Wydawca: Buchmann Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 773 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Odyseja Talbota - Nelson DeMille

Związek Radziecki jest o krok od zniszczenia Stanów Zjednoczonych: rosyjski agent o pseudonimie Talbot, działając w szeregach CIA, doprowadza do światowego kryzysu. Ścigany od dawna, ale wcześniej lekceważony, może doprowadzić do utraty przewagi technologicznej przez Zachód. Jeśli Talbotowi się powiedzie, porządek świata zostanie zaburzony.

Opinie o ebooku Odyseja Talbota - Nelson DeMille

Fragment ebooka Odyseja Talbota - Nelson DeMille

ODY­SE­JA TAL­BO­TA

NEL­SON DE­MIL­LE

Przełożyła

Małgo­rza­ta Fa­bia­now­ska

Warszawa 2014

Tytuł ory­gi­nału The Tal­bot Odys­sey

Co­py­ri­ght © 1984 by Nel­son De­Mil­le

All ri­ghts re­se­rved

www.nel­son­de­mil­le.net

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Przekład Małgo­rza­ta Fa­bia­now­ska

Re­dak­cja Ka­ta­rzy­na Włodar­czyk-Gil

Ko­rek­ta Han­na Sza­ma­lin, Ilo­na Si­wak

Pro­jekt okładki Iza­bel­la Mar­cin­kow­ska

Ilu­stra­cja na I stro­nie okładki © Grant Fa­int/Get­ty Ima­ges

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-280-0932-5

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Ane­ta Więckow­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Książkę de­dy­kuję Clar­ko­wi De­Mil­le’owi i Mor­ri­so­wi Was­ser­ma­no­wi

PO­DZIĘKO­WA­NIA

Przede wszyst­kim pragnę po­dziękować Ju­dith Sha­fran za cier­pli­wość i nie­oce­nio­ne uwa­gi re­dak­tor­skie.

Dziękuję również Jo­se­pho­wi E. Per­si­co, który ze­chciał po­dzie­lić się ze mną wiedzą o OSS – Biu­rze Służb Stra­te­gicz­nych; Da­nie­lo­wi Sta­re­ro­wi za sta­ranną do­ku­men­tację oraz Her­ber­to­wi F. Gal­la­ghe­ro­wi i Mi­cha­elo­wi P. Staf­for­do­wi, który był moim prze­wod­ni­kiem po świe­cie praw­ników.

Mam ogrom­ny dług wo­bec Ber­nar­da Ge­isa za jego nie­za­chwianą wiarę we mnie i wo­bec Da­nie­la Bar­bie­ro za jego przy­jaźń. A wo­bec wie­leb­ne­go D.P. No­ona­na – za roz­grze­sze­nie.

Na ko­niec pragnę ser­decz­nie po­dziękować mo­je­mu bry­tyj­skie­mu wy­daw­cy Mar­ko­wi Bar­ty’emu-Kin­go­wi.

OSO­BY I MIEJ­SCA WYSTĘPUJĄCE W KSIĄŻCE

Bo­ha­te­ro­wie mo­jej po­wieści są po­sta­cia­mi całko­wi­cie fik­cyj­ny­mi. Po­ja­wiające się w niej zna­ne oso­by pu­blicz­ne występują wyłącznie w swo­jej rze­czy­wi­stej roli.

Re­al­ni pra­cow­ni­cy Biu­ra Służb Stra­te­gicz­nych, żyjący bądź nieżyjący, po­ja­wiają się w tekście je­dy­nie w celu upraw­do­po­dob­nie­nia ak­cji. Żaden z we­te­ranów OSS nie użyczył swej po­sta­ci czy życio­ry­su bo­ha­te­rom po­wieści. Opi­sa­ny w niej Związek We­te­ranów BSS jest or­ga­ni­zacją fik­cyjną.

Week­en­do­wa re­zy­den­cja de­le­ga­cji so­wiec­kiej w ONZ w Glen Cove na Long Is­land zo­stała opi­sa­na tak wier­nie, jak to tyl­ko było możliwe, choć występują tam również ele­men­ty fik­cyj­ne. Po­dob­nie jest w przy­pad­ku opi­su sa­me­go Glen Cove i jej oko­lic.

PRO­LOG

– Oto jak kończy się świat – po­wie­dział sen­ten­cjo­nal­nie Wik­tor An­drow. – Nie z hu­kiem, nie ze skom­le­niem… tyl­ko z biip, biip, biip…

Uśmiechnął się, po­ka­zując sze­ro­kim ge­stem na elek­tro­nicz­ne kon­so­le, stojące wzdłuż ścian długie­go, słabo oświe­tlo­ne­go po­miesz­cze­nia na pod­da­szu.

Stojący obok wy­so­ki, niemłody już Ame­ry­ka­nin za­uważył:

– On się nie kończy, An­drow, tyl­ko się zmie­nia. I może kie­dyś usta­nie roz­lew krwi.

An­drow ru­szył do wyjścia, jego kro­ki dud­niły echem w prze­strze­ni pod­da­sza.

– Tak, oczy­wiście – po­wie­dział. – Odwrócił się i przez chwilę przyglądał się swe­mu to­wa­rzy­szo­wi w przyćmio­nym świe­tle lamp. Ame­ry­ka­nin był dość przy­stoj­ny jak na swój wiek, z nie­bie­ski­mi ocza­mi i gęstą, siwą czu­pryną. Jego ma­nie­ry były nie­co zbyt ary­sto­kra­tycz­ne jak na gust Ro­sja­ni­na. – Chodź, mam dla cie­bie nie­spo­dziankę – dodał. – Zo­ba­czysz swo­je­go sta­re­go przy­ja­cie­la, którego nie wi­działeś od lat.

– Kogo?

– Właści­cie­la wa­rzyw­nia­ka. Za­sta­na­wiałeś się kie­dyś, jak mu się ułożyło w życiu? Te­raz jest ka­pi­ta­listą pełną gębą. – Ge­stem głowy po­ka­zał na scho­dy. – Trzy­maj się mnie. Stop­nie są słabo oświe­tlo­ne, więc uważaj.

Ro­sja­nin, sil­nie zbu­do­wa­ny mężczy­zna w śred­nim wie­ku, pew­nym kro­kiem zszedł po wąskich scho­dach. Po chwi­li zna­leźli się w nie­wiel­kim wyłożonym bo­aze­rią po­ko­ju, który był słabo oświe­tlo­ny kin­kie­tem.

– Szko­da, że nie możesz uczest­ni­czyć w na­szych ob­cho­dach 1 Maja. Co roku za­pra­sza­my przy­jaźnie na­sta­wio­nych do nas Ame­ry­kanów. Kto wie? Choć minęły lata, może któryś z nich by cię roz­po­znał?

Ame­ry­ka­nin nie od­po­wie­dział.

– W tym roku za­pro­si­liśmy we­te­ranów z Bry­ga­dy Abra­ha­ma Lin­col­na – ciągnął An­drow. – Będą nas pew­nie ra­czyć opo­wieścia­mi sprzed pół wie­ku o bo­jach z fa­szy­sta­mi w cza­sie woj­ny w Hisz­pa­nii.

– Z przy­jem­nością spędzę czas w swo­im po­ko­ju.

– Do­brze. Przyślemy ci wino i coś do je­dze­nia. Do­brze tu kar­mią.

– Wiem.

An­drow jo­wial­nie po­kle­pał swe­go to­wa­rzy­sza po ra­mie­niu.

– Mam na­dzieję, że za rok 1 Maja Mo­skwa będzie im­por­to­wała znacz­nie więcej ame­ry­kańskiej żywności, na bar­dzo ko­rzyst­nych wa­run­kach han­dlo­wych.

Uśmiechnął się w słabym świe­tle i pchnął ścien­ny pa­nel.

– Chodź. – We­szli do dużej ka­pli­cy w elżbie­tańskim sty­lu. – Tędy, proszę.

Ame­ry­ka­nin prze­szedł przez ka­plicę pełniącą obec­nie funkcję biu­ra, po czym usiadł w fo­te­lu i się ro­zej­rzał.

– To twój ga­bi­net?

– Tak.

Po­ki­wał głową z apro­batą. Trud­no było się domyślić, że w re­zy­den­cji znaj­du­je się tak duży i wy­twor­ny pokój. So­wiec­ki am­ba­sa­dor przy Or­ga­ni­za­cji Na­rodów Zjed­no­czo­nych dys­po­no­wał znacz­nie skrom­niej­szym lo­ka­lem. Wik­tor An­drow, główny re­zy­dent KGB w No­wym Jor­ku, ewi­dent­nie był szychą.

– Twój sta­ry przy­ja­ciel za­raz tu będzie – po­in­for­mo­wał An­drow. – Miesz­ka nie­da­le­ko. A my w tym cza­sie strze­li­my so­bie drin­ka.

Ame­ry­ka­nin prze­niósł wzrok na ko­niec ka­pli­cy. Tam gdzie wcześniej znaj­do­wał się ołtarz, wi­siały por­tre­ty Mark­sa, En­gel­sa i Le­ni­na – Czer­wo­nej Świętej Trójcy. Znów odwrócił się do An­dro­wa.

– Czy wiesz, kie­dy nastąpi Cios?

Ro­sja­nin nalał sher­ry do dwóch krysz­tałowych kie­liszków i podał je­den gościo­wi.

– Tak. Ko­niec nastąpi w tym sa­mym dniu, w którym się za­cznie. – Uniósł kie­li­szek w toaście. – Czy­li w wa­sze na­ro­do­we święto 4 Lip­ca. Zda­row­je!

– Zda­row­je! – od­po­wie­dział Ame­ry­ka­nin.

KSIĘGA IPierw­szy Maja

1

Pa­trick O’Brien stał na ta­ra­sie wi­do­ko­wym znaj­dującym się na sześćdzie­siątym piątym piętrze bu­dyn­ku RCA w Cen­trum Roc­ke­fel­le­ra. Spoglądał na południe. Dra­pa­cze chmur wzno­siły się jak górski łańcuch nad do­liną niższych bu­dynków cen­trum, aby za mo­ment znów wypiętrzyć się w urwi­ska Wall Stre­et. O’Brien, nie od­wra­cając się, po­wie­dział do mężczy­zny stojącego obok:

– Kie­dy byłem mały, anar­chiści i ko­mu­niści podkłada­li bom­by na Wall Stre­et. Za­bi­li kil­ku­na­stu lu­dzi, głównie ro­bot­ników, urzędników i gońców, czy­li lu­dzi z ich własnej kla­sy społecz­nej. Nie sądzę, żeby udało im się wy­eli­mi­no­wać które­go­kol­wiek z ban­kierów w cy­lin­drach czy choć na pięć mi­nut wyłączyć z gry giełdę.

Jego to­wa­rzysz – Tony Abrams, którego nieżyjąca już mat­ka i oj­ciec byli ko­mu­ni­sta­mi – uśmiechnął się gorz­ko.

– To był sym­bo­licz­ny akt pro­te­stu.

– Tak pew­nie dzi­siaj można to określić. – O’Brien po­pa­trzył na Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding, królujący w od­ległości ćwierć mili. – Bar­dzo tu ci­cho – dodał. – To pierw­sze wrażenie, ja­kie od­no­si ktoś przy­zwy­cza­jo­ny do No­we­go Jor­ku. Spokój. – Zerknął na Abram­sa. – Lubię przy­cho­dzić tu wie­czo­ra­mi, po pra­cy. Byłeś tu wcześniej?

– Nie.

Abrams od po­nad roku pra­co­wał dla kan­ce­la­rii praw­nej O’Brie­na – O’Brien, Kim­ber­ly i Rose – mieszczącej się na czter­dzie­stym trze­cim piętrze gma­chu RCA. Ro­zej­rzał się po pra­wie pu­stym ta­ra­sie w kształcie pod­ko­wy za­mkniętej od wscho­du przy­budówką, w której mieściła się ma­szy­ne­ria wind. Ta­ras wyłożony był czer­wo­ny­mi płyta­mi z te­ra­ko­ty i ozdo­bio­ny pa­ro­ma karłowa­ty­mi so­sna­mi rosnącymi w dużych do­ni­cach. Grup­ka tu­rystów, głównie orien­tal­nych, stała przy ba­rier­ce z sza­re­go żeli­wa i fo­to­gra­fo­wała roz­ciągającą się w dole pa­no­ramę oświe­tlo­ne­go mia­sta.

– Muszę też wy­znać, że nig­dy nie byłem na szczy­cie Sta­tuy Wol­ności ani Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding – po­wie­dział.

O’Brien się uśmiechnął.

– No tak, praw­dzi­wy no­wo­jor­czyk.

Mężczyźni przez chwilę sta­li w mil­cze­niu. Abrams za­sta­na­wiał się, dla­cze­go O’Brien za­pro­sił go na tę wachtę o zmierz­chu. Jako po­moc­nik pro­ce­so­wy, wku­wający po no­cach pa­ra­gra­fy do dy­plo­mu z pra­wa, nie dostąpił dotąd za­szczy­tu zo­ba­cze­nia ga­bi­ne­tu tego star­sze­go człowie­ka, nie mówiąc już o tym, że wcześniej za­mie­nił z nim za­le­d­wie parę zdaw­ko­wych słów.

O’Brien był wyraźnie za­fa­scy­no­wa­ny wi­do­kiem na Up­per Bay, ser­ce no­wo­jor­skie­go por­tu. Po­grze­bał w kie­sze­ni i za­py­tał Abram­sa:

– Masz ćwierćdo­larówkę?

Abrams wręczył mu mo­netę.

O’Brien pod­szedł do elek­tro­nicz­nej lu­ne­ty umiesz­czo­nej na sta­ty­wie przy ba­rier­ce i wrzu­cił do niej pie­niążek. Apa­rat za­szu­miał. O’Brien spraw­dził nu­me­ry umiesz­czo­ne na ta­blicz­ce.

– Nu­mer dzie­więćdzie­siąt sie­dem – po­wie­dział na głos. – Wy­ce­lo­wał lu­netę tak, aby wskaźnik po­ka­zy­wał wy­bra­ny sek­tor. – Mam. – Po­dzi­wiał wi­do­ki przez dobrą mi­nutę, aż wresz­cie ode­rwał oko od oku­la­ru. – Ta dama z po­chod­nią przy na­brzeżu ciągle na mnie działa.

Wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał na Abram­sa.

– Je­steś pa­triotą?

Abrams wy­czuł, że py­ta­nie jest bar­dziej oso­bi­ste, niż na to wygląda.

– Dotąd nie miałem oka­zji, żeby się o tym prze­ko­nać – od­parł ostrożnie.

Mina O’Brie­na nie wyrażała ani apro­ba­ty, ani nie­za­do­wo­le­nia.

– Chcesz po­pa­trzeć?

Lu­ne­ta wydała zgrzy­tli­wy dźwięk i ucichła.

– Oba­wiam się, że czas się skończył – po­wie­dział Abrams.

Star­szy mężczy­zna zmarsz­czył czoło.

– Nie minęły jesz­cze trzy mi­nu­ty. Na­pisz o tym do „Ti­me­sa”, Abrams.

– Tak, proszę pana.

O’Brien wcisnął ręce w kie­sze­nie.

– Zim­no się robi.

– Może po­win­niśmy wrócić do środ­ka?

O’Brien zi­gno­ro­wał tę uwagę.

– Czy znasz ro­syj­ski? – za­py­tał na­gle.

Abrams zerknął na nie­go. Nie za­da­je się ta­kie­go py­ta­nia, jeśli z góry nie zna się od­po­wie­dzi.

– Tak. Moi ro­dzi­ce…

– Do­brze. – O’Brien skinął głową. – Ktoś mi kie­dyś wspo­mniał, że znasz ten język. Mamy tu pew­nych ro­syj­skojęzycz­nych klientów. To głównie żydow­scy emi­gran­ci z Bro­okly­nu. Pra­wie twoi sąsie­dzi, jak ro­zu­miem.

Abrams kiwnął głową.

– Trochę już za­po­mniałem, ale na pew­no się do­ga­dam.

– Świet­nie. Mam na­dzieję, że się nie ob­ra­zisz, jeśli po­proszę, żebyś pod­szli­fo­wał swój ro­syj­ski? Podeślę ci taśmy do na­uki z De­par­ta­men­tu Sta­nu.

Abrams znów na nie­go zerknął.

– Dziękuję.

O’Brien przez dłuższą chwilę pa­trzył na zachód, po czym podjął:

– Gdy byłeś de­tek­ty­wem, po­wie­rza­no ci cza­sem za­da­nie ochro­ny de­le­ga­cji so­wiec­kiej przy ONZ na Wschod­niej Sześćdzie­siątej Siódmej, praw­da?

Abrams przez chwilę pa­trzył na O’Brie­na, za­nim od­po­wie­dział:

– W mo­men­cie odejścia ze służby zo­bo­wiązałem się do utrzy­ma­nia w ta­jem­ni­cy szczegółów mo­jej działalności.

– Na­prawdę? Ach tak, prze­cież byłeś w Wy­dzia­le Spe­cjal­nym, nie­praw­daż? Czer­wo­ny Szwa­dron…

– Już tak tego nie na­zy­wają. Zbyt­nio ko­ja­rzyło się z…

– I słusznie się ko­ja­rzyło. Na Boga, żyje­my w epo­ce eu­fe­mizmów! Założę się, że tak to na­zy­wa­liście między sobą, za ple­ca­mi dowódców.

– Czer­wo­ny Szwa­dron… – Abrams uśmiechnął się nie­znacz­nie.

O’Brien od­po­wie­dział tym sa­mym i kon­ty­nu­ował:

– W rze­czy­wi­stości nie ochra­niałeś przed­sta­wi­ciel­stwa, tyl­ko szpie­go­wałeś je… Dla­te­go mu­sisz do­brze znać główne po­sta­cie so­wiec­kiej de­le­ga­cji w ONZ.

– Możliwe.

– Na przykład Wik­to­ra An­dro­wa?

– Po­wiedz­my, że tak.

– No właśnie. Byłeś kie­dyś w Glen Cove?

Abrams odwrócił głowę i za­pa­trzył się w ostat­nie przebłyski słońca za­chodzącego nad New Jer­sey. Po długiej chwi­li od­po­wie­dział:

– Byłem tyl­ko miej­skim gliną. Moja władza nie sięgała poza gra­ni­ce mia­sta. Glen Cove należy do hrab­stwa Na­ssau.

– Ale na pew­no tam też działałeś.

– Być może.

– Za­cho­wałeś pry­wat­ne no­tat­ki o tych lu­dziach?

W głosie Abram­sa po­ja­wiła się nuta znie­cier­pli­wie­nia.

– Moje za­da­nie nie po­le­gało na in­wi­gi­lo­wa­niu dy­plo­matów w sposób taki, jak robi to FBI. Za­kres obo­wiązków był ściśle ogra­ni­czo­ny do ob­ser­wa­cji ich kon­taktów z gru­pa­mi i po­je­dyn­czy­mi oso­ba­mi, które mogły sta­no­wić za­grożenie dla mia­sta Nowy Jork i jego miesz­kańców.

– Czy­li z kim?

– Och, stan­dar­do­wo. Por­to­ry­kańskie bojówki wy­zwo­leńcze, Czar­ne Pan­te­ry, le­wa­cy z We­ather Un­der­gro­und, ta­kie spra­wy. Ro­zu­mie pan, So­wie­ci, którzy chcie­li wy­kraść for­muły che­micz­ne z miej­sco­we­go la­bo­ra­to­rium albo prze­pi­sy Rat­ne­ra na bli­ny se­ro­we czy inne bzdu­ry. Nie mam nic więcej do po­wie­dze­nia na ten te­mat, proszę mi wie­rzyć.

– Ale jako pra­wy oby­wa­tel nie trak­to­wał pan tego jak bzdu­ry, tyl­ko kil­ka razy prze­ka­zał co istot­niej­sze spo­strzeżenia FBI.

Abrams usiłował od­szy­fro­wać wy­raz twa­rzy O’Brie­na w skąpym świe­tle wie­czo­ru. Ten człowiek wie­dział o wie­le za dużo. A może ble­fo­wał. Był zna­ko­mi­tym ad­wo­ka­tem i znał wszyst­kie chwy­ty. Na wszel­ki wy­pa­dek Abrams mil­czał.

– Jest pan przy­go­to­wa­ny do obro­ny pra­cy?

– A pan był?

O’Brien się uśmiechnął.

– To było daw­no, ale myślę, że gdy­byś za­mknął mnie w cha­cie na od­lu­dziu, z ko­dek­sa­mi, pew­nie bym dał radę.

Abrams słyszał już wcześniej, że szef ma iry­tujący zwy­czaj prze­rzu­ca­nia się z te­ma­tu na te­mat, lo­so­wo, jak kar­cia­ny szu­ler, który strze­la w ciem­no, za­nim wy­czu­je sy­tu­ację i wy­bie­rze stra­te­gię.

– Czy nawiązuje pan do do­mnie­ma­nych za­machów bom­bo­wych na Wall Stre­et? – za­ry­zy­ko­wał.

O’Brien zerknął na nie­go z uko­sa.

– Och… nie. Po pro­stu dzi­siaj jest święto 1 Maja. Majówka. To mi przy­po­mi­na o ob­cho­dach, które od­by­wały się na Union Squ­are. Uczest­ni­czyłeś w nich kie­dyś?

– Nie­raz. Ro­dzi­ce za­bie­ra­li mnie tam. Później sam cho­dziłem, kie­dy byłem na służbie. Parę razy w mun­du­rze. A po­tem po cy­wil­ne­mu…

O’Brien za­milkł na chwilę, a po­tem po­wie­dział:

– Po­patrz tyl­ko. Fi­nan­so­we cen­trum Ame­ry­ki, całego świa­ta. Co by było, gdy­by od­pa­lo­no brudną bombę na Wall Stre­et?

– Giełda stanęłaby na pięć mi­nut, to wszyst­ko.

– Ocze­kuję poważnej od­po­wie­dzi.

Abrams za­pa­lił pa­pie­ro­sa i się zaciągnął.

– Set­ki tysięcy za­bi­tych.

O’Brien skinął głową.

– Naj­lep­sze fi­nan­so­we głowy na­sze­go na­ro­du wy­pa­ro­wałyby w ułamku se­kun­dy. A to spo­wo­do­wałoby eko­no­miczną ka­ta­strofę mi­lionów lu­dzi oraz pa­nikę i cha­os w całym kra­ju.

– Możliwe.

– A po­tem za­miesz­ki społecz­ne, anar­chię i po­li­tyczną de­sta­bi­li­zację.

– Dla­cze­go mówimy o brud­nej bom­bie na Wall Stre­et, pa­nie O’Brien?

– Och, ta­kie ma­jo­we myśle­nie. Wi­zja małej, wred­nej grup­ki anar­chistów czy ko­mu­nistów w czar­nych ko­mi­niar­kach od­pa­lających do­mo­wej ro­bo­ty bombę ato­mową. – O’Brien wyjął pier­siówkę, nalał so­bie porcję do nakrętki i wypił. – Chy­ba się prze­ziębiłem.

– Nie widać, żeby był pan cho­ry.

Star­szy człowiek roześmiał się.

– Po­wi­nie­nem być te­raz u Geo­r­ge’a Van Do­rna na Long Is­land. Jak­by ktoś się pytał, to je­stem cho­ry, ro­zu­miesz.

Abrams skinął głową. Kry­cie drob­nych krętactw sze­fa, zwłasz­cza do­tyczących jego part­ne­ra Geo­r­ge’a Van Do­rna, mogło prze­ro­dzić się w usługi większe­go ka­li­bru.

O’Brien nalał jesz­cze jedną porcję i pod­sunął nakrętkę Abram­so­wi.

– Ko­niak. Za­cny.

Abrams wypił i oddał ku­be­czek.

O’Brien łyknął trze­cią dawkę i scho­wał pier­siówkę. Po chwi­li ode­zwał się zamyślo­nym to­nem:

– In­for­ma­cja. Na­sza cy­wi­li­za­cja ba­zu­je głównie na in­for­ma­cji: jej wy­twa­rza­niu, ma­ga­zy­no­wa­niu, po­zy­ski­wa­niu i roz­po­wszech­nia­niu. Osiągnęliśmy punkt roz­wo­ju, w którym nie je­steśmy już w sta­nie funk­cjo­no­wać jako społeczeństwo bez mi­lionów bitów in­for­ma­cji. Pomyśl choćby o giełdzie, ryn­ku pa­pierów war­tościo­wych, giełdach me­ta­li, budżetach, trans­ak­cjach kar­ta­mi kre­dy­to­wy­mi, między­na­ro­do­wych trans­fe­rach pie­niężnych, o stra­te­giach kor­po­ra­cji… Większość z tego wszyst­kie­go od­by­wa się tu­taj. – Mężczy­zna ru­chem głowy wska­zał w dal. – I wy­obraź so­bie, że mi­liony lu­dzi próbują na­gle od­zy­skać to, co stra­ci­li. Zo­sta­li­byśmy zre­du­ko­wa­ni do na­ro­du nędza­rzy.

– Znów mówi pan o brud­nej bom­bie na Wall Stre­et? – za­py­tał Abrams.

– Być może.

O’Brien prze­szedł na prze­ciwną, wschod­nią stronę ta­ra­su i za­pa­trzył się w kom­pleks bu­dynków Cen­trum Roc­ke­fel­le­ra.

– Nie­sa­mo­wi­te miej­sce. Czy wiesz, że mają tam po­nad czte­ry akry ogrodów da­cho­wych?

Abrams stanął obok nie­go przy ba­rier­ce.

– Nie wie­działem.

– Ale tak jest. To będzie cię kosz­to­wało ko­lej­ne dwa­dzieścia pięć centów. – O’Brien wziął od Abram­sa mo­netę i wsunął ją do następnej lu­ne­ty. Przyłożył oko do oku­la­ru, usta­wił wi­dok i podkręcił ostrość. – Glen Cove znaj­du­je się około dwu­dzie­stu mil stąd, w in­nym świe­cie. Chcę spraw­dzić, czy będzie widać pi­ro­tech­nicz­ne efek­ty Van Do­rna.

– Pi­ro­tech­nicz­ne?

– To długa hi­sto­ria, Abrams. Mówiąc w te­le­gra­ficz­nym skrócie, Van Dorn, który ma Ro­sjan po sąsiedz­ku, po­dob­no ich nęka. Może o tym czy­tałeś?

– Może.

– Chcą go po­zwać do Sądu Okręgo­we­go w Na­ssau. Oczy­wiście będą mu­sie­li sko­rzy­stać z miej­sco­wych ad­wo­katów. Przyj­rzyj się dokład­niej.

– Miej­sco­wym ad­wo­ka­tom?

– Nie, pa­nie Abrams, przyj­rzyj się Glen Cove.

Abrams po­chy­lił swoją wy­soką po­stać nad lu­netą i do­sto­so­wał ostrość. Równi­na Hemp­ste­ad Pla­ins ciągnęła się ku położone­mu na wzgórzach North Sho­re – en­kla­wie bo­gac­twa, przy­wi­lejów i wpływów. Choć z tej od­ległości nie mógł do­strzec szczegółów, zga­dzał się ze słowa­mi O’Brie­na, że ma przed sobą inny świat.

– Nie widzę czer­wo­ne­go bla­sku ra­kie­ty – mruknął.

– Ani wy­buchów bom­bo­wych, założę się. Tak samo jak nie zo­ba­czysz, czy nasz sztan­dar po­wie­wa jesz­cze nad for­tem Van Do­rna. Ale za­pew­niam cię, że tak.

Abrams wy­pro­sto­wał się i zerknął na ze­ga­rek.

– Cóż, na­wet Dra­ku­la po­trze­bo­wał do­bre­go praw­ni­ka – po­wie­dział sen­ten­cjo­nal­nie O’Brien. – Bied­ny Jo­na­than Har­ker. On już zdążył się na­uczyć, że kie­dy ktoś zo­sta­je za­pro­szo­ny do złego zam­ku, może mieć trud­ności z opusz­cze­niem go.

Abrams wie­dział, że po­wi­nien być za­chwy­co­ny opcją spo­tka­nia z sze­fem na da­chu, ale zmęczyły go już dy­gre­sje.

– Nie bar­dzo ro­zu­miem – przy­znał.

O’Brien się uśmiechnął.

– Nie­wie­lu jest pra­cow­ników w fir­mie, którzy przy­zna­li­by mi się do błędu. Zwy­kle przy­ta­kują z uśmie­chem, aż sam im nie wyjaśnię, o co cho­dzi.

Abrams odwrócił się i oparł ple­ca­mi o ba­rierkę. Paru tu­rystów kręciło się jesz­cze po ta­ra­sie. Ostat­ni blask za­cho­du do­ga­sał na ho­ry­zon­cie.

O’Brien powrócił do ob­ser­wa­cji, aż lu­ne­ta znów się wyłączyła.

– Cho­le­ra. Masz jesz­cze ćwiartkę, Abrams?

– Nie­ste­ty, nie.

O’Brien ru­szył do wyjścia. Abrams podążył za nim. Szef kon­ty­nu­ował:

– Cóż, cho­dzi o to, że pod ko­niec mie­siąca mógłbym cię zwol­nić. Wte­dy za­trud­niłbyś się u Edward­sa i Sty­le­ra, ad­wo­katów z Na­ssau. A kon­kret­nie z Gar­den City. To oni re­pre­zen­tują Ru­skich w pro­ce­sie z Van Do­rnem.

– To dość nie­etycz­ne, zważyw­szy na to, że pra­cuję te­raz dla pana i dla pana Van Do­rna, nie uważa pan? – za­py­tał Abrams.

– Ro­sja­nie będą się mu­sie­li w końcu zgo­dzić na żąda­nie Edward­sa i Sty­le­ra, aby ze­zwo­lo­no ich lu­dziom wejść do re­zy­den­cji w cza­sie, kie­dy Van Dorn znów od­pa­li swo­je za­baw­ki. Dzi­siaj odmówili Hun­ting­to­no­wi Sty­le­ro­wi, ale wkrótce Van Dorn zor­ga­ni­zu­je im­prezę. Praw­do­po­dob­nie w Dniu Pamięci Na­ro­do­wej. Spo­tkasz się z ludźmi Edward­sa i Sty­le­ra, a po­tem zdasz mi ra­port.

– Chwi­leczkę… Jeśli Geo­r­ge Van Dorn rze­czy­wiście zakłóca Ro­sja­nom spokój, musi stanąć przed sądem i ra­czej nie wy­gra tej spra­wy. W do­dat­ku, jeśli będzie to robił da­lej, na­wet po tym, jak zo­stał po­zwa­ny, So­wie­ci mogą wystąpić o tym­cza­so­we sank­cje.

– Dla­te­go właśnie wy­najęli Edward­sa i Sty­le­ra. Ale tak się składa, że sędzia Bar­da­shian, który przy­pad­kiem jest moim przy­ja­cie­lem, ma za­ni­ki pamięci. Ist­nie­je cien­ka li­nia pomiędzy ka­ral­nym nęka­niem a kon­sty­tu­cyj­nym, wy­wodzącym się z bo­skie­go nada­nia pra­wem pana Van Do­rna do urządza­nia pa­trio­tycz­nych im­prez w do­wol­nym ter­mi­nie.

– Prze­pra­szam, ale z tego, co czy­tałem, ewi­dent­nie wy­ni­ka, że pan Van Dorn jest uciążli­wym sąsia­dem. Działa złośli­wie, w wy­ni­ku źle pojętego pa­trio­ty­zmu.

O’Brien uśmiechnął się nie­znacz­nie.

– I tak to pew­nie zo­sta­nie przed­sta­wio­ne w sądzie. Ale tu cho­dzi o coś więcej niż cy­wil­ny po­zew.

Abrams za­trzy­mał się i po­pa­trzył na północ­ny kra­niec Man­hat­ta­nu, w stronę Cen­tral Par­ku. Oczy­wiście, że cho­dzi o coś więcej. Py­ta­nia o jego zna­jo­mość ro­syj­skie­go, pa­trio­tyzm, udział w Czer­wo­nym Szwa­dro­nie i inne z po­zo­ru nie­win­ne dy­gre­sje nie po­ja­wiły się w tej roz­mo­wie bez po­wo­du. O’Brien roz­gry­wał swoją grę.

– Do­brze – po­wie­dział. – Co mam robić, kie­dy znajdę się u Ro­sjan?

– To co Jo­na­than Har­ker w zam­ku hra­bie­go Dra­ku­li. Węszyć.

– Jo­na­than Har­ker zginął.

– Go­rzej, stra­cił nieśmier­telną duszę. Po­nie­waż jed­nak za­mie­rzasz zo­stać praw­ni­kiem jak Har­ker, taka spra­wa może znacz­nie pomóc ci w ka­rie­rze.

Abrams uśmiechnął się mimo woli.

– Co jesz­cze może mi pan po­wie­dzieć?

– Na ra­zie nic więcej. Spo­tka­my się po­now­nie do­pie­ro za jakiś czas. Nie mów ni­ko­mu o na­szej roz­mo­wie. Będziesz składał ra­por­ty bez­pośred­nio do mnie i ni­ko­mu in­ne­mu. Na­wet gdy­by ktoś żądał in­for­ma­cji, powołując się na moje po­le­ce­nia. Zro­zu­miałeś?

– Zro­zu­miałem.

– Świet­nie. Podeślę ci taśmy do na­uki języka. Na­wet gdy­by nic z tego nie wyszło, pod­szli­fu­jesz so­bie ro­syj­ski.

– Dla pańskich żydow­skich klientów?

– Nie mam ta­kich klientów.

Abrams skinął głową.

– Muszę przy­go­to­wy­wać się do obro­ny dy­plo­mu – za­zna­czył.

Głos O’Brie­na na­brał nie­spo­dzie­wa­nych, ostrych tonów.

– Pa­nie Abrams, może nie dojść do eg­za­minów w lip­cu.

Abrams po­pa­trzył na sze­fa. O’Brien po­wie­dział to bar­dzo se­rio, lecz nie było sen­su pytać o wyjaśnie­nie. I tak nie otrzy­małby od­po­wie­dzi.

– Cóż, widzę, że rze­czy­wiście muszę wziąć się za ro­syj­ski. Może mi się przy­dać.

O’Brien uśmiechnął się posępnie.

– Owszem, praw­do­po­dob­nie już w sierp­niu. Do­bra­noc, pa­nie Abrams.

Odwrócił się na pięcie i od­szedł w stronę wind.

Młod­szy mężczy­zna od­pro­wa­dził go wzro­kiem.

– Do­bra­noc, pa­nie O’Brien.

2

Pe­ter Thor­pe spoglądał przez okien­ko wy­najętego he­li­kop­te­ra. W dole było widać trzy­stu­let­nie mia­stecz­ko Glen Cove przy­cup­nięte nad za­toką Long Is­land.

Week­en­do­wa sie­dzi­ba de­le­ga­cji so­wiec­kiej przy ONZ po­ja­wiła się w polu wi­dze­nia. Był to bu­dy­nek w sty­lu elżbie­tańskim, o gra­ni­to­wych ścia­nach, stro­mym da­chu z licz­ny­mi ko­mi­na­mi, po­kry­tym łupkową dachówką i z wie­lo­dziel­ny­mi okna­mi. Miał kształt li­te­ry T, z dwo­ma ob­szer­ny­mi skrzydłami i trze­cim, małym, przy­le­gającym od południa do po­przecz­nej części bu­dyn­ku. Re­zy­den­cja, która wcześniej na­zy­wała się Kil­len­worth, zo­stała zbu­do­wa­na przez ar­cy­ka­pi­ta­listę Char­le­sa Prat­ta, założycie­la fir­my, która później prze­kształciła się w Stan­dard Oil – kom­pa­nię kie­ro­waną przez jed­ne­go z jego synów. Dom miał po­nad pięćdzie­siąt sy­pial­ni i po­sa­do­wio­ny był na nie­wiel­kim wzgórzu oto­czo­nym trzy­dzie­sto­ma sied­mio­ma akra­mi porośniętego la­sem te­re­nu. W sąsiedz­twie znaj­do­wało się jesz­cze kil­ka­naście ta­kich za­byt­ko­wych re­zy­den­cji należących do Złote­go Wy­brzeża Long Is­land, en­kla­wy bo­gac­twa. Za­li­czało się do niej sześć in­nych po­siadłości zbu­do­wa­nych przez Prat­ta. Jed­na z nich pełniła funkcję domu spo­koj­nej sta­rości. Pe­ter Thor­pe był tam kil­ka razy, ale nie po to, żeby od­wie­dzać sta­ruszków.

W dole, w miej­scu, w którym roz­gry­wała się hi­sto­ria Wiel­kie­go Gats­by’ego, widać było dużą grupę ma­ni­fe­stantów pi­kie­tujących przed bramą so­wiec­kiej po­siadłości.

Thor­pe odwrócił głowę, żeby po­pa­trzeć na wieżowce Man­hat­ta­nu. Przez chwilę spoglądał na gmach ONZ.

– Latałeś kie­dyś dla tych Ru­skich? – za­gadnął pi­lo­ta.

Mężczy­zna skinął głową.

– Raz, zeszłego lata. Jezu, ale mają miejscówkę! A gdzie jest twój za­mek?

Thor­pe się uśmiechnął.

– Dokład­nie na północ od Ru­skich.

– Okej… już wi…

Czer­wo­ny, gwiaździ­sty rozbłysk eks­plo­do­wał na­gle przy le­wej bur­cie ma­szy­ny.

– Co jest? – krzyknął za­sko­czo­ny pi­lot i szarpnął wo­lant.

Śmigłowiec ostro prze­chy­lił się w pra­wo. Thor­pe zaczął się śmiać.

– Spo­koj­nie, to tyl­ko fa­jer­wer­ki. Mój go­spo­darz roz­począł swo­je co­rocz­ne ob­cho­dy an­ty­pierw­szo­ma­jo­we. Zmień kurs i pod­leć od północy.

– Do­bra.

Thor­pe ob­ser­wo­wał z góry ruch na Do­so­ris Lane. Miej­sco­wy bur­mistrz był za­ja­dle an­ty­so­wiec­ki i w ra­mach przysługujących mu praw pro­wa­dził bez­u­stanną ba­ta­lię z nie­pożąda­ny­mi sąsia­da­mi.

Samo Glen Cove miało długą hi­sto­rię bojów z Ro­sja­na­mi, da­tującą się od chwi­li, kie­dy po II woj­nie świa­to­wej So­wie­ci ku­pi­li tę po­siadłość. W la­tach 50. ubiegłego wie­ku an­ty­ko­mu­ni­stycz­nie na­sta­wie­ni miej­sco­wi gli­nia­rze mie­li zwy­czaj le­gi­ty­mo­wać każdego, kto prze­cho­dził przez jej bramę, i wle­pia­li man­da­ty za naj­mniej­sze wy­kro­cze­nie, choć nig­dy tych man­datów nie płaco­no. Co praw­da obec­nie pa­no­wało odprężenie, lecz sto­sun­ki so­wiec­ko-ame­ry­kańskie tak na­prawdę nig­dy go nie osiągnęły. Do Glen Cove naj­wi­docz­niej powróciły echa zim­no­wo­jen­ne­go po­lo­wa­nia na czer­wo­ne cza­row­ni­ce.

Po­su­nięcia bur­mi­strza, który za­ka­zał Ro­sja­nom wstępu na wszyst­kie te­re­ny re­kre­acyj­ne mia­sta, spra­wiły, że w ra­mach re­tor­sji ame­ry­kańskich dy­plo­matów w Mo­skwie gnębio­no po­dob­nie idio­tycz­ny­mi za­ka­zami. „Praw­da” opu­bli­ko­wała na pierw­szej stro­nie ar­ty­kuł piętnujący Glen Cove jako ba­stion „an­ty­ra­dziec­kie­go de­li­rium”. Ów ar­ty­kuł, z którego tłuma­cze­niem Thor­pe za­po­znał się w sie­dzi­bie CIA w Lan­gley, był równie głupi jak wy­ma­chi­wa­nie sza­belką przez bur­mi­strza Do­mi­ni­ca Pa­rio­li, który wywołał całą tę awan­turę.

Thor­pe z uśmie­chem po­ki­wał głową, przy­po­mi­nając so­bie, że Glen Cove przy­spo­rzyło także nie­małego bólu głowy De­par­ta­men­to­wi Sta­nu. W końcu jed­nak, la­tem zeszłego roku, rząd fe­de­ral­ny zgo­dził się płacić mia­stu sto tysięcy do­larów rocz­nie, czy coś koło tego, w ra­mach re­kom­pen­sa­ty za brak wpływów z po­dat­ku grun­to­we­go, z którego dy­plo­ma­tycz­na po­siadłość była usta­wo­wo zwol­nio­na. W za­mian bur­mistrz Pa­rio­li zo­bo­wiązał się sie­dzieć ci­cho.

Jed­nak Thor­pe wyraźnie wi­dział, że układ z Wa­szyng­to­nem nie zo­stał do końca do­trzy­ma­ny.

– Co się tam, do li­cha, dzie­je? – za­py­tał pi­lot.

– Miesz­kańcy eg­ze­kwują swo­je pra­wo do wol­ności słowa i zgro­ma­dzeń – wyjaśnił Thor­pe.

– Do wol­ności pie­przo­nej rozróby – mruknął pi­lot.

– Na to samo wy­cho­dzi.

Thor­pe mu­siał jed­nak przy­znać, że miesz­kańcy mają swo­je ra­cje, gdyż sy­tu­acja znacz­nie się zmie­niła od cza­su po­ro­zu­mie­nia Glen Cove z Wa­szyng­to­nem. W miej­sco­wej pra­sie po­wta­rzały się do­nie­sie­nia o wy­ra­fi­no­wa­nym sprzęcie elek­tro­nicz­nym, którym zo­stała na­szpi­ko­wa­na so­wiec­ka po­siadłość. Lu­dzie na­rze­ka­li na zakłóce­nia od­bio­ru te­le­wi­zji, które przy­pi­sy­wa­li elek­tro­nicz­ne­mu szpie­go­wa­niu.

Jed­nak tej wy­ra­fi­no­wa­nej elek­tro­ni­ki nie używa­no po to, by złośli­wie wy­ma­zać z ekra­nu po­nie­działkowe me­cze. Praw­dzi­wym ce­lem był prze­mysł obron­ny Long Is­land – Sper­ry Rand, Grum­man Air­craft, Re­pu­blic Avia­tion oraz dzie­siątki in­nych firm spe­cja­li­zujących się w za­awan­so­wa­nych tech­no­lo­giach z dzie­dzi­ny elek­tro­ni­ki i mi­kro­pro­ce­sorów. Thor­pe wie­dział, że Ro­sja­nie podsłuchują także placówki i przed­sta­wi­ciel­stwa dy­plo­ma­tycz­ne na Man­hat­ta­nie i Long Is­land.

Przy tej oka­zji nie­odmien­nie po­ja­wiało się py­ta­nie: „Skąd Ru­scy biorą cały ten wy­ra­fi­no­wa­ny sprzęt?”. Ofi­cjal­na od­po­wiedź De­par­ta­men­tu Sta­nu brzmiała za­wsze tak samo: prze­my­ca­no go w bagażu dy­plo­ma­tycz­nym nie­pod­le­gającym kon­tro­li na gra­ni­cach. Przy czym pod mia­nem bagażu ro­zu­mia­no nie tyl­ko tecz­ki i wa­liz­ki dy­plo­matów, lecz także wiel­kie, za­plom­bo­wa­ne kon­te­ne­ry, których nikt nie miał pra­wa do­tknąć. Thor­pe oczy­wiście wie­dział, że to nie­praw­da. Nie­mal cały sprzęt, za po­mocą którego szpie­go­wa­no miej­sco­wy prze­mysł obron­ny, był pro­duk­tem tegoż prze­mysłu. Ku­po­wa­no to­war za pośred­nic­twem całego łańcu­cha pod­sta­wio­nych firm, a he­li­kop­te­ry do­star­czały go wprost na dzie­dzi­niec so­wiec­kiej po­siadłości. I tyl­ko nie­licz­ne, naj­bar­dziej wrażliwe sys­te­my, których nie można było kupić, trze­ba było wy­kra­dać. Co też czy­nio­no i trans­por­to­wa­no je w ce­lo­wo mylący sposób, ciężarówka­mi, fur­go­net­ka­mi czy łodzia­mi, a na ko­niec śmigłowcem.

Thor­pe odwrócił się do pi­lo­ta.

– Mówiłeś, że latałeś dla tych Ru­skich. Dużo mie­li ładunków?

Pi­lot wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Och, od gro­ma. Bagażu, jak na dwu­let­ni rejs do­okoła świa­ta. Mnóstwo pak z żywnością. Ale na początku nie wie­działem, że to So­wie­ci, po­dob­nie jak mój dys­po­zy­tor lotów. Miałem po pro­stu za­brać ładu­nek z East Side He­li­port i prze­wieźć do ja­kiejś po­siadłości na Long Is­land. Mie­li tam całą masę pudeł i skrzyń. Za­pcha­li mi tym całą ładow­nię i ka­za­li wziąć kurs na King’s Po­int. Tak zro­biłem i już miałem scho­dzić do lądo­wa­nia, kie­dy po­wie­dzie­li, że mam le­cieć da­lej, do Glen Cove. No i do­bra. Poka­za­li mi miej­sce w dole i usiadłem tam. Fur­go­net­ka już cze­kała; była ty­po­wa, do­staw­cza. Paru chłopaków mi­giem upo­rało się z przeładun­kiem i machnęli mi, żebym od­la­ty­wał. Chry­ste, da­lej nie miałbym pojęcia, że to byli Ru­scy, gdy­bym nie zo­ba­czył tego miej­sca na zdjęciu lot­ni­czym w „Ti­me­sie”. Było tam na­pi­sa­ne coś o po­dat­kach i wejściach na plażę, nie pamiętam już. Na­piw­ku od nich nie do­stałem.

Thor­pe kiwnął głową.

– A jaki był na­pis na fur­go­net­ce?

Pi­lot rzu­cił mu szyb­kie spoj­rze­nie.

– Nie wiem, nie pamiętam – od­po­wie­dział.

– Czy ktoś roz­ma­wiał z tobą po tym lo­cie?

– Nie.

Thor­pe po­tarł brodę. Pi­lot stał się na­gle małomówny, co mogło ozna­czać parę rze­czy.

– Nie kon­tak­to­wałeś się z FBI? A oni z tobą?

– Hej, dość tych pytań, do­bra? – warknął pi­lot.

Thor­pe wyjął port­fel.

– CIA – po­wie­dział, po­ka­zując iden­ty­fi­ka­tor.

Pi­lot zerknął na nie­go.

– Do­bra, no i co z tego? – za­py­tał. – Latałem z gośćmi z CIA w Wiet­na­mie. Żaden nie był taki wścib­ski jak ty.

Thor­pe uśmiechnął się.

– Co ci po­wie­dzie­li? Ci z FBI?

– Po­wie­dzie­li, żebym nie gadał z ta­ki­mi jak wy. Słuchaj, sta­ry, nie mam ocho­ty pa­ko­wać się w ja­kieś gówno, okej? I tak już za dużo po­wie­działem.

– Za­cho­wam to dla sie­bie.

– Do­bra… nie wy­syp mnie przed nimi, jeśli chcesz jesz­cze coś wie­dzieć. Nie mów, że roz­ma­wiałem z tobą. Nie wie­działem, że je­steś z CIA. Chry­ste, ale z was mo­de­le!

– Spo­koj­nie, skup się na lo­cie.

– Taa… Rany, czuję się jak tak­siarz, któremu ciągle do wozu pa­ku­je się jakaś ma­fia. Ru­skie, FBI, CIA. Cie­ka­we, kto jesz­cze?

– To się okaże.

Thor­pe opadł na opar­cie fo­te­la, kie­dy ma­szy­na zaczęła pio­no­wo scho­dzić w dół. Ta mi­ni­woj­na mia­stecz­ka z Ro­sja­na­mi była moc­no ko­micz­na. Jesz­cze bar­dziej ko­micz­na była otwar­ta woj­na, jaką pro­wa­dził z so­wiec­ki­mi re­zy­den­ta­mi lo­kal­ny po­ten­tat ziem­ski, Geo­r­ge Van Dorn, u którego Thor­pe miał gościć w ten week­end. Pe­ter Thor­pe spoj­rzał w dół na dwie po­siadłości; dwa małe, skłócone króle­stwa, od­dzie­lo­ne ufor­ty­fi­ko­waną gra­nicą i za­ra­zem dwa skraj­nie od­mien­ne po­li­tycz­ne świa­ty wplątane w dzi­waczną, śre­dnio­wieczną wo­jenkę. Za­baw­ne, ale nie do końca, pomyślał.

Fon­tan­na ko­lo­ro­wych kul wy­strze­liła z rzym­skiej świe­cy, opa­dając na he­li­kop­ter.

– Nie mu­sisz robić uników, sze­fie – po­wie­dział Thor­pe.

Pi­lot zaklął.

– To nie jest bez­piecz­na za­ba­wa.

Thor­pe po­ka­zał mu oświe­tlo­ne lądo­wi­sko prze­ro­bio­ne z kor­tu te­ni­so­we­go. Dla Van Do­rna te­nis był spor­tem ko­biet i mięczaków. Thor­pe, który sam grał, su­ge­ro­wał mu nie­raz, że sko­ro zda­rzają się i tacy goście, po­wi­nien uwzględnić ich po­trze­by, nie spo­tkało się to jed­nak z od­ze­wem.

Na lądo­wi­sku od­bla­skową farbą na­ma­lo­wa­no na­miar często­tli­wości ra­dio­wej. Pi­lot za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem:

– Mam po­pro­sić o po­zwo­le­nie na lądo­wa­nie?

– Le­piej tak, sze­fie…

– O Chry­ste Pa­nie…

Pi­lot włączył ra­dio, za­wisł nad kor­tem i przemówił do mi­kro­fo­nu przy hełmie:

– Tu AH 113, proszę o ze­zwo­le­nie na lądo­wa­nie. Odbiór.

Głos wy­do­był się z głośnika:

– Tu sta­cja Van Do­rna. Widzę cię. Kim jest twój pasażer?

Pi­lot ze znie­cier­pli­wie­niem zerknął na Thor­pe’a.

Agent się uśmiechnął.

– Po­wiedz, że Pe­ter, sam i bez bro­ni.

Pi­lot powtórzył jego słowa.

– Kon­ty­nu­uj scho­dze­nie – po­le­cił ope­ra­tor. – Bez od­bio­ru.

– Przyjąłem. Bez od­bio­ru.

Pi­lot przełączył się z po­wro­tem na często­tli­wość swo­jej fir­my.

– Te­raz już wiem, których dwóch domów mam uni­kać – mruknął do Thor­pe’a.

– Ja też.

Thor­pe wi­dział te­raz wyraźnie po­siadłość Van Do­rna – długi biały dom w sty­lu ko­lo­nial­nym, o wykłada­nych drew­nem ścia­nach. Oka­zały, lecz nie tak im­po­nujący jak sie­dzi­ba prze­ciw­ni­ka. Fala ciepłego po­wie­trza napłynęła od zie­mi do kok­pi­tu, niosąc ze sobą woń kwiatów. W po­bliżu dwaj mężczyźni, stojąc w pu­stym, lecz oświe­tlo­nym ba­se­nie, pusz­cza­li fa­jer­wer­ki – w sku­pie­niu, jak załoga moździe­rza spo­dzie­wająca się ostrzału nie­przy­ja­cie­la.

– Gdy­by Ru­scy do­sta­li po­zwo­le­nie na po­kaz fa­jer­werków, byłaby tu niezła za­ba­wa – sko­men­to­wał.

– Taa… – mruknął z iry­tacją pi­lot. – A gdy­bym ja miał tu swoją starą cobrę, kropnąłbym tych wszyst­kich świ­rusów jedną serią.

– Amen, bra­cie.

He­li­kop­ter usiadł na kor­cie i znie­ru­cho­miał.

3

Stan­ley Ku­chik czuł, jak ko­szul­ka lepi mu się do pleców. Za­sta­na­wiał się, co Ru­scy by z nim zro­bi­li, gdy­by przyłapa­li go w swo­jej po­siadłości. Ucznio­wie z li­ceum Glen Cove High przy Do­so­ris Lane w dro­dze do i ze szkoły prze­cho­dzi­li wzdłuż muru kryjącego za­ka­za­ny te­ren. Po szko­le krążyły opo­wieści o śmiałkach, którzy się tam wdar­li, ale dziw­nym tra­fem były to za­wsze nie­po­twier­dzo­ne hi­sto­rie z od­ległej przeszłości. Dotąd nikt z obec­nych uczniów nie ośmie­lił się rzu­cić wy­zwa­nia strzeżonej for­te­cy. Aż wresz­cie po­ja­wił się ten, na którego cze­ka­no od daw­na – Stan­ley Ku­chik. Tego dnia za­mie­rzał udo­wod­nić, że choć nie jest naj­sil­niej­szy w kla­sie, to na pew­no jest naj­dziel­niej­szy. Dzie­sięciu kum­pli przyglądało się, jak prze­cho­dzi przez ogro­dze­nie dzielące bo­isko szkoły od te­renu ro­syj­skiej po­siadłości i zni­ka wśród drzew. Jego mi­sja była jed­no­znacz­na – miał zdo­być nie­pod­ważalny dowód głębo­kiej pe­ne­tra­cji te­renu wro­ga i sta­wić się z nim w piz­ze­rii Sala do go­dzi­ny dwu­dzie­stej dru­giej. Stan­ley zda­wał so­bie sprawę, że jeśli go złapią, może pożegnać się ze szkołą i za­pew­ne z sa­mym Glen Cove.

Przyłożył do oczu lor­netkę i skie­ro­wał ją na duży bu­dy­nek, wi­docz­ny w od­da­li. Fio­le­to­we cie­nie kładły się na sze­ro­kim, północ­nym ta­ra­sie. Paru mężczyzn i ko­bie­ta sie­dzie­li na ogro­do­wych fo­te­lach; służący właśnie przy­niósł im drin­ki. Naj­le­piej by było, gdy­by szyb­ko stamtąd zni­kli i we­szli do domu.

Chłopak spraw­dził, czy ko­man­do­ski nóż nie wy­sunął mu się z po­chwy u pasa, a po­tem musnął pal­ca­mi twarz po­ma­lo­waną w ochron­ne bar­wy za po­mocą ma­mi­ne­go, zie­lo­ne­go cie­nia do po­wiek i brązo­we­go ołówka do kre­sek. Pro­du­cent za­pew­niał, że ko­sme­ty­ki są od­por­ne na wpływy at­mos­fe­rycz­ne. Rze­czy­wiście, ma­lu­nek nie roz­ma­zał się, choć było gorąco i Stan­ley spływał po­tem. Miał na so­bie po­lo­wy mun­dur w pan­terkę, którego wu­jek Ste­ve używał w Wiet­na­mie i własne czar­ne co­nver­se’y.

Dokończył ba­to­nik Mil­ky Way, wcisnął pa­pie­rek do kie­sze­ni na pier­si i wyjął jesz­cze Snic­ker­sa. Na­gle znie­ru­cho­miał. Dwóch mężczyzn zbliżało się żwi­rową alejką. Byli w od­ległości około dzie­sięciu metrów od nie­go. Przez chwilę nasłuchi­wał, czy nie mają psów, i z ulgą stwier­dził, że nie. Na­wet gdy­by go do­strze­gli, łatwo im uciek­nie. Od pew­ne­go cza­su do­sko­na­lił swój sprint, wiedząc, że szyb­kie nogi mogą mu się przy­dać.

Stan­ley przy­lgnął nie­ru­cho­mo do zie­mi. Ukry­ty wśród krzewów rosnących wzdłuż alej­ki ob­ser­wo­wał nad­chodzących mężczyzn. Roz­po­znał jed­ne­go z nich, ni­skie­go tłuścio­cha z wyłupia­sty­mi ocza­mi. Wi­dział go parę razy w mieście i raz na plaży. Ucznio­wie na­zwa­li go Ro­pu­chem. Parę lat temu, kie­dy Stan­ley był w pierw­szej kla­sie, Ro­puch miał na­wet u nich po­ga­dankę o Związku Ra­dziec­kim. Zda­je się, że był at­taché kul­tu­ral­nym czy kimś w tym sty­lu i do­brze mówił po an­giel­sku. Kie­dy jesz­cze Ru­skim po­zwa­la­no grać na miej­skich kor­tach, za­cho­wy­wa­li się jak ćwoki i rzad­ko kie­dy od­rzu­ca­li gra­czom piłkę, kie­dy ich o to pro­szo­no. Ale nie Ro­puch. Ten drep­tał do piłki i po­da­wał ją z uśmie­chem. Ro­puch był w porządku. Stan­ley usiłował so­bie przy­po­mnieć, jak się na­zy­wa. An­zow, a może An­drow… O, tak, An­drow. Wik­tor An­drow.

Dru­gi gość na bank mu­siał być agen­tem. Miał gładko za­cze­sa­ne do tyłu włosy, gar­ni­tur jak do pierw­szej ko­mu­nii i czar­ne oku­la­ry. Wyglądał na niezłego twar­dzie­la. Może na­wet zabójcę, pomyślał Stan­ley. Człowiek SMIERSZ-u.

Mężczyźni roz­ma­wia­li po ro­syj­sku i Stan­ley zro­zu­miał tyl­ko słowo amie­ri­kan­ski, od­mie­nia­ne przez wszyst­kie przy­pad­ki. Chłopak odwrócił się lek­ko na bok i wyciągnął z map­ni­ka apa­rat – mi­noltę Po­cket Au­to­pak 470. Wy­ce­lo­wał obiek­tyw, szyb­ko zro­bił trzy zdjęcia, a po­tem scho­wał apa­rat i od­cze­kał całą mi­nutę. Kie­dy Ro­sja­nie zniknęli mu z oczu, pod­niósł się i za­stygł w miej­scu, go­to­wy do bie­gu. Jesz­cze chwilę nasłuchi­wał, ale wokół pa­no­wała ci­sza.

Stan­ley wy­biegł na otwartą prze­strzeń, po­ko­nując pięćdzie­siąt metrów w nie­całe sześć se­kund. Z rozpędem wpadł w płytką nieckę zarośniętą chwa­sta­mi i znów czuj­nie znie­ru­cho­miał. Czuł się jak na wi­del­cu, ale i tak wokół nie było lep­szej kryjówki. Wy­pa­try­wał za­ka­mu­flo­wa­nych mi­kro­fonów czy in­nych czuj­ników, ale ni­cze­go nie za­uważył, choć po­win­ny tu być. Jego oba­wa przed ro­syj­ski­mi za­bez­pie­cze­nia­mi znacz­nie zma­lała, za to śmiałość wzrosła. Nie prze­wi­dzie­li, że tra­fią na Stan­leya Ku­chi­ka, pomyślał z sa­tys­fakcją.

Stan­ley­owi ogrom­nie im­po­no­wały opo­wieści wuj­ka Ste­ve’a o szko­le­niu zwia­dowców, które ten odbył w Pa­na­mie. Wuj dał mu swo­je sta­re podręczni­ki z kur­su opi­sujące me­to­dy in­fil­tra­cji te­ry­to­rium wro­ga i za­sa­dy su­rvi­va­lu. Chłopak nieźle się w tym wpra­wił, ćwicząc w le­sie w po­bliżu swo­jego domu. Ob­ra­zy skra­dających się w krza­kach mężczyzn w ma­skujących stro­jach sil­nie po­działały na jego wy­obraźnię, a tre­ning wy­ostrzył drze­miący w nim in­stynkt obron­ny.

Ostrożnie wyj­rzał z dołka. Nie wyglądało na to, żeby Ru­scy na ta­ra­sie za­pragnęli w naj­bliższym cza­sie wejść do domu. Wca­le się nie dzi­wił, bo po­go­da była piękna. Mu­siał kon­ty­nu­ować za­da­nie nie­mal na ich oczach.

Stan­ley wie­dział, że dziś mają swo­je ważne święto. Za­raz pew­nie znajdą się tu Ro­sja­nie z ONZ. Oprócz tych na ta­ra­sie wi­dział jesz­cze grupkę in­nych spa­ce­rujących po ogro­dzie re­zy­den­cji. Nie na dar­mo za­pla­no­wał wcześniej całą akcję. Nie­cier­pli­wie od­li­czał czas, jaki po­zo­stał mu do Dnia M. M mi­nus sześć, M mi­nus pięć… Ale te­raz, kie­dy ope­ra­cja wresz­cie się zaczęła, zaczął się oba­wiać, że nie do­ce­nił ry­zy­ka. To było po pro­stu sza­lo­ne.

Do­brze, że przy­najm­niej nie ma dzie­ciaków. Cza­sa­mi Ru­scy przy­pro­wa­dza­li je ze sobą. Dzie­cia­ki bie­gające po le­sie sta­no­wiłyby dla Stan­leya nie­mały pro­blem. Być może urządzo­no im obóz o parę mil stąd – obóz pio­nierów, jak oni to na­zy­wa­li, czy­li coś w sty­lu skautów. Tyl­ko że za­miast pod­chodów uczy­li się tam szpie­go­wa­nia.

Stan­ley zamyślił się nad tym przez chwilę, ale szyb­ko przy­po­mniał so­bie o mi­sji. Zaczął ostrożnie czołgać się w kie­run­ku prze­pu­stu desz­czo­we­go, który wi­dział przed sobą, u podnóża tra­wia­stej po­chyłości. Zie­mia wokół wy­lo­tu be­to­no­wej rury była wil­got­na, śmierdząca i porośnięta ba­gienną roślin­nością. Pierw­szy raz zna­lazł się tak bli­sko so­wiec­kiej re­zy­den­cji.

Do­czołgał się do rury, za­wa­hał przez mo­ment, a po­tem pod­ciągnął się na rękach i głową naprzód wsunął się w cuchnącą ciem­ność. Po­wo­li czołgał się w szla­mie, prąc do góry. Wątpił, żeby kto­kol­wiek z jego kla­sy się tam zmieścił. Po raz pierw­szy nie żałował, że jest ta­kich chu­chrem.

Kie­dy był bliżej domu, zo­ba­czył, że ko­rze­nie płaczącej wierz­by po­prze­ra­stały spo­je­nia kanału. Z początku pod­ciągał się na nich, ale wkrótce stały się tak gru­be, że mu­siał roz­ci­nać je nożem, żeby uto­ro­wać so­bie drogę. Na­gle coś zaćwier­kało mu nad głową i przez szparę zo­ba­czył wpa­trujące się w nie­go czer­wo­ne oczka.

– Spa­daj! Frru! – syknął do pta­ka, ude­rzając w rurę trzon­kiem noża. Ser­ce mu łomo­tało, a w ustach miał gęstą ślinę.

Znie­ru­cho­miał na chwilę i się ro­zej­rzał. Tkwił w cia­snym tu­ne­lu i choć nie miał klau­stro­fo­bii, robił się co­raz bar­dziej spięty. A jeśli tu utknie? Mdliło go od smro­du, a ciem­ność była co­raz bar­dziej prze­rażająca. Na­gle po­czuł naglącą po­trzebę wsta­nia, wy­pro­sto­wa­nia się i wy­rwa­nia na wol­ność, na świeże po­wie­trze. Oblał go pot i po­czuł dresz­cze. Przez mo­ment pomyślał, żeby się wy­co­fać, ale wątpił, czy tyłem zdoła prze­cisnąć się pomiędzy ko­rze­nia­mi.

– Pa­lan­cie, nie możesz tu zo­stać – po­wie­dział do sie­bie.

Czołgał się da­lej, aż do­tarł do ko­mo­ry, w której krzyżowało się kil­ka rur. Po­wie­trze było tu lep­sze i Stan­ley łap­czy­wie złapał od­dech. Po­pa­trzył w górę na pio­no­wy szyb pro­wadzący na po­wierzch­nię, od której dzie­liło go około sześciu metrów. Szyb u góry był za­mknięty me­ta­lową kratą, przez którą widać było pierw­sze gwiaz­dy.

– Bułka z masłem – mruknął.

Przyklęknął, od­cze­pił la­tarkę od pasa i oświe­tlił nią szyb. Zo­ba­czył nad głową me­ta­lo­we stop­nie z prętów. Zga­sił la­tarkę, przy­cze­pił ją z po­wro­tem, wziął głęboki od­dech i zaczął się piąć w górę, aż do­tarł do kra­ty. Wy­star­czyło ją pchnąć i ustąpiła. Od­chy­liła się i ze stu­ko­tem upadła na be­to­nową cem­bro­winę włazu. Chłopak nasłuchi­wał przez chwilę, aż wresz­cie ostrożnie wy­sta­wił głowę i się ro­zej­rzał. W od­ległości paru metrów wzno­sił się biały maszt fla­go­wy. Na nim Stan­ley zo­ba­czył to, o co mu cho­dziło – czer­wo­ny sztan­dar ZSRR.

Pod­stawę masz­tu zdo­bił półokrąg z żywopłotu, wy­so­ki na mniej więcej metr. Na ra­zie Stan­leya zasłaniały krze­wy; je­dy­nie z góry ktoś mógłby go zo­ba­czyć. Spraw­dził okna na piętrze i pod­da­szu, ale ni­ko­go nie do­strzegł. Pod­ciągnął się po­wo­li i wy­gra­mo­lił z szy­bu, a po­tem, schy­lo­ny, zaczął się prze­dzie­rać przez gęsty dy­wan blusz­czu po­ra­stający zie­mię. Kie­dy do­tarł do pod­sta­wy masz­tu, położył się na ple­cach, wyciągnął nóż i znów znie­ru­cho­miał, czuj­nie nasłuchując.

Do­biegły go dźwięki mu­zy­ki sączące się zza częścio­wo roz­su­niętych szkla­nych drzwi pro­wadzących na ta­ras. Okrop­nej mu­zy­ki, pomyślał mi­mo­cho­dem. Jed­nak wieczór był bar­dzo spo­koj­ny i Stan­ley zaczął się oba­wiać, czy nie zdra­dzi go pisz­cze­nie bloczków, kie­dy prze­tnie fla­glinkę i sztan­dar opad­nie ra­zem z nią. Przykładając ostrze noża do napiętej lin­ki, jesz­cze się wahał. Ale kie­dy spoj­rzał w górę, na czer­woną płachtę z żółtym zna­kiem skrzyżowa­nych sier­pa i młota, a pięcio­ra­mien­na gwiaz­da za­fa­lo­wała na wie­trze, wie­dział, że musi ją mieć.

Na­gle roz­legł się prze­raźliwy huk, jak ka­ra­bi­no­wy strzał, i Stan­ley omal nie popuścił w spodnie. Przy­lgnął do wil­got­nej zie­mi i cze­kał w napięciu. Znów coś huknęło i z nie­ba spadł deszcz iskier – czer­wo­nych, białych i nie­bie­skich. Wy­strze­liły ko­lej­ne fa­jer­wer­ki i chłopak zaśmiał się ci­cho. Ten sta­ry wa­riat, Van Dorn, znów dawał Ru­skim do wi­wa­tu! Można było się domyślać, na czym sku­piły się te­raz spoj­rze­nia wszyst­kich gości so­wiec­kiej re­zy­den­cji. Stan­ley jed­nym ru­chem prze­ciął fla­glinkę i sztan­dar zaczął opa­dać pod własnym ciężarem. Z początku wol­no, po­tem co­raz szyb­ciej i czer­wo­na płach­ta rosła chłopcu w oczach, aż miękko opadła na nie­go. Do­tknięcie było lek­kie. Spo­dzie­wał się, że jest zro­bio­na z grub­sze­go ma­te­riału. Dziw­nie też pach­niała. Zresztą nie­ważne, grunt, że ją ma.

Stan­ley nie tra­cił cza­su. Odciął flagę, skręcił ją cia­sno i obwiązał się nią w pa­sie. Prze­mknął na nie­wi­doczną z ta­ra­su drugą stronę żywopłotu i puścił się sza­lo­nym sprin­tem przez traw­nik. Wtem rozbłysły światła.

– O Chry­ste! – jęknął.

Cho­ciaż pierwszą za­sadą zwia­dow­cy na te­ry­to­rium wro­ga jest na­kaz wra­ca­nia inną drogą, niż się przyszło, Stan­ley do­padł włazu i szyb­ko wpełzł do nie­go. Za­sunął za sobą kratę i zaczął scho­dzić.

– Okej… okej… – mru­czał do sie­bie. – Uda ci się, sta­ry.

Kie­dy był w połowie szy­bu, usłyszał, jak ktoś krzy­czy z góry:

– Stop! Stój, bo strze­lam!

Snop sil­ne­go światła la­tar­ki roz­jaśnił szyb. Stan­ley po­minął ostat­nie stop­nie, ze­sko­czył i upadł w błoto. Po­de­rwał się błyska­wicz­nie i za­nur­ko­wał w kanał, słysząc nad sobą zgrzyt od­su­wa­nej kra­ty.

– Mat­ko Święta – jęknął, kie­dy zo­rien­to­wał się, że tra­fił w od­nogę pro­wadzącą do domu.

Ale nie miał wyjścia, mu­siał iść da­lej.

4

Ruch na Do­so­ris Lane gęstniał w oczach. I nic dziw­ne­go, pomyślał Karl Roth. Szy­ko­wał się między­na­ro­do­wy in­cy­dent i nikt nie chciał prze­puścić ta­kiej atrak­cji. Wresz­cie jego sta­ra fur­go­net­ka na do­bre utknęła w kor­ku.

– Spóźnimy się – po­wie­dział Karl z lek­ko wy­czu­wal­nym, środ­ko­wo­eu­ro­pej­skim ak­cen­tem.

Jego żona, Mag­gie Roth, zerknęła na tył auta.

– Mam na­dzieję, że żywność się nie po­psu­je.

Ona też mówiła z ak­cen­tem, który jej ame­ry­kańscy sąsie­dzi uważali za uro­czo bry­tyj­ski, gdy tym­cza­sem każdy lon­dyńczyk zi­den­ty­fi­ko­wałby Mag­gie jako żydowską miesz­kankę Wap­ping Lane.

Karl skinął głową.

– Wyjątko­wo upal­ny ten 1 Maja.

Wskaźnik tem­pe­ra­tu­ry chłod­ni­cy zaczął nie­po­kojąco sunąć w górę.

– Cho­le­ra, skąd tyle tych sa­mo­chodów?

– To sa­mo­cho­dy wy­zy­ski­wa­nej kla­sy ro­bot­ni­czej, nie wiesz? – od­po­wie­działa ze śmie­chem żona. – Wra­cają z kortów, z pola gol­fo­we­go i z jacht­klu­bu. A poza tym Van Dorn jak co roku urządza tę swoją wredną im­prezę.

Karl Roth zmarsz­czył czoło.

– An­drow dał znać, że ma dla nas nie­spo­dziankę.

Znów się roześmiała, ale tym ra­zem bez hu­mo­ru.

– Nie­spo­dzianką byłoby, gdy­by płacił nam na czas, nie uważasz?

Roth uśmiechnął się ner­wo­wo.

– Proszę, bądź dla nie­go miła. Pytał, czy po pra­cy zo­sta­nie­my na drin­ka. Dla nich to jest wiel­kie święto.

– Szko­da, że nie za­pro­sił nas na całe przyjęcie – mruknęła. – Wpuszczą nas boczną bramą jak żebraków i będzie­my sta­li w kuch­ni, szy­kując im żar­cie. I to się na­zy­wa społeczeństwo bez­kla­so­we?

Roth z de­spe­racją wypuścił od­dech.

– FBI za­uważyłoby, gdy­byśmy zo­sta­li zbyt długo.

– Och, i tak za­pi­sują wszyst­kie two­je wejścia i wyjścia. Oni coś tu węszą, mówię ci.

– Nie mów tak! – warknął. – I nie wspo­mi­naj o ni­czym Ad­ro­wo­wi.

– O to się nie martw. Myślisz, że chcę skończyć jak wdo­wa po Car­pi­nie?

– Milcz!

Fur­go­net­ka prze­sunęła się o parę metrów do przo­du. Na­gle w gęstniejącym mro­ku wy­strze­lił fa­jer­werk i roz­prysnął się w ka­skadę czer­wo­no-biało-nie­bie­skich iskier, rozświe­tlając pur­pu­ro­we nie­bo. Lu­dzie na chod­ni­ku zaczęli wi­wa­to­wać i zatrąbiły klak­so­ny.

Roth prychnął ze wzgardą.

– Znów te pro­wo­ka­cje. Strze­lają u Van Do­rna, tej re­ak­cyj­nej świni.

– Płaci po­dat­ki, to mu wol­no – za­uważyła Mag­gie. – A właści­wie, cze­mu nie za­trud­ni­liśmy się przy jego im­pre­zie, Karl? Na pew­no by nas przyjął. Prze­cież on cię lubi. Włazisz mu bez wa­ze­li­ny. Tak, pa­nie Van Dorn; nie, pa­nie Van Dorn. Ale trze­ba na nie­go uważać. Kto wie, czy nie domyśla się, że węszysz, kie­dy do nie­go przy­cho­dzisz. A może po pro­stu myśli, że pod­ry­wasz jedną z jego służących. – Roześmiała się. – Och, gdy­by wie­dział, kim na­prawdę…

Karl wes­tchnął z de­spe­racją. Mag­gie musi się bar­dziej pil­no­wać, pomyślał. Znów prze­sunęli się o parę metrów. Te­raz słychać było gniew­ne okrzy­ki. Na pra­wym po­bo­czu stały po­li­cyj­ne auta, a po le­wej widać było potężną, zdo­bioną bramę z ku­te­go żela­za pro­wadzącą do ro­syj­skiej re­zy­den­cji. Gru­pa lu­dzi z trans­pa­ren­ta­mi blo­ko­wała wjazd, a po­li­cja usiłowała zapro­wadzić porządek.

Roth ob­ser­wo­wał z da­le­ka, jak kil­ka­naście li­mu­zyn usiłuje pod­je­chać do bra­my. Po­li­cjan­ci za­trzy­my­wa­li każdą z nich, spraw­dzając ta­bli­ce i do­wo­dy re­je­stra­cyj­ne.

– Utrud­niają im życie, jak mogą – po­wie­dział. – Nie wiesz, gdzie wsa­dziłem dowód? Nie mam ocho­ty na man­dat. Nie mamy dy­plo­ma­tycz­nych nu­merów.

– Jest w schow­ku. Masz. Jezu, ale bur­del!

Ko­lej­ny fa­jer­werk wzle­ciał wy­so­ko w nie­bo i rozpękł się z hu­kiem. Mag­gie Roth za­chi­cho­tała.

– Pan Van Dorn ce­lu­je tak, żeby eks­plo­do­wały Ro­sja­nom nad głowa­mi.

– Bawi cię to?

– To chy­ba jest za­baw­ne, nie?

– Nie.

Mil­czała przez chwilę, po czym po­wie­działa:

– Czy za­uważyłeś, że w ciągu ostat­nich sześciu mie­sięcy do­star­czy­liśmy im tyle pro­wian­tu, że star­czyłoby na długie oblężenie?

Karl mil­czał.

– To są głównie rze­czy pusz­ko­wa­ne i su­szo­ne – dodała. – Dziw­ne, bo naj­pierw ku­po­wa­li świeże i w naj­lep­szym ga­tun­ku, a te­raz tyl­ko te pusz­ki i kon­cen­tra­ty… Karl, o co tu cho­dzi?

Znów nie od­po­wie­dział.

Głos żony na­brał ostrych tonów.

– Ci cho­ler­ni dra­nie pla­nują trze­cią wojnę świa­tową, o to cho­dzi! Ale Glen Cove jest bez­piecz­ne, nie, Karl? Prze­cież nie zrzucą bom­by na własnych oby­wa­te­li, więc…

– Za­mknij się!

Przez chwilę mil­czała po­nu­ro, a po­tem mruknęła:

– Mam na­dzieję, że ten pie­przo­ny ma­jo­nez się ze­psu­je i za­tru­je im żołądki.

5

Stan­ley Ku­chik leżał na ple­cach w ru­rze pro­wadzącej w górę, z rękami pod głową i z twarzą przy so­lid­nej, me­ta­lo­wej kra­cie. Chciało mu się płakać.

– Głupek… pa­lant… Stan­ley, ty dup­ku…

Po­pa­trzył na kratę od­dzie­lającą go od piw­ni­cy bu­dyn­ku. Za­sta­na­wiał się, czy nie zawrócić, ale gdy­by utknął gdzieś na dole, zo­stałby tam na za­wsze i zgnił, aż Ru­scy, za­alar­mo­wa­ni smro­dem, we­zwa­li­by hy­drau­li­ka, który… Uch!

Wie­dział, że wróg będzie czy­hał na nie­go przy wy­lo­cie kanału, w miej­scu, w którym do nie­go wszedł, ale prze­cież w końcu domyślą się, że po­szedł inną drogą. Niedługo tu będą i wy­garną go jak szczu­ra, a po­tem za­strzelą.

– Je­zu­sie, Ma­rio i Józe­fie Święty… – jęknął.

W roz­pa­czy za­cisnął pięści i bił nimi w kratę, a łzy nie­po­wstrzy­ma­nym stru­mie­niem popłynęły mu po twa­rzy.

Na­gle usłyszał jakiś me­ta­licz­ny szczęk i ucichł. Po­wo­li po­pchnął ciężką kratę. Drgnęła i zaczęła się od­chy­lać. Natężył się i jed­nym potężnym pchnięciem wy­pchnął ją z otwo­ru, zdu­mio­ny własną siłą. Kra­ta z hu­kiem upadła na be­to­nową podłogę po dru­giej stro­nie.

Za­nim za­strzyk ad­re­na­li­ny zdążył się wy­czer­pać, po­zo­sta­wiając zmęczo­ne, obo­lałe mięśnie, Stan­ley chwy­cił dłońmi krawędzie otwo­ru, zgiął nogi i jed­nym rzu­tem ciała wy­sko­czył z rury, upa­dając na be­to­nową podłogę piw­ni­cy.

Przez kil­ka­naście se­kund leżał na zim­nym be­to­nie, ciężko łapiąc od­dech. Mięśnie mu drżały i cały się trząsł. Wresz­cie ode­tchnął głęboko i chwiej­nie pod­niósł się na nogi.

Otrze­pał ubra­nie i spraw­dził swój ekwi­pu­nek. Wszyst­ko było na miej­scu, nie wyłączając fla­gi.

Stan­ley się ro­zej­rzał. Był w kotłowni. Znaj­do­wały się w niej trzy duże pie­ce, trzy boj­le­ry i zbior­nik na ropę.

Otwo­rzył pry­mi­tyw­ne drew­nia­ne drzwi i prze­szedł do następne­go, nieoświe­tlo­ne­go po­miesz­cze­nia. W półmro­ku zo­ba­czył nad swoją głową łańcu­szek od lam­py i włączył światło. Zajaśniała po­je­dyn­cza, goła żarówka. Znów się ro­zej­rzał. To był ma­ga­zyn żywności za­sta­wio­ny po su­fit kar­to­na­mi pełnymi kon­serw wypełniającymi ogrom­ne po­miesz­cze­nie.

– Chry­ste, można by wyżywić całą armię – mruknął do sie­bie.

Włączył la­tarkę i ru­szył do drzwi, od­czy­tując po dro­dze zna­jo­me na­zwy firm spożyw­czych. Ciągle nasłuchi­wał, ale w pod­zie­miach było ci­cho. Otwo­rzył ko­lej­ne drzwi i zo­ba­czył za nimi następne po­miesz­cze­nie. To mu­siało być chy­ba ar­chi­wum, bo wszyst­kie ścia­ny za­sta­wio­ne były szaf­ka­mi ka­ta­lo­go­wy­mi sięgającymi od podłogi do su­fi­tu. Stan­ley wy­sunął naj­bliższą szu­fladę i poświe­cił la­tarką na pa­pie­ry w przegródkach, ozna­czo­nych li­te­ra­mi cy­ry­li­cy. 

– Cho­ler­ny język – mruknął.

Na chy­bił tra­fił wyciągnął plik do­ku­mentów i wcisnął go do tor­by, po czym za­mknął szu­fladę i ru­szył da­lej.

Su­te­re­na miała okna – nie­ste­ty, były za­bez­pie­czo­ne so­lid­ny­mi kra­ta­mi. Ale gdzieś mu­siało być wyjście na zewnątrz.

Słyszał od­ległe dźwięki mu­zy­ki, roz­mo­wy i śmie­chy w po­ko­ju nad swoją głową. Szedł da­lej, ba­dając te­ren.

W świe­tle la­tar­ki za­uważył coś na ścia­nie. Pod­szedł i oświe­tlił ją dokład­nie. Zo­ba­czył trzy duże ta­bli­ce elek­trycz­ne i otwo­rzył jedną z nich. Wewnątrz były dwa rzędy ozna­czo­nych cy­ry­licą bez­piecz­ników. Stan­ley pomyślał, że nie mógł tego in­sta­lo­wać ame­ry­kański elek­tryk. Wyciągnął swoją mi­noltę, stanął przed ta­blicą i roz­pro­sto­wał pa­sek apa­ra­tu, od­mie­rzając nim od­ległość pół me­tra. Następnie ska­dro­wał ujęcie, usta­bi­li­zo­wał rękę i na­cisnął mi­gawkę. Błysnął flesz. W ten sam sposób sfo­to­gra­fo­wał też układ bez­piecz­ników w po­zo­stałych ta­blicach. Te­raz będzie miał dowód, że prze­niknął do ser­ca sie­dzi­by wro­ga!

Światło fle­sza ujaw­niło coś jesz­cze – na podłodze, na pra­wo od ta­blic elek­trycz­nych. Za­in­try­go­wa­ny pod­szedł bliżej i przyklęknął. To był duży ge­ne­ra­tor ame­ry­kańskiej pro­duk­cji przy­mo­co­wa­ny do be­to­no­we­go podłoża. Nie działał, ale Stan­ley po­dej­rze­wał, że włączyłby się au­to­ma­tycz­nie, gdy­by nastąpiła prze­rwa w do­sta­wie prądu. Poświe­cił po ścia­nach i zo­ba­czył w rogu wiel­ki zbior­nik na ropę służący za­pew­ne do napędza­nia ge­ne­ra­tora.

– Chry­ste, ci lu­dzie za­dba­li o wszyst­ko – po­wie­dział z po­dzi­wem.

Kon­ty­nu­ował swój re­ko­ne­sans. Kie­dy oświe­tlił dalszą część ogrom­ne­go po­miesz­cze­nia, zo­ba­czył elek­tryczną pompę do wody, od której biegła rura z za­wo­rem zni­kająca w ścia­nie. Pom­pa też była wyłączo­na. Za­pew­ne była sprzężona z ge­ne­ra­to­rem i tak jak on włączyłaby się, gdy­by nastąpiła awa­ria wo­do­ciągów lub odcięto by dopływ wody do bu­dyn­ku.

– Za­pa­sy żywności… pa­li­wo… własny prąd… woda… co za goście – sko­men­to­wał. – Przy­go­to­wa­ni na wszyst­ko.

Pokręcił głową i ru­szył da­lej.

Drew­nia­ne prze­pie­rze­nie z przejściem bez drzwi od­dzie­lało po­miesz­cze­nie tech­nicz­ne od ma­ga­zy­nu, w którym zgro­ma­dzo­no ak­ce­so­ria ogro­do­we, me­ble i narzędzia. Stan­ley omiótł ma­ga­zyn sno­pem światła la­tar­ki i zo­ba­czył w jego końcu ka­mien­ne scho­dy wiodące do drzwi u góry.

– Do­bra, pora wra­cać do domu – po­wie­dział do sie­bie.

Pchnął drzwi. Otwarły się ze skrzy­pie­niem i wresz­cie zna­lazł się na dwo­rze, na tyłach domu, za kępą gęstych świerków. Owionęło go chłodne, noc­ne po­wie­trze.

Wy­grze­bał z tor­by ostat­ni ba­to­nik, mig­dałowy Cad­bu­ry, swój ulu­bio­ny przy­smak. Jadł go po­wo­li, przyglądając się oświe­tlo­nej prze­strze­ni wiel­kie­go traw­ni­ka, za którym czer­niała li­nia lasu. Skończył jeść, ob­li­zał się, wy­tarł pal­ce o ubra­nie i przy­brał po­zycję star­tową, gotów do bie­gu. Jesz­cze chwilę rozglądał się i nasłuchi­wał, aż wresz­cie wziął głęboki od­dech i wy­mam­ro­tał do sie­bie:

– Okej, nieście mnie nogi!

Wy­strze­lił jak z pro­cy i popędził przez traw­nik ku zbaw­czej li­nii lasu. Był nie­całe pięć metrów od drzew, kie­dy usłyszał szczek­nięcie psa, a po­tem war­cze­nie.

– Halt! Stój!

– Aku­rat!

Z rozpędu wpadł w gęste po­szy­cie i biegł da­lej jak sza­lo­ny, nie zważając na pnącza cze­piające się nóg i ko­na­ry sma­gające go po twa­rzy. Kłująca, so­sno­wa gałązka boleśnie ude­rzyła go w oko. Stan­ley stłumił okrzyk bólu.

– Och, pie­przyć to! Jezu Chry­ste, nig­dy więcej… nig­dy… – jęknął.

Z po­se­sji Van Do­rna znów wy­strze­lo­no fa­jer­werk i jego światło wska­zało Stan­ley­owi drogę. Sko­ry­go­wał kie­ru­nek i ru­szył pro­sto do sąsied­niej po­siadłości.

Z pew­nością ist­niały łatwiej­sze dro­gi wyjścia z re­zy­den­cji Ru­skich, ale w tym mo­men­cie te­ren Van Do­rna był naj­bliżej i Stan­ley in­stynk­tow­nie dążył ku nie­mu. To była jego je­dy­na szan­sa.

W miarę jak biegł przez las, so­sny, klo­ny i dęby ustępowały miej­sca krze­wia­stym waw­rzy­nom i ro­do­den­dro­nom. To ozna­czało, że zbliża się do gra­nic ro­syj­skie­go te­ry­to­rium. Na­gle na­tra­fił ręką na drut kol­cza­sty i roz­ciął so­bie dłoń.

– Cho­le­ra! – zaklął.

Wyjął z tor­by nożyce do cięcia dru­tu, wyciął so­bie przejście i prześli­zgnął się przez nie ostrożnie. Wy­da­wało mu się, że w od­da­li przed sobą wi­dzi światła domu Van Do­rna.

Za sobą słyszał po­krzy­ki­wa­nia tro­piących go Ro­sjan i szcze­ka­nie psów. Na­gle wyrósł przed nim ni­ski, ka­mien­ny mur. Stan­ley, nie tracąc prędkości, prze­sko­czył na drugą stronę. Tam zwol­nił, żeby złapać od­dech. Prak­tycz­nie był już na neu­tral­nym te­ry­to­rium – umow­nym pa­sie zie­mi ni­czy­jej roz­dzie­lającym obie po­siadłości. Parł da­lej, jed­nak co­raz wol­niej, bo nogi zaczęły od­ma­wiać mu posłuszeństwa. Ciało okrył mu lo­do­wa­ty pot i po­czuł mdłości. Za­trzy­mał się, wyciągnął ostat­ni kawałek cze­ko­la­dy i zjadł go, a po­tem ru­szył da­lej, pół biegnąc, pół idąc.

Z tyłu roz­legł się odgłos po­dob­ny do strzału i Stan­ley przy­padł do zie­mi. Nie­bo pojaśniało, ale tym ra­zem była to fla­ra, a nie fa­jer­werk. Mu­sie­li od­pa­lić ją Ro­sja­nie, i to ra­czej ce­lo­wo, żeby go na­mie­rzyć. Na szczęście znaj­do­wał się poza zasięgiem światła, więc pod­niósł się i parł da­lej przed sie­bie. Prze­stał już uważać na co­kol­wiek i ma­rzył tyl­ko, żeby jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w piz­ze­rii Sala, gdzie cze­ka­li ko­le­dzy.

Do­szedł do drew­nia­ne­go, wy­so­kie­go płotu ze spi­cza­stych pali. To mu­siała być gra­ni­ca po­siadłości Van Do­rna. Stan­ley walnął w nie pięścią.

– Pie­przo­ny mur ber­liński! – zaklął.

So­lid­na ce­dro­wa pa­li­sa­da od­gra­dzała go od wy­ma­rzo­nej wol­ności.

Truch­tem ru­szył wzdłuż płotu i wkrótce za­uważył, że te­ren obok nie­go wzno­si się gwałtow­nie. Szczyt pagórka dzie­liła od szczy­tu płotu od­ległość naj­wyżej dwóch metrów, które mógł po­ko­nać jed­nym sko­kiem. Stan­ley cofnął się w głąb te­renu Ru­skich, żeby mieć miej­sce na roz­bieg. Bla­dy półksiężyc wze­szedł nad drze­wa­mi, oświe­tlając mu drogę. Stan­ley zerknął na lewo i zo­ba­czył sześciu Ru­skich z dwo­ma psa­mi, którzy bie­gli, wyraźnie za­mie­rzając prze­ciąć mu drogę. Zda­wał so­bie sprawę, że ma tyl­ko tę jedną, je­dyną szansę i musi ją wy­ko­rzy­stać, bo in­a­czej zgi­nie.

Je­den z nich wrzasnął:

– Stój! Halt! Pod­daj się!

– Pier­dol się! – od­krzyknął aro­ganc­ko Stan­ley.

Ro­sja­nie spuścili psy. Chłopak ze­brał ostat­nie siły i rzu­cił się pędem przed sie­bie. Psy też, ale spóźniły się o ułamek se­kun­dy. Ich szczęki kłapnęły po­wie­trze. Za­wie­dzio­ne, zawróciły, nie złapaw­szy zdo­by­czy. Stan­ley wbiegł na szczyt pagórka i sko­czył. Rozpęd poniósł go, ale nie na tyle, aby prze­le­ciał po­nad ogro­dze­niem. W ostat­niej chwi­li uchwy­cił się za­ostrzo­nych końców i przerzu­cił ciało na drugą stronę. Z łomo­tem spadł na ska­li­sty grunt za płotem. Na ame­ry­kańską zie­mię. Tam był bez­piecz­ny. Ko­niec gry.

Pod­niósł się, zerknął za sie­bie i kuśty­kając po­biegł da­lej. Parł do przo­du, śmiejąc się i płacząc na zmianę, aż wresz­cie za­trzy­mał się i krzyknął trium­fal­nie do księżyca:

– Zro­biłem to! Udało się! – Pod­sko­czył i klasnął w dłonie. – Stan­ley, je­steś naj­lep­szy!

Moc­niej zawiązał flagę w pa­sie i ru­szył truch­tem, ale coś kazało mu obej­rzeć się do tyłu. Zębaty szczyt pa­li­sa­dy ry­so­wał się na tle oświe­tlo­ne­go księżycem nie­ba. Na­gle po­ja­wiła się na nim ciem­na, potężna syl­wet­ka mężczy­zny for­sującego ogro­dze­nie.

– Och, nie! Nie wol­no ci! Wra­caj! Stój! Halt! Niet! Niet! To pry­wat­ny te­ren! Tu jest Ame­ry­ka!

Stan­ley odwrócił się w pa­ni­ce i zaczął biec tak szyb­ko, jak po­zwa­lały mu na to osłabłe, ciężkie jak ołów nogi.

Roślin­ność prze­rze­dziła się znacz­nie i te­ren przed nim był otwar­ty, nie licząc rzad­ko roz­sia­nych brzóz i kęp buksz­panów. Długie pa­sma księżyco­we­go bla­sku kładły się na pola dzi­kich kwiatów i Stan­ley z trud­nością znaj­do­wał cień, który mógłby go kryć. Te­ren zaczął się wzno­sić, zra­zu łagod­nie, a po­tem co­raz gwałtow­niej, aż prze­szedł nie­mal w urwi­sko.

– Co jest? – za­py­tał sam sie­bie chłopak.

Wdzie­rał się na stro­miznę, czując, że nogi grzęzną mu w błocie. Gli­na. Biała gli­na. Te­re­ny Long Is­land były w większości płaskie lub łagod­nie wypiętrzo­ne, ale część północ­ne­go wy­brzeża sta­no­wiła mo­re­na lo­dow­co­wa ufor­mo­wa­na piętnaście tysięcy lat temu – i na nią właśnie tra­fił. Czuł, że za­raz ugrzęźnie. Pod no­ga­mi miał luźne ka­mie­nie, żwir i tę dziwną, śliską, białą glinę. Jak psia kupa, pomyślał. Szyb­ko pojął, że zbliża się do traw­ników po­siadłości Van Do­rna od niewłaści­wej stro­ny.

Znów ich słyszał, ale już bez psów. Domyślił się, że mężczyźni mu­sie­li pod­sa­dzać się na­wza­jem, żeby sfor­so­wać ogro­dze­nie. Pięciu to zro­biło, a szósty, za­pew­ne naj­gor­szy nie­zda­ra, zo­stał z psa­mi. Stan­ley za­sta­na­wiał się, dla­cze­go ści­gają go aż tak za­ja­dle, że za­ry­zy­ko­wa­li wejście na wro­gie te­ry­to­rium. On wal­czył o życie. A ile im mu­sie­li płacić?

Już nie wołali do nie­go, żeby się pod­dał, ale słyszał tu­pot ich kroków. Wy­da­wało się, że od­bi­li bar­dziej na zachód.

– Dra­nie – warknął.

Sprężył się do ostat­nie­go wysiłku i przy­spie­szył, młócąc sto­pa­mi grząską białą glinę.

– Dam radę. Nie złapią mnie. Po­wiem o wszyst­kim Van Do­rno­wi… że na­ru­szy­li ame­ry­kańskie te­ry­to­rium… Jesz­cze chwi­la, och, pie­przyć….

Odgłos biegnących kroków po le­wej się na­si­lił. Mu­sie­li ominąć glinę i te­raz szyb­ko…

– Och!

Na­gle, z dołu, w od­ległości nie­całych czte­rech metrów, Stan­ley usłyszał coś i za­trzy­mał się gwałtow­nie. W bla­dej poświa­cie księżyca zo­ba­czył Ro­sja­ni­na, który czy­hał u podnóża wznie­sie­nia. W ręku trzy­mał coś, co wyglądało na broń. Uśmie­chał się okrut­nie.

Stan­ley w ostat­niej chwi­li za­trzy­mał się na krawędzi urwi­ska i tym ra­zem ze łzami w oczach pojął, że już nie uciek­nie.

6

Z tyłu, w od­ległości paru aut za fur­go­netką Kar­la Ro­tha, w kor­ku na Do­so­ris Lane tkwiła sza­ra li­mu­zy­na z szo­fe­rem.

Ka­the­ri­ne Kim­ber­ly spoglądała na młode­go An­gli­ka siedzącego na dru­gim końcu sze­ro­kiej ka­na­py. Marc Pem­bro­ke był nie­zwy­kle przy­stoj­ny, choć jego uro­da była lek­ko złowro­ga. Miał wdzięk i obejście człowie­ka z wyższych sfer, jed­nak za­pra­wio­ne cy­ni­zmem i słabo ma­sko­waną obojętnością.

– Po­win­no się roz­luźnić, kie­dy mi­nie­my bramę so­wiec­kiej re­zy­den­cji – za­uważyła.

Pem­bro­ke uprzej­mie kiwnął głową.

– Do­brze, że pan O’Brien nie po­je­chał z nami. W jego wie­ku gry­pa może pro­wa­dzić do poważnych kom­pli­ka­cji.

– Nie ma gry­py, jest tyl­ko prze­ziębio­ny.

Ka­the­ri­ne wy­da­wało się, że ton An­gli­ka su­ge­ru­je, iż Pa­trick O’Brien, jej star­szy part­ner z kan­ce­la­rii praw­nej, w której pra­co­wała, po pro­stu użył wymówki. Przez mo­ment przyglądała się Pem­bro­ke’owi. Był ubra­ny w biały, fla­ne­lo­wy, prążko­wa­ny gar­ni­tur, miękki słomko­wy ka­pe­lusz, białą je­dwabną ko­szulę. Całości dopełniał czer­wo­ny je­dwabny kra­wat oraz po­szet­ka w tym sa­mym ko­lo­rze. Na no­gach miał białe półbuty. Pomyślała, że wyglądał, jak­by wy­szedł pro­sto z pla­nu fil­mu z lat 20. ubiegłego wie­ku, gdzie grał rolę aman­ta. Van Dorn nie lubił ta­kich wy­mu­ska­nych ele­gan­cików. A jed­nak w Pem­bro­ke’u wy­czu­wało się twar­dy, męski cha­rak­ter.

– Pan O’Brien jest zwy­kle w świet­nej for­mie – dodała. – Rok temu w ma­jo­wy week­end wy­sko­czył na spa­do­chro­nie z he­li­kop­te­ra i wylądował na kor­cie te­ni­so­wym Geo­r­ge’a.

Uśmiechnęła się na to wspo­mnie­nie.

Pem­bro­ke przyglądał się spod oka atrak­cyj­nej bru­net­ce. Była prześlicz­na. Miała na so­bie ja­sno­fio­le­tową, świet­nie skro­joną su­kienkę pa­sującą do jej bla­dej cery. San­dały odsłaniały od­ci­ski na sto­pach i Pem­bro­ke przy­po­mniał so­bie, że Ka­the­ri­ne ama­tor­sko upra­wia ma­ra­ton.

Poświęcił chwilę uwa­gi jej pro­fi­lo­wi. Ka­the­ri­ne Kim­ber­ly miała to, co w woj­sku na­zy­wa się wład­czym wyglądem. Po­dob­no nieźle so­bie ra­dziła na sali sądo­wej i mógł w to uwie­rzyć.

Uniosła głowę i ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Nie odwróciła oczu spe­szo­na jak to zwy­kle robią ko­bie­ty, ale pa­trzyła na nie­go tak samo śmiało jak on na nią. Wresz­cie po­wie­działa:

– Mogę ci zro­bić drin­ka?

– Proszę.

Pem­bro­ke prze­niósł spoj­rze­nie na atrak­cyjną parę siedzącą na­prze­ciw­ko. Joan Gre­nvil­le była w białych spodniach i gra­na­to­wej bluz­ce z de­kol­tem. Jej mąż, Tom, miał na so­bie nie­bie­ski urzędowy gar­ni­tur w ty­pie, jaki pre­fe­ro­wa­no w kan­ce­la­rii O’Brien, Kim­ber­ly i Rose. Pem­bro­ke, który nie był tam za­trud­nio­ny, za­sta­na­wiał się, czy Tom Gre­nvil­le za­mie­rza załatwiać ja­kieś spra­wy z Van Do­rnem i będzie się z tym męczył przez cały week­end.

– Wam też podać? – za­py­tał.

– Jeśli mi zro­bisz, chętnie – od­po­wie­działa Joan Gre­nvil­le.

Tom Gre­nvil­le uśmiechnął się z przy­mu­sem.

– Moja żona zna tyl­ko man­hat­tańskie stan­dar­dy.

– Czy­li?

– Ja za­wsze szy­kuję drin­ki. Scotch dla wszyst­kich?

Tom otwo­rzył ba­rek.

Joan Gre­nvil­le po­wie­działa nie­za­do­wo­lo­nym głosem do Ka­the­ri­ne:

– Po­win­niśmy po­le­cieć śmigłowcem z Pe­te­rem.

– Sądzę, że na­wet lecąc he­li­kop­te­rem, Pe­ter jak zwy­kle się spóźni – od­parła Ka­the­ri­ne.

Marc Pem­bro­ke uśmiechnął się do niej.

– Kry­ty­ku­jesz na­rze­czo­ne­go?

Ka­the­ri­ne zro­zu­miała, że jest zbyt szcze­ra, a Pem­bro­ke usiłuje ją spro­wo­ko­wać.

– Zwy­kle przy­by­wam za wcześnie, a po­tem mam pre­ten­sje, że Pe­ter się spóźnia.

– Teo­ria względności wzięła się z ob­ser­wa­cji ko­biet i mężczyzn cze­kających na sie­bie – po­wie­dział Pem­bro­ke.

Nie, pomyślała Ka­the­ri­ne, nie pro­wo­ku­je mnie, tyl­ko mną ste­ru­je. Nie mogła dopuścić, żeby dy­ry­go­wał nią ten by­stry laluś.

– Po­czu­cie tem­pe­ra­tu­ry również bywa względne. Mężczyźnie jest zwy­kle za gorąco, pod­czas gdy ko­bie­cie tem­pe­ra­tu­ra od­po­wia­da. Może byś zdjął ma­ry­narkę?

– Nie mam ta­kiej po­trze­by.

I nic dziw­ne­go, dodała w myśli. Zdążyła za­uważyć, że pod ma­ry­narką ma broń.

Li­mu­zy­na po­su­wała się naprzód w żółwim tem­pie. Gre­nvil­le roz­dał drin­ki.

– Być może je­steśmy je­dy­ny­mi ludźmi w kra­ju, którzy ob­chodzą… jak to się na­zy­wa? Dzień Lo­jal­ności. Jest również Między­na­ro­do­wy Dzień Pra­wa czy coś w tym sty­lu. – Za­grze­cho­tał kost­ka­mi lodu w szklan­ce. – Większość dzi­siej­szych gości Van Do­rna to praw­ni­cy i większość z nas jest lo­jal­na, więc wszyst­ko się zga­dza.

Joan się skrzy­wiła.

– Daj spokój. Boże, co to będzie za kosz­mar­ny week­end! Dla­cze­go Van Dorn robi z sie­bie wi­do­wi­sko? – Spoj­rzała na Pem­bro­ke’a.

Marc się uśmiechnął.

– Moim zda­niem pan Van Dorn sta­ra się wy­ko­rzy­stać każdą okazję, żeby do­ku­czyć sąsia­dom zza płotu.

Joan Gre­nvil­le jed­nym hau­stem dokończyła swo­je­go drin­ka, po czym po­wie­działa, nie zwra­cając się do ni­ko­go w szczególności:

– I znów będzie wy­sta­wiał pod płotem ryczące głośniki? Już za­czy­na mnie boleć głowa.

Tom Gre­nvil­le się roześmiał.

– Wy­obraź so­bie, jak ich roz­bolą głowy!

– Ja również sądzę, że Geo­r­ge nie­po­trzeb­nie zniża się do ta­kich pry­mi­tyw­nych chwytów – stwier­dziła.

Joan przy­taknęła z apro­batą.

– I ciągle to robi, praw­da? W każde święto, obojętnie, czy cho­dzi o Dzień Pamięci czy 4 Lip­ca. Och, Tom, wy­jedźmy z tego mia­sta. Nie mogę pa­trzeć na te wszyst­kie po­wie­wające fla­gi, woj­skową mu­zykę, fa­jer­wer­ki i inne bzdu­ry. Nie wiem, co w tym jest atrak­cyj­ne­go. – Znów zwróciła się do Pem­bro­ke’a. – An­gli­cy tak się nie za­cho­wują, praw­da? Ty z pew­nością je­steś kul­tu­ral­nym człowie­kiem.

Pem­bro­ke skrzyżował nogi i po­pa­trzył uważnie na Joan Gre­nvil­le. Od­po­wie­działa mu ta­kim sa­mym spoj­rze­niem i po raz pierw­szy na jej twa­rzy po­ka­zał się cień uśmie­chu. Jesz­cze przez chwilę spoglądali so­bie w oczy, aż wresz­cie Joan odwróciła wzrok.

– Mam na­dzieję, że się nie mylę? – dodała.

Pem­bro­ke musnął pal­ca­mi dolną wargę.

– Po­wiedz­my, że ostat­nio je­stem. To jak, zo­sta­niesz na week­end?

Nagła zmia­na te­ma­tu zbiła ją z tro­pu.

– Nie… to zna­czy, tak. Chy­ba zo­sta­nie­my. A ty?

Kiwnął głową.

Tom Gre­nvil­le zda­wał się nie za­uważać ukry­tych prądów, przepływających pomiędzy An­gli­kiem a jego żoną. Na­gle ktoś za­pu­kał w okno li­mu­zy­ny i Gre­nvil­le opuścił szybę. Po­li­cjant w ka­sku za­py­tał:

– Van Dorn czy Ro­sja­nie?

– Van Dorn – od­po­wie­dział Gre­nvil­le. – Chy­ba wyglądamy na ka­pi­ta­listów, co?

– Dla mnie wszy­scy wygląda­cie tak samo. Zjedźcie na po­bo­cze i omińcie ten baj­zel.

Gre­nvil­le po­in­stru­ował szo­fe­ra przez in­ter­kom i li­mu­zy­na wy­sunęła się z kor­ka.

Za­nim prze­je­cha­li przed bramą so­wiec­kiej po­siadłości, minęli jesz­cze kry­te kor­ty YMCA, które ra­zem z pa­ro­ma in­ny­mi bu­dyn­ka­mi należały kie­dyś do te­re­nu Kil­len­worth. Gre­nvil­le po­wie­dział do żony:

– Tu sie­dzi FBI. CIA używa Domu Opie­ki Glen­ga­riff, tam da­lej.

– A kogo to ob­cho­dzi? – Joan wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Skąd o tym wiesz? – za­in­te­re­so­wał się Pem­bro­ke.

– W mieście wiedzą ta­kie rze­czy.

Li­mu­zy­na, prze­su­wając się po­wo­li wzdłuż szpa­le­ru po­li­cyj­nych sa­mo­chodów i mo­to­cy­kli, zna­lazła się na wy­so­kości głównej bra­my re­zy­den­cji Ro­sjan. Ka­teh­ri­ne oce­niła, że oku­pu­je ją co naj­mniej parę se­tek de­mon­strantów, pi­kie­tujących So­wietów pod wodzą bur­mi­strza Glen Cove, Do­mi­ni­ca Pa­rio­li, stojącego w wiel­kim cy­lin­drze Wuja Sama na głowie i ze szcze­kaczką w ręku.

Tom Gre­nvil­le ru­chem głowy wska­zał na tłum.

– Pra­wie jed­na czwar­ta z nich to agen­ci FBI, do tego paru z CIA oraz po­li­cyj­ni taj­nia­cy z hrab­stwa i sta­nu. Że nie wspomnę o jed­nym czy dwóch szpie­gach KGB. Gdy­by nie ci wszy­scy podwójni agen­ci, Pa­rio­li nie skrzyknąłby na­wet dzie­sięciu osób. – Za­chi­cho­tał ci­cho.

De­mon­stran­ci zaczęli śpie­wać Ame­rykę. Po­li­cja usiłowała kie­ro­wać ru­chem sa­mo­chodów w tłumie, a nad tym wszyst­kim znów rozbłysły fa­jer­wer­ki. Z od­da­li słychać było te­raz głośniki Van Do­rna, również grające Ame­rykę na cały re­gu­la­tor.

Od­dzielną grupę de­mon­strantów sta­no­wi­li człon­ko­wie Żydow­skiej Ligi Obro­ny i żydow­scy emi­gran­ci ze Związku Ra­dziec­kie­go wy­krzy­kujący po ro­syj­sku an­ty­so­wiec­kie hasła przez głośnik wy­ce­lo­wa­ny w bramę. Grup­ka uczniów z miej­sco­we­go li­ceum pro­wo­ko­wała po­nu­rych, umun­du­ro­wa­nych ro­syj­skich strażników stojących za ogro­dze­niem.

– Na Boga, mo­gli­by się wszy­scy uspo­koić – wes­tchnęła Joan. – Mam już tego kom­plet­nie dosyć.

– Za­raz do­je­dzie­my – po­cie­szył ją mąż.

– Moim zda­niem Joan miała na myśli ogólny wy­miar spra­wy. Ja też mam już tego dosyć – stwier­dziła Ka­the­ri­ne.

Pem­bro­ke kiwnął głową i od­sta­wił szklankę do bar­ku.

– Nie­ste­ty, słyszę ra­czej bębny wo­jen­ne – po­wie­dział.

7

Stan­ley Ku­chik trzy­mał się urwi­ste­go zbo­cza. Bra­ko­wało mu sił, żeby wspi­nać się da­lej, ale nie chciał się ześli­zgnąć pro­sto w łapy Ru­skich. Nad głową usłyszał kro­ki nad­chodzących lu­dzi. Wziął głęboki od­dech i prze­ma­gając słabość, znów zaczął się piąć mo­zol­nie w górę. Po­ru­szał się jak au­to­mat, nie bar­dzo wiedząc, co robi.