rafał.

– Ożeż ty! – warknął Dżakar.

Przydusił pierś Rafała kolanem. Uniósł pięść do kolejnego ciosu. Zaraz uderzy! Już! Nie zdążył.

Jakaś dłoń uwięziła jego pięść w stalowym uścisku.

– Spokojnie, łajzo! – Rafał usłyszał głos Eryka.

Potem przyjaciel odciągnął jedną ręką Dżakara niczym piórko. Trzeba było przyznać, że Eryk był naprawdę silny. Wyglądało na to, że z chłopaka niewiele zostanie, bo przyjaciel Rafała już szykował się do ostatecznego ciosu. Czegóż jednak nie robi się w strachu? Dżakar w desperacji wyrwał się w ostatniej chwili i pognał w kierunku szkoły, potykając się przy tym kilka razy.

– To gnojek! – Eryk splunął w kierunku umykającego chuligana. – Nie czaję, dlaczego ten palant się tak przyczepił. – Pochylił się nad obolałym przyjacielem. – Hejo, stary. Jesteś cały?

Rafał pokiwał głową.

– Spadamy, bo pały tu zaraz będą! – Eryk pociągnął przyjaciela za rękę, pomagając mu wstać z chodnika.

Rafał ciągle czuł spływającą z nosa krew.