Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2017

Odyssey One. Tom 5. Król wojowników ebook

Evan Currie  

4.65384615384615 (52)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 328 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Odyssey One. Tom 5. Król wojowników - Evan Currie

Kapitan Eric Weston uratował Ziemię przed drasińską rzezią. Jednak nie będzie mu dane odpocząć, bo przed nim kolejna niebezpieczna misja. Wraz z załogą „Odyseusza” musi wytropić tych, którzy sterują Drasinami, którzy przygotowali atak na Ziemian i Priminae.

Sytuacja robi się groźna, kiedy w przestrzeni kosmicznej natykają się na okręt należący do tajemniczych drasińskich władców. To oni stoją za inwazją na planety Priminae i Układ Słoneczny. Potężne Imperium ma dwa cele: podbić nowe światy i wyrównać stare rachunki. Przed Westonem stoi tylko jeden cel: ocalić ludzkość w  tej straszliwej wojnie.

Opinie o ebooku Odyssey One. Tom 5. Król wojowników - Evan Currie

Fragment ebooka Odyssey One. Tom 5. Król wojowników - Evan Currie

Evan Currie

ODYSSEY ONE

TOM 5

KRÓL WOJOWNIKÓW

Przekład Paweł Dembowski

Warszawa 2017

W serii ODYSSEY ONE dotychczas ukazały się:

ODYSSEY ONE

ROZGRYWKA W CIEMNO

ODYSSEY ONE

TOM 2

W SAMO SEDNO

ODYSSEY ONE

TOM 3

OSTATNI BASTION

ODYSSEY ONE

TOM 4

W OGNIU WOJNY

Tytuł oryginału: Warrior King

Text copyright © 2016 Cleigh Currie

All rights reserved.

This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with GRAAL, SP. Z O.O.

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Kamila Borto, Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie wersji elektronicznej:

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN ePub: 978-83-65661-25-8

ISBN mobi: 978-83-65661-26-5

PROLOG

Planeta Kraike Stolica Ramienia Łowcy Przestrzeń Imperium

– Niewiarygodne.

Słowo to wypowiedziano z takim oburzeniem, że równie dobrze mogłoby być najgorszym przekleństwem w Imperium. Prawdę mówiąc, mogłoby się nawet nim stać, gdyby kiedyś upubliczniono nagranie z tego spotkania.

Oczywiście było to absolutnie nie do pomyślenia, zwłaszcza jeśli ktokolwiek z przebywających w sali konferencyjnej zamierzał pozostać przy życiu.

– Czy właśnie przyznał pan przed tą radą, że wysłał ekspedycję przeciwko Przysiężnym i dał jej pan dostęp do samoreplikującej się broni masowego rażenia… nad którą pańska flota straciła kontrolę?

Adresat tych słów westchnął ciężko.

– Można tak powiedzieć.

– Niewiarygodne.

– Admirale, czy z raportów wynika, W JAKI SPOSÓB pańskie okręty straciły panowanie nad Drasinami? – spytał kolejny członek rady, krzywiąc się z niezadowolenia. – Widziałem wstępne doniesienia na temat ich konstrukcji i zapewniano mnie, że są pod całkowitą kontrolą.

– Byli do czasu napotkania tego nieznanego wcześniej gatunku – odparł admirał, umieszczając na ekranie obraz okrętu wspomnianych obcych. – Jak widać, ich okręt jest prymitywny. Nie wykryto na nim krzywej mocy. Zbudowany został ze stali i innych podobnych stopów.

– Jak na prymitywny okręt bez krzywej mocy, mieliście z nim nie lada kłopoty – mruknął ktoś z obecnych.

– Nie da się ukryć. Najwyraźniej używają broni opartej na antymaterii, dość skutecznej broni laserowej i pocisków kinetycznych. To dziwna mieszanka prymitywnej, wymyślnej i szalonej technologii – przyznał zasępiony admirał.

– Antymaterii? Rzeczywiście szalone. Jak oni ją stabilizują?

– Nie wiemy, czy w ogóle to robią.

Ci, którzy mieli pojęcie, o czym mówi admirał, spojrzeli po sobie z niedowierzaniem.

– Czy może pan wyjaśnić to tym, którzy nie są zaznajomieni z poruszaną kwestią?

– Proszę o wybaczenie, senatorze. Wytworzenie antymaterii nie jest szczególnie trudne. Sami to potrafimy, ale choć energia generowana w czasie takiej reakcji jest spora, to jest też wysoce niestabilna. Jakikolwiek przeciek zwykłej materii do reaktora powoduje kolejne eksplozje. Przechowywanie antymaterii oznacza w dłuższej perspektywie całkowite prawdopodobieństwo krytycznej awarii, a wtedy nie zatrzyma jej żadna znana nam osłona. Ten okręt generuje jednak antymaterię na poczekaniu, po czym dosłownie katapultuje ją w stronę przeciwnika przy pomocy zmodyfikowanego akceleratora elektromagnetycznego. Prymitywne, szalone, ale skuteczne.

– To nie mogą być Przysiężni – powiedział pierwszy senator po chwili milczenia. – Nie mogą też być w żaden sposób powiązani z Imperium, bo nie używaliby tak rudymentarnej konstrukcji okrętu. Czy to są obrotowe habitaty?

– Tak. Skany wykazują, że przebywa w nich większość załogi, korzystając z siły odśrodkowej zamiast systemów grawitacyjnych.

– To prymitywne – stwierdził senator. – Zupełni neofici, jeśli chodzi o mikrograwitację. Rozwijający się świat.

– To niemożliwe! – żachnął się inny z obecnych. – Rozwijająca się cywilizacja nie byłaby w stanie zniszczyć tylu okrętów Drasinów!

Admirał wzruszył ramionami.

– Na razie mamy za mało informacji. Ale obaj macie rację, wydaje się, że są rozwijającym się gatunkiem. Zapewne kolejny zasiany świat, a jednak… po prostu nie powinni mieć takiej siły bojowej. Za mało wiemy, by dokonać jednoznacznej oceny. Wiemy tylko, że Drasinowie ich NIENAWIDZĄ.

Rozejrzał się wokół z poważnym wyrazem twarzy.

– Chciałbym to jeszcze raz podkreślić. Wiemy, że Drasinowie mają zaprogramowaną nienawiść do wszelkiego życia… To instynkt wpisany w każdy atom tych bestii i nigdy nie byliśmy w stanie go wyrugować. Najlepsze, co mogliśmy zrobić, to zagłuszyć go, jeśli chodzi o nasze okręty, ale nadal w nich jest. Ujarzmiliśmy tę nienawiść i skierowaliśmy ją na Przysiężnych. Ale gdy na scenę wkroczył ten nieznany okręt, coś się zmieniło…

Po chwili milczenia pokręcił głową i dodał:

– Szanowna rado, przejrzałem telemetrię danych głównego Drasina pierwszej generacji, który dowodził tymi bitwami. Z początku reakcja była nikła. Okręt było niezwykle trudno wykryć, nawet Drasinom… Jednakże gdy zlokalizowali zamieszkaną planetę, straciliśmy wszelką kontrolę. Zupełnie jakby Drasinowie doznali załamania psychicznego i wpadli w szał, zrzucając okowy naszego programowania. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy ich w takim stanie.

– Co więc takiego – spytał pierwszy senator – jest w tej planecie i jej mieszkańcach, że Drasinowie wpadają na ich widok w tak niesamowity szał?

– To, senatorze, jest dobre pytanie – odparł admirał.

Rozdział 1

Stacja kosmiczna Unity One Orbita Ziemi

Eric Stanton Weston spoglądał na zamykające się drzwi, czekając, czy człowiek, który przez nie wyszedł, aby nie wróci. Wreszcie odwrócił się do swojej zwierzchniczki i powiedział:

– Słyszałem o nim. Jego załoga zniszczyła trzy podwodne superlotniskowce Bloku.

– Cztery – sprostowała ze spokojem admirał Gracen. – Reputacja kapitana Passera w kręgach wojskowych niemal dorównuje pańskiej. Dostałby dowództwo nad „Odyseją”, gdyby nie to, że to pan był pupilkiem prasy.

Eric chrząknął cicho.

– Nie wiem, co mam o tym myśleć.

– Admiralicja też nie. Szczerze mówiąc, większość żałuje, że nie wysłano pana wtedy na emeryturę i nie jemu powierzono dowództwo nad pańskim okrętem.

Eric skinął powoli głową. Nie zaskoczyła go szczególnie sama informacja, ale był w lekkim szoku, że admirał mówiła mu o tym tak szczerze.

– A pani?

– Ja? – Amanda Gracen wzruszyła ramionami. – Nie lubię płakać nad rozlanym mlekiem, nawet jeśli rozlało się na moją planetę.

Eric skrzywił się. Cóż, była to jakaś odpowiedź.

– Tak naprawdę wątpię, aby poradził sobie szczególnie lepiej – dodała po chwili. – Możliwe, że dużo gorzej. Oboje wiemy, że Drasinowie i tak kierowali się w naszą stronę. Może zatrzymaliby się na planetach Priminae, może nie. Gdyby im to nie wystarczyło, gdybyśmy nie byli wcześniej ostrzeżeni, że się zbliżają i gdybyśmy nie mieli sojuszników… Myślę, że i tak nam się upiekło.

Eric nie zamierzał się z tym sprzeczać. Zdawał sobie sprawę, co mogłoby się stać, gdyby Drasinowie wylądowali na Ziemi w czasie, gdy choćby jedna z ziemskich armii nie była gotowa na zniszczenie najeźdźców do ostatka. Jeden Drasin mógłby zmienić się w dziesięciu, a ci w stu, dosłownie w ciągu kilku godzin. Po kilku dniach wyżarliby ludziom ostatnią ziemię spod nóg, orbitując wokół Słońca jak masa sczepionych ze sobą gigantycznych pająków.

– Kapitan Passer otrzymał już rozkazy. Teraz czas na pana – oznajmiła Gracen, podając mu wyświetlacz elastyczny.

Eric automatycznie przycisnął skaner biometryczny do arkusza przezroczystej folii, obracając go tak, aby tekst był czytelniejszy. Oczywiście znał już większość tych informacji. Obecnie plotki były tylko jedną z wielu rzeczy, które podróżowały szybciej od światła, ale nadal ich prędkość wydawała się rekordowa.

– Z powrotem w przestrzeń Priminae – powiedział w końcu.

– I dalej – potwierdziła Gracen. – Najpierw skontaktuje się pan z Priminae, zapewni ich o naszym dalszym wsparciu, podziękuje za pomoc w zwalczeniu inwazji i w odbudowie. Nowe stocznie, w których tworzeniu obiecali pomóc, będą dla nas bezcenne.

Eric wiedział, że to nie żart. Trudno mu było uwierzyć w to, co słyszał o Kuźni Priminae. Planeta ukryta głęboko w koronie nadolbrzyma. To już nie był pomysł rodem z fantastyki naukowej, ale wręcz z jakiejś magicznej fantasy.

Dowództwo Sojuszu nie zamierzało robić nic aż tak spektakularnego w Układzie Słonecznym, ale po utracie Marsa i innych baz kosmicznych Ziemia potrzebowała wsparcia.

– Gdy już to pan załatwi, zabierze pan „Odyseusza” poza przestrzeń Priminae. Podczas gdy Passer i jego „Autolikos” będą polować na anomalie bliżej domu, chcę, aby pan prześledził drogę, jaką przebyli Drasinowie, atakując kolonie Priminae, i spróbował odkryć miejsce ich pochodzenia. Nie muszę chyba mówić, co należy zrobić z wszelkimi Drasinami, jakich napotka pan po drodze, prawda?

Eric ponuro pokręcił głową.

Nie było potrzeby wydawać w tej kwestii rozkazów, choć zapewne i tak je wydano. Każdy napotkany okręt Drasinów należało zniszczyć. Bez litości. W normalnych okolicznościach odmówiłby wykonania takiego rozkazu, ale Drasinowie mieli niewiele wspólnego z normalnością.

Nie byli rozumni ani świadomi w ludzkim pojmowaniu tych pojęć, ale gdyby nawet się tym cechowali, to i tak pozostawienie ich przy życiu stanowiłoby zbyt duże niebezpieczeństwo. Jako że bardziej niż cokolwiek innego przypominali chorobę, Eric uważał eliminację okrętu Drasinów za coś równoważnego ze zniszczeniem broni biologicznej czy głowic atomowych wroga.

Owszem, była to brudna robota, a do tego zdecydowanie niebezpieczna – na pewno nie taka, którą można było wykonywać bez pełnego zaangażowania.

– Jakie mam rozkazy, jeśli chodzi o ich panów? – spytał zwodniczo obojętnym tonem.

Gracen odchyliła się w fotelu i złączyła palce.

– To było przedmiotem dość burzliwej debaty na szczytach, jeszcze przed inwazją.

– Niemożliwe – parsknął Eric.

Admirał uśmiechnęła się lekko.

– Na razie nie przewidujemy negocjacji. Jeśli to możliwe, żaden ich okręt nie ma pozostać zdolny do walki, ale nie chcemy obecnie wydawać takiego rozkazu w odniesieniu do personelu. W miarę możliwości bierzcie jeńców, ale nie za cenę ryzykowania utraty okrętu lub załogi.

– Zrozumiano.

Eric był dość zaskoczony, że rozkazy na tym się kończyły. Czytał nieco na ten temat i zdawał sobie sprawę, że wśród ekspertów byli tacy, którzy uważali, że nie można zostawiać przy życiu wroga z dostępem do technologii podróży międzygwiezdnych. Na tym poziomie rozwoju technicznego istniało zbyt wiele sposobów na eksterminację gatunku.

Owszem, Drasinowie byli przerażający, ale dużo prościej byłoby po prostu popchnąć w stronę Ziemi kilka komet z Obłoku Oorta. Wystarczyłoby to, aby ludzkość poszła w ślady dinozaurów.

Garstka ludzi przetrwałaby zapewne na Marsie, przeżyłyby też załogi „Odysei” i „Enterprise”, ale poza tym cywilizację w Układzie Słonecznym czekałby nagły, mroźny koniec.

Zostawienie przy życiu wroga zdolnego do takich rzeczy wydawało się nieodpowiedzialne z militarnego punktu widzenia, ale popełnienie prewencyjnej eksterminacji byłoby jak przystawienie lufy do duszy własnej kultury i pociągnięcie za spust.

Eric nie wiedział, co by zrobił, gdyby postawiono go w takiej sytuacji. Miał na ten temat koszmary od czasu inwazji – przynajmniej wtedy, gdy jego snów nie wypełniały pająki wielkości koni, pożerające okręt, którym dowodzi.

Mógł zabijać Drasinów. Był gotów wybić cały ten gatunek bez najmniejszych wyrzutów sumienia, ale nie wiedział, czy byłby do tego zdolny w przypadku…

Cóż, ten most spali za sobą, gdy już na nim stanie.

– Zrozumiałem – powiedział Eric, stając na baczność. – Proszę o pozwolenie na powrót na mój okręt.

– Proszę wracać, kapitanie – odparła Gracen, wyciągając do niego rękę. – I proszę dobrze o niego dbać. Zdążyłam polubić „Odyseusza”.

– Będę o niego dbał jak o własne dziecko – odrzekł Eric, ściskając jej dłoń.

– Trzymam pana za słowo. – Admirał uśmiechnęła się, a na jej twarzy widać było przez chwilę nieco prawdziwej serdeczności.

***

Stacja Unity One była wciąż w budowie, ale Konfederacja sporo nauczyła się od czasu, gdy tworzono jej poprzedniczkę. Teraz, z pomocą Bloku, udało się niemal w pełni opanować technologię sztucznej grawitacji, choć nikt na razie nie był skłonny umieszczać reaktora osobliwości tak blisko Ziemi.

Eric kroczył korytarzami prowadzącymi do pierścienia dokującego. Wahadłowiec zapewne czekał już w doku, by zawieźć go na pokład „Odyseusza”, kolosa, którego Gracen sprowadziła z przestrzeni Priminae, aby zniszczyć reszki sił Drasinów. „Odyseusz” był Królem Wojowników, flagowym okrętem klasy Heros, z której korzystać miały floty zarówno Ziemian, jak i Priminae.

Możliwe, że była to najpotężniejsza jednostka przemierzająca kosmos, choć Eric miał pewne wątpliwości. Wśród gwiazd istniało zbyt wiele niezwykłych zjawisk, by mógł łatwo przełknąć medialną papkę dotyczącą nowego nabytku.

Nadal pozostawało jednak faktem, że krzywe energii Herosów mierzono w masach planetarnych, a nie w byle terawatach i że ich napędy tranzycyjne oraz działa mogły pojawić się w dowolnym miejscu i momencie, dewastując wszystko w odległości sześciu minut świetlnych.

Szczerze mówiąc, Eric bał się własnego okrętu bardziej, niż kiedykolwiek bał się jakiegokolwiek nieożywionego przedmiotu. Kompresja rdzenia energetycznego oznaczała, że w zasadzie mieszkali i pracowali wokół nie tak znowu małej czarnej dziury. Oczywiście w porównaniu z osobliwościami, które leżały w centrach galaktyk, ta na „Odyseuszu” była znikoma – ale nie była to też jakaś nieistotna mikroosobliwość. Reaktor okrętu może nie był dość duży, by pożerać całe układy gwiezdne, ale załogą na pewno by się nie zadławił.

W przypadku dehermetyzacji rdzeń mógłby połknąć „Odyseusza” i wszystko w jego zasięgu grawimetrycznym. W zasadzie to nie tyle mógłby, co na pewno by to zrobił.

Szczerze mówiąc, Weston chybaby wolał, żeby zbudowali reaktor na antymaterię. Jasne, zapewne byłby on przynajmniej tak samo niebezpieczny, ale w razie awarii koniec nastąpiłby szybko. Dylatacja czasu w pobliżu horyzontu zdarzeń sprawiłaby, że umieranie w okolicy czarnej dziury okazałoby się straszne.

Mimo wszystko Eric musiał przyznać, że nowa klasa okrętów miała sporo zalet. Moc Herosów była niemal nieskończenie większa niż „Odysei” i jej rodzeństwa, a dzięki połączeniu najlepszych osiągnięć technologicznych Konfederacji i Bloku były to prawdziwe kosmiczne potwory.

Jeśli dobrze wypełni swoją misję, to Drasinowie, oraz ktokolwiek trzyma ich na smyczy, będą obawiać się, że okręty klasy Heros czyhają na nich zawsze i wszędzie.

Eric dotarł do pierścienia dokującego i – zanim wszedł przez śluzę na pokład wahadłowca – zasalutował pilnującym wejścia marines.

– Kapitanie, jesteśmy niemal gotowi do odlotu. Czekamy tylko na potwierdzenie od kontroli lotu stacji Unity.

Eric skinął głową, biorąc jednocześnie leżący obok siedzenia wyświetlacz.

– Dobrze, poruczniku. I tak muszę jeszcze wykonać nieco papierkowej roboty. Proszę startować, gdy tylko otrzymamy sygnał.

– Tak jest.

Spojrzał na ekran i zasznurował wargi na widok samej tylko listy wiadomości, które otrzymał podczas rozmowy z admirał.

„Może lepiej by było, gdyby skierowali mnie wtedy na emeryturę? Przynajmniej oszczędziliby mi cholernej papierologii”.

Okręt Sojuszu Ziemskiego „Odyseusz”

Komandor Stephen „Stephanos” Michaels podrapał się po karku i z niezadowoleniem poczuł gładką skórę. Po oficjalnym rozwiązaniu eskadry Archaniołów i przeniesieniu go na „Odyseusza” w ramach floty Ziemi nie miał już tego lekkiego dystansu do sił zbrojnych, który kiedyś pozwalał mu nosić zdecydowanie nieregulaminową fryzurę.

Po pilotach Archaniołów oczekiwano niejakiej ekscentryczności, lecz główni sternicy na okrętach flagowych Konfederacji zdecydowanie nie posiadali tego przywileju. I tak miał szczęście, że nie służył w Korpusie Marines. Chybaby umarł, gdyby musiał ściąć się aż tak krótko.

Ale to nie z powodu braku włosów na karku czuł swędzenie. Brakowało mu połączenia z okrętem, które dawał interfejs neuronowy. Wszyscy sternicy Herosów musieli być wyszkoleni w użyciu interfejsu, przynajmniej na okrętach Sojuszu Ziemskiego. Chyba nie dotyczyło to Priminae, chociaż nie był tego pewien – nie odwiedził jeszcze ich okrętów.

Interfejs neuronowy pozwalał na połączenie między człowiekiem a maszyną wykraczające poza zwykłe układy sterowania. W myśliwcu dawał niewiarygodną precyzję manewrową, podobnie jak teraz na „Odyseuszu”.

Nowy system wykorzystywał jednak niezwykle potężne systemy komputerowe Priminae.

„Szkoda, że beznadziejnie programują”. Steph chrząknął lekko, krocząc korytarzem.

Priminae pod wieloma względami byli strasznie dziwni. Mieli dostęp do technologii, przy której ziemska wydawała się prymitywna, ale słabo rozumieli jej potencjał. Zaczęli go odkrywać dopiero, gdy do komputerów Priminae dorwali się ziemscy programiści.

Oczywiście najpierw musieli nauczyć się zasad kodu, co oznaczało, że w systemie operacyjnym nadal zdarzały się dziwne błędy, ale większość z nich na bieżąco naprawiano.

Rezultaty zapierały jednak dech w piersiach, szczególnie w przypadku pilota z interfejsem neuronowym. Komputer „Odyseusza” miał przepustowość, która potrafiłaby przeciążyć ludzki układ nerwowy – komputer jego myśliwca nie zrobiłby tego nawet w tysiąc lat. Oznaczało to, że gdy podłączał się do „Odyseusza”, Steph praktycznie stawał się okrętem. To uderzało do głowy, niemal uzależniało.

Czasami go to niepokoiło, ale stwierdził, że dopóki go to martwi, jeszcze nie jest z nim tak źle.

Przeszedł przez wielkie, otwarte grodzie oddzielające dużą salę gimnastyczną od reszty okrętu i zatrzymał się na chwilę, by zobaczyć, kto ją teraz zajmuje. Rozpoznał kilka twarzy, ale sporo nic mu nie mówiło.

„Odyseusz” nie miał tyle szczęścia co „Odyseja”, przynajmniej zgodnie ze szczególną definicją szczęścia. Od czasu doprowadzenia okrętu do gotowości w służbie Konfederacji przybyło na nim sporo nowych twarzy. Nie była to beznadziejna załoga, ale na pewno też i nie sama śmietanka jak w przypadku „Odysei”.

„Na pewno za dużo tu marines” – pomyślał Steph, uśmiechając się krzywo.

Często się sprzeczał w tej kwestii ze swoim dawnym mentorem, Erikiem. Eric sam służył kiedyś w Korpusie, więc nie bawiły go zbytnio żarty o trepach, którymi raczył go regularnie Steph. Stephanos w zasadzie nie należał do żadnego konkretnego rodzaju sił zbrojnych – podczas drugiej połowy konfliktu z Blokiem panowało w tej kwestii pewne zamieszanie. Wojna doszła do etapu, gdy naprędce stworzona Konfederacja Stanów Zjednoczonych, Kanady i Meksyku niezbyt przejmowała się, jaki – i czy w ogóle jakiś – nosiło się mundur, o ile ktoś był skłonny walczyć dla sprawy.

Gdy wojna dobiegła końca, jako członek eskadry Archaniołów Steph zdołał jakoś uniknąć oficjalnego wcielenia do konkretnej formacji, ponieważ wszystkie kłóciły się między sobą o to, do kogo mają należeć legendarni myśliwcy.

„A teraz stoję tu w czarnym mundurze floty. Jakże nisko upadłem” – Steph skrzywił się na tę myśl.

Trzeba jednak przyznać, że mundury floty były ładne – białe galowe na specjalne okazje i czarne jak kosmos ze złoto-srebrnymi wykończeniami na pozostałe. Dzięki bogom żadnych czapek. Steph uważnie śledził wszelkie propozycje i poważnie rozważał wysłanie pogróżek idiotom, którzy chcieli kazać im nosić czapki, berety, kapelusze albo innego rodzaju głupie nakrycia głowy.

„Mieszkamy i pracujemy w hermetycznych habitatach. Po jaką cholerę nam czapki?”

Zdjął czarną tunikę i rzucił ją na ławkę obok sprzętu do podnoszenia ciężarów. Przynajmniej tym razem zdrowy rozsądek wygrał z biurokratycznym koszmarem łańcucha dowodzenia. Może dawało to jakieś nadzieje na przyszłość?

Mimo wszystko powątpiewał w to.

– Stephane?

Z zamyślenia wyrwał go wysoki głos wymawiający jego imię ze szczególnym akcentem. Dochodził z lewej, ale nie musiał się obracać, aby rozpoznać, kto mówi.

– Milla – powiedział ciepło, jednocześnie zaczynając podnosić ciężary – nie wiedziałem, że dzisiaj tu jesteś.

– Takie są zasady – stwierdziła, stając naprzeciwko niego i lekko się uśmiechając. – We flocie kolonii nie mieliśmy ich zbyt wielu.

Steph skinął lekko głową, starając się nie zwracać uwagi na lekką warstwę potu, przez którą strój sportowy Milli przyklejał się do jej ciała. Ithan Priminae – co odpowiadało stopniowi porucznika – była drobną, smukłą kobietą, o wzroście niewiele ponad sto pięćdziesiąt centymetrów. Wyszła jednak cało z wielu niebezpiecznych sytuacji, więc Steph nie zamierzał jej lekceważyć.

– Witaj w ziemskiej flocie – powiedział z lekkim przekąsem, zaczynając serię rozpiętek. – Przemierzysz wszechświat, poznasz nowych, ciekawych ludzi…

– I ich zabijesz, tak? – spytała Milla z mieszaniną rozbawienia i niesmaku na twarzy. – Słyszałam już ten żart. Czy Terran naprawdę aż tak to bawi?

– Nie aż tak – odparł Steph. – Bardziej chodzi o czarny humor niż coś, z czego należy się śmiać. Dla większości ludzi to tylko podsumowanie natury rzeczy.

– Tylko większości?

– Niektórzy się śmieją, dla niektórych to nawet naprawdę zabawne – wyjaśnił Steph. – Ale większość z nich stanowią ludzie, którzy sami to przeżyli i… śmieją się sami z siebie. Kapitana to bawiło, ale był wtedy jednym z marines. Oni wszyscy mają nierówno pod sufitem. W przeciwnym razie wstąpiliby do floty albo lotnictwa.

Milla spojrzała na niego ze zdziwieniem, zdając sobie sprawę, że przynajmniej częściowo żartuje, ale nie będąc w stanie odgadnąć, co w tym stwierdzeniu ma być źródłem humoru. Westchnęła, a Stephen stwierdził, że trudno przezwyciężyć niektóre różnice kulturowe. Po raz kolejny pomyślał, że Priminae są naprawdę dziwni. Nawet ci z nich, którzy najlepiej dopasowali się do ziemskiego sposobu myślenia, pozostawali tak głęboko zanurzeni w zupełnie odmiennej kulturze, że bardzo trudno szła im komunikacja z Ziemianami.

W przypadku tych co bardziej odmiennych mentalnie od Ziemian porozumienie było prawie niemożliwe, choćby przy wsparciu wszystkich algorytmów tłumaczeniowych. Jeśli nawet używa tych samych znaczeniowo słów, nie oznacza to, że istnieją jakiekolwiek szanse na rozszyfrowanie sensu wypowiedzi.

Po prostu byli zbyt obcy.

„Chociaż może to przesada” – pomyślał Steph. Próbował rozmawiać tylko z nielicznymi Priminae – rozmowa zwykle po kilku słowach kończyła się impasem. Mimo wszystko nie byli to jednak oficerowie ich floty.

Zdał sobie sprawę, że czasami po prostu dziwnie się czuł, rozmawiając z obcymi.

Milla w końcu poradziła sobie jakoś ze swoim zmieszaniem – Steph uznał, że zapewne postanowiła je zignorować – i spojrzała na wyjście z sali.

– Myślisz, że wkrótce otrzymamy nową misję?

Steph niepewnie odwrócił głowę w jej stronę, kontynuując ćwiczenia.

– Nie wiem, pewnie tak. Okręty klasy Heros to świetna obrona dla Układu Słonecznego, ale jeszcze lepiej sprawdzą się, szukając reszty Drasinów i tych, którzy ich na nas nasłali. Jak rozumiem, niedługo będzie gotowa też nowa klasa okrętów: Włóczęgi.

– Tak, widziałam ich specyfikację – odparła Milla, marszcząc nos. – Małe jednostki, mniejsze nawet od „Odysei”.

– Tak, ale z lepszymi reaktorami i gotowe do walki – rzekł Steph. – Nie zrozum mnie źle, Milla, lubię te latające miasta jak to tutaj… ale nie dałoby się ich ukryć nawet przed ślepcem. Pamiętaj, że jedną z przewag „Odysei” było to, że trudno było ją wykryć.

Milla skinęła głową.

– Prawda. Ale wydają się tak małe.

Steph nie mógł się nie zgodzić. Niszczyciele klasy Włóczęga lepiej nadawały się do zadań eskortowych niż na okręty zwiadowcze, a właśnie tak zamierzano je wykorzystać. Niestety, obecnie było za mało zarówno jednostek, jak i ludzi do ich obsadzenia. Personel musiał się dwoić i troić, wykonując niekoniecznie te zadania, do których został wyszkolony.

– Tak czy siak, kapitan dzisiaj wraca na pokład – stwierdził Steph. – Sprawdziłem harmonogram. To oznacza, że albo czeka nas więcej testów, albo otrzymaliśmy misję.

– Mam nadzieję, że chodzi o misję – przyznała Milla.

– Nie mów tego zbyt głośno – mruknął Steph i odchrząknął. – Jeszcze cię coś usłyszy.

Milla przewróciła oczami.

– Co mogłoby mnie usłyszeć? Jesteśmy w kosmosie.

***

„Odyseusz” miał serce.

Głęboko pod białym, ceramicznym pancerzem zewnętrznym, pod siecią kompozytów kadłuba, serce okrętu nie tyle biło, co brzęczało, pulsując wielką energią. Sferyczny rdzeń, zawierający centralny organ, był obudowany pierwiastkami, które w naturze występowały jedynie we wnętrzach gwiazd o ogromnej grawitacji, a nawet tam trudno je było znaleźć.

Serce unosiło się w samym środku komory, nie zmieniając pozycji nawet o nanometr. Rdzeń, mający około stu metrów średnicy, sam w sobie wyglądał imponująco. Ale wygląd może mylić.

To było naprawdę wielkie serce.

Większe niż jego fizyczny rozmiar, większe niż zawierający je okręt. W spoczynku rdzeń ważyłby 1,35 raza tyle co Ziemia.

Zasilanie było proste. Wystarczyło wrzucić co popadnie do osobliwości, która zupełnie nie wybrzydzała. Chociażby kamienie – masa gwiezdna była bardziej wydajna, ale w zasadzie mogło to być cokolwiek.

Utrzymywana na granicy stabilności osobliwość przekształcała masę w promieniowanie. Ziemianie nazywali je promieniowaniem Hawkinga – nazwa używana przez Priminae była dla nich niewymawialna. Ostatecznie jednak rdzeń sprowadzał się do generatora wysoce intensywnego promieniowania.

Była to surowa energia, bez określonej częstotliwości czy struktury, co zwiększało wydajność układu akumulacji mocy.

Projektantów rdzenia zaszokowałoby – i zapewne wzburzyło – gdyby dowiedzieli się, że nie była to już do końca prawda.

Głęboko, bardzo głęboko w sercu „Odyseusza” zakwitł kwiat.

Rozdział 2

Okręt Sojuszu Ziemskiego „Odyseusz” Orbita Ziemi

– Kapitan na pokładzie!

– Spocznij – powiedział Eric, poprawiając mundur, do którego nie zdążył się jeszcze przyzwyczaić. – Status?

Wciąż czuł się obco na mostku, mimo że był na nim kilkanaście razy od czasu inwazji. Zatrzymał się przy stanowisku dowódczym i położył dłoń na ułożonej wokół niego konsoli. Znów pomyślał, że tęskni za ciasnymi korytarzami „Odysei”. Wiedział, że wszystko, co działo się przed inwazją, ogląda przez różowe okulary i trudno mu było zaufać własnej ocenie.

– Systemy w normie, kapitanie – oznajmiła wysoka blondynka, odwracając się do niego. – Wszystkie wskaźniki na zielono.

– Dziękuję, komandor Heath.

Miriam Heath była jego nowym pierwszym oficerem. Zastąpiła Jasona Robertsa, który został dowódcą „Bellerofonta”. Miriam miała ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i nordyckie rysy twarzy. Była nieco zbyt sztywna, ale Roberts też nie reprezentował typu luzaka.

– Sternik, proszę czekać na podanie kursu.

– Tak jest, kapitanie. Czekam na rozkazy – odpowiedziała sterniczka.

Miriam podeszła do Erica.

– Mamy nowe rozkazy, kapitanie?

– Owszem – potwierdził, kładąc na konsoli czip zbliżeniowy, który automatycznie połączył się z komputerem okrętowym. Czarna, gładka powierzchnia rozświetliła się. Szybkim ruchem palców wysłał odpowiedni plik sternikowi.

– Potwierdzam przyjęcie rozkazów. Etap pierwszy – lot do heliopauzy. Etap drugi – skok w przestrzeń Priminae. Etap trzeci – lot na orbitę Ranquil. Etap czwarty… – Porucznik Kinder zmarszczyła brwi. – Tajny i zablokowany. Sir?

– Ujawnię rozkazy, gdy opuścimy heliopauzę, poruczniku – odpowiedział Eric. – Wprowadzić jawną część kursu.

– Tak jest, kurs przyjęty. Korytarz czysty, mamy zgodę na start.

– Proszę wyprowadzić nas z orbity. Prędkość portowa.

– Tak jest, kapitanie. Dwie trzecie mocy silników rakietowych… i lecimy. Aktualna wysokość – sześćdziesiąt cztery kilometry nad poziomem morza i rośnie. Druga prędkość kosmiczna za trzy minuty, kapitanie.

– Dobrze. Poruczniku, proszę poprosić komandora Michaelsa o zgłoszenie się na mostek. Chcę wiedzieć, kiedy możemy uruchomić napęd falowy.

– Tak jest.

Eric odwrócił się do czekającej na wyjaśnienia Miriam.

– Mamy skontaktować się z Priminae. Taka standardowa wizyta, niech wiedzą, że patrolujemy okolicę.

– A zastrzeżona część?

– Wkrótce się pani dowie – zapewnił ją Eric. Po chwili uśmiechnął się. – Proszę się nie martwić. Myślę, że rozkazy się pani spodobają.

***

Steph wciąż poprawiał tunikę mundurową, gdy przekroczył próg i wszedł na mostek. „Odyseusz” nie wibrował jak „Odyseja”. Potężny napęd falowy „Odyseusza” przyspieszał każdy atom w polu swojego oddziaływania w dokładnie tym samym kierunku, w dokładnie tym samym czasie, inaczej niż wcześniejszy, chemiczny napęd używany przez „Odyseję”. Mimo wszystko Steph przysiągłby, że ma lekkie poczucie ruchu.

Inżynierowie powtarzali mu, że nie ma możliwości, aby mógł coś poczuć. Okręt po prostu nie poruszał się w klasycznym sensie. Każdy element konstrukcji, każda cząsteczka przemieszczały się naprzód dokładnie w tym samym momencie. Ale w końcu się zamknęli, gdy Steph wygrał w zakładach w tej kwestii tyle drinków, że zabiłyby pluton marines. Gdy tylko uruchamiano system, wiedział to, niezależnie od tego, gdzie na okręcie się znajdował. Nikt nie miał pojęcia, jak to się działo, ale Steph nie przejmował się tym zbytnio.

Wchodząc na mostek, wiedział więc, że „Odyseusz” jest w ruchu. Nie spojrzał nawet na stanowisko kapitana, ale ruszył bezpośrednio w stronę steru.

– Komandorze – powiedziała porucznik Kinder, odstępując od konsoli.

– Poruczniku, przejmuję ster – powiedział Steph, zajmując jej miejsce.

– Tak jest.

Stanął przy dodatkowym stanowisku sterowniczym, zamiast rozsiąść się w fotelu przy konsoli głównej, jako że chwilowo wolał postać, a na razie mało prawdopodobne było, aby musiał wykonywać bardziej precyzyjne manewry. Kurs został wprowadzony i okręt prawidłowo nim podążał, co oznaczało, że Steph nie miał wiele do roboty, poza standardowym przeglądem systemów, który wykonywał zawsze, gdy przejmował ster. Poza tym obejrzał wprowadzony kurs – lubił wiedzieć, gdzie właściwie leci.

„Ranquil. Żadnych niespodzianek”.

Stwierdził, że najwyższy czas tam zajrzeć, choć wątpił, aby ktoś na planecie Priminae szczególnie narzekał na ich nieobecność. Zważywszy na zamieszanie po tym, jak zagrożenie ze strony Drasinów minęło (przynajmniej na razie), byli pewnie tak samo zdezorientowani, jak ziemskie rządy. I trzeba przyznać, że mieli ku temu więcej powodów.

Choć samo Ranquil nie ucierpiało szczególnie na skutek działań Drasinów, mimo że przynajmniej dwukrotnie było celem ataku, planeta stanowiła centrum dowodzenia dla kilkunastu kolonii, z których kilka zniszczono w początkowych stadiach wojny. Z tego, co wiedział Michaels, nikt z Ziemi nie miał zbyt wielu kontaktów z cywilnymi władzami Priminae, choć jeśli przypominali chociaż trochę swoich ziemskich odpowiedników… Cóż, zapewne mieli tam teraz niezły bałagan i szybko go nie posprzątają.

– Wszystko się zgadza, poruczniku – powiedział głośno. – Może pani odejść.

– Tak jest, komandorze.

Steph obrócił się lekko, spoglądając w stronę kapitana rozmawiającego cicho z nowym pierwszym oficerem. Nie miał zbyt wielu kontaktów z Miriam, odkąd dołączyła do załogi, ale krążyły słuchy, że była nieco sztywna. Nie chciał wiedzieć, czy można być bardziej sztywnym niż Roberts. Były ranger armii USA może nie cierpiał na kliniczny przypadek zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, ale skupiał się na detalach w stopniu, do którego Steph zbliżał się tylko wówczas, gdy robił przegląd swojego Archanioła.

Eric spojrzał w jego stronę, a Steph w odpowiedzi skinął głową, po czym wrócił do pracy. Porozmawia z przyjacielem później, gdy obaj będą mieli więcej czasu.

Imperialny krążownik „Piar Cohn” Przestrzeń Imperium

Kapitan Aymes rozejrzał się, podziwiając lśniący metal pokładu. „Piar Cohn” był gotów do służby, a Aymes otrzymał już rozkazy od Dowództwa Imperium.

„Lepiej być nie może”.

– Sternik, możemy opuścić dok.

– Mamy pozwolenie na odlot. Uruchamiam silniki – potwierdził sternik. – Wygląda czysto. Opuszczamy dok.

Wielki okręt zaczął lot bez żadnego dźwięku. Wszelkie, nawet nanometrowe wibracje absorbował rdzeń „Cohna”, ale Aymes i tak w jakiś sposób odczuwał jego ruch. Nie wszyscy to potrafili, ale on był jednym z niewielu, którzy czuli ruch w przestrzeni kosmicznej nawet na pokładzie jednego z największych okrętów we Flocie Imperium.

Poza metalowym pancerzem „Cohna” ogromna struktura doku wydawała się odlatywać w miarę, jak silniki okrętu powoli wynosiły go w przestrzeń.

Kilka minut później sternik potwierdził odlot.

– Opuściliśmy dok, kapitanie.

– Bardzo dobrze. Masz pozwolenie na wylot ze studni grawitacyjnej gwiazdy. Przesyłam kurs – powiedział Aymes, przyciskając kilka razy panel kontrolny, odblokowując rozkazy i wysyłając je do sternika i nawigatora.

– Przyjmuję pozwolenie – odparł sternik, a po chwili dodał: – Kurs wprowadzony. Czy mam pozwolenie na uruchomienie głównego napędu?

– Nie. Do czasu opuszczenia orbity napęd impulsowy.

Aymes sam wolałby pominąć długą, niekończącą się wspinaczkę poza kontrolę lokalnej planety, ale byli w Doku Imperialnym, nie na orbicie jakiejś prowincjonalnej planety pod zarządem Imperium. Nie chciał, żeby jakiś rozpuszczony książę zażądał jego głowy za to, że napęd grawitacyjny uszkodził stację przekaźnikową nadającą jego ulubiony program rozrywkowy.

– Przyjąłem. Kapitanie, do otwartej przestrzeni dolecimy w ciągu… trzydziestu cykli.

– Dobrze. Przejdź na główny napęd, gdy tylko opuścimy przestrzeń planetarną.

– Przyjąłem, pozwolenie na napęd główny poza orbitą ostatniej planety. Tak, kapitanie.

– Pierwszy – powiedział Aymes – przejmujesz mostek.

***

Aymes wszedł do swojej prywatnej kajuty, zablokował dostęp do niej z pokładu dowodzenia w sytuacjach innych niż awaryjne i zasiadł za biurkiem. Jego rozkazy były dość proste. „Cohn” miał wykonać zwiad na terytorium potencjalnej ekspansji Imperium.

Mimo wszystko było w nich coś nie do końca jasnego i nieco niepokojącego. W rejonie, do którego go wysyłano, rzekomo niedawno odparto imperialną ekspedycję, która miała go spacyfikować, lecz Aymes nie przypominał sobie, aby flota straciła w ostatnim czasie jakieś jednostki. Na pewno nie w żadnej wartej wzmianki potyczce. Oczywiście tego rodzaju dane rzadko trafiały do ogółu obywateli Imperium, ale zazwyczaj oficerowie floty byli o nich informowani – chociażby za pośrednictwem plotek.

Aymes musiał sprawdzić w zbiorze danych, kiedy ostatnio Imperium zostało pokonane tam, gdzie planowało ekspansję. Incydent ten miał miejsce trzy stulecia wcześniej i spowodował stratę osiemdziesięciu dziewięciu ciężkich krążowników, dwustu niszczycieli oraz sporej liczby okrętów wsparcia.

Nie wiedział, co działo się w tym ramieniu Galaktyki, ale było dość jasne, że nie powiedziano mu wszystkiego…

Nie żeby oczekiwał czegokolwiek innego.

Aymes i jego załoga służyli dobru rodziny cesarskiej i samej cesarzowej. Jeśli władcy uznali, że należy ocenzurować przekazane mu informacje, to kim był, żeby podważać ich decyzje i kwestionować autorytet?

„Lepiej po drodze przeprowadzić nieco ćwiczeń bojowych. Załoganci są najlepsi w swoim fachu, ale trochę praktyki oszczędzi im później oddychania próżnią”.

Okręt Sojuszu Ziemskiego „Odyseusz” Układ Słoneczny Kurs przez dawną orbitę Marsa

– Działo numer trzy na bakburcie – powiedział Eric. – Piętnaście stopni w górę, salwa honorowa.

– Salwa honorowa, piętnaście stopni, przyjąłem.

Eric wygłosił komunikat dla całego okrętu:

– Uwaga, załoga. Właśnie przelatujemy przez orbitę Marsa. Proszę was o minutę ciszy ku upamiętnieniu poniesionych tu przez nas strat i tego, co niemal stało się też z Ziemią. Podczas przelotu „Odyseusz” wystrzeli pojedynczą salwę. Jeśli chcecie pomodlić się za poległych, zróbcie to teraz.

Skinął na Millę Chans, stojącą przy konsoli taktycznej.

– Poruczniku, proszę wystrzelić.

– Tak, capitaine – powiedziała cicho. – Strzelam za dwadzieścia sekund.

Na mostku wielkiego okrętu przelatującego przez orbitę dawnej Czerwonej Planety, teraz będącej splątaną masą dronów Drasinów, panowało milczenie. Za kilka milionów lat Układ Słoneczny będzie miał po prostu drugi pas asteroid, ale Eric uznał, że na razie pozostałości Marsa będą pomnikiem przypominającym o niebezpieczeństwach wszechświata i o złowrogich siłach czyhających w mroku.

– Salwa wystrzelona – oznajmiła Milla, gdy odpaliło działo numer trzy.

Tachionowe działo tranzycyjne było główną bronią „Odyseusza”. Wystrzeliwało z natychmiastową maksymalną prędkością pociski nuklearne o mocy wielu megaton lub gigaton w cele znajdujące się w zasięgu kilku minut świetlnych. Na ekranie, tuż nad nierówną linią wyznaczającą wciąż horyzont Czerwonej Planety, widać było niewielką eksplozję.

Przez chwilę nad kawałkiem zniszczonego świata rozbłysnął wschód słońca.

Eric pozwolił ciszy wybrzmieć jeszcze przez chwilę. Zanim przemówił, wziął głęboki oddech.

– Ster, kurs na heliopauzę. Pełna moc silników falowych.

– Tak jest, kapitanie – potwierdził Steph, zatwierdzając wprowadzone już wcześniej polecenie. – Pełna moc silników falowych. Kurs na heliopauzę objęty. Dotrzemy za osiem godzin, sir.

– Dziękuję. – Eric skinął głową.

Osiem godzin stanowiło tylko ułamek tego, ile dawniej zajmowała podróż. Napęd falowy pozbawił ludzi wielu problemów związanych z napędem „Odysei”, w tym tych związanych z efektami relatywistycznymi. „Odyseusz” siedział sobie wygodnie wewnątrz zakrzywionego fragmentu czasoprzestrzeni i po prostu surfował po falach, a wewnątrz niego obowiązywała stabilność wymiarów.

Od wszystkich tych wyliczeń Erica bolała głowa, mimo że wcale nie był nogą z matematyki. Tak czy inaczej, oznaczało to, że dysponowali dużo szybszym silnikiem, z którym mieli o wiele mniej problemów niż z silnikami „Odysei”. Nie był to nawet system obcej konstrukcji, na takie rozwiązanie ludzie wpadli niezależnie od Priminae, zanim jeszcze ci zaoferowali się, że zbudują nowe okręty dla Ziemi.

Chińscy naukowcy z Bloku Wschodniego sami skonstruowali nieco mniej zaawansowaną wersję takiego silnika. Dlatego też wielu oficerów służących w maszynowni „Odyseusza” pochodziło z Chin lub innych krajów sprzymierzonych z Blokiem.

Kapitan musiał przyznać, że trochę mu zajmie przyzwyczajenie się do tego.

Spędził zbyt wiele lat, spoglądając na oficerów Bloku przez przysłowiową, a czasami przez dosłowną muszkę karabinu.

„Może robię się na to wszystko za stary” – pomyślał.

Czasy się zmieniały. Taka brzmiała podstawowa zasada rządząca wszechświatem, ale elastyczność ludzkiej mentalności była jednak ograniczona.

– Komandorze, proszę przejąć dowodzenie – powiedział, wstając od stanowiska. – Będę… na pokładzie startowym.

– Tak jest, przejmuję dowodzenie – potwierdziła Miriam, zajmując jego miejsce.

***

– Marines! W lewo zwrot! – wrzasnął sierżant na obracające się szeregi. – Naprzód MARSZ!

Eric patrzył, jak marines odmaszerowują, skończywszy własną ceremonię upamiętniającą poległych na Marsie. Chciałby być z nimi od początku, ale gdy w użyciu była broń atomowa, kapitan musiał dowodzić okrętem podczas kluczowych manewrów.