Wydawca: Świat Książki Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 280 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Odważyli się wrócić… - Patrick O’Donnell

Prawdziwa historia żydowskich szpiegów w nazistowskich Niemczech.

Podczas drugiej wojny światowej, gdy wprowadzano w życie ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, mała grupa Żydów, naturalizowanych Amerykanów, którzy uciekli spod władzy nazistów, zrobiła rzecz niewyobrażalną. Po przeszkoleniu szpiegowskim wzięli udział w niebezpiecznej misji w Trzeciej Rzeszy, za linią frontu. Odważyli się wrócić opowiada pasjonującą historię szpiegostwa, miłości i zemsty. Historia jak z Bękartów wojny Tarantino – ale zdarzyła się naprawdę!

Patrick O’Donnell jest historykiem wojskowości i nagradzanym autorem siedmiu książek, w tym Give Me Tomorrow, The Brenner Assignment, Beyond Valor, We Were One.

Opinie o ebooku Odważyli się wrócić… - Patrick O’Donnell

Fragment ebooka Odważyli się wrócić… - Patrick O’Donnell

Tytuł oryginału: THEY DARED RETURN.The True Story of Jewish Spies Behind the Lines in Nazi Germany
Wydawca: DARIA KIELAN
Redaktor prowadzący: TOMASZ JENDRYCZKO
Redakcja i indeks: GRAŻYNA NOWOCIEŃ-MACH
Redakcja techniczna: MAŁGORZATA JUŹWIK
Korekta: MACIEJ KORBASIŃSKI, ALICJA CHYLIŃSKA
Skład: Akces, Warszawa
Copyright © 2009 by Patrick K. O’Donnell First published in the United Statesby Da Capo Press, a member of the Perseus Books Group Copyright © for the Polish translation by Świat Książki Sp. z o. o., Warszawa 2013
ISBN 978-83-7943-468-8
Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Księgarnia internetowa: Fabryka.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Lily Niedźwiadkowi, mojemu „spryciozaurowi”, najwspanialszej córce pod słońcem

Moim Rodzicom

Fredowi Mayerowi, Hansowi Wynbergowi i innym członkom Sekcji Niemiecko-Austriackiej, których niezłomny heroizm inspiruje następne Wielkie Pokolenie współczesnych bojowników

Davidowi Stapletonowi, który wie, że do wygrywania wojen potrzebne jest coś więcej niż zimna stal

PODZIĘKOWANIA

Moja podróż w historię drugiej wojny światowej zaczęła się trzydzieści pięć lat temu, kiedy miałem cztery lata. Przez przypadek wziąłem do ręki ilustrowane dzieje drugiej wojny i po obejrzeniu kilku batalistycznych zdjęć wciągnąłem się bez reszty. W trakcie moich podróży badawczych przeprowadziłem wywiady z dwoma i pół tysiącem weteranów, odwiedziłem najważniejsze pola bitewne Europy Zachodniej, a nawet, jako zawodowy historyk, sam poznałem smak walki ramię w ramię z dzisiejszymi amerykańskimi żołnierzami, aby się przekonać, czy to pokolenie jest następnym „wielkim pokoleniem”. I naprawdę jest, co pokazuje moja książka We Were One: Shoulder to Shoulder with the Marines Who Took Fallujah (2006). Odważyli się wrócić to moja szósta książka na temat, od którego najwyraźniej nie potrafię uciec. Jestem zafascynowany historią i bardzo zależy mi na tym, aby uczcić weteranów drugiej wojny światowej, opowiadając ich dzieje. Z każdym mijającym rokiem przepada coraz więcej ich relacji, straconych dla przyszłych pokoleń, ponieważ już nigdy nie zostaną opowiedziane. Pomoc w utrwaleniu tych opowieści to nie tylko moja praca, ale także moja pasja! Jest to część mnie, coś, dla czego z ochotą zaryzykowałbym wszystko, nawet życie.

Szczęśliwym zrządzeniem losu tematy zawsze zdają się mnie znajdować i z pewnością tak było w przypadku Fredericka Mayera, którego poznałem osiem lat temu. Po rozmowach z setkami weteranów drugiej wojny światowej byłem zafascynowany Mayerem i jego historią. Niniejsza książka opowiada o misji Freda: operacji „Greenup”. Zarysowuje również sylwetki „żydowskiej piątki”, pięciu najlepszych przyjaciół, w tym Mayera i Hansa Wynberga, uczestników operacji „Greenup”. Wszyscy oni byli uciekinierami z hitlerowskich Niemiec, którzy odważyli się wrócić za linię frontu. Pozostali członkowie piątki: Bernd Steinitz (misja „Dillon”) oraz George Gerbner i Alfred Rosenthal (misja „Dania”), są wspominani w tej książce, ilekroć ich losy splatają się z operacją „Greenup”, chociaż zasługują na to, aby potraktować ich oddzielnie. Mimo to włączyłem ich raporty z operacji jako dodatek, żeby rzucić nieco światła na ich niezwykłe dzieje. Odwaga tych ludzi płynęła z patriotyzmu i chęci szkodzenia wrogowi, który zabił wielu ich najbliższych. Ale nie jest to książka tylko o „piątce”, obejmuje ona również nieznaną historię człowieka, który odwrócił się plecami do armii niemieckiej z własnych powodów: Hermanna Matulla. Najważniejszą postacią w książce jest jednak Frederick Mayer, człowiek szczególnego formatu. W wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat nadal codziennie rąbie drzewo, kosi trawnik i co tydzień wydaje posiłki dla ubogich. Jest skromny i wzdragał się przed opowiedzeniem swojej historii. To niezwykła postać, ktoś, kto nauczył mnie wiele o życiu.

Ale historia jest historią. Starałem się ją opowiedzieć w sposób bezstronny, przedstawiając czytelnikowi to, co się stało, z najważniejszych punktów widzenia, w tym austriackich cywilów, funkcjonariuszy niemieckiej służby bezpieczeństwa i oczywiście śmiałych i heroicznych agentów OSS, którzy przeszli za linię frontu, aby zniszczyć Trzecią Rzeszę Hitlera.

Przede wszystkim chciałbym podziękować weteranom OSS za to, że podzielili się ze mną swoimi wspomnieniami, zwłaszcza Frederickowi Mayerowi i jego najlepszemu po dziś dzień przyjacielowi Hansowi Wynbergowi, emerytowanemu profesorowi chemii na uniwersytecie w Groningen. Wynberg jest równie ważnym świadkiem, który spędził niezliczone godziny, rozmawiając ze mną przez telefon, i wysyłał długie maile, wspominając swoje przeżycia za linią frontu. Jestem także wdzięczny Berndowi Steinitzowi i George’owi Gerbnerowi, którzy udzielili mi bezcennych informacji o innych misjach żydowskiej piątki. Na koniec chcę oddać hołd wszystkim tym dzielnym weteranom, wymienionym w książce, którzy zginęli – godnym podziwu ludziom, jak Dyno Lowenstein i Walter Haass. Ich potajemny wkład przyczynił się do sukcesu misji.

Chciałbym również podziękować swojemu agentowi i przyjacielowi Andrew Zackowi oraz najlepszemu wydawcy, na jakiego może trafić pisarz, Lissie Warren. Jestem wdzięczny Chrisowi Butsavage’owi za cenne sugestie i uwagi redakcyjne, historykowi doktorowi Troyowi Sacquety’emu za wnikliwą i krytyczną recenzję zarówno tej książki, jak i mojej poprzedniej – The Brenner Assignment: The Untold Story of the Most Daring Spy Mission of World War II (2008). Moim przyjaciołom Madisonowi Parkerowi i Caseyowi Trahanowi za bystre oczy. A także Benowi Ibachowi za wspaniałe i liczne pomysły, które wzbogaciły narrację. Specjalne podziękowania należą się Morganowi Wilsonowi. Obecny prezes Stowarzyszenia OSS Charles Pinck, który promował i wspierał moją pracę i książki, zasługuje na serdeczną wdzięczność. Co najważniejsze, chciałbym podziękować mojemu redaktorowi i przyjacielowi Robertowi Pigeonowi. Niezrównane umiejętności redaktorskie, przenikliwość i pomysły Boba znacznie ulepszyły tę opowieść i przyczyniły się do powstania tej książki.

PROLOG

Kwiecień 1945, siedziba Gestapo, Innsbruck, Austria

– Jude! – warknął wysoki, patrząc w zapuchnięte oczy mężczyzny.

– Ach, Quatsch! (Nonsens!) – stwierdził inny gestapowiec. Było nie do pomyślenia, żeby Żyd ośmielił się wrócić do serca Trzeciej Rzeszy jako aliancki agent.

W wilgotnym pomieszczeniu funkcjonariusze Gestapo bili szpiega po twarzy. Jego okrycie nie przepuszczało wody, więc wysoki zdarł z niego całą odzież. Chociaż agent był niebywale silny, esesmani obeszli się z nim brutalnie, rzucając go na podłogę. Skuwając mu ręce z przodu, zmusili go do przyjęcia skulonej pozycji embrionalnej, a następnie wsunęli długą lufę karabinu w wąską szczelinę pomiędzy zgiętymi kolanami a skutymi rękami. Chwyciwszy karabin z obu stron, unieśli jego nagie, zwinięte ciało i zawiesili je pomiędzy dwoma stołami – jak kawał mięsa na rożnie. Rozwijając pejcz z niewyprawionej skóry, wysoki wkładał w każde uderzenie cały ciężar ciała, chłoszcząc bezlitośnie ciało agenta jak połeć wołowiny.

– Wo ist der Funker? (Gdzie jest radiotelegrafista?).

– Wo ist der Funker?

Pod ciałem agenta rozlewała się karmazynowa kałuża. Mimo bólu nie załamał się, powtarzając, że jest po prostu cudzoziemskim robotnikiem (jak tysiące zatrudnionych w fabrykach Rzeszy).

Ponieważ okładanie pejczem nic nie dało, gestapowcy postanowili poddać więźnia torturze wody. Przynieśli dwa pełne dzbanki i, obróciwszy go twarzą ku sufitowi, lali zimną ciecz do jego ust i nosa. Woda wpadała mu do ust, otwartych przemocą przez silne dłonie. Miał wrażenie, że tonie, a płyn zalewał boleśnie przebity bębenek uszny. Oprawcy pracowali metodycznie. Jeden lał wodę, inny napełniał drugi dzbanek. Ta sztafeta trwała sześć godzin.

Nagle drzwi się otworzyły i stanął w nich rosły mężczyzna w mundurze wysokiej rangi oficera. Jego groźna obecność wypełniła pokój, rzucając cień na ludzi przy pracy. Zaskoczeni, odwrócili się i przerwali przesłuchanie – na chwilę.

1

„ZABIERZCIE MNIE Z PIECHOTY”

Pustynne słońce paliło Fredericka Mayera, kiedy kulił się na ziemi i ostrożnie podczołgiwał na pozycję. Poziom adrenaliny Freda gwałtownie podskoczył, gdy zbliżał się do nieprzyjacielskiego sztabu. Słyszał zgiełk bitwy w oddali, gdzie werbel karabinu maszynowego przeszywał powietrze popołudnia. Jako pierwszy zwiadowca 81. Dywizji Piechoty Mayer znajdował się w szpicy i prowadził elitarny oddział zwiadowczy Wildcat Rangers[1*] w głąb pola bitwy. W bliskim tle Mayer słyszał szmer głosów i jazgot radia, przekazującego i wyszczekującego rozkazy. Znajdował się daleko za linią frontu i, co najważniejsze, nieprzyjacielski sztab nie był dobrze strzeżony. Na brzuchu, z czterdziestkąpiątką w dłoni, popełzł naprzód. W mgnieniu oka prześlizgnął się bezszelestnie obok wartowników i dostał się do środka.

Przez ostatni dzień Mayer działał sam za nieprzyjacielskimi liniami. Jako zwiadowca polegał na swoim instynkcie, umiejętności improwizacji i zwykłym tupecie. Wcześniej tego dnia powiedział kolegom: „To głupio schwytać tylko kilku żołnierzy. Zgarnijmy sztab”.

Mayer ocenił sytuację i pobiegł w stronę budynku. Kiedy wpadł do pomieszczenia, gdzie znajdował się sztab, kilku oficerów, w tym generał brygady, popatrzyło na niewysokiego, szerokiego w barach, smagłego zwiadowcę z niedowierzaniem. Oszołomiony generał Armii Stanów Zjednoczonych wymamrotał:

– Nie możecie tego robić. Łamiecie reguły.

Fred odpowiedział:

– Wojna nie jest czysta. Reguły wojny polegają na tym, żeby wygrać.

Przyparty do muru generał nie miał innego wyjścia, jak pogodzić się z porażką, i posłusznie podniósł ręce[1].

Dla Mayera była to gorzko-słodka chwila: czterdziestostopniowy pustynny skwar prawie stopił jego poczucie radości z wzięcia do niewoli generała „niebieskich” podczas ćwiczeń 81. Dywizji w parny lipcowy dzień 1943 roku w Gila Bend w Arizonie.

Generał brygady Marcus Bell, zastępca dowódcy dywizji, był pod wrażeniem dokonań młodego żydowskiego kaprala z Brooklynu. Następnego dnia wezwał Mayera do swojego namiotu sztabowego położonego w Camp Horn w Arizonie.

Od połowy lutego Mayer służył w specjalnym oddziale zwiadowczym 81. Dywizji. Jako wildcat ranger poznawał zaawansowane elementy taktyki piechoty, takie jak infiltracja, obchodzenie się z materiałami wybuchowymi, dywersja, strzelanie z zasadzki i techniki walki wręcz. Młody kapral wyróżniał się w szkoleniu i został pierwszym zwiadowcą w oddziale, obejmując funkcję zarezerwowaną tylko dla najbardziej zuchwałych.

Po ćwiczeniach Bell powiedział Mayerowi, że „traci tutaj czas z rangersami”, i spytał, czy chce podjąć kolejne wyzwanie, aby robić „coś bardziej interesującego”. Odsłoniwszy w promiennym uśmiechu perłowobiałe zęby, Fred kiwnął głową i odpowiedział: „Zabierzcie mnie z piechoty”.

Po kilku tygodniach przyszedł list z poleceniem, aby Mayer zameldował się w kwaterze głównej Biura Służb Strategicznych (OSS) w Waszyngtonie. List miał zmienić jego przeznaczenie. Frederick Mayer, żydowski uchodźca z Niemiec, element obcy rasowo, którego rodzina ledwo uniknęła deportacji do obozu, był teraz naturalizowanym obywatelem amerykańskim i trzymał w ręku papier nakazujący mu zgłosić się do Congressional Country Club w Bethesda w stanie Maryland, gdzie OSS założyło swój ośrodek szkoleniowy.

Frederick Mayer urodził się w 1921 roku we Fryburgu w Niemczech. Szkolenie wojskowe rozpoczął w bardzo młodym wieku, ponieważ ojciec zasypywał go opowieściami o potwornościach, jakie rozgrywały się we francuskim fortecznym mieście Verdun, gdzie milion ludzi straciło życie. Ojciec Mayera, porucznik w armii kajzera, został odznaczony zaszczytnym Krzyżem Żelaznym II klasy za męstwo pod Verdun. Był bohaterem wojennym i raczył syna opowieściami o swoich wyczynach, wywierających na chłopcu spore wrażenie. Mayer wspominał później: „To było moje szkolenie wojskowe”[2]. Ojciec Mayera, po wojnie przedsiębiorca, potrafił zapewnić swojej rodzinie byt w powojennym chaosie dotkniętej hiperinflacją republiki weimarskiej.

Dobrze zbudowany, krępy Mayer był świetnym sportowcem. Przed dojściem Hitlera do władzy należał do klubu narciarskiego i lekkoatletycznego w szkole średniej. Przenikliwy umysł i zdolności do rozkładania różnych rzeczy na części, a później składania ich na powrót, z czego Mayer był znany, sprawiły, że niebawem podjął pracę jako mechanik w zakładach samochodowych Forda. Obdarzony charyzmą, z nieodłącznym uśmiechem świadczącym o wewnętrznej pewności siebie, uważał, że w życiu należy „przykładać się sumiennie do wszystkiego, każdego dnia, panować nad wszystkim, nad czym można zapanować, i nie przejmować się resztą”[3]. Jego optymizm odzwierciedlał radość życia, a on sam miał niewielu wrogów – dopóki partia nazistowska nie urosła w siłę.

Mayerowie byli Żydami. Na początku lat trzydziestych dojściu nazistów do władzy towarzyszyła fala zajadłego antysemityzmu. Zasługi jego ojca w służbie krajowi podczas pierwszej wojny światowej nie wyłączały rodziny spod antyżydowskich uprzedzeń. Fred doskonale pamięta, że nazywano go „żydowskim bękartem”[4]. Ale nigdy nie puszczał tego płazem i zawsze rozprawiał się z prześladowcą, powalając go na ziemię. Niebawem naziści przekształcili antysemityzm w religię państwową. Ojciec Mayera był patriotą i uważał, podobnie jak wielu innych nastawionych patriotycznie żydowskich weteranów, że ich zasługi przeważą nad radykalnymi poglądami partii nazistowskiej. W 1938 roku ojciec Mayera wciąż czepiał się fałszywej nadziei, że jego służba w armii kajzera uchroni rodzinę przed prześladowaniami. Przyjął pogląd, że skoro był „niemieckim oficerem, nic się nie stanie [jemu i jego rodzinie]”. Matka Mayera zajęła bardziej pragmatyczne stanowisko, stwierdzając brutalnie: „Jesteśmy Żydami, musimy wyjechać”[5].

Po dwuletniej walce z biurokratami po obu stronach Atlantyku dzięki znajomym w Stanach Zjednoczonych Mayerowie uzyskali wizę. Zostawiwszy swój dobytek, przybyli do Nowego Jorku, gdzie ojciec i cała rodzina szukali pracy na Brooklynie. Wszechstronnie uzdolniony młody Mayer imał się ponad dwudziestu różnych zajęć. Kiedy pracował na jednej z tych posad, wspominał, jego szef wygłosił jakąś antysemicką uwagę, a on, podobnie jak czynił to wiele razy w Niemczech, wziął sprawy we własne ręce, dołożył szefowi i natychmiast się zwolnił.

Deklaracja Hitlera z 8 grudnia 1941 roku, wypowiedzenie wojny Stanom Zjednoczonym w następstwie japońskiego ataku na Pearl Harbor, była wezwaniem do broni – i Mayer odpowiedział na to wezwanie. Tego samego ranka stawił się w swoim rejonowym ośrodku werbunkowym na Brooklynie. Mayer uważał, że „Stany Zjednoczone zapewniły [jego rodzinie] schronienie. Czułem potrzebę, żeby dać coś w zamian”[6]. Kiedy stanął przed komisją poborową, został natychmiast odrzucony jako „wrogi cudzoziemiec”[7].

Zniechęcony, lecz nieugięty Mayer zyskał nieoczekiwaną sposobność, aby służyć swojej przybranej ojczyźnie, kiedy jego brat został wezwany przed komisję poborową. Brat studiował wówczas na wyższej uczelni, a on chciał, żeby skończył studia, stawił się więc przed komisją zamiast brata i zaoferował swoje usługi. Widząc determinację Mayera, komisja ustąpiła.

Dwudziestoletni Żyd trafił do Fort Rucker w Alabamie, gdzie odbył kilkumiesięczne szkolenie podstawowe. Po zakończeniu szkolenia szeregowemu Mayerowi rozkazano zameldować się w 81. Dywizji. Na ogół Mayer nie podpadał przełożonym, z wyjątkiem jednego przypadku, kiedy podczas ćwiczeń w Tennessee oddalił się samowolnie, a później musiał kopać rowy w czerwonej glinie. Po manewrach dywizja Freda została przerzucona do Camp Horn w Gila Bend w Arizonie na ćwiczenia pustynne. Pech chciał, że ćwiczenia okazały się niemal bezużyteczne, kiedy dywizję wysłano na Pacyfik. To właśnie w drodze do kalifornijskiego miasta portowego San Luis Obispo na ćwiczenia desantowe Mayer otrzymał list, który miał odmienić jego życie.

2

COUNTRY CLUB

Fred Mayer ostrożnie otworzył brązową kopertę z waszyngtońskim adresem zwrotnym. Wewnątrz znajdował się rozkaz, że ma się natychmiast zameldować w stolicy kraju. Wsiadł do pociągu i po kilkudniowej podróży dotarł do Waszyngtonu. Stojąc przed imponującą marmurową fasadą Union Station, choć wyczerpany długą jazdą, pospiesznie przywołał taksówkę i poprosił kierowcę, żeby zawiózł go do Congressional Country Club. Co ciekawe, mimo że rozkazy Mayera były tajne, kierowca doskonale wiedział, dokąd jechać, a nawet dał do zrozumienia, iż zna położenie tajnego ośrodka szkoleniowego.

Kilka mil dalej malownicze okolice północno-zachodniego Dystryktu Kolumbii ustąpiły miejsca pofałdowanym polom i letnim domom waszyngtońskiej elity, a taksówka podjechała pod elegancki klub golfowy i okazały budynek w stylu barokowym z wielkimi białymi kolumnami. Po obu jego stronach stały oliwkowe spiczaste namioty, a wszędzie wokół trwała gorączkowa krzątanina i uwijali się ludzie w mundurach. W tle rozbrzmiewały eksplozje bomb i przenikliwy trzask strzałów pistoletowych.

Z rozkazami w ręku, Mayer zameldował się u kapitana Howarda Chappella, dowódcy Niemieckiej Grupy Operacyjnej. Chappell, niegdyś instruktor spadochronowy w Fort Benning w Georgii, był mężczyzną ogromnego wzrostu, ponad metr dziewięćdziesiąt. Opalony na brąz i jasnowłosy, z paskudnym usposobieniem i władczą prezencją, Chappell bez wątpienia pasował do swojej roli. Mayer pomyślał, że mógłby uchodzić za niemieckiego oficera[1].

Po krótkim wstępie Chappell zebrał wszystkich nowych członków Grupy Operacyjnej. Trudno by było znaleźć bardziej zróżnicowaną grupę straceńców: byli piloci Luftwaffe, żydowscy uciekinierzy z niemieckich obozów zagłady, polscy dezerterzy, światowej klasy sportowcy, a nawet były skazaniec. Sześćdziesiąt lat później jeden z rekrutów wspominał: „Była to zgraja najbardziej zwariowanych ludzi, jakich w życiu spotkałem”. Fred czuł się jak w domu; doskonale pasował do tej niesfornej jednostki.

Chappell poinformował ich, po co zebrali się w tym ośrodku szkoleniowym: aby przeniknąć na tyły przeciwnika i uderzyć w serce hitlerowskich Niemiec. Na polach i bieżniach klubu golfowego Chappell zamierzał stworzyć coś, co ostatecznie miało się stać zalążkiem Sił Specjalnych Armii Stanów Zjednoczonych. Zgromadzeni ludzie stanowili korzenie drzewa, które z czasem miało wypuścić wiele gałęzi: jednostki przeznaczone do prowadzenia operacji specjalnych.

Ponieważ nie istniał żaden wzorzec, Chappell i jego grupa tworzyli go na bieżąco. Jednostki Grupy Operacyjnej dzieliły się na zespoły według krajów, w których miały działać. Podstawowa jednostka organizacyjna składała się z czterech oficerów i trzydziestu żołnierzy, podzielonych na dwie sekcje po szesnastu ludzi. W skład każdej sekcji musieli wchodzić specjaliści z różnych dziedzin: radiotelegrafista, sanitariusz, miner, ekspert od broni i dowódca zespołu. Ale wszyscy członkowie Grupy Operacyjnej mieli dwie cechy wspólne: „bojowego ducha i wolę walki z wrogiem”[2].

Grupa Operacyjna stanowiła część większej organizacji, nazywanej Biurem Służb Strategicznych (OSS). OSS, utworzone latem 1941 roku, nosiło początkowo nazwę Biuro Koordynatora Informacji (COI) i było pierwszą w Ameryce centralną organizacją wywiadowczą.

Amerykanie od dawna żywili awersję do szpiegostwa. Pewien oficer wywiadu zagranicznego marynarki wojennej poskarżył się kiedyś, że w Ameryce „szpiegostwo z samej swojej natury nie było uważane za «honorowe¸, «czyste¸, «uczciwe¸ ani «przyzwoite¸ (...)[3]. Stany Zjednoczone od dawna z dumą mówiły o tym, że nie posługują się szpiegami, a ich oficerowie wywiadu za granicą muszą mieć nieskazitelnie czyste ręce”[4]. Kiedy w 1929 roku na biurko Herberta Hoovera trafiły rozszyfrowane japońskie depesze, sekretarz wojny Henry Stimson wygłosił pamiętny komentarz: „Dżentelmeni nie czytają cudzych listów”[5]. Oburzony, że stosuje się tam niegodne w jego przekonaniu metody, Stimson zamknął „Czarny Gabinet”, komórkę kryptograficzną łamiącą japońskie szyfry.

Przed utworzeniem OSS różne departamenty rządowe zbierały informacje w raportach przesyłanych arbitralnie po kolejnych szczeblach drabiny służbowej w nadziei, że najważniejsze informacje dotrą do Białego Domu. Nie istniał żaden ośrodek koordynacyjny, który czuwałby nad tym, aby Biały Dom rzeczywiście je otrzymywał.

Nowo utworzone COI stało się obiektem ataku odpowiedzialnych w tym czasie za zbieranie informacji agencji rządowych, które uważały jego szefa, Williama Donovana, za intruza na swoim terytorium. Te same instytucje, które COI próbowało koordynować – Federalne Biuro Śledcze (FBI), Biuro Wywiadu Marynarki Wojennej (ONI), wywiad wojskowy (G-2) i Departament Stanu – sformowały przeciwko niemu koalicję. Cztery departamenty poczyniły kroki, aby ograniczyć zasięg działania i wpływy nowej agencji. Na przykład wywiad wojskowy zastrzegł wszystkie informacje dotyczące łamania szyfrów, a FBI i ONI wyłączyły COI z operacji na półkuli zachodniej.

Mimo to COI rozszerzało swoją działalność w dziedzinie prac badawczych, analizy i propagandy, współpracując ściśle z brytyjskimi służbami wywiadowczymi. Brytyjskie wsparcie i opieka były obecne od samego początku. Osobliwym trafem młody komandor porucznik brytyjskiego wywiadu Ian Fleming, przyszły autor książek o Jamesie Bondzie, pomagał kłaść fundament pod rodzące się amerykańskie służby wywiadowcze. Amerykańskie operacje specjalne i tajny wywiad nadal jednak wlokły się w tyle za innymi wydziałami OSS, ponieważ wyszkolenie agentów i sabotażystów zajmowało bardzo dużo czasu.

Zdaniem innych amerykańskich agencji zbierających informacje, w tym nowo utworzonego Kolegium Szefów Połączonych Sztabów, które ufały tylko własnym organizacjom wywiadowczym i nie dowierzały Donovanowi, wybuch wojny nie przyczynił się do umocnienia pozycji COI. Aby rozwiązać ten problem, a jednocześnie uzyskać poparcie wojska i dostęp do większych funduszy, Donovan zaproponował oddać COI pod zwierzchnictwo Szefów Połączonych Sztabów.

Trzynastego czerwca 1942 roku prezydent Franklin D. Roosevelt oficjalnie poparł ten pomysł. COI zmieniło nazwę na Biuro Służb Strategicznych, a organizacja została podporządkowana Szefom Połączonych Sztabów.

Do kierowania nową agencją prezydent nie mógłby wybrać bardziej dynamicznego ani kompetentnego człowieka niż prawnik z Wall Street William J. Donovan. Jeden z udekorowanych najwyższymi odznaczeniami amerykańskich bohaterów pierwszej wojny światowej, a później zastępca prokuratora generalnego Stanów Zjednoczonych był niezwykłą postacią. Dowodząc batalionem 165. Pułku Piechoty, lepiej znanym jako „Waleczny Sześćdziesiąty Dziewiąty”, Donovan zdobył Medal Honoru, Zaszczytny Krzyż Zasługi i dwa Purpurowe Serca, dzięki czemu zyskał sobie przydomek „Dzikiego Billa”.

Po wojnie Donovan dużo podróżował, podejmując na nowo praktykę prawniczą i pełniąc funkcję zastępcy prokuratora generalnego za prezydentury Calvina Coolidge’a. Pod koniec lat dwudziestych został osobistym doradcą politycznym prezydenta Herberta Hoovera. Jego pozycja i wpływy pozwoliły mu nawiązać stosunki w najwyższych kręgach amerykańskiego społeczeństwa i na całym świecie.

W 1940 roku Donovan wyjechał za ocean jako oficjalny wysłannik prezydenta Roosevelta, aby ocenić zdolność Wielkiej Brytanii do prowadzenia wojny. W nadziei na uzyskanie amerykańskiego poparcia premier Winston Churchill przyznał Donovanowi nieograniczony dostęp do największych brytyjskich tajemnic wywiadowczych. Ostatecznie Churchill zaproponował, aby Roosevelt mianował Donovana szefem amerykańskiego wywiadu.

Wiele technik i strategii, które Ameryka wykorzystywała do prowadzenia potajemnych działań po zakończeniu drugiej wojny światowej, wywodziło się z wizji Donovana – Dzikiego Billa. Po swojej nominacji na szefa OSS Donovan sformułował zintegrowane, „całościowe” podejście do tajnych działań: „Perswazja, penetracja i zastraszanie [...] są współczesnymi odpowiednikami robienia podkopów i minowania [wykorzystywanych] podczas działań oblężniczych w dawnych czasach”. Propaganda stanowiła „ostrze wstępnej penetracji”. Szpiegostwo, sabotaż i operacje partyzanckie miały stworzyć grunt pod inwazję sił konwencjonalnych. Dokonana przezeń integracja metod potajemnej wojny była przełomowym podejściem do tajnych działań. W odróżnieniu od dzisiejszej Centralnej Agencji Wywiadowczej, która jest w znacznym stopniu „wyspecjalizowana” i skoncentrowana na zbieraniu i analizie informacji wywiadowczych, OSS było prawdziwie zintegrowaną organizacją, od antropologii do dietetyki[2*][6].

*

Donovan uważał Niemców za swoich głównych rywali, mówiąc, że są „najwyższej klasy zawodowcami w potajemnej wojnie, podczas gdy Ameryka wlecze się z tyłu jako mały klub amatorski”. Jedyny sposób, aby dorównać Niemcom, powiedział Rooseveltowi, to „rozegrać mecz w lidze okręgowej, ukraść piłkę i zabić sędziego”[7].

Robiąc użytek ze swojej rozległej sieci kontaktów osobistych, Donovan przejawiał talent do wybierania właściwych ludzi do właściwych zadań. W kilku przypadkach oparł się na amerykańskich elitach społecznych; wielu pracowników OSS miało cenne znajomości w wojskowych, politycznych i przemysłowych kręgach w Europie, zwłaszcza w Niemczech. Jak ujął to pewien wyższy oficer OSS: „Szukaliśmy ludzi z rzeczywistymi powiązaniami w Niemczech”[8]. W pierwszym okresie istnienia organizacji do OSS można się było dostać dzięki zaproszeniu lub rekomendacji. Dziki Bill stworzył OSS praktycznie z dnia na dzień z niczego. Podzielone na wiele wydziałów OSS Donovana szybko się rozrosło w złożoną strukturę organizacyjną pełną enigmatycznych literowych akronimów. Do głównych wydziałów OSS za kadencji Donovana należały:

dział badań i analiz (R&A), zajmujący się analizą informacji wywiadowczych,dział badawczo-rozwojowy (R&D), zajmujący się doskonaleniem broni i sprzętu, dział operacji psychologicznych (MO), zajmujący się wywrotową, zakamuflowaną, „czarną” propagandą, jednostki morskie (MU), zajmujące się przerzucaniem agentów i zaopatrzenia dla grup ruchu oporu oraz prowadzące sabotaż i zwiad morski, X-2, zajmujący się kontrwywiadem,Tajny Wywiad (SI), zajmujący się umieszczaniem agentów w terenie, aby potajemnie zbierali informacje,dział operacji specjalnych (SO), zajmujący się sabotażem, dywersją, piątą kolumną i działaniami partyzanckimi,Grupy Operacyjne (OG), również zajmujące się sabotażem i działaniami partyzanckimi, złożone z doskonale wyszkolonych, znających języki obce oddziałów komandosów.

Aby obsadzić te działy, posłużył się swoimi kontaktami w wyższych sferach: na prestiżowych wyższych uczelniach, w kancelariach adwokackich i wielkich korporacjach. Niektórzy odczytywali nawet skrót OSS jako „Oh So Social” (Och, Jaki Dystyngowany) ze względu na arystokratyczne korzenie organizacji, ale w rzeczywistości OSS rekrutowało wszystkich z użytecznymi umiejętnościami. Włamywacze świeżo wypuszczeni z więzień wykradali dokumenty z sejfów w ambasadach i przekazywali je specjalistom z tytułami profesorskimi do analizy. Debiutantki pracowały razem ze spadochroniarzami. Autor jednego z opracowań zauważył: „OSS podejmowało i prowadziło więcej różnego typu działań, wymagających bardziej wszechstronnych uzdolnień, niż jakakolwiek inna organizacja o takich rozmiarach w historii naszego kraju”[9].

Do pracy w terenie OSS potrzebowało nie tylko najlepszych i najbardziej błyskotliwych analityków, lecz również ludzi myślących nieszablonowo i ryzykantów. W szeregach OSS znalazły się wybitne i dynamiczne postacie, które pozostawały na świeczniku jeszcze długo po zakończeniu wojny: magnat filmowy John Ford, słynna kucharka Julia Child, przyszły sędzia Sądu Najwyższego Arthur Goldberg, syn Teddy’ego Roosevelta Kermit, a nawet gracz drużyny Chicago White Sox Moe Berg.

Fred Mayer i inni rekruci poczuli się w swoim żywiole, a ich osobowości pasowały do charakteru OSS jak ulał. Osobista dewiza Mayera: „Kto nie ryzykuje, nie wygrywa”[10], uosabiała ducha i wizję OSS Donovana.

Tymczasem Chappell intensywnie szkolił swoich ludzi w Country Club. Uczyli się czytać mapę, obchodzić z materiałami wybuchowymi i nabywali inne podstawowe umiejętności, niezbędne do operacji prowadzonych na tyłach nieprzyjaciela.

W tej trzydziestoosobowej grupie dobraną paczkę stanowiło pięciu żydowskich uchodźców, w tym Mayer, którzy wyrwali się z hitlerowskich Niemiec. Wszyscy mówili po niemiecku, wszyscy pragnęli zemsty za cierpienia, jakich doznały ich rodziny z rąk nazistów. Dzielili także poczucie obowiązku, by służyć swojej przybranej ojczyźnie.

Błyskotliwy i „trochę zarozumiały” George Gerbner był żydowskim uciekinierem z Węgier, miał dwadzieścia cztery lata, władał czterema językami, a później został profesorem na prestiżowej uczelni. Akta OSS opisują go jako „inteligentnego, zaradnego, w doskonałej kondycji fizycznej i znanego z umiejętności trafnej oceny sytuacji”[11]. Alfred Rosenthal, niemiecki uchodźca o przezwisku „Rosie”, był dziewiętnastoletnim absolwentem amerykańskiej szkoły wywiadu, mówił po niemiecku i włosku, był „cichy i sumienny”[12]. Bernd Steinitz był dobrze zbudowanym sportowcem światowej klasy, towarzyskim i czarującym, który ledwo wydostał się z Niemiec w 1939 roku; jego cała rodzina miała później zginąć w obozie. Hans Wynberg był urodzonym radiotelegrafistą: miał matematyczny umysł i ucho do muzyki, dzięki czemu kreski i kropki alfabetu Morse’a po prostu dla niego śpiewały.

W kręgu tej żydowskiej paczki ludzie zadzierzgiwali więzy, które miały przetrwać całe życie. Rosie i Gerbner zostali dobrymi przyjaciółmi, a Mayer i Wynberg nawiązali legendarną przyjaźń. Spotkali się na kursie radiowym, który dla Mayera stanowił po prostu dodatkowe szkolenie na wypadek, gdyby radiotelegrafista jego zespołu zginął podczas misji. Dla Wynberga kurs radiowy był szkoleniem w jego specjalności. „Hans przylgnął do mnie i traktował jak starszego brata” – wspominał później Mayer[13]. Raport OSS określał Mayera jako „agresywnego, silnego i zaradnego, urodzonego przywódcę, który przejawia niezwykłą zdolność improwizowania w sytuacjach nietypowych”[14]. Ten sam raport opisywał Wynberga jako „inteligentnego, ostrożnego i całkowicie oddanego Fredowi”[15]. Mayer i Wynberg doskonale się uzupełniali.

Hans Wynberg, szczupły, jasnowłosy, mierzący prawie metr dziewięćdziesiąt żydowski członek grupy, urodził się 28 listopada 1922 roku w Amsterdamie. W 1939 roku ojciec Wynberga postanowił wysłać Hansa i jego brata bliźniaka Louisa, uczących się wtedy w czwartej klasie szkoły średniej, do Stanów Zjednoczonych. Młodszy brat, matka, ojciec i większość krewnych pozostali w Holandii. Ojciec złożył 3600 dolarów na koncie bankowym, a dwaj chłopcy zamieszkali u szlifierza diamentów, wspólnika ich ojca w interesach, w Nowym Jorku. Hans wstąpił na politechnikę w Brooklynie i wyróżniał się w swoich studiach, zwłaszcza w chemii. Kiedy skończyły się pieniądze, znalazł posadę pracownika naukowego w koncernie farmaceutycznym Pfizera, gdzie asystował lekarzowi, który był jednym z naukowców zaangażowanych w badania nad penicyliną. Hans uczestniczył w pracach przy testowaniu leku. Kiedy pracował dla Pfizera, armia holenderska powołała go do służby, ale niebawem Niemcy zajęli Holandię i sprawa poboru do wojska stała się nieaktualna. Upalnego sierpnia 1943 roku Wynberg wstąpił do armii amerykańskiej i zgłosił się do obozu szkoleniowego. Tymczasem urwał się kontakt z rodziną Wynbergów w Europie. Wówczas Hans o tym nie wiedział, ale Gestapo aresztowało jego matkę, ojca i młodszego brata i wysłało ich do Auschwitz, osławionego obozu zagłady.

W obozie szkoleniowym życie Wynberga się odmieniło, kiedy pewien oficer podszedł do niego i powiedział:

– Jak rozumiemy, mówicie po niemiecku, holendersku i angielsku. Czy chcielibyście pomóc swojemu krajowi?[16].

Wynberg odparł: „Oczywiście”, i dwa dni później siedział już w pociągu jadącym do Waszyngtonu.

W ośrodku szkoleniowym ludzie opanowywali podstawy walki wręcz. Mayer wspominał, że był „w tym dobry, [zwłaszcza] w dżiu-dżitsu”. Rekruci uczyli się tej sztuki od pięćdziesięciokilkuletniego, siwowłosego instruktora walki z Szanghaju, brytyjskiego majora Ewarta Fairbairna, który udoskonalił jeden z najbardziej zabójczych systemów walki ulicznej znanych człowiekowi, nazywany „defendu”[17]. Defendu rozwinęło się z setek bójek ulicznych, w których uczestniczył jako zastępca szefa policji municypalnej w jednym z najbardziej niebezpiecznych w tym czasie miast na kuli ziemskiej, Szanghaju. Fairbairn podsumował to w następujący sposób: „Nie ma żadnej czystej gry, nie ma żadnych czystych reguł poza tym, żeby zabić albo zostać zabitym”. Major kładł nacisk na umiejętność posługiwania się nożem i walkę z bliskiej odległości: „Defendu jest dla głupców; zawsze powinniście mieć przy sobie pistolet albo nóż. Jeśli jednak dacie się zaskoczyć nieuzbrojeni, pokazane tutaj metody znacznie zwiększą wasze szanse na wyjście z tego cało”. System Fairbairna odejmował takie elementy jak cios karate, nazywany cięciem toporem. Jeden cios w jabłko Adama kościstą krawędzią dłoni może zabić człowieka, powiedział swoim uczniom. Mayer i inni rekruci uczyli się walki na noże oraz sztuki improwizacji, na przykład jak zwinąć zwykłą gazetę, by jak sztylet mogła przebić miękką tkankę pod brodą nieprzyjacielskiego wartownika.

Podczas szkolenia ludzie zetknęli się również z inną godną uwagi postacią, Johnem Hamiltonem, znanym z dobrej prezencji, rudych włosów i krzaczastych brwi. W rzeczywistości był to słynny aktor filmowy Sterling Hayden. Hamilton uczył różnych technik samoobrony na polach golfowych Congressional Country Club. Pewnego razu, kiedy demonstrował, jak odparowywać pchnięcia bagnetem, uderzył młodego Bernda Steinitza pięścią w plecy, na skutek czego zwichnął mu obojczyk, i zauważył cierpko: „Chyba powinienem bardziej uważać”[18].

Po opanowaniu sztuki walki wręcz, posługiwania się materiałami wybuchowymi i innych technik infiltracji na polach Congressional Country Club rekruci zostali wysłani do Fort Belvoir, gdzie nauczyli się prowadzić czołgi i inne pojazdy wojskowe. Chociaż niektórzy z nich wyglądali jak „pijani idioci kierujący [czołgami] i od czasu do czasu wjeżdżali jednym z pojazdów do rowu”[19], Mayer nie miał z tym problemów. Później tak opisał swoje uzdolnienia w tej dziedzinie: „Byłem cholernie dobrym kierowcą czołgu”[20].

Po krótkim kursie prowadzenia pojazdów trzydziestokilkuosobowa Niemiecka Grupa Operacyjna wsiadła do pociągu i pojechała do Fort Benning, dawnej bazy Chappella, gdzie rekruci zostali włączeni do programu szkolenia spadochroniarzy. Przeszli intensywny wojskowy kurs spadochronowy, podczas którego nauczyli się zwijać własne spadochrony. Szkolenie było trudne, obliczone na odsianie większości rekrutów i sprawdzenie, czy przejawiają dostateczną odporność fizyczną i psychiczną, aby zostać spadochroniarzami, co jeszcze dzisiaj jest wyznacznikiem statusu żołnierza sił specjalnych w Armii Stanów Zjednoczonych. Ludzie musieli przejść intensywną zaprawę fizyczną i zaliczyć pięć skoków, aby uzyskać upragnione srebrne skrzydełka, identyfikujące ich jako spadochroniarzy. Aby podtrzymać ich legendę normalnych żołnierzy, OSS wydało im regulaminowe kombinezony spadochroniarskie M-42. W Fort Benning panowała surowa dyscyplina, obejmująca kilka codziennych rytuałów, jak wspominał Hans Wynberg:

Musieliśmy co wieczór prać swoje mundury i wkładać je rano (suche lub nie, ale wiosna w Fort Benning była wystarczająco ciepła, żeby rzeczy schły). Buty musiały być wypucowane łącznie z podeszwami [...]. Musieliśmy też zwijać swoje spadochrony po skoku. Oczywiście szesnaście linek nośnych było zwykle splątanych, ponieważ po uderzeniu w ziemię częściowo wydęty spadochron ciągnął nas kilka metrów, zanim dało się go zwinąć. Dzięki temu ćwiczeniu (składaniu spadochronu) na całe życie nabrałem wprawy w rozplątywaniu węzłów![21].

*

Ku oburzeniu Wynberga jeden z instruktorów ukarał go tylko za to, że patrzył w górę:

Kara za drobne przewinienia była częsta, ale dosyć łagodna (dwadzieścia pompek). Ponieważ inne zespoły też oczywiście szkoliły się w Fort Benning, samoloty przelatywały nad głowami przez cały czas, a spadochroniarze skakali na okoliczne pola. Ale obowiązywała surowa zasada, że nie wolno nam patrzeć na ludzi, którzy skaczą. Miało to nas powstrzymać od liczenia. Każdy samolot zabierał „sekcję”[3*], czyli dwunastu ludzi, którzy mieli skakać, a jeśli patrzyliśmy i liczyliśmy, mogło się zdarzyć, że naliczyliśmy jedenastu ludzi zamiast dwunastu, i wtedy wiedzieliśmy, iż jeden spadochron się nie otworzył! Dlatego przyglądanie się skokom było surowo zabronione.

Raz zostałem przyłapany na obserwowaniu skoczków i za karę musiałem biegać dookoła placu ćwiczeń, wymachując ramionami i krzycząc: „Jestem złym żołnierzem”. Obserwowałem samoloty. Wszystko to w biegu[22].

We wczesnym okresie tworzenia amerykańskich wojsk spadochronowych spadochrony czasami się nie otwierały i szkolenie wiązało się z ryzykiem; w szkole był duży odsiew, zważywszy na elitarność statusu spadochroniarzy. Wady ekwipunku były złowieszczą groźbą, a niewłaściwe złożenie spadochronu oznaczało śmierć. Mayer wspominał, jak podczas jednego ze skoków zniosło ich z kursu: „Złapał nas boczny wiatr i wylądowaliśmy w Chattahoochee”[23].

Choć Mayer i jego koledzy omal nie utonęli w błotnistych wodach Chattahoochee, udało im się zaliczyć pięć obowiązkowych skoków. Dla członków Niemieckiej Grupy Operacyjnej był to kamień milowy. Ponieważ wykazali się odpowiednią odpornością psychiczną i sprawnością fizyczną, by ukończyć jeden z najtrudniejszych programów szkolenia wojskowego, otrzymali upragnione srebrne skrzydełka, świadczące o ich kwalifikacjach na spadochroniarzy. Z nowiutkimi, lśniącymi skrzydełkami i spadochroniarskimi butami zostali wysłani z powrotem do klubu golfowego.

3

OCZEKIWANIE

Po licznych scysjach z taksówkarzami, którzy wiedzieli o „tajnym ośrodku szkoleniowym”[1] komandosów, zawsze przeczulony na punkcie bezpieczeństwa, skłonny do paranoi kapitan Chappell przekonał Donovana, aby przeniósł amerykańską jednostkę specjalną na kalifornijską wyspę Catalinę. Ta położona dwadzieścia mil od wybrzeża południowej Kalifornii wyspa stanowiła idealne miejsce do ćwiczeń operacji desantowych. Znana ze swoich zielonych wzgórz i domów wczasowych o czerwonych dachach Catalina była kurortem wypoczynkowym. Ludzie Chappella zostali jednak skierowani na drugi koniec wyspy, do skupiska rozpadających się drewnianych domków, które przed wojną służyło jako obóz letni dla chłopców. Życie Niemieckiej Grupy Operacyjnej stało się tam niebawem znacznie bardziej spartańskie.

Na Catalinie ludzie odbywali szkolenie z technik przetrwania. Przerzuceni w odległą, niezamieszkaną część wyspy, zostali podzieleni na sześcioosobowe zespoły, a Chappell poinstruował ich, że mają przeżyć na wyspie pięć dni, zdani wyłącznie na siebie. Spali pod gołym niebem, zarówno żołnierze, jak i oficerowie, tylko w śpiworach. W ramach ćwiczeń zespołom rozkazano „opanować” lotnisko. Mayer, dowodzący jednym z nich, wspominał później, że jego zespół „zajął lotnisko. Podeszliśmy od tyłu. Było tylko kilku wartowników [pilnujących lotniska] i ich też zdjęliśmy”[2]. Mayer zawsze miał niekonwencjonalne podejście do rzeczy. Zamiast przeprowadzać frontalne ataki, wolał wybierać nieoczekiwaną trasę i lubił wykorzystywać czynnik zaskoczenia. Kiedy grupa Mayera zajęła lotnisko, ludzie otrzymali rzadko wydawane przepustki i mogli odwiedzić wypoczynkową część wyspy.

Później Hans Wynberg tak wspominał to doświadczenie: