Odyssey One. Tom 7. W cieniu zagłady - Evan Currie - ebook
Opis

Tajemnicza istota może być kluczem do przetrwania gwiezdnego okrętu… Albo kolejnym przerażającym zagrożeniem.

Imperium zainteresowało się nowym celem – ludźmi, zwanymi też Terranami. Mieszkańcy Ziemi opowiedzieli się jako wrogowie Imperium i sojusznicy Priminae, więc siły Imperium zebrały informacje o kolebce ludzkości.

W bitwie o planetę „Odyseusz” stanie w pierwszym szeregu. Jednak na Erica Westona i jego towarzyszy czyha więcej niebezpieczeństw. Zaostrza się konflikt dzielący rząd Ziemi, a tajemnicza istota nawiedza okręt – jej intencje i możliwości pozostają nieodkryte.

W obliczu Imperium, które zamierza przenieść działania wojenne w pobliże Ziemi, załoga „Odyseusza” będzie musiała dowiedzieć się, czy ten nowy byt okaże się wsparciem, czy też niebezpiecznym przeciwnikiem.

Nie ma już odwrotu… A ruch naprzód może oznaczać zagładę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 358

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Evan Currie

ODYSSEY ONE

TOM 7

W CIENIU ZAGŁADY

Przekład Małgorzata Koczańska

Warszawa 2019

W serii ODYSSEY ONE dotychczas ukazały się:

ODYSSEY ONE

ROZGRYWKA W CIEMNO

ODYSSEY ONE

TOM 2

W SAMO SEDNO

ODYSSEY ONE

TOM 3

OSTATNI BASTION

ODYSSEY ONE

TOM 4

W OGNIU WOJNY

ODYSSEY ONE

TOM 5

KRÓL WOJOWNIKÓW

ODYSSEY ONE

TOM 6

PRZEBUDZENIE ODYSEUSZA

Tytuł oryginału: Odysseus Ascendant

Text copyright © 2018 by Cleigh Currie

All rights reserved.

This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with GRAAL, SP. Z O.O.

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-85-2

ISBN MOBI: 978-83-65661-86-9

Rozdział 1

Kuźnia, układ Ranquil

Kroki odbijały się echem od ścian i podłogi sklepionego łukowo korytarza, gdy kobieta szła przez ogromną konstrukcję, znajdującą się w koronie głównej gwiazdy układu Priminae. Zwykle przy takich okazjach admirał Gracen podziwiała ten cud kosmicznej inżynierii, jednak w tej chwili nie miała na to czasu.

Jej statek kurierski przyleciał od razu tutaj. Ominęły go zwyczajowe powitania i spotkania na Ranquil, ponieważ skierował się bezpośrednio w stronę gwiazdy, w której skrywała się Kuźnia, i zadokował na jednej z setek stacji orbitalnych, składających się na system tarcz, które osłaniały znajdujący się pod nimi świat.

Gracen niewiele wiedziała o tym, co się stało z okrętem komodora podczas ostatniej misji, jednak miała świadomość, że sprawa jest poważna. O Westonie można było wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że wszcząłby alarm bez powodu. Chociaż niewątpliwie byłby zdolny do niesubordynacji, jednak tylko ze słusznych pobudek, i rzadko posuwał się do nieuprzejmości, chyba że marnowanie czasu na bzdury mogłoby mieć opłakane skutki.

Właśnie dlatego wiadomość od niego stanowiła taką niespodziankę. Została przesłana szyfrem przez kryształ Priminae i dostarczona do rąk własnych admirał przez pierwszą oficer „Odyseusza”. Weston zachęcał ją do wizyty w Kuźni, gdzie odbywały się naprawy i ulepszenia „Odyseusza”.

Niezależnie od okoliczności lepiej, żeby rewelacje Westona okazały się naprawdę dobre.

Ale mogły być złe. Bardzo złe. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, admirał stawiała raczej na to drugie.

Takie miała parszywe szczęście.

Skręciła za róg i weszła do jednej z otwartych sekcji stacji. Za panoramicznymi oknami rozciągał się widok wirującej gwiezdnej plazmy, kotłującej się za osłonami, oraz spokojnego świata w dole. Jednak spojrzenie Gracen zatrzymało się na „Odyseuszu”, zacumowanym naprzeciw.

Widać było, że okręt sporo przeszedł. Admirał ścisnęło się serce, gdy zobaczyła zwęglone, wypalone smugi, znaczące biały ceramiczny kadłub. Większość dziur została załatana, ale według raportów komodora Westona okręt nie nadawał się na razie do lotów kosmicznych na duże odległości.

Gdyby Gracen nie ufała Westonowi, już szykowałaby topór wojenny.

„Nie możemy sobie pozwolić, aby nasz okręt flagowy był naprawiany dłużej niż to konieczne. »Odyseusz« powinien regularnie powracać na orbitę Ziemi”.

Wiadomo, jacy są politycy, zwłaszcza że napięcie militarne na ojczystej planecie wzrastało do poziomu, z jakim admirał nigdy wcześniej się nie zetknęła, mimo że służyła podczas trzech wojen, w tym jednej tak zwanej „wielkiej”. Obecnie największe niepokoje na Ziemi wzbudzało realne zagrożenie bezpieczeństwa planety.

„Nieważne, czy mu ufam, czy nie. Lepiej, żeby Weston miał rzeczywiście dobry powód do wstrzymywania zgody na odlot »Odyseusza«”.

Z tego, co widziała, pomimo przypaleń na kadłubie krążownik bojowy znajdował się w całkiem dobrym stanie. Kilka śladów po walce stanowiłoby raczej zaletę przy obecnych nastrojach politycznych na Ziemi – ludzie mogliby na własne oczy przekonać się, że poza granicami Układu Słonecznego sytuacja wciąż jest trudna. Niezależnie od wieści, Gracen chciała, aby okręt wrócił do lotów i zajął się wykonywaniem swoich zadań.

Na wczoraj.

– Admirał Gracen?

Podeszła do niej młoda kobieta Priminae w randze ithana, co odpowiadało stopniowi porucznika ziemskiej marynarki.

– Tak?

– Mam zaprowadzić panią na spotkanie dotyczące „Odyseusza” – odpowiedziała kobieta. – Proszę za mną.

Gracen skinęła głową i ruszyła za ithan w sieć korytarzy. Szybko się zorientowała, że nie kierują się do lądowiska promów.

– Przepraszam, ale dlaczego to spotkanie nie odbywa się na „Odyseuszu”? – zapytała.

– Przykro mi, ale nie wolno mi ujawniać żadnych informacji dotyczących napraw „Odyseusza” – oznajmiła ithan. – Od przybycia grupy zadaniowej cały sektor objęty został bardzo ścisłą ochroną. Na rozkaz admirała Tannera i na prośbę komodora Westona.

Gracen nie próbowała już o nic pytać, tylko posłusznie szła za młodą Priminae przez labirynt korytarzy stacji.

***

Eric Stanton Weston stał w sali konferencyjnej z rękoma na plecach i przyglądał się okrętowi unoszącemu się w próżni jakieś sto metrów od niego. Zażądał najbardziej odosobnionego stanowiska cumowniczego, ponieważ wolał trzymać okręt i byt, który się tam znajdował, jak najdalej od innych, podobnych istnień.

Podejrzewał, że takie rozwiązanie okaże się mało skuteczne, przynajmniej dopóki okręt pozostanie w jednym kawałku, ale musiał spróbować. Decyzja, czy należy wykonać podstawowe naprawy na „Odyseuszu”, stanowiła najważniejszy punkt zbliżającego się spotkania z admirał Gracen, a w Westonie wzbudzało to mieszane uczucia.

Ten nowy byt, Odyseusz, nie przypominał innych, z którymi wcześniej miał do czynienia.

Centrala była taka jak sami Priminae. Zbyt spokojna i pewna siebie, jak na gust Westona, ale z ogromną wiedzą i doświadczeniem, które to usprawiedliwiały. Gaja natomiast stanowiła… no cóż, siłę natury, której imię nosiła. Albo tylko ją udawała. Eric nie wiedział i w zasadzie mało go to obchodziło. Żaden z bytów, które spotkał, nie był tak młody jak Odyseusz, nie wyglądał i nie zachowywał się tak niewinnie.

Eric nie miał pojęcia, jak postępować z tym dzieckiem na okręcie, zwłaszcza z dzieckiem, które było w bardzo realnym wymiarze samym okrętem.

„Zapowiada się długa dyskusja”.

Brzęczyk u drzwi zasygnalizował, że ktoś przyszedł. Weston obrócił się i zobaczył w progu admirał. Wyprostował się na baczność i odruchowo zasalutował, gdy stanęła w pomieszczeniu. Na okamgnienie zatrzymała wzrok na Westonie, a potem przeniosła spojrzenie na unoszącego się niedaleko „Odyseusza”.

– Spocznij – rozkazała. – I miejmy już to z głowy, dobrze? Nie ściągnął mnie pan tutaj, żeby przekazać jakąś dobrą wiadomość, więc przejdźmy od razu do tej złej.

Eric uświadomił sobie, że jego myśli musiały się odbijać na twarzy, ponieważ Gracen skrzywiła się, zanim wypowiedział choć słowo. Westchnęła ciężko i uniosła rękę, aby mu przerwać, mimo że właśnie nabrał tchu przed rozpoczęciem wyjaśnień.

– Niech to, komodorze, pewnie będę musiała skorzystać z pańskich wyjątkowych umiejętności, żeby się z tego wyplątać, co?

– Pani admirał… – Weston przechylił głowę. – Obawiam się, że wszystko zaczęło się podczas mojej drugiej misji na Ranquil. Pewien aspekt tej misji nie pojawił się w raportach. Pominąłem kilka szczegółów na temat systemu Priminae nazywanego… Centralą.

– Pan… – Gracen urwała i odchyliła się nieco, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała. – Pominął pan kilka szczegółów? Komodorze, będzie lepiej, jeżeli natychmiast się pan wytłumaczy. Takie słowa można uznać za przyznanie się do zaniedbania obowiązków.

Eric westchnął.

– Wiem. Wtedy mi się wydawało, że nie mam w tej sprawie wyboru. Jednak, jak to bywa z tajemnicami, utrzymywanie tej sprawy w sekrecie zemściło się na mnie w trójnasób i znacznie szybciej, niż mogłem przewidzieć. Podczas inwazji… spotkałem ziemską wersję Centrali.

– Stop.

Głos Gracen zabrzmiał ostro, gdy uniosła rękę i posłała Westonowi gniewne spojrzenie. Zaczerpnęła głęboko tchu, po czym powoli opuściła dłoń.

– Mam przeczucie, że o tym powinnam dowiedzieć się więcej. O czym pan mówi, do cholery?

– Centrala nie jest systemem komputerowym, pani admirał – wyjaśnił Eric. – Przynajmniej nie w tradycyjnym rozumieniu tych słów. Nie bardziej niż pani i ja. Nie mam pojęcia, czym naprawdę jest Centrala, i wątpię, żeby Priminae wiedzieli więcej ode mnie. Z pewnością jest inteligentna i nie tylko. Dawno temu ludzie nazwaliby taki byt bogiem, sam jednak nie mam zamiaru tego robić. Ziemska wersja przedstawiła się jako Gaja. Sama może pani sobie wyrobić opinię.

Gracen przysunęła sobie krzesło na maleńkich kółkach i opadła na nie sztywno, po czym ukryła twarz w dłoniach.

– Komodorze, jeżeli potrzebuje pan urlopu, są łatwiejsze sposoby, żeby o niego poprosić.

Weston uśmiechnął się lekko.

– Szkoda, że to nie takie proste. Właśnie dlatego nie umieściłem tych informacji w raportach z misji. Nie miałem żadnych dowodów i nie chciałem trafić pod opiekę psychiatrów.

Admirał skrzywiła się przy ostatnich słowach.

– Szlag.

– Pani admirał?

– No cóż… Zapewne nadal by pan milczał, gdyby nie miał dowodów. Domyślam się, że już posiada pan dowód. Czyli prawdopodobnie mówi pan prawdę… A to oznacza, że muszę teraz wymyślić, jak wytłumaczyć to szaleństwo przywódcom Sojuszu. – Westchnęła. – No dobrze, cholera. Niech pan mówi.

– Mam jeszcze jedną z tych inteligencji – odpowiedział Eric. – Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale jest o wiele bardziej chętna do rozmowy niż dwie poprzednie. Nie uda się tego utrzymać w tajemnicy, zbyt wielu ludzi to widziało.

– To?

Eric zerknął przez ramię na swój okręt.

– Może raczej jego – poprawił się niepewnie. – Przedstawił się jako Odyseusz.

Gracen uniosła wzrok na okręt widoczny na tle wirującej plazmy, a potem wytrzeszczyła oczy, gdy dotarło do niej, co przed chwilą powiedział Weston.

– Pański okręt? Ale… jak?

– Chciałbym wiedzieć – przyznał Eric. – Boję się nawet przypuszczać, co to jest i jak do tego doszło. Moi ludzie myślą, że okręt jest nawiedzony… I w zasadzie mają rację.

– Zostawmy na razie dowody, choć później chcę je zobaczyć. Najpierw wolę usłyszeć, co ten… byt robi? – zapytała Gracen z namysłem.

– Na to pytanie też nie potrafię odpowiedzieć – westchnął Weston. – Wiem tylko, że potrafi więcej, niż widziałem, a to, co widziałem, nie wróży nic dobrego.

Gracen popatrzyła na niego bez słowa. Nie musiała nic mówić, Eric wiedział, o co jej chodzi.

– Te byty potrafią czytać w myślach albo robić coś podobnego, więc to bez różnicy. Automatycznie skanują każdy umysł w swoim zasięgu – zaczął wyjaśniać. – Nie kryją się za tym żadne intencje, ani dobre, ani złe, to po prostu odruch bezwarunkowy, jeśli wierzyć Centrali. Jestem też przekonany, że potrafią jakoś zakrzywiać czasoprzestrzeń… Zginąłbym, gdyby nie interwencja Gai podczas upadku „Odysei” na Nowy Jork. Nie mam pojęcia, ani jak to robią, ani właściwie co robią. Centrala i Gaja są… dość małomówne. Zdaje się, że obie wyszalały się dawno temu, więc teraz każda z nich woli wywierać bardziej subtelny wpływ na swój świat.

Zerknął przez ramię na okręt za panoramicznym oknem.

– Jednak Odyseusz… nie. Jest… panem, czy ja wiem, władcą… ale zachowuje się jak kilkunastoletnie dziecko. Ekscytuje się, pragnie przygód, chce walczyć, a przynajmniej ostatnio chciał. Nie jestem pewien, czy spodobał mu się udział w prawdziwej bitwie.

– Dziecko? – powtórzyła Gracen z niedowierzaniem, za które Weston ani trochę jej nie winił. Wszystko, co powiedział, wydawało się pod każdym rozsądnym względem absurdalne.

Jego okręt w zasadzie można by uznać za nastolatka.

Gdyby sprawa nie była tak poważna, Weston uśmiałby się do łez.

Ale teraz nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać.

– No to chyba najlepiej będzie, jeżeli pokaże mi pan… ten swój dowód – powiedziała admirał Gracen po chwili, a potem wstała. – Boże, jeżeli to prawda, samo zagrożenie bezpieczeństwa jest…

– A myśli pani, że dlaczego po drugiej misji ani razu nie pozwoliłem, żeby ten okręt znalazł się w pobliżu pola magnetycznego Ranquil? – Eric obszedł stół w małej sali konferencyjnej i wskazał Gracen drzwi.

– Wszystko pięknie, komodorze – odwarknęła admirał. – Ale wciąż wysyłamy na Ranquil ludzi posiadających ogromną wiedzę albo zajmujących wysoką pozycję. W tym również mnie.

– Do tej pory nie udało mi się wymyślić, jak powiedzieć admirałowi, że nie wolno mu odwiedzić ojczystego świata naszych sojuszników – rzucił Eric. – Na usprawiedliwienie mogę tylko zaznaczyć, że Priminae też wysyłają do nas ludzi równie wysoko postawionych w ich hierarchii. Sądzę, że pod tym względem działania obu stron się równoważą.

– Proszę mi dać numer kontaktowy do Gai, może wtedy uwierzę – prychnęła Gracen. – Tymczasem jednak chciałabym zobaczyć „Odyseusza”.

Eric skinął głową. Nie mógł oczekiwać niczego ponad to. Niestety, miał więcej złych wieści.

– Obawiam się, że muszę pani powiedzieć coś jeszcze.

– O Boże! – Gracen z jękiem zatrzymała się w pół kroku. – Istnieje kolejna obca i niewiarygodna istota, którą chce pan mnie dobić, tak?

– Nie, tym razem chodzi o drobną, lecz istotną kwestię militarną.

– Na szczęście z kwestiami militarnymi jakoś sobie radzę. – Gracen ruszyła dalej. – O co chodzi?

– Imperialnym udało się zdobyć część danych z krążownika Priminae. Mamy listę słów kluczowych, których szukali, ale żadnego potwierdzenia, co dokładnie ukradli, zanim uciekli.

– Domyślam się, że na tej liście znajduje się coś, co pana zaniepokoiło? – rzuciła Gracen, gdy znaleźli się w hali.

– Szczególnie jeden termin.

– Śmiało, słucham. – Admirał przygotowała się psychicznie na kolejne nieprzyjemne wiadomości.

– Sprawdzali, czy Priminae mają sojuszników, i szu­kali danych, na podstawie których można by zlokalizować ojczyste światy takich sojuszników.

Gracen zamarła, twarz jej pobladła.

– I nie wiemy, z jakimi danymi udało im się uciec?

– Nie całkiem. Jest jednak dobra wiadomość. Priminae nie przechowują informacji o położeniu Ziemi w bazach danych na swoich okrętach, więc tego Imperium na pewno się nie dowiedziało – powiedział Eric. – O ile pamiętam, postępują tak na pani polecenie.

Admirał odetchnęła.

– Tak, prosiłam o to.

– Na nieszczęście jednak dowiedzieli się o czymś naprawdę ważnym. Jak się okazało, w bazie danych Priminae była wzmianka, że mamy tylko jeden układ i zamieszkujemy jedną planetę, nasz świat ojczysty.

Gracen przymknęła oczy.

– Kurwa.

Rozdział 2

Przestrzeń Imperium Planeta Kraike

– Jeden układ gwiezdny.

Zwierzchniczka Misrem skrzywiła się, ale tylko skinęła głową.

– Tak, panie.

– Jeden układ gwiezdny, jeden świat. Jak to w ogóle możliwe? – Jesan Mich zerwał się i uniósł ręce. – Według twoich danych ci obcy dopiero zaczynają raczkować w kosmosie!

– Dane wydają się spójne – stwierdziła Misrem. – Oczywiście można też założyć, że mamy do czynienia z jakimś wymyślnym podstępem, jednak na podstawie informacji, które zdołałam uzyskać z innych źródeł, oraz naszych zapisów z bitwy… – Zawahała się lekko. – Dane wydają się spójne – powtórzyła.

– To absurd – burknął Jesan. – Jaką mamy pewność, że walczyliśmy z pojedynczym okrętem? Może to było kilka jednostek?

– Niewielką – przyznała Misrem, krzywiąc się z irytacją. – Nasze najlepsze skany patrolowanych obszarów opierały się zawsze na odczytach krzywej grawitacyjnej okrętów przeciwnika, a w przypadku tej nieznanej jednostki nie udało się wykryć żadnej krzywej, w pomiarach wyszło praktycznie zero. Identyfikacja w takich warunkach okazała się niezwykle utrudniona, zwłaszcza że nie ośmieliliśmy się wysłać żadnej jednostki na tyle blisko, żeby uzys­kać wyraźne dane wizualne.

– Rozumiem. Nie lubię działać bez wystarczających informacji. Wstępna inwazja przy pomocy Drasinów została… źle przeprowadzona.

– Moim zdaniem, panie, to był od początku zły pomysł – stwierdziła Misrem. – Jaki mieliśmy plan? Drasinowie niszczą planety. Po inwazji nie moglibyśmy się tam ani osiedlić, ani przejąć władzy.

– Nigdy nie chodziło o przejęcie władzy, droga Misrem – zauważył cicho Jesan. – Celem była zagłada.

Misrem zamrugała zaskoczona, nie wierzyła własnym uszom.

– Przepraszam, co powiedziałeś, panie?

– Dobrze słyszałaś.

– Ale to obłęd – oburzyła się. – Imperium w żaden sposób na tym nie skorzysta.

– Tak i nie. Można by uzyskać pewną korzyść dla Imperium, jednak nie to było celem inwazji.

– No to jaki był cel?

– Zemsta. Niektórzy z nas długo chowają urazy – wyjaśnił Jesan. – Nawet sobie nie wyobrażasz, jak długo.

Misrem patrzyła na niego ze zdumieniem, zanim udało się jej opanować i przybrać obojętny wyraz twarzy.

– Zemsta? Za coś, co wydarzyło się jeszcze przed czasami, gdy zaczęliśmy zapisywać naszą historię? Kto jest tak bezdennie szalony?

– Oto jest pytanie, nieprawdaż? – rzucił Jesan sarkastycznie. – Niestety, nawet ja nie znam odpowiedzi. Ten, kto rozpoczął tę kampanię, bardzo dobrze zatarł swoje ślady. Wszyscy, z którymi rozmawiałem, zareagowali tak samo jak ty. Podbicie Przysiężnych miałoby sens, ale wypuszczenie Drasinów na ich ojczysty świat to zwyczajny absurd. Zwłaszcza że to bardzo bogaty świat, wiele wart dla Imperium. Legendarna technologia Przysiężnych, o ile jeszcze istnieje, najprawdopodobniej ukryta jest właśnie tam. Wszyscy analitycy, z którymi rozmawiałem, byli pewni, że po zniszczeniu przez Drasinów floty wroga zaproponujemy Przysiężnym kapitulację. Okazało się jednak, że ci, którzy trzymają te bestie na smyczy, mieli zupełnie inne rozkazy.

– Zdrada? – zdziwiła się Misrem.

– Nie. – Odpowiedź Jesana była zdumiewająco beznamiętna. – Rozkazy były autentyczne. I nawet wiem, kto je wydał, ale Dowództwo Imperium przypomina splątaną sieć powiązań, która przyprawiłaby o ból głowy każdego zwierzchnika floty, nawet ciebie.

– Czyli tak naprawdę nie wiesz, czyje intencje kryły się za wydanymi rozkazami.

– Nie mam pojęcia – potwierdził Jesan, a potem obojętnie machnął ręką. Na jego twarzy nie było śladu emocji. – Ale to bez znaczenia. Właściwie to kwestia czysto akademicka. Zniszczenie Przysiężnych nikogo nie obchodzi. Wielu pewnie wolałoby, żeby tak się stało. Zgadzam się, że byłaby to wielka strata. Rzecz w tym, że większość obywateli Imperium nie jest na tyle zainteresowana zagładą Przysiężnych, żeby do niej doprowadzić. Komuś jednak na tym zależało. No i coś z tym zrobił.

– Tak po prostu? Widziałeś, jaki bałagan po sobie zostawił? A sprzątanie spadło na nas – zauważyła Misrem.

– No tak, masz rację. Szkoda, że nie okazał się bardziej kompetentny w swoich działaniach – westchnął Jesan. – W tej chwili jednak nie ma to znaczenia. Ważne jest tylko, czy możemy zaufać danym, które udało ci się zdobyć. Według raportów transmisja nadawana przez twój oddział musiała przebić się przez zakłócenia. Nie pozwoliłaś swoim podwładnym na ucieczkę?

– Nikt nie opuścił tamtego okrętu, panie – odpowiedziała Misrem spokojnie.

– Dobrze. To oznacza, że dane zapewne są prawdziwe. Sądzę, że mimo ryzyka możemy się na nich oprzeć, ale tym razem muszę mieć pewność, że nasze działania zakończą się sukcesem.

– Moja eskadra jest gotowa, panie.

– Nie, zwierzchniczko, nie tym razem – odparł Jesan. – Postanowiłem wykorzystać flotę sektora.

Misrem była zdumiona.

– To… spore siły, panie.

– Wiem, ale mam już dość problemów wywołanych tym bałaganem. Pora to zakończyć raz na zawsze.

Flota sektora

Misrem była zdumiona, że władca Sektora Imperium zdecydował się na użycie tak wielkich sił. Jej eskadra wraz z dodatkowymi jednostkami poradziłaby sobie z okrętami wroga, których liczbę udało się określić na podstawie zdobytych danych.

Było ich zaskakująco mało. Gdyby Misrem wiedziała, że przeciwnik dysponuje tak niewielką siłą, walczyłaby do ostatka podczas niedawnego starcia. Na pewno straciłaby większość swoich jednostek, ale też bardzo dotkliwie okaleczyłaby przeciwnika. Opłacałoby się.

Spodziewała się, że do jej eskadry dołączy druga, ale nie spodziewała się całej floty sektora.

Imperium posiadało tylko siedem takich flot, wliczając Główną Flotę Imperialną. Każda z tych formacji wystarczyłaby do przeprowadzenia dużej wojny. Zdarzało się, że dwie lub trzy floty walczyły w różnych wojnach albo tłumiły pomniejsze powstania. Na podstawie danych, które udało się wykraść Przysiężnym, wysłanie floty sektora było nie tylko przesadą, lecz także zupełnym marnotrawstwem.

Jej eskadra liczyła od dwudziestu czterech do czterdziestu jednostek w zależności od misji. Imperium decydowało, czy dodać okręty, czy też zabrać i przenieść gdzie indziej. Eskadra Misrem, choć niemal największa w sektorze, była jedną z zaledwie osiemnastu formacji, które podlegały dowódcom floty sektora. Oprócz tego na flotę składało się dwadzieścia jednostek pancernych, z których każda dysponowała siłą ognia porównywalną do całej eskadry.

Misrem nie mogła uwierzyć, że Jesan zamierzał wykorzystać całe swoje siły zbrojne do zwykłej pacyfikacji.

„Nie. Na pewno nie rozbroiłby tak lekkomyślnie całego sektora. Przecież podobne posunięcie jest po prostu głupie, zarówno taktycznie, jak i strategicznie. A Jesan nie jest głupcem. Jaki ma zatem plan?”

Przysiężni okazali się irytujący, lecz nieszkodliwi i raczej nie stanowili żadnego zagrożenia dla Imperium, dlatego Misrem nie potrafiła zrozumieć, co skłoniło władcę sektora do wysłania na misję całej floty. Może powodem byli inni obcy? Okazali się o wiele groźniejsi niż Przysiężni…

Jednak nie wyjaśniało to wszystkich wątpliwości Misrem.

Przeciwnik nie posiadał sił dorównujących liczebnie flocie sektora.

Misrem uznała, że to bez znaczenia – rozkazy zostały wydane. Wiedziała jednak, że nie uspokoi się, dopóki nie odkryje prawdziwych intencji Jesana Micha.

***

Jesan patrzył za zwierzchniczką, dopóki nie zamknęły się drzwi. Nic dziwnego, że była zaskoczona i zamyślona. Misrem miała reputację znakomitego taktyka i zasłynęła ze strategicznie błyskotliwych manewrów. Jeżeli napotkała tak silny opór podczas obu wypadów do wrogiego sektora, znaczyło to, że sprawa jest poważna.

W obu przypadkach opór stawił gatunek, który na razie uznano za anomalię.

Nareszcie jednak Imperium poznało jego nazwę, chociaż pewnie była ona równie dobra jak każda inna.

Ludzie.

Tak siebie nazywali. Zapewne tak samo nazywali też Przysiężnych i Imperialnych. Bez wątpienia powstali z tego samego zainicjowanego na początku programu genetycznego dryfu, który chyba stanowił fenomen na skalę galaktyczną.

Jesan wiedział, że istnieją naprawdę niesamowite gatunki rozumne. Imperium zniszczyło ich całkiem sporo – były to istoty tak inne i obce, że kontakt z nimi okazał się niemożliwy. Właśnie dlatego ich zniszczenie uważano za najlepsze rozwiązanie. Zwłaszcza że imperialny wzorzec wydawał się najbardziej powszechną formą życia w Galaktyce. Taką, która najlepiej sobie radziła.

Nie bez powodu.

Pozwolenie, aby gatunki, z którymi nie można się porozumieć, choćby pomyślały o lotach kosmicznych, stanowiłoby szczyt głupoty. Gdy się opuści swój świat i wyruszy w gwiazdy, nazbyt łatwo można doprowadzić do zagłady innej rasy. Żaden rozsądnie myślący gatunek nie pozwoliłby przeżyć drugiemu, gdyby pojawił się choć cień podejrzenia, że może do tego dojść.

Pod żadnym pozorem nie wolno było ryzykować zagłady – tego rodzaju postępowanie było więcej niż niemoralne i wykraczało poza granice wszelkiej dewiacji. Imperium dawno temu przyswoiło tę trudną lekcję. Należało niszczyć tych, którzy mogą stać się wrogami, zanim oni pierwsi podejmą działanie.

Jednak ludzie okazali się intrygującą zagadką. Można było się z nimi porozumieć, o czym świadczyły zawarte przez nich sojusze i traktaty, niestety, postanowili opowiedzieć się po stronie Przysiężnych. I na pewno posiadali coś, co warto przejąć, zanim wojna dobiegnie końca.

Dysponowali przecież zaawansowaną technologią, bezgranicznie cenioną w całym Imperium. Udało im się również pokonać Drasinów, z czego należało wnioskować, że podbój ludzkiego świata nie będzie łatwy.

Jednak pojedyncza planeta z pewnością nie zdoła oprzeć się sile floty sektora. Oczywiście dane zdobyte przez Misrem mogły okazać się fałszywe albo częściowo spreparowane, dlatego Jesan zamierzał sprowadzić do walki potężną flotę i rozprawić się z przeciwnikiem raz na zawsze.

A kiedy tylko na światach Przysiężnych i ludzi zdobędzie wszystko, co uzna za przydatne, będzie dysponował wystarczającą siłą ognia, aby zapobiec dowolnemu zagrożeniu dla swojego gatunku.

***

Kapitan Aymes przemierzał korytarze swojego okrętu. Był mocno rozdrażniony. Najbardziej denerwowały go nonsensy, z którymi musiał się użerać, odkąd nadeszły rozkazy o obowiązkowych naprawach i przeróbkach dla wszystkich okrętów w sektorze. Chodziło o wzmocnienie pancerzy i zamontowanie potężnej broni, skonstruowanej podobno w oparciu o systemy używane przez gatunek-anomalię. Po tych przeróbkach flota, w której służył kapitan Aymes, niewątpliwie zmieni się z formacji badawczej w bojową, zdolną stoczyć niejedną bitwę.

Nie powinno go to dziwić.

Miał przecież dostęp do danych wykradzionych podczas abordażu na okręt Przysiężnych. Informacje okazały się wstrząsające.

A nawet gdyby je pominąć, pozostawały jeszcze niepodważalne fakty. Zaledwie jedna planeta sprawiła Imperium mnóstwo kłopotów. Aymes zdawał sobie sprawę, że ta wiadomość nie spodoba się ani admiralicji, ani arystokracji.

Wiedział o tym doskonale. I godził się na to.

Był zawodowym żołnierzem i nigdy nie zarzucono mu, że nie wywiązuje się ze swoich obowiązków.

Jednak do szału doprowadzało go to, że praktycznie bez uprzedzenia zdecydowano tak po prostu rozebrać jego okręt na części i przebudować.

Aymes opanował się i postarał, aby na jego twarzy nie malowały się żadne emocje, zanim dotarł na mostek. Wiedział, że co najmniej dwóch oficerów z załogi to polityczni agenci, a jak znał życie, był jeszcze trzeci, chyba że wywiad floty zrobił się niedbały. Kapitan nie chciał się zdradzić przed żadnym z tych donosicieli, bo mogliby to wykorzystać przeciwko niemu.

Nie byłoby tak źle, gdyby na pokładzie znajdowali się zwyczajni oficerowie polityczni. Ci znali swoje miejsce i, technicznie rzecz biorąc, nie uczestniczyli w łańcuchu dowodzenia. Aymes nauczył się, jak sobie z nimi radzić. Wystarczyło poznać ich oczekiwania wobec dowódcy, a potem dostosować do tego postępowanie. Większość, poza najbardziej obłąkanymi albo zwyczajnie głupimi, całkiem dobrze rozumiała, że nawet kapitanowi od czasu do czasu wolno ulec emocjom.

Ci głupi nie służyli zbyt długo – najczęściej przytrafiały im się różne wypadki.

Aymes osobiście zaaranżował takie incydenty dwa razy z rzędu, zanim wywiad floty przysłał kogoś z uprzejmą prośbą, żeby w przyszłości zechciał wykazać się większą dyskrecją w swoich machinacjach. Ponieważ prośba została przekazana przez kolejnego oficera politycznego, Aymes uznał ją za zabawną i błyskotliwą. Na dodatek nowy oficer nie okazał się służbistą, więc kapitan uznał, że wywiad floty nie jest taki zły.

Przynajmniej mieli tam poczucie humoru, choć zazwyczaj był to raczej czarny humor.

Jednak włączenie do agentury członków załogi przysparzało zupełnie innych problemów. Oficerowie mostka należeli do łańcucha dowodzenia, więc gdyby Aymes nagle stracił stanowisko, na przykład z powodu zdrady, każdy z jego podwładnych zapewne mógłby żądać awansu w hierarchii. Kapitanowi bardzo się nie podobało, że musi zachowywać ostrożność ze względu na obecność szpiegów wśród swoich oficerów, zwłaszcza że niektórym brakowało rozsądku i nie zdawali sobie sprawy, że awans osiągnięty podstępem mógł oznaczać wprawdzie lepsze stanowisko, ale również pokój przesłuchań.

Z inteligentnymi szpiegami Aymes umiał sobie radzić, jednak głupi byli niebezpieczni.

Jego załoga, zredukowana tylko do podstawowego personelu, pracowała pilnie, gdy kapitan wszedł i rozejrzał się po mostku. Właśnie tego się spodziewał, ale widok podwładnych przy pracy sprawił mu przyjemność.

Większość wewnętrznych systemów została odłączona na potrzeby napraw, prawie trzy czwarte ekranów i stanowisk nie działało. Zewnętrznej aparatury też nie można było na razie włączyć z powodu remontów, więc jej wskaźniki również nie świeciły.

Aymes zdusił ciężkie westchnienie i usiadł przy stanowisku dowodzenia, a potem otworzył osobiste pliki.

Sądząc po tempie przeróbek, należało się spodziewać, że okręt zostanie wysłany do akcji, gdy tylko remont się zakończy. Gdyby panu sektora zależało, aby załogi jednostek miały czas zapoznać się z nowymi systemami i choć trochę opanować ich obsługę, pozwoliłby na dokonywanie ulepszeń etapami i bez takiego pośpiechu.

Kapitanowi Aymesowi nie pozostało zatem nic innego, jak tylko opanować nerwy i zabrać się do tworzenia symulacji, które pozwolą załodze ćwiczyć z nowym sprzętem.

Nie był to, co tu kryć, najlepszy sposób na przeprowadzenie przygotowań do wojny, ale Aymes nie miał wyboru, więc musiał radzić sobie, jak mógł.

Rozdział 3

Okręt Sojuszu Ziemskiego „Odyseusz”Kuźnia, układ Ranquil

Na pokładzie panowała cisza, gdy komodor i admirał szli przez hangar. Oświetlenie było skąpe, ponieważ większość przewodów zasilania została odłączona od reaktora, utrzymywanego ze względów bezpieczeństwa na granicy stabilności. Gracen ogarnął chłód, ale podejrzewała, że to raczej doznanie psychosomatyczne. Na myśl, że reaktor został wygaszony do poziomów granicznych, robiło jej się słabo, mimo że doskonale rozumiała techniczne warunki tego procesu.

W przeciwieństwie do większości reaktorów te, które działały w oparciu o osobliwość, nie powinny nigdy się stabilizować, ponieważ wtedy wymykały się spod kontroli. Stabilizacja była zła, oznaczała bowiem, że osobliwość ma na tyle dużo masy, aby stać się samowystarczalna, a wtedy wyłączenie jej stawało się niemożliwe. Systemy w pewnym sensie musiały zachowywać stabilność, choćby z konieczności, jednak nikt nie życzyłby sobie stabilnej osobliwości na orbicie zamieszkanej planety albo co gorsza – jak w tym przypadku – w bezpośredniej bliskości gwiazdy.

„Nasze słońce zostało pochłonięte przez okręt gwiezdny” – na takie epitafium mogłaby liczyć zniszczona cywilizacja.

– Jeżeli ma pan rację, komodorze, sytuacja szybko się pogorszy – stwierdziła Gracen, gdy przemyślała wszystko, co powiedział jej Weston na temat abordażu i kradzieży danych przez Imperium.

Eric skinął głową z ponurym grymasem.

– W tym, co się stało, nie potrafię się doszukać żadnych dobrych stron, pani admirał. Jeżeli Imperialni rzeczywiście zdobyli informacje o nas, jak podejrzewamy, na pewno już wiedzą, że tak naprawdę nasze działania to bezczelny blef na skalę międzygwiezdną. Z tego, co przeczytałem o Imperialnych i ich metodach, jeżeli zaczną choćby podejrzewać, że blefujemy, na pewno postanowią nas sprawdzić.

Gracen skrzywiła się z niechęcią, ale musiała przyznać mu rację.

Imperialni byli cywilizacją dążącą do konfrontacji. Potwierdziło to zachowanie tych bardzo nielicznych jeńców, których udało się pojmać oddziałom Ziemian i Priminae – niezależnie od rangi w swojej hierarchii wszyscy raz po raz prowokowali swoich strażników i podważali każde ich słowo. Gdy uznawali, że okoliczności mogą ulec zmianie, opierali się przesłuchaniom jeszcze mocniej.

Weston przypuszczał, że ma to wiele wspólnego z tym, że jeńców więzili Priminae, którzy pod każdym względem byli łagodni, ale Gracen uważała, że chodziło o coś innego. Pomimo że Priminae traktowali jeńców o wiele lepiej niż ziemscy strażnicy, admirał wiedziała, że utrzymywali bezwzględną dyscyplinę. Nie pozwalali się oszukiwać lub zmylić i postępowali zawsze według procedur, niezależnie od tego, jak często jeńcy ich prowokowali i zmuszali do powtarzania niektórych czynności.

Nie, jeńcy z Imperium byli po prostu zaprogramowani tak, by nieustannie dążyć do konfrontacji. Admirał przypuszczała, że stanowiło to typową cechę ich kultury. Właśnie dlatego nie wątpiła, że Weston ma rację. Jeżeli podejrzewali blef, nie zawahają się go sprawdzić. Mimo wszystko trudno było przewidywać zachowania programowane społecznie, zwłaszcza gdy się za dobrze nie znało danej kultury. Ludzie Gracen całkiem nieźle radzili sobie ze zrozumieniem różnic genetycznych pomiędzy Imperialnymi i Priminae oraz mieszkańcami Ziemi, jednak kultury obcych nadal pozostawały nieznane. W przypadku Priminae, którzy byli otwarci, przeszkodę stanowił ogrom historii ich społeczeństwa – choćby z tego powodu nie dało się szybko jej przejrzeć i przyswoić.

O Imperialnych ludzie wiedzieli tylko tyle, że bezwzględnie dążą do walki i nie lubią sytuacji, gdy napotykają stanowczy opór. Nawet gdy zostali zmuszeni do odwrotu, nigdy nie ulegali na długo.

– Musimy częściej patrolować naszą przestrzeń – zdecydowała Gracen.

– Nasi ludzie zaczną się niepokoić – zauważył Eric. – Nie mamy wystarczającej liczby okrętów.

– Nic na to nie można poradzić. Przygotuję rozkazy, gdy tylko wrócę do siebie.

Weston skinął głową. Zgadzał się z admirał, choć zwiększenie częstotliwości patroli rodziło sporo problemów. Przewidywał, że jego ludzie długo jeszcze nie zobaczą macierzystego portu, ale w wojsku należało się z tym liczyć, zwłaszcza w warunkach zagrożenia wojną.

Miesiące z dala od domu były dla żołnierzy chlebem powszednim, choć wcale nie znosili tego dobrze.

Eric przyjął rozkazy do wiadomości, chociaż wiedział, że jego ludzie nie będą zadowoleni. Cóż, ponarzekają i przejdą nad tym do porządku dziennego. Byli zawodowcami.

– Będę musiała dołączyć do patroli również „Enter­prise” – stwierdziła z wahaniem admirał Gracen.

– Koniecznie – zgodził się Weston bez wahania.

– Ten okręt nie spełnia nowoczesnych standardów – upomniała go surowo przełożona. – Gdybym mogła, zezłomowałabym ten wrak osobiście, zamiast dawać mu legendarną nazwę.

Eric westchnął. Zdawał sobie sprawę, że Gracen miała rację. „Enterprise” poświęcił się podczas ostatniej bitwy, gdy udało się odeprzeć Drasinów z Ziemi i z Układu Słonecznego. Okręt wykonał zadanie w naprawdę wielkim stylu. Od tamtej pory we flocie zawsze musiał być „Wielki E” – jednostka ochrzczona tak na cześć legendarnego poprzednika. Szkoda tylko, że nie poczekano, można było przecież nazwać tak jeden z nowych okrętów klasy Heros, a nie przestarzały wrak skonstruowany jeszcze przed inwazją. Kapitan Carrow i jego załoga zasługiwali na lepszy hołd po tym, czego dokonali – „Enterprise” nie powinien stanowić obciążenia dla floty niemal od chwili rozpoczęcia służby.

W głębi duszy jednak Weston uważał, że Gracen nie docenia tego okrętu.

– Klasa Odyseja nie ustępuje tak bardzo Włóczęgom, pani admirał – stwierdził z przekonaniem. – A „Wielki E” dysponuje całkiem sporą liczbą vorpali. Ile ich ma na pokładzie? Cztery eskadry?

– Pięć, ale przeciwnik używa w starciu głównie pocisków przeciw dużym jednostkom – odparła Gracen. – Nie chcę wysyłać pilotów do walki przeciw takim celom, to misja samobójcza.

– Pani admirał, piloci naprawdę chcą latać. A piloci myśliwców marzą o walce. Jeżeli ma pani wątpliwości, proszę ich zapytać. Nie tylko zgłoszą się na ochotnika, lecz także przekopią się przez wszystkie dane wywiadu, jakie zebraliśmy na temat formacji wroga, zaczną szukać luk. Przynajmniej będą mogli nękać i odwracać uwagę imperialnych Pasożytów i niszczycieli, żeby nasze okręty miały czas wypuścić pociski na duże jednostki przeciwnika.

Gracen skrzywiła się, ale czuła, że nie ma wyboru. Ziemianie potrzebowali do patrolowania każdego okrętu, a wysłanie do tego zadania również „Enterprise” poz­woli jej zatrzymać w siłach obronnych Układu Słonecznego jednego więcej Herosa. Admirał najchętniej posłałaby na patrole więcej jednostek z ziemskich sił obrony, ale sytuacja polityczna wykluczała taką możliwość.

– Może tak właśnie trzeba będzie zrobić, komodorze, ale… – Gracen urwała, gdy na środku pokładu dostrzegła siedzącą postać.

Proporcje ciała wskazywały, że to dziecko. Miało patykowate i trochę zbyt długie kończyny, tułów praktycznie niknął w zbroi, którą nosiło, a głowa wydawała się nieproporcjonalnie duża.

„Może to złudzenie przez hełm” – pomyślała Gracen, przyglądając się uważnie niesamowitej postaci.

Zbroję tego dzieciaka mógłby nosić starożytny Grek albo Rzymianin. Admirał nieźle znała te okresy historyczne i rozpoznała charakterystyczne elementy, zdawała sobie jednak sprawę, że w obu epokach pojawiało się wiele różnorodnych odmian typowych części pancerza. Na pewno zbroję można by datować na okres przed powstaniem Imperium Romanum. Za to leżąca na podłodze tarcza bez wątpienia była grecka – typowa część uzbrojenia spartańskiego hoplity. W normalnych warunkach nastolatek nie zdołałby jej udźwignąć, a co dopiero użyć w walce.

– Pani admirał – odezwał się Eric, a jego głos wyrwał Gracen z rozmyślań. Zerknęła na mężczyznę. – Proszę pozwolić, że przedstawię Odyseusza. Odyseuszu, to admirał Gracen.

Gracen zwróciła spojrzenie na nastolatka. Zaskoczyło ją, że w chwili nieuwagi postać w zbroi zdążyła nie tylko wstać bezszelestnie, lecz także odwrócić się do przybyłych. Chłopak wyprężył się na baczność i zasalutował w doskonale nowoczesny sposób, a potem uderzył się pięścią w pierś.

– Pani admirał! – Głos miał nieco zbyt wysoki i brzmiała w nim gorliwość godna kadeta świeżo po zakończeniu szkolenia.

– Odyseuszu – odpowiedziała cicho i przyjrzała się uważniej nastolatkowi.

Od razu zauważyła, że jego oczy są bardzo podobne do oczu komodora. Z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że rozpoznaje także twarz Westona w rysach Odyseusza. Ale chłopak zdradzał też podobieństwo do podwładnych Erica, zwłaszcza do komandora Michaelsa i… jeśli jej wzrok nie mylił, również… do niej samej.

Zaraz potem uwagę Gracen przyciągnął jeszcze jeden szczegół.

„Cień do powiek? Na dodatek różowy i z brokatem?”

– Lubię różowy – wyjaśnił z powagą chłopak, jakby admirał wypowiedziała myśli na głos.

– No tak… widzę? – Gracen przełknęła nerwowo i zerknęła na Erica, który wzruszył tylko ramionami. – Miło mi cię poznać? Masz na imię Odyseusz, tak?

– Tak jest, pani admirał – potwierdził chłopak. – Jak Odyseusz, król Itaki, który walczył, aby podbić Troję. Sama mnie pani tak nazwała.

– Na to wygląda. – Skinęła głową. – Podoba ci się to imię?

Pytanie chyba zmieszało chłopaka, bo na jego twarzy pojawił się wyraz głębokiego namysłu.

– Nie wiem. Powinno mi się podobać?

– Niektórym ludziom się podoba, niektórym nie – wyjaśnił Eric. – W tym pytaniu nie ma żadnego ukrytego sensu, Odyseuszu, chodziło po prostu o brzmienie tego imienia.

– Och – westchnął chłopak i znowu się zamyślił.

Gracen przyłapała się na refleksji, że nie ma pojęcia, jak radzić sobie w sytuacji, która wydawała się całkowicie nierzeczywista. Mimo wszystko admirał nie potrafiła spojrzeć na tę istotę czy byt z dystansu. Wydawało się niemożliwe, żeby ten chłopak był zarazem… gwiezdnym okrętem.

Co gorsza, w duchu uważała, że „Odyseusz” to najpotężniejszy okręt w historii obu cywilizacji, z których jedna podbijała kosmos, zanim druga w ogóle zaczęła zapisywać swoje dzieje. Na dodatek okręt ten stanowił w Galaktyce symbol ludzkiej potęgi.

A jednak wzmiankowany okręt wydawał się szczerze zmieszany, bo nie wiedział, czy jego imię mu się podoba, czy nie.

„Ta sytuacja jest tak niewiarygodna, że nawet nie wiem, od czego zacząć”.

Gracen zmusiła się do opanowania myśli, wolała bowiem nie zdradzać swojego oszołomienia i zdumienia. Zamierzała zostawić to sobie na potem, gdy znajdzie się w prywatnej kwaterze, najlepiej z butelką ginu jako wsparciem dla rozmyślań o niemożliwościach. Na razie jednak nie życzyła sobie wystawiać się na pośmiewisko.

– Myślę… – Chłopiec zwrócił na Gracen zaskakująco głębokie spojrzenie, podkreślone brokatowym cieniem. – Myślę, że podoba mi się to imię. To dobrze, prawda?

Gracen zauważyła, że chłopak zerknął na Erica z miną trochę niepewną, ale pełną ufności.

– Tak, zgadzam się, że to dobrze. – Weston uśmiechnął się lekko. – Imiona mogą mieć wpływ na nasze życie… albo nie mieć żadnego wpływu.

– Dziwne. – Chłopiec zmarszczył brwi. – Skoro czasami są ważne, dlaczego nie zawsze?

– Bo ludzie są dziwni, Odyseuszu – odpowiedziała Gracen, zanim zdążyła to przemyśleć. – Niektórzy pozwalają, aby imię ich opisywało. Inni wolą uczynkami nadać znaczenie własnemu imieniu. Wszyscy podchodzimy do życia w bardzo różny sposób, dlatego nie spodziewaj się, że jedna osoba zareaguje tak samo, jak inna.

Odyseusz wyglądał na szczerze zaniepokojonego tymi słowami.

– Wydaje mi się, że to… niedobrze. Matematyka opisuje wszechświat, prawda?

– Na to wygląda – potwierdził Eric.

Matematyka nie była specjalnością Gracen, ale trochę się na niej znała ze względu na piastowane stanowisko. Wiedziała także, że Weston potrafi w pamięci wykonywać obliczenia kursu szybciej niż jakikolwiek komputer, choć oczywiście nie tak precyzyjnie. Jako pilot myśliwca wykorzystywał ten talent w walce.

Często zmieniał kurs we właściwą stronę, gdy komputer dopiero wyświetlał dokładne parametry potrzebne do wydostania się z trudnej sytuacji, dzięki czemu zyskiwał dwie lub trzy sekundy przewagi. Sekundy, które w walce decydowały o życiu lub śmierci.

Jednak matematyka, o której mówił Odyseusz, wykraczała daleko poza umiejętności Gracen czy talenty Westona, z czego oboje doskonale zdawali sobie sprawę.

– Na matematyce można polegać, ale na ludziach nie można? – Odyseusz znowu zmarszczył brwi. – Ale przecież ludźmi tak naprawdę też rządzi matematyka… Nie rozumiem.

Gracen już miała odpowiedzieć, ale Weston dotknął jej ramienia. Kiedy się na niego obejrzała, skinął głową i admirał pozwoliła się odprowadzić nieco dalej od Odyseusza.

– Każda rozmowa z nim wcześniej czy później kończy się w ten sposób – wyjaśnił cicho Eric. – Odyseusz uczy się bardzo szybko, ale doświadcza i poznaje wszechświat z wielu perspektyw, które dla nas są niedostępne. Każda kamera na pokładzie to jego oczy. Wydaje się, że komputery pokładowe to jego umysł, ale… nie jestem pewien. Wiemy, kiedy przejmuje komputery, bo programy zabezpieczeń wykrywają, gdy otwiera albo uruchamia różne pliki, jednak na pewno posiada też własny umysł.

– Czyli może też patrzeć przez skanery okrętu? – admirał również ściszyła głos.

– Tak. Odyseusz myśli bardzo skomplikowaną matematyką. Tylko garstka ludzi na pokładzie potrafi dotrzymać mu kroku, gdy chodzi o obliczenia czy równania, ale chłopak wciąż musi się jeszcze nauczyć intuicji. Od czasu do czasu udaje mi się go wyprzedzić tylko dlatego, że przeczuwam, dokąd zmierza rozwiązanie. Myślę, że trochę go to denerwuje.

Gracen spojrzała z niechęcią na wyraźnie rozbawionego Westona.

– Proszę, niech pan nie denerwuje okrętu, który może stopić na szkło powierzchnię całej planety.

– No to mam dobre wieści – uśmiechnął się Eric. – Odyseusz nie może obejść systemów zabezpieczeń uzbrojenia. Chętnie polegałbym tylko na oprogramowaniu, ale lepiej dmuchać na zimne. Nasze uzbrojenie wymaga fizycznego zdjęcia plomb, żeby można go było użyć.

– Bogu niech będą dzięki za te drobne łaski… – mruknęła Gracen.

Obejrzała się na Odyseusza, gdy przypomniała sobie, co komodor powiedział jej wcześniej.

– Zaraz, zaraz… On może czytać w myślach, prawda?

– Tak jest, pani admirał.

– Więc dlaczego…?

– Dlaczego szepczemy? – zapytał Weston.

Skinęła głową.

– Odyseusz wyczuwa naszą potrzebę prywatności, chociaż zapewne jej nie rozumie. Kiedy szepczemy lub milczymy, zwykle nie udziela odpowiedzi na pytania, których nie zadajemy, ani nie komentuje tego, co mówimy.

– Jednak wciąż…? – Gracen nie dokończyła pytania, ale Weston od razu się domyślił, o co chodzi.

– Na ile zrozumiałem, każda myśl odruchowo zostaje zeskanowana – wyjaśnił. – Chociaż nie, nie nazwałbym tego skanowaniem. Odyseusz nie odczytuje tych myśli jak pochodzących z zewnętrznego źródła. Każda nasza myśl pojawia się nie tylko w naszych umysłach, lecz także w jego. Proszę pamiętać, że sami wciąż próbujemy to dopiero zrozumieć. – Weston zachmurzył się nieco. – Omawiałem z Rame’em i kilkoma innymi osobami, jak możemy lepiej pojąć, co się tutaj dzieje. Na ile się domyślamy, ludzie w zasięgu wpływów Odyseusza są jak… neurony działające w jego mózgu. Wprawdzie zachowujemy niezależność, ale też stajemy się jego częścią.

– To… fascynujące i niewiarygodnie niepokojące – przyznała Gracen.

– Nie sądzę, żeby dla niego nie było to równie skomplikowane. Jak spojrzeć na to z takiej perspektywy, chłopak pewnie często ma myśli samobójcze.

– Co takiego? – Głos admirał zabrzmiał głośniej, niżby sobie życzyła.

– Ile razy od wejścia na pokład zastanawiała się pani, jak się Odyseusza pozbyć? – wytknął Eric.

Gracen pobladła, gdy o tym pomyślała.

Jeżeli Odyseusz interpretował jej myśli jak swoje własne, to… co?

Jęknęła i pomasowała nasadę nosa.

– Mózg mnie boli – burknęła. – Chociaż niby nie ma prawa boleć…

– To zrozumiałe – zaśmiał się Weston. – Większość ludzi, którzy mają do czynienia z Odyseuszem, tak właśnie się czuje.

– Większość? – zdziwiła się Gracen ironicznie.

– Steph twierdzi, że to świetny dzieciak. – Eric przewrócił oczami. – Zawsze uważałem, że ze Stephem coś jest nie tak. Proszę mnie dobrze zrozumieć, uwielbiam go, ale to świr.

– O ile mnie pamięć nie myli, więcej niż kilka osób to samo powiedziałoby o panu, komodorze. Choć zapewne pominęłoby tę część o uwielbianiu.

Eric obojętnie machnął ręką, jakby nie przejmował się, co inni o nim myślą.

– Służyłem w marines. Gdybyśmy nie byli świrami, nie moglibyśmy dobrze wykonywać zadań.

Gracen prychnęła, ale zaraz wróciła do analizowania bieżącej sytuacji.

– Niech to szlag, tylko tego nam brakowało. I to właśnie teraz – syknęła. – Nie mogę wysłać ani pana, ani tego okrętu na żadną misję.

– Wiem.

– Nie możemy jednak stracić ani jednego Herosa. Do cholery, co robić? – Z irytacją potarła się po policzku. – Jeżeli nie dopuszczę tego okrętu do żadnych działań, będę musiała wytłumaczyć się przed admiralicją, a nie zrobię tego, dopóki nie dowiem się więcej i nie potwierdzę tego niepodważalnymi dowodami. Jak zwykle, komodorze, przez pana dostaję tylko migreny.

– Bardzo mi przykro, pani admirał. – Głos Westona na pewno nie brzmiał przepraszająco. – Na szczęście nie musi pani tej decyzji podejmować od razu. Naprawy wymagają czasu. Jeśli trzeba, okręt zostanie tutaj jeszcze co najmniej kilka tygodni.

– A gdyby trzeba było odlecieć, ile czasu tak naprawdę zajęłyby naprawy?

– Kilka dni, zwłaszcza jeśli coś wymyślę.

– Niech pan to zrobi – rozkazała Gracen oschle. – Znajdę sposób, aby wyjaśnić, dlaczego jeszcze nie ma pana w kosmosie. Ale, do jasnej cholery, proszę jakoś rozwiązać ten problem. Nie obchodzi mnie jak, jednak „Odyseusz” musi wrócić do służby.

– Zrozumiałem, pani admirał.

***

– Już poszła.

Eric westchnął, ale nawet się nie wzdrygnął, gdy usłyszał głos, który dochodził z miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą nikogo nie było.

– Wiem, ale ile razy ci mówiłem, żebyś się tak nie podkradał?

– Przepraszam.

Weston żałował, że nie ma doświadczenia w radzeniu sobie z dziećmi, choć w zasadzie nie było wiadomo, czy Odyseusz jest tak młody, jak się wydaje. Odruchowo porównywał ten byt do nastolatka, ale zdawał sobie sprawę, że takie myślenie może okazać się bardzo złudne i niebezpieczne.

– Nie lubi mnie. – Głos chłopaka zabrzmiał ciszej.

– Nie zna cię – poprawił go Eric. – Nie podoba jej się, że nie możemy odlecieć, dopóki lepiej nie zrozumiemy, co się właściwie stało.

– Według bieżącego terminarza napraw będę w pełni gotowy do walki za dwa dni, pięć godzin i czterdzieści trzy minuty – zauważył Odyseusz z lekką irytacją. – Możemy odlecieć, kiedy zechcemy. Po drodze poradzimy sobie z drobniejszymi remontami.

– Nie chodzi tylko o naprawy i doskonale o tym wiesz – odpowiedział surowo Weston. Niby kiedy został niańką albo co gorsza, szczęśliwym tatusiem?

Chłopak milczał długo, zanim przyznał mu rację.

– Moja obecność zakłóca efektywność pracy załogi.

Weston skinął głową.

– To prawda.

– Może te myśli są słuszne i… powinienem odejść – ostatnie słowa Odyseusz wypowiedział bardzo cicho.

Eric opanował gwałtowny sprzeciw, chociaż zdawał sobie sprawę, że chłopak myślał dokładnie to samo, co on w tym samym momencie. Znał wszystkie argumenty, zarówno te logiczne, jak i emocjonalne, przemykające przez głowy tych, którzy rozmawiali z Odyseuszem na pokładzie okrętu. Weston nie miał żadnego wpływu na ten byt, tego chłopaka czy coś… nieważne. Nie mógł go w żaden sposób powstrzymać od rozmów z załogą, tym bardziej że Odyseuszowi, jak się zdawało, zależało na kontaktach z ludźmi o wiele bardziej niż Gai czy Centrali.

Jego istnienie, chociaż nadal przyprawiało większość załogi o zawroty głowy, stawało się coraz bardziej akceptowane i coraz częściej postrzegane jako jeszcze jeden element codzienności na pokładzie.

Oczywiście Odyseusza nadal spowijała mgła tajemnicy – teoretyzowano, czy byt jest duchem, który nawiedza okręt, czy też obcym najeźdźcą. Szczerze powiedziawszy, Eric sam nie wiedział, do której hipotezy skłania się bardziej.

– Myślę – odpowiedział, starając się, aby jego myśli płynęły powoli, bardziej dla własnej wygody niż ze względu na Odyseusza – myślę, że z czasem twój wpływ na pracę załogi będzie bardzo pozytywny.

Przynajmniej to było niepodważalną prawdą. Weston widział, jak chłopak potrafił żonglować funkcjami systemów „Odyseusza” i sprawić, że okręt wykonywał manewry, które teoretycznie były po prostu niemożliwe.

Mimo to dzieciak nie radził sobie dobrze z celowaniem i nie miał żadnego doświadczenia w prowadzeniu okrętu do walki.

Tych umiejętności mógł się jednak nauczyć, a Erica aż świerzbiło, żeby mu w tym pomóc.

– Może – odpowiedział chłopak po dłuższej chwili. – Wiesz, że nie mogłem doczekać się bitwy?

– Wiem. Co czujesz teraz?

– Nie wiem. Walka… rani – przyznał Odyseusz. – Rani bardzo mocno. Czy tak samo zraniłem innych?

W takich chwilach Eric żałował, że jego umysł jest dla chłopaka jak otwarta księga. O wiele łatwiej byłoby skłamać.

– Tak. Choć może niezupełnie w ten sam sposób, ale zraniłeś – powiedział. – A przynajmniej zranił ich okręt na mój rozkaz.

– Dlaczego?

– Oto pytanie, na które żadne człowiek nigdy nie znalazł dobrej odpowiedzi, nie takiej, jakiej byś oczekiwał. Mogę ci wytłumaczyć, dlaczego podjęliśmy wtedy konkretnie takie, a nie inne działania, ale sam znasz powody bardzo dobrze. Chcesz natomiast wiedzieć, dlaczego w ogóle uciekamy się do przemocy, na to jednak nie znam odpowiedzi.

– A wydawało mi się, że to ja umiem czytać w myślach.