Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 368 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Officium Secretum - Marcin Wroński

Polska współczesność i groźna atmosfera rodem z Imienia róży! Marcin Wroński w Officium Secretum obnaża mechanizmy władzy świeckiej i kościelnej, bezbłędnie portretuje środowisko lokalnych mediów i mentalność ludzi zarówno poprzedniego, jak i obecnego systemu.

Dominikanin, ojciec doktor Marek Gliński wraca do Lublina po dwudziestu latach nieobecności. Oficjalnie - jako wykładowca Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, nieoficjalnie - jako wysłannik tajnego watykańskiego Officium. Władze kościelne dobrze przygotowały jego powrót, jednak Gliński zdziwi się, jak wiele osób wciąż pamięta go jako „Kleryka", agenta SB. Żeby wykonać powierzone przez zwierzchników zadanie, Gliński musi pokonać opór kazimierskich franciszkanów, którzy pilnie strzegą tajemnic swojego klasztoru, a przede wszystkim stawić czoło własnej przeszłości i dręczącym go wyrzutom sumienia. Kolejnych problemów przysporzy zagadkowa śmierć jednego z franciszkanów oraz pewna studentka KUL-u, gotowa wykorzystać sprawę prześladowania swojego ojca w latach 80., żeby zrobić karierę w lokalnych strukturach partii. Co gorsza, lubelski dziennikarz i policjant z Puław nie spoczną, póki nie poznają całej prawdy o Glińskim...

Officium Secretum to współczesna fabuła sensacyjna osnuta na wydarzeniach minionych kilku lat, z retrospekcjami sięgającymi czasów PRL-u. Czytelnik odnajdzie w niej wątek zdrady narodowej, infiltracji opozycji w latach 80. XX wieku i lustracji księży oraz ostry komentarz do współczesnego życia publicznego, teorii spiskowych i hipokryzji mediów.

Opinie o ebooku Officium Secretum - Marcin Wroński

Fragment ebooka Officium Secretum - Marcin Wroński

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010 Wy­da­nie I War­sza­wa 2010

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PROLOG

Je­stem sę­dzią śled­czym – rzekł mój to­wa­rzysz.

– Aaa! Ko­góż wy tu są­dzić bę­dzie­cie? – od­parł za­kon­nik, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

– Dziś w nocy ukra­dli wam dzwon…

– Tak, Mar­ci­na ukra­dli… Pew­nie, że w nocy. Kie­dym wy­szedł dzwo­nić na jutrz­nię i po­cią­gną­łem sznur, już nie ode­zwał się.

– Ko­muż to ksiądz do­bro­dziej dzwo­ni na jutrz­nię?

– Komu? Wszyst­kim – od­po­wie­dział, wo­dząc ręką do­ko­ła.

– A ci słu­cha­ją się? – spy­tał sę­dzia i wska­zał na sze­reg le­żą­cych.

– Ooo! Cza­sa­mi o pół­no­cy bywa taki ścisk w ko­ście­le, że w stal­lach umiesz­czam tyl­ko prze­orów, a mniej­si oj­co­wie sia­da­ją w ław­kach na środ­ku.

Bo­le­sław Prus, Z ży­wo­tów świę­tych

So­bo­ta, 6 paź­dzier­ni­ka 2007 roku

Ka­zi­mierz Dol­ny, godz. 18.30

W oknie na pierw­szym pię­trze klasz­to­ru re­for­ma­tów za­pa­li­ło się świa­tło. Śpią­cy na pa­ra­pe­cie go­łąb czuj­nie pod­niósł gło­wę.

Od stro­ny Ple­ba­nie­go Dołu, mię­dzy wy­so­ką skar­pą od po­łu­dnia i tą dużo niż­szą, osia­da­ją­cą pod cię­ża­rem klasz­tor­ne­go muru, zbli­żał się, do­brze wi­docz­ny w je­sien­nym mro­ku, żar pa­pie­ro­sa. Mi­gnął obok sze­ro­kiej, ob­ro­śnię­tej lep­ką tra­wą wy­rwy w mu­rze i za­kre­ślił w po­wie­trzu czer­wo­ny łuk, gdy pa­lą­cy opu­ścił rękę. Żar przy­gasł na kil­ka­na­ście se­kund, po czym uniósł się ko­lej­nym świe­tli­stym łu­kiem. Znów roz­bu­dzo­ny ognik oświe­tlił czer­wo­ną łuną ko­ści­stą twarz.

Męż­czy­zna w za­my­śle­niu rzu­cił nie­do­pa­łek na wil­got­ne ka­mie­nie i po­pra­wił koł­nierz. Już w ciem­no­ściach ru­szył w dół – w stro­nę cen­trum mia­stecz­ka.

Okrą­żył bu­dyn­ki klasz­to­ru, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z muru. Prze­szedł krót­ką ulicz­ką Pod­gór­ną, mi­nął roz­ja­śnio­ne kil­ko­ma lam­pa­mi scho­dy, pro­wa­dzą­ce do sank­tu­arium.

Na Cmen­tar­nej nie było la­tar­ni, ale do­cie­ra­ły tu świa­tła re­stau­ra­cji z bie­gną­cej u stóp skar­py uli­cy Kra­kow­skiej. Chmu­ry, gna­ne po­łu­dnio­wo-wschod­nim wia­trem, for­so­wa­ły Wi­słę jak sześć­dzie­siąt trzy lata wcze­śniej ar­mia Ber­lin­ga. Do­pie­ro kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej Cmen­tar­ną znów okrył mrok i mgli­sty opar znad rze­ki. Sły­chać było je­dy­nie mu­zy­kę z knajp, a nie­co bli­żej skrzy­pie­nie po­ru­sza­nej wia­trem okien­ni­cy.

Męż­czy­zna, wciąż wpa­trzo­ny w za­bu­do­wa­nia fran­cisz­ka­nów, się­gnął po ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa. Mur, tu nie­co wyż­szy, umoc­nio­ny sze­ro­ki­mi przy­po­ra­mi, pro­wa­dził wzrok ku przy­ro­śnię­te­mu do nie­go drew­nia­ne­mu bu­dyn­ko­wi. Męż­czy­zna po­tknął się i znów przy­sta­nął, tym ra­zem jed­nak, by spoj­rzeć pod nogi, nie w górę.

– O kur­wa jego mać!

Na bru­ko­wa­nej ko­ci­mi łba­mi ulicz­ce le­żał czło­wiek, za­sty­gły w po­zy­cji em­brio­na. Męż­czy­zna cof­nął się o krok, dru­gi, trze­ci, aż wpadł ple­ca­mi na płot. Wiatr ci­snął mu w twarz kil­ka li­ści.

– O żeby cię…

Pstryk­nął za­pal­nicz­ką i osło­nił dło­nią błę­kit­no-po­ma­rań-czo­wy pło­mień. Trup ze­zo­wał, jak­by za­cie­ka­wio­ny struż­ką krwi, któ­ra za­krze­pła mu u na­sa­dy nosa. Spod brą­zo­we­go ha­bi­tu wy­sta­wał prze­krzy­wio­ny koł­nierz fla­ne­lo­wej ko­szu­li i wy­strzę­pio­ny T-shirt.

Męż­czy­zna ro­zej­rzał się nie­spo­koj­nie i zro­bił krok w stro­nę mar­twe­go za­kon­ni­ka.

W tym mo­men­cie zo­ba­czył mdłe świa­tło od stro­ny cmen­ta­rza, w uszy wbił mu się wście­kły zgrzyt pia­sty sta­re­go ro­we­ru. Zer­k­nął na pa­pie­ro­sa, któ­ry wciąż dy­mił mu spo­mię­dzy pal­ców. Od­rzu­cił nie­do­pa­łek za płot po­ło­żo­nej ni­żej po­se­sji i ob­ró­cił się na pię­cie.

Prze­raź­li­wy krzyk do­pę­dził go do­pie­ro w pod­cie­niach Ryn­ku.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Je­śli na­wet zda­rzy się wam spoj­rzeć na ja­kąś ko­bie­tę, w żad­ną się nie wpa­truj­cie. Nie za­bra­nia się wam bo­wiem wi­dze­nia ko­biet, gdy gdzieś wy­cho­dzi­cie, jed­nak wy­stęp­ną jest rze­czą ich po­żą­dać lub chcieć być przez nie po­żą­da­nym. Nie tyl­ko zaś do­ty­kiem i uczu­ciem, lecz rów­nież spoj­rze­niem moż­na na­mięt­nie po­żą­dać ko­bie­ty; i tak też bywa się przez jej na­mięt­ność po­żą­da­nym. Nie mów­cie więc, że ma­cie skrom­ne ser­ca, gdy nie są skrom­ne wa­sze oczy. Z nie­skrom­nych spoj­rzeń prze­zie­ra bo­wiem nie­skrom­ność serc. Kie­dy zaś ser­ca wzro­kiem, na­wet bez słów, zdra­dza­ją so­bie bez­wstyd­ne pra­gnie­nia i lu­bu­ją się wza­jem­nym cie­le­snym po­żą­da­niem, wów­czas – choć­by na­wet ciał nie spla­mi­ła nie­czy­stość – gi­nie jed­nak czy­stość oby­cza­jów. Kto zaś wpa­tru­je się w ko­bie­tę i lubi, gdy tak­że jej wzrok jest w nie­go utkwio­ny, niech nie są­dzi, że nikt tego nie wi­dzi. Wi­dzą go z pew­no­ścią!

z Re­gu­ły św. Au­gu­sty­na, bi­sku­pa

Oneg­daj: po Anie­le Pań­skim trzy ko­bie­ty z vo­tum dla Ka­zi­mier­skiej Pani, nie­bo­ga­tym, wy­obra­ża­ją­cym łódź, w ja­kich tu­tej­si ry­ba­cy na Wi­śle ło­wią; sło­ni­ny so­lo­nej funt. Wczo­raj: ta­koż w po­łu­dnie po roz­grze­sze­nie wie­śniacz­ka spod Karcz­misk, jako że do do­bro­dzie­ja swo­je­go nie śmia­ła; jaja przy­nio­sła, alem od­mó­wił. Da­emo­ni etiam vera di­cen­ti non est cre­den­dum, po­wta­rzam w du­szy za Ja­nem Chry­zo­sto­mem. Z da­chu nad chó­rem znów ciek­nie.

z za­pi­sków o. Ad­ria­na Ga­łusz­kie­wi­cza OFM­SO

ROZDZIAŁ I

Wto­rek, 2 paź­dzier­ni­ka 2007 roku

Lu­blin, Sta­re Mia­sto, godz. 7.00

Po­ran­ne słoń­ce li­znę­ło ka­mie­ni­ce przy Sze­ro­kiej i ogień na­brał ży­cia. Pło­mie­nie wy­bu­chły ze zdwo­jo­ną siłą, sta­ro­za­kon­ny w bra­mie wy­cho­dzą­cej na prze­strzał gło­śniej wy­krzyk­nął swo­ją skar­gę, a jeź­dziec w nie­bie­skiej kurt­ce po­pę­dził wierz­chow­ca. Pro­ce­sja z re­li­kwią Krzy­ża, za­pew­ne za­dzie­ra­jąc wy­so­ko bia­łe ha­bi­ty, prze­kro­czy­ła wła­śnie cuch­ną­cy ściek, pły­ną­cy po­wo­li z mia­sta chrze­ści­jań­skie­go ku ży­dow­skie­mu, i przy­sta­nę­ła wpa­trzo­na w za­bu­do­wa­nia klasz­to­ru kar­me­li­ta­nek, do któ­rych po­żar jesz­cze nie do­tarł – i nie do­trze.

Oj­ciec dok­tor Ma­rek Gliń­ski ode­rwał wzrok od ob­ra­zu i zwró­cił go ku pre­zbi­te­rium. Po­ran­na msza przy pra­wie pu­stych ław­kach do­bie­gła koń­ca. Skło­niw­szy gło­wę przed oł­ta­rzem, zo­ba­czył tyl­ko dwie sta­rusz­ki przy Mat­ce Bo­skiej Pa­ry­skiej i mło­dą dziew­czy­nę klę­czą­cą przed św. Ka­ta­rzy­ną ze Sie­ny. To był wy­jąt­ko­wy ob­raz: albo efekt teo­lo­gicz­nej igno­ran­cji, albo prze­ciw­nie, ge­niu­szu. Do­mi­ni­kań­ska ter­cjar­ka nie trzy­ma­ła w dło­ni li­lii, ale wbrew iko­no­gra­fii, jabł­ko, owoc po­zna­nia do­bre­go i złe­go, zu­peł­nie jak­by ar­ty­sta prze­wi­dział, że ma­lu­je przy­szłe­go Dok­to­ra Ko­ścio­ła Po­wszech­ne­go. Gliń­ski wy­co­fał się za ostat­ni rząd ła­wek, przy­klęk­nął i opu­ścił ba­zy­li­kę.

Nad uli­cą Zło­tą wol­no prze­su­wa­ły się chmu­ry, na bru­ku wi­dać było mo­kre śla­dy po opo­nach, a pod bra­mą Mu­zeum Cze­cho­wi­cza sta­ło dwóch męż­czyzn z psa­mi. Nie­uf­ne spoj­rze­nia skun­dlo­nych owczar­ków zwró­ci­ły się ku nad­cho­dzą­ce­mu, ale gęby z przed­wczo­raj­szym za­ro­stem zer­k­nę­ły ku są­sied­niej bra­mie, z któ­rej wy­nu­rzył się trze­ci fa­cet, nie­co niż­szy i bez psa, za to w ta­kich sa­mych dre­sach z po­czwór­nym lam­pa­sem. Męż­czyź­ni za­sty­gli w ocze­ki­wa­niu, gdy wy­cią­gnął z kie­sze­ni kom­bi­ner­ki, przy­kuc­nął i otwo­rzył kla­pę hy­dran­tu prze­ciw­po­ża­ro­we­go. Gliń­ski uśmiech­nął się, wi­dząc tam flasz­kę i trzy rów­no usta­wio­ne szklan­ki.

– Szczęść Boże. – Fa­cet kiw­nął gło­wą za­kon­ni­ko­wi, prze­chy­la­jąc pio­no­wo bu­tel­kę nad pierw­szą szklan­ką. Kie­dy wód­ka za­gul­go­ta­ła trzy razy, szyb­ko prze­su­nął szyj­kę nad ko­lej­ne na­czy­nie.

– Szczęść Boże. – Gliń­ski mru­gnął do męż­czyzn, nie­cier­pli­wie wy­cze­ku­ją­cych po­ran­nych por­cji chle­ba ich po­wsze­dnie­go. Gdy po­przed­nie­go dnia przy­je­chał do Lu­bli­na po raz pierw­szy od dwu­dzie­stu lat, miał wra­że­nie, że tra­fił do zu­peł­nie in­ne­go mia­sta. Jed­nak pew­ne rze­czy były tu sta­re jak ka­mie­ni­ce, do­brze zna­jo­me po­ecie Cze­cho­wi­czo­wi, gdy pi­sał o za­ka­za­nych ulicz­kach: sta­re ni­czym pra­wo na­tu­ral­ne.

Wy­bacz im, Pa­nie, choć do­brze wie­dzą, co czy­nią, po­my­ślał za­kon­nik i skrę­cił za róg. Chciał pójść śla­dem pro­ce­sji z ob­ra­zu: w dół Grodz­ką, przez nie­ist­nie­ją­cą już dziel­ni­cę ży­dow­ską w stro­nę św. Mi­ko­ła­ja i z po­wro­tem. Ten po­ran­ny spa­cer cze­kał na nie­go po­nad dwa­dzie­ścia lat… Tu miał miesz­kać, w klasz­to­rze przy św. Krzy­żu, tak czuł, wsłu­chu­jąc się w głos wła­sne­go po­wo­ła­nia. Jed­nak wte­dy nie ro­zu­miał jesz­cze, ja­ki­mi wię­za­mi są ślu­by po­słu­szeń­stwa…

Pa­łac Bi­sku­pi, godz. 10.40

Ar­cy­bi­skup pod­parł bro­dę, przy­bie­ra­jąc wy­raz głę­bo­kie­go za­tro­ska­nia.

Gliń­ski znał tę minę, wi­dy­wał ją czę­sto u swo­ich za­kon­nych prze­ło­żo­nych i wszel­kiej ma­ści do­stoj­ni­ków ko­ściel­nych. Mina za­wo­do­wa, coś jak cy­nicz­ny uśmiech u ak­to­rów gra­ją­cych role po­li­cjan­tów. Jed­nak gład­ko ogo­lo­na twarz lu­bel­skie­go me­tro­po­li­ty wy­glą­da­ła na­praw­dę wia­ry­god­nie: w jego pa­ster­skiej tro­sce był i na­mysł, i na­wet nuta bez­rad­no­ści. Do­mi­ni­ka­nin pa­trzył na ar­cy­bi­sku­pa z sza­cun­kiem, miał na­dzie­ję, że to uła­twi roz­mo­wę z tym no­wo­cze­snym i sta­now­czym hie­rar­chą, u któ­re­go ewan­ge­licz­na skrom­ność z pew­no­ścią nie na­le­ża­ła do głów­nych za­let.

– Oczy­wi­ście nie mo­głem nie sły­szeć o szcze­gól­nej mi­sji ojca i wa­szej Ko­mi­sji. Jed­nak musi oj­ciec wie­dzieć, że na­wet wśród ści­słe­go gro­na kar­dy­nal­skie­go i ar­cy­bi­sku­pie­go zda­nia są po­dzie­lo­ne. – Ubie­ga­jąc od­po­wiedź Gliń­skie­go, choć ten na­wet nie otwo­rzył ust, do­dał z na­ci­skiem: – Sły­sza­łem i ta­kie opi­nie, że nasz Oj­ciec Świę­ty nie był­by z tej mi­sji za­do­wo­lo­ny.

Za­dzi­wia­ją­ce!, uśmiech­nął się w du­chu za­kon­nik. Wkrót­ce po śmier­ci pa­pie­ża mniej wię­cej to samo po­wie­dział oj­ciec Fran­ce­sco Ot­ta­via­ni, wi­ka­riusz ge­ne­ra­ła, a nie da­lej niż rok temu sam Car­los Al­fon­so Az­pi­roz Co­sta, osiem­dzie­sią­ty szó­sty ge­ne­rał Ordo Pra­edi­ca­to­rum, był ła­skaw użyć nie­mal iden­tycz­ne­go wy­ra­że­nia: „nasz pa­pież, a twój nie­od­ża­ło­wa­ny ro­dak, Mar­ku”. Tyl­ko w to­nie jego gło­su nie było tej wy­stu­dio­wa­nej tro­ski; i choć ogo­rza­łą twarz po­tom­ka kon­kwi­sta­do­rów okra­szał uśmiech, w spoj­rze­niu oj­ciec dok­tor do­strze­gał ja­kąś me­lan­cho­lij­ną twar­dość: wy­pisz, wy­ma­luj opat Ab­bon z fil­mo­wej ad­ap­ta­cji Imie­nia róży, na­wet bro­da taka sama.

– Być może, księ­że ar­cy­bi­sku­pie – za­czął z na­my­słem Gliń­ski – lecz nie mnie to osą­dzać. Poza tym Jego Świą­to­bli­wość Be­ne­dykt XVI rów­nież jest  n a s z y m Oj­cem Świę­tym.   N a s z y m  i   ca­łe­go Ko­ścio­ła.

– To samo po­wie­dzia­łem kar­dy­na­łom, gdy mó­wi­li­śmy o przy­jeź­dzie ojca. – Me­tro­po­li­ta wes­tchnął. – Oj­ciec sta­wia mnie jed­nak w trud­nej sy­tu­acji. Jak za­pew­ne ojcu wia­do­mo, sta­ram się być przej­rzy­sty w swo­ich dzia­ła­niach.

– Wiem, co roku pu­bli­ku­je ksiądz ar­cy­bi­skup spra­woz­da­nia fi­nan­so­we po­wie­rzo­nej mu me­tro­po­lii, bie­rze udział w ży­ciu pu­blicz­nym i, je­śli nie ura­zi to księ­dza ar­cy­bi­sku­pa, ucho­dzi ksiądz ar­cy­bi­skup za li­be­ra­ła. Jed­nak zmu­szo­ny je­stem za­py­tać wa­szą eks­ce­len­cję… – Gliń­ski urwał. Ten aż na­zbyt ofi­cjal­ny ty­tuł po­wi­nien hie­rar­chę za­nie­po­ko­ić lub po­trą­cić w nim czu­łą stru­nę mi­ło­ści wła­snej; za­miast tego do­mi­ni­ka­nin zo­ba­czył tyl­ko iro­nicz­ny uśmiech. – Zmu­szo­ny je­stem jed­nak za­py­tać, czy mogę li­czyć na po­moc, o ile oka­że się ona ko­niecz­na. Ze swo­jej stro­ny obie­cu­ję nie na­przy­krzać się księ­dzu ar­cy­bi­sku­po­wi.

– Wca­le się oj­ciec nie na­przy­krza. – Me­tro­po­li­ta po­wie­dział to, przy­sła­nia­jąc so­bie usta zwi­nię­tą dło­nią. Moż­na by po­my­śleć, że spraw­dzał czu­łość mi­kro­fo­nu ukry­te­go w rę­ka­wie je­dwa­bi­ście czar­nej ma­ry­nar­ki. – Daw­no nie czu­łem się aż tak bar­dzo ar­cy­bi­sku­pem jak pod­czas roz­mo­wy z oj­cem. Eks­ce­len­cja! – znów się uśmiech­nął. – Coś mi jed­nak mówi, że za tę przy­jem­ność przyj­dzie mi za­pła­cić jesz­cze na tym świe­cie.

– Ksiądz ar­cy­bi­skup sta­ra się być przej­rzy­sty, a ja, z bożą po­mo­cą, po­sta­ram się być nie­wi­docz­ny. Bar­dzo dzię­ku­ję, że ksiądz ar­cy­bi­skup zna­lazł dla mnie czas. – Gliń­ski wstał.

– Nie­wi­docz­ny… To, o ile wiem, oj­ciec po­tra­fi i bez bo­żej po­mo­cy. – Me­tro­po­li­ta ru­chem gło­wy wska­zał do­mi­ni­ka­ni­no­wi krze­sło, ale tym ra­zem był to gest tak oszczęd­ny, że pra­wie nie­do­strze­gal­ny. Od­krę­cił skuw­kę gru­be­go pió­ra wiecz­ne­go i za­pi­sał na wi­zy­tów­ce dzie­więć cyfr. – Pro­szę, na wy­pa­dek gdy­by spo­tka­ły ojca nie­prze­wi­dzia­ne trud­no­ści. Nie kry­ję, każ­dy dzień, gdy ta ko­mór­ka mil­czy, uwa­żam za bar­dzo szczę­śli­wy. Nie chciał­bym jed­nak, aby źle oj­ciec wspo­mi­nał pra­cę w na­szej ar­chi­die­ce­zji. – Krót­ki gry­mas wy­ostrzył okrą­głą twarz me­tro­po­li­ty i ścią­gnął jego usta w wą­ską kre­skę, zmia­ta­jąc wy­raz za­wo­do­wej tro­ski. Tak, ten hie­rar­cha nie ustą­pił przed po­wa­gą Of­fi­cium Se­cre­tum, on tyl­ko wy­świad­czył uprzej­mość na­tręt­ne­mu pe­ten­to­wi.

– Bóg za­płać, księ­że ar­cy­bi­sku­pie. – Gliń­ski schy­lił gło­wę nad wi­zy­tów­ką, opa­trzo­ną her­bem z go­łę­bi­cą w au­re­oli i otwar­tą Ewan­ge­lią. In Spi­ri­tu et Ve­ri­ta­te, gło­si­ło mot­to po­ni­żej.

W Du­chu i Praw­dzie, prze­tłu­ma­czył so­bie do­mi­ni­ka­nin. Pa­nie, na­wet je­śli to nie Twój znak…

Ka­to­lic­ki Uni­wer­sy­tet Lu­bel­ski, In­sty­tut Hi­sto­rii, godz. 12.30

Col­le­gium Nor­wi­dia­num zia­ło biu­ro­wym chło­dem, a nie­zwy­kle aku­stycz­na po­sadz­ka ko­ry­ta­rzy wzmac­nia­ła każ­dy dźwięk. Nie­win­ne ob­ca­sy spóź­nio­nej stu­dent­ki stu­ka­ły jak buty wię­zien­ne­go kla­wi­sza.

– Dzień do­bry, pro­szę usiąść – po­wie­dział do­mi­ni­ka­nin, kie­dy kro­ki uci­chły, a przez uchy­lo­ne drzwi zaj­rza­ła gło­wa mło­dej blon­dyn­ki z mod­nie wy­stop­nio­wa­ną grzyw­ką, opa­da­ją­cą na oczy. – Je­stem oj­ciec dok­tor Gliń­ski.

– Prze­pra­szam ojca dok­to­ra. – Dziew­czy­na, sta­ra­jąc się po­ru­szać jak naj­ci­szej, po­de­szła do sto­li­ka w pierw­szym rzę­dzie, nie­co na lewo od ka­te­dry. – Agniesz­ka No­wak.

Do­mi­ni­ka­nin na chwi­lę za­trzy­mał wzrok na stu­dent­ce. Ko­lej­nej stu­dent­ce; czyż­by te­mat za­jęć trą­cił fe­mi­ni­zmem? Nie ona jed­na się spóź­ni­ła, ale dla­cze­go nie szu­ka­ła miej­sca jak naj­da­lej od pro­wa­dzą­ce­go? Się­gnął po oku­la­ry do czy­ta­nia w de­li­kat­nej srebr­nej opraw­ce i uzu­peł­nił li­stę.

Sala w wy­koń­czo­nym przed ro­kiem gma­chu była pra­wie pu­sta, tak jak się Gliń­ski spo­dzie­wał. W ni­czym nie przy­po­mi­na­ła tych po­klasz­tor­nych i po­ko­sza­ro­wych po­miesz­czeń sta­re­go bu­dyn­ku, któ­re pa­mię­tał ze stu­diów. Co praw­da, już za jego cza­sów nie prze­cha­dza­ły się tam du­chy do­mi­ni­ka­nów, ale wi­dok soł­da­ta z 69. Ria­zań­skie­go Puł­ku Pie­cho­ty był­by jesz­cze cał­kiem zro­zu­mia­ły. Na­to­miast do Col­le­gium Nor­wi­dia­num naj­le­piej pa­so­wał be­żo­wy ża­kiet i szpil­ki tej spóź­nio­nej stu­dent­ki. Choć na in­ter­dy­scy­pli­nar­nym kon­wer­sa­to­rium z wie­lo­kul­tu­ro­wej prze­szło­ści miast pol­skich na przy­kła­dzie Lu­bli­na, któ­re przez dwa se­me­stry, ra­zem z wy­kła­dem mo­no­gra­ficz­nym, miał pro­wa­dzić oj­ciec dok­tor Gliń­ski, wy­glą­da­ły nie­co ku­rio­zal­nie.

Nie wie­dział, jak się od­na­leźć w roli dy­dak­ty­ka, nie zdą­żył na­wet przy­je­chać na radę wy­dzia­łu. Co praw­da nie słu­ży ona temu, by ko­mu­kol­wiek do­ra­dzać, ale zo­rien­to­wał­by się przy­najm­niej, co ro­bią inni. Ra­mo­wy plan za­jęć, mimo że był opa­trzo­ny jego na­zwi­skiem, Gliń­ski do­stał póź­niej niż dzie­kan. Zro­bio­no wie­le, by ulo­ko­wać go w Lu­bli­nie w spo­sób nie­wzbu­dza­ją­cy po­dej­rzeń, osta­tecz­nie to jed­nak on mu­siał zjeść tę żabę i z bra­ku do­świad­cze­nia jak naj­le­piej na­śla­do­wać wła­snych wy­kła­dow­ców. I przy­najm­niej na po­cząt­ku uni­kać zbyt trud­nych py­tań, żeby nie było jak u Joy­ce’a: „Ty, Arm­strong. Czy wiesz coś o Pyr­ru­sie? – O Phal­lu­sie, pro­szę pana? Phal­lus to taki pal, któ­ry się wbi­ja pod molo”…

Za­czął więc bez­piecz­nie od wy­py­ta­nia stu­den­tek, cze­go one same ocze­ku­ją. Szyb­ko się zo­rien­to­wał, że więk­szo­ści bra­ku­je po pro­stu punk­tów do wy­ma­ga­ne­go li­mi­tu, tyl­ko temu za­wdzię­czał ich obec­ność. Oczy­wi­ście na trze­cim roku po­tra­fi­ły już wy­my­ślać na po­cze­ka­niu inne po­wo­dy, a co zdol­niej­sze na­wet pod­pie­rać je aka­de­mic­ką no­wo­mo­wą.

Szcze­ra była chy­ba tyl­ko jed­na dziew­czy­na z po­lo­ni­sty­ki, ubra­na w sze­ro­ki swe­ter i z ob­rącz­ką-ró­żań­cem na pal­cu. Gliń­ski nie cier­piał tego oa­zo­we­go ga­dże­tu; we­dług nie­go czło­wiek, któ­ry wpadł na po­mysł zre­du­ko­wa­nia peł­ne­go zna­czeń przed­mio­tu do ka­wał­ka blasz­ki, za­słu­gi­wał na eks­ko­mu­ni­kę. Sam oj­ciec dok­tor no­sił w kie­sze­ni ró­ża­niec z drze­wa oliw­ne­go wy­ko­na­ny na wzór mu­zuł­mań­skiej sub­hy. W każ­dą po­dróż za­bie­rał też dru­gi, zro­bio­ny z chle­ba wjed­nym z obo­zów in­ter­no­wa­nia na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych, lecz po nie­go się­gał tyl­ko w piąt­ki.

– …bo czy wie­lo­kul­tu­ro­wość to nie jest ta­kie po­praw­ne po­li­tycz­nie okre­śle­nie za­gro­że­nia pol­skiej toż­sa­mo­ści? – mó­wi­ła, a ru­mie­niec po­kry­wał co­raz więk­szą część jej po­licz­ków. Brak ma­ki­ja­żu po­zwa­lał do­strzec pod no­sem de­li­kat­ny me­szek. – Dys­ku­to­wa­łam o tym na fo­rum z jed­nym z oj­ców z Do­mi­ni­kań­skie­go Ośrod­ka In­for­ma­cji o Sek­tach. Tak w ogó­le to my­śla­łam, że i oj­ciec dok­tor jest z nim zwią­za­ny, bo…

– Nasz za­kon ma dłu­gą tra­dy­cję zaj­mo­wa­nia się pro­ble­ma­ty­ką po­gra­ni­cza kul­tur i re­li­gii – prze­rwał jej w koń­cu Gliń­ski. – Po­cząt­ko­wo, by wal­czyć z he­re­zją, dziś ra­czej, by zro­zu­mieć.

– No ale prze­cież wciąż ist­nie­ją he­re­zje. Sek­ty, ma­so­ne­ria…

– Zro­bi­ła­by pani ka­rie­rę w Świę­tej In­kwi­zy­cji, pani Mo­ni­ko – po­ki­wał gło­wą oj­ciec dok­tor – ale dziś Ko­ściół sta­ra się, jesz­cze nie­śmia­ło, za­uwa­żać, że szu­ka­nie wszę­dzie sekt to bar­dzo sek­ciar­ska dok­try­na. Świat na­praw­dę nie jest aż tak ta­jem­ni­czy, a w każ­dym ra­zie nie w tym aspek­cie. „Mi­łuj­cie nie­przy­ja­ciół”, jak po­wie­dział Je­zus, i „zło do­brem zwy­cię­żaj”, jak pro­po­no­wał już św. Pa­weł.

– I „praw­da was wy­zwo­li”, jak po­wie­dział Jan Pa­weł II – wtrą­ci­ła Agniesz­ka No­wak. Od kil­ku mi­nut krę­ci­ła się ner­wo­wo, czyż­by uwa­ża­ła, że zwró­ci­ła na sie­bie zbyt mało uwa­gi sa­mym te­atral­nym wej­ściem?

Gliń­ski spoj­rzał na nią znad oku­la­rów.

– Przed nim po­wie­dział to jed­nak Je­zus – spro­sto­wał, za­sta­na­wia­jąc się, o co jej wła­ści­wie cho­dzi­ło.

Te­raz miał wra­że­nie, że skądś zna tę dziew­czy­nę, a wła­ści­wie nie tyle ją, ile jej twarz. Nie było to déjà vu, ra­czej coś ta­kie­go jak te sy­tu­acje ze stu­diów w Niem­czech, kie­dy ktoś mu przed­sta­wiał czar­no­skó­re­go kle­ry­ka, a Gliń­ski na­stęp­ne­go dnia na wszel­ki wy­pa­dek kła­niał się każ­de­mu o afry­kań­skich ry­sach.

– Pani Agniesz­ka No­wak – prze­czy­tał na głos, żeby dać swo­jej pa­mię­ci nie­co cza­su.

Ta­kim oso­bom jak ona w kwe­stio­na­riu­szach pi­sa­ło się „zna­ków szcze­gól­nych nie ma”. Sza­tyn­ka śred­nie­go wzro­stu, o okrą­głej, sło­wiań­skiej twa­rzy, a wy­raź­nie za­ry­so­wa­ne ko­ści po­licz­ko­we su­ge­ro­wa­ły, że któ­ryś z jej przod­ków czy­nem po­parł hu­ma­ni­stycz­ne idee współ­ży­cia kul­tur. Przez ostat­nie kil­ka­na­ście lat Gliń­ski rzad­ko wi­dy­wał ko­bie­ty o tym ty­pie uro­dy, ale w mło­do­ści jego pod­świa­do­mość mu­sia­ła za­re­je­stro­wać ty­sią­ce po­dob­nych twa­rzy – ład­nych, jed­nak po­wta­rzal­nych.

– Pani Agniesz­ko, pani stu­diu­je…

– Ad­mi­ni­stra­cję, na trze­cim roku – i uśmiech­nę­ła się, jak­by w tym hu­ma­ni­stycz­no-teo­lo­gicz­nym gro­nie był to szcze­gól­ny po­wód do dumy.

– Ory­gi­nal­nie – przy­znał do­mi­ni­ka­nin. – W ta­kim ra­zie pa­nią za­py­tam nie­co in­a­czej niż resz­tę pań­stwa… pań – po­pra­wił się. – Co pa­nią do nas spro­wa­dza?

– Ad­mi­ni­stra­cja, oj­cze dok­to­rze. – Pod­nio­sła dłoń, jak­by chcia­ła za­cze­sać grzyw­kę, ale tyl­ko po­pra­wi­ła ża­kiet. – In­te­re­su­je mnie pra­ca w ad­mi­ni­stra­cji lo­kal­nej, a wie­lo­kul­tu­ro­wość to od kil­ku lat pro­mo­wa­na spe­cy­fi­ka…

Wie­dział, co te­raz usły­szy. Przez chwi­lę Gliń­ski miał na­dzie­ję na stu­dent­kę, dla któ­rej war­to się sta­rać, ale już wie­dział, że może li­czyć tyl­ko na jej pro­gra­mo­wo cię­te ri­po­sty. No chy­ba że dow­cip tej dziew­czy­ny był jak na jej wiek bar­dzo pię­tro­wy i spe­cjal­nie prze­ma­wia­ła no­wo­mo­wą z in­ter­ne­to­wych stron biur pro­mo­cji urzę­dów miej­skich i mar­szał­kow­skich, aby za­koń­czyć nie­spo­dzie­wa­ną fi­gu­rą re­to­rycz­ną. W koń­cu na­le­ża­ła do po­ko­le­nia po­dob­no wy­cho­wa­ne­go na Mon­ty Py­tho­nie…

Jed­nak nie, to były gład­kie bzdu­ry o ty­glu kul­tu­ro­wym, ma­łych oj­czy­znach, toż­sa­mo­ści, szan­sach i Eu­ro­pej­skiej Sto­li­cy Kul­tu­ry 2016. Naj­wy­raź­niej, w od­róż­nie­niu od Gliń­skie­go, nie mia­ła w li­ceum ma­te­ma­tycz­ki, któ­ra co chwi­lę po­wta­rza­ła: „Nie uży­waj słów, któ­rych zna­cze­nia nie ro­zu­miesz”. A je­śli na­wet mia­ła, to uwa­ża­ła, że po ma­tu­rze to je­de­na­ste przy­ka­za­nie już jej nie do­ty­czy.

– Do­brze, dzię­ku­ję – uciął przy­dłu­gi sło­wo­tok i zwró­cił się do wy­raź­nie ura­żo­nej stu­dent­ki od sekt: – O in­te­re­su­ją­cych pa­nią za­gro­że­niach toż­sa­mo­ści na­ro­do­wej też oczy­wi­ście bę­dzie­my mó­wić. Na pierw­szym spo­tka­niu chcia­łem przede wszyst­kim po­znać ocze­ki­wa­nia… pań wo­bec na­sze­go kon­wer­sa­to­rium, ale po­nie­waż zo­sta­ło nam tro­chę cza­su, czy mogę jesz­cze czymś słu­żyć?

Tak jak przy­pusz­czał, wszyst­kie za­czę­ły cho­wać no­tat­ni­ki, za­do­wo­lo­ne, że nie obar­czył ich żad­ną lek­tu­rą, gdy na­gle szu­ra­nie krze­seł za­głu­szył głos Agniesz­ki No­wak:

– To nie jest może zwią­za­ne z te­ma­tem za­jęć, ale czy oj­ciec dok­tor jest tym sa­mym oj­cem Gliń­skim od Ko­mi­sji Du­cha i Praw­dy?

– Zde­ma­sko­wa­ła mnie pani. – Uśmiech­nął się gry­ma­sem, któ­ry tre­no­wał od po­ło­wy lat osiem­dzie­sią­tych. – Gdy­by to był in­sty­tut dzien­ni­kar­stwa, bał­bym się, że ze­chcą pa­nie tre­no­wać na mnie tak­ty­kę kon­fe­ren­cji pra­so­wej.

To był tyl­ko In­sty­tut Hi­sto­rii, jed­nak nikt nie wy­szedł, a świę­ta Mo­ni­ka od Sekt znów się­gnę­ła po do­pie­ro co scho­wa­ny no­tat­nik.

KUL, I Ka­te­dra Hi­sto­rii No­wo­żyt­nej, godz. 15.00

Ga­bi­net był tak cia­sny, że na żad­nym in­nym uni­wer­sy­te­cie nie zdo­ła­no by w nim upchnąć aż trzech biu­rek. Jed­nak w mu­rach ka­to­lic­kiej uczel­ni, przed kil­ku laty na­zwa­nej imie­niem Jana Paw­ła II, Bóg naj­wy­raź­niej czy­nił wie­le ma­łych, co­dzien­nych cu­dów, jak uznał Ma­rek Gliń­ski OP, kie­dy zo­ba­czył tę klit­kę dla hi­sto­ry­ków no­wo­żyt­nych.

Wy­ga­szacz ekra­nu lap­to­pa płyn­nie zmie­niał cy­ta­ty ze św. Jana i pism mi­stycz­nych Ibn ’Ara­bie­go, ba­te­ria się ła­do­wa­ła. Do­mi­ni­ka­nin po­wo­li koń­czył ku­pio­ną w bar­ku droż­dżów­kę, do­kład­nie prze­żu­wał, a co dru­gi kęs po­pi­jał ma­łym łycz­kiem bia­łej kawy. Na obiad się nie zde­cy­do­wał, cho­ciaż kie­row­nik ka­te­dry ser­decz­nie za­pra­szał. Gliń­skie­mu jed­nak ode­brał ape­tyt już sam za­pach – mniej: cień za­pa­chu z no­wej sto­łów­ki w pod­zie­miach głów­ne­go bu­dyn­ku uni­wer­sy­te­tu. Mi­mo­wol­nie zer­k­nął wte­dy przez okno w stro­nę daw­nej sto­łów­ki, ma­łej, cia­snej i wiecz­nie za­tło­czo­nej. Przed wej­ściem do niej Pry­mas Ty­siąc­le­cia wciąż klę­czał na po­mni­ku przed Pa­pie­żem Po­la­kiem, ten zaś obej­mo­wał go ła­god­nie i za­chę­cał do po­wsta­nia. Słyn­ny gest ze słyn­ne­go zdję­cia. I ze słyn­ne­go KUL-owskie­go dow­ci­pu: „Ka­ro­lu, nie idź tam! Zno­wu mie­lo­ne”. Dziw­na rzecz, że kie­dyś Gliń­skie­mu, dłu­go­wło­se­mu stu­den­to­wi hi­sto­rii, smród sma­że­ni­ny aż tak nie prze­szka­dzał. Dziś jako za­kon­nik go­tów był na róż­ne for­my mę­czeń­stwa, byle – Boże, od­puść! – nie ga­stro­no­micz­ne.

Przed oj­cem dok­to­rem le­ża­ły dwa te­le­fo­ny ko­mór­ko­we. Je­den wy­glą­dał jak młod­szy brat lśnią­ce­go me­ta­licz­nym sre­brem lap­to­pa, dru­gi: wy­słu­żo­ny, odra­pa­ny grzmot ze ster­czą­cą an­ten­ką, pre­zen­to­wał się przy nim ża­ło­śnie. Nic dziw­ne­go, że sły­sząc pu­ka­nie do drzwi, do­mi­ni­ka­nin szyb­ko ukrył sta­ry apa­rat w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

– Prze­pra­szam, czy ksiądz nie wi­dział pro­fe­so­ra We­de­ra? – Do ga­bi­ne­tu zaj­rza­ła krót­ko ostrzy­żo­na gło­wa. Spod chu­dej szyi z po­kaź­nym jabł­kiem Ada­ma zwie­szał się krzy­wo za­wią­za­ny kra­wat w bia­ło­sza­re pasy.

We­der. Kie­dy za­kon­nik usły­szał to na­zwi­sko, ostat­nio czę­ściej wy­mie­nia­ne w to­ruń­skiej roz­gło­śni niż na­wet na KUL-u, z miej­sca przy­po­mnia­ła mu się świę­ta Mo­ni­ka od Sekt. Prze­łknął ostat­ni kęs droż­dżów­ki.

– Nie wi­dzia­łem – od­parł, a le­d­wie za­mknę­ły się drzwi, zło­śli­wie do­dał pod no­sem: – I Panu Bogu dzię­ko­wać.

Chwi­lę wal­czył z oknem, za­nim zdo­łał je otwo­rzyć, i strzep­nął okru­chy na pa­ra­pet. Po­tem za­brał się do pra­cy.

Gdy pla­no­wał na­stęp­ne za­ję­cia i li­stę lek­tur na ten se­mestr, kil­ka razy za­dzwo­ni­ła jego srebr­na ko­mór­ka. Dru­gi te­le­fon jed­nak mil­czał.

Ale­je Ra­cła­wic­kie, godz. 19.30

Kie­dy Gliń­ski opu­ścił Col­le­gium Nor­wi­dia­num, było ciem­no. Skrzy­żo­wa­nia z Kra­kow­skim Przed­mie­ściem nie kor­ko­wał już sznur sa­mo­cho­dów, w go­dzi­nach szczy­tu się­ga­ją­cy sta­re­go bu­dyn­ku uni­wer­sy­te­tu. Spi­żo­wy Nor­wid mógł wresz­cie prze­stać wy­pa­try­wać, czy na skrzy­żo­wa­niu zmie­ni­ły się świa­tła.

Za­kon­nik za­piął ma­ry­nar­kę i pierw­szy gu­zik płasz­cza. Bez­wied­nie ob­ra­cał pal­ca­mi pa­cior­ki ró­żań­ca, ale się nie mo­dlił. Nie te­raz, te­raz my­ślał o so­bie. Wła­śnie tą dro­gą miał cho­dzić co­dzien­nie: z KUL-u do klasz­to­ru, może cza­sem w to­wa­rzy­stwie ojca pro­fe­so­ra Krąp­ca, roz­ma­wia­jąc o św. To­ma­szu i o ży­ciu.

I dziś po raz pierw­szy wra­cał z pra­cy do domu do­kład­nie tak, jak to so­bie kie­dyś pla­no­wał. Bóg speł­nił proś­bę, choć w Jemu wła­ści­wy spo­sób. Myśl sta­ła się cia­łem, tyl­ko w zu­peł­nie in­nych oko­licz­no­ściach, i te­raz do­mi­ni­ka­nin za­da­wał so­bie gorz­kie py­ta­nie, czy nie le­piej było mo­dlić się o coś in­ne­go, choć­by o po­kój na świe­cie. Oto do­stał swo­ją wy­śnio­ną ener­dow­ską ko­lej­kę elek­trycz­ną… Nie bę­dziesz po­chop­nie pro­sił o bzdu­ry Pana swe­go…

Na­prze­ciw Aka­de­mii Me­dycz­nej drew­nia­ny par­kan ogra­dzał Te­atr w Bu­do­wie, któ­ry był w bu­do­wie, gdy Gliń­ski opusz­czał Lu­blin, i nadal stra­szył pu­sty­mi otwo­ra­mi okien i ster­czą­cy­mi że­liw­ny­mi prę­ta­mi. Wiatr szar­pał na­gie już drze­wa, mru­ga­ło świa­tło la­tar­ni przy pu­bie „Avia­tor” po dru­giej stro­nie skwe­ru. W Mia­stecz­ku Aka­de­mic­kim je­sień przy­cho­dzi­ła naj­wcze­śniej.

Wte­dy za­kon­nik usły­szał krzyk. Ga­łę­zie znów za­chy­bo­ta­ły, rzu­ca­jąc prze­błysk świa­tła na wą­ski chod­nik mię­dzy skwe­rem a par­ka­nem, od­dzie­lo­ny od głów­nej uli­cy plą­ta­ni­ną ni­skich za­ro­śli, jak­by ktoś po­sta­no­wił wy­ho­do­wać tu dzi­ki za­ką­tek, ku ra­do­ści wszyst­kich lo­kal­nych zło­dziei. Gliń­ski zo­ba­czył ja­kieś sza­mo­cą­ce się po­sta­cie… Tak, był pe­wien – dwóch, nie, trzech męż­czyzn i przy­ci­śnię­ta do ogro­dze­nia ko­bie­ta. W pierw­szym od­ru­chu rzu­cił się w tam­tą stro­nę, ale po chwi­li przy­sta­nął i się­gnął do we­wnętrz­nej kie­sze­ni po srebr­ną ko­mór­kę. Wy­stu­ka tyl­ko 112, za­wia­do­mi dys­po­zy­to­ra o na­pa­dzie i odej­dzie.

Głos na­pad­nię­tej wy­dał mu się jed­nak zna­jo­my. Szyb­ko ru­szył w kie­run­ku na­past­ni­ków.

Zresz­tą co bym po­wie­dział?, uspra­wie­dli­wiał się sam przed sobą, cho­wa­jąc te­le­fon. Na­pad­nię­ta ko­bie­ta na rogu Ra­cła­wic­kich i No­wot­ki? No­wot­ko na pew­no zo­stał wy­mie­nio­ny na ko­goś, kto nie był przy­wód­cą PPR-u i twa­rzą gier­kow­skich dwu­dzie­sto­zło­tó­wek. Tyl­ko na kogo?

– Stój! – krzyk­nął, wy­bie­ga­jąc zza ostat­nie­go rzę­du krza­ków.

Wi­dział ich wy­raź­nie. Je­den szar­pał dziew­czy­nę za ubra­nie, dru­gi przy­trzy­my­wał, trze­ci pró­bo­wał wy­rwać kur­czo­wo trzy­ma­ną to­reb­kę.

– Zo­staw ją. We­zwa­łem po­li­cję – za­ble­fo­wał Gliń­ski.

– Spo­łecz­niak, kur­wa! – ban­dzior pu­ścił to­reb­kę i od­wró­cił się rap­tow­nie do za­kon­ni­ka. Po­staw­na syl­wet­ka na chwi­lę ostu­dzi­ła jego za­pał, jed­nak na wi­dok ko­lo­rat­ki uśmiech­nął się z po­li­to­wa­niem. A jesz­cze sze­rzej, gdy zo­ba­czył tecz­kę na lap­top. Za­lśnił roz­kła­da­ny mo­ty­lek. – Ksiądz?! Da­waj kom­pa – pra­wa ręka unio­sła się, wy­ko­nu­jąc efek­tow­ny ko­ło­wrót no­żem.

– Nic jej nie rób. – Gliń­ski cof­nął się, zsu­nął pa­sek tecz­ki z ra­mie­nia.

– Da­waj! – Ko­lej­ny błysk oświe­tlił chło­pię­cą, na­wet sym­pa­tycz­ną twarz. Za­raz jed­nak zgasł, gdy nie­spo­dzie­wa­ny kop­niak wy­rzu­cił nóż w ciem­ność, mię­dzy krza­ki. Tecz­ka z lap­to­pem upa­dła na tra­wę, a ban­dy­ta zgiął się wpół i upadł, przy­ci­ska­jąc ręce do żo­łąd­ka, za­nim zdą­żył zro­bić za­mach.

Za­kon­nik do­ska­ki­wał już do po­zo­sta­łych. Za­blo­ko­wał pięść tego, któ­ry wcze­śniej przy­trzy­my­wał dziew­czy­nę, i za­sta­wił się jego cia­łem przed trze­cim na­past­ni­kiem. Usły­szał – dziw­na rzecz, gło­śniej­szy niż krzyk dziew­czy­ny – od­głos pru­te­go ma­te­ria­łu, gdy pu­ścił rę­kaw kurt­ki ban­dy­ty.

Ostat­ni w lot zro­zu­miał, że le­piej bę­dzie od­pu­ścić so­bie i to­reb­kę, i lap­top. Po­biegł uli­cą, któ­rej na­zwy Gliń­ski nie pa­mię­tał, a te­raz na­gle sama po­ja­wi­ła mu się w gło­wie – Ra­dzi­szew­skie­go, pierw­sze­go rek­to­ra KUL-u. Mło­dy ban­dy­ta po­trą­cił parę, wy­cho­dzą­cą wła­śnie z „Avia­to­ra”, i po­biegł da­lej. Do­mi­ni­ka­nin zdą­żył tyl­ko za­pa­mię­tać bia­łe li­te­ry na zgni­ło­zie­lo­nej kurt­ce. Moc­niej do­ci­snął unie­ru­cho­mio­ne ra­mię oszo­ło­mio­ne­go na­past­ni­ka i od­chy­la­jąc połę płasz­cza, się­gnął za ple­cy do pa­ska. Jed­nak jego pal­ce tra­fi­ły tyl­ko na szluf­kę spodni.

Zer­k­nął przez ra­mię: dziew­czy­na pa­trzy­ła na Gliń­skie­go sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, pew­nie była zbyt prze­stra­szo­na, by za­re­je­stro­wać ten dziw­ny ruch ręki. Za to on, gdy po­wiew wia­tru znów od­gar­nął ga­łę­zie prze­sła­nia­ją­ce świa­tło la­tar­ni, zro­zu­miał, dla­cze­go jej głos brzmiał zna­jo­mo – to była Agniesz­ka No­wak, od kil­ku go­dzin stu­dent­ka ojca dok­to­ra.

Pierw­szy prze­ciw­nik z tru­dem dźwi­gnął się z ko­lan, ale znów opadł na bruk, rzu­ca­jąc wście­kłym blu­zgiem. Do­mi­ni­ka­nin o mało się nie ro­ze­śmiał: kie­dy jesz­cze tu miesz­kał, rów­nie nie­po­rad­nie prze­kli­na­ły chy­ba tyl­ko dzie­ci uda­ją­ce ban­dy­tów.

Wal­nął o płot gło­wą trzy­ma­ne­go na­past­ni­ka i rzu­cił go na zie­mię. Chwy­cił za to pod ra­mię dziew­czy­nę.

– Nic się pani nie sta­ło? Idzie­my stąd!

Agniesz­ka po­krę­ci­ła gło­wą, a se­kun­dę po­tem jej twarz oświe­tlił błysk nie­bie­skie­go ko­gu­ta. Od Ra­dzi­szew­skie­go nad­je­chał ra­dio­wóz z na­pi­sem PA­TROLUNI­WER­SY­TEC­KI.

– No to chy­ba jed­nak nie pój­dzie­my. – Gliń­ski wes­tchnął i za­czął szu­kać wzro­kiem swo­jej tecz­ki. Całe szczę­ście nikt nie wy­ko­rzy­stał sy­tu­acji, lap­top nadal le­żał na mo­krej tra­wie.

Do­mi­ni­ka­nin de­li­kat­nie od­su­nął od sie­bie dziew­czy­nę. Pod­czas gdy je­den z po­li­cjan­tów bez zbęd­nych py­tań sku­wał od­gra­ża­ją­ce­go się ban­dy­tę, a dru­gi jego ko­le­sia, Gliń­ski szyb­ko pod­niósł tecz­kę, z obrzy­dze­niem strzep­nął przy­le­pio­ny do niej liść i ro­zej­rzał się dys­kret­nie. Obaj mun­du­ro­wi wciąż byli za­ję­ci na­past­ni­ka­mi, wy­star­czy­ło zro­bić dwa kro­ki, a znik­nął­by w cie­niu i może zdo­łał­by po pro­stu odejść za ple­ca­mi co­raz licz­niej­szych ga­piów.

– Dzię­ku­ję – ode­zwa­ła się na­gle Agniesz­ka.

To sło­wo po­win­no było uto­nąć w blu­zgach za­trzy­ma­nych, w wy­mia­nie la­ko­nicz­nych zdań po­li­cjan­tów, a jed­nak przy­cią­gnę­ło uwa­gę mun­du­ro­wych. Je­den z nich od­wró­cił gło­wę i pod­szedł do dziew­czy­ny.

– To pani zo­sta­ła na­pad­nię­ta? Trze­ba we­zwać le­ka­rza?

– Nie. – Po­krę­ci­ła gło­wą i sta­nę­ła pół kro­ku za do­mi­ni­ka­ni­nem. – Oj­ciec dok­tor mnie obro­nił.

– To pan… To zna­czy oj­ciec nas we­zwał? – Po­li­cjant otwo­rzył no­tat­nik.

– Nie, nie było cza­su. Prze­pra­szam, ale bar­dzo mi się spie­szy. A trze­ci uciekł tam… – Gliń­ski wska­zał uli­cę pro­wa­dzą­cą do Mia­stecz­ka Aka­de­mic­kie­go. – W głąb Ra­dzi­szew­skie­go. Może pa­no­wie zdą­żą. Z wy­glą­du dwa­dzie­ścia lat, metr sie­dem­dzie­siąt pięć, zie­lo­na kurt­ka z bia­łym na­pi­sem…

Mun­du­ro­wy uru­cho­mił trzesz­czą­cą krót­ko­fa­lów­kę i prze­ka­zał ry­so­pis ofi­ce­ro­wi dy­żur­ne­mu.

– Do­brze – zwró­cił się do do­mi­ni­ka­ni­na. – To już spra­wa in­nych pa­tro­li. My mu­si­my za­jąć się pa­nią. I spi­sać dane ojca. Bo ro­zu­miem, że ksiądz jest za­kon­ni­kiem?

– Tak. – Gliń­ski ner­wo­wo po­pra­wił pa­sek tecz­ki na ra­mie­niu. Strzep­nął z niej jesz­cze je­den liść, ale mo­kry ślad po­zo­stał. – I chęt­nie ju­tro zło­żę ze­zna­nia na ko­mi­sa­ria­cie, a te­raz, je­śli nie je­stem po­trzeb­ny…

– To po­trwa tyl­ko chwi­lę. Po­pro­szę do­wód oso­bi­sty. Ma­riusz! – za­wo­łał do ko­le­gi. – Pa­kuj ich i zaj­mij się pa­nią!

Po­de­szli do ra­dio­wo­zu, za­kon­nik z nie­za­do­wo­le­niem otwo­rzył port­fel. Dłu­go­pis funk­cjo­na­riu­sza po­ru­szał się wol­no, za wol­no. Na­zwi­sko, PE­SEL…

– Oj­ciec nie ma wpi­sa­ne­go ad­re­su za­mel­do­wa­nia – mun­du­ro­wy spoj­rzał ba­daw­czo na du­chow­ne­go.

– Kil­ka­na­ście lat miesz­ka­łem za gra­ni­cą, wró­ci­łem przed­wczo­raj. Pro­szę pana, na­praw­dę bar­dzo się spie­szę… – Gliń­ski ob­rzu­cił spoj­rze­niem oświe­tlo­ne wnę­trze sa­mo­cho­du, do­strzegł ryn­graf ze św. Krzysz­to­fem. – Je­śli nie zdą­żę, gro­zi panu eks­ko­mu­ni­ka – za­żar­to­wał. Miał na­dzie­ję, że wy­star­cza­ją­co na­tu­ral­nie.

– A ja­kiś inny do­ku­ment? Z ad­re­sem?

Do­mi­ni­ka­nin spoj­rzał na po­li­cjan­ta. Py­ta­nie nie za­brzmia­ło na­wet jak żą­da­nie służ­bi­sty, ra­czej jak proś­ba. Naj­wy­raź­niej miał pa­pie­ry do wy­peł­nie­nia i w nich wszyst­ko mu­sia­ło się zga­dzać. Oj­ciec dok­tor wy­jął mię­dzy­na­ro­do­we pra­wo jaz­dy, w któ­rym był wpi­sa­ny ad­res mo­na­chij­skie­go Domu Pol­skiej Pro­win­cji przy Si­tu­li­stras­se.

– Czy to wy­star­czy?

– Tak. Pro­szę przyjść ju­tro na czwar­ty ko­mi­sa­riat. Bar­dzo nam oj­ciec po­mógł. – Po­li­cjant od­dał za­kon­ni­ko­wi do­ku­ment i rów­nież się uśmiech­nął.

Gliń­ski szyb­kim kro­kiem ru­szył wzdłuż par­ka­nu w stro­nę cen­trum. Mi­ja­jąc Agniesz­kę i prze­py­tu­ją­ce­go ją po­li­cjan­ta, ski­nął dziew­czy­nie gło­wą.

– Raz jesz­cze ojcu dzię­ku­ję – usły­szał.

– Nie ma za co. Do wi­dze­nia – rzu­cił przez ra­mię, nie­mal bie­gnąc.

Kra­kow­skie Przed­mie­ście, godz. 19.50

Gliń­ski wszedł do bu­dyn­ku Pocz­ty Głów­nej i przy­spie­szył kro­ku. Le­d­wie za­re­je­stro­wał wzro­kiem wy­sta­wę ja­kichś znacz­ków czy pocz­tó­wek, kie­ru­jąc się do okien­ka kio­sku, je­dy­ne­go, do któ­re­go nie trze­ba było po­bie­rać nu­mer­ka z ma­szy­ny re­gu­lu­ją­cej ko­lej­ki, utra­pie­nia eme­ry­tów i ren­ci­stów.

– Star­ter do ko­mór­ki na kar­tę, po­pro­szę. Naj­tań­szy.

Jesz­cze na scho­dach bocz­ne­go wyj­ścia wło­żył od­pa­ko­wa­ną kar­tę do swo­je­go odra­pa­ne­go te­le­fo­nu. W cie­niu za po­mni­kiem Cze­cho­wi­cza wy­stu­kał z pa­mię­ci nu­mer.

– Tu Ma­rek. Bar­to­lo­me Car­ran­za, Co­men­ta­rios so­bre el Ca­te­chi­smo Chri­stia­no.

– Pa­gi­na 378? – za­py­tał roz­mów­ca.

– Duos gra­dos de ora­cion. Oj­cze, zgrze­szy­łem.

– Za­dzwo­nię za pięć mi­nut, wy­znasz grze­chy.

Do­mi­ni­ka­nin znów wło­żył do apa­ra­tu sta­rą kar­tę, a nową zła­mał w pal­cach. Jed­ną po­łów­kę wdep­tał w traw­nik, dru­gą – na­chy­la­jąc się, by po­pra­wić sznu­ro­wa­dło – wrzu­cił do stu­dzien­ki ka­na­li­za­cyj­nej.

ROZDZIAŁ II

Wto­rek, 2 paź­dzier­ni­ka 2007 roku

Re­dak­cja „Ku­rie­ra Lu­bel­skie­go”, godz. 19.55

To­masz Sta­wek już się­gał po kask, gdy po­czuł wi­bro­wa­nie te­le­fo­nu i spod skó­rza­nej kurt­ki mo­to­cy­klo­wej wy­do­był się prze­ni­kli­wy pisk. Spoj­rzał na ze­ga­rek – do koń­ca dy­żu­ru zo­sta­ło mu pięć mi­nut. Sta­wek opadł na krze­sło.

– No co tam? – rzu­cił do słu­chaw­ki. – Co masz, Ka­mil?

– Piwo mam u cie­bie – usły­szał głos zna­jo­me­go po­li­cjan­ta. – Ko­ja­rzysz Za­ułek św. Ko­mór­ko­we­go?

Ko­ja­rzył, po­dob­nie jak każ­dy gli­na i każ­dy dzien­ni­karz w tym mie­ście. Par­kan Te­atru w Bu­do­wie (w wiecz­nej bu­do­wie, nie­raz pi­sał o tym w „Ku­rie­rze”), pod tym par­ka­nem le­d­wo co oświe­tlo­ne przej­ście, a za­raz po le­wej krza­ki i skwer z ta­bli­cą upa­mięt­nia­ją­cą cho­le­ra wie kogo. Tędy wła­śnie szło się z dziel­ni­cy aka­de­mic­kiej do cen­trum i tu stu­dent­ki tra­ci­ły port­fe­le i ko­mór­ki.

– Kur­wa, Ka­mil, a nie mo­głeś pół go­dzi­ny wcze­śniej? – Dzien­ni­karz się­gnął do ple­ca­ka po do­pie­ro co za­mknię­ty lap­top.

– To­mek, do­pie­ro co za­bra­łem gost­ków, no i dzwo­nię. Cho­ciaż wca­le nie mu­szę.

– A, no dzię­ki wiel­kie. I słu­cham cię uważ­nie.

Lap­top wy­dał z sie­bie win­dow­so­wy ni to brzęk, ni to plusk. Na po­zna­czo­nym licz­ny­mi od­ci­ska­mi pal­ców ekra­nie po­ja­wi­ło się logo ga­ze­ty.

– Sie­dzisz wy­god­nie? – spy­tał ze śmie­chem po­li­cjant. – No to słu­chaj: trzech gów­nia­rzy wy­ry­wa to­reb­kę dziew­czy­nie, a tu po­ja­wia się wy­baw­ca i wszyst­kich trzech kła­dzie rów­no na gle­bę. Jak ja­kiś an­ty­ter­ro­ry­sta, wy­obraź so­bie. Do­bra, niech bę­dzie, że dwóch, bo trze­ci uciekł.

– Kon­kre­ty! – upo­mniał się Sta­wek, wkle­pu­jąc już pierw­sze zda­nie wie­czor­ne­go new­sa.

– No bez jaj! Ja zwy­kły kra­węż­nik je­stem, nie re­fe­rat pra­so­wy! Ale jed­no mogę ci po­wie­dzieć. Ten Zor­ro jest księ­dzem. A wła­ści­wie do­mi­ni­ka­ni­nem. I co po­wiesz?

– Okij! – Sta­wek uśmiech­nął się z za­do­wo­le­niem. – Jak to do­kład­nie było?

– Do­kład­nie, jak ci mó­wię. Czar­ny fa­cho­wo ich obez­wład­nił i z gle­by że­śmy gost­ków po­zbie­ra­li.

– O, w mor­dę! A na­zy­wa się ja­koś?

Po­li­cjant wes­tchnął cięż­ko do słu­chaw­ki. Jed­nak tyl­ko grał i dzien­ni­karz czuł to do­brze. Ka­mi­la aż kor­ci­ło, żeby opo­wie­dzieć o czar­nym, któ­ry za­ba­wił się w sze­ry­fa.

– Do­bra, ale tyl­ko do two­jej wia­do­mo­ści, in­a­czej nie wy­pła­cisz się z man­da­tów. Na­zy­wa się Gliń­ski. Dok­tor Ma­rek Gliń­ski. Cie­ka­we, co za dok­tor. – Po­li­cjant znów wy­buch­nął śmie­chem.

– Od cho­rób we­ne­rycz­nych. A spraw­cy?

– Dzwoń rano do rzecz­ni­ka. Mnie w ogó­le nie wol­no z tobą roz­ma­wiać. Nar­ka!

– Dzię­ki i nara – po­wie­dział Sta­wek do mil­czą­ce­go już te­le­fo­nu.

Po­now­nie spoj­rzał na ze­ga­rek. Do dwu­dzie­stej bra­ko­wa­ło jesz­cze pra­wie mi­nu­ty, więc wciąż był na dy­żu­rze. Co praw­da ocho­ta na za­ry­wa­nie nocy dla ga­ze­ty prze­szła Staw­ko­wi wraz z wiel­ką re­or­ga­ni­za­cją re­dak­cji i wpro­wa­dze­niem cho­ler­nie mo­ty­wa­cyj­ne­go sys­te­mu płac przez nową na­czel­ną, ale uznał, że pół go­dzi­ny go nie zba­wi. Zwłasz­cza że przy­najm­niej je­śli cho­dzi o za­kon­ni­ka Zor­ro, „Ku­rier” miał szan­sę być o krok przed „Dzien­ni­kiem”, o miej­skiej „Wy­bor­czej” nie wspo­mi­na­jąc.

Otwo­rzył prze­glą­dar­kę i wpi­sał w Go­ogle: „dr ma­rek glin­ski”. Nie żeby się spo­dzie­wał zna­leźć jego stro­nę do­mo­wą z peł­nym CV, nie­mniej lu­bił wie­dzieć, o kim pi­sze. Przy­najm­niej z grub­sza. Tym­cza­sem dok­tor Ma­rek Gliń­ski był tyl­ko je­den: in­ży­nier z Po­li­tech­ni­ki War­szaw­skiej. Co praw­da Sta­wek nie od­na­lazł jego zdję­cia, ale w ży­ciu nie sły­szał o in­ży­nie­rze w ko­lo­rat­ce albo w ha­bi­cie. Spró­bo­wał bez żad­nych ty­tu­łów na­uko­wych. Li­sta Mar­ków Gliń­skich po­sze­rzy­ła się o te­ni­si­stę sto­ło­we­go, pro­du­cen­ta wen­ty­la­to­rów z Ło­mia­nek, ad­mi­ni­stra­to­ra sie­ci z Mię­dzy­le­sia oraz re­ży­se­ra te­atral­ne­go, z epi­zo­dem lu­bel­skim, jed­nak Sta­wek zu­peł­nie go nie ko­ja­rzył.

– Kur­wa, Ka­mil po­my­lił imię, jak ostat­nio! – pal­nął się w czo­ło dzien­ni­karz.

Wpi­sał samo: „glin­ski” i za­raz za­śmiał się pod no­sem. Jak­by zgadł z tymi cho­ro­ba­mi we­ne­rycz­ny­mi, bo wy­sko­czył mu prof. dr hab. n… med. Wie­sław Gliń­ski, der­ma­to­log, ale za­raz za nim był ks. dr Wal­de­mar Gliń­ski, hi­sto­ryk z Uni­wer­sy­te­tu Kar­dy­na­ła Ste­fa­na Wy­szyń­skie­go w War­sza­wie.

– Ja­kieś go­ścin­ne wy­stę­py na KUL-u, ja­kaś se­sja… – kom­bi­no­wał Sta­wek, szu­ka­jąc zdję­cia.

Już pra­wie był pe­wien, że tra­fił: sym­pa­tycz­ny czter­dzie­sto­pa­ro­let­ni fa­cet, re­zy­dent pa­ra­fii w To­ma­szo­wie Ma­zo­wiec­kim. Tyle że ks. dr Wal­de­mar Gliń­ski nie był do­mi­ni­ka­ni­nem, w ogó­le nie był za­kon­ni­kiem, a na­wet Ka­mi­lo­wi nie mo­gło się aż tak po­pie­przyć.

Dzien­ni­karz spraw­dził bazę oso­bo­wą Na­uki Pol­skiej i SY-NABĘ: poza tym che­mi­kiem z War­sza­wy ża­den dok­tor Ma­rek Gliń­ski nie ist­niał. Zna­lazł skrót za­ko­nu do­mi­ni­ka­nów w Wi­ki­pe­dii i spró­bo­wał jesz­cze „ma­rek glin­ski op”, ale rów­nież bez skut­ku.

Do­cho­dzi­ła 20.30, gdy wresz­cie Sta­wek uło­żył ostroż­ny tekst:

KSIĄDZ PRZE­ŚWIĘ­CIŁ BAN­DY­TÓW

Stu­dent­ce, na­pad­nię­tej dziś oko­ło godz. 19.30 przy skwe­rze u zbie­gu ul. Ra­dzi­szew­skie­go i Al. Ra­cła­wic­kich, ru­szył z po­mo­cą prze­cho­dzą­cy tam­tę­dy du­chow­ny. Pa­trol uni­wer­sy­tec­ki po­li­cji przy­je­chał na miej­sce już po kil­ku mi­nu­tach, ale nie miał wie­le do ro­bo­ty. Dwaj z trzech na­past­ni­ków, któ­rzy pa­stwi­li się nad mło­dą dziew­czy­ną, pod sil­ną ręką księ­dza prze­mie­ni­li się w po­tul­ne owiecz­ki. Zo­sta­li przez nie­go obez­wład­nie­ni i prze­ka­za­ni po­li­cjan­tom.

– Do­kład­nie nie wi­dzia­łem – re­la­cjo­nu­je świa­dek zda­rze­nia – bo wszyst­ko dzia­ło się bar­dzo szyb­ko. Usły­sza­łem krzyk, a za­raz po­tem po­ja­wił się ten męż­czy­zna i za­ła­twił ich ni­czym Ram­bo. Do­pie­ro póź­niej zo­ba­czy­łem, że to du­chow­ny.

We­dług świad­ka, trze­ci ban­dy­ta zbiegł. (TS)

Za­sta­na­wiał się jesz­cze przez chwi­lę, czy nie za­dzwo­nić na ko­mór­kę rzecz­ni­ka ko­men­dy miej­skiej, jed­nak zre­zy­gno­wał. Na pew­no nikt nie od­ry­wa fa­ce­ta od ko­la­cji bła­hą w su­mie spra­wą i rzecz­nik mógł­by się za­in­te­re­so­wać, dla­cze­go Sta­wek wie wię­cej niż on. Ano­ni­mo­wy świa­dek na ra­zie mu­siał wy­star­czyć.

Zmie­niał wła­śnie „pa­trol uni­wer­sy­tec­ki” na „pa­trol”, żeby nie wska­zy­wać jed­no­znacz­nie na Ka­mi­la, kie­dy roz­dzwo­nił się te­le­fon na biur­ku. Dzien­ni­karz jed­nak nie ode­brał – teo­re­tycz­nie od pół go­dzi­ny już go tu nie było, no a żona dzwo­ni­ła­by na ko­mór­kę. Ta za­gra­ła me­lo­dią z Pulp Fic­tion, gdy wła­śnie miał klik­nąć „pu­bli­kuj”. Zer­k­nął na wy­świe­tlacz, ale zo­ba­czył tyl­ko „nu­mer pry­wat­ny”.

– Pro­szę, To­masz Sta­wek.

– Do­bry wie­czór, pa­nie re­dak­to­rze – usły­szał zna­jo­my głos księ­dza rzecz­ni­ka z kan­ce­la­rii ar­cy­bi­sku­pa. – Pro­szę wy­ba­czyć póź­ną porę, jed­nak­że mam do pana wiel­ką proś­bę. Pan, jak są­dzę, pi­sze wła­śnie o in­cy­den­cie nie­opo­dal KUL-u.

– O ja­kim in­cy­den­cie? – Dzien­ni­karz w pierw­szej chwi­li na­praw­dę nie zro­zu­miał.

– O ile wiem, dziś wy­da­rzy­ła się tam tyl­ko jed­na rzecz, któ­ra mo­gła­by pana za­in­te­re­so­wać. Cho­dzi o na­pad­nię­tą dziew­czy­nę i za­kon­ni­ka, któ­ry jej po­mógł.

– A tak, rze­czy­wi­ście. – Sta­wek przy­su­nął no­tes. – Nie spo­dzie­wa­łem się ko­men­ta­rza, bo o tej go­dzi­nie ku­ria zwy­kle nie pra­cu­je. Krót­ka not­ka, pra­wie wy­sła­łem ją na ser­wer, ale chęt­nie roz­wi­nę, słu­cham księ­dza.

– Ksiądz ar­cy­bi­skup był­by zo­bo­wią­za­ny, gdy­by pan nie pu­bli­ko­wał tego tek­stu.

Dzien­ni­ka­rza w pierw­szej chwi­li za­mu­ro­wa­ło. Spo­dzie­wał się ra­czej py­tań, czy in­for­ma­cja pój­dzie na pierw­szą stro­nę, czy nie zgi­nie gdzieś mię­dzy prze­peł­nio­nym śmiet­ni­kiem na Po­ni­kwo­dzie a ja­kąś stłucz­ką.

– Ale dla­cze­go? – wy­du­sił Sta­wek. – To prze­cież zna­ko­mi­ty PR dla Ko­ścio­ła!

– Być może – przy­znał uprzej­mie rzecz­nik. – Mimo to zo­bli­go­wa­ny je­stem po­wtó­rzyć sta­now­czą proś­bę księ­dza ar­cy­bi­sku­pa.

Sta­wek nie mógł nie za­uwa­żyć, że bi­skup naj­pierw tyl­ko „był­by zo­bo­wią­za­ny”, te­raz proś­ba sta­ła się już „sta­now­cza”.

– Ale czy może wy­ja­śnić mi ksiądz.

– Nie­ste­ty nie mogę, nie znam ca­łej spra­wy, jed­nak ksiądz ar­cy­bi­skup był­by nie­po­cie­szo­ny, gdy­by pan o tym na­pi­sał. Pan re­dak­tor ro­zu­mie, że nie przy­słu­ży­ło­by się to na­szej jak do­tąd zna­ko­mi­tej współ­pra­cy…

– Ro­zu­miem, ale…

– Dzię­ku­ję – prze­rwał mu rzecz­nik. – Ksiądz ar­cy­bi­skup rów­nież bę­dzie nie­zmier­nie rad. Do­bra­noc.

Dzien­ni­karz jesz­cze przez kil­ka mi­nut sie­dział w pu­stej re­dak­cji, za­sta­na­wia­jąc się, jaka bom­ba mo­gła ty­kać w tym zu­peł­nie nie­win­nym zda­rze­niu. Kor­ci­ło go, aby zro­bić to, co zro­bił­by każ­dy pi­smak z ame­ry­kań­skie­go fil­mu. Jed­nak w re­al­nym Lu­bli­nie są proś­by, któ­rym się nie od­ma­wia.

Śro­da, 3 paź­dzier­ni­ka 2007 roku

Re­dak­cja „Ku­rie­ra Lu­bel­skie­go”, godz. 10.00

Oj­ciec dok­tor Gliń­ski od­na­lazł się na­stęp­ne­go dnia, gdy Sta­wek prze­glą­dał ser­wi­sy in­ter­ne­to­we kon­ku­ren­cyj­nych ga­zet. Od­na­lazł się w „Dzien­ni­ku Wschod­nim”.

ME­DIA NIE BĘDĄ MIA­ŁY Z NAS PO­ŻYT­KU

Mag­da­le­na Bo­ziak

Roz­mo­wa z o… dr. Mar­kiem Gliń­skim, do­mi­ni­ka­ni­nem, od nie­daw­na wy­kła­dow­cą hi­sto­rii na KUL-u i człon­kiem ko­ściel­nej Ko­mi­sji Du­cha i Praw­dy.

Tuż po przy­lo­cie do Pol­ski udzie­lił oj­ciec krót­kie­go wy­wia­du dzien­ni­ka­rzo­wi TVN, lecz wciąż nie wie­my, co bę­dzie wy­świe­tlać albo na­świe­tlać Ko­mi­sja Du­cha i Praw­dy.

Po­wo­ła­nie Ko­mi­sji jest wy­ra­zem tro­ski Sto­li­cy Apo­stol­skiej i epi­sko­pa­tu o du­cho­wą kon­dy­cję Ko­ścio­ła w Pol­sce. Na­sze gre­mium jest ro­dza­jem ostre­go dy­żu­ru teo­lo­gicz­ne­go czy go­rą­cej li­nii od prawd wia­ry i czy­sto­ści na­ucza­nia Ko­ścio­ła. Bę­dzie­my re­ago­wać na pro­ble­my zgła­sza­ne nam przez ka­pła­nów, bi­sku­pów oraz wier­nych, dla któ­rych zo­sta­nie uru­cho­mio­na stro­na in­ter­ne­to­wa. Pro­szę jed­nak nie ocze­ki­wać od Ko­mi­sji spek­ta­ku­lar­nych dzia­łań. Oba­wiam się, że me­dia nie będą mia­ły z nas po­żyt­ku.

Sta­wek uśmiech­nął się zło­śli­wie. Je­śli to zda­nie kon­ku­ren­cja wy­cią­gnę­ła na ty­tuł, dal­szy ciąg był prze­wi­dy­wal­ny. Za­kon­ni­cy – dzien­ni­ka­rze 1:0. Co naj­mniej 1:0. Czy­tał jed­nak da­lej.

Jed­nak nie tyl­ko Sto­li­cy Apo­stol­skiej za­le­ży na kon­dy­cji pol­skie­go Ko­ścio­ła. Lu­stra­cja księ­ży czy nie­po­ko­ją­ca zwłasz­cza lu­bli­nian spra­wa ar­cy­bi­sku­pa Wiel­gu­sa, do­mnie­ma­ne­go agen­ta SB, to są pro­ble­my waż­ne nie tyl­ko dla ka­to­li­ków. Czy Ko­mi­sja Du­cha i Praw­dy po­wie nam o tym praw­dę?

Je­śli ją po­zna, to po­wie, obie­cu­ję to pani jako hi­sto­ryk. Lecz jako du­chow­ne­go nie ta­kie praw­dy naj­bar­dziej mnie in­te­re­su­ją.

W ta­kim ra­zie ja­kie?

Te, któ­rych nig­dy jesz­cze nie spo­tka­łem na pierw­szych stro­nach ga­zet, na­wet pism ka­to­lic­kich. Gdzie jest zto­ty śro­dek mię­dzy Ko­ścio­łem tra­dy­cji a Ko­ścio­łem współ­cze­sno­ści? Co jest modą, a co zna­kiem cza­sów w na­szym na­ucza­niu? W ja­kich aspek­tach wie­lość pro­po­zy­cji for­ma­cji du­cho­wej pro­po­no­wa­nej przez Ko­ściół może być za­gro­że­niem dla jego jed­no­ści? Ta­kie py­ta­nia szcze­gól­nie mnie in­te­re­su­ją…

Bo za­kon do­mi­ni­kań­ski ma dłu­gą tra­dy­cję wal­ki z he­re­zją?

Istot­nie, nasz za­kon ma taką tra­dy­cję, ale ha­bi­ty wciąż bia­łe, pani re­dak­tor.

I tak to szło jesz­cze przez pół ko­lum­ny. W wy­wia­dach re­dak­tor Bo­ziak, zwa­nej w lu­bel­skim świat­ku dzien­ni­kar­skim Bo­zią, nie­raz czuć było, że roz­mów­ca wije się jak pi­skorz. Wier­ci się na krze­śle, co chwi­lę łyka mi­ne­ral­nej, ale ze­zna­je, co trze­ba.

No chy­ba że szły świę­ta, wte­dy Bo­zia po­tra­fi­ła zro­bić na­praw­dę słod­ką roz­mo­wę, na przy­kład z pro­bosz­czem ar­ty­stą z ja­kiejś pi­pi­dó­wy. O tym, jak ma­lu­je kwia­ty, a co na­ma­lu­je, to się udu­cha­wia, i ra­dzi, jak prze­ży­wać świę­ta. W sam raz na pod­miej­ski tar­get, któ­ry w prze­ci­wień­stwie do czy­tel­ni­ków „Ku­rie­ra” oprócz krwi i prze­mo­cy lubi so­bie tro­chę po­pła­kać.

To były jed­nak na­stro­jo­we wy­jąt­ki, gdy na­wet Bo­zia mó­wi­ła ludz­kim gło­sem. Sta­wek znał ją, pra­co­wa­li ra­zem po­nad rok, za­nim prze­szedł do „Ku­rie­ra”. On miał mo­tor, dzię­ki któ­re­mu za­wsze był pierw­szy, gdy star­to­wał dzien­ni­kar­ski wy­ścig do wi­siel­ca pod Mo­ty­czem albo in­ne­go ka­ram­bo­lu na tra­sie war­szaw­skiej. Ona mia­ła bez­błęd­ną bab­ską in­tu­icję i mę­ski in­stynkt za­bi­ja­nia. Choć tym ra­zem za­bra­kło jej klu­czo­wej in­for­ma­cji i ci­snę­ła do­mi­ni­ka­ni­na od dupy stro­ny. A ten Gliń­ski tak na­praw­dę nie od­po­wie­dział na żad­ne py­ta­nie, a w każ­dym ra­zie nie tak, jak wy­daw­cy „Dzien­ni­ka Wschod­nie­go” lu­bią naj­bar­dziej. Tyl­ko dla­cze­go ku­rii tak za­le­ży na wy­ci­sze­niu spra­wy z na­pad­nię­tą stu­dent­ką? I me­dial­na, i PR-owa jak mało któ­ra.

Jed­nak Mag­da Bo­ziak nie­chcą­cy wy­świad­czy­ła Staw­ko­wi przy­słu­gę: wie­dział, że Gliń­ski pra­cu­je na KUL-u, i miał jego zdję­cie, któ­re na wszel­ki wy­pa­dek sko­pio­wał so­bie na twar­dy dysk. Był mniej wię­cej w wie­ku księ­dza dok­to­ra Gliń­skie­go z To­ma­szo­wa Ma­zo­wiec­kie­go, ale z wy­glą­du znacz­nie le­piej pa­so­wał do bo­ha­ter­skich od­sie­czy w ty­pie tej wczo­raj­szej. Miał lek­ko kan­cia­sty pod­bró­dek jak u fil­mo­wych Ja­me­sów Bon­dów i szpa­ko­wa­te wło­sy ostrzy­żo­ne na za­pał­kę. Do tego po­licz­ki jak z re­kla­my bal­sa­mu po go­le­niu i lek­kie za­czer­wie­nie­nia na no­sie, naj­wy­raź­niej za­kła­dał oku­la­ry do czy­ta­nia. Po tym, jak ni­sko zda­wa­ła się umiesz­czo­na klam­ka u drzwi wi­docz­na w tle zdję­cia, Sta­wek osza­co­wał jego wzrost na ja­kieś metr osiem­dzie­siąt, może dzie­więć­dzie­siąt.

– Ania – za­wo­łał sta­żyst­kę – ty stu­diu­jesz na KUL-u. Ko­ja­rzysz go?

Dziew­czy­na na­chy­li­ła się nad mo­ni­to­rem, a dzien­ni­karz od­su­nął nie­co gło­wę. Nie chciał jej za­sła­niać, ale przede wszyst­kim draż­nił go za­pach cze­ko­la­do­we­go szam­po­nu do wło­sów. Kom­plet­ne wa­riac­two, zresz­tą po­dob­nie jak staż w „Ku­rie­rze”. Pod­czas gdy inne po­cząt­ku­ją­ce dzien­ni­kar­ki pcha­ły się do lu­bel­skiej „Wy­bor­czej”, a ta chęt­nie je bra­ła jako mię­so ar­mat­nie, Ania Ma­łek wy­cho­dzi­ła so­bie miej­sce wła­śnie tu. Po­dob­no wci­snę­ła na­czel­nej, że u niej w domu „Ku­rier” ro­bił za „kul­to­wą ga­ze­tę”. Cie­ka­we, ja­kim cu­dem, sko­ro Anka jest z Pod­la­sia!

– Nie, nie ko­ja­rzę – po­krę­ci­ła gło­wą. – Na pew­no nie. Na KUL-u w ży­ciu nie wi­dzia­łam ko­goś w ta­kiej lan­siar­skiej ma­ry­nar­ce!

Tego Sta­wek wcze­śniej nie za­uwa­żył. Na­wet ar­cy­bi­skup cza­sem wy­da­wał się wczo­raj­szy i wy­mię­ty, za to o… dr Ma­rek Gliń­ski OP wy­glą­dał jak z do­dat­ku o mo­dzie. Naj­le­piej ubra­ny du­chow­ny albo Kto jest mod­ny na KUL-u?, to mo­gło się kie­dyś przy­dać, Sta­wek zro­bił na­wet no­tat­kę na pul­pi­cie lap­to­pa.

– A to wi­dzia­łeś? Weź po­większ! – Dziew­czy­na wska­za­ła lewą dłoń do­mi­ni­ka­ni­na, le­żą­cą swo­bod­nie na bla­cie sto­łu.

Anka mia­ła oko do de­ta­li. Dzien­ni­karz w pierw­szej chwi­li zro­zu­miał tyl­ko, że wi­dzi coś nie­ewan­ge­licz­nie dro­gie­go. Ze­ga­rek do­mi­ni­ka­ni­na nie rzu­cał się w oczy, jed­nak kan­cia­sta srebr­na ko­per­ta z do­dat­ka­mi w ko­lo­rze czer­wo­ne­go zło­ta i od­kry­ty cy­fer­blat, od­sła­nia­ją­cy wnę­trze me­cha­ni­zmu, ro­bi­ły wra­że­nie.

– No i co po­wiesz? – za­py­ta­ła dziew­czy­na. – Na oko ty­tan i śrub­ki z czer­wo­ne­go zło­ta.

– Chy­ba sta­re­go – po­pra­wił ją dzien­ni­karz. – Czer­wo­ne to no­szą ru­skie baby.

– Sam je­steś ru­ska baba. Czer­wo­ne zło­to to faj­ny do­da­tek. Na przy­kład w splo­cie z bia­łym i żół­tym albo wła­śnie z ty­ta­nem. Cho­ciaż nie, to ra­czej stal nie­rdzew­na… Ale tak czy owak, wart pew­nie całe moje sty­pen­dium. Ze wszyst­kich lat – prych­nę­ła.

– Przy­zwy­cza­jaj się. – Sta­wek wzru­szył ra­mio­na­mi. – A ma­cie w ne­cie pro­gram za­jęć?

– Mamy, z ze­szłe­go roku. Ak­tu­al­ny bę­dzie pew­nie pod ko­niec se­me­stru! – Za­śmia­ła się sta­żyst­ka. – A chcesz coś o nim na­pi­sać? Mogę…

– Aniu – dzien­ni­karz roz­parł się na krze­śle – póki co, to ty tu je­steś od pa­rze­nia kawy. Dużą bez mle­ka. – Po­dał jej swój ku­bek. W za­sa­dzie nie wy­ma­gał my­cia, bo po­przed­nie­go wie­czo­ru Sta­wek pił tyl­ko mi­ne­ral­ną.

Godz. 10.30

Ja­sno­brą­zo­wa kro­pla spły­nę­ła z brze­gu na­czy­nia, po czym okrą­ży­ła wy­pu­kłe logo April­li. To miał być jego szczę­śli­wy ku­bek – a przy­najm­niej tak za­pew­niał sprze­daw­ca, do­da­jąc go Staw­ko­wi jako bo­nus do mo­to­cy­kla.

Przy ka­wie dzien­ni­karz, choć tego nie zno­sił, nadal prze­glą­dał stro­ny kon­ku­ren­cji. Ko­fe­ina po­bu­dza­ła do my­śle­nia, a new­sy w „Dzien­ni­ku” i „Wy­bor­czej” po­ka­zy­wa­ły, kto tego dnia jest kró­lem po­dwór­ka. Wpraw­dzie po­dob­ne ran­kin­gi bar­dziej pod­nie­ca­ły na­czel­ną niż jego, ale tym ra­zem na­praw­dę był nie­spo­koj­ny. Gdy­by się oka­za­ło, że kon­ku­ren­cja jed­nak opi­sa­ła hi­sto­rię wczo­raj­sze­go na­pa­du i od­sie­czy ojca dok­to­ra Gliń­skie­go, że ktoś olał ku­rię, to choć te­mat nie­du­ży, Staw­ka chy­ba by szlag tra­fił.

Zwłasz­cza gdy­by to zro­bi­ła Mag­da Bo­ziak.

Na szczę­ście czy­tał tyl­ko, że w Cheł­mie unie­waż­nio­no li­stę wy­bor­czą ja­kie­goś odła­mu Bro­ny, śmie­ciar­ka wal­nę­ła w au­to­bus, po­szła za­po­wiedź lu­bel­skie­go re­tro­kry­mi­na­łu o ko­mi­sa­rzu Ma­cie­jew­skim, w Dą­bro­wi­cy po­wsta­nie nowy po­mnik pa­pie­ża, mun­dur­ki nie przyj­mu­ją się w szko­łach… O żad­nej na­pad­nię­tej stu­dent­ce ani o księ­dzu obez­wład­nia­ją­cym ban­dy­tów nikt nie wspo­mniał.

Dzien­ni­karz przy­sta­wił so­bie te­le­fon i przy­ci­ska­jąc co chwi­lę re­dial, cze­kał, aż do­bi­je się do rzecz­ni­ka ko­men­dy miej­skiej. Trwa­ło to kil­ka mi­nut.

– Dzień do­bry, pa­nie Wit­ku, To­masz Sta­wek z „Ku­rie­ra”, mógł­by mi pan po­twier­dzić pew­ną in­for­ma­cję? – za­czął ostroż­nie.

– Groź­nie brzmi! – Ze słu­chaw­ki do­biegł śmiech. – Do­brze, tyl­ko bar­dzo pro­szę szyb­ko, bo…

– Ja­sne, wczo­raj mię­dzy osiem­na­stą a dzie­więt­na­stą po­dob­no był na­pad na ja­kąś dziew­czy­nę nie­da­le­ko „Avia­to­ra”, przy wy­lo­cie Ra­dzi­szew­skie­go. Sły­sza­łem od zna­jo­me­go…

– Wy­lot Ra­dzi­szew­skie­go? – Po dru­giej stro­nie za­sze­le­ści­ły pa­pie­ry. – Nic nie mam. Je­śli na­wet, nie było zgło­sze­nia.

– Ale mu­sia­ło być. Je­śli mnie nikt nie wkrę­ca, to przy­je­chał ra­dio­wóz i ko­goś za­trzy­ma­li­ście.

– Nie­moż­li­we, wie­dział­bym o tym od dwóch go­dzin, zwłasz­cza je­śli byli za­trzy­ma­ni. Jest pan pe­wien, że cho­dzi­ło o wczo­raj?

– Chy­ba jed­nak ktoś zro­bił mi dow­cip. Dzię­ku­ję i do wi­dze­nia.

Sta­wek łyk­nął sty­gną­cej kawy. Wszyst­ko pa­so­wa­ło: je­śli jesz­cze wie­czo­rem za­mie­tli spra­wę pod dy­wan, to rano rzecz­nik prze­szedł po nim i na­wet nic nie po­czuł. Nie było pro­to­ko­łu, a tam­ci dwaj ban­dy­ci prze­je­cha­li się do ko­mi­sa­ria­tu na Li­po­wą i za­raz wy­szli.

Tyl­ko komu i dla­cze­go tak cho­ler­nie na tym za­le­ża­ło?

– Aniu, daj ko­mór­kę – po­pro­sił dzien­ni­karz.

– A co, ba­te­ria ci sia­dła? – zdzi­wi­ła się sta­żyst­ka.

– Nie, ale jak ja się wy­świe­tlę, może nie ode­brać. Po­tem do­ła­du­ję ci kar­tę.

Miał ra­cję, Ka­mil nie ode­brał­by po­łą­cze­nia. Gdy usły­szał głos Staw­ka, naj­pierw za­nie­mó­wił, a po­tem za­czął się plą­tać.

– Kur­wa, bez jaj – prze­rwał mu dzien­ni­karz. – Mie­li­śmy układ, tak? No to mów, co jest gra­ne. Ktoś był u was za­raz po two­im te­le­fo­nie? Ja­kiś czar­ny, tak?

– Skąd wiesz, że czar­ny? – za­nie­po­ko­ił się po­li­cjant.

– Skąd wiem, stąd wiem. A ty dzwo­nisz do mnie z new­sem i po­tem ole­wasz? A jak­bym to pu­ścił, to co? Kto by miał bar­dziej prze­sra­ne?

Na kil­ka se­kund w słu­chaw­ce za­le­gła ci­sza prze­ry­wa­na tyl­ko gło­śnym od­de­chem Ka­mi­la. Z baby zdję­ty czy gdzieś go­nił?

– Więc był u was czar­ny?

– Za­po­mnia­łem.

Kur­wa, co za bez­czel! Sta­wek miał ocho­tę bar­dzo nie­pro­fe­sjo­nal­nie pie­prz­nąć ko­mór­ką o ścia­nę.

– Był, kur­wa, czy nie był?!

– Był. Cześć, mu­szę koń­czyć.

Dzien­ni­karz przez chwi­lę wpa­try­wał się w wy­świe­tlacz, po­tem wszedł do opcji.

– Co ty ro­bisz? – Anka szarp­nę­ła go za rękę.

– Nic, tyl­ko ka­su­ję ci po­łą­cze­nia wy­cho­dzą­ce. – Odło­żył te­le­fon na biur­ko i się­gnął po kurt­kę. – Jak­by co, je­stem pod ko­mór­ką.

KUL, In­sty­tut Hi­sto­rii, godz. 14.15

Od pół go­dzi­ny Sta­wek sie­dział na wy­kła­dzie, jed­nak nie nu­dził się ani tro­chę. Oj­ciec dok­tor Gliń­ski mó­wił o pro­ce­sie ja­kie­goś pro­te­stan­ta, któ­ry znie­wa­żył mon­stran­cję, na­to­miast dwie dziew­czy­ny sie­dzą­ce tuż przed dzien­ni­ka­rzem szep­ta­ły o znacz­nie bar­dziej ak­tu­al­nych wy­da­rze­niach.

– Nic nie wie­dzia­łam – zmar­twi­ła się jed­na, wy­so­ka bru­net­ka nie­mal tu­pią­ca z eks­cy­ta­cji czer­wo­ny­mi pan­to­fel­ka­mi z dłu­gim no­skiem. W pal­cach ści­ska­ła dłu­go­pis z po­ke­mo­nem. – Agniesz­ka ci mó­wi­ła?

– Nie, za­dzwo­ni­ła wczo­raj do Ko­sac­kiej – tłu­ma­czy­ła jej ko­le­żan­ka. Też w bu­ci­kach z no­ska­mi, tyl­ko niż­sza i ze zwy­kłym żel­pe­nem bez po­ke­mo­nów ani in­ne­go ba­dzie­wia. – Cała spła­ka­na. Mó­wi­ła, że ją na­pa­dli tam, wiesz, przy te­atrze, no a on ich, wiesz…

– Nie mów!

– No a co? Nie­któ­rzy księ­ża to wiesz… Ale dzi­siaj w ogó­le nie chce o tym mó­wić. My­śli, że co? Że ktoś so­bie coś po­my­śli? – Mach­nę­ła po­gar­dli­wie po­ke­mo­nem w kie­run­ku blon­dyn­ki w sza­rym ża­kie­cie, przy oka­zji wska­zu­jąc ją dzien­ni­ka­rzo­wi.

Trud­no było jej nie za­uwa­żyć, bo w tym swo­im biu­ro­wo-kor­po­ra­cyj­nym ko­stiu­mie w ogó­le nie wy­glą­da­ła na stu­dent­kę. Sie­dzia­ła wpa­trzo­na w wy­kła­dow­cę jak w ob­ra­zek, trzy­ma­jąc na ko­la­nach opa­sły or­ga­ni­zer z róż­no­ko­lo­ro­wy­mi kart­ka­mi.

Sta­wek uśmiech­nął się za­do­wo­lo­ny. Na­wet nie są­dził, że bę­dzie miał taki traf. Le­d­wie zna­lazł In­sty­tut Hi­sto­rii i za­py­tał o Gliń­skie­go, oka­za­ło się, że ma wła­śnie wy­kład. A le­d­wie usiadł ci­cho w ostat­nim rzę­dzie, miał już po­dej­ście i pod za­kon­ni­ka, i pod dziew­czy­nę.

„Agniesz­ka No­wak” – za­no­to­wał.

– …W swo­jej mo­wie obroń­czej Mi­ko­łaj Rej pod­no­sił rów­nież, że ze­mstę za znie­wa­gę ma­je­sta­tu na­le­ży zo­sta­wić sa­me­mu Bogu, księ­dzu zaś słusz­nie na­le­ży się od­szko­do­wa­nie za znisz­czo­ną mon­stran­cję, któ­re ob­wi­nio­ny Otwi­now­ski po­wi­nien za­pła­cić. We­dług jego wy­wo­du, bluź­nier­stwo Era­zma Otwi­now­skie­go nie było bo­wiem wca­le oczy­wi­ste, w prze­ci­wień­stwie do znisz­cze­nia mie­nia. Czy ziem­ski sąd jest bo­wiem wład­ny roz­strzy­gnąć, kto bluź­nił? Czy Otwi­now­ski, znie­wa­ża­jąc ka­to­lic­ki przed­miot kul­tu, czy też pro­wa­dzą­cy pro­ce­sję ksiądz, sko­ro we­dług kal­wi­ni­stów mon­stran­cja znie­wa­ża­ła Chry­stu­sa? Ter­tium non da­tur, praw­da? Któ­ryś z nich był win­ny, to już jed­nak kom­pe­ten­cja sądu bo­skie­go, nie ludz­kie­go. I tak Erazm Otwi­now­ski, choć gro­zi­ło mu ścię­cie, spo­koj­nie do­żył sta­ro­ści, na­wet przed lu­bel­skim try­bu­na­łem od­po­wia­dał z wol­nej sto­py. Przy­kład ten do­bit­nie uka­zu­je…

…że nie ma to jak do­bry ad­wo­kat, do­koń­czył w my­śli Sta­wek, przy­glą­da­jąc się Gliń­skie­mu.

Fa­cet był rze­czy­wi­ście słusz­nej po­stu­ry, ale przede wszyst­kim jego ro­bi­ła wra­że­nie jego sty­lo­wość. I nie cho­dzi­ło na­wet o ma­ry­nar­kę, na któ­rą zwró­ci­ła uwa­gę Anka. On w każ­dym ge­ście, w spo­so­bie mó­wie­nia miał coś ta­kie­go, że moż­na by go po­sa­dzić w ja­kiejś cho­ler­nej izbie lor­dów.