Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Odyssey One: W samo sedno ebook

Evan Currie

4.09090909090909 (11)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 567 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Odyssey One: W samo sedno - Evan Currie

Okręt badawczy „Odyseja” powrócił z dziewiczej podróży. Powrócił, wioząc złe nowiny oraz ambasadorów – przedstawicieli innej, chodź ludzkiej, cywilizacji kosmicznej, uwikłanej w krwawą wojnę z okrutnymi obcymi. Ziemianie muszą podjąć decyzję, czy angażować się w walkę, podejmować ryzyko, czy też schować głowę w piasek i udawać, że odległy konflikt nie dotyczy Układu Słonecznego.

Tymczasem sprawy się komplikują, jak zawsze, kiedy w grę zaczyna wchodzić polityka, a do tego pojawiają się nowe tajemnice. Kapitan Eric Weston jest gotów do czynu, czeka, aż władze jego świata pozwolą mu na działanie. Na szczęście nie musi czekać zbyt długo.

A kiedy zapada już decyzja i okręt wyrusza z misją, zaczynają się prawdziwe kłopoty…

W drugiej części cyklu Evana Currie poznajemy dalsze losy „Odysei”, jej nietuzinkowego dowódcy i dzielnej załogi. Powieść nie zawiedzie miłośników kosmicznej batalistyki, czytelnik zostaje wrzucony w wir akcji i są takie chwile, kiedy nie ma czasu zaczerpnąć oddechu przed kolejnym zwrotem akcji.

Opinie o ebooku Odyssey One: W samo sedno - Evan Currie

Fragment ebooka Odyssey One: W samo sedno - Evan Currie

Evan Currie

ODYSSEY ONE

TOM II

W SAMO SEDNO

Przekład Kinga Składanowska

Warszawa 2014

Przekład Kinga Składanowska

Warszawa 2014

Tytuł oryginału: The Heart of Matter: Odyssey One

Text copyright © 2012 Evan Currie

All rights reserved.

Published in the United States by Amazon Publishing, 2012.

This edition made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com.

Projekt okładki: Agencja Ilustratorsko-Reklamowa MOTOKO

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: PRESS POINT Ewa Jurecka

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN ebup: 978-83-64030-32-1

ISBN mobi: 978-83-64030-33-8

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Wynn Currie, mojej matce, która nigdy nie wątpiła, że odniosę kiedyś sukces w swoich literackich poczynaniach. Bez jej wsparcia nigdy nie udałoby mi się zajść tak daleko. Dziękuję, Wynn.

Część pierwszaPowrót do otchłani

STACJA LIBERTYPunkt Lagrange’a czteryOrbita ziemska

Kapitan Eric Stanton Weston szedł zakrzywiającym się korytarzem, który otaczał zewnętrzną stronę olbrzymiej stacji kosmicznej Liberty. Musiał przyznać, że inaczej odczuwał sztucznie wygenerowaną grawitację po czasie, jaki spędził na „Odysei”, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz Układu Słonecznego. Większy łuk wierzchniej ściany stacji sprawiał wrażenie bardziej naturalnego, ale po spędzeniu tak długiego czasu na mniejszych, zwrotniejszych habitatach „Odysei” kapitanowi bardziej podobało się odczucie tamtego sztucznego ciążenia, choć swego czasu niemal przyprawiało go o mdłości. Zobaczył tak dużą część kosmosu, że czasami przyłapywał się na myśleniu o Ziemi jak o prowincji, szczególnie w porównaniu z megamiastem, jakie miał okazję oglądać na Ranquil.

Obcy świat – a może wcale nie tak obcy, jak zakładał – był niekwestionowaną główną atrakcją ich ostatniej misji. Eric wolałby tylko, aby okazała się większym sukcesem, lecz biorąc pod uwagę potworności i zniszczenie, jakich byli świadkami w trakcie podróży przez trzy systemy gwiezdne, nie brakowało jej niczego, by stała się „najważniejszym punktem programu”.

Zamiast zwykłego rutynowego rejsu, który miał potwierdzić funkcjonalność stacji dysków „Odysei” oraz innych eksperymentalnych systemów, znaleźli się na trasie prowadzącej przez sam środek wojny, w którą nie zamierzali się mieszać. Eric miał pełną świadomość, że właśnie takie było zdanie większości jego przełożonych. Z drugiej strony, naoglądał się w swojej karierze tyle śmierci, że nie mógł zignorować ludobójstwa, gdy działo się pod samym nosem. Nie miał więc najmniejszych wyrzutów sumienia. Bez względu na to, co widzieli i jakie ponieśli ofiary, był dumny i najzupełniej przekonany, że jego załoga również wyrzutów sumienia nie miała.

Szedł po liniach wpisanych w podłogę, oznaczających różne sektory stacji, obserwując, jak mapa zanika, gdy mijał strefy bezpieczeństwa.

Miał spotkanie z admirał Gracen, dotyczące prawdopodobnie nowych rozkazów dla „Odysei”. Żywił nadzieję, że rozkazy nie były podobne do poprzednich, bo po ukończeniu naprawy okrętu ostatnie trzy tygodnie spędził na doprowadzaniu załogi do stanu używalności. Nadszedł czas, by „Odyseja” znów ruszyła w drogę. Podskórnie wyczuwał, że jego załoga jest coraz bardziej podenerwowana bezczynnym siedzeniem w okręcie, który był najszybszą jednostką zbudowaną kiedykolwiek przez człowieka. Steph niemal non stop sprawdzał, czy nadeszły nowe rozkazy, a Eric sam rozkazał kilku swoim młodszym oficerom, by się trochę uspokoili. No cóż, zobaczyli wszechświat i pragnęli więcej.

Nie miał pojęcia, czy w ogóle poleci na nową wyprawę, jeśli wziąć pod uwagę jego obecny status, wzbudzający „mieszany” szacunek wśród wojskowych, i polityczne realia Konfederacji Północnoamerykańskiej. Niestety, on i większość załogi stali się obecnie czymś, co pozostali określali mianem „oryginałów”. Byli zbyt cenni, zarówno pod względem doświadczenia, jak i politycznym, by ich wyrzucić. Jednakże w szeregach politycznych i wojskowych społeczności narastały pewne negatywne nastroje. Narazili się na niechęć za włączenie Ziemi, przynajmniej w marginalnym stopniu, do większego wszechświata, gdzie śmierć i zniszczenie zdawały się wszechobecne. Teraz musieli radzić sobie już nie tylko z pozaziemskimi mieszkańcami, Kolonistami, ale także z krwiożerczymi i nastawionymi wojowniczo obcymi. Cóż, jeśli ktoś chciał eksplorować kosmos, musiał się liczyć z takim ryzykiem.

– Kapitanie!

Eric zatrzymał się, obejrzał przez ramię i zobaczył młodego mężczyznę, porucznika Waltera Danielsa, idącego w jego kierunku. Zaczekał, aż wojskowy zrównał się z nim, a potem skinął uprzejmie głową.

– Poruczniku.

– Sir. – Porucznik zatrzymał się i zasalutował. – Komandor Roberts przesyła pozdrowienia. Chciał również, bym to panu przekazał.

Eric odpowiedział salutem, a potem przyjął od porucznika kartę pamięci, zastanawiając się, czemu Roberts przysłał chłopaka z tym zadaniem.

– Dziękuję, poruczniku.

– Nie ma problemu, sir – odparł Daniels. – I tak szedłem do pokoju wypoczynkowego.

Eric uśmiechnął się nieznacznie, kiwając głową. To by tłumaczyło, dlaczego Daniels odwalał robotę posłańca – miał dzięki temu kolejną wymówkę, by zobaczyć się z pewną chorąży, pracującą w centrum komunikacyjnym Liberty. Eric nie miał mu tego za złe. W czasach swojej młodości robił głupsze rzeczy i był pewien, że jego oficerowie dowodzący niejeden raz okazali mu sporo wyrozumiałości.

– W porządku. Może pan odejść, poruczniku.

– Dziękuję, sir.

Eric obserwował przez chwilę chłopaka, a potem schował kartę do kieszeni i ruszył przed siebie.

***

Amanda Gracen uniosła wzrok, gdy tylko Weston zjawił się w gabinecie, kiwnąwszy uprzejmie głową na powitanie jej osobistej sekretarce. Przyjrzała się uważnie oficerowi, zanim wskazała krzesło.

– Proszę usiąść, kapitanie.

Eric podszedł bliżej i osunął się na wygodne siedzenie przed biurkiem admirał.

– Słucham, pani admirał.

Gracen zerknęła na dokumenty wywołane na ekran umieszczony pod twardym, plastikowym pulpitem biurka, przesuwając je bezmyślnie szybkimi ruchami palców. Weston zastanawiał się, na co właściwie czekała. A może po prostu nie chciała, by poczuł się zbyt komfortowo? Sam posługiwał się podobną taktyką parę razy, gdy chciał wywrzeć nacisk na podwładnych, a robił tak głównie dlatego, że była to cholernie skuteczna metoda, nawet jeśli wiedziało się, co jest grane. Po chwili admirał znów uniosła wzrok, a potem oparła się wygodniej.

– Cóż, kapitanie, czy posiada pan raport dotyczący kondycji pańskiego okrętu?

Eric zesztywniał odrobinę, a potem skinął głową.

– Tak jest, proszę pani. „Odyseja” została całkowicie naprawiona, a jej załoga w pełni zintegrowana. To najlepsza grupa ludzi, z jaką miałem zaszczyt służyć. Jesteśmy gotowi na dalsze rozkazy.

W oczach admirał Gracen rozbłysło coś, co Eric nie do końca umiał nazwać. Być może rozbawienie, ale nie miał pewności. Kiwnęła głową, słysząc jego odpowiedź, a potem dotknęła palcem ekranu i otworzyła kolejny plik. Eric żałował, że nie widzi tego, co ona, ale pulpit admirał został zaprojektowany tak, by mógł z niego czytać wyłącznie użytkownik.

– Śledziłeś przebieg rozmów dyplomatycznych ambasadora? – spytała po chwili.

„Ambasador”, starszy Corasc, został wyznaczony przez swoich ludzi do negocjowania traktatu z Ziemią po zaciekłej walce, jaką „Odyseja” stoczyła przeciwko Drasinom, jak nazywali ich Koloniści. Myśl technologiczna obu kultur za bardzo się od siebie oddaliła, przez co „Odyseja” miała przewagę w postaci skomplikowanej broni i jednocześnie była żałośnie słabo wyposażona, jeśli chodziło o użycie brutalnej siły.

Od tamtego czasu spędził wiele nieprzespanych nocy na wyobrażaniu sobie, czego mogłaby dokonać ziemska technologia, gdyby miała dostęp do tej czystej energii. Wiele ograniczeń, z powodu których cierpiał okręt, miało związek z brakiem mocy.

Weston pokręcił w odpowiedzi głową. Nie miał czasu zapoznać się z mało znaczącymi projektami, przez które „Odyseja” była zmuszona przejść.

– Obawiam się, że nie, proszę pani. Byłem dość zajęty.

Uśmiech pani admirał powiedział Ericowi, że doskonale wiedziała, co takiego robił, ale to była już całkiem inna sprawa.

– Szkoda. Mógłbyś je uznać za całkiem interesujące – powiedziała, kończąc temat.

– Na pewno – odparł, zachowując neutralny ton.

– Niestety – ciągnęła dalej pani admirał – z większości tej technologii nie będziemy mogli korzystać jeszcze przez kilka następnych lat… – Urwała, a potem błyskawicznie podjęła wątek. – Wliczając w to systemy zasilania.

Eric momentalnie zesztywniał na krześle. To była ostatnia rzecz, jaką chciał usłyszeć.

– Słucham?

– Koloniści, przepraszam, Priminae, jak sami siebie nazywają – powiedziała Gracen – używają systemów zasilania całkowicie różniących się od naszych. Obawiam się, że nie odkryliśmy jeszcze sposobu na wytworzenie energii elektrycznej przy ich użyciu. A przynajmniej nie w takim stopniu, aby się to opłacało.

Na twarzy Erica pojawił się grymas. Powinien wcześniej o tym pomyśleć.

– Nasi konstruktorzy pracują nad całkiem nową bronią i projektami okrętów, lecz w najbliższej przyszłości nie będziemy korzystać z tych zasobów.

Eric westchnął.

– Rozumiem.

– Mimo to nie możemy powiedzieć, że nie wyszło z tego nic dobrego. – Usta pani admirał wygięły się w półuśmiechu. – Weźmy chociaż przykład technologii medycznej, która pomimo braku kompatybilności z naszymi własnymi systemami działa całkiem sprawnie. Zaczęliśmy już wcielać w życie wiele technik, które służą naszemu centrum medycznemu na Liberty, i jak na razie rezultaty są całkiem zadowalające.

Eric bezwiednie kiwnął głową, w jakimś ciemnym zakamarku swojego umysłu opłakując utratę całej tej mocy. Dopiero wtedy uderzył go sens ich rozmowy. Zmarszczył brwi.

– Proszę wybaczyć, pani admirał – powiedział po chwili namysłu – ale czy udało nam się dojść do porozumienia ze starszyzną Kolonistów?

Admirał Gracen uśmiechnęła się, tym razem szerzej.

– Owszem.

Eric znów skinął głową. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Wiedział, że starszy Corasc był odrobinę sfrustrowany tempem ziemskiej polityki, ale prawdę mówiąc, Koloniści również sprawiali wrażenie wiecznych fatalistów. Praktycznie pod każdym względem.

Spotkał kiedyś dwoje należących do typu walczących–na–śmierć–i–życie istot, które utożsamiał generalnie z ludźmi, ale byli oni wojskowymi w mniejszym bądź większym stopniu. Corasc z pewnością wykazywał się większą cierpliwością niż zazwyczaj. Przez trzy miesiące po przybyciu do Układu Słonecznego brał udział w niekończącej się paradzie obiadów i państwowych przyjęć w nadziei zdobycia jakiejkolwiek pomocy, która przydałaby się jego ludziom w walce przeciwko Drasinom.

Trzy miesiące to dość długi okres w każdej wojnie, szczególnie w obliczu ludobójczej fali, jakiej musieli stawić czoła Koloniści. Eric doskonale rozumiał frustrację członka starszyzny.

Spojrzał na admirał Gracen.

– Co to za umowa?

– Dostarczymy im doradców terenowych w postaci oddziałów Zielonych Beretów – wyjaśniła Gracen – oraz specyfikacje techniczne dotyczące pancerzy adaptacyjnych i systemów laserowych. Nie otrzymają jednak wykazów danych technicznych napędów skokowych ani koordynat Układu Słonecznego.

Eric kiwnął głową, zgadzając się w obu kwestiach.

Napęd skokowy z pewnością był asem w rękawie ziemskich wojsk. Umożliwiał natychmiastowe podróże na odległość sięgającą aż trzydziestu lat świetlnych. A nawet dalej, gdyby można generować do tego wystarczającą ilość mocy.

Ponadto, w obecnej sytuacji, dokładnego położenia Układu Słonecznego nie można było przehandlować za jakąkolwiek cenę. Eric nie był pewien, czy wróg miał jakiś sposób na wyciągnięcie tego od Kolonistów, ale trzymanie się na uboczu stanowiło o wiele lepsze wyjście. A przynajmniej do czasu, gdy flota marynarki i system obronny nie zostaną przywrócone.

Jednakże zrealizowanie nawet tej umowy oznaczało wysłanie „Odysei” na następną misję. Eric zmrużył oczy, rozważając ten pomysł. Nie żeby sprzeciwiał się kolejnemu zadaniu. Wiedział, że jego załoga z radością przyjmie te wieści, jednak w tym momencie „Odyseja” była jedynym okrętem o skumulowanej sile rażenia w całym Układzie Słonecznym.

– Kiedy w takim razie wracamy na Ranquil? – spytał na tyle swobodnym tonem, na ile go było stać.

– Za dwa tygodnie – odparła admirał. – W tym czasie twoja załoga będzie mogła skorzystać z przepustek.

– Dziękuję. Na pewno to docenią – powiedział, w dalszym ciągu myśląc o lokalnym systemie obronnym. – Pani admirał… jeżeli Drasinowie zaatakują podczas nieobecności „Odysei”…

– To mało prawdopodobne, chyba że udało im się podjąć trop na podstawie twoich śladów zostawionych w przestrzeni kosmicznej – odparła Gracen. – Jeśli jednak do tego dojdzie, będziemy przygotowani.

Eric nie powiedział już ani słowa, ale nie dlatego, że się nie zgadzał, tylko dlatego, że nie był taki pewien tego przygotowania.

– „Normandia” i „Enterprise” – ciągnęła Gracen – są, jak sam wiesz, w trakcie budowy. W ciągu następnych dwóch tygodni osiągną minimalny status operacyjnej sprawności, choć będą potrzebować jeszcze miesiąca, aby normalnie funkcjonować. Co więcej, Rosjanie rozpoczęli budowę „Gagarina”. Jest niszczycielem, którego planowali pierwotnie użyć jako podłoża testowego dla nowych projektów oraz by „pomachać swoją flagą” w nowym wyścigu o podbój przestrzeni kosmicznej.

Związek Sowiecki, powołany jako efekt rozpadu Bloku Wschodniego, w dalszym ciągu był dość osłabiony po paskudnym laniu, jakie spuścili mu Chińczycy. Biorąc pod uwagę fakt, że siły Sowietów zostały zmiażdżone przez nowoczesne i zmodernizowane wojska w trakcie wojny, radzili sobie całkiem nieźle.

Jak na ironię, przysporzyło im to wielu korzyści od strony ekonomicznej. Od końca dwudziestego wieku zmagali się z problemem znalezienia dla siebie jakiegoś punktu zaczepienia w świecie, który błyskawicznie pozostawiał ich w tyle. Wojna zmusiła rozproszone narody do stawienia czoła wrogowi i włożenia ogromnego wysiłku w osiągnięcie wspólnego celu.

Od końca wojny Związek robił znaczące postępy w odzyskaniu władzy na Ziemi, a „Gagarin” był dla nich wielkim powodem do dumy.

– Blok – powiedziała Gracen z lekkim grymasem – jest w trakcie prac konstrukcyjnych nad „Mao Tse Tungiem”, który ma stanowić dodatek do ich frachtowców i uzbrojonych wahadłowców, więc będziemy dobrze chronieni.

Eric uznał, że to faktycznie dość dobra ochrona, nawet jeśli „Mao” nie posiadał odpowiednich środków, by odeprzeć atak laserowy Drasinów. Jeśli jednak uda im się ich przechytrzyć taktycznie, przynajmniej będą mieli wyrównane środki obronne. Oczywiście o ile dorzucą do tego siłę rażenia istniejących już środków obronnych orbity.

Mimo to niewielka grupka okrętów jako jedyna linia obrony dla Konfederacji i całej planety była dla Westona nie do przyjęcia. Potrzebowali floty oraz systemów energetycznych, by zrównać się z Drasinami. Równowaga sił wraz z technologią Konfederacji pozwoliłyby spać spokojniej.

Oczywiście podstawowe informacje dotyczące wroga w niczym by nie zaszkodziły.

– Tak jest, pani admirał – powiedział na głos. – Powiadomię załogę i rozpocznę przygotowania.

Gracen skinęła głową.

– Mam nadzieję, że twoje nazwisko również znajdzie się na liście osób wysyłanych na przepustkę, kapitanie.

– Tak, proszę pani – odparł Eric, choć tak naprawdę wcale o tym nie myślał. Dowodzenie okrętem cieszyło go, a najbardziej wtedy, gdy nie unosili się bezczynnie na orbicie geosynchronicznej nad Waszyngtonem.

– Świetnie. Może pan odejść.

TYMCZASOWA AMBASADA KOLONIALNADystrykt WaszyngtonKonfederacja Północnoamerykańska

Człowiek znany mieszkańcom Ziemi jako starszy Corasc był jednocześnie podekscytowany i rozdrażniony, gdy spoglądał z góry na prowincjonalne miasto, w którym on i jego ludzie zostali zakwaterowani.

„Ten cały Waszyngton jest całkiem interesujący, ale zarazem bardziej prymitywny niż domostwa Priminae. Czuje się tutaj echo minionych wieków, którego doświadczyłem jedynie w Mons Systema”.

Na pierwszy rzut oka porównywanie tak małego miasta do metropolii Mons Systema wydawało się całkowitym absurdem, ale coś w tutejszej atmosferze przemawiało do niego. Odkrył w pewnej chwili, że podziwia charakter tego miejsca, choć miało zaledwie kilkusetletnią historię.

Mimo to, jeśli nie rozwiążą w końcu problemów związanych z komunikacją, nie będzie się dziwił, jeśli któregoś dnia to wszystko wyleci w powietrze. Nie znajdował wymówki dla faktu, że jak na miejsce o tak ograniczonej populacji, miasto było potwornie zatłoczone o pewnych porach.

Kiedy w trakcie pierwszego tygodnia w nowym świecie dowiedział się, jak niewielu ludzi zamieszkuje Waszyngton, nie potrafił w to uwierzyć. Mons Systema posiadała populację ponad pięćdziesiąt razy większą, a mimo to człowiek – jeśli chciał – mógł z łatwością przeżyć całe życie bez kontaktu z innymi.

Waszyngton był osobliwą mieszanką starannie zaprojektowanej architektury, charakteryzującej się dość imponującym stylem artystycznym, oraz organicznej zieleni miejskiej, którą normalnie można było podziwiać jedynie w ruinach pomiędzy koloniami. Zupełnie jakby ktoś zaprojektował miasto wyłącznie dla garstki osób i nie wziął pod uwagę, że może się ich tu osiedlić znacznie więcej.

Corasc westchnął, odstawiając drinka i zastanawiając się nad obecną sytuacją świata leżącego poza granicami tego niewielkiego miasta.

Udało im się w końcu dojść do porozumienia z tutejszą ludnością, dzięki któremu zostaną zaopatrzeni w broń i technologie obronne zdolne ochronić Ranquil oraz inne światy istniejące nadal w koloniach. Lub raczej otrzymają nie tyle konkretny towar, co koncept i projekty, jak się domyślał. Od momentu swojego przyjazdu zdążył odkryć, że technologia tej „Ziemi” miała dość specyficzną naturę.

Podążyli inną drogą niż Priminae, rozwijając technologię i sztuczki, których nigdy nie zastosowano w koloniach, jednak większość z nich była absurdalnie wręcz przestarzała. W dalszym ciągu rozszczepiali i łączyli atomy w celu wytworzenia źródła mocy. W najlepszym razie marginalnego źródła, stosowanego w ludzkich przedsięwzięciach. Naturalnie, łączenie wiązań atomowych było niesłychanie spektakularne na poziomie gwiezdnym, jednak nie można cenić czegoś, co działało wyłącznie w skali planety czy statku.

Mimo to udało im się osiągnąć więcej, niż sądził. Corasc doskonale wiedział, że właśnie tego potrzebowali jego ludzie.

Spojrzał w niebo, wiedząc, że wkrótce nadejdzie czas powrotu do domu.

Starszy Priminae żywił tylko nadzieję, że nadal istnieje dom, do którego można wrócić.

***

Komandor Stephen Michaels czekał na ithan Millę Chans w gabinecie przygotowanym dla starszego i jego dwóch pomocnic. Uznał, że pokój jest całkiem przyjemny. Nie wiedział jednak, jak postrzegali go Priminae. Mieli zupełnie inne pojęcie o planowaniu przestrzeni. Steph słyszał, że Milla oraz starszy wyrazili pewne zaskoczenie tym, jak mało przemyślana była architektura Dystryktu. Ich miasta były zupełnie inne, rozplanowane co do najmniejszego szczegółu. Może z gabinetem było podobnie?

Zastanawiał się, czy informacje mówiące o tym, że wyruszają wkrótce w podróż, są prawdziwe. Miał taką nadzieję, choć z drugiej strony wiedział, że jeśli tak, to pewnie niedługo znajdą się z powrotem w ogniu walki. Ludzie Milli byli w trudnym położeniu, a Stephen odkrył, że lubi tych, których spotkał. Bardzo mu się nie podobało, gdy ludzie, których lubił, obrywali.

Mogli wyruszyć w rejs jedynie wtedy, gdy ich przełożeni i politycy dojdą do porozumienia ze starszym. Liczył, że tak będzie.

– Stephen?

Potrząsnął głową, pozbywając się tych myśli, i uśmiechnął się, gdy Milla stanęła w drzwiach prowadzących do pomieszczeń administracyjnych i stref mieszkalnych.

– Dzień dobry, ithan Chans.

Uśmiechnęła się, prawdopodobnie z powodu jego formalnego tonu, zwłaszcza że już dawno zaprzestali używania tytułów. Wyglądała jednak na nieco skonfundowaną.

– Dlaczego tu jesteś?

– Cóż, mówiłem ci, że jeśli dostanę urlop, pokażę ci miasto – odparł, a potem wzruszył ramionami. – Właśnie go dostałem.

OKRĘT KONFEDERACJI PÓŁNOCNOAMERYKAŃSKIEJ „ODYSEJA”Orbita geosynchronicznaZiemia

– Stop! Stop! Stop! – wrzasnął sierżant sztabowy Max Greene, wymachując rękami w kierunku toczącego się powoli holownika, ciągnącego wielką skrzynię do luku ładowniczego „Odysei”. – Zatrzymać się!

Zautomatyzowany holownik natychmiast stanął w miejscu, mrugając światłami. Greene spojrzał na olbrzymią skrzynię, a potem obrzucił morderczym wzrokiem drzwi włazu, przez które miał zamiar wtoczyć się holownik.

– No dobra, kto spieprzył parametry załadowcze tej skrzynki? – spytał donośnym głosem po przejrzeniu dokumentów. – Nie ma opcji, żeby to coś zmieściło się w drzwiach pieprzonej zbrojowni!

„Stary, dobry Greene” – pomyślał major Brinks, obserwując rozwój sytuacji. „Energiczny, spostrzegawczy i nieco szorstki”. Podszedł bliżej i spytał:

– Stało się coś, sierżancie?

Greene obejrzał się przez ramię i zesztywniał.

– Sir, ktoś musiał przykleić złą nalepkę na tego bydlaka. Holownik próbował wstawić go do ładowni… To nie może tutaj zostać.

Brinks zmierzył skrzynię zaciekawionym spojrzeniem, a potem wyjął z ręki sierżanta czytnik interferencji częstotliwości radiowych i przeskanował ją.

– Już sprawdzałem, sir. Pokazuje, że to…

– Zbroja z napędem, EXO-12. – Brinks zmarszczył brwi.

– Tak – odparł Greene. – Niech pan spojrzy na liczbę sztuk.

Brinks zerknął na ekran czytnika, a jego brwi wystrzeliły w górę.

– Tylko jedna? W czymś TAKIM?

– Jak już mówiłem, majorze, ktoś spieprzył specyfikację. – Greene pokręcił głową. – Będziemy musieli ponownie sprawdzić cały ładunek.

– To nie będzie konieczne, sierżancie.

Brinks i Greene odwrócili się i zobaczyli mężczyznę z naszywkami porucznika człapiącego w ich stronę. Sprawiał wrażenie, jakby uwierały go buty.

– Wie pan coś o tym, poruczniku? – spytał Brinks, taksując wzrokiem młodego człowieka. Dzieciak miał na sobie ciemnozielony uniform identyfikujący go jako członka brygady okrętów szturmowych.

– Crowley, sir – odparł porucznik z gorliwym wyrazem twarzy. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat. – Jackson Crowley, majorze.

– Poruczniku Crowley. – Brinks kiwnął głową, a potem powtórzył pytanie: – Co pan o tym wie?

– To tylko skafander z napędem, tak jak jest na nalepce, majorze – odparł Jackson z uśmiechem.

– Gówno prawda – prychnął Greene.

Brinks rzucił sierżantowi piorunujące spojrzenie, a potem odwrócił się do Crowleya.

– Poruczniku, w tej skrzyni spokojnie zmieściłoby się dwanaście skafandrów.

Młody człowiek uśmiechnął się z manierą dzieciaka obnoszącego się ze swoją nową zabawką.

– W takim razie chyba nikt nie wysłał panu specyfikacji, sir… Spodoba się to panu…

Podszedł do skrzyni, a potem zwrócił się bezpośrednio do holownika.

– Opuść skrzynię tutaj, a potem zwolnij zatrzaski, proszę.

Brinks usłyszał, jak Greene znów prycha pod nosem. Wiedział, że sierżant uważał za zabawne, gdy ktoś okazywał uprzejmość maszynie, ale zignorował go. Był ciekaw, o co tu właściwie chodziło.

Holownik odstawił skrzynię na dół. Magnetyczne kleszcze przymocowały ją do podłogi z głośnym hukiem. Maszyna odsunęła się i obróciła widłami tak, by móc je wsunąć pod zatrzaski zamontowane na szczycie skrzyni. Wystarczył niewielki obrót i pociągnięcie, by je otworzyć. Porucznik Crowley błyskawicznie złapał przód skrzyni, który uniósł się w powietrze. Opuścił ją w dół i pozwolił, by sama przytwierdziła się do połogi metalowymi zaciskami.

Z Greene’em u boku Brinks podszedł bliżej, by zajrzeć do środka.

– Niech to szlag – mruknął Greene.

Wewnątrz znajdował się największy „skafander”, jaki Brinks kiedykolwiek widział, a widział niemal wszystko, co zostało dotychczas wyprodukowane. „Zbroja” była wysoka na dwanaście stóp i wyglądała jak wyrwana prosto z kiepskiego filmidła science fiction.

– Poruczniku, nie jestem w nastroju do żartów – warknął poirytowany Brinks.

Widywał już podobne jednostki, choć o wiele mniejsze niż ta, a nawet przetestował w przeszłości kilka z nich. Wszystkie poległy sromotnie w starciu z minimalnymi standardami pola bitwy, ponieważ były zbyt pokraczne i niezdarne. Właśnie dlatego to mniejsze zbroje z napędem zyskały na popularności.

– To nie jest żart, majorze – odparł Jackson.

– Poruczniku, znam się co nieco na zbrojach. A ta z pewnością zaliczy glebę, jak tylko trafi w nią pierwszy pocisk – powiedział z przekonaniem Brinks.

– Ależ nie, sir – upierał się Jackson, kręcąc głową. – Ta działa w oparciu o SIN. Proszę mi zaufać, majorze. Jest gotowa do użycia na polu bitwy.

– SIN? – wymamrotał Greene. – Czym, do cholery, jest SIN?

– Przepraszam, sierżancie – odparł Crowley – ale to poufne dane…

– Synu, powiedz nam, co to jest, do diabła! – warknął Brinks.

Porucznik przełknął ślinę, a potem skinął głową.

– Tak jest, sir. SIN to system indukcji nerwowej. Ten sam, którego używają Archanioły i…

– Kurwa mać! – eksplodował Greene. – Mamy sobie wbijać pieprzone igły w nasze pieprzone karki? Czyś ty oszalał? Czy my wyglądamy jak ta banda popaprańców…

– Sierżancie – przerwał mu Brinks. Lubił Greene’a, ale facet musiał wiedzieć, że są pewne granice.

– Ale, panie majorze…

– Dość tego – powiedział Brinks, a potem przyjrzał się skafandrowi. – Nikt z naszych nie zdążył jeszcze zweryfikować tego systemu.

– Owszem, zdążył. – Crowley poklepał skrzynię. – Ten tutaj to moje dziecko, więc sierżant nie musi się już obawiać igieł wbitych w szyję.

Brinks spojrzał na porucznika, a potem przeskanował czytnikiem jego blaszkę identyfikacyjną. Pobieżne przejrzenie akt wystarczyło, by wiedział o nim wszystko.

– Poruczniku, czy kiedykolwiek braliście udział w akcji?

– No cóż… Nie, sir. Zaciągnąłem się dopiero po wojnie – przyznał Crowley. – Ale ukończyłem pełne szkolenie i mam certyfikat…

– Dlaczego po prostu nie dali nam paru czołgów? – spytał Greene. – Nie potrzebujemy tego szajsu.

– Czołgi są zbyt trudne w obsłudze – odparł natychmiast Crowley.

– A to coś niby nie jest?

– Nie, sierżancie, nie jest – powiedział Crowley gładkim tonem. – Większość podstawowych technologii zastosowanych w tym maleństwie wyprzedza czołgi o kilka tysięcy lat. Prosta hydraulika. Jeśli będziesz się z tym dobrze obchodził, pochodzi bez żadnych usterek przez setki lat. A to są jedynie największe ruchome części… Jego system operacyjny jest jednym z najlepszych i najlepiej chronionych…

– Ta, jasne – mruknął Greene, taksując olbrzyma wzrokiem i kręcąc głową. – Pole bitwy niczego nie traktuje ulgowo, dzieciaku.

Brinks przyjrzał się skafandrowi czujnym okiem, a potem potrząsnął głową.

– To twoja trumna, Crowley. Czy mógłbyś wyjąć to ustrojstwo ze skrzyni i… Do diabła, sierżancie, pokaż mu, gdzie może to coś schować.

– Jasne – burknął Greene pod nosem. – Połowa tutejszych żołnierzy będzie zrywać boki ze śmiechu na widok tego żelastwa.

„Możliwe” – pomyślał cierpko Brinks. „Z ciebie również mogą się śmiać. Oczywiście nie prosto w twarz”.

STACJA LIBERTYPunkt Lagrange’a czteryOrbita ziemska

Eric Weston otworzył drzwi do pokoju konferencyjnego, gdzie komandor Jason Alvarez Roberts brał udział w nieformalnej dyskusji dotyczącej nomenklatury wojskowej w czasach obecnych. Pomieszczenie było ogromne. Jego środek zajmował długi na dwadzieścia stóp stół. W dalekim końcu Eric dostrzegł siedzącego samotnie komandora.

– Panie komandorze.

Roberts spojrzał na niego, witając się uprzejmym skinieniem głowy.

– Panie kapitanie. Dziękuję za przyjście.

– Stało się coś? – Weston starał się nie wyglądać na zbyt rozbawionego, bo doskonale się domyślał, co mogło martwić komandora. On również został zaproszony do udziału w dyskusji, lecz w odróżnieniu od Robertsa był starszy stopniem i miał na głowie inne sprawy, co pozwoliło mu odmówić udziału.

Zazwyczaj poważny komandor wzruszył ramionami i uśmiechnął się smutno.

– Niezupełnie, sir. Po prostu potrzebowałem porozmawiać z kimś, kto nie jest klinicznie upośledzony umysłowo.

Eric zachichotał cicho, wysuwając krzesło i siadając naprzeciwko doskonale zbudowanego ciemnoskórego kolegi.

– W czym problem?

– Siedział pan kiedyś w jednym pokoju z trzydziestoma pięcioma przedstawicielami różnych wojskowych wydziałów, wykłócającymi się o to, że to właśnie ich wydział powinien być tym, którego nazwa i tradycja mają stworzyć fundament pod nową gałąź służb? – spytał z obrzydzeniem Roberts.

– Raczej nie – uśmiechnął się Eric. – Jeśli mam być szczery, lepiej, że padło na ciebie.

– Ha, ha – odparł Roberts cierpkim tonem. – To jakiś obłęd. Wybranie cholernej NAZWY dla nowych służb nie powinno być aż tak skomplikowane.

– Chyba nie jest aż tak źle… – stwierdził Weston. Jego uśmieszek jasno sugerował, że kłamie.

– Kapitanie, Marines opowiadają się za tradycją. Chcą, aby wojska pokładowe nazywały się Marines.

– Oczywiście. – Eric Weston, były dowódca Marines, uśmiechnął się nieznacznie.

– Cóż, reprezentanci armii twierdzą, że okręty kosmiczne nie mają nic wspólnego z morzem, a tradycja już nie obowiązuje. Jednakże ich komisja jest obecnie podzielona, nie mogąc wybrać między żołnierzami a kawalerzystami. Szczerze mówiąc, oni również nie wyglądają mi na normalnych.

– Czyżby? – spytał Eric z uśmiechem, opierając się na krześle.

– Zgadza się. Jeden z ich pułkowników chciał, aby kontyngenty okrętów nazywać rangerami – dodał Roberts z nutą odrazy w głosie.

Eric uniósł brwi. Wiedział, że Roberts był wcześniej amerykańskim rangerem, więc jego reakcja była co najmniej zastanawiająca.

– Nie zgadzasz się z tym?

– Ja i ten ktoś, kto nafaszerował jedzenie tego idioty prochami – rzucił Roberts, śląc Ericowi ponury uśmiech. – Trafił do szpitala z objawami łagodnego zatrucia pokarmowego tego samego dnia, w którym miał przedstawić swoje stanowisko.

Eric zamrugał, zdziwiony.

– Sądzisz, że ktoś zrobił to celowo? Dlaczego?

– Dlatego, że żaden szanujący się żołnierz noszący piaskowy beret nie chce być nazywany cholernym „kosmicznym rangerem” – warknął Roberts.

Eric nie mógł się powstrzymać. Jego chichot szybko przerodził się w głośny śmiech.

Komandor Roberts czekał, podczas gdy jego oficer dowodzący śmiał się z niego. Gdy Eric odzyskał panowanie nad sobą, Roberts posłał mu chłodne spojrzenie.

– Skończył pan?

– Tak, tak mi się zdaje – odparł Eric, chichocząc jeszcze przez moment. – Przyznaję jednak, że rozumiem twój punkt widzenia.

– Dziękuję bardzo – rzucił Roberts kwaśnym tonem. – Rozumiem, że reszta służb nie ma podobnych problemów?

Eric wzruszył ramionami.

– W pewnym stopniu tak. Marynarka Wojenna i Siły Powietrzne nie mogły się porozumieć w wielu kwestiach, gdy próbowały opracować system dowodzenia „Odysei”. Marynarka wykorzystała fakt, że ich procedury można łatwiej zaadaptować.

Roberts kiwnął głową, ale Eric odniósł wrażenie, że już to gdzieś słyszał, choć prawdopodobnie umknęło mu parę szczegółów.

– Mieliśmy trochę zamieszania, ale nie takiego, z jakim wy musicie się borykać – przyznał Eric.

– Dzięki Bogu. W przeciwnym razie nigdy nie przetrwalibyśmy naszej pierwszej misji – stwierdził Roberts gorzko.

Eric wzruszył ramionami.

– Być może. Moja rada jest taka, żebyś nie zamartwiał się szczegółami. Ze sprawami, które w tej chwili nie idą po naszej myśli, rozprawimy się po drodze. Mamy czas, byśmy sami mogli opracować naszą tradycję.

Roberts kiwnął głową.

– Chyba tak. Tyle że to trochę frustrujące, że nie jesteśmy w stanie dojść do porozumienia nawet w sprawie głupiej nazwy.

Eric miał nadzieję, że wkrótce się z tym uporają, bo czekało na nich o wiele więcej ważniejszych zadań.

– To będzie najgorsze – powiedział. – Kiedy już rozwiążecie ten problem, pozostaną wam tylko drobne kwestie dotyczące tego, kto ma kogo słuchać.

Roberts spojrzał spode łba na kpiący uśmieszek malujący się na twarzy kapitana, ale powstrzymał się od komentarzy. Zamiast tego westchnął i skinął głową.

– W takim razie mam nadzieję, że to już wszystko, z czym będę musiał się użerać. Dziękuję, że pan przyszedł, kapitanie.

Eric uśmiechnął się, tym razem okazując mniej rozbawienia, a więcej wyrozumiałości.

– Nie ma problemu, komandorze. Jestem pewien, że prędzej czy później dojdziecie ze wszystkim do ładu.

Roberts skinął głową, podnosząc się, gdy Eric zrobił to samo.

– Wiem. O ile nie wpędzi mnie to w alkoholizm.

Eric sądził, że już do tego doszło.

– Rozchmurz się, kosmiczny rangerze – powiedział, nie mogąc się powstrzymać. – Poradzisz sobie.

– Do widzenia, sir – rzucił Roberts przez zaciśnięte zęby.

Gdy Weston wychodził, sygnał w systemie komunikacyjnym dał mu znać, że otrzymał wiadomość. Pani admirał prosiła go o szybkie spotkanie z pewną osobą. Nie posiadając jej danych ani nazwiska, Weston nie był zachwycony tą perspektywą, ale przecież nie mógł odmówić admirałowi. Zaakceptował spotkanie i zostawił Robertsa w jego własnym, osobistym piekle. Bóg jeden wiedział, że w przeszłości miał okazję przebywać w nim niejeden raz i że w końcu nadeszła kolej kogoś innego.

WASZYNGTON

– Zwiedzałaś okolicę od czasu przyjazdu? – spytał swobodnym tonem Stephen, gdy on i Milla Chans przemierzali zatłoczoną ulicę.

– Bardzo rzadko – odparła. Jej melodyjny głos zabrzmiał dziwnie, gdy w aparacie indukcyjnym noszonym przez niego na szczęce odezwał się angielski. – Na początku było za dużo ochrony, a potem zajęłam się innymi sprawami.

Stephen kiwnął głową, zręcznie unikając zderzenia z mężczyzną rozmawiającym przez komunikator z ekranem wideo. Mężczyzna nawet ich nie zauważył.

Milla śledziła go przez chwilę wzrokiem, ale Stephen tylko wzruszył ramionami.

– Niektórym chłopcom nie powinno dawać się pewnych zabawek – powiedział, lekko poirytowany. – Gdybym odpłynął tak myślami w walce, zginąłbym już wiele lat temu.

Wiedział, że Milla nie do końca rozumiała znaczenie jego słów, ale uznał za ujmujące to, że próbowała naśladować jego wzruszenie ramion, gdy ruszyli dalej.

– To bardzo… RUCHLIWE miasto.

Stephen uśmiechnął się, słysząc wahanie w jej głosie.

– W porównaniu z waszymi jest dość małe. Ale lubimy je… przynajmniej część z nas.

– Wygląda, jakby mieszkało tu mnóstwo ludzi, ale powiedziano mi, że jest ich zaledwie kilka milionów.

– Mniej więcej. – Zmarszczył brwi. – Nie jestem tylko pewien ile. Dystrykt nie jest moim rodzinnym miastem.

– Skąd pochodzisz? – spytała Milla.

– Z małej miejscowości w Zachodniej Wirginii – odparł, uśmiechając się lekko. – Nie zaglądałem tam od… Będzie jakieś dziesięć lat.

Ostatni raz, kiedy był w domu, miasto ledwie zipiało. Znaczna część przychodów z okresu działań wojennych, pochodzących z laboratoriów wytwarzających Archanioły, skończyła się. Nad miastem, które kilka lat temu przeżywało coś na kształt boomu, zawisła niemal upiorna atmosfera pustki. Wprawdzie nadal mieszkali tu ludzie, w tym kilka rodzin podobnych do jego własnej, które zasiedlały te tereny od wielu pokoleń i prawdopodobnie będą to robić przez parę kolejnych, ale tak wiele domów i budynków zostało opuszczonych i zabitych deskami, że miasto i tak sprawiało wrażenie wyludnionego.

– Nie jeździsz tam? – Ciekawość Milli zmieniła się w zaintrygowanie.

– Ja i mieszkańcy nie dogadujemy się zbyt dobrze – powiedział, wzruszając ramionami. – W dodatku byłem bardzo zajęty, więc…

– Aha – odparła tonem, który jasno sugerował, że nie rozumie, ale nie miała zamiaru naciskać.

Stephen „Stephanos” Michaels uśmiechnął się łagodnie, a potem wskazał pomnik Waszyngtona w oddali, kierując ku niemu swoją podopieczną przez tłum ludzi.

OKRĘT KONFEDERACJI PÓŁNOCNOAMERYKAŃSKIEJ „ODYSEJA”Orbita ziemska

Starsza bosman Rachel Corrin prychnęła pod nosem, obserwując, jak kolejny ładunek ze sprzętem przeznaczonym dla „Odysei” zjeżdża z wahadłowca na rozkaz jednego ze zautomatyzowanych podajników. Ktokolwiek pisał się na tę misję, nie miał zamiaru ryzykować z załadunkiem. Choć „Odyseja” wyruszyła w swoją dziewiczą podróż z nastawieniem na eksplorację, nie walkę, tym razem wzmacniała arsenał bojowy.

Rachel przeskanowała skrzynię czytnikiem, który pokazał, że to kolejny zasobnik z pociskiem dalekiego zasięgu, i upewniła się, że podajnik odczytał właściwe informacje. Uporawszy się z tym, odsunęła się na bok, gdy ładunek przetoczył się po pokładzie w stronę magazynu.

„Mogło być gorzej”– pomyślała. Wojsko mogło wykorzystać broń nuklearną albo coś równie szalonego.

Owszem, pociski dalekiego zasięgu były zabójcze, ale całkowita siła ich rażenia pochodziła z czystej energii kinetycznej, więc można je było przechowywać bezpiecznie na pokładzie. Już miała przeskanować pozostałe skrzynie, by upewnić się, że ładunek odpowiada specyfikacji, gdy czyjeś nawoływanie od strony pokładu kazało jej się odwrócić.

– Pani bosman!

Corrin obejrzała się przez ramię, marszcząc brwi na widok jednego z oficerów machającego do niej.

– O co chodzi, Jeffrey?

– Ładownik nie wie, gdzie przenieść te rzeczy. – Wskazał na stertę skrzyń, które zrzucił poprzedni wahadłowiec.

Corrin wykrzywiła usta w grymasie, kręcąc z politowaniem głową. „To niedorzeczne. Miło z ich strony, że wysyłają nam to wszystko, ale mogliby chociaż oznaczyć towar właściwymi przekaźnikami”.

– Co jest w środku? – spytała, podchodząc bliżej.

– Wygląda na to, że jeszcze więcej pocisków – odparł oficer. – Ale tranzyt się nie zgadza, a ja nie mogę znaleźć go w wykazie ładunkowym.

– Świetnie – westchnęła Corrin. – No dobra, w takim razie musimy otworzyć skrzynię i zobaczyć zawartość.

Oficer skinął głową i rozkazał ładownikowi wrócić. Gdy maszyna otworzyła zatrzaski na pokrywie, Corrin podeszła i szarpnęła za boczne ścianki.

– To nie są pociski – powiedział oficer, gdy zajrzeli do środka.

– Serio? – odparła Corrin, wzdychając. – Poczekajcie, połączę się z oficerem dyżurnym. Może mają kod wykazu ładunkowego dla tych gratów na mostku.

Wiedziała, że nie tak należało rozwiązać ten problem, ale pomyłki zdarzały się nawet w przypadku „cudownego” systemu inwentaryzacyjnego i najbardziej zaawansowanych sieci komputerowych.

– Mostek? Mówi bosman Corrin. Potrzebuję weryfikacji danych dotyczących inwentaryzacji – powiedziała do swojego zestawu komunikacyjnego. – W porządku. Trafił tu jakieś dwie godziny temu. Numer seryjny A9-124B16329… Dobrze. Zaczekam.

Spojrzała na skrzynię amunicji w oczekiwaniu na kontrolę, ze średnim zainteresowaniem przyglądając się podobnym do rakiet przedmiotom.

– Wiesz co, one wyglądają, jakby były przeznaczone dla Archaniołów.

Oficer oglądał przez chwilę broń, a potem podrapał się po głowie.

– Cóż, jeśli tak, to trafiły w nieodpowiednie miejsce.

– Bez jaj – prychnęła Corrin, a potem zesztywniała, gdy skontaktował się z nią mostek. – Tak, jestem.

Potrząsnęła głową.

– W porządku, odłożymy je na bok, dopóki ktoś nie dowie się, do czego służą. Możecie skontaktować się z Archaniołami i sprawdzić, czy nie brakuje im części wyposażenia. Te pociski mogą być dla nich. – To mówiąc, rozłączyła się i pokręciła głową. – Co za fuszerka. Dostaliśmy przesyłkę, której nawet mostek nie rozpoznaje.

– Co mamy z tym zrobić? – spytał młodszy oficer, zerkając w stronę dwudziestu skrzyń.

– Standardowa procedura – powiedziała Corrin nieco ostrym tonem. – Zapieczętujcie ładunek, a potem weźcie do pomocy kilku marines, by stali na straży, dopóki nie dowiemy się, dla kogo to jest. Jeśli nie otrzymamy odpowiedzi przed wylotem ostatniego wahadłowca, odeślemy je bezpośrednio do sztabu i niech oni się martwią.

– Tak jest.

Corrin przyglądała się broni do chwili, aż skrzynia została zamknięta, a potem wróciła do swoich obowiązków.

***

Tymczasem nad górnym pokładem okrętu chorąży Lamont przedzierała się przez śluzy i drzwi z tabletem w dłoni i komputerowym raportem alokacji krążącym w myślach. Jej cel nie nosił aparatu komunikacyjnego, więc musiała porozmawiać z nim twarzą w twarz. Tuż przed sobą usłyszała znajomy głos i przyśpieszyła kroku, by dogonić jego właściciela.

– Witaj, poruczniku. Czemu jesteś jeszcze na pokładzie?

Gdy mijała śluzę, dostrzegła porucznika Jamesa Amhersta zakładającego kurtkę lotniczą. Zatrzymał się i odwrócił w kierunku głosu. Zobaczył dowódcę Sittlera, zbliżającego się z uśmiechem na twarzy. Odwzajemnił się tym samym.

– Właśnie się zbierałem. A pan?

– Jestem na służbie, dopóki nie skończymy ładować sprzętu. Za parę dni wracam na Ziemię.

Amherst kiwnął głową ze zrozumieniem.

– Cieszę się. Chłopaki potrzebują przerwy.

Sittler wybuchnął śmiechem.

– Nieźle sobie radzimy.

– Lepiej ode mnie – odparł Amherst, zapinając kurtkę na suwak, choć wcale nie było zimno. Miał zamiar powiedzieć coś więcej, ale w tym momencie chorąży Lamont dała znać o swojej obecności.

– Dowódco Sittler, szukałam pana – oznajmiła nieco rozdrażnionym tonem.

– Najmocniej przepraszam. Miałem zamiar wziąć prysznic i uciąć sobie drzemkę, więc pozbyłem się komunikatora. Stało się coś?

– Na pokładzie załadunkowym mamy dostawę sprzętu, który wygląda jak wasz, ale nie potrafimy go zidentyfikować – odparła, odprężając się odrobinę, i podała mu plakietkę z danymi.

– Widzę, że jesteś zajęty, więc lepiej już pójdę – powiedział Amherst, szczerząc zęby w uśmiechu. Odwrócił się, zmierzając w kierunku drzwi, podczas gdy Sittler zmarszczył brwi, czytając wykaz. Nawet nie zauważył, kiedy porucznik wyszedł.

– Nie rozpoznaję tu niczego, proszę pani. Proszę chwilę zaczekać, sprawdzę nasz wykaz. – Westchnął, wyjmując drugą plakietkę z kieszeni na udzie i wstukując kolejny ciąg liczb. – Nie… Nie, to nie jest… Chwileczkę…

– O co chodzi? – Chorąży Lamont zmarszczyła brwi.

– Znalazłem jakieś podejrzane dane – odparł Sittler. – To może być pani tajemnicza dostawa. Przez to, że cały czas dostarczają nam nowej pracy i sprzętu, część pozwoleń nie zdążyła jeszcze przejść przez system. Wystarczy, że wyślę polecenie… niech to szlag. – Westchnął, kręcąc głową. – Zajmę się tym później.

– Proszę wybaczyć, że zepsułam panu czas wolny, dowódco – powiedziała Lamont z autentycznym zmartwieniem – ale zostały panu tylko dwie godziny. Później odsyłamy te skrzynie tam, skąd przyszły.

– Rozumiem – skinął głową Sittler. – Zajmę się tym.

– Świetnie. Proszę wracać do pracy.

STACJA LIBERTYPunkt Lagrange’a czteryOrbita ziemska

Eric zjawił się wcześnie w prywatnej sali konferencyjnej, zaintrygowany charakterem spotkania, na które został wezwany. Pani admirał przekazała mu informacje jedynie co do miejsca oraz rozkaz przybycia.

Po kilku minutach podszedł do niego nieznajomy mężczyzna.

– Kapitanie – przywitał się, siadając naprzeciwko. – Dziękuję, że spotkał się pan ze mną tak szybko.

– Nie miałem wyboru, panie…?

– Proszę nazywać mnie Gordonem, kapitanie. – Nieznajomy uśmiechnął się. Mógł sobie na to pozwolić, uznał Weston. Z pewnością należał do którejś z agencji.

– Cóż, może przejdźmy od razu do spraw, które nas tutaj ściągnęły.

– Oczywiście, kapitanie – odparł Gordon, wyjmując tabliczkę z danymi i stukając w nią palcem. – Szczerze mówiąc, już od dawna planowałem tę rozmowę, ale za każdym razem musiałem ją odkładać w czasie. Ponieważ niedługo udaje się pan na misję, zdołałem zrobić trochę miejsca w grafiku.

– Bardzo mnie to cieszy – odparł Eric cierpkim tonem. – Choć niewiele rozumiem.

Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie.

– Jak dużo wie pan o Priminae?

Eric zamrugał, potrzebując chwili na przetrawienie tej nazwy, a potem wzruszył ramionami.

– Najwidoczniej zbyt mało, żeby ich tak nazywać.

Gordon znów się uśmiechnął.

– Cóż, to termin najbardziej zbliżony do nazwy, jaką sami siebie określają. Co prawda nie ma takiego wydźwięku jak Koloniści, ale nie ma w nim także ukrytego znaczenia.

– Możliwe.

– Chcemy zdobyć jak najwięcej informacji o ich centralnym „komputerze”, kapitanie.

Eric uniósł brew, zaskoczony.

– W takim razie sami ich spytajcie.

– Robiliśmy to. Wiele razy. – Gordon znów się uśmiechnął, przypominając Ericowi wyjątkowo wrednego rekina.

Tym razem kapitan nie odwzajemnił uśmiechu. Gordon odchrząknął dyskretnie.

– No cóż… Będę z panem szczery. Nie wiemy, czy to oni nie chcą przekazać nam informacji, czy też brakuje czegoś w przekładzie. Tak czy inaczej, potrzebujemy kogoś, kto przyjrzy się ich komputerowi i, o ile to możliwe, odkryje jego zastosowanie w ich społeczności.

– Słucham? – Eric zmarszczył brwi.

– Kapitanie, na podstawie rozmów z ambasadorem wysnuliśmy przesłanki, które sugerują, że Priminae posiadają zorganizowaną technokrację – powiedział Gordon, a potem uśmiechnął się przepraszająco. – Uważamy, że ich główny komputer może być czymś więcej niż skarbnicą wiedzy.

– Wiem, co znaczy „technokracja” – odparł Eric, wracając myślami do rozmowy z Raelem Tannerem.

Możliwe, że w tym stwierdzeniu tkwiło ziarno prawdy, uświadomił sobie, choć nie był pewny, czy to ma jakieś znaczenie. Tak czy inaczej, metody wykorzystywane przez ludzi do rządzenia nie liczyły się tak bardzo, jak skuteczność ich wprowadzania. Mimo to musiał przyznać, że wątek głównego komputera zaintrygował go.

– Chcielibyśmy wiedzieć dokładnie, jak wielki wpływ ma ten komputer i jakie są jego możliwości.

– Wpływ? – spytał Eric, skonfundowany. – Przecież to tylko komputer… Jaki może mieć wpływ?

– W rzeczywistości całkiem duży. Istnieje też inny problem. Nie jesteśmy do końca pewni, czy to naprawdę komputer. Obawiam się, że tłumaczenie nie daje nam stuprocentowego przekonania w tej kwestii.

– A co to za różnica?

– Doprawdy, kapitanie, zadziwia mnie pan – odparł Gordon, wyraźnie zaskoczony. – Informacje dotyczące struktur władzy potencjalnego sojusznika są absolutnie niezbędne. Dzięki temu możemy przewidywać, jak zareagują w konkretnych sytuacjach. Są ważne dla pracowników naszej ambasady.

Eric zamrugał, zdziwiony.

– Jakich znowu pracowników?

– Nie poinformowano pana?

– O czym? – spytał Weston z rosnącym rozdrażnieniem.

– Że w misji weźmie udział personel ambasady.

***

Eric zajął miejsce na wygodnej kanapie, próbując zapomnieć o spotkaniu z Gordonem i czekając na kolejny wahadłowiec lecący w stronę Ziemi. Widok z hali odlotów był imponujący, niemal tak dobry jak ten, który na co dzień obserwował z „Odysei”. Hala, którą wybrał, wychodziła niemal naprzeciwko prawie ukończonego okrętu „Enterprise”. Ten obraz szybko odwrócił jego myśli od Gordona.

Dostrzegając zmiany wprowadzone w oryginalny model Odysseus Class, wiedział, że to będzie wielka jednostka. Niektóre modyfikacje były widoczne jedynie dla jego wyszkolonego oka, ale pozostałe mógł zobaczyć niemal każdy.

Niemal poczuł ukłucie smutku, gdy zorientował się, że „Odyseja” pozostanie jedynym okrętem swojej klasy, jaki kiedykolwiek zbudowano. „Enterprise” był podobny, ale stanem konstrukcyjnym tak różnił się od „Odysei”, że sam dla siebie stanowił osobną klasę.

Po pierwsze, cylindry jego habitatów były większe, co miało podobno zmniejszać dyskomfort w trakcie przemieszczania się z jednego sektora „Odysei” do drugiego. Ogromna tylna „wieża dowódcza” została zdemontowana. Wymazano ją z planów konstrukcyjnych, gdy okazało się, że zespół silnikowy „Odysei” nie jest przystosowany do napędzania tych sektorów sztuczną grawitacją.

Górny pokład „Enterprise” również był trzypiętrowy, co było typowe, ponieważ w przeciwieństwie do wielofunkcyjnej „Odysei” do głównych zadań okrętu należał transport.

Zerknął ukradkiem na plany myśliwców, stanowiących największą część uzbrojenia, i musiał przyznać, że są imponujące. Sztab projektowy optował za bardziej wszechstronnymi kosmicznymi myśliwcami zamiast oryginalnej konstrukcji.

Oczywiście taka konstrukcja okazałaby się skuteczniejsza, ale sztab nie był do końca przekonany, że zaistnieje na nią zapotrzebowanie. Zdecydowana większość konfliktów w ziemskiej przestrzeni kosmicznej nadal rozgrywała się na Ziemi, a przynajmniej bezpośrednio wiązała się z jakimiś ziemskimi zasobami, zatem zaprojektowane wyłącznie do walki w kosmosie myśliwce byłyby zbędne.

Eric nie miał pewności, czy to dobra, czy zła decyzja.

Wszechstronność była pożądana, ale Weston rozumiał, że Blok stanowił teraz najmniejsze z ich zmartwień. Drasinowie, ich przywódca i wszystko inne, co mogło istnieć w olbrzymiej Galaktyce, w której mieszkali, stanowiło o wiele większe zagrożenie. A co się tyczyło Drasinów, to jeśli uda im się przedrzeć do atmosfery Ziemi, ludzkość nie będzie miała większych szans.

***

Zastanawiał się, jak nazwą nową grupę okrętów, ale rozmyślania przerwał mu grzmiący głos dobiegający zza pleców:

– Eric! Tu jesteś, ty mały draniu!

Na twarzy Erica pojawił się mimowolny uśmiech, gdy obrócił się na fotelu i zobaczył zbliżającą się znajomą postać. Zerwał się szybko z miejsca, przyjmując pozę rodem z akademii i salutując.

– Komodorze!

Komodor Gregory Wolfe spiorunował go wzrokiem, a potem zachichotał ponuro, odwzajemniając się niezdarnym salutem.

– Opuść rękę, zanim zrobisz sobie krzywdę.

Eric Weston uśmiechnął się, odprężając nieco. Objęli się, poklepując wzajemnie po plecach.

– Niech to diabli, Wolfe, dobrze znów cię widzieć – powiedział Eric. – Nie wiedziałem, że wypuścili cię z Demos.

Komodor kiwnął głową. Gdy się od siebie odsunęli, Eric zauważył, że wygląda naprawdę dobrze. Podobnie jak „Odyseja”, baza Demos była objęta obowiązkowym programem ćwiczeń, które wykonywali wszyscy pracownicy mikrograwitacji. Harowali wszyscy na orbicie, bez żadnych wyjątków.

– Musisz wiedzieć, że jestem naczelnikiem, a nie jednym z więźniów. – Wolfe odwzajemnił uśmiech. – Zbliża się mój urlop, więc gdy usłyszałem o twojej misji, pomyślałem, że mógłbym się zgłosić. Poinstruowali cię o wszystkim?

Eric kiwnął głową.

– Tak. Kilka razy.

– Widzę, że masz mieszane uczucia. – Wolfe uśmiechnął się kpiąco. – Rozumiem, że wsiadasz do następnego wahadłowca, tak?

– Na to wygląda – potwierdził Eric.

– Doskonale. Ja również. Chociaż bałem się, że miniemy się po drodze.

– Prawie tak było. Zatrzymała mnie rozmowa z niejakim Gordonem.

– Gordon? – Wolfe zmarszczył brwi. – Masz na myśli Seamusa Gordona?

– Nie wiem. – Eric wzruszył ramionami. – Nie podał pełnego nazwiska.

– Nie zrobiłby tego. – Oczy Wolfe’a nabrały groźnego wyrazu. – Ten mały gnojek nie lubi swojego imienia. Brązowe włosy i oczy, haczykowaty nos oraz głupkowaty uśmieszek, ani na chwilę nieschodzący mu z twarzy?

– Dokładnie tak – potwierdził Eric.

– Uważaj na niego, synu. Ten koleś to chodzące kłopoty w tanim garniturze.

– Możliwe, ale niedługo będę znajdował się kilkanaście lat świetlnych od niego. Nie obchodzi mnie, dla której agencji pracuje. Przy takiej odległości nie będzie w stanie niczego mi zrobić.

– Od czasu do czasu przyda ci się jednak powrót do domu – odparował Wolfe z uśmiechem.

OKRĘT KONFEDERACJI PÓŁNOCNOAMERYKAŃSKIEJ „ODYSEJA”Orbita ziemska

Starsza bosman Corrin skrzywiła się, słysząc niedaleko jakiś trzask, i odwróciła, by sprawdzić, o co chodzi. Odkąd „Odyseja” na poważnie zabrała się do gromadzenia sprzętu, stało się jasne, że załoga odpowiedzialna za organizację dostaw musiała wprowadzić więcej ulepszeń.

Sittler obrzucił morderczym spojrzeniem twarz na drugim końcu transmitera.

– Nie, to ty mnie posłuchaj. Jeśli nie załatwimy formalności w ciągu następnych dziesięciu minut, odeślemy te skrzynie do ciebie. Wyraziłem się wystarczająco jasno?

– Tak, panie dowódco – odparła po drugiej stronie podenerwowana młoda kobieta.

– Świetnie. Czas płynie – warknął, ucinając połączenie.

– Jakieś kłopoty? – spytała Corrin, zerkając na niego.

– To tylko papierkowa robota. – Sittler westchnął. – Przepraszam za ten brak skupienia, Rachel.

– Nie ma sprawy, Sit. – Wzruszyła ramionami. – Każ to postawić tutaj, dobra?

Uśmiechnął się ponuro.

– Jeśli to faktycznie moje, będzie w magazynie dwadzieścia minut po tym, jak powiedzą mi, co jest w środku.

– A jeśli tego nie zrobią, załaduję to na wahadłowiec w piętnaście – dodała, uśmiechając się.

Parsknęli krótkim śmiechem, który przerwał jednostajny sygnał plakietki Sittlera. Wyciągnął ją z kieszeni na udzie i przyglądał się przez moment.

– Cóż, w takim razie będę…

– Co to takiego? – spytała Rachel, zerkając ponad jego ramieniem.

– To moje. Wszystko się zgadza. Prototypy jakichś nowych rakiet bojowych dla Archaniołów. Chyba uznali, że możemy przetestować te zabawki – odparł, nie wiedząc, czy powinien cieszyć się z tego powodu.

Rachel Corrin prychnęła pod nosem.

– Myślisz, że to ty masz pecha? Szkoda, że nie słyszałeś, jak sklęli nas marines.

– O co poszło?

– Jakiś biurokrata uznał, że potrzebujemy więcej ciężkiego sprzętu…

– No wcale się im nie dziwię – uśmiechnął się Sittler.

– Ja chyba też nie. Ale przysłali nam jakąś monstrualną zbroję. Wysoka na dwanaście stóp, na dwóch wielkich nogach… Z tego, co mówił Greene, ma ją pilotować jakiś żółtodziób.

Sittler skrzywił się.

– Auć.

– A będzie jeszcze ciekawiej – powiedziała z uśmieszkiem Corrin. – Potwór został wyposażony w system indukcyjny. Wygląda na to, że nie jesteście już jedynymi wariatami w mieście.

Sittler zesztywniał.

– Wyposażony w co? Chyba żartujesz!

– Obawiam się, że nie, Sit.

– Cholera! Kapitan wpadnie w szał!

– Co? Dlaczego? – Corrin zmarszczyła brwi, zaintrygowana.

– Czy ty… nie, oczywiście, że nie. Wybacz, Rache – powiedział Sittler, machając ręką. – Zapominam, że większość ludzi nie przykłada zbyt wielkiej wagi do Archaniołów. Wiedziałaś, że mamy tylko jedną eskadrę?

– Taa… Cóż, w końcu to bardzo kosztowne jednostki.

– Owszem, ale nie aż tak, jak by się mogło wydawać. Trudniej jest znaleźć pilotów obsługujących ten system, niż zbudować te cholerstwa – powiedział Sittler marudnym głosem. – Podczas wojny zawsze mieliśmy niedobór pilotów i nadmiar maszyn. Kapitan i Steph nie będą zachwyceni faktem, że konkurencja zabiera im wykwalifikowanych ludzi.

Corrin wzruszyła ramionami.

– Hej, przecież to mało prawdopodobne, żeby zgłosił się do latania jedną z twoich zabawek.

Sittler westchnął.

– Chyba masz rację. Mimo to nie spotka się to z dobrym przyjęciem.

– Zdarza się – odparła Corrin, uśmiechając się krzywo. – A teraz zabieraj to ścierwo z mojej ładowni!

GÓRY CHEYENNECentrum Dowodzenia Konfederacji PółnocnoamerykańskiejColorado

Zaprojektowany w dwudziestym wieku tak, aby odeprzeć atak nuklearny, ośrodek Cheyenne był siedzibą Organizacji Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Kosmicznej, w skrócie OOPPK, przez ponad wiek, zanim podziemne centrum nie zostało przebudowane, by służyć połączonemu dowództwu kontrofensywy istniejących krótko Narodów Zjednoczonych na początku wojny z Blokiem Wschodnim.

W trakcie wojny, podczas której obie strony kontynentu musiały zmierzyć się z groźbą odpalenia pocisków rakietowych, szefowie połączonych sztabów przenieśli się do Pentagonu, uważanego za łatwy cel dla penetrujących materiałów wybuchowych nowej generacji, pomimo rozległej sieci podziemnych bunkrów, prowadzących aż do ośrodka w górach Cheyenne.

Od tamtego czasu Konfederacji udało się utrzymać i stale unowocześniać środki obronne na tym terytorium, służące odpieraniu zagrożeń balistycznych i energetycznych. Górski bastion stał się de facto głównym centrum dowodzenia dla całej Konfederacji.

Admirał Gracen szła dziarskim krokiem przez tunele wraz z doradcą, ignorując kilka innych osób zajętych własnymi sprawami, aż dotarła do wielkiej sali konferencyjnej.

– Panowie. – Skinęła głową czekającym na nią generałom, admirałom oraz różnym wysoko postawionym politykom. – Przepraszam, że musieliście na mnie czekać, ale obawiam się, że pojawił się pewien problem.

– W porządku, pani admirał. – Generał z trzema gwiazdkami kiwnął głową, zajmując miejsce. – Wszyscy rozumiemy trudności związane z dowodzeniem. Czy przekazała pani rozkazy kapitanowi Westonowi?

– Tak, panie generale. Zaakceptował je, a „Odyseja” w ciągu najbliższych dwóch tygodni będzie się przygotowywać do opuszczenia systemu – odparła Gracen, kładąc na stole swoje przybory i siadając.

– W dalszym ciągu nie podoba mi się, że ten człowiek dostanie kolejną szansę na wpakowanie nas w jeszcze większe kłopoty – odezwał się generał brygady, marszcząc brwi. – To łut szczęścia, że za pierwszym razem sprawy potoczyły dla nas wyjątkowo pomyślnie.

– Doceniamy pańską troskę, generale McGivens – powiedział spokojnym tonem mężczyzna w garniturze. – Jednakże odsunięcie kapitana Westona byłoby w tym momencie dość nierozważne.

– Tylko dlatego, że wasz przeklęty wydział PR zmienił tego człowieka w bohatera narodowego! – warknął w odpowiedzi generał.

– Panowie! – przerwał im surowym tonem generał broni. – Proszę, to ani miejsce, ani czas na takie kłótnie. Cokolwiek sobie myślimy, ufam, że zgodzimy się co do tego, iż potrzebujemy lepszego wywiadu infiltrującego zarówno Priminae, jak i ich wrogów. A żeby to uzyskać, musimy wysłać „Odyseję” w rejs.

– Wystarczy kilka tygodni, a „Enterprise” będzie gotowy do użytku – sprzeciwił się odruchowo McGivens.

– To o kilka tygodni dłużej, niż jesteśmy sobie w stanie pozwolić, Larry – przypomniał swojemu młodszemu koledze generał Howard Sullivan. – Ambasador zaczyna się coraz bardziej martwić o przebieg wojny i o swoich ludzi.

McGivens spojrzał na niego spode łba.

– W dalszym ciągu sądzę, że powinniśmy kazać mu czekać. Zjawił się tu, okazując pokorę, ale my wcale nie potrzebujemy jego zabawek.

– Być może – wtrąciła się gładko w rozmowę Gracen – potrzebujemy ich całkiem sporo. Chyba zdaje pan sobie sprawę z faktu, że w ciągu najbliższych trzech lat sam postęp medyczny skutecznie wyeliminuje zagrożenie śmierci w osiemdziesięciu procentach przypadków raka? Nie wspominając już o kuracjach odmładzających, które z tego, co wiem, ma pan zaplanowane na najbliższy miesiąc.

– Kilka tygodni nic nie zmieni na wojennym froncie.

– Nie, ale będzie oznaczać, że wyślemy w rejs niesprawdzony okręt, załogę i kapitana, oczekując, że zintegrują się w potencjalnej strefie wojennej – odparła Gracen. – Poza tym, kapitan Weston i jego ludzie cieszą się swego rodzaju… popularnością wśród Priminae, czego doskonałym przykładem są Corasc oraz jego pomocnice.

– Właśnie – odezwał się jeden z polityków. – Możemy wykorzystać tę reputację. Dobry Boże, przecież ambasador Corasc uważa Westona niemal za zbawcę swojego ludu! Takiego wpływu nie można kupić za żadne pieniądze!

Admirał Gracen i dwójka generałów przewrócili oczami, słysząc ten komentarz. Choć często różnili się w poglądach, mieli podobną opinię na temat niektórych cywilów.

Politycy oczywiście również mieli swoje zdanie na temat kolegów wojskowych.

TYMCZASOWA AMBASADA KOLONIALNADystrykt Waszyngton

– Starszy?

– Tak, ithan? – odezwał się cichym głosem Corasc, unosząc wzrok, gdy przemówiła Cora Sienthe.

– Czy… czy wierzysz, że kolonie utrzymają obronę przeciwko Drasinom w trakcie naszej nieobecności?

Corasc westchnął, odrywając się od pracy. Często zastanawiał się nad tym samym, ale nigdy do końca nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.

– Nie wiem – powiedział, wzruszając ramionami. – Kuźnia prawie ukończyła budowę ośmiu kolejnych okrętów, zanim musiała przerzucić się na dokończenie „Cerekusa”. Pozostałe światy będą w stanie same wyprodukować przynajmniej część okrętów wojennych, choć Kuźnia jest największym i najlepiej strzeżonym ze wszystkich naszych ośrodków.

Odchylił głowę w tył, a potem wyciągnął ręce dłońmi do góry, łapiąc się za skronie.

– Czy to wystarczy? Nie mam pojęcia. Obawiam się jednak, że nie ma to aż tak dużego znaczenia, jak myślisz.

– Co takiego? – Ithan rzuciła mu ostre spojrzenie, mocno zmieszana.

– Gdybyśmy nie opuścili Ranquil, nasza obecność nie zmieniłaby przebiegu wojny. Możliwe, że przybywając w to miejsce, zyskaliśmy szansę. Kilka tygodni nie ma żadnego znaczenia w planie całego wszechświata, nawet w skali takich wydarzeń.

Skinęła głową, wyglądając na przygnębioną.

– Rozumiem. Ja tylko…

– Wiem, ithan – powiedział, ukrywając własny ból pod osłoną formalności. – Ja również chciałbym wiedzieć, jak przebiega wojna w naszym domu, ale przysłużyliśmy się tu lepiej niż tam. – Urwał, zastanawiając się nad znaczeniem wypowiedzianych słów. – Ci… ZIEMIANIE… dostarczyli nam konceptów broni, które z łatwością mogą przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę, o ile uda nam się zintegrować ją z naszymi okrętami. Konstrukcja lasera wielozakresowego jest tak prosta, że już dawno powinna zostać opracowana przez naszych projektantów. Ich system obrony energetycznej również jest wspaniały, o wiele prostszy i wymagający mniejszej ilości mocy niż nasze tarcze, a mimo to o wiele bardziej skuteczny. Ithan, same tylko technologie mogą uratować nasze światy.

Kiwnęła głową, zgadzając się, a potem wyjrzała przez okno na nocne niebo.

– Z radością zobaczę znów swój dom.

– Ja również.

OKRĘT KONFEDERACJI PÓŁNOCNOAMERYKAŃSKIEJ „ODYSEJA”Układ Słoneczny

Kapitan Eric Weston usiadł za pulpitem sterowniczym, a zasilanie potężnego okrętu zamruczało, wyprowadzając maszynę poza granice grawitacji Układu. Obrali kurs na Saturn, tak jak podczas pierwszej misji, aby spotkać się po drodze z „Indygo” w celu uzupełnienia paliwa, zanim znajdą się na ostatnim odcinku oddzielającym ich od heliopauzy.

Porucznik Daniels wytyczył kurs przenoszący ich na odległość stu lat świetlnych od Układu Słonecznego, do systemu Ranquil, celu ich podróży, więc Ericowi nie pozostawało nic więcej, jak tylko czekać. Mimo to ciągle przeglądał listy cargo okrętu, kontrolując cały sprzęt, jaki zabrali w podróż.