Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Odyssey One: Rozgrywka w ciemno ebook

Evan Currie

4.11111111111111 (18)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 600 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Odyssey One: Rozgrywka w ciemno - Evan Currie

Korzystając z najnowszej technologii, umożliwiającej podróże międzygwiezdne, okręt badawczy „Odyseja” wyrusza w dziewiczy rejs. Lecz kosmos nie jest tak pusty, jak może się wydawać z perspektywy naszej planety. „Odyseja” trafia prosto w środek konfliktu między dwoma rasami. Załoga okrętu staje w obliczu śmiertelnie groźnego, bardzo potężnego i znakomicie wyposażonego przeciwnika. Dysponuje o wiele mniej zaawansowaną technologią, lecz musi sobie radzić za pomocą tego, co posiada. Ale czy podoła wyzwaniu? I jakie będą konsekwencje poczynań Ziemian? Czy odwaga, poświęcenie i ludzka inteligencja są w stanie zniwelować dystans cywilizacyjny?

 

Lasery, torpedy impulsowe, ataki i uniki, gonitwy myśliwców, krwawe starcia na powierzchni planety… Akty odwagi i poświęcenia. Wszystko to znajdziesz w pierwszej części cyklu stworzonego przez Evana Currie. Autor w doskonały, wręcz magnetyzujący sposób przedstawia dokładnie przemyślane uniwersum i świetnie prowadzi akcję, sprawiając, że trudno oderwać się od książki, a po zakończeniu ma się ochotę na więcej… i jeszcze więcej.

Opinie o ebooku Odyssey One: Rozgrywka w ciemno - Evan Currie

Cytaty z ebooka Odyssey One: Rozgrywka w ciemno - Evan Currie

Podobnie jak inni piloci, Stephanos musiał wiedzieć o swojej maszynie niemal tyle samo, co ludzie, którzy ją zaprojektowali. Wiedza, który wihajster trzeba wsadzić w którą dziurę, uratowała życie niejednemu pilotowi.
teraz, zastanawiała się, podczas gdy Savoy wpisywał kod na klawiaturze. Niespodziewane właz się otworzył, wystawiając wnętrze wahadłowca na działanie kosmicznej próżni. Milla poczuła, jak wybuchowa dekompresja usiłuje wyciągnąć jej ukrytą w pancerzu postać w otchłań kosmosu. Ścisnęła mocniej poręcz. – Czyście oszaleli?! – spytała zaskoczona. W tac-necie usłyszała kilka wybuchów śmiechu. – Oszaleli? Nie, my tylko jesteśmy walnięci. – Gorzej, proszę pani. My jesteśmy specjalsi.
A kapitan właśnie zapoczątkował cholernie potężną tradycję – zakładając rzecz jasna, że ktokolwiek przeżyje, żeby przekazać ją dalej. „Takie jest nasze zadanie”. Wypowiedziane do obcego admirała przez ziemskiego kapitana broniącego świata, który nie był jego światem. Reszta floty i wszyscy, którzy przyjdą po nich, będą musieli pozostać wierni potężnej tradycji.

Fragment ebooka Odyssey One: Rozgrywka w ciemno - Evan Currie

EVAN CURRIE

ODYSSEY ONE

ROZGRYWKA W CIEMNO

Przekład Michał Studniarek

Warszawa 2013

Tytuł oryginału: Into the Black: Odyssey One

Text copyright © 2012 Evan Currie

All rights reserved.

Originally published in the United States by Amazon Publishing, 2012.

This edition made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing.

Projekt okładki: Agencja Ilustratorsko-Reklamowa MOTOKO

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: PRESS POINT Ewa Jurecka

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN: 978-83-64030-17-8

Rozdział 1

Kiedy myśliwiec opuścił atmosferę, Eric Weston pstryknął kilka przełączników, aby zamknąć wlot ponaddźwiękowego scramjeta i otworzyć przepływ tlenu pod ciśnieniem do podwójnych silników. Strumień powietrza nie opływał już kadłuba, więc pilot ustawił dziób maszyny w dół i skierował się na orbitę geosynchroniczną. Jakby od niechcenia obrócił myśliwiec i przez chwilę przez szkło kokpitu podziwiał doskonale widoczną w dole krzywiznę Ziemi.

„Stąd wszystko wygląda znacznie przyjemniej. Tak spokojnie w porównaniu z tym, co widziałem. Japonia, Kalifornia, Hong Kong… Żadne z tych miejsc nie wygląda jak pole bitwy, na którym walczyłem” – pomyślał Weston, wracając pamięcią do pierwszych starć, jakie stoczył podczas trzeciej wojny światowej. Kiedy się rozpoczęła, jego kompania stanowiła jeden z pierwszych celów wojsk Bloku. Dzięki ostrzeżeniu, które wysłała im z kilkuminutowym wyprzedzeniem obrona wybrzeża, Weston zorganizował innych pilotów i poderwał prototypy z ziemi, by uratować je przed bombowcami.

Nie były uzbrojone, więc mogli tylko patrzeć, jak ciężka broń przeciwnika niszczy budynki i zabija prawie wszystkich, których uważał za kolegów i przyjaciół. Po tym wydarzeniu Weston nie mógł nawet pomyśleć o jakimkolwiek unikaniu walki.

Zamiast przypominać sobie, jak to się wszystko zaczęło, odwrócił maszynę z powrotem, aby przyjrzeć się dobrze miejscu, do którego leciał.

W punkcie Lagrange’a cztery unosił się – niczym strażnik planety – jego cel, okręt Konfederacji Północnoamerykańskiej „Odyseja”. Trwał zawieszony, spokojnie czekając na swego kapitana, który zmierzał ku niemu kursem przechwytującym.

Naprawdę wyglądał jak stary okręt żaglowy. Kilka chwil później Weston musiał jednak przyznać, że zapewne nie zauważyłby podobieństwa, gdyby projektanci okrętu sami go ciągle nie podkreślali.

Habitaty „Odysei” miały walcowaty kształt i za kadłub żaglowca mógłby je uznać tylko ktoś obdarzony doprawdy niezwykłą wyobraźnią. Jednak reszta była łatwiejsza do pojęcia. Długi kil, mający wyznaczać „dół” okrętu, był tak naprawdę zamkniętym lądowiskiem, na który miały trafiać wahadłowce i myśliwce. Z kolei „górę” wyznaczały przypominające maszty sensory. Przedział silnika wyglądał jak rufa starej fregaty, a dziób stanowiła mierząca kilkadziesiąt metrów antena.

– Mostek „Odysei” do Archanioła Zero Jeden, zmień wektor na zero-dwa-cztery przecinek trzy. Możesz lądować na pokładzie drugim – powiedział głos w jego słuchawkach indukcyjnych; brzmiał wyraźniej, niż gdyby ta osoba siedziała z nim w kokpicie.

Weston potwierdził odbiór i ustawił nowe koordynaty.

Nie minęło wiele czasu, kiedy w radio odezwał się oficer naprowadzający.

– Archanioł Zero Jeden, widzę cię – zatrzeszczał głos w słuchawkach; sygnał był zakłócony przez wzajemne nakładanie się pól antymasowych (AM) otaczających zarówno myśliwiec, jak i okręt. – Kieruj się na światła naprowadzające.

– Roger1. Widzę je.

– Potwierdzam. Podejście czyste, pas również. Możesz lądować.

Weston poprowadził wysmukłego Archanioła Zero Jeden w stronę „Odysei”, równolegle do dziobu w stronę zamkniętego pokładu mieszczącego się w masywnym kilu jednostki. Przednia część pokładu była otwarta, co pozwalało myśliwcom i wahadłowcom wlatywać z dużą prędkością, zaś ciężkie mocowania z boku umożliwiały bardziej precyzyjne dokowanie. Kiedy rozgwieżdżony kosmos przysłoniło ogromne lądowisko, Weston poczuł, że włosy na rękach i karku stają mu dęba. Znał to uczucie, wiedział, że załoga chwyciła go pułapką, potężnym polem antygrawitacji, gwałtownie zmniejszającym prędkość myśliwca, dzięki któremu pilot nie odczuwał skutków hamowania.

Kilka minut później myśliwiec zatrzymał się, a Weston odzyskał nad nim kontrolę, ostrożnie wprowadził go na jedną z umieszczonych na pokładzie platform. Kiedy znalazł się w jednym z ośmiu hangarów wbudowanych w kil „Odysei”, zmniejszył moc silników i sprawdził ciśnienie na zewnątrz. Wyrównał ciśnienie wewnątrz maszyny i pchnął owiewkę. Odpiął pasy i odepchnąwszy się lekko, wypłynął na zewnątrz.

Dryfując w stronę sufitu, Weston usłyszał donośny szczęk magnetycznych butów i spojrzał w górę – albo raczej w dół, na podłogę.

– Cześć, komando… ups, panie kapitanie! – Wesoły głos poniósł się echem po hangarze, a jego właściciel podskoczył, zrobił ładnego koziołka i podleciał do miejsca, gdzie Weston stanął magnetycznymi butami na metalowej podłodze.

Stephen „Stephanos” Michaels był jego skrzydłowym w eskadrze Archaniołów, a raczej był nim, zanim Weston oficjalnie objął dowodzenie „Odysei”. Podczas wojny kapitan, Stephanos i garstka pozostałych byli jedynymi pilotami zdolnymi do latania na wyspecjalizowanych myśliwcach typu Archanioł, jedynej maszynie przewagi powietrznej zdolnej dotrzymać pola nowoczesnym myśliwcom Bloku. Po trzech latach dowodzenia Archaniołami i zakończeniu wojny Weston przyjął awans z nadzieją, że znajdzie miejsce, w którym będzie mógł zacząć od nowa i które nie będzie pełne wspomnień. Dlatego wybrał Stephanosa na swojego następcę w eskadrze.

Stephanos nie zmienił się zbytnio. Mierzył nieco ponad metr osiemdziesiąt, miał zdecydowanie nieregulaminową fryzurę i przyjazny wygląd, który pasował do niego idealnie i przydawał się w klubach, gdzie zwykł zaglądać po służbie. Weston wiedział, że Michaels czekał od lat na przejęcie dowództwa nad Archaniołami, a teraz wydawał się z tego bardzo zadowolony.

– Hej, Steph. – Weston zdjął hełm, witając przyjaciela. – Jak się urządziliście?

– Nie mamy powodów do narzekań. – Stephanos lekko wzruszył ramionami.

Weston roześmiał się.

– Dobra. To znaczy, że macie powody, ale nikogo to nie obchodzi.

Stephanos zachichotał w odpowiedzi i obaj udali się na drugi koniec hangaru, rozmawiając o okręcie i misji. Przeszli przez niewielkie drzwi, które zaprowadziły ich do wewnętrznej windy. Kiedy znaleźli się wewnątrz kapsuły przewożącej załogę „Odysei”, Weston kazał windzie zawieźć ich do centrum dowodzenia, umieszczonego w przedniej części walcowatego habitatu.

Weston czekał, spoglądając na młodego przyjaciela, zauważając, że od czasu do czasu wierci się on nerwowo. Rozumiał, że jego skrzydłowy miał prawo się denerwować. Latali razem od chwili powstania Archaniołów, przez osiem lat, podczas najbardziej zażartych bitew powietrznych w dziejach ludzkości.

Poza tym Weston nie mógł go winić, sam też znajdował się na skraju wytrzymałości. „Odyseja” była pierwszą jednostką wyposażoną w nowy system napędu międzywymiarowego. Podobno pozwalał on na przemieszczanie się z prędkością większą od prędkości światła, a ponieważ Weston był już wcześniej znany jako dowódca Archaniołów, znalazł się na krótkiej liście osób, które mogły nią dowodzić.

Kapsuła windy zatrzymała się, a następnie podjęła ruch, żeby dopasować się do prędkości obrotu habitatu. Po chwili otworzył się właz.

Przeszli korytarzami w stronę centrum dowodzenia „Odysei”, dużej sali o zakrzywionej posadzce i takim też suficie. Panował tu spory ruch, dwie pełne obsady sprawdzały po raz kolejny obwody, doglądając wszystkich systemów przed wyruszeniem w dziewiczy rejs. Na mostku podszedł do nich wysoki, czarnoskóry mężczyzna w mundurze dowódcy. Był szeroki w ramionach i wyższy od Stephanosa o prawie dziesięć centymetrów, a kiedy szedł, wprawiał w drżenie metalowe płyty pokładu. Westonowi skojarzył się ze zbliżającym się Goliatem i kapitan przelotnie zastanowił się, czy zapakował procę.

– Komandorze Michaels. – Olbrzym skinął lekko głową Stephanosowi, po czym zwrócił się do Westona: – Witamy na pokładzie „Odysei”, kapitanie. Jestem komandor Jason Roberts, pański pierwszy oficer.

– Komandorze. – Weston rozejrzał się po sali.

– Przepraszam, panie kapitanie? Nie mam zamiaru się wtrącać i narzucać niczego, ale może zechciałby pan się przebrać?

Weston znieruchomiał, popatrzył na swój znoszony kombinezon pilota oraz trzymany pod pachą hełm i uśmiechnął się.

– Nie do końca wyglądam jak kapitan dumy naszej floty, prawda? Przekażmy teraz kody dowodzenia, a za godzinę wrócę przed kamery w oficjalnej bieli.

– Tak jest, sir.

Roberts podszedł do fotela kapitana i przycisnął kciuk do skanera, zachęcając gestem Westona, aby zrobił to samo. Kiedy linie papilarne zostały zeskanowane, zapaliły się dwa światła i komputer zakomunikował:

– Transfer kodów rozpoczęty. Proszę o potwierdzenie tożsamości i zamiaru uruchomienia protokołu transferu.

– Zidentyfikowany komandor Roberts Jason, NACS „Odyseja”. Przekazanie uprawnień dostępu kapitanowi Ericowi Westonowi.

– Potwierdzone. Kapitanie Weston, proszę dokonać identyfikacji i potwierdzenia.

– Zidentyfikowany kapitan Weston Eric, NACS „Odyseja”. Proszę potwierdzić dostęp do transferu.

– Wszystkie prawa dostępu zostały przekazane. Witamy na pokładzie, kapitanie.

Weston oderwał kciuk od skanera i rzucił okiem na Stephanosa, który wyglądał, jakby miał zaraz odpłynąć – i to mimo sztucznej grawitacji.

– Zatem, komandorze, Archanioły są pańskie. – Weston odczekał trochę, pozwalając Stephanosowi na chwilę dumy, po czym ciągnął dalej: – Na jutro oczekuję pełnego raportu na temat stanu eskadry – broń, dane o lotach i harmonogram.

Uśmiech Stephanosa nieco zbladł, prawdopodobnie na myśl o papierkowej robocie, którą właśnie odziedziczył. Weston chciał mrugnąć znacząco, ale wtedy przypomniał sobie, że na niego też czeka większa niż wcześniej ilość papierów.

Steph doszedł do siebie, zasalutował z uśmiechem, po czym obrócił się na pięcie i odmaszerował do nowych zadań.

– Będę w swojej kajucie, przygotowując się do ceremonii, komandorze – powiedział Weston, a potem także się oddalił.

Zjechał dwa pokłady niżej do kwater oficerskich, znajdując swoją kajutę dopiero po kilku zakrętach w niewłaściwą stronę. Zdjął kombinezon, odrywając podszewkę od skóry, i wrzucił go do wbudowanego w ścianę kosza na brudne rzeczy. Kilka minut później był już pod prysznicem, zmywając z ciała i włosów resztki kombinezonu.

Po prysznicu, który trwał stanowczo zbyt krótko, Weston zajrzał do szafy. Okazało się, że wszystkie rzeczy dotarły na pokład jeszcze przed nim i zostały idealnie porozkładane.

„Domyślam się, że dowodzenie mimo wszystko ma też pewne zalety”.

Wyciągnął biały mundur i rozłożył go na łóżku. Czterdzieści pięć minut po tym, jak wszedł do kajuty, wyszedł z niej całkiem odmieniony. Udał się na mostek „Odysei”.

* * *

Wahadłowiec zatrzymał się i zadrżał, kiedy duże pylony ustabilizowały deltoidalny pojazd w panującej w hangarze nieważkości. Minęło kilka minut, w czasie których maszynę zabezpieczano. Winda była już przygotowana, pasażerowie podlecieli do niej, opadli na stalową płytę i uruchomili buty magnetyczne. W powietrzu rozległy się głośne uderzenia, kiedy opadali na podłogę.

Maszyneria zaszumiała, winda zaczęła opadać, aż zetknęła się z pokładem wielkiego okrętu matki, a pasażerowie popatrzyli na dwóch uzbrojonych strażników. Porucznik Sean Bermont, były członek Kanadyjskich Połączonych Sił Operacyjnych 2, jako pierwszy podszedł i wręczył swój dokument stojącemu na straży marine.

– Porucznik Bermont, mam dołączyć do załogi – powiedział.

Strażnik patrzył na niego przez chwilę, ale nie interesowały go rozkazy i numery identyfikacyjne, jego wzrok przesunął się dalej, na nieśmiertelniki porucznika.

Informacja nadeszła wraz z kontrasygnowanym kwitem bezpieczeństwa z komputera pokładowego, a marine odznaczył przybycie oficera na liście.

– Bardzo dobrze, sir. Winda na pokłady mieszkalne znajduje się dwadzieścia metrów za panem. Powinien pan spotkać się z zastępcą dowódcy, kiedy tylko się pan zakwateruje.

Bermont skinął głową, obrócił na pięcie najsprawniej, jak tylko mógł w warunkach nieważkości, i poszedł w stronę windy.

* * *

Weston wyszedł z kajuty, obawiając się konferencji prasowej. Kiedy komandor Roberts spotkał się z nim przy wejściu na mostek, Eric skinął głową jemu i wszystkim w pomieszczeniu, po czym zwrócił się do swojego nowego zastępcy.

– Komandorze, sądzę, że powinniśmy załatwić oficjalne ceremonie najszybciej, jak to tylko możliwe. Mamy przed sobą misję – powiedział, chcąc jak naprędzej zacząć dowodzić. Choć z racji funkcji grał dla mediów, nie musiało mu się to podobać.

– Tak jest. Skontaktuję się z panią admirał, ustawimy transmisję.

Weston obszedł fotel dowódcy i powoli w nim zasiadł.

„O, jest wygodniejszy niż ten w moim myśliwcu. A jednak… wydaje się jakiś nie taki”. Pokręcił się trochę, zapoznając z ekranami dostępnymi pod dotknięciem palców, sprawdzając zabezpieczenia. Wreszcie dał sobie spokój z udawaniem, że jest mu wygodnie, i skupił się na pracy.

Przebiegł wzrokiem po wielkiej liczbie raportów z różnych miejsc na okręcie, zauważając, że zaledwie kilka pochodzi ze stanowisk taktycznych, związanych z systemami obronnymi. Dostępne były diagnozy wewnętrzne, ale brakowało praktycznych wyliczeń, wszystko było czysto teoretyczne. Kiedy Roberts wrócił, Weston dalej sprawdzał systemy obronne.

– Kapitanie, admirał oczekuje w sali konferencyjnej.

– Dobrze – powiedział Weston – miejmy to już za sobą.

Roberts i Weston zeszli z mostka, pojechali windą na jeden z zewnętrznych pokładów i weszli do sali konferencyjnej. Czekała tam admirał Gracen w otoczeniu adiutantów oraz kilku przedstawicieli krajowych i zagranicznych mediów, którzy skierowali kamery na wchodzącego Westona.

Admirał była uderzająco piękną kobietą, jedną z tych, które wiedziały, jak manipulować grupą przy pomocy wyniosłego, arystokratycznego sposobu bycia, czego dowiodła, delikatnie skupiając uwagę dziennikarzy na kapitanie.

– Ach, kapitan Weston. Proszę wejść – powiedziała. – Jestem pewna, że z niecierpliwością czeka pan na objęcie dowództwa.

– Zgadza się, pani admirał. – Weston starał się jak mógł, aby przybrać profesjonalny wyraz twarzy, uśmiechając się beznamiętnie w stronę kamer. – Chętnie sprawdzę nowe systemy.

– Świetnie. Świetnie. Zatem miejmy to za sobą. Czy wszyscy są gotowi?

Kiedy uzyskała potwierdzenie, nacisnęła jakiś guzik i światło przygasło. Weston wiedział, że systemy nagrywające okrętu zostały właśnie uruchomione, aby uwiecznić moment przekazania na potrzeby wojskowych archiwów.

Admirał nachyliła się i z pudełka obok swojego fotela wyciągnęła małą, złotą plakietkę.

– Ericu Westonie, były dowódco grupy Archanioł, został pan awansowany na stopień kapitana NACS „Odyseja” ze wszelkimi wynikającymi z tego faktu przywilejami i obowiązkami.

Kamery warczały, robiąc zbliżenie dłoni admirał, która umieściła złoty pasek na jego lewym ramieniu i cofnęła się. Wyciągnęła rękę do Westona i mocno ją uścisnęła.

– Gratuluję, panie kapitanie.

– Dziękuję, pani admirał. A teraz, jeśli mógłbym…

– To nie takie proste, panie kapitanie. Jest pan tu gościem honorowym, musimy przestrzegać protokołu.

Weston westchnął, uświadomiwszy sobie, że mimo wszystko nie zdoła uciec. Resztę wieczoru spędził na poznawaniu różnych dygnitarzy i przedstawicieli mediów. Konferencja prasowa minęła błyskawicznie: prawie połowę pytań skierowanych do niego dało się skwitować standardowym „bez komentarza”, wyrażonym oczywiście bardziej kwiecistym językiem, a potem udali się na przyjęcie, podczas którego miał dziwne sensacje w żołądku, podobne do tych, jakich doświadczył kiedyś podczas wojny, po wykonaniu trzech misji pod rząd.

Starał się z całych sił nie pokazywać po sobie, jak szybko chce stąd uciec, i mówił to, czego od niego oczekiwano. Jedzenie było dobre, nawet jeśli rozmowa nieco kulała, ale miał kłopot z unikaniem jednej z dziennikarek.

– Kapitanie Weston! Przepraszam!

Weston odwrócił się, wiedząc, do kogo należy głos, ale jednak był zaskoczony, kiedy kobieta pojawiła się tuż obok.

– Panno Lynn, miło widzieć panią ponownie.

Na jej twarzy pojawił się uśmieszek.

– Z pewnością, panie kapitanie. Wciąż mam do pana kilka pytań.

– Panno Lynn, już odpowiedziałem na pani pytania najpełniej, jak tylko mogłem. Jestem pewien, że pani rozumie, iż wiele informacji o misji „Odysei” i jej załodze pozostaje tajnych.

Kobieta spojrzała na Westona znacząco, a wyraz jej twarzy wyraźnie mówił, na ile wierzy, a raczej na ile nie wierzy w słowa kapitana. Młoda reporterka była przedstawicielem Bloku Wschodniego, w którego skład wchodziły Chiny, kilka republik byłego Związku Radzieckiego, Korea, Indie i wiele innych krajów, co wystarczyło, aby skłonić Stany Zjednoczone do zawarcia nowego traktatu obronnego z Kanadą i Meksykiem. Choć obie strony wystrzegały się użycia broni nuklearnej, ciężkie straty zadane narodowej infrastrukturze były jednym z głównych powodów, dla których zawiązano Konfederację. Weston spotkał dziennikarkę wcześniej, kiedy został zmuszony do szukania w Pekinie materiałów do naprawy swojego uziemionego myśliwca. Wówczas niemal doprowadziła do jego śmierci, a teraz miał nieodparte wrażenie, że przybyła tutaj, aby dokończyć dzieła.

– Kapitanie, co pan sądzi o wysyłaniu wojskowych jako pierwszych ludzi do gwiazd? – spytała. – Czy naprawdę powinniśmy przenosić nasze problemy dalej, poza Układ Słoneczny?

Weston westchnął.

– Panno Lynn, nie mogę wypowiadać się w sprawach filozoficznych. Przykro mi. – Nie widział tego, ale wiedział, że jej mikrofon i kamera są wycelowane w niego, dlatego musiał uważnie dobierać każde słowo.

– Ale kapitanie, a co z…

Między Westona a Lynn wślizgnął się komandor Roberts.

– Panie kapitanie, pani admirał pana prosi.

Weston skłonił się z wdzięcznością.

– Proszę mi wybaczyć, panno Lynn. – Kiedy odeszli, wyszeptał na boku do Robertsa: – Dzięki, że mnie pan z tego wyciągnął.

– Nie mnie należą się podziękowania, sir. Pani admirał zauważyła, że panna Lynn kręci się koło pana, i pomyślała, że może pan potrzebować pomocy.

Admirał Gracen zawsze wiedziała, kiedy szykują się kłopoty.

– Pani admirał, domyślam się, że jestem winien pani podziękowanie. – Weston stanął obok surowo wyglądającej przełożonej, która właśnie pociągała łyk szampana.

Przez chwilę Gracen patrzyła na niego poważnie, przewiercając go ciemnymi oczami, po czym wreszcie raczyła łaskawie wykrzywić usta i odezwać się:

– Nonsens, kapitanie, spełniam tylko swoje obowiązki. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje Konfederacja, jest wypowiedź „na wyłączność” dla Bloku Wschodniego, w której pokroją naszego najlepszego kapitana na kawałki.

– Ostatnio stają się coraz lepsi w manipulowaniu opinią publiczną, prawda? – Skrzywił się.

– Cóż… Próbowali siłą oręża i prawie im się udało – powiedziała. – Myślę, że to dość naturalne, iż zastosowali nacisk innego rodzaju.

– Tak, a Lynn jest zdecydowanie za dobra.

– Taka miała być. – Gracen pozwoliła, aby na jej poważnej twarzy zagościł uśmiech. – W końcu to my ją wyszkoliliśmy.

– Jak to jest, że najlepsi terroryści, najgorsi wrogowie i najbardziej niebezpieczni ludzie na świecie zawsze zostali wyszkoleni w Konfederacji Północnoamerykańskiej? – spytał Weston. – Jakby nie mogli uczyć się w jakiejś małej szkółce w Afryce albo gdzie indziej?

Gracen wzruszyła ramionami.

– Tu chyba chodzi o to, aby znać wroga. Jak można go lepiej poznać, niż trzymając z nim?

– Naprawdę musimy dalej szkolić ludzi, którzy są przeciwko nam?

– Och, przecież gdyby zrobił to ktoś inny, nie mielibyśmy tak SZCZEGÓŁOWYCH danych na ich temat – odparła Gracen.

Weston roześmiał się, dostrzegając sens słów przełożonej.

– Sądzę, pani admirał, że trafiła pani w samo sedno. Jednak chyba zrezygnuję z dalszej części spotkania, wyjmę głowę z pętli i udam się na spoczynek. Jutro mój wielki dzień.

Weston wymknął się z przyjęcia i pokonał długie korytarze, idąc do swojej kajuty. Choć wiedział, że ta pierwsza misja była jedynie próbą odbywaną w warunkach rzeczywistych, cieszył się z możliwości skorzystania z pretekstu do uniknięcia powojennego politykowania. Nawet jeśli toczył się kosmiczny wyścig, Blok Wschodni nie zbliżył się nawet do opracowania czegoś takiego jak technologia międzywymiarowa. „Odyseja” została zbudowana przede wszystkim jako poligon doświadczalny dla nowych technologii oraz aby osłaniać konstrukcje znajdujące się w kosmosie przed potencjalnymi atakami ze strony Bloku. Jednak przy zastosowaniu napędu międzywymiarowego misja stała się czymś więcej. Weston nie spodziewał się, że znajdzie coś szczególnego, ale planowane eksperymenty obejmowały wszystko, od długofalowych skutków biologicznych wywoływanych przez podróże kosmiczne po szukanie form życia w różnych systemach gwiezdnych.

Wszedł do swojego pokoju i padł na łóżko. Dyplomacja. Do tej pory nie stanowiła tak ważnego elementu jego kariery. Dowodzenie Archaniołami sprowadzało się przede wszystkim do latania i strzelania, tak samo, kiedy był pilotem Marines w Stanach Zjednoczonych.

Na szczęście dyplomacja się skończy, kiedy znajdzie się z dala od łączności z Ziemią, i nie będzie wtedy musiał się nią przejmować. Wreszcie wrażenia z całego dnia przeważyły i Weston szybko zasnął.

Rozdział 2

– Komandorze Roberts, czy okręt jest gotów do lotu? – spytał kapitan Weston.

– Tak jest, stacja Wolność dała nam zielone światło kilka minut temu – odparł potężny komandor o tubalnym głosie. – Wieża przesłała ostatnią zgodę nocą, a komandor Harris życzy panu powodzenia.

Weston był zadowolony: zezwolenie z wieży było ostatnim oficjalnym pozwoleniem, którego potrzebowali, aby rozpocząć podróż.

– Proszę przesłać mu podziękowania. Możemy sprawdzić silniki manewrowe?

Roberts wystukał komendę na swoim tablecie.

– Tak jest, sir.

– W porządku. Sternik, rzućcie cumy i zabierajcie nas stąd. Bardzo wolno naprzód.

– Jest bardzo wolno naprzód!

„Odyseja” znajdowała się w przestrzeni obok wielu innych projektów Konfederacji Północnoamerykańskiej, między innymi stacji kosmicznej, którą budowano, aby zastąpić Międzynarodową Stację Kosmiczną ISS po tym, jak przestarzałą konstrukcję w końcu wycofano z użytku i pozwolono jej spłonąć w atmosferze. Nowa stacja Wolność była budowana tak, aby przetrwać znacznie dłużej od swojej poprzedniczki, a kiedy „Odyseja” opuściła miejsce w cieniu wielkiej konstrukcji, Weston podziwiał jej sylwetkę na biało-niebieskim tle Ziemi.

Pokład zadrżał, kiedy silniki manewrowe pchnęły wielką jednostkę poza orbitę. Weston znów skupił uwagę na aktualnych sprawach. Porucznik Daniels wprowadzał coś na dotykowym ekranie przed sobą, nanosząc bieżące poprawki kursu.

Weston zadrżał. Przyglądał się pracy Danielsa, ale naprawdę nie ufał systemom sterowania działającym przy pomocy klawiatury. Zawsze preferował wolant i dopalacz, ale konstruktorzy uznali, że dla „Odysei” będzie to rozwiązanie ostatniej szansy, na wypadek awarii.

Daniels dalej pracował i przeciągnął dłońmi po dużej kompozytowej powierzchni, jaka rozciągała się przed nim. Sensory ukryte w zamkniętej przestrzeni wykryły, jak są rozstawione jego palce, i zintegrowany system rozbłysnął niczym choinka, kiedy operator aktywował systemy i zwalniał cumy.

Uwolniona „Odyseja” odpłynęła dzięki delikatnym pchnięciom silników manewrowych, aż wreszcie Daniels uruchomił reaktor i rozległ się basowy pomruk. Okręt coraz szybciej oddalał się od stacji, pozostawiając za sobą zatłoczoną część przestrzeni, w której się narodził.

– Sternik, kiedy wylecimy z przestrzeni okołoziemskiej, wzmocnić promienie nawigacyjne i przyspieszyć do jednej trzeciej prędkości światła – rozkazał Weston.

– Tak jest, sir.

Kiedy „Odyseja” opuściła pobliże Ziemi, przednie generatory pola nabrały mocy i zaczęły zmiatać z drogi różne śmieci. Potem podjęły pracę wielkie silniki i olbrzymi okręt zaczął wychodzić z wielkiej studni grawitacyjnej stworzonej przez Słońce.

– Osiągnęliśmy pięć setnych prędkości światła, sir – zameldował Daniels. – Proszę o pozwolenie na użycie AM.

– Zezwalam.

Kompleks antymasowy stanowił serce podświetlnego systemu napędowego „Odysei” – serii generatorów rozmieszczonych wzdłuż kilu, które tworzyły pole otaczające cały okręt. Ilość matematyki, jaka była do tego potrzebna, przyprawiała Westona o ból głowy, choć wiedział tylko tyle, aby mniej więcej pojmować, co się działo, kiedy pola zaczynały się ładować.

Jeden generator wzmacniał działanie następnego, a wokół „Odysei” zaczęła się formować owalna bańka, która oddzielała okręt i jego załogę od „prawdziwego” wszechświata. Wewnątrz bańki rzeczywista masa jednostki zaczęła spadać, przynajmniej jeśli chodziło o resztę wszechświata, dla którego ciężki okręt tracił nieco na wadze.

Weston wiedział, że nie było to do końca oszukiwanie Einsteina, ale sposób, by delikatnie nagiąć reguły. Wielkie reaktory napędzające „Odyseję” wystawały poza krawędź pola, a kiedy system działał pełną parą, wyrzucały plazmę z prędkością równą niemal prędkości światła – plazmę, która po opuszczeniu pola ważyła dokładnie tyle, ile powinna, odpychając okręt, którego masa całkowita oszukiwała prawa fizyki, jakby udawała, że stanowi zaledwie dziesięć procent masy rzeczywistej.

Bez pola „Odyseja” poruszała się w żółwim tempie, a jej maksymalna prędkość wynosiła zaledwie jedną dziesiątą prędkości światła. Z kolei kiedy włączano pole, nie istniał pojazd zdolny ją doścignąć.

– Nawigacja… – Weston przerwał, a potem zganił się w myślach: „Używaj ich nazwisk, Eric”. – Poruczniku Daniels, proszę wyznaczyć kurs w pobliżu stacji Demos i platform badawczych Jowisza. Chcę się przywitać ze starym przyjacielem.

Młody porucznik przy stanowisku nawigacyjnym przyjął rozkaz i po kilku chwilach Weston zobaczył na odczytach, że okręt wszedł na nowy kurs. „Odyseja” osiągnęła właśnie jedną czwartą prędkości światła i wciąż przyspieszała, gnając w stronę stoczni umieszczonej na orbicie Marsa.

Kiedy „Odyseja” zbliżyła się do czerwonej planety, oficer stojący za Westonem zawołał:

– Sir, jest połączenie! Od komodora Wolfe’a w bazie Demos.

– Jak blisko jesteśmy?

– Około dwóch minut świetlnych, sir.

– Włączcie tylko dźwięk. Poinformuj ich o naszym planowanym czasie przybycia i powiedz komodorowi, że wejdziemy na wizję za siedem minut.

– Tak jest, sir.

* * *

– Przepraszam, bosman… – powiedział porucznik Bermont, podchodząc do niskiej i masywnej kobiety w mundurze starszego bosmana.

Kobieta oderwała wzrok od panelu, na którym przeprowadzała diagnostykę systemu, i dostrzegła belki na jego mundurze.

– Corrin, sir. – Zasalutowała.

Bermont odpowiedział salutem.

– Szukam pokładu rekreacyjnego, bosman Corrin. Chyba zabłądziłem.

Zawsze lepiej czuł się w lesie niż w tym sztucznym środowisku. Od kiedy wydostał się z miasta, nigdy nie oglądał się za siebie, przekonawszy się, że najbardziej na świecie lubi dziką przyrodę. Chodniki i beton przestały być jego domem, odkąd po raz pierwszy odkrył istnienie dżungli i bagien, dlatego został snajperem w Kanadyjskich Połączonych Siłach Operacyjnych 2 (JTF2) i spędzał poza miastem tyle czasu, ile tylko mógł.

Spojrzała na niego z kwaśną miną i wskazała za siebie.

– Tam w korytarzu będzie winda. Trzeba nią zjechać do hab dwa na dolnych pokładach.

– Dziękuję, bosmanie. – Bermont skinął głową i odszedł. Za plecami usłyszał jeszcze stłumione: „świstak”.

* * *

Tych siedem minut minęło Westonowi na obserwacji, jak jego oficerowie reagują na wiele drobnych, niespodziewanych rzeczy, które zawsze zdarzały się podczas takich dziewiczych rejsów jak ten.

– Kapitanie, komodor Wolfe na ekranie.

Weston oderwał wzrok od terminalu, na którym pracował, i spojrzał na ponurą twarz na ekranie.

– Cześć, Jeff, miło cię znów zobaczyć.

– Niech mnie! To ostatnie miejsce, gdzie się ciebie spodziewałem. Mogłem się domyślić, że od Archaniołów odciągnie cię dopiero coś takiego. – Ponuremu tonowi głosu komodora zaprzeczał uśmiech na jego twarzy.

– A kto mówi, że opuściłem Archanioły? Są bezpieczne w moim hangarze.

Komodor roześmiał się.

– Jak ci się to udało?

– To wcale nie było takie trudne – powiedział Weston. – Poprawiło nam PR, a zresztą to dobry trening dla młodszych członków grupy. Poza tym od końca wojny Archanioły zaczynały być wrzodem na kolektywnej dupie działu public relations. Wiesz, że oni raczej nie zaliczają się do sił pokojowych.

– Cóż, trudno zaprzeczyć. Nie żebym tego choć trochę żałował, Eric. W czasie pokoju wojownicy nigdy nie są doceniani, chyba że przez tych, których uratowali. Wygląda na to, przyjacielu, że pokonaliśmy kawał drogi od Japonii. – Uśmiech komodora zniknął na chwilę pod wpływem wspomnień.

– Bez wątpienia, Jeff, a ja nie mogę powiedzieć, żeby mi było przykro – odparł Weston.

Jego oczy posmutniały, kiedy pomyślał o rzezi nad Japonią. Wtedy po raz pierwszy spotkał Wolfe’a.

Komodor – wówczas kapitan Wolfe z amerykańskiego Korpusu Marines – był podczas bitwy o Japonię dowódcą eskadry. Chińskie myśliwce Modliszka przeleciały nad oblężonym wyspiarskim państwem jak szarańcza, były szybsze i bardziej zabójcze niż stare, wysłużone maszyny pionowego startu i lądowania, jakimi latał Wolfe, i kompletnie zaskoczyły obrońców.

Pierwsze strzały trzeciej wojny światowej padły nieco mniej niż pięć kilometrów od miejsca, w którym zakończyła się druga wojna światowa na Pacyfiku.

Komodor skrzywił się.

– Nigdy nie miałem okazji podziękować ci za to, Eric. Gdybyś nie zjawił się ty i Archanioły…

– To już przeszłość. – Weston machnął ręką. – Japonia to całkiem inny świat i całkiem inny czas. Nie ma za co dziękować.

Ponury nastrój trwał tylko kilka sekund.

– Cóż, z pewnością będę oczekiwał wdzięczności, kiedy przyprowadzisz tę swoją błyszczącą zabawkę do mnie na remont.

Weston roześmiał się głośno, podczas gdy „Odyseja” oddalała się od orbity Marsa.

– Wygląda na to, że odchodzimy, komodorze. Czy ten tankowiec czeka na nas?

– Jest wasz. Przez ostatnie kilka godzin był na wysokiej orbicie Saturna. Domyślam się, że załoga nieco się niecierpliwi.

– Nie każę im dłużej czekać. Koniec połączenia.

Komodor zdążył jeszcze przesłać Westonowi salut dwoma palcami, po czym ekran zamigotał i znów pokazywał widok z dziobu.

Podczas gdy okręt oddalał się od Marsa i osiągnął jedną trzecią prędkości światła, co stanowiło zaledwie połowę maksymalnej prędkości, Weston spojrzał ponownie na swoje wyświetlacze, obserwując migające cyfry. Wielkie reaktory ucichły, załoga patrzyła, jak czerwona planeta znika w przestrzeni. Kapitan oderwał wzrok od ekranu, skupiając się znów na własnym terminalu.

– Sternik, jak stoimy z paliwem? – zapytał jakiś czas później.

– Więcej niż wystarczająco, do zatankowania spokojnie dociągniemy, sir – odparł Daniels.

– Nie o to pytałem, poruczniku. – Głos Westona stał się ostrzejszy, wzrok wbił się w tył głowy młodego mężczyzny.

– Przepraszam, sir. – Daniels milczał przez kilka sekund. – Mamy około dziesięciu procent, sir. Do tej pory spaliliśmy jedną trzecią zapasu. Przede wszystkim na początku, podczas manewrów.

– Dziękuję, poruczniku Daniels. Proszę rozpocząć procedurę uruchomienia silników hamujących i zabierz nas do pasa planetoid trojańskich.

Odpowiedziała mu cisza. Weston wiedział, że kilka par oczu obróciło się w jego stronę, kiedy zbliżył się komandor Roberts.

– Sir, mamy zaplanowane spotkanie. Słyszał pan, co mówił komodor – przypomniał szeptem.

– Tak, ale to będzie musiało poczekać – odparł Weston spokojnie.

– Tak jest, sir.

Roberts odsunął się, a kapitan poczuł, jak przez pokład przechodzi drżenie, gdy „Odyseja” rozpoczęła fazę hamowania. Przed nimi majaczyła wielka kula Jowisza, napiętnowana jak przez wszystkie wieki gwałtowną burzą na południowej hemisferze. Okręt skręcił nieco w bok, kierując się ku jednemu z pasów planetoid trojańskich, wiszących złowrogo po obu stronach ogromnej planety.

* * *

Bermont rozsiadł się na jednej z dość wygodnych kanap, ustawionych pod ścianą salonu dla załogi. Westchnął ciężko.

Na przeciwległej ścianie zawieszono ekran, przekazujący z zewnętrznych kamer imponujący widok Jowisza. „Ładny – pomyślał Bermont – ale zupełnie nie w moim stylu”.

Rozejrzał się po pomieszczeniu i zauważył, że żołnierze będący po służbie podzielili się na grupki, zaś kilka stołów wyraźnie wyglądało, jakby zostały zarezerwowane dla sławnej eskadry myśliwców Archanioły. Wzruszył ramionami i opadł na puste krzesło przy stole, gdzie siedzieli ludzie w mundurach podobnych do jego.

Za plecami Bermont słyszał, jak myśliwcy śmieją się z czegoś, co do niego nie dotarło.

– Czym się różni pilot myśliwca od Boga? Bóg nie uważa się za pilota myśliwca – powiedział z uśmiechem jeden z mężczyzn, nachylając się w jego stronę.

Nim Bermont zdołał coś odpowiedzieć, ktoś inny wtrącił:

– Tak, ale Archanioły są nieco skromniejsze niż większość myśliwców.

Większość ludzi siedzących przy stole uznała, że to całkiem zabawne.

Archanioły wolały być prawą ręką Boga niż Nim samym.

Bermont zaśmiał się wraz z pozostałymi i przedstawił się:

– Bermont.

– Savoy. – Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. – Technik.

Bermont zauważył na ramieniu tamtego odznakę rangersów, a na piersi kilka pasków i trójząb SEALs, więc nawet nie przeszło mu przez myśl, aby opowiadać normalne w takiej sytuacji dowcipy o technikach. Może później, kiedy już go pozna, ale lepiej nie zdenerwować kogoś, kto przeszedł trening SEAL i potrafił zaprogramować nagrywarkę. Tacy zazwyczaj potrafili odegrać się w wyjątkowo perfidny sposób.

Zauważył, że wzrok Savoya przesuwa się po jego mundurze, i nie mógł ukryć uśmiechu, kiedy spostrzegł, że tamten zdaje się zaskoczony brakiem jakichkolwiek odznak. W przeciwieństwie do elitarnych jednostek amerykańskich JTF2 nie przejmowały się takimi rzeczami jak identyfikacja. Dopóki nie zostali włączeni do Sił Zbrojnych Konfederacji Północnoamerykańskiej (NACAF), przepisowym mundurem Bermonta był czarny sweter SAS, bojówki i buty. Żadnych oznaczeń stopnia, odznak ani medali.

– Jestem Kanadyjczykiem – powiedział Bermont.

Oczy Savoya rozszerzyły się.

– Aha. Dobrze mieć cię na pokładzie.

– Dobrze tu być.

Piloci za jego plecami znów ryknęli śmiechem. Bermont spojrzał na nich. Archanioły były powszechnie znane. Byli chyba najlepiej rozpoznawalnymi twarzami konfederacyjnej armii. Podczas wojny rząd wykorzystywał ich jako chłopaków na plakat, zachęcających do zaciągnięcia się, i w ogóle jako bohaterów do podnoszenia morale. Wielu żołnierzy, których Bermont znał, tak naprawdę wcale ich nie lubiło, uważając, że to pozerzy. Jednak lista ich odznaczeń przeczyła tej opinii.

Bermont nie miał podstaw, aby się z nimi równać, ale nie chciał też, żeby dziennikarze wsadzali mu kamerę w tyłek. Służył w kanadyjskich oddziałach specjalnych, zanim jeszcze Akt o Wojnie ustanowił konfederację Stanów Zjednoczonych, Meksyku i Kanady. Oddziałów specjalnych używano przez kilka lat, podczas których siły zbrojne spędzały więcej czasu na walce niż martwieniu się, kto poszedł gdzie i jak był ubrany.

Potem, kiedy po wojnie zmieniono przydziały wszystkim jednostkom specjalnym, zaproponowano mu miejsce na „Odysei”. Z początku podchodził do tej oferty nieufnie, ale wreszcie spotkał się z gośćmi, którzy potrzebowali ludzi do „bezpieczeństwa” na jednostce.

Właściwie nad bezpieczeństwem czuwali marines, którzy robili dokładnie to, co do nich należało, ale większość naziemnych jednostek na „Odysei” pochodziła ze starych grup „zjadaczy węży”. Rozpoznawał większość nazwisk na tej liście i zapisał się bez chwili wahania.

Jego przełożony, pułkownik Jackson Neill, powiedział mu, iż ktoś uznał, że dobrze będzie, jeśli żołnierze zostaną lepiej niż inni przeszkoleni w przetrwaniu w nieprzyjaz-nym środowisku.

Bermont uważał, że to głupie gadanie. W końcu nawet jeśli znajdą się w obcym świecie, gdzie będą w stanie oddychać, jakie są szanse, że tamtejsze węże okażą się zdatne do jedzenia?

Cóż jednak mógł robić żołnierz sił specjalnych w powojennym świecie? Najwyraźniej władze uznały, że dla kilku z nich znajdzie się jeszcze jakaś robota, do której zaliczało się, w razie potrzeby, również zjadanie węży z innych planet.

Bermont wzruszył ramionami i odchylił się do tyłu, uśmiechając do siebie.

* * *

Weston obserwował uważnie ekrany, podczas gdy załoga prowadziła „Odyseję” do punktu libracji L4, a potężne promienie nawigacyjne odpychały na boki większe niklowo-żelazne skały i wprawiały kadłub w drżenie, kiedy okręt zwalniał. Oznaczył miejsce w swoim dzienniku i zanotował, że promienie dają sobie radę przy pełnym obciążeniu.

– Dobrze, Waters…

– Sir? – spytał mężczyzna, odwracając się do kapitana.

– Uruchom bronie podstawowe.

– Sir?

– Słyszałeś.

– Tak jest, sir.

Weston pojmował wahanie mężczyzny: istniały nienaruszalne traktaty dotyczące strzelania gdziekolwiek, nawet w pobliżu Ziemi. Jednak nie sięgały one poza orbitę Marsa, więc Weston zamierzał sprawdzić, jak dobrze systemy uzbrojenia są zintegrowane z infrastrukturą „Odysei”.

– Wybierzcie sobie skałę, chorąży – powiedział – a potem wymażcie ją z mojego wszechświata.

– Tak jest, kapitanie – potwierdził ochoczo Waters i pochylił się nad przyrządami.

* * *

Minęło tylko kilka minut od zakończenia strzelania, a na całym okręcie ci, którzy nie mieli bezpośredniego dostępu do urządzeń telemetrycznych, czekali z zapartym tchem na wyniki tych zaimprowizowanych testów.

– Kapitan do całej załogi. – Głos Westona zabrzmiał w głośnikach w centrum kontroli uszkodzeń i na całym okręcie. – Gratuluję przykładnego zdania testów broni. Wypadły znakomicie.

– A jeśli wy, lenie, nie ruszycie swoich dup w szybkim tempie… łby polecą! – zapowiedziała bosman Rachel Corrin, idąc przez centrum.

Słysząc ostry głos pani bosman, członkowie załogi wstawali. Kiedy szła po okrągłej sali i patrzyła na nich, prężyli się na baczność.

– Sprawdzenie uszkodzeń… wykonać! – syknęła głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Corrin westchnęła, patrząc, jak ludzie biegną do swoich zajęć, i pozwalając na chwilę opaść surowej masce.

Pokręciła głową, idąc za biegnącymi postaciami. Ta załoga zdecydowanie potrzebowała czegoś więcej niż tylko ćwiczeń.

Nie wiadomo, kto stał za skompletowaniem załogi „Odysei”, musieli to być albo kompletni durnie, albo geniusze o skrywanych talentach.

Corrin nie była do końca pewna, ale postawiłaby raczej na tę pierwszą możliwość.

Poszczególni członkowie załogi zostali wybrani spośród najlepszych wojskowych talentów, a w powojennej gospodarce Konfederacji oznaczało to, że mieli na pokładzie naprawdę dobrych ludzi.

Problemem było, że zaledwie kilku z nich służyło wcześ-niej ze swoimi obecnymi towarzyszami.

A zdaniem starszej bosman Corrin był to świetny przepis na katastrofę.

* * *

Kierując się z powrotem do punktu uzupełniania paliwa przy Saturnie, „Odyseja” znów rozpędziła się do trzech dziesiątych prędkości światła. Promienie nawigacyjne spychały na boki wszelkie śmiecie, które miały pecha znaleźć się na drodze maszyny, sprawiając, że od czasu do czasu przez kadłub przechodziło drżenie.

Niedługo potem, kiedy okręt znalazł się w pobliżu orbity szóstej planety, ukazały się pierścienie Saturna. Poza pierścieniami można też było dostrzec jakiś czarny kształt, który poruszył się, kiedy tylko został dostrzeżony. Opuścił orbitę wielkiej planety i ustawił się na kursie równoległym do „Odysei”.

– Dowódca „Odysei”, tu „Indygo”. Witamy na Saturnie i zapraszamy.

– „Indygo”, tu „Odyseja”. Dziękujemy za zaproszenie, ale nie sądzę, abyśmy mieli czas coś pozwiedzać.

– A szkoda, bo pooglądaliśmy sobie to i owo, czekając na was przez ostatni dzień. Przynajmniej dotrzymajcie nam przez jakiś czas towarzystwa.

– Obawiam się, że to także nie będzie możliwe, „Indygo”. Mamy misję do wykonania, ale rozumiem, że wy macie coś, co mogłoby nam pomóc?

– Potwierdzam, „Odyseja”. Połączenia już lecą.

Z „Indygo” wysunęły się grube węże, które przeleciały dzielące obie jednostki kilkaset metrów, podczas gdy tankowiec zmienił kurs i zrównał się z „Odyseją”. Na końcach węży znajdowały się małe spodki, każdy z nich miał dwuosobową załogę, która prowadziła przewody we właściwe miejsca. Pięć z nich wkrótce zostało przymocowanych do tylnego przedziału „Odysei”, a tankowiec zaczął przekazywać ładunek.

Tankując w drodze, „Odyseja” mogła uniknąć straty dużej ilości paliwa podczas pierwszej fazy lotu. Tutaj przyciąganie Słońca było mniejsze, a dzięki temu, że na początku wielkie zbiorniki były jeszcze puste, zaś sam okręt znacznie lżejszy, nabrali całkiem niezłej prędkości.

Jednak z tego samego powodu tankowanie musiało zająć resztę pokładowej nocy. Weston zszedł z mostka niedługo po tym, jak proces się rozpoczął, pozostawiając trzecią wachtę, aby czuwała nad okrętem. Kiedy się obudził, niski pomruk, który wyczuwał przez pokład, upewnił go, że jednostka znów porusza się z pełną mocą i przemieszcza w stronę granicy Układu Słonecznego.

Na mostku wszystko przebiegało jak należy. Przecięli właśnie orbitę Plutona, a choć samej planety nigdzie nie było widać, stanowiła ważny kamień milowy, ponieważ jako pierwsi ludzie dotarli tak daleko. Kiedy kapitan wszedł, Roberts przeglądał właśnie dokumenty załogi.

– Kapitan na mostku!

– Raport – rozkazał Weston, podchodząc do swojego fotela.

– Trzydzieści minut temu przecięliśmy orbitę Plutona, sir. Jesteśmy w stanie uruchomić napęd, kiedy tylko wszystko będzie gotowe – odparł lakonicznie oficer. – Jednak od punktu heliopauzy dzieli nas jeszcze kilka minut.

– Dobrze. Sternik, obliczyć trajektorię.

– Tak jest, sir. – Porucznik Daniels pochylił się nad swoją konsolą i zaczął liczyć.

– Panie Roberts, proszę skontaktować się z zespołem napędu międzywymiarowego. Proszę powiedzieć im, aby rozpoczęli procedury.

Roberts odwrócił się do konsoli po lewej stronie, wystukując szereg poleceń.

– Zespół zgłasza gotowość, sir. Możemy uruchomić system w każdej chwili – powiedział do wbudowanego mikrofonu.

– Dobrze. – Weston pstryknął przełącznik na swojej konsoli, uruchamiając łącze interkomu, obejmujące cały okręt. – Uwaga, mówi kapitan Weston. Przygotowujemy się do uruchomienia napędu międzywymiarowego. Wszyscy zostali uprzedzeni, czego należy się spodziewać i jakie mogą być psychologiczne skutki tego, czego możemy doświadczyć. Proszę przygotować się i zgłaszać wszelkie problemy zespołom medycznym. To wszystko.

Następnie zwrócił się do Danielsa.

– Sternik, czy masz już trajektorię? – spytał.

– Tak, sir, właśnie wprowadziłem ją do systemu. Jesteśmy gotowi.

– Dobrze. Niech wszystkie działy przeprowadzą test gotowości.

– Ster… gotów.

– Kontrola napędu… gotowa.

– Kontrola reaktora… gotowa.

Zgłoszenia przychodziły ze wszystkich części okrętu, aż wreszcie Roberts wypowiedział ostatnie zdanie:

– Mostek… gotowy.

– Do wszystkich, przejście nastąpi za T minus… – Weston spojrzał w dół i wprowadził serię komend – dwie minuty.

Rozdział 3

Napięcie rosło w miarę tykania licznika, aż wreszcie pozostało ostatnie dziesięć sekund.

Weston poruszył się nerwowo. Nie bez powodu skutki działania napędu międzywymiarowego zostały utajnione. Wiedział, czego się spodziewać, tak samo jak cała załoga, ale w tym przypadku było to gorsze od zupełnej niewiedzy.

Weston zauważył, że stojący obok komandor Roberts zmusza się do rozluźnienia dłoni. W ich wnętrzu pozostały małe, nabiegłe krwią ślady.

Kapitan widział, że ludzie mocno się czegoś trzymają, jakby oczekiwali potężnego przyspieszenia, wbrew temu, czego dowiedzieli się na szkoleniach. W jednym z pomieszczeń nerwowy członek załogi przypadkiem pozbawił się przytomności, usiłując przypiąć się do krzesła. Patrząc z perspektywy czasu, miał szczęście.

Na pokładach rozległo się przenikliwe wycie. Odczuwano je znacznie wcześniej, niż słyszano, a ono wznosiło się coraz wyżej.

Na mostku kapitan Weston patrzył, jak po dotarciu do pięciu sekund na liczniku zaczyna migotać czerwone światełko, i poczuł, że się nieco rozluźnia. Znaleźli się w miejscu, z którego nie było już powrotu. „Odyseja” i jej załoga mieli tworzyć historię.

Wycie w niektórych miejscach osiągnęło bolesny poziom, zmuszając ludzi do zasłonięcia uszu w daremnej próbie odcięcia się od dźwięku. Na przednie wieże sensorów także zaczęły oddziaływać jakieś dziwne zakłócenia, bo komputery „Odysei” nagle stwierdziły, że już ich tam nie ma.

Zakłócenie zaczęło przesuwać się w stronę rufy. Kolejne główne systemy zdawały się zamierać, każdy system twierdził, że go tam po prostu nie ma.

Licznik dotarł do zera. Oczy Westona rozszerzyły się, kiedy zakłócenie objęło mostek i cała sekcja przednia, z ekranem włącznie, rozpadła się na niezliczone cząsteczki, które zostały zmiecione w kosmos. Weston siedział teraz na krawędzi pustki, dla bezpieczeństwa trzymając się swojego fotela, podczas gdy efekt pochłaniał jednego członka załogi po drugim. Kiedy burza ogarnęła kapitana i wszechświat okryła ciemność, ostatnia świadoma myśl Westona przetoczyła się po tym, co zostało z jego wszechświata:

„Jeśli to przeżyjemy, odbędę bardzo poważną rozmowę z technicznymi na temat tego, co wchodzi w zakres stwierdzenia: co powinniście wiedzieć”.

* * *

W odległości czterech i pół roku świetlnego od miejsca, gdzie zniknęła „Odyseja”, w systemie Alfa Centauri chmura cząsteczek zwolniła bez żadnych przyczyn, po czym szybko zmieniła położenie. Najpierw pojawiły się długie wieże łączności, a potem reszta, wracając do rzeczywistości w miarę, jak zakłócenia tachionowe słabły, pozostawiając wielki okręt lecący w stronę głównej gwiazdy układu.

Mostek pozbierał się wcześniej niż reszta jednostki, aczkolwiek szok po przejściu wstrząsał ludźmi nawet wtedy, gdy na powrót skupili się na treści napływających raportów. Kiedy wrócili do normalnej przestrzeni, Weston nieomal zsunął się z fotela, lecz szybko się poprawił. Chwilę później w jego głowie przestało trzeszczeć na tyle, by mógł zacząć reagować.

– Wszystkie sekcje, meldować! – warknął, mając nadzieję, że jego głos jest spokojniejszy niż wzrok.

– Okręt nie jest uszkodzony, sir. Na reaktorach tachionowych minimalne ślady zużycia. Jednak oparte na tachionach sensory się rozsynchronizowały. Potrzeba dwóch godzin na naprawę.

Głos stojącego za nim technicznego brzmiał słabo. Weston wstał i przyjrzał mu się uważniej.

– Chorąży Waters, jesteście zwolnieni. Idźcie do medlabu i zbadajcie się.

Kiedy Waters zmierzał na tył pomieszczenia, kapitan ponownie rozejrzał się po sali, uważnie szukając wszelkich oznak jakichkolwiek kłopotów. Pozostali ludzie obsady mostka wydawali się cali, ale trzeba mieć na nich oko, przynajmniej do chwili, kiedy będą mogli nieco odpocząć. Usiadł w fotelu, wpisał numer kanału i nacisnął guzik interkomu.

– Medlab, jak poważna jest sytuacja?

Głos doktora Stevensa drżał, nawet przez interkom.

– Kiepsko, panie kapitanie. Zgłosiło się ponad trzydziestu członków załogi, z różnych powodów… – Przerwa w wypowiedzi zdawała się ciągnąć w nieskończoność. – Mamy też jednego, który będzie musiał pozostać tu na dłużej… Porucznik Tearborn się załamała, kapitanie. Ochrona znalazła ją w przedziale silnikowym. Najwyraźniej widziała, jak reaktor wyparowuje, i myślała, że to uszkodzenie.

Słowa, których użył Weston, były wypowiedziane zbyt cicho, aby usłyszał je ktokolwiek stojący w pobliżu, ale język ciała przekazał wiadomość wszystkim pechowcom akurat spoglądającym w jego stronę. I tak ciężko było patrzeć, jak okręt się rozpada, ale widzieć, jak dematerializuje się reaktor? Zbyt wiele strasznych historii opowiadano o uszkodzeniach reaktorów, aby dało się nad tym łatwo przejść do porządku dziennego.

Weston wypuścił powietrze. Dotychczas wcale nie zdawał sobie sprawy, że je wstrzymywał.

– Dobrze, doktorze. Proszę robić, co w pańskiej mocy. A przy okazji, właśnie posłałem do was chorążego Watersa. Niedługo powinien się zjawić.

– Tak, sir, znajdziemy dla niego miejsce.

Weston pstryknął kciukiem przełącznik i opadł na fotel. Tearborn była dobrym inżynierem, nie przypuszczał, że właśnie ona nie wytrzyma. „Kiedy wrócimy – pomyślał – chyba zarekomenduję, aby mniej ważnym członkom załogi przed wejściem w przestrzeń międzywymiarową podawano środki uspokajające”. Otworzył notatnik na swojej konsoli i zaczął stukać palcami jednej ręki, jednocześnie przeskakując wzrokiem między ekranem a mostkiem.

Podzielił i zaszufladkował swoje myśli i emocje, potem wyprostował się i zamknął w żelaznym uścisku swoje dowodzące ja.

– Sternik, wylicz nam ładny, długi kurs po hiperboli. Komandorze Roberts, proszę powiedzieć laboratorium, aby dobrze wykorzystali ten czas, ponieważ wynosimy się stąd, kiedy tylko wyjdziemy ze studni grawitacyjnej.

– Tak jest, sir – odparli jednocześnie Daniels i Roberts, po czym wrócili do swoich zadań.

„Odyseja” płynęła niczym jednostka morska pod pełnymi żaglami, ponieważ masywne anteny sensorów podniosły się pionowo niczym maszty, jeszcze bardziej upodabniając okręt do dawnej fregaty.

Weston patrzył na monitorach, jak naukowcy biegają od jednego laboratorium do drugiego i od jednej konsoli do drugiej, usiłując otrząsnąć się z szoku i zakończyć badania najszybciej, jak tylko się da. W tylnym module panował z trudem kontrolowany chaos, bowiem załoga wojskowa wycofała się i obserwowała cywilnych badaczy z podziwem i niesmakiem jednocześnie.

Kapitan nadzorował jeszcze początkowy podział zadań i czasów obsługi sensorów, ale ponieważ pracował bez przerwy o wiele dłużej, niż trwała jego wachta, postanowił w końcu zostawić to oficerom i pozwolić sobie na odpoczynek, aby samemu otrząsnąć się z szoku. Już w kajucie poczuł, jak słabnie jego kontrola nad ciałem, a dłonie drżą. Zwalił się na łóżko, wreszcie pozwalając sobie po prostu trwać. Sen nie przyszedł szybko, ale w końcu go ogarnął.

* * *

Bosman Corrin warknęła coś, chwyciła podwładnego za kołnierz i odsunęła od siebie, aby nie zarzygał jej lśniących butów.

– Do medlabu! – krzyknęła, potrząsając mężczyzną. Pozostała z nim tylko do momentu, gdy udało jej się złapać innego członka załogi, który zdawał się być w nieco lepszym stanie. – Idziesz do medlabu?

Zapytany kiwnął głową.

– Weź go ze sobą. – Wepchnęła wymiotującego żołnierza w ramiona tego drugiego.

– Tak jest.

Corrin patrzyła, jak chorzy idą dalej, i znów zacisnęła szczęki, kierując się do krainy marines, aby sprawdzić, czy te szczury lądowe czegoś nie uszkodziły.

Okrzyk, który usłyszała przed sobą, kazał jej przyspieszyć kroku, ale jego ton sprawił, że zatrzymała się, zanim wyszła na otwarty teren. Ze zdziwieniem zajrzała za róg do jednego z salonów dla żołnierzy i zrobiła wielkie oczy.

– O tak! – Porucznik, który pytał ją kiedyś o drogę, wymachiwał rękami w powietrzu i darł się na całe gardło. – Chcę jeszcze raz!

Uśmiechał się szeroko, widząc, jak połowa ludzi śmieje się otwarcie, a druga patrzy na niego z pozieleniałymi twarzami.

Corrin pokręciła głową i cofnęła się.

„Mogli nam dać marines, ale nieee… oni musieli zebrać całą bandę palantów uważających się za Rambo. Marines są wprawdzie źli, ale przynajmniej ich ZNAM”.

* * *

– Kapitan na mostek! Kapitan na mostek!

Weston był już w połowie drogi do drzwi, kiedy oprzytomniał na tyle, aby uświadomić sobie, że bieganie po pokładzie w bieliźnie nie wpłynie dobrze na morale. Przynajmniej na jego morale. Po niemal dwóch minutach spieszył już na mostek, dopinając guziki na kołnierzu i rozglądając się za przyczyną tego alarmu.

– Tutaj, panie kapitanie. – Komandor Roberts spoglądał na obraz wyświetlany na jednym z terminali połączonych z położonymi niżej laboratoriami.

– Roberts, nie sądzę, by jakiś przełom w nauce stanowił wystarczający powód do wyrywania mnie z łóżka. To mogło poczekać do rana.

– Nie, sir… Na pewno nie według techników z laboratorium tachionowego.

Weston zmrużył oczy.

– Kłopoty z reaktorami?

To byłaby zła wiadomość: dzięki napędowi nie musieli wlec się do domu z szybkością zaledwie dwóch trzecich prędkości światła.

– Nie, sir. Jakąś godzinę temu nasze tachionowe sensory zaczęły odbierać sygnał. Tyle czasu zajęło nam jego częściowe rozgryzienie.

– Rozgryzienie? Cały czas odbieramy jakieś zabłąkane sygnały. Tachiony generuje przynajmniej kilkanaście różnych szczególnych wydarzeń. – Weston nie był pewien, ale miał wrażenie, że jego umysł nie do końca się jeszcze obudził.

– To nie zabłąkany sygnał, panie kapitanie. Jest modulowany.

Weston milczał przez chwilę. Na Ziemi modulowane sygnały tachionowe uważano za niemożliwe. Był to klasyczny dylemat typu: co było pierwsze – kura czy jajko. Nie można zmodulować sygnału poruszającego się z szybkością nadświetlną bez komputera działającego z taką właśnie prędkością, a jego z kolei nie dałoby się zbudować bez modulowanych sygnałów nadświetlnych. Jedyne, co udało się osiągnąć, to skomplikowana postać alfabetu Morse’a, który wystarczał do większości połączeń wewnątrz Układu Słonecznego, ale wymagał wielkich nadajników kierunkowych.

Nadajników, które – jak na ironię – nie mieściły się na „Odysei”. Jednostka tych rozmiarów dysponowała co najwyżej bardzo słabym sygnałem, który pozwalał na skanowanie okolicy na krótkim i długim dystansie, ale nie umożliwiał żadnej komunikacji, dopóki nie trafił idealnie do zamierzonego odbiornika minimalną sekwencją sygnałów.

Wewnątrz układu było to ledwie możliwe.

W wypadku większych odległości bardziej prawdopodobne było, że prędzej dolecą na kraniec wszechświata.

Niestety.

– Jak, do diabła, mogliśmy tak po prostu na to wpaść? – Weston zmarszczył czoło nad odczytem.

Roberts przełknął ślinę.

– Wygląda na to, że nadaje we wszystkich kierunkach, sir.

– Co takiego?

Roberts tylko wzruszył ramionami.

Weston zamrugał, zaskoczony.

– Mój Boże.

To było niewiarygodne. Nadawanie we wszystkich kierunkach sygnału z tachionowego źródła wymagało ogromnych zapasów energii, przekraczającej o całe rzędy wielkości to, co „Odyseja” mogła z siebie wycisnąć. A na okręcie zamontowano jeden z najbardziej złożonych reaktorów, jakie istniały.

– Tak jest, sir.

Weston usiłował otrząsnąć się z podziwu.

– Chyba uczeni dostaną kolejną podkręconą piłkę; ktoś znowu uczynił coś niemożliwego. Skąd pochodzi sygnał? Z Marsa? Ziemi? Jednego z posterunków?

– Nie, sir. Pochodzi z białego olbrzyma oddalonego od nas o dwadzieścia osiem lat świetlnych.

Po raz trzeci w przeciągu kilku minut Westona zamurowało.

– Nie sądzę, aby znajdował się tam ktoś, kogo znamy?

Roberts pokręcił głową, podczas gdy kapitan usiłował oswoić się z sytuacją.

– Nie, sir. To niemal stuprocentowy dowód. I stanowczo nie pochodzi z Ziemi, sir.

Weston szybko wziął się w garść.

– Dobrze, jest z innej cywilizacji. Wiadomo, co przekazuje?

– Niedokładnie, sir. Ale dział szyfrów sądzi, że to sygnał SOS. Są tego nawet całkiem pewni.

– Tak, pamiętam, jak pewni byli trzynaście lat temu, kiedy przysięgali, że Blok wzywa do odwrotu. Straciłem dwanaście maszyn, zanim zdołaliśmy zabrać się ze środka posiłków wojsk Bloku – mruknął Weston.

Tej oschłej odpowiedzi przeczyło zainteresowanie, jakie miał wypisane na twarzy. Gdzieś tu tworzyła się historia i wyglądało na to, że „Odyseja” znalazła się w samym jej środku. Milczał przez jakiś czas, jego wzrok spoczywał na ekranach, nie widząc odczytów, za to rozważając możliwości. Szanse, aby natknąć się na coś takiego, były nie do obliczenia, ale widywał już w życiu takie sytuacje. Do diabła, wiele razy w dziejach Ziemi historię tworzyły momenty czystego zbiegu okoliczności.

Jeśli ktoś stamtąd wysyłał tachionowe sygnały we wszystkich kierunkach, to dlaczego, do cholery, nikt tego wcześniej nie wykrył?

Weston przypuszczał, że ma to częściowo związek z ziemskimi systemami wykrywania, które zostały wprowadzone całkiem niedawno, mniej niż dziesięć lat wcześniej, a do tego, szczerze mówiąc, były niezbyt dobre. Wiedział, że sprzęt na „Odysei” nie odznaczał się szczególną czułością, więc żeby sygnał nadawany bezkierunkowo został przezeń zarejestrowany, musiał być niezwykle silny.

Niech to, kogo próbował oszukać? Był w kosmosie, nie miał wyjścia, musiał to sprawdzić. Dotarło do niego, że oto najprawdopodobniej jest pierwszym od przynajmniej kilku wieków kapitanem, który nie może zadzwonić z prośbą o rozkazy, kiedy pojawia się coś nowego. Owszem, wiedział o tym, jeszcze zanim zgodził się objąć tę funkcję, ale w obecnej sytuacji ta świadomość przeszywała go do szpiku kości.

– Ile czasu minie, zanim znajdziemy się poza zasięgiem Alfa Centauri? – zapytał.

– Musieliśmy nanieść poprawki, aby uniknąć przechodzenia przez grawitacyjne pływy Beta Centauri, zajmie nam to około godziny.

– Dobrze. Idę porozmawiać z kilkoma gośćmi w labie. Zwłaszcza tymi od szyfrów… – zażartował Weston. – Zobaczymy, jak bardzo są pewni swego. Zawiadom mnie, kiedy znajdziemy się na pozycji do kolejnego przejścia międzywymiarowego. Tymczasem wyznacz kurs, który będzie przecinał się ze źródłem sygnału.

– Tak jest.

* * *

Weston wsiadł w pierwszą kapsułę jadącą do tylnego habitatu i podążał delikatnie wijącymi się korytarzami, aż zaprowadziły go do laboratorium komputerowego. Kiedy drzwi się otworzyły, uderzyły w niego dźwięki z przynajmniej kilku stanowisk, na których analizowano sygnał. Powstały w ten sposób zgiełk był niemal ogłuszający.

– Czy to naprawdę konieczne? – Podniósł głos najbardziej jak mógł, usiłując przekrzyczeć hałas, żeby porozumieć się z mężczyzną w białym fartuchu laboratoryjnym.

Tamten spojrzał na niego, właściwie ignorując do chwili, kiedy go poznał, a wtedy wyciągnął rękę i uderzył w zespół guzików, wyciszając pomieszczenie. Weston rozejrzał się i zorientował, że tylko człowiek, którego zapytał, rzeczywiście słuchał tych dźwięków. Pozostali krzywili się z ciężkimi słuchawkami na uszach.

„Szkoda, że nie wziąłem ich ze sobą… będzie mi potem godzinami dzwonić w uszach”. Weston skrzywił się i potarł skronie.

– Bardzo przepraszam, panie kapitanie. Właśnie sprawdzałem, czy jestem w stanie zrozumieć jego znaczenie – powiedział naukowiec przepraszającym tonem.

Wydawało się, że niemal natychmiast potem zapomniał o obecności kapitana.

– Khem – chrząknął Weston, zaskakując mężczyznę. Jednocześnie potrząsał głową, chcąc uciszyć uporczywe dzwonienie w uszach. – Jak moglibyście odczytać cokolwiek z tego chaosu?

– Chaosu? Bynajmniej. Jak na razie jestem w stanie odczytać trzy osobne słowa, choć pewien mogę być tylko jednego – „escouros”. Zdaje się, że znaczy ono „pomocy” bądź „ratunek”.

Weston zawahał się na moment, po czym wbił w niego wzrok.

– W takich chwilach nie znoszę dowcipów, panie…

Mężczyzna wyglądał przez chwilę na zaskoczonego, po czym chwycił dłoń Westona i energicznie ją uścisnął.

– Tak mi przykro, panie kapitanie! Jestem doktor Palin. Widzę, że nie miał pan jeszcze okazji przeczytać moich akt, przepraszam więc za mój brak powagi. Jestem wymaganym na „Odysei” językoznawcą. – Mężczyzna skrzywił się przy słowie „wymaganym”. – Mój poprzedni przełożony polecił mnie na tę posadę, przypuszczam, że po to, aby się mnie pozbyć, ale doprawdy robię, co mogę, panie kapitanie.

Weston był zaskoczony tak szybką zmianą zachowania mężczyzny, a jego dłoń bezwładnie podążała za dłonią Palina.

– Hm, w porządku. Więc to właśnie pan sądzi, że dociera do nas sygnał ratunkowy?

– Nie. Ja WIEM, że to sygnał ratunkowy. Niestety, nie jestem w stanie wyróżnić w nim żadnych znaków szczególnych. – Palin zmarszczył czoło.

Kilka następnych minut Weston spędził, rozmawiając z doktorem. Od czasu do czasu do konwersacji wtrącali się laboranci, usiłując zdystansować się od Palina, którego najwyraźniej uznawano tu za heretyka.

Weston ignorował ich, ponieważ nie mieli własnych pomysłów, którymi mogliby coś dodać. Nie miał zbyt wiele cierpliwości do ludzi, którzy jedynie starali się nie wychylać. Chociaż odpowiadali za to, co wiedzieli, on chciałby usłyszeć także, jakie mają zdanie. Palin, niezależnie od tego, czy miał rację, czy nie, przynajmniej był gotów dać z siebie wszystko.

– Zamierzam skierować tam „Odyseję”, aby to sprawdzić. Jeśli ma pan rację, naszym obowiązkiem jest odpowiedzieć. – Weston zamilkł na moment. – Poza tym, nawet jeśli się pan myli, i tak musimy to sprawdzić, choćby dla samych siebie. Aha, wie pan co, doktorze? Najlepiej by było, gdyby przez jakiś czas korzystał pan ze słuchawek i dał innym odpocząć.

– Dobrze, panie kapitanie. Sądzę, że zdołam się ograniczyć. – W głosie Palina brzmiało rozczarowanie. – Przynajmniej przez chwilę.

Weston wyszedł z laboratorium, wystukując kod aktywujący indukcyjny mikrofon zamontowany w jego szczęce.

– Komandorze Roberts.

– Tak, sir?

– Idę na chwilę do mojego biura. Proszę mnie zawiadomić, kiedy opuścimy studnię grawitacyjną.

– Tak jest, sir.

* * *

Weston podjechał kapsułą na dziób i przeszedł kręcącymi się korytarzami do swojego biura. Kiedy tam dotarł, wyświetlił akta doktora Palina na terminalu, chcąc sprawdzić, jakiemu człowiekowi zamierzał powierzyć przyszłość okrętu.

Dziwne. Niedopowiedzeniem byłoby stwierdzić, że dokumenty Palina były nijakie. Żadnych specjalnych osiągnięć ani uwag o kłopotach z dyscypliną, czego spodziewałby się po spotkaniu z nim. „To nie mogą być jego akta” – pomyślał. „Błąd jakiegoś urzędnika?” Zaczął przeglądać akta zgromadzone we fraktalnym rdzeniu komputera, przedzierając się przez terabajty informacji, każąc mu znaleźć wszelkie odnoś-niki do przeszłości doktora.

Bingo! Kiedy próbował wywołać jeden z głębiej ukrytych dokumentów, które komputer powiązał z Palinem, maszyna błysnęła oznaczeniem „informacja zastrzeżona”. Kilka chwil później jego kod dostępu pozwolił kapitanowi zajrzeć do dossier.

Odchylił się i zaczął przeglądać treść, omijając podstawowe informacje biograficzne, by jak najszybciej dostać się do najważniejszego.

Jezu, co to miało być? Weston patrzył na treść, porównując zamieszczony obraz z tym, co miał w pamięci. Tak, to był Palin – znacznie młodszy, ale na pewno on. Stary dokument CIA opisywał wkład doktora Edwarda Palina w czarne operacje, przeprowadzane na przełomie tysiącleci. Setki eksperymentów i udokumentowanych dowodów tyczących rzekomych umiejętności naukowca.

Mężczyznę opisano jako językowego telepatę. Cokolwiek by to znaczyło. Nastrój Westona stawał się coraz bardziej ponury. „A ty myślałeś, że ten, który go przyjmował, mógłby wpaść na pomysł, aby poinformować cię o jego rzekomych zdolnościach”. Mimo to Weston musiał przyznać, że treść robiła wrażenie; dokumentowała przypadki, kiedy Palin łamał algorytmy szyfrów szybciej niż sieć superkomputerów, miał także zadziwiającą zdolność do uczenia się żywych języków praktycznie w przeciągu jednej nocy. Weston dalej zagłębiał się w dość niezwykłe osiągnięcia Palina, kiedy przez interkom rozległ się głos Robertsa:

– Kapitanie, niebawem wyjdziemy z zasięgu pływów.

– Już idę, komandorze. Proszę powiadomić załogę, aby przygotowała się do kolejnego skoku.

– Tak jest, sir. – Weston usłyszał niechęć w głosie oficera.

Kolejny skok w otchłań. Weston uśmiechnął się, odkładając na bok złe przeczucia i osobistą niechęć do tego napędu. Nie mógł pokazać załodze, że ich kapitan nie ufa technice, od której byli zależni.

* * *

– Dobra! – powiedział były sierżant zwiadu Marines. – Stawiam trzydzieści baksów, że pobiję rekord długości skoku na stojąco i nie zwrócę ciasteczek po wylądowaniu!

– Wchodzę! – stwierdził z uśmiechem Bermont, waląc o stół kilkoma banknotami. – Widziałem twoją twarz po poprzednim skoku, Rogers, a jesteś właśnie po jedzeniu. Zarzygasz cały pokład.

W pokoju rozległy się kolejne krzyki, inni przyłączali się do zakładu, stawiając to na Rogersa, to na porucznika JTF2. Bosman Corrin pokręciła głową i udała, że nie słyszy, jak wojsko zakłada się o to, kto zabrudzi jej pokład.

* * *

Na mostku Weston przyglądał się każdemu oficerowi po kolei, próbując określić, jak bardzo jest zdenerwowany. Z satysfakcją stwierdził, że jego sztab staje na wysokości zadania. Nawet Waters po kuracji wyglądał o wiele lepiej.

– Skok za trzy minuty. – Nawigator nie odrywał wzroku od ekranu, nanosząc poprawki kursu.

– Uruchomić napęd, kiedy będziemy gotowi.

– Tak jest, sir.

„Odyseja” wyszła w otwartą przestrzeń, a wielkie reaktory zaczęły ładować system tachionowy. Kapitan Weston mimowolnie chwycił za poręcze fotela; wyobrażał sobie, że reszta załogi czuje to samo. Przestrzeń międzywymiarowa to nie przelewki.

– Rozpocząć przejście – powiedział porucznik Daniels. W jego głosie słychać było strach.

Na zewnątrz znów trwał koszmar. Wielka jednostka przedzierała się przez czasoprzestrzeń, niesiona potężnymi silnikami. Myśli Westona odbijały się echem w jego świadomości, zamknięte w czasie i umyśle przez wędrówkę okrętu: „Mam nadzieję, że z czasem będzie to przychodzić coraz łatwiej”.

Rozdział 4

Najwyraźniej nie robiło się coraz łatwiej. „Odyseja” wróciła do trójwymiarowej przestrzeni z włączonymi alarmami. Dźwięk wwiercał się w obolałe głowy i podrywał do działania nawet najbardziej chorych członków załogi, choćby jedyną ich motywacją było wyłączenie tego cholerstwa.

– Sensory! Co się dzieje? – Weston ledwo dokończył zdanie, kiedy okręt zatrząsł się gwałtownie, zmuszając go do chwycenia się fotela dowodzenia.

– Pole śmieci, sir! Nie powinno go tu być! – powiedział ze strachem zmiennik Watersa, chorąży Bremen.

„Wygląda na to, że nawet sensory zbytnio nie pomagają” – pomyślał Weston.

– Pojawiliśmy się z dala od Trojan, sir.

– Ma rację, kapitanie – powiedział Daniels. – Specjalnie tak ustawiłem kurs, abyśmy znajdowali się w bezpiecznej odległości od wszystkich punktów Lagrange’a. Czymkolwiek to jest, znajduje się tu od niedawna!

– Spokojnie, nadchodzą dane – powiedział Bremen i zamilkł, a na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie.

Weston trącił młodszego mężczyznę.

– Chorąży? O co chodzi?

– To… to jest wrak, sir. Słodki Jezu! Wygląda to tak, jakby zniszczono tu całą flotę – powiedział Bremen, a w jego głosie dawało się wyczuć jednocześnie podziw i przerażenie. – Czujniki wychwytują ciepło bijące z niektórych wraków, sir. Jeśli są zbudowane z takich samych materiałów, jak nasz okręt, są tu najdalej od kilku dni.

Na mostku zapadła cisza. Weston widział wypisane na wszystkich twarzach pytanie: w co się znowu wpakowaliśmy?

Kapitan odezwał się jako pierwszy, zerkając na monitor obok fotela:

– Bremen, przeskanuj całą okolicę. Jeśli to coś, co dokonało masakry, znajduje się jeszcze gdzieś w pobliżu, chcę o tym wiedzieć. Daniels, dokonaj pomiarów triangulacyjnych i wyznacz kurs na źródło tachionowych sygnałów.