Ofiary systemu. Sprawa Tomasza Komendy - Ivo Vuco - ebook
Opis

Kto stał się ofiarą systemu, a komu ten system udało się przechytrzyć? Sprawa Tomasza Komendy wstrząsnęła opinią publiczną i doprowadziła do wszczęcia kolejnych śledztw. Ivo Vuco przeczytał setki stron akt sądowych, spotkał się z wieloma ludźmi, rozmawiał z prokuratorami, adwokatami, policjantami, gangsterami i więźniami. Ustalił, że w sprawie morderstwa sprzed lat nic nie jest takie, jakie się wydaje, a winni śmierci Małgorzaty K. najprawdopodobniej wciąż są na wolności.

Wstrząsająca historia jednego morderstwa i dwóch dekad śledztwa. Autor analizuje błędy, ujawnia kłamstwa i matactwa. Dochodzi do wniosku, że mnóstwo z pozoru nieistotnych szczegółów, na które nikt nie zwrócił uwagi, mogą zmienić bieg historii sprawy miłoszyckiej. Ta książka to obraz śledztwa i dziwnych, niewyjaśnionych kwestii. To obraz upadku moralności, sprawiedliwości i honoru. I w końcu – obraz bezsilności i walki z wiatrakami.

"Wiwisekcja śledztwa dokonana przez Ivo Vuco, to precyzyjna i mistrzowska robota. Porównuje zeznania z akt sprawy z relacjami, które uzyskał rozmawiając z ludźmi. Wyciąga wnioski i buduje napięcie. Stawia pytania policjantom i prokuratorom. Dociska i nie ustępuje, kiedy próbują go zbywać.

Ta książka rozpędza się powoli. Najpierw przygniata ilością osób i ich tajemnic, potem nabiera tempa, wciąga i zasysa czytelnika. Nie pozwala być obojętnym. Tropimy wraz z autorem zabójcę (zabójców?). Emocjonujemy się i zauważamy, że to nie jest zwykła lektura pozostawiająca czytelnika z boku, jako obserwatora, ale sprawa niemalże osobista każdego z nas."

Ze wstępu Piotra Pytlakowskiego

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zapraszamy na www.publicat.pl
Projekt okładkiwww.designpartners.pl
Ilustracje na okładce© vukam/depositphotos.com
Koordynacja projektuPATRYK MŁYNEK
RedakcjaELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK
KorektaMARIA SOŁTYS
SkładLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Polish edition © Publicat S.A., Ivo Vuco MMXIX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved
ISBN 978-83-245-8374-4
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

Wstęp

O sprawie Tomasza Komendy słyszało prawie dziewięćdziesiąt procent Polaków – że został niesłusznie skazany na dwadzieścia pięć lat więzienia i po osiemnastu latach pobytu w kryminale oczyszczony z zarzutów i uwolniony. Ale to nie była w gruncie rzeczy sprawa Komendy, lecz historia gwałtu i zabójstwa piętnastoletniej dziewczyny. Wiedza o szczegółach tego dramatu już nie jest tak powszechna. Zbrodni dokonano w noc sylwestrową z trzydziestego pierwszego grudnia 1996 roku na pierwszego stycznia 1997 roku w dolnośląskiej miejscowości Miłoszyce. Z dzisiejszej perspektywy to zamierzchłe czasy.

W 2018 roku Sąd Najwyższy całkowicie uniewinnił Tomasza Komendę. Za lata spędzone za kratami, za utracone tam zdrowie, za zdeptaną godność i doznane upokorzenia dostanie odszkodowanie i zadośćuczynienie. Jeżeli był niewinny, należy mu się suma liczona w milionach złotych, to jasne. Zapłaci Skarb Państwa, czyli my wszyscy.

Warto wiedzieć, za co zapłacimy. Za pomyłkę sądową, za błędy prokuratora i policjantów, czy może za celowe skierowanie śledztwa w niewłaściwą stronę? Wiele wskazuje, że tak właśnie mogło być – oskarżono Tomasza Komendę, aby ochronić prawdziwych sprawców. Jeśli jednak błędu nie popełniono, a taką możliwość też należy dopuścić, to rzecz robi się skomplikowana aż do bólu głowy. I taka jest ta opowieść. Mroczna, krwawa i pełna zagadek, których nie rozwiązano.

Autor tej książki wraca do roku 1997, aby odtworzyć początek śledztwa. Prowadzi czytelnika krok po kroku, by pokazać mu każde zdarzenie, każdy szczegół. Poznajemy Miłoszyce drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Wieś, w której wszyscy się znają i wiedzą o sobie nawzajem prawie wszystko. Kiedy pierwszego stycznia 1997 roku za stodołą należącą do rodziny R. znaleziono obnażone zwłoki dziewczyny, w Miłoszycach zapadła pełna przerażenia cisza. Ktoś powie, że zapanowała omerta, bo wszyscy przecież domyślali się, kto zabił, ale to być może tylko pozory, bo ciszę mógł wywołać zwykły ludzki strach.

Ivo Vuco po latach przełamuje lęki mieszkańców Miłoszyc. Chodzi od domu do domu i pyta. Zadaje dziesiątki pytań. Chce wiedzieć, co naprawdę wydarzyło się w tamtego sylwestra. Odtwarza z aptekarską dokładnością topografię, sprawdza, kto z kim stał, szedł, rozmawiał, gdzie to było i o której godzinie. Kto tańczył z dziewczyną, która przyjechała do Miłoszyc z pobliskiego miasteczka Jelcza-Laskowic, aby powitać Nowy Rok w tamtejszej dyskotece. Z kim piła alkohol.

Wypiła go za szybko. Ktoś wyprowadził ją na zewnątrz. Panował siarczysty mróz, minus szesnaście stopni, a ona w cienkiej bluzce wymiotowała gdzieś pod drzewem, a potem chodziła wokół bez celu. Ktoś szedł obok, ktoś ją podtrzymywał, ktoś ją zaprowadził za stodołę rodziny R. i tam dokonał rzeczy strasznej. To nie była jedna osoba. Sprawców mogło być dwóch, trzech, a nawet więcej. Zostawili ślady, deptali po śniegu, rzucali niedopałki. Byli nieostrożni, ale śledczy nie potrafili (nie chcieli?) podjąć właściwego tropu.

Autor po latach sprawdza wszystkie zaniedbane wcześniej wątki. Porządkuje je i objaśnia czytelnikowi. Jest wnikliwy i dociekliwy, to cechy niezbędne w dobrym dziennikarstwie. Początkowo można doznać zawrotu głowy na widok listy postaci mających znaczenie dla sprawy zabójstwa Małgosi K. Dziesiątki osób, imiona, nazwiska, inicjały. Ale wkrótce zagubienie mija, bo autor umiejętnie przybliża nam bohaterów tamtej nocy. Już ich rozpoznajemy, już wiemy, dlaczego są ważni dla zrozumienia logiki zdarzeń.

Pojawia się policjant z Miłoszyc i jego dziwne uwikłania. Pojawia się prokuratorka niebudząca zaufania. Pojawia się ochroniarz z dyskoteki. Pojawiają się młodzi faceci, z których każdy mógł chcieć zadać się z Małgosią. Nie na dłużej, tylko na chwilę. Wiadomo, młoda krew nie woda. Pojawiają się rodziny z Miłoszyc – skryte za firankami. Widzą i wiedzą więcej niż inni, coś ukrywają. To krąg podejrzanych, szeroki i rozpływający się jak na tafli jeziora. Ivo Vuco wciąż pyta, dlaczego śledczy nie sprawdzili alibi tych ludzi, nie próbowali dociekać, co robili feralnej nocy, nie zbadali motywów. Sam to wreszcie czyni – bada jak pod lupą historię każdej postaci.

Wiwisekcja śledztwa dokonana przez autora to precyzyjna i mistrzowska robota. Porównuje zeznania z akt sprawy z relacjami, które uzyskał, rozmawiając z ludźmi. Wyciąga wnioski i buduje napięcie. Stawia pytania policjantom i prokuratorom. Dociska i nie ustępuje, kiedy próbują go zbywać. Wędrujemy razem z nim po domach i gabinetach. Siedzimy naprzeciw rozmówców autora razem z nim. Chwilami sami zadajemy pytania i słyszymy odpowiedzi.

Ta książka rozpędza się powoli. Najpierw przygniata ilością osób i ich tajemnic, potem nabiera tempa, wciąga i zasysa czytelnika. Nie pozwala być obojętnym. Tropimy wraz z autorem zabójcę (zabójców?). Emocjonujemy się i zauważamy, że to nie jest zwykła lektura pozostawiająca czytelnika z boku, jako obserwatora, ale sprawa niemalże osobista każdego z nas. Najpierw idziemy za autorem jak za przewodnikiem, aby nagle zrównać się z nim i samemu wskazywać kierunek. Tu nie ma miejsca na stanie z boku.

Zbrodnia dokonana w Miłoszycach wciąż nie została rozliczona. Takich spraw jest w Polsce wiele. Popełniono wiele sądowych pomyłek, w wyniku których niewinne osoby karano za czyny niepopełnione. Tak bowiem działa system sprawiedliwości, czasem wydający wyroki na ślepo. Sprawa zabójstwa w Miłoszycach piętnastolatki z Jelcza-Laskowic teraz odżyła na nowo. Toczy się kolejne śledztwo, stawiane są zarzuty. Tak jakby system chciał odrobić stare błędy jak najszybciej i pokazać, że prawda zatryumfuje. Autor jest jednak sceptyczny, a my wraz z nim. Stracono najważniejszy dla udanego śledztwa czas, pierwsze godziny i dni po zbrodni. Tego nadrobić już się nie da.

Piotr Pytlakowski

Od wydawcy

To nie jest książka o Tomaszu Komendzie. Jako wydawca chciałbym to wyraźnie podkreślić. Nie jest to opowieść o jego dramacie, który trwał dwadzieścia pięć lat i, w co głęboko wierzy opinia publiczna, ma szansę się zakończyć, może nie szczęśliwie, ale przynajmniej sprawiedliwie. Wiem, że pieniądze z odszkodowania nie zwrócą niesłusznie oskarżonemu utraconych lat i nie sądzę, aby jakakolwiek kwota była sprawiedliwym zadośćuczynieniem za tragiczne w skutkach pomyłki sądów. Ale podobnie jak większość z nas czuję, że odszkodowanie dla poszkodowanego i ukaranie winnych to absolutne minimum, jakiego w tej sprawie powinniśmy oczekiwać od wymiaru sprawiedliwości.

Tomasz Komenda nie jest jedyną ofiarą systemu. Są nimi także rodzice brutalnie zamordowanej w Miłoszycach na Dolnym Śląsku piętnastoletniej Małgorzaty K., a także wielu pomniejszych bohaterów tej książki, którzy z jednej strony – giną w niewyjaśnionych okolicznościach, a z drugiej – są zastraszani i szykanowani.

Kolejnym, w sumie chyba najważniejszym negatywnym bohaterem tej publikacji, jest państwo polskie i jego instytucje. Jawi się ono jako bezwładny organizm, który zawodzi niemal na każdym etapie postępowania w sprawie miłoszyckiej. W 1996 roku nie dysponowaliśmy zaawansowanymi technikami śledczymi, ustalanie sprawców za pomocą badań DNA nie było tak proste jak teraz, a procedury policyjne (łącznie z fotografowaniem miejsca zbrodni czy zbieraniem dowodów) również wyglądały zupełnie inaczej. Na dodatek działania policji były wtedy niechlujne i nieprofesjonalne, zupełnie jakby zasady i regulaminy na czas śledztwa zawieszono, a o wszystkim decydowali uznaniowo ludzie, którzy nie dość, że nie powinni decydować, to nie powinni nawet pracować w instytucjach publicznych.

Amatorstwo, nieprzestrzeganie procedur, niechlujstwo i korupcja w pewnym momencie tak się spiętrzyły, że obraz śledztwa, jaki wyłania się z kart tej publikacji, graniczy z absurdem, to aberracja i patologia na skalę dotąd niespotykaną. Takie zaniedbania w śledztwie w ogóle nie powinny się zdarzyć w demokratycznym państwie prawa. A skoro już się zdarzyły, powinny polecieć głowy na najwyższych stanowiskach. Czy poleciały? Niestety nie, a na pewno nie wszystkie. Ludzie, którzy wydawali wtedy decyzje, dziś piastują ważne urzędy w policji, wymiarze sprawiedliwości i innych instytucjach. Czy odpowiedzą za zaniedbania?

Światełkiem w tunelu może być zapowiedź Prokuratury Okręgowej w Łodzi, która bada nieprawidłowości dotyczące postępowania w sprawie miłoszyckiej. O finale tego śledztwa zostaniemy pewnie poinformowani za kilka lat. Wtedy też opinia publiczna będzie mogła stwierdzić, czy sprawiedliwości stało się zadość. Niestety, w związku z tym, że wydarzenia opisywane w książce miały miejsce w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, a sprawa jest na tyle złożona, że może potrwać o wiele dłużej, niż zakładają najwięksi pesymiści, takiej triumfalnej konstatacji możemy się nie doczekać. Dlatego nasza publikacja powinna o sprawie przypominać i pełnić funkcję ponadczasowego informatora, z którego będą korzystać w przyszłości prawnicy czy dziennikarze.

Opinia publiczna zna sprawę dosyć pobieżnie. Niemal każdy w Polsce słyszał o Tomaszu Komendzie, o brutalnym morderstwie Małgorzaty K., o klubie Alcatraz w Miłoszycach, gdzie doszło do tragedii, o skorumpowanym prokuratorze i o dociekliwych śledczych, którzy po wielu latach dosyć przypadkowo odkryli, że skazano na wieloletnie więzienie niewinnego człowieka... Każdy zna jakiś fragment tej historii i wszyscy współczują przede wszystkim Tomaszowi Komendzie. Powstało o nim wiele materiałów: artykuły, wywiady, telewizyjne reportaże i książka redaktora Grzegorza Głuszaka 25 lat niewinności. Historia Tomasza Komendy.

Warto wspomnieć o historii tworzenia naszej książki. Autor nie przyszedł do nas z gotowym tekstem. Nie przyszedł nawet z pomysłem na jej treść. W toku rozmów, ustaleń, redakcyjnych dyskusji, a także w świetle nowych faktów i doniesień prasowych doszliśmy do wniosku, że sprawa jest na tyle bulwersująca, że nie napisać o niej i nie pokazać jej ze wszystkich możliwych stron byłoby moralnie nie do przyjęcia.

Być może narażamy się wielu osobom, być może nie powinniśmy wydawać tej książki i był nawet pomysł, aby w imię świętego spokoju odłożyć tekst do szuflady i podziękować autorowi. Mimo wszystko książkę wydaliśmy, a powodem, dla którego zdecydowaliśmy się na publikację, jest potrzeba opowiedzenia historii bez przekłamań i manipulacji.

Ivo Vuco, autor książki Ofiary systemu, oddawał nam kolejne partie materiału, a my czytaliśmy, redagowaliśmy tekst i modyfikowaliśmy go wielokrotnie, kierując się chęcią przedstawienia wszystkich faktów i oddzielenia ich od interpretacji i narastających emocji. W efekcie powstała opowieść, która odsłoniła przerażającą prawdę o podłości, nikczemności i zbrodni, ale przede wszystkim – o instytucjonalnej niemocy. Nie tylko w obszarze tak zwanego czynnika ludzkiego w instytucjach publicznych (nawet najlepszy system może być niewydolny, gdy zawodzi jednostka), ale także w obszarze procedur, techniki, sprzecznych zeznań, kłamstw, manipulacji, czasem też głupoty i nieuzasadnionej przemocy z zastraszaniem świadków i fałszowaniem dokumentów włącznie.

W tym miejscu wydawca zwykle zachęca do przeczytania danej książki i podaje wiele powodów, dla których czytelnik powinien po daną pozycję sięgnąć. Ja podam tylko jeden. Literatura faktu to opowieść o świecie, w którym żyjemy. Ofiary systemu pokazują tylko jeden jego wycinek, ale robią to profesjonalnie, a przede wszystkim analitycznie, odkładając emocje na bok. Nikt bowiem nie poskładał tej układanki w całość. Nikt nie nakreślił i nie zrekonstruował ówczesnego przebiegu tragicznych wydarzeń z taką precyzją i z taką niemal chirurgiczną dokładnością i starannością. Nikt – aż do tej pory.

Patryk Młynek

1

Zbrodnia miłoszycka

Miłoszyce – wieś położona dziś w województwie dolnośląskim, w powiecie oławskim, w gminie Jelcz-Laskowice. Do roku 1998 miejscowość ta należała administracyjnie do województwa wrocławskiego. Z Jelcza-Laskowic, który leży na prawym brzegu Odry w odległości dwudziestu dwóch kilometrów od Wrocławia, jest tylko trzy i pół kilometra do Miłoszyc. W latach dziewięćdziesiątych województwo wrocławskie, podobnie zresztą jak większość kraju, borykało się z bardzo dużym bezrobociem (około 13,3 procent). Najgorzej było w małych miejscowościach i wsiach, ale Jelcz-Laskowice zdawał się łamać te stereotypy, a wszystko dzięki kilku firmom, które zapewniały sobie stałą kadrę pracowniczą zamieszkałą na miejscu. W tych zakładach pracowali zarówno mieszkańcy Jelcza-Laskowic i Miłoszyc, jak i oddalonej nieco Oławy. Głównym pracodawcą były oczywiście Jelczańskie Zakłady Samochodowe, ale sporo okolicznych mieszkańców zatrudniały też mniejsze firmy, jak choćby istniejąca od 1978 roku firma specjalizująca się w obróbce plastycznej metali.

W samych Miłoszycach mieszkańcom wiodło się raczej dobrze, choć jak wszędzie nie brakowało też takich, którzy z różnych względów podjąć pracy nie mogli, a utrzymywali się z produkcji towarów nielegalnych i obrotu nimi. Większość mieszkańców znała się jeszcze z czasów szkolnych, później łączyła ich praca w tych samych zakładach. Nierzadko miejscowe rodziny łączyła też wzajemna miłość ich dzieci, a ci, którzy niewiele mieli ze sobą wspólnego, znali się chociażby z widzenia. Liczba tysiąca trzystu mieszkańców sprawiała, że miejscowi zawsze wiedzieli, kto swój, a kto obcy. Byli bardzo dobrze obeznani w tym, co działo się we wsi, kto co miał za uszami, z kim należało trzymać, a kogo unikać, gdzie się dobrze zabawić, od kogo i komu pożyczyć pieniądze, kogo prosić o pomoc w razie nagłej potrzeby i z kim napić się wódki. Spotykali się w kościele, w dyskotece, remizie czy pobliskim sklepie. A nawet na spacerach lub ławkach, rozmawiając o życiu i sprawach codziennych.

Senna miejscowość przecięta jedną główną arterią, ulicą Wrocławską, nie oferowała zbyt wielu atrakcji. Jakiś bar, sklep spożywczy i świetlica, którą z czasem przekształcono w dyskotekę o nazwie Alcatraz. I gdyby nie słynna „zbrodnia miłoszycka” w noc sylwestrową 1996 roku, o Miłoszycach słyszałoby niewielu. Jednak morderstwo piętnastoletniej Małgorzaty K. zwróciło na tę wioskę oczy całej Polski. Śledztwo trwało bardzo długo, potem je umorzono z powodu niewykrycia sprawców, następnie wznowiono, aż w końcu ogłoszono, że schwytano winnego, oskarżono i skazano na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności. Z czasem Polska przestała mówić o tej strasznej zbrodni i tylko mieszkańcy Miłoszyc mieli wciąż coś do powiedzenia, choć i oni nagle nabrali wody w usta. Lecz szokująca wiadomość, która obiegła kraj po dwudziestu latach od morderstwa, że oskarżony wówczas Tomasz Komenda okazał się niewinny, spowodowała, że Miłoszyce znów wróciły na języki Polaków.

Szesnastego maja 2018 roku na wniosek dwóch prokuratorów – Roberta Tomankiewicza oraz Dariusza Sobieskiego – wyrokiem Sądu Najwyższego w Warszawie Tomasz Komenda został uniewinniony od zarzutu zgwałcenia i zabójstwa piętnastoletniej Małgorzaty K. Sąd uchylił tym samym prawomocny wyrok dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności. Mężczyzna spędził w zakładzie karnym osiemnaście lat.

Człowiek, który oskarżony został w 2000 roku o brutalny gwałt oraz pobicie ze skutkiem śmiertelnym nastoletniej dziewczyny, stał się tym samym jednym z najbardziej rozpoznawalnych współcześnie obywateli kraju. Media rozpisywały się (i wciąż to robią) o tym, jak bardzo Komenda jest nieszczęśliwy, że jest ofiarą nieudolnego systemu i ile milionów odszkodowania powinien otrzymać. Są to te same media, które chciały Komendę zlinczować osiemnaście lat wcześniej, wypisując najróżniejsze paszkwile, nie zostawiając na nim suchej nitki. Tak jak wtedy były przekonane, że Komenda jest winny, tak samo dzisiaj są pewne tego, że padł ofiarą systemu.

Tomasz Komenda z dnia na dzień stał się w oczach opinii publicznej bohaterem, ofiarą organów ścigania, celebrytą, ale też pojawiają się zdania, że jest winnym, który oszukał system sprawiedliwości... Czy słusznie? Cóż, nie mnie to oceniać, przynajmniej na razie. Ale mogę przedstawić fakty, o których media nie mówią, zadam mnóstwo pytań, na które nikt nie chce, nie może lub nie potrafi odpowiedzieć. Zwrócę waszą uwagę na detale, które zostały pominięte czy to z premedytacją, czy nieświadomie. Opowiem historię, która ukaże w nowym świetle tak zwaną zbrodnię miłoszycką, wyciągając na jaw to, co zostało dawno temu zakopane w najciemniejszym zakątku tej sprawy. Przedstawię zbrodnię i śledztwo, począwszy od nocy sylwestrowej 1996 roku aż po dzień dzisiejszy.

Pisząc tę książkę, korzystałem z akt sprawy, rozmawiałem z ludźmi, którzy przy tej sprawie pracowali, z rodziną ofiary i mieszkańcami Miłoszyc, Wrocławia, Jelcza-Laskowic, ale też próbowałem porozmawiać z ludźmi, którzy typowani byli w trakcie śledztwa na sprawców czy też świadków. Z różnym skutkiem. W swojej książce dość często przytaczam inne publikacje, w których opisana była sama zbrodnia lub śledztwo. Sięgałem również po książkę 25 lat niewinnościGrzegorza Głuszaka. I nie dlatego, że jest źródłem wiedzy, a dlatego, że zarówno ja, jak i wyżej wymieniony autor mieliśmy dostęp do akt sprawy, czytaliśmy to samo, mieliśmy podobne spostrzeżenia, a mimo to Grzegorz Głuszak napisał w swojej książce rzeczy, do których albo ja nie dotarłem, albo on zupełnie inaczej je odczytał, zinterpretował, a trudno jest mi pogodzić się z jego interpretacją w świetle ustaleń, które osobiście poczyniłem. Oczywiście wszystko to, co nie pasowało mi w jego lub innej książce, konsultowałem z ludźmi, którzy pracowali przy sprawie. Jeśli jednak natrafiłem na coś, co uważałem za mało wiarygodne, lecz trudne do zweryfikowania, zadawałem pytania, na które czytelnik będzie musiał sobie sam odpowiedzieć lub przeszukać Internet w celu weryfikacji. Może mu się bardziej poszczęści. Tak czy owak, żadna z książek, do których dotarłem, a już na pewno nie moja, nie jest książką beletrystyczną. To literatura non-fiction, w której zachowanie powściągliwości oraz przytaczanie faktów, a nie ich kreowanie, jest rzeczą podstawową. Czytelnik może poczuć się zdezorientowany, kiedy przeczyta wszystkie te publikacje, bo każda mówi co innego. Dlatego właśnie postanowiłem napisać coś, co połączy wszystko w jedną całość i pozwoli czytelnikowi samemu określić, co jest prawdą, a co nie.

Zaznaczyć jednak muszę, iż książka ta nie ma na celu wskazania winnego czy wytykania błędów śledczym, prokuratorom ani nikomu innemu, kto choćby zbliżył się do tej sprawy na krok. Nie ma szkalować osób, które znalazły się w aktach sprawy. Jej celem jest wskazanie uchybień, które z niewyjaśnionych do tej pory powodów zaistniały. Pytania, które zadałem w tej publikacji, nie mają sugerować czegokolwiek. Są to pytania, które zadaje opinia publiczna, a ja, pisząc tę książkę, miałem prawo uważać się za przedstawiciela opinii publicznej, którą również staram się w tej publikacji przestrzec przed wyciąganiem zbyt pochopnych wniosków na podstawie kilku artykułów lub programów telewizyjnych, pomówień i plotek.

Tomasza Komendę traktuję i opisuję jako człowieka niewinnego zbrodni miłoszyckiej, gdyż taki zapadł w jego sprawie prawomocny wyrok. Może się w pewnym momencie wydawać, że sugeruję jego winę lub współudział, ale tak nie jest. Próbuję jedynie przekazać emocje, jakie towarzyszyły zarówno jemu, jak i wszystkim pozostałym osobom zamieszanym w tę sprawę. W jakikolwiek sposób.

Zadaję kilka pytań, na które nikt wcześniej nie udzielił odpowiedzi lub wskazuję coś, co moim zdaniem zostało pominięte, a nie powinno. Mogą to być wątki lub fakty niewygodne, drażniące, a nawet prowokujące, ale proszę pamiętać, że ta sprawa wciąż się toczy i w każdej chwili może przybrać niespodziewany obrót.

Fakt jest jeden i niepodważalny – nieletnia dziewczyna została brutalnie zgwałcona i zamordowana. Reszta jest w tej chwili tylko domysłem, bo choć pewnikiem było przed laty nazwisko sprawcy, to dzisiaj uznany on został za niewinnego, a według prokuratury i policji prawdziwym sprawcą (lub sprawcami) jest zupełnie kto inny.

Pytania i tezy opieram na aktach sprawy oraz na rozmowach z ludźmi, którzy przed laty byli blisko tej sprawy, jak również z mieszkańcami Miłoszyc i okolic, z dziennikarzami oraz tymi, którzy jawnie lub nie wskazują sprawców.

Nazwisk pojawia się bardzo dużo. Pytań jeszcze więcej. Lecz nie ma w tej książce żadnych odpowiedzi, bo na te czekamy już dwadzieścia lat i zanosi się na to, że poczekamy kilka lat więcej.

Ta książka to fakty, sugestie i próba zwrócenia uwagi na szczegóły, na które nikt wcześniej uwagi nie zwrócił. Ale też na pewne kwestie, które możemy uznać za, kolokwialnie mówiąc, bzdury. To, co wydawać by się mogło na początku tej książki pewnikiem, pod jej koniec okaże się mylnym tropem. Relację tę starałem się skonstruować tak, aby przekazać czytelnikowi sposób myślenia wielu ludzi w czasie, gdy działy się opisywane wydarzenia. Pytania zadawane dzisiaj w tej książce zadawali wtedy inni. Na większość z nich nie było jednoznacznej odpowiedzi, ale pod koniec tej książki czytelnik powinien zmienić swój tok myślenia ukierunkowany jej początkiem. Tak też działali policjanci, dziennikarze, prokuratorzy i wszyscy ci, którzy chociażby otarli się o tę sprawę. Ta książka to sekwencja pewnych zdarzeń, którymi pod żadnym pozorem nie wolno się sugerować, dopóki nie dobrnie się do końca. A motywem przewodnim tej książki niech będą słowa Agathy Christie:

Niemożliwe nie może się zdarzyć, wobec tego pozornie niemożliwe musi być możliwe.

(Morderstwo w Orient Expressie)

* * *

„Zbrodnia miłoszycka” – żyła nią cała Polska i żyje nią do dzisiaj, choć w 2003 roku mogło się już wydawać, że wraz z odczytaniem Tomaszowi Komendzie wyroku sprawiedliwości stało się zadość. Nic bardziej mylnego, ale też któż mógł się wtedy spodziewać, że ta sprawa wróci do nas jak bumerang. Nawet ci, którzy dzisiaj zapewniają o niewinności Tomasza Komendy, byli wtedy przekonani o jego winie.

Był trzydziesty pierwszy grudnia 1996 roku. Piętnastoletnia Małgorzata K. mieszkająca w Jelczu-Laskowicach poprosiła rodziców o pozwolenie na przywitanie Nowego Roku ze znajomymi w Miłoszycach. Rodzice początkowo byli niechętni, lecz w końcu zgodzili się. Kilka godzin później Małgorzata K. wraz z koleżanką Iwoną K. udała się pociągiem do oddalonych o cztery kilometry Miłoszyc. O godzinie 20.00 rozpoczęła się sylwestrowa zabawa w klubie Alcatraz.

Małgorzata K., mimo swojego młodego wieku, piła alkohol. Czy to barman jej sprzedał napój wysokoprocentowy, łamiąc tym samym zakaz sprzedaży alkoholu nieletnim, czy może starsi koledzy pomagali jej go nabyć, tego już dzisiaj raczej się nie dowiemy. W latach dziewięćdziesiątych sprzedaż alkoholu nieletnim nie była tak problematyczna jak obecnie. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi z dnia 26 października 1982 roku mówi wyraźnie o tym, że zabrania się sprzedaży i podawania napojów alkoholowych osobom do lat osiemnastu. Dzisiaj zapis ten jest bardzo mocno respektowany, a łamanie go surowo karane. Ale jak wykazały liczne kontrole, pod koniec dwudziestego wieku młodzież bez większych trudności mogła nabyć produkty „zarezerwowane” dla osób uznanych za dorosłe, a nieletni coraz częściej sięgali po używki, co zresztą zmusiło władze w 2002 roku do nowelizacji ustawy i zaostrzenia kar.

Małgorzata K. dość szybko się upiła, co wiązało się z częstym wychodzeniem z lokalu. Świadkowie zeznali, że Małgorzata K. wielokrotnie wymiotowała tego wieczoru. Oparciem w tej sytuacji był dla niej Krzysztof K. – młody, przystojny blondyn, mieszkaniec Miłoszyc, który nie odstępował jej na krok. Koleżanki nastolatki mówiły później, że Małgosia trzymała się cały wieczór blisko Krzyśka[1]. O północy wszyscy uczestnicy zabawy sylwestrowej pili szampana. Małgorzata K. też. Ten szampan spowodował, że dziewczyna, która prawdopodobnie nigdy wcześniej nie piła alkoholu, nie mówiąc już o takiej jego ilości, poczuła się źle.

Badania szpiku kostnego ekshumowanej w lipcu 2017 roku Małgorzaty K. wykazały obecność substancji o nazwie karbamazepina (podano w oficjalnym komunikacie Prokuratury Krajowej). Nie znaleziono go jednak w okostnej, a zatem środek ten nie mógł być przyjmowany przez denatkę regularnie w lekach, musiał zostać jej podany kilka do kilkunastu godzin przed śmiercią. Alkohol, którego wcale nie musiała wypić w dużych ilościach (wystarczyło małe piwo), spotęgował działanie substancji, która w tym wypadku zadziałała jak znany nam dzisiaj Date Rape Drug, czyli pigułka gwałtu. Karbamazepina zarejestrowana oficjalnie w Polsce od 1991 roku dostępna była od samego początku wyłącznie na receptę. Czy Małgorzata K. mogła używać tego środka jako dopalacza? Najprawdopodobniej nie. Nawet alkoholu nie spożywała w dużych ilościach. Jej dawni znajomi twierdzą, że nie potrzebowała środków odurzających, aby się dobrze bawić.

Małgorzata zwymiotowała na sali tanecznej, miała problemy z mówieniem i poruszaniem się. Krzysztof K. parokrotnie wyprowadzał ją na zewnątrz. Trzydzieści minut po północy wyprowadził ją ponownie. Stan upojenia alkoholowego dziewczyny był już tak duży, że Krzysztof K. musiał ją podtrzymywać, aby mogła zachować pion. Przed budynkiem dyskoteki stało kilkanaście osób. Krzysztof K. wraz z Małgorzatą zatrzymali się przy kolegach chłopaka, jednym z nich był jego bliski przyjaciel, również mieszkaniec Miłoszyc – Andrzej W., spokojny, młody chłopiec, z dobrej rodziny – jak twierdzili mieszkańcy Miłoszyc. Andrzej W. i Krzysztof K. bawili się tej nocy razem.

Wszystkie wyjścia Małgorzaty K. były na tyle spontaniczne, że za każdym razem wychodziła w samej bluzce. Kurtka pozostawała w szatni, mimo że na zewnątrz panował siarczysty mróz, a temperatura spadła do minus szesnastu stopni Celsjusza. Małgorzacie K. najwyraźniej było wszystko jedno. Stała oparta o Krzysztofa K., nie reagując na bodźce zewnętrzne.

Po chwili podeszło do nich dwóch młodych, mniej więcej dwudziestoletnich mężczyzn. Tak przynajmniej zeznali później Krzysztof K. i Andrzej W. Jeden z nich stanął w odległości kilku metrów od zebranych. Drugi podszedł bliżej, przywitał się z chłopcami, przedstawiając się jako Irek, a do dziewczyny zwrócił się po imieniu. Twierdził, że jest jej bratem i odprowadzi ją do domu. Był zbulwersowany faktem, że „jego siostra” tyle wypiła. Małgorzata K. niewiele mogła zrobić, prawdopodobnie nawet nie docierało już do niej to, co działo się wokół.

– Ale się, kurwa, napiłaś! – miał powiedzieć Irek, nachylając się w stronę Małgorzaty K., jak wynika z akt. – Odprowadzę ją do domu – dodał.

Rzeczony Irek wziął Małgorzatę pod rękę i ruszył z nią w kierunku ulicy Kościelnej. Krzysztof K. postanowił iść razem z nimi. Podtrzymywał dziewczynę z drugiej strony. Doszli do ulicy Ogrodowej. Potem zatoczyli koło i znów przeszli tymi samymi ulicami. Wszystko to w bardzo małej odległości od budynku dyskoteki Alcatraz.

W pewnej chwili mężczyzna przedstawiający się imieniem Irek miał ponoć zapytać Krzysztofa K., czy on i Małgorzata są parą. Krzysztof K. zaprzeczył, udzielając jednocześnie informacji, że z nastolatką poznał się tego właśnie wieczoru. Irek zasugerował zatem dość wymownie, aby Krzysztof K. wracał do klubu, a on sam obiecał odwieźć dziewczynę do ciotki. Krzysztof K. nie oponował. Jak zeznał później śledczym, wrócił biegiem do dyskoteki, zostawiając Małgorzatę K. z obcym mężczyzną podającym się za jej brata. Małgorzata K. nie miała brata. Nie miała też kuzyna o imieniu Irek, ale tego Krzysztof K. mógł nie wiedzieć.

Andrzej W., kolega Krzysztofa K., stał ponoć wtedy na zewnątrz. Zeznał, iż widział spacerujących ulicami Miłoszyc, tak samo jak wracającego biegiem Krzysztofa K. Inni mieszkańcy Miłoszyc twierdzili, że owszem, widzieli Krzysztofa K. biegnącego, ale znacznie później, w samej koszuli. Wyglądał na mocno wystraszonego. Ci sami ludzie nie widzieli jednak w tym samym czasie na ulicy żadnego mężczyzny z Małgorzatą. Oczywiście to jeszcze nic nie znaczy. Wszyscy wtedy byli pod wpływem alkoholu, nie wszystko musieli widzieć lub zapamiętać to, co się działo, tak jak to było naprawdę. Mimo to Andrzej W. widział swego kolegę Krzysztofa K. tuż po północy biegnącego truchtem ulicą w stronę klubu Alcatraz, a wielu innych świadków mówi, że Krzysztof K. biegał ulicami Miłoszyc jak szalony i było to około 3.00–4.00 nad ranem.

Andrzej W. zeznał również, że widział, iż w chwili, kiedy jego kolega Krzysztof K. wracał biegiem do klubu Alcatraz, do rzekomego Irka i Małgorzaty podszedł inny mężczyzna. Mógł to być ten sam człowiek, który pierwotnie podszedł wraz z Irkiem do zebranej przed klubem grupy, ale stał wtedy nieco z boku. Ów tajemniczy mężczyzna chwycił Małgorzatę pod rękę i cała trójka poszła dalej. Ponoć Andrzej W. miał widzieć, jak weszli oni chwilę później na posesję rodziny R. Tam też, za stodołą, na śniegu, napastnicy przewrócili Małgorzatę K. i zatykając jej usta rękami, zdarli z niej częściowo ubranie, obnażając dolne partie ciała, prawe ramię i klatkę piersiową. Napastnicy z dużą siłą użyli tępego narzędzia lub pięści do penetracji ofiary, co doprowadziło do rozległych podbiegnięć krwawych i rozerwania śluzówki pochwy, tkanek miękkich pomiędzy pochwą a odbytem, powodując duży krwotok zewnętrzny. Dziewczyna była bita i kopana. Na skutek wychłodzenia i wykrwawienia – pozostawiona [...] Małgorzata K. zmarła.

I to jest wersja oficjalna, z którą zgodzili się wtedy ci, którzy ją ustalili, sędziowie skazujący oraz dziennikarze, którym nie przyszło do głowy, aby te rewelacje sprawdzić. Tym bardziej że w trakcie śledztwa zaczęły się dziać przeróżne dziwne rzeczy, które zostały zamieszczone w aktach sprawy, do których dziennikarze mieli wgląd i które powinny zwrócić ich uwagę, zmuszając do bardziej wytężonej pracy wyjaśniającej pewne nieścisłości. O tych dziwnych sprawach informowała również mecenas Ewa Szymecka reprezentująca rodziców Małgorzaty K. Nikt nie podjął wtedy tematu. Za to został on podjęty dzisiaj, po tym, jak uniewinniono Tomasza Komendę. O tych dziwnych rzeczach będę jeszcze pisać, tym bardziej że dzisiaj mamy do czynienia z bardzo podobną sytuacją...

* * *

W tym samym czasie, jak wynikało z zeznań samego zainteresowanego oraz jego rodziny i bliskich znajomych, Tomasz Komenda spędzał sylwestra we Wrocławiu przy ulicy Piłsudskiego. Nowy Rok witał w towarzystwie swojej matki, ojczyma, braci i znajomych. W sumie piętnaście osób. Impreza miała się zacząć o godzinie 21.00, a skończyć o 6.00 następnego dnia. W trakcie jej trwania uczestnicy ponoć opuścili mieszkanie tylko raz – tuż przed północą wyszli przed blok, aby podziwiać fajerwerki. Trwało to pięć, może dziesięć minut. Przez całą noc pity był alkohol. Tomasz Komenda miał się upić jako pierwszy. Z zeznań wynika, że jako jedyny upił się tak, że zasnął. Reszta „trwała na posterunku” do białego rana, czyli do godziny 6.00.

Tę wersję wydarzeń potwierdzili wszyscy, którzy tej nocy świętowali sylwestra wraz z Tomaszem Komendą. To jednak też tylko jedna z wielu wersji pojawiających się w mediach, ta, która pierwotnie została odrzucona jako niewiarygodna, a dzisiaj podawana jest jako ta prawdziwa.

Jeden ze świadków, kobieta, która spędzała sylwestra w domu rodziny Komendów, zeznała, że pijany Tomasz Komenda został przeniesiony do drugiego pokoju i z pewnością z niego nie wychodził, gdyż nie słyszała skrzypienia drzwi. W sądzie okazało się jednak, że ten sam świadek ma ponadosiemdziesięcioprocentową utratę słuchu.

– Świadek musiała podejść znacznie bliżej składu sędziowskiego, a sędzia musiał mówić dużo głośniej – opowiadała później obecna na sali rozpraw mecenas Szymecka.

Ale na imprezie sylwestrowej była też inna kobieta, Aneta W., która alkoholu nie piła. Z powodu abstynencji alkoholowej miała najlepszy przegląd tego, co działo się na imprezie sylwestrowej u Komendów. Ona również jest przekonana, że Tomasz Komenda z domu nie wychodził. Twierdzi, że dałaby sobie odciąć rękę za Tomka. Jednak Aneta W. jako jedyna nie zeznawała w tej sprawie. Prokuratura wykluczyła ją z grona świadków. Dlaczego? Czy dlatego, że nie można było jej zarzucić koligacji rodzinnych, bliskiej znajomości z oskarżonym oraz niewiarygodności z racji upojenia alkoholowego?

* * *
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] Cytaty, przy których nie podano źródła, pochodzą z akt sprawy.