Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 515 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 30 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 30 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Ofiara Polikseny - Marta Guzowska

 

Ofiara Polikseny” to nie tylko trzymający w napięciu kryminał, ale również świetny portret środowiska archeologów i pożegnanie z romantycznymi wyobrażeniami dotyczącymi ich profesji. Marta Guzowska debiutuje w sposób brawurowy: zapomnijmy o Indianie Jonesie i Larze Croft! Przed nami Mario Ybl: pijak, który boi się ciemności, degenerat życiowy i wybitny naukowiec...Stanowisko wykopaliskowe w Turcji, słynna Troja, która nie wygląda bajkowo. Panuje nieznośny skwar, kłębią się stada turystów, wszystkich obsiadają muchy. Ekipa archeologiczna znajduje tajemniczy szkielet na terenie archaicznego cmentarzyska. Wiele wskazuje na to, że mogą być to szczątki mitycznej Polikseny. Sensacja wisi w powietrzu. Naukowcom nie jest jednak dane długo cieszyć się swoim znaleziskiem, ich koleżanka bowiem zostaje bestialsko zamordowana, a jej zwłoki złożone na starożytnym ołtarzu. Jak się niebawem okaże, nie będzie to jedyna ofiara. Prace ekipy zostają wstrzymane. Mario Ybl, ceniony antropolog, ekspert od ludzkich szczątków wspierający archeologów w pracy, zaczyna nabierać podejrzeń, ale nikt nie traktuje go poważnie...

 

[...] morderca ciągle jest jednym wielkim znakiem zapytania. Niektóre poszlaki wskazują, że jest to osoba posiadająca wiedzę z zakresu archeologii, co rzuca w jakimś sensie cień na całą ekipę. Jednak tak naprawdę wszyscy są pewni, że zagrożenie przyszło z zewnątrz.

Ofiara Polikseny to lekka książka, idealna jako czytadło na plażę, którego inteligentny czytelnik nie będzie musiał ze wstydem chować przed znajomymi.

Marta Jędraszczyk

Opinie o ebooku Ofiara Polikseny - Marta Guzowska

Fragment ebooka Ofiara Polikseny - Marta Guzowska

Redaktor serii: Filip Modrzejewski

Redakcja: Joanna Habiera

Korekta: Zuzanna Kowalska, Katarzyna Humeniuk

Redakcja techniczna: Izabela Gołaszewska

Projekt okładki i stron tytułowych oraz zdjęcie: Anna Sadowska na podstawie koncepcji graficznej Marka Goebla

Fotografia autorki: © Farkas Pintér

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka

Piaseczno, ul. Żółkiewskiego 7A

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-338-2

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

For Kostas who knows them both: love and darkness.

Całą historię można podzielić na dwie części. Pierwszą znają wszyscy, drugą tylko ja. Ta pierwsza, znana wszystkim, jest krótka, jasna i kłamliwa.

Gilbert K. Chesterton, Złamana szabla

It is not important how many people I killed. What is important is how I get along with those who are still alive.

Bruce Willis w The Whole Nine Yards

Prolog

Mario – spytała nagle – czy mógłbyś zabić człowieka?

Piasek, na którym siedziała, był wilgotny, ale jej to chyba nie przeszkadzało. Palce jej stóp, zanurzone w wodzie, wydawały się nieskazitelnie białe. Jak wyrzeźbione z marmuru.

Zagapiłem się w niebo. Teraz, pod wieczór, mieniło się mieszaniną wściekłych kolorów, których nie powstydziłby się żaden awangardowy malarz, chociaż nie mogłem sobie przypomnieć jakiegoś konkretnego nazwiska. Na zachodzie upiorny róż poprzecinany był szarożółtymi pasmami, przypominającymi brudną watę wyciągniętą z ucha.

Ignorowała te widoki i patrzyła na mnie.

– Mario – spytała znowu. – Czy ty kiedykolwiek zabiłeś człowieka?

– Myślisz, że będzie padać? – Pokazałem palcem chmury. – Myślisz, że to w ogóle możliwe w tym cholernym klimacie?

Jakiś nadgorliwy komar uciął mnie w łopatkę. Próbowałem go klepnąć, ale spróbujcie sami uderzyć się wysoko w plecy bez wyłamania sobie ręki ze stawu.

– Przepraszam – powiedziała. – Nie powinnam w ogóle o tym mówić. Nie po tym, co się stało.

– Nie ma sprawy – mruknąłem.

Ukąszenie swędziało. Wykręcałem rękę, jak tylko mogłem, żeby się podrapać. Moje palce ślizgały się po mokrej od potu skórze.

– Nie mogę przestać o tym myśleć. Ja… ja nie rozumiem, jak to było możliwe. Dlaczego nikt się nie zorientował?

– Nie pluj sobie w brodę – poradziłem jej. – Ty i tak miałaś z nimi wszystkimi mało do czynienia. A co do tematu „nikt się nie zorientował”… Tak to jest. „Wysoki Sądzie, skąd mogłem wiedzieć, że mój sąsiad zarżnął w swojej piwnicy pięcioro dzieci z sąsiedztwa. Nie wyglądał na takiego, Wysoki Sądzie. To był miły człowiek, raz sam zaproponował, że skosi nam trawę, kiedy zwichnąłem nogę”.

Popluskała palcami w wodzie. Obok nas przepłynęła rozmoczona gazeta, chyba „Hürriyet”, ale nie zdążyłem zobaczyć.

– Ale przecież musiały być jakieś sygnały.

– Zawsze są – powiedziałem. – Tylko je ignorujemy. Dokonujemy wyboru. Spokojny sen w zamian za spokojne sumienie. Rachunek jest prosty, tak mówili w reklamie, nie pamiętam w jakiej.

Chlapnęła nogą. Coś zaszurało w trzcinach na brzegu cuchnącej rzeki. Spłoszony szczur wodny albo wielka mysz.

– Wiesz co, Mario, czasami cię nie rozumiem. Jesteś tak strasznie cyniczny, że… – Pokręciła głową. – Jakby śmierć… morderstwo można było skwitować po prostu wzruszeniem ramion.

Wzruszyłem ramionami. Przysięgam, że nie zrobiłem tego specjalnie. Pewne gesty wykonuje się odruchowo, jakby ktoś pociągnął za przyczepione tu i ówdzie sznurki.

Amarant na niebie stawał się coraz bardziej pomarańczowy. Z miejsca, w którym siedzieliśmy, nie było widać morza, ale mogłem się założyć o wszystko, co miałem (czyli niewiele), że przybrało już kolor głębokiej czerni i po kawałku połykało światło dnia. Woda w rzece była w tym szczególnym odcieniu ciemnej zieleni, jaki gnijące zwłoki przybierają po kilkunastu dniach w upale. Tylko na drobnych falach na powierzchni załamywały się skrawki pomarańczowego nieba.

Wstałem i otrzepałem spodnie z piasku. Wilgotne ziarenka przylgnęły mi do nogawek, a na tyłku miałem, czułem to wyraźnie, mokrą plamę.

– Wszystko można skwitować wzruszeniem ramion – powiedziałem. – To się nazywa samoobrona. A ty, zdaje się, przyszłaś się tylko pożegnać. Jeśli się nie pospieszę, ucieknie midolmuş.

Popatrzyła na mnie z urazą. Wytrzymałem jej spojrzenie.

Pochyliła się i na moment zanurzyła w wodzie dłonie, potarła nimi stopy, a później podniosła się powoli. Sięgała mi poniżej ramienia, więc nie widziałem dobrze jej oczu.

– Nie chcesz odpowiedzieć. W porządku. Ale to było poważne pytanie. Ja naprawdę chciałabym się dowiedzieć.

Odwróciłem się tyłem do rzeki i do złowrogiego nieba. Piaszczysty brzeg wznosił się stromo. Do wioski był spory kawałek, jeśli miało się do dyspozycji tylko własne nogi, a nie bardzo miałem ochotę machać ręką na traktory zjeżdżające z pól z przyczepami wyładowanymi pomidorami, których sok wyciekał spomiędzy desek i zostawiał ciemne plamy na asfalcie. Jeśli nie chciałem, żeby zastał mnie tu zmrok, musiałem się streszczać.

Ruszyłem pod górę. Szła tuż za mną, chociaż na pewno nie było jej łatwo dotrzymać mi kroku.

– Chciałabym to zrozumieć, Mario. – Lekko dyszała. – Chciałabym wiedzieć, czy człowiek, który żyje normalnie: je, śpi, kocha, pracuje, chodzi na piwo i tak dalej, może zabić drugiego człowieka. Nie w wypadku samochodowym, nie w wyniku jakiegoś potwornego błędu. Z zimną krwią, tak po prostu. Czy normalny człowiek może popełnić morderstwo? Czy żeby kogoś zabić, trzeba być potworem? Czy każdy z nas to potrafi?

– Czy myślisz, że ja jestem jakimś pieprzonym psychiatrą? – Zatrzymałem się gwałtownie i odwróciłem do niej. W gasnącym świetle na jej szyi błyszczały strugi potu. – Dlaczego właśnie mnie o to pytasz?

Spuściła głowę.

– Nie mam, kurwa, pojęcia – mówiłem. – To są poważne pytania, które trzeba zadawać mądrym ludziom, a nie komuś takiemu jak ja. Pijakowi. Błaznowi. Cynikowi.

Milczała.

– Pytałaś, czy potrafiłbym zabić człowieka. Nie wiem. Pytałaś, czy zabiłem człowieka. Nie. Coś cię jeszcze interesuje?

Odwróciłem się i poszedłem polną drogą w stronę wsi. To miła dziewczyna i było mi przykro ją oszukiwać. Ale tak szczerze: czy wy nigdy nikogo nie okłamaliście?

Rozdział 1

Na początek rada: nie dzwoń do Poli, jeśli naprawdę nie musisz. Z tego, co mi wiadomo, autorzy poradników dla młodych dżentelmenów przeoczyli ten niezwykle ważny punkt, który powinni byli umieścić między zdaniami: „Nigdy nie jadaj w knajpie, która nazywa się U Mamy” oraz „Nigdy nie graj w karty z facetem o imieniu Doc”.

Wróć: sprostowanie. Nie dzwoń do Poli nawet wówczas, kiedy musisz. Najlepiej nie dzwoń do niej w ogóle.

Gdybym dostawał butelkę piwa za każdym razem, kiedy widziałem, jak jej najnowszy, bajerancki model komórki rzęził rozpaczliwie wśród kłębków kurzu pod kanapą, błogi uśmiech nie zszedłby mi z twarzy już do końca życia. Ale gdybym dostawał butelkę piwa za każdy razem, kiedy Poli zechciało się ruszyć tyłek i wcisnąć mały zielony guziczek… No, mniejsza z tym. Nie widziałem tego ani razu.

Są tylko dwa miesiące w roku, kiedy Pola reaguje na każdy dzwonek jak pies Pawłowa. Ale dzwonienie do niej w tym czasie, nawet służbowo, nawet w bardzo ważnej sprawie, to też nie jest najlepszy pomysł.

– Co? Powiedziałam przecież, że nie! Nie ma takiej możliwości. Dziękuję panu za telefon i tak dalej oraz żegnam.

Pola klęczała w piasku pośrodku wykopu. Do ucha przyciskała aparat, który według zapewnień producenta, miał wytrzymać wszystko poza wybuchem jądrowym. Mam nadzieję, że producent się nie mylił, bo telefon był szary i lepki od brudu. Podobnie jak ucho Poli. Strużki potu torowały sobie drogę w warstwie ciemnego pyłu na jej szyi i karku. Dżinsy, z których słońce i detergenty wyssały resztki barwy, były czarne na pupie i nad cholewkami ciężkich roboczych butów. Nie było jeszcze dziesiątej, a Pola wyglądała, jakby tarzała się w ziemi od wschodu słońca.

Wszyscy to robiliśmy. Mniej więcej. Od szóstej do wpół do trzeciej, a potem jeszcze dwie, trzy godziny po południu, sześć dni w tygodniu, przez dwa miesiące w roku. W małej wiosce w zachodniej Turcji, gdzie piwo miało smak kocich szczyn z drożdżami, ale za każdą flaszkę innego trunku trzeba było płacić tyle, że już po jednym sezonie oszczędzania mógłbym odłożyć przyzwoitą emeryturę na starość.

Osłoniłem ręką oczy ipoprzez oślepiające promienie słońca spróbowałem jeszcze raz spojrzeć na Polę. Mimo wszystko wyglądała całkiem nieźle. Miała najpiękniejszą na świecie czaszkę, proporcjonalną, gracylną, odelikatnej morfologii, wysokich oczodołach, lekko wystających kościach jarzmowych, zpięknie zaznaczonym prognatyzmem zębodołowym. Jakby tego jeszcze było mało, jej faliste włosy, nawet zmierzwione, pokryte kurzem ischowane pod wystrzępionym na brzegu kapeluszem, zachowały miodowe połyski, podkrążone oczy lśniły złotymi iskierkami, acieniutka kreseczka znamienia nad górną wargą nadawała jej wygląd dziecka, które właśnie skończyło jeść lody czekoladowe iniedokładnie wytarło buzię. Zazwyczaj niewielu facetów jest wstanie oprzeć się temu cudowi. Przynajmniej dopóki Pola się nie zezłości.Czyli przez pięć, góra dziesięć sekund, nie dłużej.

– Kilka godzin? – warknęła do słuchawki. – Kilka godzin to ja będę miała, jak skończę wykopaliska, zamknę teren, zapłacę robotnikom, wyprawię do domu studentów, napiszę raport i rozliczę grant. A, i jeszcze poleżę w kąpieli z pianą i porządnie się wyśpię. Czyli za jakieś dwa, trzy miesiące. Wytrzyma pan tyle, prawda?

Zamarła na chwilę ze słuchawką przy uchu.

– Nie, nie pomylił się pan.

Posłuchała chwilę.

– Tak, to ja jestem Pola Mor.

Posłuchała.

– Tak, Pola Mor. Mam panu przeliterować?

Posłuchała.

– Tak, do cholery!

Posłuchała.

– No to musi pan też wiedzieć, że właśnie jestem na wykopaliskach. Wie pan, co to są wykopaliska? To takie dziury w ziemi, z których wyciąga się różne stare rzeczy… Tak, tak, dokładnie. Proszę sobie sprawdzić w jakiejś encyklopedii i do usłyszenia za dwa miesiące.

Jeśli wtedy będzie miał jeszcze ochotę rozmawiać.

– Chce pan tu przyjechać? Tutaj?

W głosie Poli zabrzmiała groźba. To, że facet nie pożegnał się jeszcze najgrzeczniej, jak potrafił, świadczyło o braku wyobraźni. Ale chyba jestem niesprawiedliwy. Może po prostu połączenie było słabe.

– No, to było naprawdę dowcipne. Naprawdę, naprawdę bardzo dowcipne.

Słuchała chwilę.

– Nie żartuje pan? Ja też nie. Nie wpuszczę pana na teren wykopalisk. Nieupoważnione osoby nie mogą…

Posłuchała.

– Co pan mówi? No to proszę pozdrowić ode mnie klamkę, jak będzie pan ją całował!

Potrząsnęła głową i walnęła w przycisk „rozłącz” z taką siłą, że w obudowie zatrzeszczało. Wilgotne od potu pasma włosów oderwały się od jej szyi i opadły z powrotem z cichym mlaśnięciem. Wcisnęła telefon do kieszeni dżinsów, wytarła spocone ręce o pupę i podniosła się z ziemi. Z cichym jękiem wyprostowała plecy i odwróciła się w moim kierunku.

– Jezu! Mario, kurwa mać! Dostanę przez ciebie zawału! Co ty tu robisz?

Pokazałem podbródkiem aparat i uniosłem brwi w dwa znaki zapytania.

– Kto to był?

– Jakiś dupek.

Upchnęła pod kapeluszem zakurzone pasmo włosów.

– A czego chciał?

– A co cię to obchodzi? – Wyciągnęła z kieszeni zegarek. – Jak już podsłuchałeś moją prywatną rozmowę, to teraz spieprzaj stąd. Nie masz nic do roboty?

– Mała przerwa w pracy. Każdy potrzebuje czasem odetchnąć, księżniczko.

Wykonałem ręką ruch, który miał imitować dworski gest. Nie wyszło to najlepiej.

– Mario, ostrzegam cię po raz ostatni: nie nazywaj mnie księżniczką. Ani także ślicznotką, słoneczkiem i skarbem. Nigdy! I spadaj do roboty. Wystarczy, że cię nie będzie na wykopie przez pięć minut, i z kolejnego szkieletu zostanie tylko czaszka. Jak dobrze pójdzie!

– Już ci tłumaczyłem, księżniczko, że szczątki ludzkie, które spoczywają w ziemi przez kilka tysięcy lat, rzadko kiedy zachowują się w nienaruszonym stanie. Drobne kości ulegają przemieszczeniu podczas ulewnych deszczów, trzęsień ziemi i temu podobnych. Poza tym aktywność zwierząt ryjących…

Pola łypnęła na mnie spode łba.

– Wiesz co, Mario? Ja już mam dosyć na dzisiaj i bez aktywności zwierząt ryjących. Od świtu stoję w tym wściekłym upale, zgięta nad rysownicą i rysuję skorupę po skorupie. Skorupy mają dziesięć na dziesięć centymetrów, a wykop cztery na dwa metry. Audiotele: kiedy skończę? a) gdy pęknie mi kręgosłup; b) gdy padnę trupem; c) gdy kogoś zagryzę i policja zawiezie mnie do domu wariatów. Uwaga: można wybrać więcej niż jedną odpowiedź.

– Łączę się z tobą w bólu.

– Idź już sobie, dobrze?

No to sobie poszedłem.

– Mario.

Zatrzymałem się.

– Po co tu właściwie przylazłeś?

Osłoniłem ręką oczy.

– To ja ci nic nie powiedziałem? Przepraszam. Trochę nudno było dzisiaj tam, na górze, więc pomyślałem sobie, że zejdę i trochę pogapię się na twój śliczny tyłeczek.

– Mario!

– Ale teraz to już naprawdę muszę iść, księżniczko.

Popatrzyłem na stok wzgórza. Wysoko, cholera. Mój wykop był na samym szczycie.

– Mario, do diabła!

– Wybacz, moja droga, ale nie mogę się gapić na twój tyłek, kiedy stoisz pod światło. Albo bądź taka miła i przesuń się trochę w bok, albo pozwól, że już sobie pójdę.

Za plecami usłyszałem, jak gramoli się z wykopu. Podeszła i złapała mnie za ramię.

– Po co tu przyszedłeś?

– Przecież już powiedziałem. Pogapić się trochę…

Puściła mnie i odsunęła się do tyłu.

– Śmierdzisz.

Skrzywiłem się.

– Co chcesz, księżniczko? Wykopaliska to nie hodowla róż.

– Śmierdzisz piwem.

– Jedno małe piwko, a ty od razu robisz aferę.

– Jedno małe piwko? Jedno? Mówiłam ci setki razy, żebyś nie pił na wykopie.

– Ej. – Nadąłem się z godnością. – Nie mogłaś mi mówić setki razy. Jesteśmy tu dopiero od dwóch tygodni. Poza tym wczoraj wieczorem trochę z Robertem za dużo… W tym upale nie da się bez klina.

– Gówno mnie obchodzi, co robicie z Robertem po pracy! Wymagam od ciebie tylko, żebyś przychodził tu rano pracować bez kaca. I żebyś wytrzymywał w tym stanie do piątej trzydzieści. Codziennie!

Zbliżyłem się do niej i ująłem ją pod brodę.

– Księżniczko, przecież ja to wszystko robię tylko dla ciebie. Żeby lepiej pracować…

Odtrąciła moją rękę.

– Hej, uważaj trochę. – Pomasowałem sobie demonstracyjnie nadgarstek. – To boli.

– Nie wiem – powiedziała. Nie patrzyła na mnie.

– Zapewniam cię – zapewniłem ją. – Boli jak cholera.

– Naprawdę nie wiem, po co cię tutaj wzięłam.

– Bo jestem najlepszym antropologiem, jakiego znasz, i o niebo lepszym od wielu, których nie znasz.

Zdjęła kapelusz i przeczesała dłońmi matowe od kurzu włosy.

– Jeszcze miesiąc temu wydawało mi się to nawet dobrym argumentem. Ale teraz naprawdę nie wiem.

– To zostawię cię, żebyś to sobie jeszcze raz przemyślała. Daj mi znać, jak dojdziesz do jakichś wniosków.

– Mario!

Zamknąłem się.

– Ja cię dobrze znam i wiem, że nawet gdybym obiecała ci striptiz i taniec na rurze, nie zaryzykowałbyś włażenia po raz drugi pod górę, zwłaszcza w tej piekielnej temperaturze. Gdybyś nie musiał. Więc powiedz mi już do cholery, oco chodzi.

Wziąłem głęboki oddech.

– No gadaj!

Wypuściłem powietrze.

– Chwileczkę. Muszę się tylko uporać z tą kuszącą wizją, którą właśnie przede mną roztoczyłaś. No dobra. Już. Chcę, żebyś poszła ze mną na górę.

– Teraz?

– Teraz.

– Nie ma mowy. – Pokręciła głową. – Przed południem nie dam rady. Nawet nie mam czasu podrapać się w tyłek.

– To się nie drap. Tylko chodź.

– A nie mogę później?

– Możesz.

Popatrzyłem na szczyt wzgórza. Jezu, ale to będzie długa droga.

– Ale chcesz, żebym przyszła teraz.

Wzruszyłem ramionami.

– Jak uważasz.

Uklękła na brzegu wykopu i nachyliła się do jakiegoś Mustafy czy innego Şerafetina, tego małego, z wąsami, który palił sobie spokojnie papierosa oparty o łopatę.

Popatrzyłem na jej tyłek, ale nadal stała pod słońce. Zacząłem się zastanawiać, czy nie zająć lepszego punktu obserwacyjnego, ale Pola wyprostowała się i otrzepała kolana.

– No, to chodźmy – powiedziała.

– Chwileczkę.

– Jezu, co znowu? Mario, ja nie mam całego dnia, żeby…

– Chciałem cię tylko poprosić, żebyś się uszczypnęła w swoją śliczną pupkę.

– Słuchaj, jeśli myślisz sobie, że możesz…

– To poważna sprawa. Uszczypnij się, no już. Sam bym to zrobił, ale się boję.

Całkowicie nieruchomo patrzyła mi w oczy.

– Mówię poważnie. Uszczypnij się. Tylko mocno. Bo za chwilę spełni się największe marzenie twojego życia i będziesz chciała mieć pewność, że nie śnisz.

Rozdział 2

Jeśli ktoś wam powie, że archeologia jest pasjonująca, możecie go od razu wyśmiać. Ciekawe to są filmy z Indianą Jonesem i Larą Croft. Te ostatnie nawet ciekawsze, ze względu na walory estetyczne Angeliny Jolie w krótkich spodenkach. Archeologia jest nudna, aż się flaki przewracają.

Myślicie sobie pewnie, że to takie romantyczne: archeolog w fajnych ciuchach stoi nad wykopem i patrzy, jak kolejne uderzenia kilofa odsłaniają ruiny zaginionych cywilizacji. Przykro mi, jeśli was rozczaruję, ale to gówno prawda. Po pierwsze: możecie od razu zapomnieć o kilofie. Większość pracy wykonuje się małą szpachelką i pędzelkiem. Wiecie, ile w takich warunkach trwa odsłonięcie, nie żadnej tam cywilizacji, tylko głupiego stłuczonego garnka? Nie wiecie? To się domyślcie.

Po drugie: panie ipanowie, zaginione cywilizacje nie istnieją. Wszystkie zostały już dawno znalezione, skatalogowane imają doczepione metryczki. Archeologia jest mniej więcej tak samo romantyczna jak księgowość. Apraca wygląda podobnie: polega głównie na zapisywaniu setek, tysięcy numerków. Numery warstw, numery obiektów, numery skorup, numery kurwanie– wiem-czego-jeszcze. Potem się te numery wprowadza do bazy danych, grupuje, analizuje ipisze raport, który ma wsobie tyle romantyzmu, co kwartalne sprawozdanie finansowe kiosku Ruchu.

Poza tym normalnemu człowiekowi ciężko jest wytrzymać dzień pracy, który zaczyna się pobudką o piątej, przed wschodem słońca, a kończy po północy ostrą bibką i wypełniony jest niezliczonymi godzinami w upale, który powinien być zakazany konwencją genewską. Powiem tylko tyle: gdyby jakikolwiek więzień, polityczny czy nawet zwykły kryminalista, był zmuszany do pracy w takich warunkach jak my, Amnesty International już dawno by interweniowało.

Dzisiaj było tak samo jak wczoraj, przedwczoraj i każdego z czternastu, pieprzonych ostatnich dni. Słońce paliło jak stos atomowy, a niebo, o barwie i ciężarze płynnego ołowiu, wisiało dwa centymetry nad moją biedną głową. Ziemia grzała w stopy przez grube podeszwy. Nawet wiatr nie przynosił ulgi, tylko parzył skórę i zasypywał gardło kurzem.

Drzewa już dawno zamieniły się w szeleszczące szkielety, rzeka w błotniste koryto, a morze – w cuchnącą wodorostami breję. Za zasłoną drgającego powietrza białe statki przesuwały się jak widma przez gardło cieśniny Dardanelskiej. Z miejsca, gdzie się zatrzymałem, żeby złapać oddech, nie było dobrze widać, czy płyną, czy maszerują po rozpalonych polach. Wilgotny opar zasłaniał Bozcaadę i Wyspy Zajęcze. Tylko wieczorami zachodzące słońce szczerzyło ociekające purpurą kły i kontury wysp ożywały, jak szablony z wielbłądziej skóry na jedwabnym ekranie w tureckim teatrze cieni. A o świcie, kiedy powietrze nie drgało jeszcze w agonii, ze szczytu pagórka można było zobaczyć potężne niegdyś mury trojańskiej twierdzy. Z daleka wyglądała jak wyschnięta ptasia kupa.

Niektórzy, nawet po dwóch tygodniach tych męczarni, nie mogli przestać się popisywać, zupełnie jakby czytywali codziennie do poduszki słownik synonimów. Co za skwar, żar, spiekota. I słownik turecki: sıcak, kiwali głowami w stronę robotników, çoksıcak. Ale znacznie gorsi byli ci, którym zbierało się na wspominki. Pamiętacie zeszły lipiec? Raz nawet padało, a do dziesiątej nie dało się zdjąć polara, tak było zimno. Jeśli o mnie chodzi, w zeszłym roku mógł tu być potop, mróz, a nawet koniec świata. Ja próbowałem tylko przeżyć do wieczora.

Wieśniacy z Yeniköy, Tevfikiye, Kumkale i Kalafat znali się na sztuce przetrwania o wiele lepiej niż my. Kobiety prostowały plecy znad krzaków pomidorów i utykały pod brodą końce kolorowych chust, tkanych cienko, jak pieluszki. Przykucały koło pędów młodych ogórków, zbierały fałdy szarawarów z kwiecistej bawełny i ładowały na przyczepy pękające od soku arbuzy, sprawdzając wolną ręką, czy nie rozchyliły im się na piersiach wilgotne od potu bluzki. Mężczyźni stali obok traktorów, palili i podciągali wyżej paski luźnych roboczych spodni. Potem starannie wdeptywali pety w piasek, zdejmowali cyklistówki i przejeżdżali połamanymi, przeżartymi ziemią paznokciami po tłustych, kędzierzawych włosach. Po południu, kiedy wyładowane arbuzami i kobietami traktory z przyczepami mijały nas w drodze do wsi, unosili ręce na powitanie, ale powściągliwie, żeby gwałtowny ruch nie wzburzył gotującej się krwi.

Pracowali cały dzień, tak jak my, ale w ciszy. U nas narzekali wszyscy. Użalali się nad sobą, zrywając się o świcie z przepoconej pościeli, i nie przestawali się użalać, kiedy wieczorem przysuwali łóżka do bielonych wapnem ścian w nadziei na odrobinę kamiennego chłodu. Ale to było tylko takie gadanie. Codziennie wariowali ze szczęścia, że mają grant i pozwolenie na wykopaliska. Dwa klucze do kariery, która w przeciwieństwie do innych karier świata doczesnego, nie niosła ze sobą żadnych korzyści.

Żeby tego nie słuchać, wsiadałem do rozpalonej do czerwoności starej łady, podkręcałem do oporu dmuchawę i pławiłem się w oceanie stęchłego powietrza. Po południu, rozedrganą, asfaltową drogą jeździłem do Çanakkale i w szumie wentylatorów, międlących upał w małych sklepikach, ściągałem z półek pokryte szarym pyłem tuby kremów z filtrem i miejscowe podróbki okularów słonecznych. Wracałem, kiedy było już ciemno, a powietrze przypominało konsystencją i zapachem zupę rybną. W kuchni, najciszej jak się dało, upychałem grzechoczące złośliwie butelki piwa w zamrażalniku lodówki, żeby rano móc sączyć krople spływające po zamarzniętych soplach. Tak, zdarzały się miłe chwile. Ale niebo nad głową tylko czekało, gotowe mnie zmiażdżyć przy pierwszej lepszej okazji.

Kiedy Pola zadzwoniła do mnie pół roku temu, nad ranem, oczywiście spałem.

– Nie wygłupiaj się – powiedziała. – A właściwie, to która jest godzina?

– Mmmm.

Spróbowałem spojrzeć na budzik. Uchyliłem powiekę i oślepiło mnie światło lampki nocnej.

– Nieważne, musisz tego posłuchać. To jest cmentarzysko. Buldożery zaczęły kopać fundamenty pod jakieś dacze i wkopały się prosto w grób. Nie koło samej Troi, dziesięć kilometrów dalej, nad morzem. Wiesz, co to znaczy?

Zachęcająco zawiesiła głos.

– Eee…

Zrezygnowałem z kolejnej próby otwarcia oczu i macałem na ślepo po szafce nocnej w poszukiwaniu szklanki z wodą.

– Nie mów mi, że nie wiesz! To znaczy, że to może być cmentarzysko Achajów!

– Aha – mruknąłem.

– Pierwszy grób, jaki rozwalił ten buldożer, to była urna. Pochówek ciałopalny. Zdjęcia są trochę niewyraźne, ale wszystko wskazuje na to, że…

Urwała.

– Wiesz, o czym mówię, prawda?

– Nie.

– Jesteś niedouczony.

– Pola – wychrypiałem. – Dzwonisz do mnie w środku nocy, żeby mnie obrażać? Nie możesz poczekać do dziewiątej?

– Mogę. Achajowie przybyli pod Troję, żeby odbić piękną Helenę. Wojna trojańska, może to ci coś mówi?

– Cholera jasna!

Szklanka z wodą zrobiła to, co robią wszystkie szklanki, kiedy ich się szuka po omacku: spadła na podłogę i roztrzaskała się w drobny mak.

– No właśnie! – W głosie Poli brzmiała satysfakcja. – Frank ma licencję i obiecał mi kierownictwo na całym odcinku cmentarzyska. Całym, rozumiesz?

– Jasne.

– I wiesz, o co mi chodzi?

– Oczywiście.

– I wiesz, jaki Frank?

– Oczywiście.

Chwila ciszy w słuchawce.

– Nie masz pojęcia, prawda? I niespecjalnie cię to interesuje. Mylę się?

– Nie.

Chwila ciszy.

– Będę potrzebowała antropologa.

Z zaciśniętymi mocno powiekami usiadłem na łóżku i spuściłem nogi na zimną podłogę. Od okien strasznie wiało, a ja nie potrafiłem zebrać się do kupy, żeby je uszczelnić. Potarłem dłońmi szczecinę na twarzy i odchrząknąłem kilka razy.

– A co to ma wspólnego za mną?

– W lipcu. Albo na początku sierpnia. I chciałabym, żebyś zabrał przynajmniej dwójkę studentów.

– Pola…

– Szczerze mówiąc, wołałabym kogoś ze starszych lat albo doktorantów, żebyś nie musiał nad nimi cały czas stać…

– Pola…

Udało mi się w końcu otworzyć jedno oko i zerknąć na budzik. Czerwony dwukropek między dwójką a trzydziestką pulsował w hipnotycznym sennym rytmie.

– Pola, jest wpół do trzeciej. Nad ranem. Siódmy stycznia.

Zamilkła na chwilę, a potem powiedziała cicho.

– Pomyślałam, że się ucieszysz.

No to się ucieszyłem. Miałem inne wyjście?

Pola, poczekaj – poprosiłem.

Zatrzymała się.

– Wolniej już nie możesz?

– Mógłbym – wysapałem. Zdjąłem czapkę i przejechałem dłonią po lepkich od potu włosach. – Mógłbym, ale boję się, że umrzesz z ciekawości.

Burknęła pod nosem coś, co bardzo przypominało „pieprz się”, i ruszyła dalej ścieżką wydeptaną w zeschłej trawie. Minęliśmy jeden wykop, już pusty, i cztery inne, w których kucali studenci: brudni, spoceni, zmęczeni i – sądząc po tym, jak co chwila spoglądali na zegarki – głodni. Krzewy od strony morza dawały akurat tyle cienia, że mogła się w nim schronić mała koza, ale zdecydowanie za mało, żeby człowiek słusznych rozmiarów mógł sobie spokojnie odpocząć po trudach nocy. Dwaj tureccy robotnicy palili papierosy w pełnym słońcu, jeden co chwila ocierał kark czerwoną płócienną chustką. Podniosłem z wysiłkiem rękę, starszy odpowiedział tym samym gestem, z papierosem między sękatymi palcami.

Studenci znowu włączyli magnetofon na cały regulator. Chciałem krzyknąć, żeby ściszyli, ale struny głosowe odmówiły mi posłuszeństwa.

Pola zatrzymała się na szczycie pagórka i spojrzała na mnie przez ramię. Skinąłem głową. Podeszła powoli do wykopu i prześlizgnęła się pod wyjącą na wietrze taśmą.

– O, kurwa – westchnęła.

– Dobrze powiedziane, księżniczko – wydyszałem ciężko za jej plecami. – Dobrze powiedziane.

Rozdział 3

Szkielet leżał na wznak, rozciągnięty na dnie wykopu, niczym na stole w prosektorium. Ayça, na ziemi, ze skrzyżowanymi nogami, pochylała się nad miejscem, gdzie powinna być klatka piersiowa i mostek. Marilles klęczała obok w klasycznej pozycji płaczki. Kołnierzyk koszuli z długimi rękawami miała podniesiony tak, że sięgał jej uszu. Z tylnych kieszeni szortów wystawały jej pędzle różnych rozmiarów, a ze spodni majtki. Na nasz widok zerwała się, strzepnęła grudki ziemi przyklejone do brudnych, zaczerwienionych kolan i podeszła szybko do krawędzi wykopu.

– Mario – powiedziała.

Większość kości przykrywała jeszcze ziemia, twarda, zbita i wysuszona na popiół. Nie było mnie dobre pół godziny, a one przez cały ten czas zdołały tylko omieść luźne grudki z okolicy mandibuli i Articulatio sternoclavicularis. Zanotowałem sobie w myśli, żeby je opieprzyć, kiedy zrobi się trochę chłodniej.

– Mario…

Podniosłem rękę do góry.

– Muszę ci coś…

– Chwileczkę. Z wami mam do pomówienia, jak już szefowa sobie pójdzie.

– Ale posłuchaj…

– Czy możesz się już zamknąć? – poprosiłem ją uprzejmie. – Boli mnie głowa. I przesuń się trochę, bo zasłaniasz.

Popatrzyła na mnie urażona, ale posłusznie odsunęła się pod ścianę wykopu i przykucnęła koło Ayçy. Obie miały takie same chusty okręcone wokół głów i obie patrzyły na mnie wyczekująco. Na wąskiej nasadzie nosa Ayçy zebrały się kropelki potu.

Zmrużyłem oczy. W słońcu kości świeciły własnym, oślepiającym światłem i chińskie podróbki markowych okularów słonecznych nie wystarczały, żeby stłumić mordercze promieniowanie. Ale bardziej ranił oczy blask złota. Ze dwudziestu, tak na oko, cienkich jak płatki papieru, okrągłych złotych blaszek, błyskających spod grudek ziemi tam, gdzie powinny znajdować się żebra i obręcz kończyny dolnej.

Pola wciągnęła z sykiem powietrze. Okrążyła wykop i zeszła na dół po ustawionym w narożniku, odwróconym do góry dnem wiadrze. Różowy, wypłowiały od słońca plastik zatrzeszczał nieprzyjemnie pod jej ciężarem.

Stała nad szkieletem dłuższą chwilę, nieruchomo. Kiedy zacząłem się już zastanawiać, czy nie dostała jakiegoś udaru, odwróciła gwałtownie głowę w moją stronę i osłoniła sobie ręką oczy.

– Co to jest?

– Szkielet.

– Dzięki, Mario. W życiu bym się nie domyśliła.

Podrapałem się w spalony słońcem kark. Skóra mnie zapiekła, jak przypalana żywym ogniem.

– Dlaczego szkielet?

– O rany. No, nie wiem, jak ci to wytłumaczyć w prostych słowach. Tkanki miękkie rozkładają się z upływem czasu. Dokładny okres rozkładu zależy oczywiście od wielu czynników, między innymi właściwości fizykochemicznych gleby, ale tak czy inaczej na koniec pozostaje sam szkielet. To takie rusztowanie podtrzymujące cały układ mięśniowy i wszystkie organy. U ssaków wykształcił się…

– Mario, przestań pieprzyć! Doskonale wiesz, o co mi chodzi. Szkielet, a nie skremowane kości w urnie, jak we wszystkich innych grobach, które odsłoniliśmy do tej pory? I to złoto? Dlaczego?

– Miałem nadzieję, że ty mi to wyjaśnisz, moja miła. To ty jesteś tu szefową, a ja tylko prostym antropologiem.

– Och, zamknij się już wreszcie!

Pola uklękła i delikatnie dotknęła jednej ze złotych blaszek. Marilles poruszyła się w kącie wykopu.

– Mario… – zaczęła.

Uniosłem rękę do góry.

– Jeszcze nie.

– Ale posłuchaj…

– Nie teraz.

Marilles zgarbiła się.

Przesunąłem się bardziej w lewo, żeby mieć słońce za plecami.

Pola gładziła odsłoniętą os temporale opuszkami palców.

Chrząknąłem.

– Nie chcę zakłócać ci tej podniosłej chwili, ale skoro już zobaczyłaś to cudo, to możesz sobie iść. Bo nam tu jest strasznie gorąco. Chcielibyśmy się już zabrać do roboty.

Pola nie odrywała wzroku od rozciągniętych na ziemi kości.

– Nie zrozum mnie źle. Ale im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy i będziemy mogli pojechać do domu, żeby legalnie napić się zimnego piwa. Bo to, które wziąłem na wykop, tak się nagrzało, że śmierdzi jak uryna nieboszczyka.

Rzuciła mi krótkie spojrzenie, ale nic nie powiedziała.

Przeszedłem na drugą stronę wykopu iostrożnie zlazłem na dół. Wśrodku było jeszcze gorzej niż na górze. Jeśli by ktoś nie wiedział, to tlen wtej dziurze skończył się już kilka godzin temu.

– Bardzo ładne te kości. – Pochyliłem się nad Polą. Poczułem zapach jej rozgrzanej skóry. – Cieszę się, że tobie też się podobają.

– Dlaczego szkielet? Dlaczego inhumacja w samym środku ciałopalnego cmentarzyska?

Wytarłem podkoszulkiem twarz.

– Bo to kobieta.

– Co?

Pola podniosła głowę i popatrzyła mi prosto w oczy.

– Co ty powiedziałeś?

– Powiedziałem: bo to kobieta. To stosunkowo proste zdanie. Mogę ci to też powiedzieć w dwóch innych językach albo narysować za pomocą symboli graficznych.

Wyciągnąłem z kieszeni szpachelkę, przykucnąłem i zacząłem kreślić na dnie wykopu.

Pola zerwała się na równe nogi. Kopnęła ze złością moje arcydzieło.

– Jaka kobieta?

– No… starożytna? Chyba. To ty powinnaś lepiej wiedzieć, z jakiego okresu jest ten szkielet.

Podniosłem się. Spojrzała na mnie groźnie, ale ja tam się nie przestraszyłem. Trudno się przestraszyć, jak ktoś sięga ci czubkiem głowy do ramienia.

– To jest szkielet kobiety?

– A co, nie widać?

Pola odwróciła się do mnie plecami i podeszła do Marilles.

– Proszę cię, opowiedz mi wszystko, co wiesz. Bo z tym głupkiem się dzisiaj nie dogadam.

– Halo! – krzyknąłem. – Nie podważać autorytetu profesora przy studentach.

Marilles pokręciła głową.

– To jest szkielet kobiety – powiedziała. – Ma delikatnie urzeźbione kości czaszki, słabo uwypukloną okolicę nadoczodołową i ostrą górną krawędź oczodołu. – Pochyliła się i pokazała palcem. – Mały wyrostek sutkowaty, delikatny trzon żuchwy i słabo zaznaczone kresy karkowe na kości potylicznej. Tyle widać na razie. Więcej się dowiemy, kiedy odsłonimy miednicę i spojenie łonowe. Ale nie ma wątpliwości. To była kobieta.

Popatrzyła na mnie.

– Mario, chciałam ci jeszcze…

– No i co? Zadowolona jesteś? – spytałem. – Pomyślałem, że się ucieszysz.

– Kobieta. Pochówek szkieletowy. Na samym środku cmentarzyska ciałopalnego. Cmentarzyska, na którym do tej pory znajdowaliśmy samych mężczyzn.

Pola obróciła się w moją stronę.

– Szkielet kobiety obsypany złotem. Dlaczego?

– Już ci mówiłem, że nie mam pojęcia. A wy tu czego? Nie macie nic do roboty?

Na brzegu wykopu ustawiła się gromadka gapiów, którzy odcięli zupełnie dopływ powietrza, ale przy okazji miłosiernie stłumili swoimi ciałami wyjącą muzykę. Jason z przyklejoną do jego ramienia Evą przysunął się tak blisko krawędzi, że jeszcze krok, a poleciałby w dół. Vasıf stał obok niego i gapił się na Ayçę. Ja też nie mogłem oderwać od niej oczu. Dłonie miała ciemnobrunatne od słońca, ale jej stopy, wystające z nogawek spodni znaczonych ciemnymi plamami potu, były śnieżnobiałe, jakby całe życie spędziła na biegunie, a nie w małej wiosce dziesięć kilometrów stąd.

– Tu nie ma nic do oglądania. Do roboty. Sio!

Machnąłem ręką i odgoniłem muchę. Nienawidzę much.

– Idźcie już – powtórzyłem z wysiłkiem.

– Chcemy się czczegoś n-nauczyć – zaprotestował Vasıf.

– No! – poparła go Eva. – Powiedz nam, o co chodzi. Jesteś przecież naszym profesorem.

– Nie ma nic do opowiadania. – Chrząknąłem i odkleiłem język od podniebienia. – Wszystko widać. Szkielet. Kobieta, typ kaukaski, prawdopodobnie. Odsłonięte os frontale, os temporale i os parietale. Z lewej strony. Z prawej jeszcze nie, bo czaszka leży bokiem na ziemi. Widoczna mandibula. – Pochyliłem się z wysiłkiem. – Na oko wszystkie zęby są. Os nasale trochę ułamana, ale to się zdarza. Poza tym czaszka w świetnym stanie. Tu są obojczyki, tutaj kręgi szyjne, a tutaj nasady bliższe kości ramieniowych. Reszta jeszcze nieodkopana, bo musimy najpierw pozdejmować te cholerne blaszki.

Vasıf pomacał zatkniętego za ucho papierosa.

– M-mogę zobaczyć z bb– b… – zaczerpnął tchu – z bliska?

– Skoro musisz. – Wzruszyłem ramionami.

Ześlizgnął się do wykopu. Pochylony nad szkieletem, nie przestawał międlić papierosa za uchem.

– T-to naprawdę kk-kobieta.

– Tak, Einsteinie – westchnąłem. – To naprawdę kobieta.

– Co ona tu robi? – Eva odkleiła się od ramienia Jasona. W ten upał nie przyszło jej to łatwo.

Przewróciłem oczami.

– Jeśli będziecie zadawać więcej takich inteligentnych pytań, to nigdy się nie dowiemy. Może to była dupa jednego z nich.

– Mario, wyrażaj się, do kurwy nędzy – syknęła Pola.

– A jak ja się wyrażam? – zdziwiłem się. – Mówię, jak jest.

– Używaj terminów fachowych.

– No dobra, konkubina. Może to była jakaś konkubina. Ludzie, idźcie już do roboty idajcie nam popracować wspokoju.

Nikt się nie ruszył.

– No dobra – powiedziałem. – Znaleźliśmy pochówek szkieletowy młodej dziewczyny. Przykrytej złotymi blaszkami z… zaraz…

Schyliłem się powolutku i podniosłem jedną z nich.

– Z jakimś wzorkiem.

Pola drgnęła.

– Z wzorkiem?

– Ojej, nie czepiaj się każdego słowa. Z motywem. Z wytłaczanym motywem. Jakiegoś robaka.

Pola wyrwała mi blaszkę z ręki. Przyjrzała się jej uważnie, ustawiając ją pod rozmaitymi kątami do światła. Od rozbłysków rozbolały mnie oczy.

– Motyla. – Podniosła głowę. – To jest motyl.

– To cudownie – burknąłem. – Mamy tutaj kilkanaście ślicznych, złotych motylków, które musimy sfotografować, zaznaczyć na planie, skatalogować i zabrać stąd przed zachodem słońca, bo jeśli zostaną tu na noc, to możemy już teraz się z nimi pożegnać. Więc, jeśli pozwolisz…

– Muszę zadzwonić do Franka. – Wsunęła palce do kieszeni przylegającej ściśle do biodra i próbowała wyłuskać stamtąd komórkę. – Jest szefem. Powinien się o tym jak najszybciej dowiedzieć.

– Poczekaj – powiedziałem. – Powiemy mu razem, wieczorem. Zawsze to przyjemniej zobaczyć na własne oczy, jak go trafia szlag.

– Co?

– Szlag. Za to, że przydzielił ten odcinek tobie, zamiast kopać tu samemu.

Pola pokręciła z niesmakiem głową.

– Jesteś idiotą – stwierdziła. Przyłożyła komórkę do ucha i zmarszczyła w skupieniu brwi.

– Ma-mario.

Marilles. Też się zaczęła jąkać, do cholery?

Obróciłem się. Znowu klęczała na piasku, pochylona nad szkieletem.

– Mario, ja muszę ci coś powiedzieć! Proszę cię!

– Dobra – westchnąłem. – Gadaj.

– Popatrz tutaj.

Pomachała pędzelkiem na wysokości kręgów szyjnych.

Żeby zobaczyć, o co jej chodzi, musiałbym się schylić. Albo nawet uklęknąć.

– A nie możesz mi powiedzieć własnymi słowami?

Marilles zaczerpnęła tchu.

– Kiedy poszedłeś po Polę, to sobie pomyślałam, że…

Odchrząknęła.

– Pomyślałam sobie, że trochę go omiotę i sprawdzę, czy nie ma też takich blaszek pod spodem. No bo jeśli ona miała, ta kobieta znaczy, suknię naszywaną złotymi blaszkami z przodu, to może z tyłu też… Tak sobie w każdym razie pomyślałam.

Spojrzałem na Polę. Właśnie pluła sobie w brodę, że nie wpadła na to pierwsza.

Odwróciłem się do Marilles.

– I dlatego nic nie zrobiłaś, kiedy mnie nie było?

– Zrobiłam! Odgarnęłam ziemię tu z boku, przy obojczykach i przy kręgach szyjnych. Bo dolna część szkieletu jest jeszcze prawie w całości pod ziemią, a tutaj już jest odsłonięta, i pomyślałam, że tak będzie łatwiej sprawdzić…

– Streszczaj się. No i co?

– No i sam zobacz. – Marilles odsunęła się o krok.

Opadłem na kolana. Sięgnąłem po porzucony przez Marilles pędzelek i delikatnie omiotłem kręgi szyjne. Pola nachyliła się nade mną. Studenci przykucnęli na brzegu wykopu i nachylili się nad naszą trójką.

Poczułem, że zaraz trafi mnie szlag.

A potem też to zobaczyłem.

– No, no – powiedziałem. Podniosłem głowę i uśmiechnąłem się z wysiłkiem do Marilles. – No, no. Całkiem nieźle. Gratuluję.

– Co tam jest? – Pola uklękła obok mnie i wyciągnęła do przodu szyję. – Ja nic nie widzę.

Wykonałem jeszcze kilka ruchów pędzelkiem.

– Tutaj – pokazałem. – To są kręgi szyjne, widzisz? Siedem, jak u wszystkich ssaków z wyjątkiem leniwca trójpalczastego.

– To fantastycznie – syknęła Pola. – Konkrety?

– Siedem kręgów – kontynuowałem niezrażony. Nagle zachciało mi się śmiać. Zapragnąłem pojechać do Çanakkale i posiedzieć w barze długo w noc, napić się ohydnego piwa i patrzeć, jak światła statków przesuwają się w ciemnej cieśninie.

– Nie widzisz pierwszego kręgu, bo czaszka w tej pozycji go zasłania – powiedziałem. – To jest drugi kręg – pokazałem palcem – a to trzeci.

– No i?

– No i normalnie u człowieka one tak nie wyglądają.

Dźwignąłem się na nogi, bo mimo katolickiego wychowania kolana miałem nieprzyzwyczajone ibolały mnie od klęczenia.

Pola spojrzała na mnie ze zdumieniem.

– Jak to nie wyglądają? Masz na myśli, że to jakiś cholerny mutant?

– Oj, księżniczko – westchnąłem. – Naoglądałaś się Archiwum X, co? Mam na myśli, że u większości ludzi nie ma na kręgach takich rowków.

Pokazałem palcem.

– To są ślady po nożu – oznajmiłem tryumfalnie.

– Po nożu? – Pola nie zrozumiała.

– Albo po sztylecie. Albo po mieczu. Powiem ci dokładnie, gdy wyjmiemy cały szkielet i obejrzę sobie te nacięcia pod mikroskopem. A jeśli dobrze pójdzie, to powiem ci nawet, czy morderca był prawo – czy leworęczny. Słowo skauta!

Pola powoli odchyliła się do tyłu i usiadła na piętach.

– Tej panience ktoś poderżnął gardło – kontynuowałem radosnym tonem. – Tak mocno, że o mało nie odciął jej głowy.

Pola patrzyła na szkielet w milczeniu. Potem podniosła głowę i spojrzała mi prosto w oczy.

– Wiesz, co to jest? – zapytała.

– Wiem. Szkielet młodej kobiety, prawdopodobnie z końca epoki brązu, pochowanej tuż obok achajskich wojowników. Z poderżniętym gardłem. I obsypanej złotymi blaszkami. No to chyba masz wreszcie swoje sensacyjne odkrycie, nie? Więc jak, dzwonimy po telewizję?

Wyszczerzyłem do Poli zęby.

– Mario, czy ty wiesz, kto to jest?

Wargi jej zbielały, a szczęki miała tak zaciśnięte, że z trudem rozumiałem wypowiadane przez nią słowa.

– Wiesz, kto to jest? – powtórzyła. – To jest Poliksena.

Rozdział 4

Po czwartej poczułem się trochę lepiej. Może pomogło nagrzane piwo, które udało mi się dyskretnie wysączyć w czasie lunchu. Może dobrze mi zrobiła godzinna przerwa. Albo po prostu słońce trochę się zlitowało. Ale cały czas żar lał się z nieba jak… sam nie wiem. Było kurewsko gorąco.

– Dobra, ten profil już jest – powiedziała Marilles.

Wyciągnąłem z wysiłkiem rękę i podałem jej podkładkę z kartami obiektów. Zanotowała numer, obok napisała datę i sygnaturę, przewróciła kilka stron i wpisała te dane do dziennika. Odczepiłem jej rysunek od deski, popatrzyłem na niego pod światło, złożyłem go na pół iwsunąłem między inne papiery.

– Hej, uważaj! – krzyknęła. – Narysowanie tego zajęło mi całe popołudnie.

– Nie martw się – powiedziałem. – Ten profil i tak został spieprzony przez buldożer, więc wątpię, żeby twój rysunek komuś się na coś przydał.

Popatrzyła na mnie przeciągle.

– To po co kazałeś mi go zrobić?

– Żeby był.

Wzruszyła ramionami, apotem wyciągnęła zplecaka aparat.

– Przesuń się – rozkazała. – Nie mogę robić zdjęć, bo mi zasłaniasz.

Odsunąłem się pod jedyną ścianę wykopu, która dawała trochę cienia. Rozgrzana ziemia była nieprzyjemna w dotyku. Marilles pochyliła się nad szkieletem z cichym jękiem i zrobiła jeszcze jedno zdjęcie. Sprawdziła numer na liczniku aparatu i na karcie zabytku.

– Zgadza się – powiedziała po raz kolejny tego dnia.

– Głowa do góry, skarbie. Jeszcze tylko kilka blaszek. Do północy skończymy.

Marilles skrzywiła się, pomasowała sobie okolice krzyża i klapnęła ciężko na ziemię. Była mokra, jakby przed chwilą wylała na siebie wiadro wody.

– Co za cholerny upał. Jakby mi ktoś wcześniej powiedział, że tu będzie taki cholerny skwar.

– Masz kłopoty z pamięcią? Pracujesz w Turcji od trzech lat – przypomniałem jej.

– Nie, nie mam kłopotów z pamięcią. Po prostu mam nadzieję. Spróbuj kiedyś. To może odmienić twoje życie.

– Dzięki – podziękowałem. – Dla mnie to brzmi głupio.

Rzuciła mi krótkie spojrzenie.

– A najgorsze ze wszystkiego są te cholerne muchy. Zaraz mnie zeżrą żywcem.

– To nie rozdrapuj tego strupa na kolanie. Muchy plujki najchętniej składają jaja w otwartych ranach.

Marilles przewróciła oczami, ale cofnęła rękę z kolana.

– Nie mam pojęcia, dlaczego musimy rysować godzinami każdy pieprzony profil, skoro stratygrafia i tak jest zaburzona. I dlaczego musimy oddzielnie fotografować każdą pieprzoną blaszkę, nadawać jej numer i robić dla każdej oddzielną kartę zabytku. Przecież one są wszystkie takie same.

Powachlowała się wilgotną koszulą. Przy każdym ruchu tkanina odklejała się od jej ciała z cichym cmoknięciem.

– Uważaj, jak się wyrażasz – powiedziałem.

– Ty mi zwracasz uwagę, Mario? Ty?

– Mnie to nie przeszkadza, ślicznotko, ale szefowej pewnie tak.

– Przecież jej tu… – Marilles zerwała się i wystawiła głowę z wykopu. – Cholera, idzie – szepnęła. – Skąd wiedziałeś?

– Moja miła, nasza piękna szefowa jest jedyną osobą w tym gronie, która uważa, że warto marnować perfumy po pięćdziesiąt euro za butelkę, żeby mieć lepsze samopoczucie w pracy. A my siedzimy z wiatrem.

Wystawiłem głowę z wykopu. Pola wspinała się w naszym kierunku, kopiąc po drodze kamyk. Za nią sapał jeden z robotników, ten z archimorficzną czaszką. Najwyraźniej plastikowa skrzynka, którą trzymał w ramionach niczym ukochane niemowlę, strasznie mu ciążyła. Teren wykopalisk już opustoszał. W podnóża pagórka wykopaliskowa łada wietrzyła się ze wszystkimi drzwiami otwartymi na oścież, włączonym silnikiem i przekręconą do oporu starożytną klimatyzacją. Eva odparzała sobie tyłek na skajowej tapicerce z tyłu, a Jason ładował do bagażnika ostatnie skrzynki z narzędziami. Vasıf opierał się łokciem o metalową ramę okna od strony kierowcy, a jego squama frontalis lśniła od potu. Na moje oko metal musiał mieć ze sto stopni. Jason trzasnął z całej siły klapą, odwrócił się i pomachał w naszym kierunku. Odpowiedziałem mu tym samym. Vasıf wcisnął pedał gazu i łada potoczyła się pylistą drogą.

– A teraz zagadka – mruknąłem. – Będziemy tu dzisiaj siedzieć do północy czy skończymy przed wschodem księżyca?

– Co mówisz, szefie? – spytała Marilles.

– Nic. A wracając do twojego pytania… o ile to w ogóle było pytanie. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego musimy tracić czas na idiotyczne i kompletnie bezużyteczne fotografowanie każdej pieprzonej blaszki. Niech no pomyślę. Może dlatego, że to polecenie szefowej?

Przeciągnąłem się i rozprostowałem nogi. Kilka grudek ziemi oderwało się od ściany wykopu i poleciało mi za kołnierz. Chciałem je wytrząsnąć, ale udało mi się je tylko rozmazać na mokrych od potu plecach.

– Ty nie wiesz, dlaczego? – spytała Marilles.

– Ja tego nie muszę wiedzieć. Wy tak. Przynajmniej, dopóki nie zaliczycie wszystkich egzaminów i nie posadzicie waszych ślicznych pupek na ciepłych uniwersyteckich posadach. Wtedy będziecie mieć studentów od pamiętania takich rzeczy.

– Musimy mieć pełną dokumentację – wtrąciła Pola. Podeszła do krawędzi wykopu i całkowicie niezgodnie z zasadami sztuki, usiadła na samym brzegu, spuszczając do środka nogi.

– Oczywiście, cholera. Patrzcie no państwo, zapomniałam – powiedziała z goryczą Marilles. Zgięta w pół na różowym wiaderku delikatnie podważała kolejną blaszkę krawędzią drewnianej łopatki, takiej samej, jakiej większa część ludzkości, używa do gotowania.

Sięgnąłem po butelkę wody opartą o ścianę wykopu i z obrzydzeniem zarejestrowałem przeciągły syk, który wydobył się z szyjki po odkręceniu zakrętki, chociaż woda była bez gazu. Zajrzałem do środka, zakręciłem i odstawiłem.

– Nie czytasz kryminałów? – spytałem. – Nie wiesz, że trzeba wszystko zadokumentować, zanim się zabierze trupa?

– Ten trup ma trzy tysiące lat. Co najmniej. I leży w wykopie, który został już wcześniej rozjechany przez buldożer.

Podniosłem ręce do góry.

– Powiedz to szefowej. Ja tu tylko jestem od oglądania kości i pilnowania studentów, żeby po nocnych imprezach nie zasypiali w wykopie.

Marilles wytarła rogiem podkoszulka twarz.

– Ciekawe – powiedziała. – I tylko dlatego Pola cię tu ściągnęła?

– Coś w tym rodzaju. – Pola kiwnęła głową w kierunku robotnika, który postawił skrzynkę w pyle u jej stóp. – Mario, spójrz jeszcze na te kości, jeśli łaska. To z urny w A28/35.

– Nie mogę później? – Skrzywiłem się. – W domu?

Nie raczyła mi odpowiedzieć.

Pogrzebałem w skrzynce i wyciągnąłem z niej na chybił trafił trzy kawałki kości, żaden nie większy od pudełka zapałek.

– Dobra, ale pamiętaj księżniczko, że robię to tylko dla ciebie. Masz tu fragment górnej krawędzi lewego oczodołu z kawałkiem glabelli, część skalistą kości skroniowej i fragment kości potylicznej z guzowatością potyliczną zewnętrzną. Mówiąc językiem, który i ty możesz zrozumieć, moja śliczna, ten facet był krępej budowy i miał masywną czaszkę, a kark jak byk. Taki starożytny paker, sama rozumiesz.

– Jesteś pewien? – Zabrała mi z ręki kości i włożyła je z powrotem do skrzynki.

– Absolutnie. Możesz dać to do publikacji. W tej właśnie formie.

Wydęła wargi, ale widać upał jej też odebrał ochotę do kłótni.

– Gdzie moja cola? – spytałem.

– Vasıf już jedzie.

– Mam nadzieję, że tym razem uda mu się nie zgubić na tych polach. Jak na człowieka, który urodził się dwie wsie stąd ma naprawdę kiepską orientację w terenie.

Strasznie mnie swędziało między łopatkami. Podniosłem z ziemi szpatułkę, której Marilles używała do podważania blaszek, i podrapałem się po plecach. Zaszczypało jeszcze bardziej.

– A powiedziałaś mu, żeby wyciągnął puszki z głębi lodówki, a nie z brzegu?

– Nie. Ale zatrudniamy tu samych bystrych młodych ludzi. Powinien sobie poradzić.

Pola przysunęła zakurzoną plastikową skrzynkę, w której ustawione szeregiem, prężyły się papierowe torebki z zarejestrowanymi, sfotografowanymi i narysowanymi blaszkami. Wyciągnęła kawałek złota i położyła sobie na dłoni.

Podszedłem bliżej i stanąłem z boku.

– Ładna, nie?

Pola podniosła oczy.

– Ładna? – spytała.

– No, ładna – powtórzyłem. – A co? Nie podoba ci się?

– Wiesz co, Mario? To chyba największy banał, jaki słyszałam w tym roku. Ale nie ustawaj w wysiłkach. Mamy przecież dopiero lipiec.

– Cha, cha. – Obraziłem się.

– Dla ciebie ta blaszka jest po prostu ładna? Ładna?!

Problem z Polą polega na tym, że kiedy się nakręci, to nie może przestać.

– Przecież to sensacja. Najbardziej sensacyjne odkrycie archeologiczne roku, i to nie tylko na terenie Turcji, ale może i na całym świecie.

– No to trafisz na pierwsze strony gazet – burknąłem. – A mamy przecież dopiero lipiec.

Pola spojrzała na mnie z góry.

– Odpieprz się, dobrze?

– Do usług, madame. Ja zresztą i tak jestem tu tylko wyrobnikiem. Antropologiem. To taki facet od badania kości, wiesz? Który po robocie wraca do domu, bije żonę, żłopie piwsko i ściąga z internetu pornosy.

– A ty wiesz – westchnęła Pola – że czasami potrafisz być strasznie prymitywny?

– Taki już mój męski urok.

Marilles za naszymi plecami wstała i odrzuciła głowę do tyłu. W jej karku coś trzasnęło, jak zeschła gałąź.

Pola popatrzyła na nią, jakby dopiero teraz zauważyła jej obecność.

– Gdzie jest Ayça? – spytała.

Wyjąłem z jej ręki blaszkę, wsunąłem do torebki i starannie umieściłem we właściwym miejscu w pudełku.

– Mario! – Pola szturchnęła mnie w bok. – Czy ty jesteś głuchy? Pytałam, gdzie jest Ayça.

– Nie wiem – powiedziałem.

– Jak to nie wiesz?

– Normalnie. Nie wiem. Skąd mam wiedzieć? Nie jestem jej ojcem. Zresztą może on też nie wie.

Przesunąłem skrzynki trochę dalej od krawędzi wykopu.

Pola złapała mnie za rękę.

– Ayça jest pod twoją opieką.

– Nie przesadzaj. Ona ma co najmniej dwadzieścia jeden lat.

Pola przesunęła dłonią po włosach.

– Mario do cholery, gadaj ze mną normalnie, bo zaraz zwariuję. Ayça jest twoją asystentką, pracuje z tobą od początku w tym wykopie. Dzisiaj rano tu była. Co się stało?

– Nie wiem – stwierdziłem. – Dzisiaj rano tu była. Teraz jej nie ma.

– Kurwa, nie dogadamy się! Sama się dowiem.

Pola wyszarpnęła komórkę z kieszeni obcisłych dżinsów.

– Cholera, znów nie ma zasięgu.

Podniosła się.

Marilles ciężko usiadła na ziemi. Podniosła głowę i popatrzyła na Polę.

– Poczekaj – powiedziała. – Nie dzwoń do niej.

– A to dlaczego? – zdziwiła się Pola.

– Ona nie będzie z tobą rozmawiać.

Pola powoli przykucnęła na krawędzi wykopu i pochyliła się nad Marilles.

– Możesz mi powiedzieć, o co tu właściwie chodzi?

Marilles wstała i otrzepała siedzenie spodni.

– Ona… Ayça już tu nie będzie pracować. Rodzice jej zabronili.

– Jak to: zabronili? Nagle? Przez dwa tygodnie jej pozwalali i właśnie teraz zabronili? Dzisiaj, wczasie przerwy obiadowej?

Marilles pokręciła głową.

– Oni nie wiedzieli, że Ayça tutaj pracuje. Myśleli, że znalazła sobie jakieś zajęcie na lato w Çanakkale.

– Ale dlaczego ona im nic nie powiedziała?

Marilles spuściła wzrok.

– A możesz mi chociaż powiedzieć, dlaczego nie pozwalają jej tu pracować?

– Sama się zastanów – wtrąciłem się. – Szczątki ludzkie. Odkopujemy je, rysujemy, pakujemy do pudełek, wysyłamy do muzeum. Elementarny brak szacunku.

– Brak szacunku? Przecież nie karmimy nimi psów, do cholery!

– Nie drzyj się tak, bo za chwilę zwieją jeszcze robotnicy i zostaniemy tu sami. Dla tradycyjnej rodziny muzułmańskiej to brak szacunku. Dla ciebie to badania archeologiczne. Inny światopogląd, rozumiesz? Jesteś naukowcem, sama sobie wyciągnij wnioski.

– Dobra. Rozumiem. – Pola opuściła ręce. – Ayça nie musi odkopywać szkieletów. Może katalogować drobne znaleziska.

Podniosła do ucha telefon.

– Na tym cholernym wykopie nie ma zasięgu.

– Allaaaaaaaaaa! – rozdarł się nagle muezin. Nawet z odległości ponad kilometra słychać go było, jakby stał tuż obok. Głośnik na minarecie w Yeniköy strasznie chrypiał. Powinni się szarpnąć na nowy.

Popatrzyłem na kłąb kurzu zbliżający się polną drogą.

– Wraca Vasıf.

Pola podniosła głowę.

– Tak szybko? To znaczy, że jednak się zgubił…

Urwała. Muezin nagle ucichł i słychać było tylko szum wiatru.

– To nie jest Vasıf – powiedziałem po chwili. – Vasıf zazwyczaj nie jeździ…

Gołębioszara limuzyna była długa, obła i bardzo czysta. Zatrzymała się u podnóża pagórka. Kurz powoli opadł. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo, a potem z limuzyny wyskoczył kierowca, obiegł pojazd dokoła iotworzył drzwi od strony pasażera.

Wypuściłem powietrze z płuc. Żeby nie było nieporozumień: zdarzyło mi się już parę razy w życiu widzieć luksusowe auto. Ale raczej w mieście, jeszcze nigdy na takim zadupiu.

Facet, który wysiadł z limuzyny, miał na sobie doskonale skrojony letni garnitur. Cenę samego krawata szacowałem na jakieś trzy czwarte moich rocznych dochodów. Jego buty lśniły radośnie w promieniach palącego słońca.

Staliśmy tak i gapiliśmy się, a facet w garniturze, za który mógłbym kupić całkiem przyzwoity, choć używany samochód, zaczął się wspinać na szczyt pagórka. Przysięgam, że nie widziałem na jego twarzy nawet jednej kropli potu.

– To cyborg – szepnęła za moimi plecami Marilles.

– No. – Kiwnąłem głową. – Jak Arnold w Terminatorze.

– Nie, raczej jak Rutger Hauer w Łowcy robotów. Też miał jasne włosy i taką kwadratową szczękę…

– No, albo Data ze Star Treka. Też miał taką nieruchomą gębę.

– Cicho! Idzie tu!

But Poli znajdował się dokładnie na wysokości moich nerek i tam właśnie wylądował. Więc się zamknąłem.

– Nie chcę, żeby zobaczył…

Zerwała się z ziemi, otrzepała zakurzone dżinsy i zrobiła kilka kroków w kierunku Przybysza z Obcych Stron. Wygramoliłem się z wykopu i poszedłem za nią.

– Doktor Mor, Profesorze Jebl. – Alien wyciągnął rękę. Z trudem pohamowałem odruch wytarcia mojej najpierw w spodnie. – Jestem Howard Griffin.

Jego czaszka była prawie idealnie symetryczna, zjawisko, które właściwie w przyrodzie nie występuje. Miał wszystkie cechy diagnostyczne dla płci męskiej. Innymi słowy: tak przystojnego faceta jeszcze wcześniej na żywo nie widziałem. Zawsze myślałem, że do stworzenia czegoś takiego potrzeba nie zygoty, tylko photoshopa.

– Witamy, panie Griffin. – Pola robiła wszystko, żeby zachować powagę, i nawet nieźle jej to wychodziło. – Co pana do nas sprowadza?

– Marzyłem, żeby panią poznać, doktor Mor. I pana oczywiście też, profesorze Jebl.

– Ybl – poprawiłem go.

Nawet na mnie nie spojrzał. Oczy o barwie i z pewnością także właściwościach technicznych diamentów świdrowały Polę.

Pola posłała mu swój najbardziej czarujący uśmiech. Uciekaj, pomyślałem. Po co ci to, kolego? Wsiadaj do swojej limuzyny i spieprzaj, nie oglądając się za siebie. Póki jeszcze możesz.

– Cieszę się, że pana marzenie się spełniło. A teraz, o ile nie ma pan innych marzeń, pozwoli pan, że się pożegnamy. Mamy sporo pracy.

Pola wyciągnęła do niego rękę, która Griffin niespodziewanie podniósł do ust i pocałował. Na twarzy Poli odmalowała się rozterka, czy ma go walnąć lewym prostym w żołądek, czy zacząć uroczo chichotać.

– Doktor Mor. – Griffin podniósł głowę i znowu zatopił wzrok w oczach Poli. – Naprawdę cieszę się, że mogłem tu przyjechać. To niezwykły widok, państwo przy pracy, dokonujący w mozole wiekopomnych odkryć, które niewątpliwie zapiszą się na kartach światowej nauki. To, w jaki sposób każdym ruchem łopaty odsłaniacie przeszłość i nasze wspólne kulturowe dziedzictwo…

– Panie Griffin – powiedziała Pola wolno – zostawmy może ten temat.

– Dlaczego? Wiem, że to dla państwa chleb codzienny, ale dla mnie…

– Ponieważ nie ma pan o tym zielonego pojęcia i to, co pan mówi, brzmi strasznie głupio.

Opuściłem głowę i przyjrzałem się badawczo swoim brudnym butom.

Griffin spoważniał.

– Proszę mi wybaczyć – powiedział. – Ponieważ była pani zbyt zajęta, żeby rozmawiać przez telefon, jestem tu osobiście.

– A – zajarzyłem. – Więc to pan jest tym palan… tym facetem, który dzwonił dzisiaj rano.

Skinął lekko głową w moją stronę.

– Rano dzwonił pan z Ameryki, a po południu jest pan na zachodnim wybrzeżu Turcji. No, no. To chyba cud, nie? O ile mi wiadomo, concordy już nie latają.

Chociaż nie dam głowy, czy facet nie ma jednego w prywatnym garażu.

– Dzwoniłem z samolotu.

– Z samolotu?

– Tak, profesorze Jebl. Skorzystałem z urządzenia, które nazywa się telefon satelitarny. Może kiedyś miał pan okazję zetknąć się z czymś takim.

Zlekceważyłem gejzer jego dowcipu.

– Ybl. A jakim cudem dostał się pan tu tak szybko z Istambułu? To sześć godzin jazdy.

– Wylądowałem w Çanakkale. To tylko pół godziny jazdy.

– Ale w Çanakkale nie lądują samoloty międzynarodowych linii.

– Mój tak.

Hmmm.

– No dobrze – ustąpiła Pola – niech będzie. Przyleciał pan aż z Ameryki prywatnym samolotem, żeby zawracać mi głowę na wykopaliskach. Mam nadzieję, że ma pan naprawdę ważny powód.

– Mam. Przekona się pani.

Pola rozejrzała się dokoła. Podążyłem za jej wzrokiem. Marilles wróciła do pracy przy szkielecie, ale byłem gotów założyć się o równowartość skarpetek Griffina, że nastawia uszy, jak najczulsze anteny programu SETI.

– Mam nadzieję – powiedziała Pola. – W porządku. Usiądę z panem na pół godziny.

– Pola! – Pociągnąłem ją za łokieć. – Już prawie szósta, a mamy jeszcze…

– Doktor Mor – przerwał mi Griffin. – Chciałbym otrzymać więcej pani uwagi, niż może mi pani poświęcić tutaj, w tej temperaturze i w tych warunkach.

Obrzucił krótkim, ale wiele mówiącym spojrzeniem plastikowe kontenerki po coca-coli, robiące za taborety nad brzegiem wykopu.

– Obawiam się, że to nie będzie możliwe – stwierdziła Pola tonem, od którego temperatura spadła nagle o kilkanaście stopni, zupełnie jak na tym filmie, kiedy piloci zamarzają w powietrzu i spadają z helikopterem, i…

– …w hotelu Tusan w Güzelyalı. Byłbym zaszczycony, gdyby zechciała pani przyjąć dzisiaj moje zaproszenie na kolację.

– Dziś wieczorem jestem zajęta.

– Wobec tego jutro. Będzie mi miło, jeśli zechce pan do nas dołączyć, profesorze Jebl.

– Ybl.

– Jutro też – powiedziała Pola. – Podobnie jak pojutrze, popojutrze oraz do końca całego sezonu wykopaliskowego.

– Czy jutro o wpół do ósmej będzie pani odpowiadać? Przyślę po panią samochód.

– A jakiej marki jest pana limuzyna? – nie wytrzymałem i zapytałem.

Pola rzuciła mi groźne spojrzenie.

– Maybach – odpowiedział spokojnie Griffin. – Model 62. Trzeba na niego czekać kilka miesięcy, ale warto. Gdyby był pan zainteresowany kupnem, proszę dać mi znać, mógłbym szepnąć słówko dyrektorowi koncernu.

– Och, naprawdę? – Ucieszyłem się. – Panie Griffin, nie wiem, jak mam panu dziękować.

Pola kopnęła mnie boleśnie swoim ciężkim buciorem wkostkę.

– Panie Griffin.

Uniosła głowę, skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała mu prosto w oczy. Na szyi miała czarne pasy kurzu, a na nosie kropelki potu.

– Panie Griffin – powtórzyła Pola. – Jesteśmy tu wszyscy bardzo zajęci i nie możemy poświęcić panu czasu, o który pan prosi. Po krótkim zastanowieniu dochodzę do wniosku, że w ogóle nie mogę poświęcić panu czasu. Nawet pięciu minut. Więc proszę się pożegnać i znikać. Teraz.

Bardzo chciałem zobaczyć, jak facet, dla którego nawet lotnisko w Çanakkale nagina swoje przepisy, reaguje na niegrzeczną odmowę. Ale nic nie zobaczyłem. Howard Griffin tylko się uśmiechnął.

– Doktor Mor. – Zrobił krok naprzód i ujął Polę za rękę. – Myślę, że nie chce się pani ze mną spotkać, ponieważ nie wie pani, co mam do powiedzenia. Wierzę, że zmieni pani stanowisko, kiedy pozwoli mi pani wyjaśnić, o co chodzi.

– Wątpię – powiedziała lodowato Pola.

– A ja, ani przez chwilę.

– Jeśli ma pan kłopoty ze słuchem, Pola chętnie powtórzy jeszcze raz – wtrąciłem. – Wystarczy ładnie poprosić.

Na twarzy cyborga nie drgnął żaden muskuł. Griffin wsunął dłoń za klapę swojego nieskazitelnego garnituru i wyjął wizytówkę. Na marynarce nie pojawiło się żadne wybrzuszenie. Poprosiłbym go o adres krawca, gdybym się nie obawiał, że będę musiał wystąpić o grant komisji europejskiej, żeby móc zamówić sobie chociażby parę takiej jakości kalesonów.

– Proszę na to spojrzeć.

Pola nie zareagowała i stała nadal z rękami założonymi na piersiach. Griffin odwrócił się i popatrzył na mnie, ale ja wzruszyłem tylko ramionami. Niech sobie radzi sam.

Griffin pozwolił cieniowi irytacji przemknąć po swojej twarzy, ale trwało to tylko ułamek sekundy.

– Dostałem pani numer od profesora… – Zerknął na kartonik. – Profesora Hubera.

Pola wzięła głęboki wdech i oblizała wargi.

– Bardzo się cieszę. I co z tego?

– Sugerował, że zajmie się pani mną w odpowiedni sposób. Może na początek mogłaby mnie pani oprowadzić po wykopaliskach. Państwa praca jest taka fascynująca.

Rozłożył ramiona. Może liczył na to, że rzucimy mu się w objęcia.

Pola spojrzała w niebo, potem w ziemię. Nie doczekała się odpowiedzi, więc zerknęła na mnie. Udałem, że oglądam limuzynę Griffina.

– Panie Griffin, z całym szacunkiem…

Jej głos był zmęczony.

– Cieszę się, że profesor Huber wspomniał panu o mnie. Ale…

– Myślę, że powinieneś stąd już spadać, kolego – powiedziałem.

Pola odwróciła głowę w moją stronę. Otworzyła szeroko oczy. I usta. Za to Griffin nawet nie drgnął.

– Widzisz, że dziewczyna jest zmęczona. Wszyscy mamy za sobą ciężki dzień. Wypadałoby okazać trochę szacunku.

– Mario!

– Ludzie tu pracują. W pocie czoła. Bez klimatyzacji, limuzyn i jak sam pan widzi, także bez eleganckich garniturów. Za to od rana do nocy. Nie można tak wpadać bez uprzedzenia i przeszkadzać. To nieładnie.

– Mario, do cholery!

Pola złapała Griffina za ramię i odciągnęła na bok.

– Proszę wybaczyć, ale pożegnam się już z panem. Miło było mi pana poznać.

Wyciągnęła z wahaniem rękę.

– Czy to znaczy, że nie mogę liczyć na pani czas?

Pola wzruszyła ramionami.

– Do widzenia, panie Griffin.

Ucałował jeszcze raz dłoń Poli, nadał twarzy wyraz smutnego spaniela i obrócił się na pięcie.

– Strzałka! – zawołałem za nim. Nie chciałem być niegrzeczny.

Nawet nie spojrzał w moją stronę.

Rozdział 5

Wieś, w której wynajmowaliśmy dom, była mała i śmierdziała końskim łajnem. Trudno powiedzieć, czy istniał tu jakiś plan zabudowy, bo domy odwracały się tyłem od głównej drogi wiodącej prosto do szlabanu i budki strażnika, które strzegły wjazdu do Troi. Od tej strony, za małym placykiem, gdzie podczas najbardziej upalnych godzin rozkładali swoje stragany sprzedawcy pamiątek, przy drodze przycupnęły dwa hoteliki wraz z knajpami. Z pewnością miały jakieś nazwy, ale nikt nie wiedział jakie, i oba przybytki funkcjonowały pod imionami ich właścicieli: Urana i Mustafy. Dla mnie stanowiły przede wszystkim źródło lodowatego piwa, chociaż ceny były obliczone raczej dla turystów, nie na kieszeń naukowych szaraczków.

Od placyku z pamiątkami odchodziła mniej więcej prostopadle kolejna ulica, która kilkadziesiąt metrów dalej rozszerzała się nagle na ostrym zakręcie, służąc za wiejskie centrum, z obowiązkowym çayhane w budynku, który wyglądał jak opuszczona szkoła lub zakład karny. Dalej droga biegła prosto do meczetu, mijając mały sklepik i nasz dom. I to było już właściwie wszystko. Od głównej arterii odbijały jeszcze dwie czy trzy boczne uliczki, ale większość z nich prowadziła do zagród z kozami. Miejscowa architektura była silnie zdominowana przez szare, betonowe pustaki, kanciaste słupy i sterczące z dachów druty, chociaż tu i ówdzie zdarzały się komórki kryte strzechą. Tylko meczet i çayhane wyglądały, jakby je co roku odnawiano, za każdym razem w cukierkowych kolorach, których widok przyprawiał o ból zębów. Nawet gdybym się starał, nie zdołałbym znaleźć kwatery w bardziej przygnębiającym miejscu.

Byłem prawdziwym dżentelmenem. Najpierw otworzyłem przed nią drzwiczki samochodu. Później przepuściłem ją w drzwiach przesłoniętych poobrywanymi paskami we wszystkich kolorach tęczy. Szedłem za nią wąskimi schodami, pnącymi się między filarami z nieotynkowanych pustaków, które utrzymywały ciężar pierwszego piętra wbrew prawom fizyki. Na górze jeszcze raz pokazałem się od najlepszej strony i nacisnąłem przed Polą klamkę plastikowych drzwi. Ze stertą dokumentów, które musiała przytrzymywać brodą, i torbą z narzędziami przyciśniętą do podołka, prześlizgnęła się między mną a framugą.

Poszedłem prosto do mojej klitki i zwaliłem plecak na podłogę. Wyciągnąłem spod łóżka walizkę, która służyła mi za szafę, a z niej podkoszulek. Obejrzałem go pod światło. Nie był za czysty, ale lepszego nie miałem. Rzuciłem go na niezaścielone łóżko, uchyliłem drzwi i ostrożnie wystawiłem głowę na korytarz.