Wydawca: Muza Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 360 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ofiara - Pierre Lemaitre

NOWA KSIĄŻKA FRANCUSKIEGO MISTRZA KRYMINAŁU, autora, który nie lubi happy endów i pisze tylko takie książki, które chciałby sfilmować Alfred Hitchcock.

Mierzący zaledwie 145 cm wzrostu paryski komisarz Camille Verhoeven jest diabelnie inteligentny, odważny i bezkompromisowy.

Znają go już polscy czytelnicy z poprzedniej powieści Alex. Teraz, dzięki ekranizacji książki, poznają go także miliony widzów.

Reżyserem i producentem jest James B. Harris (Czarna Dalia, Lolita, Ścieżki chwały). Zdjęcia mają zakończyć się jeszcze w 2014 roku.

Cztery lata po tragicznej śmierci żony w życiu komisarza Verhoevena niespodziewanie pojawia się nowa kobieta i nowa miłość.

Niestety, wkrótce zostaje brutalnie pobita, gdy przypadkowo staje się świadkiem napadu rabunkowego.

By móc samodzielnie prowadzić śledztwo, Verhoeven używa podstępu, łamiąc przy tym wszelkie zasady, za co grozi mu komisja dyscyplinarna i usunięcie z policji.

Choć Ofiara rozpoznaje sprawców, ich ujęcie wcale nie jest proste. Komisarz ze zdziwieniem odkrywa, że wskazani przestępcy nie są faktycznymi sprawcami, a sama Ofiara nie jest osobą, za którą się podaje.

Dlaczego kobieta pojawiła się w życiu komisarza? Jaką rolę odegrała w całej sprawie?

Pierre Lemaitre - francuski pisarz i scenarzysta, mistrz francuskiego kryminału. Jego trzy książki, które ukazały się w Muzie, zdobyły wiele nagród:

 

"Ślubna suknia" - główna nagroda czytelników Goutte de Sang d'encre, Wiedeń 2019; "Zakładnik" - nagroda za europejski kryminał roku 2010 -Prix du polar européen 2010;  "Alex" - nagroda CWA International Dagger 2013. Pierre Lemaitre został także w 2013 laureatem Nagrody Goncourtów.

Opinie o ebooku Ofiara - Pierre Lemaitre

Fragment ebooka Ofiara - Pierre Lemaitre

Tytuł oryginału: Sacrifices

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja:Maria Braunstein

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Mariola Hajnus

Zdjęcie na okładce

© Giovan Battista D’Achille/Trevillion Images

© Editions Albin Michel – Paris 2012

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014, 2017

© for the Polish translation by Joanna Polachowska

ISBN 978-83-7758-716-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

Dla Pascaline

Dla Cathy Bourdeau za jej wsparcie, z przyjaźnią

Przeczuwamy ledwie jedną setną tego, co nas spotyka.

Nie wiemy, jaka cząstka nieba płaci za całe to piekło.

William Gaddis, The Recognitions

DZIEŃ PIERWSZY

10.00

Za przełomowe uważa się takie wydarzenie, które wywraca do góry nogami twoje życie. Camille Verhoeven przeczytał to parę miesięcy temu w artykule „Przyspieszenie historii”. Takie zdarzenie – decydujące, wstrząsające, nieoczekiwane, zdolne postawić w stan najwyższej gotowości twój system nerwowy, rozpoznajesz natychmiast pośród innych życiowych zdarzeń, ponieważ ma ono w sobie specyficzną dynamikę i intensywność; gdy do niego dochodzi, od razu wiesz, że będzie miało ono dla ciebie olbrzymie konsekwencje, że to, co cię właśnie spotyka, jest nieodwracalne.

Na przykład trzy strzały z broni palnej oddane do kobiety, którą kochasz.

To właśnie spotka Camille’a.

I nieważne, że tego dnia uczestniczyłeś – tak jak on – w pogrzebie najbliższego przyjaciela i czujesz, że tego dnia swoje już odcierpiałeś. Dla przeznaczenia to żaden argument, z powodzeniem może przybrać postać zabójcy uzbrojonego w obrzyn mossberg 500, kaliber 12.

No i teraz pytanie, jak zareagujesz. W tym cały problem.

Bo jesteś do tego stopnia osłupiały, że twoja pierwsza reakcja najczęściej bywa czysto instynktowna. Jak na przykład wtedy, gdy, zanim padną te trzy strzały, kobieta, którą kochasz, zostaje dosłownie zmasakrowana, a potem wyraźnie widzisz, jak zabójca z suchym trzaskiem ładuje broń i składa się do strzału.

To pewnie w takich właśnie momentach ujawniają się ludzie niezwykli, tacy, którzy w złych okolicznościach potrafią podejmować dobre decyzje.

Ale jeśli jesteś zwykłym człowiekiem, bronisz się, jak możesz. I często w obliczu takiego wstrząsu skazany jesteś na zbyt pochopną lub błędną ocenę sytuacji, jeśli nie wręcz na całkowitą bezsilność.

Gdy masz już swoje lata lub gdy spotkało cię w życiu coś równie porażającego, sądzisz, że jesteś uodporniony. Tak było w przypadku Camille’a, którego pierwsza żona została zamordowana; potrzebował lat, żeby podnieść się po tym kataklizmie. Kiedy przeżyłeś podobny horror, myślisz, że nic gorszego nie może cię spotkać.

To pułapka.

Ponieważ przestałeś się mieć na baczności.

Dla przeznaczenia, które ma nieomylne oko, to najlepszy moment, żeby cię dopaść.

I przypomnieć ci o niezawodności przypadku.

Anne Forestier wchodzi do galerii Moniera chwilę po jej otwarciu. Główny pasaż jest prawie pusty, unosi się w nim jeszcze silna woń detergentów, sklepy powoli się otwierają, sprzedawcy wystawiają stoiska z książkami, z biżuterią, stelaże z towarami.

Wzniesiona w dziewiętnastym wieku w dolnym odcinku Champs-Elysées galeria mieści eleganckie butiki, sklepy z materiałami piśmiennymi, z galanterią skórzaną, antykwariaty. Pokrywa ją szklany dach; unosząc w górę oczy, uważny przechodzień wypatrzy mnóstwo detali art déco, fajansowych ozdób, gzymsów i małych witraży. Również Anne, gdyby chciała, mogłaby je podziwiać, ale, co sama chętnie przyznaje, nie należy do rannych ptaszków. I o tej porze cuda architektury, detale i plafony nie są jej głównym zmartwieniem.

Przede wszystkim musi się napić kawy. Bardzo mocnej.

Bo tego ranka Camille, który w przeciwieństwie do Anne należy do rannych ptaszków, jak na złość nie spieszył się ze wstaniem z łóżka. Anne natomiast nie bardzo była w nastroju. Odrzuciła więc z uśmiechem awanse Camille’a – a nie zawsze łatwo jest się oprzeć jego gorącym dłoniom – wymknęła się pod prysznic i zapomniała o wcześniej zaparzonej kawie, wycierając włosy, wróciła do kuchni, gdzie kawa zdążyła już ostygnąć, w ostatniej chwili złapała jedno ze swoich szkieł kontaktowych ledwie kilka milimetrów od otworu w umywalce…

A potem zrobiło się późno i trzeba było już wyjść. Na czczo.

Zjawiwszy się kilka minut po dziesiątej w pasażu Moniera, siada na tarasie kawiarni – nieopodal wejścia – w której jest pierwszą klientką. Ekspres do kawy dopiero się rozgrzewa, Anne musi cierpliwie czekać, aż zostanie obsłużona, a jeśli co chwila spogląda na zegarek, to nie dlatego, że jej się spieszy. To z powodu kelnera. Próbuje go zniechęcić. Bo kelner, czekając, aż ekspres się rozgrzeje, i nie mając nic innego do roboty, usiłuje nawiązać rozmowę. Przeciera sąsiednie stoliki, spogląda na nią spod oka i niby nic, okrążenie za okrążeniem, podchodzi coraz bliżej. Jest to wysoki, chudy, przemądrzały blondyn z tłustymi włosami; w miejscach turystycznych często się takich spotyka. Kiedy skończył ostatnie okrążenie, staje obok niej, z jedną ręką na biodrze i z pełnym zachwytu westchnieniem, wyglądając na zewnątrz, wygłasza swoją przygnębiająco banalną opinię na temat dzisiejszej pogody.

Kelner to kretyn, acz niepozbawiony gustu – czterdziestoletnia Anne jest nadal atrakcyjną kobietą. Delikatna brunetka o pięknych jasnozielonych oczach i urzekającym uśmiechu… Kobieta doprawdy olśniewająca. Z dołkami w policzkach. O powolnych miękkich ruchach, kobieta, do której ręce się same wyciągają, gdyż wszystko w niej – piersi, pośladki, mały brzuszek, uda – wydaje się krągłe i jędrne, i rzeczywiście jest krągłe i jędrne, można dla niej naprawdę stracić głowę.

Ilekroć Camille o tym pomyśli, zadaje sobie pytanie, co taka kobieta przy nim robi. On ma pięćdziesiąt lat, jest prawie całkiem łysy, ale przede wszystkim, przede wszystkim ma metr czterdzieści pięć wzrostu. Dla porównania: to wzrost mniej więcej trzynastoletniego chłopca. I, by uciąć dalsze spekulacje, powiedzmy od razu, że Anne nie jest wysoka, ale jednak o dwadzieścia dwa centymetry od niego wyższa. Prawie o głowę.

Anne reaguje na awanse kelnera czarującym uśmiechem, mówiącym wyraźnie: spadaj (kelner kiwa głową, że zrozumiał), i wypiwszy kawę, rusza pasażem Moniera w kierunku ulicy Georges-Flandrin. Kiedy jest już prawie na końcu pasażu, sięga ręką do torebki, prawdopodobnie po portfel, i czuje coś mokrego. Palce ma całe w atramencie. Cieknące pióro wieczne.

Dla Camille’a właściwa historia zaczyna się od tego pióra. Czy też od faktu, że akurat tego właśnie, a nie innego poranka Anne postanowiła wybrać się do tej właśnie, a nie innej galerii itd. Suma zbiegów okoliczności niezbędnych, by doszło do nieszczęścia, jest wręcz zdumiewająca. Ale nie narzekajmy – podobnej sumie zbiegów okoliczności Camille zawdzięcza również to, że pewnego dnia spotkał Anne.

Tak więc to pióro – Camille dobrze je pamięta. Na naboje z atramentem, zupełnie zwyczajne, lecz cieknące. Ciemnoniebieskie i bardzo małe. Anne jest leworęczna, pisząc, układa dłoń w bardzo specyficzny sposób, nie wiadomo, jak to robi, w dodatku stawia bardzo duże litery; wygląda to jak długi ciąg zamaszystych podpisów, a, co dziwne, Anne wybiera zawsze malutkie pióra, przez co widok jej piszącej jest jeszcze bardziej osobliwy.

Anne wyjmuje z torebki rękę ubrudzoną atramentem i od razu z niepokojem myśli o zniszczeniach. Zastanawia się, co robić, po prawej stronie zauważa drewnianą donicę z jakąś rośliną. Stawia torebkę na brzegu donicy i zaczyna wszystko wyjmować.

Jest trochę zdenerwowana, ale szczęśliwie na strachu się kończy. Zresztą znając ją, nie bardzo wiadomo, o co mogłaby się bać, gdyż nie posiada nic. Ani w torebce, ani w życiu. Ubiera się w rzeczy, na które stać każdego. Nie kupiła mieszkania ani samochodu, wszystko, co zarabia, wydaje, nigdy więcej, ale zawsze co do grosza. Nie oszczędza, gdyż jest to obce jej wychowaniu – ojciec Anne był sklepikarzem. Na krótko przed bankructwem ulotnił się z kasą blisko czterdziestu stowarzyszeń, których był świeżo wybranym skarbnikiem, i słuch o nim zaginął. To zapewne tłumaczy dość powściągliwy stosunek Anne do pieniędzy. Jedyne jej troski finansowe datują się z dziś odległych już czasów, kiedy samotnie wychowywała swoją córkę Agathe.

Pióro od razu wyrzuca do kosza na śmieci, komórkę wsuwa do kieszeni kurtki. Portfel jest poplamiony i też do wyrzucenia, ale dokumentom w środku nic się nie stało. Podszewka torebki jest mokra, ale atrament nie przesiąkł na zewnątrz. Możliwe, że Anne postanawia kupić tego ranka nową torebkę, galeria handlowa to idealne po temu miejsce, ale tego akurat nigdy się nie dowiemy, bo to, co zaraz nastąpi, przekreśli wszelkie jej plany. Na razie wykłada dno torebki chusteczkami higienicznymi. Teraz jedynym jej zmartwieniem są palce poplamione atramentem, i to już obu rąk.

Mogłaby wrócić do kawiarni, lecz perspektywa natknięcia się na kelnera trochę ją zniechęca. Niemniej jednak gotowa jest już to zrobić, kiedy nagle dostrzega przed sobą tabliczkę z napisem „toaleta”, co w tego typu miejscach nieczęsto się zdarza. Toaleta znajduje się tuż za cukiernią Cardona i sklepem jubilerskim Desfossés.

Od tej chwili akcja nabiera przyspieszenia.

Od toalety dzieli ją trzydzieści metrów, Anne podbiega, otwiera drzwi i staje twarzą w twarz z dwoma mężczyznami.

Mężczyźni dostali się do środka przez wyjście awaryjne od strony ulicy Damiani.

Wystarczyła sekunda… Tak, to głupie, ale taka jest prawda: gdyby Anne weszła pięć sekund później, zdążyliby już naciągnąć kominiarki i wszystko potoczyłoby się inaczej.

Tyle że potoczyło się właśnie tak, a nie inaczej: Anne wchodzi, wszyscy troje zamierają zaskoczeni.

Anne przenosi wzrok z jednego na drugiego, zdumiona ich obecnością, strojem, a zwłaszcza ich czarnymi kombinezonami.

Oraz ich bronią. Strzelbami powtarzalnymi. Nawet na kimś, kto kompletnie nie zna się na broni, robią wrażenie.

Jeden z mężczyzn, ten niższy, wydaje jakiś pomruk, może okrzyk. Anne patrzy, widzi, że faceta zatkało, potem przenosi wzrok na drugiego. Ten jest wyższy, ma bezwzględną, kanciastą twarz. Scena trwa ledwie kilka sekund, cała trójka stoi bez słowa, nieruchomo, wszyscy jednakowo zdziwieni, wzięci z zaskoczenia. Mężczyźni w pośpiechu naciągają kominiarki. Wyższy unosi broń, wykonuje półobrót i niczym człowiek z siekierą w ręku biorący zamach, żeby zrąbać dąb, kolbą strzelby wali Anne prosto w twarz.

Z całej siły.

Dosłownie miażdży jej głowę z gardłowym stęknięciem tenisisty odbijającego piłkę.

Anne leci do tyłu, próbuje się czegoś przytrzymać, ale nie ma czego. Cios był tak nagły i tak gwałtowny, że wydaje jej się, iż mężczyzna odrąbał jej głowę. Odrzuca ją ponad metr do tyłu, czaszką uderza o drzwi i z rozpostartymi ramionami osuwa się na ziemię.

Drewniana kolba rozpłatała jej twarz od szczęki aż po skroń, zmiażdżyła lewą kość policzkową, która pękła jak owoc, rozorała policzek na długości dziesięciu centymetrów, momentalnie trysnęła krew. Na zewnątrz odgłos tego ciosu zabrzmiał jak uderzenie rękawicy bokserskiej o worek treningowy. Ale dla Anne był jak walnięcie młotkiem, i to młotkiem dwudziestocentymetrowej szerokości, cios celnie wymierzony i zadany oburącz.

Drugi mężczyzna ze wściekłą miną podnosi wrzask. Anne słyszy go, ale jak przez mgłę, bo umysł ma w całkowitej rozsypce.

Wyższy, jakby nigdy nic, podchodzi do Anne, przytyka jej lufę do głowy, z suchym trzaskiem odwodzi kurek i już ma nacisnąć spust, kiedy jego wspólnik znowu zaczyna krzyczeć. Teraz jeszcze głośniej. Być może podbiegł, złapał tamtego za ramię. Ogłuszona Anne nie jest w stanie otworzyć oczu, poruszają się tylko jej dłonie, ruchem spazmatycznym i instynktownym otwierają się i zaciskają, jakby chciała schwytać w nie powietrze.

Trzymający broń mężczyzna przerywa w pół gestu, odwraca się, waha; fakt, że strzały z broni palnej to najpewniejszy sposób ściągnięcia glin jeszcze przed rozpoczęciem akcji, każdy profesjonalista to powie. Przez sekundę zdaje się zastanawiać, co teraz, po czym podejmuje decyzję, z powrotem odwraca się do Anne i zaczyna ją kopać. W twarz i w brzuch. Anne próbuje się uchylać, ale gdyby nawet wystarczyło jej siły, i tak nic by to nie dało, bo blokują ją drzwi. Sytuacja bez wyjścia. Z jednej strony drzwi, do których jest przyparta, z drugiej mężczyzna, który stojąc na lewej nodze, z całej siły kopie ją czubkiem buta. Między jedną a drugą serią kopniaków Anne próbuje złapać oddech; facet na moment przerywa i, zapewne rozczarowany brakiem spodziewanego efektu, postanawia uciec się do metody bardziej radykalnej: chwyta lufę strzelby, unosi ją i kolbą zaczyna okładać Anne po głowie. Z całej siły, z impetem.

Jakby usiłował wbić kołek w zamarzniętą ziemię.

Anne zwija się, próbuje się osłaniać, ślizga się w kałuży własnej krwi płynącej obficie, splata dłonie na karku. Pierwszy cios trafia w potylicę. Drugi, staranniej wymierzony, miażdży jej palce.

Brak jest jednomyślności co do zmiany metody, gdyż drugi mężczyzna, ten niższy, podbiega do wspólnika i uwiesiwszy się z krzykiem jego ramienia, uniemożliwia mu dalsze bicie. Skoro tak, facet rezygnuje i wraca do prostszej metody. I znów zaczyna kopać Anne swoim wielkim ciężkim buciorem, takim, jakie noszą wojskowi. Celuje w głowę. Anne wciąż próbuje zasłaniać się ramionami, kopniaki trafiają w jej głowę, w kark, w przedramiona, w plecy, nie wiadomo, ile ich było, lekarze orzekną, że co najmniej osiem, lekarz sądowy będzie raczej zdania, że dziewięć, trudno je zliczyć, padają zewsząd.

W tym momencie Anne traci przytomność.

Mężczyźni uznają sprawę za załatwioną. Ale ciało Anne blokuje dostęp do drzwi prowadzących do galerii handlowej. W niemym porozumieniu obaj się pochylają, niższy chwyta Anne za ramię i ciągnie do siebie, jej głowa uderza i obija się o posadzkę. Kiedy drzwi można wreszcie otworzyć, wypuszcza jej ramię, które opada na ziemię ciężko, acz w pozycji niepozbawionej wdzięku; takie zmysłowe i omdlałe ręce malowano niektórym madonnom. Gdyby Camille uczestniczył w tej końcowej scenie, z pewnością od razu dopatrzyłby się dziwnego podobieństwa opadłej ręki Anne do ręki Zaczadzonej ofiary z obrazu Fernanda Peleza, co fatalnie wpłynęłoby na jego samopoczucie.

I na tym mogłaby się zakończyć ta historia. Historia pechowego spotkania. Ale wyższy z mężczyzn ma inne zdanie. Najwyraźniej on jest szefem i szybko ocenia sytuację.

Co będzie teraz z tą dziewczyną?

Czy ocknie się z omdlenia i podniesie krzyk?

Albo pojawi się w galerii Moniera?

Albo jeszcze gorzej: niepostrzeżenie wydostanie się przez wyjście awaryjne i wezwie pomoc?

Ukryje się w którejś z kabin w toalecie, wyciągnie komórkę i zadzwoni na policję?

Wysuwa więc stopę, żeby przytrzymać otwarte drzwi, pochyla się, chwyta Anne za prawą nogę w kostce i wychodzi z toalety, wlokąc jej ciało po ziemi ze trzydzieści metrów, niczym dziecko ciągnące za sobą zabawkę, z równą łatwością, z równą obojętnością, nie oglądając się na nic.

Ciało Anne obija się, ramieniem zawadza o narożnik toalety, biodrem uderza w ścianę korytarza, głowa przetacza się na boki, trafia to w listwę przypodłogową, to w róg jednej z donic z roślinami ustawionych wzdłuż pasażu. Anne jest już tylko ludzkim łachmanem, workiem, kukłą bez życia, bezwładnym manekinem, który wykrwawia się, zostawiając za sobą szeroką, krzepnącą z minuty na minutę czerwoną smugę; krew szybko zastyga.

Jest jak martwa. Kiedy mężczyzna ją w końcu puszcza, na ziemię opada bezwładne ciało, na które nawet nie patrzy, to już nie jego sprawa. Pewnym, kategorycznym ruchem, wymownie zaświadczającym o determinacji, odwodzi kurek broni.

Mężczyźni wpadają do sklepu jubilerskiego Desfossés, wykrzykując rozkazy. Sklep dopiero co został otwarty. Obserwatora tej sceny – gdyby się taki znalazł – uderzyłaby zapewne dysproporcja pomiędzy brutalnością ich poczynań a niewielką liczbą osób znajdujących się w środku. Wyszczekują polecenia pod adresem personelu (to raptem dwie kobiety), natychmiast popierając je ciosami w brzuch, w twarz, wszystko dzieje się bardzo szybko. Słychać brzęk tłuczonego szkła, krzyki, jęki, przerażone dyszenie kobiet.

Nie wiadomo, czy to z powodu szorowania głową przez trzydzieści metrów po ziemi, czy związanych z tym wstrząsów, czy nagłego impulsu życia… ale w tym momencie Anne próbuje odzyskać kontakt z rzeczywistością. Jej umysł niczym oszalały radar rozpaczliwie szuka jakiegoś sensu w całej sytuacji, ale na próżno, wszystko jej się miesza, od ciosów, od tempa, w jakim się wszystko odbywa, jest jak w narkozie. Ogłuszona bólem, niezdolna poruszyć najmniejszym nawet mięśniem.

Ten spektakl z ciałem Anne ciągniętym po ziemi, leżącym w kałuży krwi przed wejściem do jubilera będzie miał jeden pozytywny skutek: spowoduje znaczne przyspieszenie wydarzeń.

W środku obecne są tylko właścicielka oraz praktykantka, szesnastoletnie dziewczę szczupłe jak patyk, które uczesaniem w kok jak u starszej pani próbuje dodać sobie nieco powagi. Ujrzawszy dwóch zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn wpadających do sklepu i zrozumiawszy, że to napad rabunkowy, rozdziawia usta jak ryba, zahipnotyzowana, pogodzona z losem, bierna niczym ofiara gotowa na rzeź. Nogi się pod nią uginają, musi przytrzymać się lady. Nim kolana do reszty odmówią jej posłuszeństwa, obrywa lufą na odlew w twarz i miękko osuwa się na ziemię, opada jak suflet. Resztę czasu spędzi w tej pozycji, z ramionami splecionymi nad głową, jakby spodziewała się lawiny kamieni, licząc uderzenia własnego serca.

Na widok bezwładnego ciała Anne w spódnicy podkasanej do pasa, wleczonego za nogę po ziemi i zostawiającego za sobą szeroką smugę krwi, właścicielce sklepu jubilerskiego odbiera mowę. Próbuje coś powiedzieć, lecz słowa grzęzną jej w gardle. Wyższy z mężczyzn stanął w drzwiach sklepu i obserwuje najbliższe otoczenie, niższy podbiegł do niej z wyciągniętą bronią, brutalnie wpakował jej lufę w brzuch na wysokości przepony. Mało nie zwymiotowała. Mężczyzna nic nie mówi, nie musi, bo ona już trzyma w ręku automatycznego pilota. Niezbornym ruchem wyłącza alarm, szuka kluczy do witryn wystawowych, ale nie ma przy sobie wszystkich, musi iść na zaplecze sklepu i wtedy, robiąc pierwszy krok, stwierdza, że się posiusiała. Drżącą dłonią podaje napastnikowi komplet kluczy, szepcząc – do czego nie przyzna się w żadnym z późniejszych zeznań: „Proszę, niech mnie pan nie zabija…”. Oddałaby wszystko za dwadzieścia sekund życia. Przez nikogo niezmuszana, kładzie się na ziemi, splata dłonie na karku, a potem słychać już tylko jej gorączkowy szept: modli się.

Zważywszy na brutalność napastników, należałoby zapytać, czy modlitwy, choćby i najżarliwsze, są w tym momencie praktycznym rozwiązaniem. Nieważne, w czasie jej modłów tamci nie próżnują, otwierają kolejne witryny i wrzucają ich zawartość do wielkich brezentowych worków.

Napad jest świetnie zorganizowany, trwa niespełna cztery minuty. Pora została dobrze wybrana, dostanie się do pasażu przez toalety było przemyślanym posunięciem, role rozdzielono profesjonalnie: jeden z mężczyzn kosi towar z wystawy, drugi, twardy i zdecydowany, stoi pod drzwiami, mając z jednej strony oko na sklep, z drugiej na galerię.

Zainstalowana wewnątrz sklepu kamera wideo pokaże, jak pierwszy z napastników otwiera witryny i szuflady i zgarnia ich zawartość. Zasięg drugiej kamery obejmuje wejście do sklepu oraz niewielki fragment galerii handlowej. Na tym właśnie nagraniu widać leżącą w pasażu Anne.

Ale od tego momentu organizacja napadu zaczyna szwankować. Od chwili, kiedy na nagraniu widać, że Anne się porusza. Prawie niedostrzegalnie, to nie tyle ruch, ile bezwiedny odruch. Camille w pierwszej chwili zawahał się, nie był pewny, czy mu się nie przywidziało, ale tak, na pewno, Anne się rusza… Bardzo powoli obraca głowę w prawo, w lewo. Camille zna ten gest, czasami w ciągu dnia, chcąc się odprężyć, Anne porusza mięśniami szyi i karku, nazywa je „mostkowo-sutkowatymi”, nawet nie wiedział, że coś takiego istnieje. Oczywiście tym razem w jej geście nie ma nic z miarowości ani spokoju ćwiczenia relaksacyjnego. Anne leży na boku, prawą nogę ma zgiętą, kolanem dotyka piersi, lewa jest wyciągnięta, tors ma skręcony, wygląda, jakby chciała przetoczyć się na drugi bok, spod wysoko podkasanej spódnicy widać białe majtki. Twarz ma całą we krwi.

Ona nie leży, rzucono ją tam.

Na początku napadu stojący w pobliżu na czatach mężczyzna rzucił kilka szybkich spojrzeń w jej stronę, ale ponieważ już się nie poruszała, skupił całą uwagę na obserwacji najbliższej okolicy. Kobieta przestała go obchodzić, stoi tyłem do niej i nawet nie zauważa, że strużka jej krwi dotarła do jego prawego obcasa.

Anne z trudem przytomnieje, próbuje pojąć, co się wokół niej dzieje. W chwili gdy unosi głowę, kamera na moment rejestruje jej twarz. Przejmujący widok.

Ujrzawszy to, Camille przeżywa taki wstrząs, że nie trafia w klawiaturę, dopiero przy drugiej próbie zatrzymuje i cofa nagranie: prawie jej nie poznaje. Ta twarz zalana krwią, obrzmiała, o pustym zagubionym spojrzeniu, wydaje się dwa razy większa i pozbawiona rysów, nie ma nic wspólnego z Anne, z jej świetlistą karnacją, z jej śmiejącymi się oczami.

Camille zaciska palce na brzegu stołu i momentalnie zbiera mu się na płacz, bo Anne leży na wprost obiektywu, zwrócona w jego stronę, jakby chciała mu coś powiedzieć, jakby prosiła go o pomoc, to właśnie od razu podpowiada mu wyobraźnia, a to bardzo niebezpieczne podejście. Wyobraźmy sobie kogoś bliskiego, kogoś, kto liczy na naszą opiekę, wyobraźmy sobie, że ten ktoś cierpi, jest umierający, a obleją nas zimne poty. Ale rozszerzając perspektywę, wyobraźmy sobie, że ta osoba przyzywa nas na pomoc w chwili, gdy nie potrafi opanować strachu, a zapragniemy umrzeć. W takiej właśnie sytuacji jest Camille; tkwi przed ekranem w poczuciu absolutnej bezsilności, nie może zrobić nic innego, jak tylko wpatrywać się w te obrazy, kiedy dawno już jest po wszystkim…

To nie do zniesienia, naprawdę nie do zniesienia.

Dziesiątki razy będzie przeglądał te nagrania.

Anne natomiast zachowa się tak, jakby nic wokół niej nie istniało. Nawet gdyby napastnik stanął nad nią i ponownie przyłożył jej lufę do karku, zrobiłaby to samo. Powoduje nią niesamowity instynkt samozachowawczy, choć gdy się spojrzy na to z drugiej strony, przypomina to raczej samobójstwo: w tym położeniu, w odległości niespełna dwóch metrów od uzbrojonego mężczyzny, który kilka minut wcześniej pokazał, że gotów jest bez zmrużenia oka wpakować jej kulę w głowę, Anne szykuje się, by zrobić coś, co nikomu innemu nie przyszłoby na myśl. Będzie próbowała się podnieść. Nie bacząc na konsekwencje. Będzie próbowała uciec. Anne jest kobietą z charakterem, ale żeby z gołymi rękami stawić czoło obrzynowi Mossberga…

To, co zaraz nastąpi – konfrontacja dwóch przeciwstawnych energii – jest niemal automatycznym wynikiem tej sytuacji. Któraś z nich będzie musiała zwyciężyć. Nie ma innego wyjścia. Sęk w tym, że jedna z tych sił dysponuje wsparciem kalibru 12. A to bezsprzecznie pomaga w zyskaniu przewagi. Lecz Anne nie jest w stanie ocenić układu sił, trzeźwo obliczyć swoich szans, zachowuje się tak, jakby była sama. Zebrawszy w sobie resztkę energii – a na taśmie widać, że ma jej naprawdę niewiele – unosi nogę, mozolnie podpiera się rękami, jej dłonie ślizgają się w kałuży krwi, już ma z powrotem paść jak długa, ale znowu próbuje, powolność, z jaką usiłuje się podnieść, nadaje tej scenie aurę nierzeczywistości. Jest straszliwie ociężała, odrętwiała, niemal słychać, jak dyszy, chciałoby się pospieszyć jej z pomocą, podźwignąć ją, pomóc jej wstać.

Chociaż Camille wolałby raczej ją błagać, żeby nic nie robiła. Bo nawet gdyby facet odwrócił się dopiero po upływie minuty, Anne w tym stanie oszołomienia, otępienia, w jakim się znajduje, nie zdążyłaby przebiec trzech metrów, a już pierwszy strzał skosiłby ją wpół. Ale Camille siedzi przed ekranem kilka godzin po fakcie i to, co sobie teraz myśli, nie ma żadnego znaczenia, jest już za późno.

Postępowaniem Anne nie kieruje żadna myśl; to decyzja w stanie czystym, decyzja, której obca jest wszelka logika. Na wideo wyraźnie to widać; jedyną przyczyną jej determinacji jest chęć przeżycia. Można powiedzieć, że to nie kobieta trzymana na muszce strzelby, lecz pijaczka po zakończonej imprezie: chce zabrać swoją torebkę – której od początku nie wypuściła z ręki, a która ocieka jej krwią – chwiejnym krokiem dobrnąć do wyjścia i wrócić do domu. Przysiąc by można, że jej głównym wrogiem nie jest broń kalibru 12, tylko własne zamroczenie.

Nie zastanawia się ani chwili, z wielkim trudem wstaje. Udaje jej się stanąć na nogach, spod wciąż podkasanej spódnicy widać całą nogę aż po pachwinę… Jeszcze nawet nie wstała, a już zaczyna uciekać.

Odtąd wszystko potoczy się na opak, wszystko jest jednym ciągiem błędów, przypadków i potknięć. Tak jakby Bóg, którego sytuacja przerosła, sam już nie wiedział, co robić, więc aktorzy zaczynają improwizować, co siłą rzeczy jest fatalne…

Przede wszystkim dlatego, że Anne nie wie, gdzie się znajduje, nie jest w stanie zorientować się w topografii. Ma zbyt zaburzone poczucie rzeczywistości, żeby uciekać. Gotowa wyciągnąć rękę, dotknąć ramienia mężczyzny, niechybnie zaraz by się odwrócił…

Przez dłuższą chwilę oszołomiona, ogłupiała, zatacza się. Już to, że w ogóle trzyma się na nogach, zakrawa na cud. Ociera rękawem zakrwawioną twarz, przechyla na bok głowę, jakby czegoś nasłuchując, chce zrobić krok… I nagle ni stąd, ni zowąd postanawia uciekać. Widząc to na wideo, Camille traci głowę, czuje, jak resztka odporności psychicznej, która mu jeszcze została, ulatnia się.

Zamysł Anne jest słuszny. Gorzej z jego realizacją, gdyż jej stopy ślizgają się w kałuży krwi, jakby sunęła na łyżwach. Być może w filmie animowanym wyglądałoby to śmiesznie, ale w rzeczywistości jest przejmujące, bo ona ślizga się we własnej krwi, bo starając się ustać na nogach, szukając kierunku, tylko się szamocze. Wygląda, jakby w zwolnionym tempie biegła na spotkanie czegoś, przed czym próbuje uciec. Przerażający widok.

Mężczyzna nie od razu zorientował się w sytuacji. Anne już ma runąć na niego jak długa, ale nagle napotyka pod stopami skrawek suchego podłoża, odzyskuje coś w rodzaju równowagi i to wystarczy – jakby pod wpływem nagłego bodźca, startuje.

W niewłaściwym kierunku.

Najpierw wykonuje dziwną akrobację, jak popsuta marionetka kręcąca się wokół własnej osi. Robi ćwierćobrót i krok do przodu, zatrzymuje się i znowu obraca niczym zdezorientowany wędrowiec, który próbuje ustalić kierunek dalszego marszu. I w końcu jakimś cudem rusza w mniej więcej odpowiednią stronę, do wyjścia. Napastnik dopiero po kilku sekundach spostrzega, że zdobycz mu się wymyka. A wtedy odwraca się i strzela.

Camille wciąż od nowa przewija taśmę – nie ulega wątpliwości, że strzelca coś zaskoczyło. Trzyma broń na wysokości biodra; w przypadku strzelby powtarzalnej pozycję taką przyjmuje się z zamiarem wykoszenia wszystkiego, co znajdzie się w promieniu czterech, pięciu metrów. Być może jeszcze nie całkiem odzyskał zimną krew. Albo przeciwnie, jest zbyt pewny siebie, to się często zdarza – dajcie osobnikowi bojaźliwemu strzelbę kalibru 12 i pozwólcie mu swobodnie się nią posługiwać, a od razu zacznie sobie poczynać zuchwale. Albo to może zaskoczenie, albo wszystko naraz. Co nie zmienia faktu, że lufa jest wycelowana w górę, zdecydowanie za wysoko. To był strzał odruchowy. Na oślep.

Anne nic nie widzi. Jak w transie brnie przed siebie, kiedy nagle, kilka metrów od wyjścia, z hukiem górskiego potoku spada na nią deszcz szkła; kula trafiła w impost nad jej głową i witraż w kształcie półksiężyca o podstawie blisko trzech metrów. Okrutna ilustracja losu Anne: witraż przedstawiał scenę polowania z nagonką. Dwóch dziarskich jeźdźców harcujących na wierzchowcach w odległości kilku metrów od jelenia o ogromnym porożu, który zaatakowany przez rozjuszoną sforę wyszczerzonych kłów i żarłocznych szczęk miał niewiele szans na przeżycie… To niesamowite, pasaż Moniera i jego witraż w kształcie półksiężyca przetrwały dwie wojny światowe i dopiero wkroczenie uzbrojonego, niezdarnego bandziora… Są rzeczy, z którymi trudno się pogodzić.

Drżą witraże, szyby i ziemia; każdy odruchowo osłania się, jak może.

– Wtuliłem głowę w ramiona – wyzna antykwariusz, odgrywając przed Camille’em tę scenę.

Antykwariusz ma trzydzieści cztery lata (zaznacza, że trzydzieści cztery, nie trzydzieści pięć). Nosi przymałą, z przodu i z tyłu lekko odstającą perukę. Ma długi nos, a jego prawe oko jest niemal całkiem zamknięte, trochę jak u tej postaci w szyszaku z Bałwochwalstwa Giotta. Na myśl o tym wybuchu wciąż jeszcze jest oszołomiony.

– To proste: uznałem, że to zamach terrorystyczny. – (Uważa, że to wszystko wyjaśnia). – Ale zaraz pomyślałem, że nie, to śmieszne, nie tutaj, to żaden cel – itd., itp.

To typ świadka przetwarzającego rzeczywistość z szybkością myśli. Ale nie z tych, co tracą głowę. Zanim wyszedł zobaczyć, co się dzieje w galerii, rozejrzał się po swoim sklepie i sprawdził, czy są jakieś zniszczenia.

– Nie było – stwierdza z podziwem, strzelając palcami.

Galeria Moniera jest pasażem wyższym niż szerszym, ze szklanymi witrynami sklepów po obu stronach. W takim miejscu huk wybuchu jest ogłuszający, wibracje narastają z szybkością dźwięku, po czym rozbijają się o wszystko, co stanie im na przeszkodzie, stwarza to wrażenie napływającego zwartymi falami echa.

Wystrzał, a potem lecący z góry grad tysięcy kawałków szkła wyhamowały rozpęd Anne. Unosi ramiona, osłaniając głowę, przyciska podbródek do piersi, potyka się, przewraca, tym razem na bok, szoruje ciałem po odłamkach, ale strzał z broni palnej i eksplozja szklanego dachu to za mało, by taką kobietę powstrzymać. Nie wiadomo, jak to możliwe, ale oto znów stoi na nogach.

Strzelec za pierwszym razem chybił; dostał nauczkę i teraz się nie spieszy. Na taśmie widać, jak ponownie składa się do strzału, pochyla głowę, gdyby nagranie było lepszej jakości, można by zobaczyć jego palec wskazujący pociągający za spust.

Nagle pojawia się czyjaś dłoń w czarnej rękawiczce, to drugi mężczyzna, który trąca go w ramię dokładnie w momencie wystrzału…

Witryna księgarni rozpada się na setki kawałków; całe fragmenty szkła, niektóre wielkości talerza i ostre jak brzytwa, spadają i rozpryskują się na ziemi.

– Byłam akurat na zapleczu sklepu…

Pięćdziesięcioletnia kobieta, kupcowa pełną gębą, niska i korpulentna, pewna siebie – majątek wydawany na kosmetyki, dwa razy w tygodniu wizyta w salonie piękności, a do tego bransoletki, naszyjniki, łańcuszki, pierścionki, broszki, kolczyki (aż dziw, że napastnicy nie zabrali jej razem z łupem), ochrypły głos – papierosy, może również alkohol, Camille nie ma czasu tego zgłębiać. Wszystko działo się ledwie kilka godzin temu, czuje się okropnie, chce wiedzieć, wiedzieć jak najszybciej.

– Wybiegłam… – mówi kobieta, szerokim gestem ręki wskazując galerię.

Przerywa, napawa się poczuciem własnej ważności. Nie spieszy się z wyjaśnieniami. Ale nie z Camille’em takie gierki.

– Szybciej! – popędza ją chrapliwym głosem.

Niezbyt miły ten glina, to pewnie przez ten wzrost, taki wzrost musi wzbudzać chęć odegrania się, rozdrażnienie. Otóż ona po tym wystrzale zobaczyła, jak ciało Anne, niczym pchnięte gigantyczną dłonią, pada na stelaże z książkami, a potem odbija się od wystawy i osuwa na ziemię. Wspomnienie tego widoku jest nadal tak przerażające, że księgarka zapomina o swoich gierkach.

– Rozbiła się o wystawę! Ale ledwie dotknęła ziemi, a już próbowała się podnieść! – (Kobieta jest pod wielkim wrażeniem, wręcz pełna podziwu). – Była zakrwawiona i okropnie roztrzęsiona, rozdygotana, wymachiwała rękami, ślizgała się w miejscu…

Na wideo obaj mężczyźni na moment zamarli. Ten, którego gwałtowne pchnięcie spowodowało, że kumpel spudłował, rzucił torby na ziemię. Stoi z opuszczonymi rękami, zda się, gotów do bitki. Spod czapki narciarskiej widać tylko jego zaciśnięte usta, wygląda, jakby pluł słowami.

Strzelec opuścił karabin. Zaciska dłonie na broni, najwyraźniej się waha, ale ostatecznie poczucie rzeczywistości przeważa. Odpuszcza, z ociąganiem odwraca się do Anne. Na pewno widzi, jak ta wstaje i kuśtyka w stronę wyjścia z pasażu, ale czas nagli, w jego umyśle włącza się sygnał ostrzegawczy: sprawa trwa już trochę za długo.

Wspólnik łapie torby, jedną z nich ciska w ręce strzelca i ten gest przesądza. Obaj rzucają się do ucieczki i znikają z pola widzenia kamery. Ułamek sekundy później po prawej stronie ekranu strzelec pojawia się znowu, wykonuje półobrót, łapie torebkę Anne, którą ta porzuciła w trakcie ucieczki, i znika, tym razem na dobre. Wiadomo, że obaj napastnicy dobiegli do toalety i kilka sekund później wydostali się na ulicę Damiani, gdzie w samochodzie czekał na nich wspólnik.

Anne natomiast jest kompletnie skołowana. Przewraca się, wstaje i nie wiadomo jak, ale w końcu dociera do wyjścia z galerii i wytacza się na ulicę.

– Ociekała krwią, ale szła przed siebie… Wyglądała jak zombie!

Dwudziestoletnia Latynoska, czarne włosy, śniada karnacja. Pracuje w narożnym salonie fryzjerskim, wyszła po kawę.

– Nasz ekspres się popsuł, musiałam przynieść kawę dla klientek.

Wyjaśnień udziela szefowa salonu, Janine Guénot. Stoi pewnie przed Verhoevenem, istna burdelmama, ma po temu wszelkie atrybuty. Również poczucie odpowiedzialności, nie pozwoliłaby żadnej ze swoich dziewczyn rozmawiać z mężczyzną na ulicy bez swojej wiedzy. Camille zbywa to machnięciem ręki, nieważne, co było powodem wyjścia tej małej, kawa czy awaria ekspresu. No może nie, nie całkiem.

Ponieważ w chwili, gdy pojawia się Anne, fryzjerka niesie właśnie okrągłą tacę z pięcioma filiżankami kawy, idzie szybkim krokiem, bo klientki w tej dzielnicy są wyjątkowo marudne, mają mnóstwo pieniędzy, stawianie wymagań uważają za swoje odwieczne prawo.

– Letnia kawa to dramat – wyjaśnia szefowa ze zbolałą miną.

Więc ta młoda fryzjerka.

Zaskoczona i zaintrygowana dwoma wybuchami, które usłyszała na ulicy, biegnie ze swoją tacą i nagle staje twarzą w twarz z jakąś zakrwawioną wariatką, która chwiejnym krokiem wytacza się z galerii. Dla niej to szok. Kobiety zderzają się, taca wypada fryzjerce z rąk, żegnajcie, filiżanki, spodki, szklanki z wodą, cała kawa ląduje na jej niebieskim kostiumie, który jest strojem służbowym. Strzały z broni palnej, pięć kaw, strata czasu, trudno, można to jakoś przeboleć, ale kostium, który tyle kosztował, no nie, tego już za wiele, tym razem szefowa podnosi głos, chce pokazać, jak dotkliwe są straty, w porządku, w porządku, Camille uspokajająco macha ręką, szefowa pyta, kto zapłaci za pralnię, prawo chyba coś na taką okoliczność przewiduje, w porządku, powtarza Camille.

– Nawet się nie zatrzymała…! – zaznacza szefowa, jakby chodziło o zderzenie z motorynką.

Opowiada o tym zdarzeniu, jakby to wszystko jej się przytrafiło. Uderza w autorytatywny ton, bo po pierwsze chodzi o jedną z „jej dziewczyn”, a poza tym upoważnia ją do tego oblany kawą służbowy kostium. Camille chwyta ją za rękę, szefowa z zaciekawieniem spogląda w dół, jakby zobaczyła gówno na chodniku.

– Proszę… – cedzi cicho Camille. – Niech mnie pani nie wkurza…

Szefowa nie wierzy własnym uszom. Żeby taki karzeł! Naprawdę świat się kończy… Ale Verhoeven patrzy jej prosto w oczy, a to jednak robi wrażenie. W tej niezręcznej sytuacji młoda fryzjerka pragnie pokazać, że zależy jej na pracy.

– Jęczała… – oznajmia, żeby zmienić temat.

Camille odwraca się do dziewczyny, chce się dowiedzieć więcej. Jak to, jęczała? Tak, wydawała takie ciche odgłosy, jakby… trudno to opisać… nie wiem, jak to powiedzieć. Spróbuj, zachęca szefowa, chętna poprawić swój wizerunek w oczach przedstawiciela policji, bo nigdy nie wiadomo, trąca łokciem dziewczynę, no, rób, co ci pan mówi, odgłosy, jakie odgłosy? Dziewczyna na nich patrzy, mruży oczy, niepewna, czy dobrze zrozumiała, czego od niej chcą, i nagle zamiast opisywać, próbuje naśladować te odgłosy, zaczyna wydawać ciche skargi, jakby jęki, szuka odpowiedniej tonacji, hi, hi, czy raczej och, och, tak, bardziej tak, mówi skupiona, och, och, a ponieważ nagle udało jej się utrafić we właściwą nutę, podnosi głos, zamyka oczy, otwiera je, wytrzeszcza, och, och, przysiąc by można, że zaraz zacznie szczytować.

Stoją na ulicy (w miejscu, gdzie pracownicy służb miejskich spłukali już z grubsza szlauchem krew Anne, tyle jej było, że spłynęła aż do rynsztoka, przechodnie stąpają po wciąż jeszcze widocznych zaciekach na chodniku, dla Camille’a to bolesne…), wokół pełno ludzi, widzą glinę wzrostu karła, naprzeciwko którego młoda śniadolica fryzjerka wpatrzona w niego dziwnym wzrokiem wydaje przenikliwe, lubieżne jęki pod aprobującym spojrzeniem kobiety wyglądającej na rajfurkę… Dalibóg, nigdy czegoś takiego tu jeszcze nie było. Stojąc w drzwiach swoich sklepów, sprzedawcy z przygnębieniem obserwują tę scenę. Już strzelanina nie jest najlepszą reklamą dla klientów, ale teraz ta ulica naprawdę zamienia się w burdel.

Camille zbierze zeznania, skonfrontuje je i dowie się, jak wyglądał finał.

Anne wychodzi z pasażu Moniera na ulicę Georges-Flandrin na wysokości numeru trzydzieści cztery w stanie kompletnego zamroczenia, skręca w prawo i rusza w kierunku skrzyżowania. Kilka metrów dalej wpada na fryzjerkę, lecz nie zatrzymuje się, idzie, co krok wspierając się o zaparkowane wzdłuż krawężnika samochody; na ich drzwiach i dachach widnieją odciski jej zakrwawionych rozpłaszczonych dłoni. Po eksplozjach, które usłyszeli w galerii, ludzie na ulicy patrzą na tę kobietę, od stóp do głów całą we krwi, jak na zjawę z zaświatów. Kobieta słania się na nogach, zatacza, ale nie jest w stanie się zatrzymać, nie bardzo wie, co robi i gdzie jest, idzie, pojękuje jak pijana, lecz sunie naprzód. Przechodnie schodzą jej z drogi. Ktoś jednak zdobywa się na odwagę i mimo szoku, jakim jest widok tej krwi i tej twarzy, rzuca pytająco: „Proszę pani?”…

– Naprawdę, przeraziłem się tej młodej pani… Nie wiedziałem, co robić.

Jest wstrząśnięty i to widać. Starszy pan o spokojnej twarzy, niewiarygodnie chudej szyi i lekko zamglonym spojrzeniu, katarakta, stwierdza w duchu Camille, jego ojciec pod koniec życia też to miał. Między jednym a drugim zdaniem zdaje się odpływać. Wpatruje się w Camille’a zmętniałymi oczami, zanim podejmie dalszą relację, upływa długa chwila ciszy. Przykro mu, bezradnym gestem rozkłada równie chude ramiona, targany emocjami Camille przełyka ślinę.

Starszy pan woła: „Proszę pani!”, ale nie ma odwagi jej dotknąć, jakby była lunatyczką, usuwa się na bok. Anne jeszcze chwilę idzie przed siebie.

A potem znowu skręca w prawo.

Nie ma co pytać dlaczego. Tego nikt nie wie. Bo na prawo biegnie ulica Damiani. I tą ulicą, dwie czy trzy sekundy po tym, jak pojawiła się Anne, na pełnym gazie pędzi samochód bandytów.

Prosto na nią.

I ujrzawszy swoją ofiarę w odległości kilku metrów, facet, który ją tak skatował i dwukrotnie w nią nie trafił, nie może się oprzeć pokusie sięgnięcia znów po strzelbę. I dokończenia dzieła. Kiedy samochód zrównuje się z Anne, szyba jest opuszczona, broń ponownie w nią wycelowana, wszystko dzieje się bardzo szybko, Anne widzi broń, lecz nie jest w stanie wykonać żadnego gestu.

– Patrzyła w samochód… – mówi starszy pan – nie wiem, jak to powiedzieć… jakby na niego czekała.

Ma świadomość, że powiedział straszną rzecz. Camille rozumie, co ma na myśli. Chodzi mu o to, że wyczuwa się w Anne bezgraniczne znużenie. Po wszystkim, co przeżyła, jest gotowa teraz umrzeć. Zresztą wszyscy, Anne, strzelec, starszy pan, los, zdają się podzielać to przeświadczenie, wszyscy. Nawet młoda fryzjerka:

– Zobaczyłam, że przez okno wysuwa się lufa. I ta pani też to zobaczyła. Wszyscy na to patrzyliśmy, tyle że ona znajdowała się dokładnie naprzeciwko.

Camille wstrzymuje oddech. A więc wszyscy są co do tego zgodni. Z wyjątkiem kierowcy samochodu. Zdaniem Camille’a – który długo o tym myślał – kierowca nie bardzo wie, o co chodzi z tą strzelaniną. Czekając na tamtych w samochodzie, słyszał detonacje, planowany czas napadu już dawno minął. Niecierpliwy, niespokojny, prawdopodobnie uderzał nerwowo dłonią w kierownicę, być może rozważał nawet ucieczkę, aż wreszcie ujrzał wybiegających wspólników… Są jacyś zabici? – zadaje sobie pytanie. – I ilu? Poganiając jeden drugiego, napastnicy wskakują do samochodu. Kierowca w napięciu błyskawicznie rusza i nagle – nie zdążyli jeszcze przejechać, ilu?, nawet dwustu metrów, przed skrzyżowaniem musiał znacznie zwolnić – na rogu ulicy widzi na chodniku jakąś zakrwawioną, zataczającą się kobietę. Na jej widok strzelec pewnie krzyczy, żeby jeszcze bardziej zwolnił, błyskawicznie opuszcza szybę, być może wydaje zwycięski okrzyk, ostatnia szansa, nie może z niej nie skorzystać, toż to prawie ręka opatrzności, to tak, jakby nagle spotkał bratnią duszę, w co już zwątpił, a tu nagle, proszę, jest! Łapie strzelbę, przykłada do ramienia i celuje. Kierowca w ułamku sekundy już się widzi współwinnym morderstwa, i to na oczach tuzina świadków, nie mówiąc już o tym, co się stało w galerii, co się stało, nie wie, ale jest za to współodpowiedzialny. Napad skończył się katastrofą. Nie tak to sobie wyobrażał…

– Samochód zahamował – mówi fryzjerka. – Znienacka. I ten pisk hamulców…

Ślady opon pozostawione na asfalcie pozwolą ustalić markę pojazdu. Porsche cayenne.

Pasażerowie samochodu lecą na łeb, na szyję, wszyscy, ze strzelcem włącznie. Jego strzał trafia w drzwi i boczne szyby zaparkowanego przy chodniku pojazdu, obok którego stoi Anne, zastygła w bezruchu, gotowa na śmierć. Na ulicy wszyscy padają na ziemię z wyjątkiem starszego pana, który nie zdążył wykonać jakiegokolwiek ruchu. Anne się przewraca, kierowca wciska pedał gazu, samochód skokiem startuje, znów słychać pisk opon na asfalcie. Wstając, fryzjerka widzi starszego pana, który jedną ręką opiera się o ścianę, drugą trzyma się za serce.

Anne leży na chodniku, z ramieniem w rynsztoku, z nogą pod zaparkowanym samochodem. „Cała lśniła” – powie starszy pan, nic dziwnego, skoro przysypały ją odpryski rozbitej przedniej szyby.

– Wyglądały na niej jak śnieg…

10.40

Turcy nie są zadowoleni.

Ani trochę.

Gruby z nadętą miną prowadzi ostrożnie, ale przejeżdża przez plac Étoile i dalej w dół aleją Grande-Armée, zaciskając ręce na kierownicy. Marszczy brwi. Pragnie zaznaczyć swoją dezaprobatę. Albo może u nich kulturalnie jest w taki sposób okazywać emocje.

Najbardziej rozemocjonowany jest młodszy brat. Choleryk. Czarniawy jak diabeł, brutalna facjata, wyczuwa się, że to podejrzliwy typ. I okropnie gadatliwy, wymachuje palcem, wygraża, trochę to męczące. Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówi – ja i hiszpański… – ale nietrudno się domyślić: ściągnęli nas na szybki i kasowy napad, a wdepnęliśmy w jakąś niekończącą się strzelaninę. Szerokim gestem rozkłada ręce: a gdybym ci nie przeszkodził? Atmosfera w samochodzie robi się dość ciężka. Zadaje to pytanie z wyraźnym naciskiem, pewnie chodzi mu o to, co by było, gdyby dziewczyna zginęła. I nagle, to silniejsze od niego, znów się wkurza: to miał być napad, nie jatka, itp., itd.

To naprawdę męczące. Całe szczęście, że jestem człowiekiem spokojnym, bo gdybym ja się zdenerwował, bardzo szybko zrobiłoby się nieprzyjemnie.

Zupełnie bez znaczenia, ale uciążliwe. Chłopak wykańcza się tymi lamentami, lepiej by oszczędzał siły, bo niedługo przyda mu się szybki refleks.

Nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale zasadniczy cel został osiągnięty, i to najważniejsze. Na podłodze stoją dwie duże torby. Powinno na trochę wystarczyć. A to dopiero początek, bo jeśli wszystko pójdzie dobrze, powtórzę numer i będą następne. Turek również łakomie na nie zerka, mówi coś do brata, ten chyba się z nim zgadza, gestem pokazuje, że tak. Załatwiają swoje sprawki między sobą, jakby byli sami, pewnie zastanawiają się nad odszkodowaniem, którego mają prawo zażądać. Zażądać… chyba śnię. Od czasu do czasu mały przerywa i zwraca się do mnie ze złością. Można z tego zrozumieć dwa, trzy słowa: „forsa”, „udział”. Aż dziw bierze, gdzie się tego nauczył, są we Francji dopiero od dwudziestu czterech godzin… Może Turcy mają zdolności językowe, kto wie. Zresztą to bez znaczenia. Na razie wystarczy zrobić zafrasowaną minę, trochę się popłaszczyć, ze zbolałym grymasem przytakiwać, to już Saint-Ouen, jeśli dobrze pójdzie, nie będzie problemu.

Mijamy przedmieście. Ależ ten Turek pyskaty. Z powodu jego wrzasków atmosfera w samochodzie, kiedy zajeżdżamy przed boks, zrobiła się nieznośna, wyczuwa się, że zmierzamy do Wielkiego Końcowego Wyjaśnienia. Mniejszy wykrzykuje jakieś pytanie, powtarza je kilka razy, domaga się odpowiedzi i żeby pokazać, jaki jest groźny, palcem wskazującym jednej ręki stuka w zaciśniętą pięść drugiej. Dla Izmira to gest zapewne jasny i czytelny, ale w Saint-Ouen jest już mniej oczywisty. Ogólna intencja jest zrozumiała, wyraża roszczenie i groźbę, trzeba kiwnąć głową, że tak, że się z nim zgadzam. Co zresztą nie całkiem jest kłamstwem, bo bardzo szybko się dogadamy.

Tymczasem kierowca wysiadł z samochodu, lecz mimo usilnych starań w żaden sposób nie może otworzyć zamka metalowej żaluzji boksu. Na próżno kręci kluczem w prawo, w lewo, jest zdumiony, odwraca się do samochodu, widać, że zastanawia się, jak to możliwe; kiedy wcześniej próbował, szło jak po maśle, silnik pracuje, on mozoli się przy zamku. Nie ma ryzyka, że zostaniemy nakryci, to długi ślepy zaułek na ziemi niczyjej, ale wolałbym nie sterczeć tu zbyt długo.

Dla nich to jeszcze jedna przykra niespodzianka. I o jedną za dużo. Tym razem mały jest już bliski apopleksji. Nic nie idzie zgodnie z planem, czuje się oszukany, zdradzony, „pieprzony Francuz”, trzeba udać zaintrygowanego, co jest z tym zamkiem, dlaczego się nie otwiera, nie rozumiem, powinien działać, przecież wczoraj razem go próbowaliśmy. Zdziwiony i zakłopotany spokojnie wysiadam z samochodu.

Mossberg 500 to strzelba na siedem naboi. Zamiast wyć jak hieny, Inkowie powinni byli policzyć amunicję. Zaraz się dowiedzą, że jeśli się ktoś nie zna na ślusarstwie, musi być dobry w rachowaniu, bo wystarczy mi wysiąść, podejść do metalowej żaluzji, popchnąć lekko kierowcę, żeby mi ustąpił miejsca – teraz ja spróbuję… – a kiedy się odwracam, zajmuję idealną pozycję. W strzelbie zostało akurat dość naboi, żeby wymierzyć w kierowcę i jednym strzałem w klatkę piersiową wbić go w betonowy mur. A potem lekko przesunąć lufę i ze szczerą ulgą rozwalić małemu głowę przez przednią szybę. Tryska fontanna krwi. Przednia szyba się rozpryskuje, boczne zalewa krew, nic już nie widać. Trzeba podejść, żeby sprawdzić rezultat, głowa rozleciała się na kawałki, została tylko szyja i podrygujący tors, tak samo jest z kurami, które z poderżniętym gardłem biegną dalej. Turcy niewiele się od nich różnią.

Mossberg narobił trochę hałasu, za to potem jaki spokój!

A teraz nie tracić czasu. Odstawić na bok torby, wyjąć właściwy klucz, otworzyć boks, wciągnąć starszego brata do garażu, wprowadzić do środka samochód z młodszym w dwóch częściach – po drodze muszę przejechać po starszym, ale to nic, nie będzie mógł już mieć mi tego za złe – zamknąć drzwi i sprawa załatwiona.

Wtedy wystarczy tylko podnieść torby, dojść do końca zaułka i wsiąść do wynajętego wozu. Jakkolwiek to jeszcze nie koniec. Prawdę mówiąc, to dopiero początek. Trzeba zamknąć sprawę. Wyjąć komórkę, wybrać numer urządzenia aktywującego bombę – detonację odczuwa się aż tutaj. Znajduję się dość daleko, a mimo to od podmuchu powietrza samochód zadygotał! Czterdzieści metrów dalej! To się nazywa eksplozja! Dzięki niej Turcy trafią prosto do Ogrodu Rozkoszy. Będą mogli dymać dziewice, idioci. Pióropusz czarnego dymu wzbija się ponad dachy warsztatów, prawie wszystkich zamurowanych – miasto wywłaszcza, żeby na nowo budować. W sumie oddaję społeczeństwu przysługę. Można być bandytą i mieć poczucie powinności obywatelskiej. Za pół minuty strażacy wyruszą w drogę. Nie tracić czasu.

Odstawić obie torby z biżuterią do przechowalni na Gare du Nord. Stamtąd odbierze je człowiek przysłany przez pasera. Klucz wrzucić do skrzynki na listy na bulwarze Magenta.

I na koniec sprawdzić, jak wygląda sytuacja. Podobno zabójcy wracają zawsze na miejsce swoich zbrodni.

Uszanujmy tradycję.

11.45

Dwie godziny przed wyjściem na pogrzeb Armanda do Camille’a zadzwoniono z pytaniem, czy zna niejaką Anne Forestier. Jego numer figurujący na początku listy kontaktów był ostatnim, pod który dzwoniła. Przeszedł go zimny dreszcz; w taki sposób człowiek dowiaduje się o czyjejś śmierci.

Ale Anne nie umarła. „Padła ofiarą napaści, odwieziono ją do szpitala”. Z tonu głosu dzwoniącej Camille od razu się domyśla, że w ciężkim stanie.

I faktycznie, stan Anne jest bardzo ciężki. Zdaje się zbyt słaba nawet na to, żeby ją przesłuchać. Policjanci prowadzący śledztwo powiedzieli, że zadzwonią, spotkają się z nią, jak tylko to będzie możliwe. Dopiero po wielu minutach negocjacji z pielęgniarką oddziałową, trzydziestoletnią niewiastą o zbyt wydatnych ustach i z tikiem w prawym oku, Camille uzyskał pozwolenie na wejście do pokoju Anne. Pod warunkiem, że długo nie zabawi.

Uchyla drzwi i przez chwilę stoi w progu. Widok jej w takim stanie kompletnie go załamuje.

Najpierw patrzy na jej szczelnie zabandażowaną głowę. Można by pomyśleć, że Anne wpadła pod ciężarówkę. Prawa połowa jej twarzy to jeden wielki granatowosiny krwiak, tak opuchnięty, że prawie nie widać oczu, które wyglądają jakby wciśnięte w głąb czaszki. Z lewej strony widnieje długa na dobre dziesięć centymetrów rana o czerwono-żółtych brzegach, zamknięta licznymi szwami. Usta są spękane, spuchnięte, powieki sine i obrzmiałe. Złamany nos jest prawie trzykrotnie większy. Dolne dziąsło w dwóch miejscach rozcięte, z lekko uchylonych ust spływa nieprzerwanie strużka śliny. Anne wygląda jak stara kobieta. Leżące na kołdrze ramiona zabandażowane są aż po palce, te z kolei ujęte w łubki. Na prawej ręce opatrunek jest nieco lżejszy, ma pod nim zszytą głęboką ranę.

Zauważywszy obecność Camille’a, Anne próbuje wyciągnąć do niego rękę, do oczu napływają jej łzy, a potem, jakby opadając z sił, zamyka je i znów otwiera. Oczy szkliste, zamglone, które utraciły nawet swój piękny jasnozielony kolor.

Przechyla na bok głowę, głos ma zmieniony, zachrypnięty. Boleśnie przygryziony język jest tak ciężki i obolały, że ledwie można zrozumieć, co mówi, nie wymawia spółgłosek wargowych.

– Boli…

Camille nie jest w stanie wykrztusić słowa. Anne próbuje mówić, on uspokajającym gestem kładzie rękę na kołdrze, nie śmie jej nawet dotknąć. Nagle Anne ogarnia silna nerwowość i podniecenie, Camille chciałby coś zrobić, ale nie wie co. Zadzwonić po pielęgniarkę? W jej spojrzeniu widać rozgorączkowanie, koniecznie, jak najszybciej, chce mu coś powiedzieć.

– … ił… ocno…

Wciąż jeszcze jest zdumiona nagłością wydarzeń, jakby to wszystko stało się przed chwilą.

Nachylony ku niej Camille słucha z uwagą, udaje, że rozumie, próbuje się uśmiechać. Anne mówi, jakby przez cały czas przeżuwała jakąś wrzącą papkę. Camille wychwytuje tylko pojedyncze, zniekształcone sylaby, ale jest tak skoncentrowany, że po kilku minutach zaczyna wychwytywać słowa, domyślać się ich sensu… Tłumaczy je sobie w myśli. To niesamowite, jak szybko człowiek się dostosowuje. Do wszystkiego. Czasem to aż przygnębiające.

„Bił”, „mocno”, powiedziała Anne.

Unosi brwi, oczy rozszerzają jej się z przerażenia, jakby mężczyzna znowu przed nią stanął, jakby zamierzał się kolbą do nowych ciosów. Camille wyciąga rękę, dotyka jej ramienia, Anne z krzykiem aż podskakuje.

– Camille… – szepcze.

Kręci głową w lewo, w prawo, jej głos niemal całkiem cichnie. Z powodu brakujących zębów sepleni, bo jest jeszcze i to, trzy wybite zęby, oba siekacze po lewej stronie, górny i dolny, kiedy otwiera usta, wygląda na trzydzieści lat więcej, wypisz, wymaluj gorsza wersja Fantyny z Nędzników, mimo błagań pielęgniarka nie chce jej podać lusterka.

Zresztą kiedy mówi, chociaż to niełatwe, stara się grzbietem dłoni zasłaniać usta. Raczej bez powodzenia; jej usta są ziejącą jamą o sflaczałych sinych wargach. Camille’owi wydaje się, że Anne pyta:

– …będą mnie operować…?