Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Odważna i lekkomyślna ebook

June Francis  

2.23529411764706 (17)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 267 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Odważna i lekkomyślna - June Francis

Beth Llewellyn, córka mistrza drukarskiego, nie chce wychodzić za mąż i wieść zwykłego życia żony i gospodyni. Zazdrości bratu i sama chętnie nauczyłaby się drukarskiego rzemiosła, aby pomagać ojcu w rodzinnym interesie. Wkrótce jednak w niewyjaśnionych okolicznościach ojciec i brat Beth zostają zamordowani. Na miejscu zbrodni zostaje znaleziony wysadzany kamieniami złocony sztylet, ślad, który prowadzi do jednego ze wspólników ojca. Panna Llewellyn prosi o pomoc przyjaciela i protektora, sir Gawaina Raventona…

Opinie o ebooku Odważna i lekkomyślna - June Francis

Fragment ebooka Odważna i lekkomyślna - June Francis

June ‌Francis

Odważna i lekkomyślna

Tłumaczenie:Anna Pietraszewska

Od autorki

Początki ‌drukarstwa od dawna stanowią ‌dla mnie przedmiot ogromnej ‌fascynacji, prawdopodobnie ‌z racji tego, że ‌jestem pisarką, a mój mąż ‌wykonywał niegdyś zawód ‌drukarza.

Pierwsza prasa ‌drukarska ‌pojawiła ‌się w Anglii ‌za ‌sprawą Williama ‌Caxtona, zaś ‌pierwsza ‌drukowana księga ujrzała ‌światło ‌dzienne ‌w roku ‌1477. Akcja książki, ‌którą ‌trzymacie ‌w ręku, rozgrywa się ‌w roku 1520. W owym okresie ‌słowo drukowane w zawrotnym ‌tempie wypierało foliały rękopiśmienne.

Początkowo ‌drukowano w głównej mierze ‌księgi o tematyce religijnej. ‌Autorem jednego z bestsellerów ‌został sam ‌Henryk ‌VIII, który wydał ‌niewielki ‌wolumin potępiający reformatorskie poglądy ‌niemieckiego teologa i kaznodziei, ‌Marcina ‌Lutra. ‌Monarcha występował w swej polemice ‌w obronie siedmiu sakramentów ‌wiary. Warto ‌dodać, ‌że wydawanie i rozprowadzanie broszur ‌zawierających przekonania Lutra karano ‌wówczas śmiercią.

Czasy panowania dynastii ‌Tudorów to ‌okres popularyzacji druku ‌i rozpowszechnienia umiejętności ‌czytania. Zainteresowania pierwszych czytelników ‌wykraczały oczywiście poza tematykę ‌religijną. ‌W modzie były również ‌dzieła starożytnych ‌Greków oraz ‌Rzymian, ‌poezja ‌i rzecz ‌jasna „Opowieści kanterberyjskie” Geoffreya ‌Chaucera – ‌prawdziwy przebój ‌tamtej epoki. W „Odważnej i lekkomyślnej” ‌skorzystałam z prawa autora do ‌licentia poetica i umieściłam dzieło ‌Chaucera w czasach sprzed ‌jego pierwszego wydania.

Naturalnie ‌byli wówczas i tacy, ‌którzy ‌uważali upowszechnienie czytelnictwa ‌za zjawisko ‌zgoła ‌niebezpieczne.

Bóg raczy ‌wiedzieć, ‌co by się stało, ‌gdyby większość mieszczan, rzemieślników, ‌a nawet przedstawicieli pospólstwa posiadła ‌umiejętność czytania oraz ‌zdolność samodzielnego myślenia. Coś ‌takiego mogłoby doprowadzić do rewolucji!

Według wielu niewiasty, jako istoty „delikatnej i słabej konstytucji”, były szczególnie narażone na zgubny wpływ produktów pras drukarskich, co oczywiście nie przeszkadzało w tym, aby kobiety parały się pisarstwem. Dość pokaźna liczba dam pisywała książki religijne, poradniki dotyczące prowadzenia domu, jak również dzienniki relacjonujące najistotniejsze wydarzenia z życia codziennego.

Księgi drukowane były niezwykle kosztownie, upłynęło więc sporo czasu, zanim umiejętność czytania stała się rzeczą powszechną, a książki trafiły pod strzechy. Dziś czytają miliony, należy jednak pamiętać o nieustannie zmieniających się obyczajach związanych z czytelnictwem. Dla wielu z nas nie ma nic przyjemniejszego, niż wzięcie do ręki sztywno oprawionego tomu z biblioteki, inni wolą położyć się na kanapie z ulubioną książką w miękkiej oprawie, jeszcze inni lubią mieć bibliotekę w kieszeni, ściągniętą na czytnik e-booków, zwłaszcza na dłuższych wakacjach.

Na koniec chcę wam opowiedzieć o pewnej starej księdze należącej do mojego męża. Ilekroć ujmuję ją w dłonie, czuję przyjemny dreszczyk emocji. Wydany w 1824 roku tom liczy niemal sześćset stron i zawiera drzeworyt przedstawiający wizerunek Williama Caxtona oraz szczegółowy opis początków drukarstwa. Napis na stronie tytułowej głosi: „Typografia, czyli wskazówki dla drukarzy spisane przez J. Johnsona, mistrza drukarstwa”. Zapytacie, cóż w tym niezwykłego. Otóż, na początku książki znajduje się dedykacja dla Wielce Szanownego hrabiego Spencera, KG[1], przewodniczącego Klubu Roxburghe oraz dla członków tegoż klubu, wśród których znalazł się między innymi sir Walter Scott. Hrabia Spencer jest rzecz jasna przodkiem naszego następcy tronu, księcia Williama.

June Francis

PROLOG

Londyn, maj 1520 roku

– I jakże ci się widzi moja Beth, mości panie Raventon? – zagadnął mistrz Llewellyn, podając rozmówcy czarkę wina. – Mąż wielką będzie miał z niej kiedyś pociechę. Od śmierci nieboszczki matki dziewka pierwszorzędnie sprawuje rządy w domu. Jest gospodarna, zmyślna i ma głowę do rachowania. Dość powiedzieć, żem powierzył jej swe księgi.

– Upatrzyłeś już dla niej godziwego konkurenta? – zainteresował się sir Gawain. Poznał pannę Elizabeth dwa kwadranse wcześniej i orzekł, że ma do czynienia z nad wyraz dumną i rezolutną młódką.

Gospodarz potrząsnął głową.

– A gdzieżby tam. Uparła się, niecnota, że nie pójdzie za mąż. Powtarzam jej w kółko, że musi, a ona ciągle swoje. Skaranie boskie… Powiadam ci, sir Gawainie, wielkie spadło na mnie utrapienie. Owa nieszczęsna kabała z Jonathanem dodała mi dziesięć lat życia. Spać nie mogę po nocach… – Westchnął ciężko i spojrzał w przystojną twarz swego gościa.

– Zaiste, w świetle dowodów, które odkryłem, okoliczności zgonu twego syna jawią się wielce podejrzanie. Przychodzi ci na myśl, kto mógłby pragnąć jego śmierci?

– Tylko człek szalony, to pewne! – zawołał zapalczywie Llewellyn. – Bo też nikt przy zdrowych zmysłach nie podniósłby ręki na mojego umiłowanego Jonathana. Ludzie wielką darzyli go estymą. Wszyscy bez wyjątku. Chłopak wyznawał się na kupieckim rzemiośle i po mistrzowsku prowadził interesy. Prawda, bywało, że przepadał bez wieści na całe dnie, a nawet tygodnie, ale zawsze wracał. Z coraz to nowymi nabywcami naszych wyrobów.

Raventon zmarszczył czoło.

– A owi nabywcy? Wypytywałeś o nich syna?

W zoranym zmarszczkami policzku Llewellyna drgnął mięsień.

– Nie, Jonathan zwykł obsługiwać ich sam, choć spotkałem pewnego razu jednego z nich… Hm… teraz, gdy o tym myślę… zdaje mi się…

– Że ów człowiek może coś wiedzieć? – podsunął Gawain. – Któż to taki?

Starzec wydął usta i spojrzał na niego z nietęgą miną.

– Wolałbym nie wymieniać go z nazwiska. Mogę się mylić, a nie chciałbym splamić jego honoru.

– Daruj, ale być może idzie o nikczemnego skrytobójcę – zauważył przytomnie Raventon. – W takich razach milczenie nie popłaca.

Gospodarz zacisnął wargi i odwrócił wzrok. Najwyraźniej nie zamierzał puścić pary z gęby.

– A twoja córka? – ponaglił rozdrażnionym głosem rozmówca. – Może ona nam dopomoże? A nuż zauważyła coś, czegoś ty sam przez roztargnienie nie spostrzegł?

– W żadnym razie – odparł ewidentnie wstrząśnięty Llewellyn. – Beth wierzy święcie, że jej brat zginął wskutek nieszczęśliwego wypadku. Uznałem, że lepiej będzie trzymać ją w nieświadomości. Dla słabowitej dziewki prawda mogłaby okazać się zabójcza. Niewiasta, jak wiadomo, nie ma w sobie takiej siły jak mężczyzna – zakończył z przekonaniem, po czym upił spory łyk trunku.

Przypomniawszy sobie hardo uniesioną bródkę Llewellynówny, Gawain doszedł do wniosku, że ojciec najwyraźniej nie docenia swej młodszej latorośli.

– Jeśli chcesz znać moje zdanie, uważam, że winieneś zrzucić z piersi ów ogromny ciężar. Ulży ci, jeśli się komuś zwierzysz.

– I owszem – zgodził się stary. – Uczynię to. W swoim czasie. Teraz wszakże chciałbym prosić cię o pewną przysługę. Otóż obawiam się, że mogę nieoczekiwanie zakończyć żywot, jeszcze zanim owa niefortunna sprawa zostanie rozwikłana. Gdyby w istocie tak się stało, Beth zostanie na świecie samiuteńka. Byłbym znacznie spokojniejszy, gdybyś zechciał wziąć ją pod opiekę i znalazł jej zacnego męża. Ona musi urodzić mi wnuka – dodał niemal płaczliwym tonem.

Raventon doskonale go rozumiał. Nie dziwota, że stary pragnie potomka, który zapewni ciągłość jego rodowi. Pomyślał o własnym synku i jak zwykle ogarnął go nieutulony smutek. Chłopczyk zmarł, przeżywszy zaledwie dwa lata. Na domiar nieszczęścia jego żona, Mary, kilka tygodni temu wyjechała wraz z córkami i przepadła jak kamień w wodę. Raventon bał się, że śmierć malca pomieszała jej zmysły.

– Nie chciałbym sprzeciwiać się twej woli, mistrzu Llewellyn, ale po prawdzie bardziej wyznaję się na ciesielce, budowie statków, a nawet na tym co się święci na królewskim dworze, niźli na babskich fanaberiach. Skąd niby miałbym wiedzieć, kto by się nadał dla twej córki? I co ważniejsze, kto przypadłby jej do serca?

– Ufam twemu osądowi – oświadczył spokojnie gospodarz. – Szlachetny i solidny z ciebie młodzieniec. A za niewiastą nigdy nie trafisz. Nie masz pod słońcem bardziej niestałej istoty niż kobieta. Idzie mi jedynie o to, abyś czuwał nad moją córuchną i doradzał jej w potrzebie. Zważ, że na tym nie stracisz. Zapiszę ci w spadku udziały w mojej drukarni.

– Szczodra to propozycja – odparł szczerze zaskoczony Raventon. – Tak czy owak radziłbym ci znaleźć kogoś odpowiedniejszego wśród zaufanych przyjaciół.

– W moim wieku nie zostało mi ich zbyt wielu – stwierdził kwaśno Llewellyn. – A ci, którzy nie wyzionęli jeszcze ducha, niedomagają na ciele albo na umyśle. Albo jedno i drugie. Ty zaś spełniłeś moje oczekiwania, kiedym powierzył ci sprawę zbadania okoliczności rzekomego wypadku mego syna. Nie zlekceważyłeś podejrzeń zgnębionego rozpaczą starca – wyznał drżącym głosem i spojrzał z powagą na młodszego mężczyznę. – Dostrzegam w tobie rzadką siłę charakteru. Zgódź się, proszę, i przypieczętujmy naszą umowę uściskiem dłoni. Wolałbym zmienić jeszcze testament przed wyjazdem do Francji.

Raventon poczuł nagły przypływ współczucia. Jako że jeszcze dziś planował powrót do domu w Kent, a nazajutrz miał wyruszyć do zamku Dover, nie chciał trwonić czasu na czcze namysły. Jedynym sposobem na to, aby położyć kres tej rozmowie, było spełnienie prośby Llewellyna. Szczęściem panna jest urodziwa i majętna, odziedziczy przecie zakład księgarski ojca, zatem nie zabraknie jej zalotników. A jeśli zajdzie potrzeba, jego ciotka odgrywać będzie rolę przyzwoitki.

– Zgoda – rzekł w końcu.

Gospodarz uśmiechnął się z wyraźną ulgą i wyciągnął rękę.

– Ja także odwiedzę rychło Francję – zagadnął po chwili Gawain. – Udaję się tam z rozkazu króla Henryka. A ty, mistrzu Llewellyn? Wyprawiasz się za granicę w interesach?

– W rzeczy samej – odparł z błyskiem w oku starzec. – Mam spotkać się w Calais ze starym przyjacielem, który podobnie jak ja jest księgarzem. – Najjaśniejszy pan nawiedza czasem mój sklep i był łaskaw zaprosić mnie na uroczystości, postanowiłem więc zabrać ze sobą córkę.

– Cóż, możliwe, że się spotkamy – powiedział Raventon, szykując się do wyjścia. – Tymczasem, bywaj zdrów.

W progu zderzył się z wchodzącą do komnaty Elizabeth. Kiedy przytrzymał ją, żeby nie upadła, poczuł na sobie jej miękkie krągłości i oblał się gorącem. Błyszczące orzechowe oczy spojrzały na niego w taki sposób, że na moment zamarł jak wykuty w marmurze, choć serce dudniło mu w piersi, jakby zaraz miało z niej ulecieć. Po chwili zabrał dłonie i odskoczył jak oparzony.

– Pokornie proszę o wybaczenie, panno Llewellyn – wymamrotał i uciekł w te pędy. Niewiele brakowało, a uległby pokusie i skosztował jej malinowych warg. Rozchyliła je, wstrzymując oddech. Zapewne obawiała się tego, co mógłby zrobić, gdyby nie czmychnął.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Francja, czerwiec 1520 roku

Wiał silny południowy wiatr. Elizabeth przeciskała się przez ciżbę, czując osiadający na twarzy kurz. Zastanawiała się, jakież to występy zarządzono tym razem ku uciesze tłumu. Mieszkańcy okolic od kilku tygodni gromadzili się w miejscu, które nazywano ósmym cudem świata, aby oglądać majestat władców Anglii i Francji.

W pewnej chwili rozległy się gromkie gwizdy i okrzyki entuzjazmu. Nie chcąc przegapić zakończenia spektaklu, panna Llewellyn spróbowała przepchnąć się do przodu. Ponieważ nikt nie kwapił się, aby ustąpić jej miejsca, opadła na kolana i zaczęła torować sobie drogę na czworaka. Nie baczyła przy tym na przekleństwa i obelgi, które posypały się pod jej adresem.

Gdy wreszcie dotarła do areny, ku swej zgrozie stanęła niemal oko w oko z sir Gawainem. Nie może być, pomyślała w popłochu. Nie mogła wprost uwierzyć, że to on. Nie wiedzieć czemu jej serce zaczęło bić jak oszalałe. Miała nadzieję, że Raventon jest nazbyt pochłonięty tym, co robi, aby ją zauważyć. Miałaby się z pyszna, gdyby rozpoznał ją w męskim przebraniu.

Przyglądała mu się w niemym zachwycie, gdy próbował uwolnić się od zwalistego przeciwnika. Rosły Francuz zaciskał owłosione ramię wokół jego karku. Przystojne oblicze Anglika zdradzało ogromną determinację, a jego mięśnie napięły się niczym postronki. Wkrótce krzepkie palce Gawaina zdołały uchwycić rękę rywala i pojedynek dobiegł końca. Raventon jednym szarpnięciem zrzucił z siebie współzawodnika i w mgnieniu oka przygwoździł go do ziemi. Potem podźwignął się na nogi i został ogłoszony zwycięzcą. Kiedy triumfatorowi wręczano nagrodę, pokonany obrzucił go nienawistnym spojrzeniem.

Beth wiedziała, że powinna czym prędzej wziąć nogi za pas, szkopuł w tym, że nie potrafiła oderwać wzroku od Gawaina. Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że od pasa w górę jest zupełnie nagi. Miał potężne mięśnie i gładką skórę, którą pokrywała teraz warstwa potu. Jako że nigdy wcześniej nie widziała obnażonego męskiego torsu, tkwiła w miejscu jak skamieniała. Wyglądał zupełnie inaczej niż ona. Intrygowały ją przede wszystkim ciemne włosy na jego odsłoniętej piersi.

W dniu, w którym się poznali, przypadkiem zderzyli się w drzwiach. Przypomniała sobie tę krótką chwilę bliskości i raptem zrobiło jej się bardzo gorąco.

Czując, że musi ochłonąć, sięgnęła do troków tuniki, aby poluzować więzy. Niestety, niechcący ściągnęła tym na siebie uwagę Raventona. Spróbowała się wycofać i zniknąć na powrót w tłumie, ale nie starczyło jej czasu.

– Ki diabeł? – mruknął, podnosząc ją z ziemi.

Panna Llewellyn chwyciła w popłochu poły rozchełstanego odzienia i natychmiast tego pożałowała. Kiedy Gawain przysunął się bliżej, jej dłoń utknęła pomiędzy ich złączonymi ciałami.

– Niezbyt roztropne posunięcie – zauważył kąśliwie, rozluźniając odrobinę uścisk, aby mogła uwolnić rękę. Nie spuszczał przy tym wzroku z jej twarzy. Po chwili jego błękitne oczy pociemniały jak węgle.

– Znam cię… Jużem cię gdzieś widział… – szepnął w końcu.

– Ale gdzie tam, mylicie się, panie… – zaprzeczyła, potrząsnąwszy stanowczo głową.

Cóż ja najlepszego wyczyniam? – przeraziła się, gdy spadła jej czapka, pod którą skrywały się kasztanowe warkocze.

– Wszelki duch… – mruknął zdębiały Gawain. – Nie może to być…

Tymczasem za jego plecami rozległ się ryk.

– Broń się! – wrzasnęła Elizabeth, widząc, co się święci.

Raventon puścił ją i zwrócił się w stronę wyraźnie zawiedzionego przeciwnika. Rozjuszony porażką Francuz zamierzał przypuścić ponowny atak.

Panna Llewellyn skorzystała z zamieszania i zgarnąwszy z ziemi czepek, salwowała się ucieczką. Chowając na powrót włosy, przekonywała samą siebie, że znajomy rodzica jednak jej nie rozpoznał. Gdy onegdaj obserwowała go podczas turnieju w walce na kopie, od stóp do głów zakrywała go ciężka zbroja. Wyobrażała sobie wówczas, że pod lśniącym żelastwem kryje się krzepkie ciało.

Nie pojmowała, czemu nachodzą ją owe nieprzystojne myśli. Nakazała sobie spokój i pognała ku namiotowi ojca. Nie miała chwili do stracenia. Trzeba jej było czym prędzej zmienić przyodziewek. Pragnęła również przelać na papier swoje wrażenia z tego, co przed chwilą widziała, zanim szczegóły ulecą i zatrą się w jej pamięci. W najgłębszej tajemnicy drukowała bowiem pismo z najnowszymi wieściami. Jego odbiorcami byli w głównej mierze kupcy i rzemieślnicy. Mistrz Llewellyn przeglądał niedawno jego stronice, potrząsając z niedowierzaniem siwą czupryną. Gdyby odgadł, kto jest autorem, z miejsca położyłby kres pisarskim zapędom córki. Ani chybi odmówiłby jej dostępu do prasy drukarskiej.

Stwórca poskąpił mu niestety daru przewidywania, a Beth mogła jedynie załamywać nad tym ręce. Czemu był aż tak ślepy i głuchy na to, co się wokół niego dzieje? Dlaczego nie spostrzegł, że odkąd wynaleziono druk, liczba obywateli, którzy posiedli umiejętność czytania, stale się powiększa? Jonathan mawiał, że ludzie gotowi są czytać wszystko, co wpadnie im w ręce. Największym wzięciem cieszyły się naturalnie księgi religijne, nie stroniono wszakże od lżejszych treści. Panna Llewellyn zamierzała więc kontynuować dzieło zmarłego brata i dostarczała rozrywki tym, którzy mieli ochotę za nią płacić. Ku uciesze nabywców relacjonowała najciekawsze wydarzenia z życia codziennego, co poza niekłamaną przyjemnością przynosiło jej także niebagatelny dochód.

Słowa układały się w jej głowie w kolejny tekst: „Był rosłym, wzbudzającym respekt mężczyzną o potężnych barkach i śmiałym spojrzeniu. Nosił się pewnie, poruszał z niewymuszoną swobodą i naturalną gracją, które świadczyły o wielkiej tężyźnie”.

Kolejny raz przywołała w pamięci obraz sir Gawaina. Wciąż nie mogła nadziwić się temu, z jaką łatwością powalił na ziemię przeciwnika. Nigdy dotąd nie spotkała nikogo takiego jak on. To Raventon sprawiał, że zaczęła zwracać uwagę na męskie wdzięki. Powtarzała ojcu, że niepilno jej do zamęścia, lecz bynajmniej nie z powodu odrazy do mężczyzn, bo też wcale jej do nich nie żywiła. Wręcz przeciwnie…

Byłby wielce zgorszony, gdyby wyszło na jaw, że jego córka paraduje po obozowisku w męskim stroju i z ochotą przygląda się zmaganiom zapaśników. Jonathan zapewne tylko udawałby oburzenie, jako że sam nie stronił od podobnych przebieranek. Odkryła to kilka lat wcześniej, kiedy przypadkiem przyłapała go odzianego w sukienkę. Zatroskana wspomniała o tym matce, ale ta zbyła ją machnięciem ręki i nakazała milczenie. Westchnęła z żalem. Była bardzo przywiązana do brata, mimo że ojciec zawsze otwarcie go faworyzował. Gdyby nie przedwczesna śmierć, umiłowany pierworodny odziedziczyłby drukarnię i resztę majątku Llewellynów. Biedny Nathan…

– Panno Llewellyn! – usłyszała raptem znajomy głos i w popłochu niemal potknęła się o własne nogi. Boże miłosierny, pomyślała i przyspieszyła kroku. Tego mi brakowało! Zaaferowana, nie spostrzegła mocowania pobliskiego namiotu i runęła jak długa na ziemię.

Nim zdążyła się poruszyć, Raventon chwycił ją bez ceremonii i postawił na nogi. Jej oczy znalazły się na wysokości jego torsu. Zauważyła, że ma rozchełstany kubrak i rozwiązane tasiemki koszuli. Poczuła przemożną chęć, aby go dotknąć, ale udało jej się zwalczyć pokusę. Zamiast tego spróbowała się wyrwać. Zamierzała udawać, że go nie zna, lecz on zdarł jej z głowy czapkę i plan spalił na panewce.

Uśmiechnął się ponuro na widok bujnych warkoczy.

– Nie myliłem się. To jednak ty, pani. Skąd to cudaczne odzienie?

Beth uniosła wojowniczo podbródek.

– I po cóż za mną szedłeś, panie? – wypaliła napastliwie. – Prosił cię kto? Trzeba było udawać, żeś mnie nie rozpoznał! Nic ci do moich poczynań, a tym bardziej mego przyodziewku.

– Śmiem się nie zgodzić – odparł oschle, wsuwając jej włosy pod czepek. – Przynosisz hańbę całemu niewieściemu rodowi, moja pani. Żaden szanujący się mężczyzna nie przeszedłby obok tego obojętnie.

Zapłonęły jej policzki.

– Gruba przesada, mój panie. Nie uczyniłam niczego złego i nikomu nie wyrządziłam krzywdy. Tak czy owak, proszę, abyś nie wspominał o całym zajściu mojemu ojcu. Wiele ostatnio przeszedł. Wolałabym nie przysparzać mu kolejnych zgryzot.

Gawain obrzucił ją badawczym spojrzeniem.

– Przychylę się do twej prośby, pani, jeśli usłyszę rozsądne wyjaśnienie owej niedorzecznej maskarady. W przeciwnym razie zmuszony będę uznać, że dzisiejsza spiekota pomieszała ci zmysły.

– Dalibóg, panie, sądzisz, że odjęło mi rozum? – zapytała, nie kryjąc urazy. – Bom nie chciała rzucać się w oczy? Nie do wiary…

Roześmiał się szyderczo.

– Pełzanie po ziemi pośród tłumu nazywasz nierzucaniem się w oczy? Niewiele brakowało, a wtargnęłabyś na arenę w sam środek walki. Zaiste przedni kamuflaż.

– Wielkie mecyje – odparła zrzędliwie. – Byłam ciekawa, ot co. To żaden grzech.

– Przeciwnie. Niezdrowa ciekawość niejednemu przyniosła zgubę.

– Nie przeczę, ale jak mniemam, to właśnie ona cię tu za mną przywiodła, panie. Wiedz, że nie zamierzam pobłażać twoim wszędobylskim zapędom. Nie widzę powodu, dla którego miałabym się przed tobą tłumaczyć. Teraz idzie mi wyłącznie o to, aby do ojca nie dotarły zasmucające wieści o moich wybrykach.

– Wiedziałaś, że twoje wyczyny go zasmucą, lecz bynajmniej cię to nie powstrzymało. Wyznam, że nie pojmuję…

– Wcale mnie to nie dziwi – skwitowała ze wzgardą. – Nie urodziłeś się, panie, niczyją córką.

– Zapominasz się, pani – odrzekł w podobnym tonie. – A twoja riposta to zwykły wykręt. Niewieści sposób, aby uniknąć mówienia prawdy, zwłaszcza gdy jest raczej niewygodna.

– Mężczyźni z pewnością nie są bardziej prawdomówni aniżeli kobiety – stwierdziła zapalczywie. – A może zechcesz mi wyjawić, panie, czemuż to stanąłeś do pojedynku półnagi?

– Z powodu upału, to oczywiste. – Zdumiony uniósł brew.

– Ach tak – wypaliła bez namysłu. – Dziw, że onegdaj nie upiekłeś się żywcem, kiedyś w pełnej zbroi walczył na kopie.

– I owszem, skwar mocno dał mi się we znaki – rzekł, bacznie ją obserwując. – Alem nie zauważył wówczas twojej obecności, pani.

– Pewno dlatego, że nie było mnie wśród dam – wyjaśniła rzeczowo, zastanawiając się w duchu, dlaczego Raventon tak jej się przygląda.

Miał w sobie coś, co wytrącało ją z równowagi i sprawiało, że robiło jej się dziwnie gorąco za każdym razem, kiedy znalazł się w pobliżu. Teraz także czuła się cokolwiek nieswojo i to bynajmniej nie dlatego, że mógł donieść ojcu o jej męskim alter ego.

– Wtenczas też chadzałaś po obozowisku przebrana za wyrostka? – Wyraźnie zgorszony Gawain odsunął od siebie Elizabeth i wymamrotał pod nosem przekleństwo. – Niech mnie piorun… Nie pisnę mistrzowi Llewellynowi ani słowa o twoim haniebnym prowadzeniu się, ale musisz mi obiecać, pani, że nigdy więcej nie wdziejesz spodni.

– Wedle życzenia, panie – odpowiedziała potulnie. – Skoro taka jest twoja cena za milczenie…

Ta nieoczekiwana zmiana tonu wydała mu się mocno podejrzana.

– A teraz pozwól, że się pożegnam – dodała pospiesznie Llewellynówna, zbierając się do odejścia.

Na czole Raventona pojawiła się podłużna zmarszczka.

– Mam nadzieję, że wiesz, co czynisz, pani. Jeśli się zdradzisz, a jakiś duchowny odkryje, że żaden z ciebie pachołek, zakują cię w kajdany i wtrącą do lochu. Ale przedtem ogolą ci głowę i dla przykładu wystawią cię na widok publiczny.

Beth zamarła w pół kroku.

– Czyżbyś pragnął mnie wystraszyć, panie?

– Skądże. Pragnę cię jedynie ostrzec, pani. Lepiej, abyś była świadoma kary, jaka może spaść na twoją śliczną główkę, jeśli postąpisz wbrew mej woli.

Panna Llewellyn z trudem powstrzymała potok słów, które cisnęły jej się na usta. Miała ochotę krzyczeć z bezsilnej złości. Od dziecka ubolewała nad tym, że prawo nie traktuje na równi kobiet i mężczyzn.

– Uznajmy tedy, że zostałam ostrzeżona – powiedziała z przekąsem. – Czy teraz mogę się już oddalić? – dodała, posyłając mu przesłodzony uśmiech.

Spoglądając w jej oczy, Gawain nie po raz pierwszy pomyślał, że mają barwę kasztanów. Zastanawiał się, czy jej wargi są takie miękkie i słodkie, na jakie wyglądają. Pomyślał, że chciałby ich posmakować. Czy opierałaby się, gdyby wziął ją w ramiona? Przeraził się własnych myśli. Na Boga, przecież był żonaty. Wprawdzie niedawno dotarły do niego wieści, że jego żonę widywano w sąsiednim hrabstwie z innym mężczyzną, ale to niczego nie zmieniało. Co też go opętało? Nie miał prawa myśleć w ten sposób o pannie Llewellyn. To pewnie przez to, że od pół roku nie zaznał cielesnych rozkoszy.

Beth czym prędzej ruszyła w swoją stronę. Ciekawe, co powiedziałby sir Gawain, gdyby wyjawiła mu, że to matka podsunęła jej pomysł przebierania się, kiedy obie dumały nad tym, jak zbierać informacje niezbędne do wydawania pisemka. Także dzięki zachęcie rodzicielki zaczęła spisywać swoje przemyślenia. Świętej pamięci Marian Llewellyn była wielbicielką słynnej mistyczki Juliany z Norwich[2] – pierwszej kobiety w Anglii, która napisała książkę w języku ojczystym.

Niestety, ku rozpaczy pozostałych członków rodziny, pani Llewellyn zmarła w kwiecie wieku. Elizabeth miała wówczas zaledwie szesnaście lat. Gdyby Marian żyła, na pewno namawiałaby męża, aby pozwolił córce pomagać przy prowadzeniu drukarni. Ojciec wszakże wzorem większości mężczyzn uparł się, żeby wydać ją za mąż, a wspólnikiem w interesach zamierzał uczynić zięcia. To właśnie dlatego Llewellynówna obstawała przy staropanieństwie. Miałaby stać z boku i zajmować się wyłącznie prowadzeniem domu? Przenigdy.

Sama myśl o nudnym żywocie statecznej matrony przyprawiała ją o atak furii. Rozeźlona weszła na polanę usianą wielobarwnymi namiotami. Nie były tak okazałe, jak te należące do królewskich świt Henryka VIII i Franciszka I. Obydwaj monarchowie nie ustawali w wysiłkach, aby przyćmić się wzajem swoimi splendorami. Obnosili się z najlepszym ekwipunkiem, klejnotami i przetykanymi złotem jedwabiami. Królowe, Klaudia Walezjuszka oraz Katarzyna Aragońska, pokazywały się w najbardziej zachwycających szatach. Małżonka Franciszka była przy nadziei. Mówiono, że Henryk chciałby, aby to jego połowica znów spodziewała się potomka. Ponoć z niepokojem wypatrywał przyjścia na świat syna, a zarazem następcy tronu[3].

Kiedy Beth zbliżała się do namiotu Llewellynów, mignął jej przed oczami skrawek znikającej w oddali czerwonej spódnicy. Przemknęło jej przez myśl, że to jedna z kobiet upadłych, które często kręciły się po obozowisku. Weszła ostrożnie do środka, modląc się w duchu, by ojciec nadal był zajęty rozmową ze znajomym z Calais.

Jej modlitwy nie zostały wysłuchane.

Znalazła staruszka leżącego na ziemi w kałuży krwi. W jego plecach tkwił sztylet z ozdobną rękojeścią. Serce podeszło jej do gardła. Wstrząśnięta opadła na kolana obok bezwładnego ciała, walcząc z falami mdłości. W pierwszym odruchu chciała wyjąć nóż i sprawdzić, czy ojciec jeszcze oddycha. Gdy wyciągnęła dłoń, aby wprowadzić zamiar w czyn, raptem z tyłu rozległ się jakiś szelest. Odwróciła gwałtownie głowę, przekonana, że morderca powrócił, aby dokończyć dzieła. Ku swemu zdumieniu ujrzała jednak sir Gawaina.

Przez moment nie mogła wydobyć z siebie słowa.

Raventon postąpił naprzód i z posępną miną odsunął ją na bok. Potem zacisnął zęby i przyłożył dłoń do szyi mistrza Llewellyna.

– Żal mi to mówić, panno Llewellyn, lecz twój ojciec dokonał żywota.

– Ale… Nie… nie może to być… – wyjąkała Beth. Wciąż nie dowierzała własnym oczom.

– Zauważyłaś, pani, coś podejrzanego? Może jakaś postać przemknęła chyłkiem w pobliżu namiotu?

– Mignęła mi przed oczami szkarłatna spódnica, ale ojciec nigdy nie zadałby się z… – Urwała i opadła ciężko na taboret. – Na Boga, któż mógł to zrobić? – spytała zgnębionym tonem.

Gawain przypomniał sobie rozmowę z Llewellynem. Drukarz twierdził, że zna kogoś, kto mógł pragnąć śmierci jego syna, nie chciał wszakże wyjawić nazwiska owego jegomościa. Czyżby natknął się dziś na tego człowieka? Być może powiedział mu o swych podejrzeniach i dlatego padł ofiarą okrutnego mordu?

– Rozpoznajesz, pani, ten sztylet? – rzekł, podniósłszy się z klęczek.

Beth przyjrzała się wysadzanej klejnotami rękojeści i zadrżała.

– Nie, widzę go po raz pierwszy. Jedno jest pewne, to nie jest broń najemnika.

– Racja – zgodził się Raventon, po czym wytarł ostrze wyjętą z torby chustką. – Zabójca musiał uciekać w popłochu – dodał, odkładając nóż na stół. – W przeciwnym razie nie zostawiłby narzędzia zbrodni. Zwłaszcza tak cennego. Pewno usłyszał twoje kroki, pani, i schował się za przepierzeniem, a potem niepostrzeżenie czmychnął na zewnątrz.

Panna Llewellyn podążyła za jego wzrokiem i spojrzała na płócienną gródź, która dzieliła pomieszczenie na część dzienną i alkierz. W milczeniu weszli razem do środka.

Gawain przykucnął przy ścianie namiotu.

– Myślę, że uszedł tędy – orzekł, spoglądając przez ramię na towarzyszkę. – Spójrz tylko, pani. Odsunął posłanie, wyjął z ziemi kilka kołków i zrobił niewielki podkop. Może widziała go owa dziewka w czerwonej spódnicy?

Beth wciągnęła głośno powietrze.

– Sądzisz, panie, że warto ją odszukać?

– Owszem – potwierdził i spojrzał na nią z marsem na czole. – Gdzie twoi słudzy, pani? Ktoś powinien cię strzec.

– Dostali dziś wychodne. Mają wrócić z miasta przed wieczerzą. – Przełknęła ślinę i dodała drżącym głosem: – Jane i Sam służą u nas od wielu lat. Będą wstrząśnięci, gdy się dowiedzą…

Gawain podrapał się po nieogolonym podbródku i zerknął na rozrzucone na posłaniu sukienki.

– Zauważyłem nieopodal palenisko. Jakaś dziewka warzyła strawę. Może widziała, jak ktoś zakrada się do waszego namiotu. Zostaniesz tu, pani, i zmienisz ubranie, ja tymczasem pójdę ją wypytać.

Panna Llewellyn zwilżyła wargi.

– A jeśli morderca wróci po sztylet? – spytała niepewnie.

Zawahał się, po czym rzekł krzepiącym tonem:

– Nie frasuj się, pani. Nie odejdę daleko. Nie pozwolę, aby ktokolwiek się do ciebie zbliżył.

Podziękowała mu i odprowadziła go wzrokiem, kiedy wychodził na zewnątrz. Była tak wystraszona, że przez moment rozważała, czy nie pobiec za nim. Szybko jednak przywołała się do porządku i nakazała sobie spokój. Po śmierci ojca została na świecie samiuteńka. Od dziś będzie musiała polegać wyłącznie na sobie. Tak czy owak, uznała, że wypada jej posłuchać rady Raventona. Zrzuciła więc męskie przebranie i włożyła pospiesznie ciemnoniebieską sukienkę z długimi rękawami i modnym kwadratowym dekoltem. Potem odnalazła buty z ozdobnymi sprzączkami. Ojciec sprawił je tuż przed jej wyprawą do Paryża. Beth nigdy nie dbała przesadnie o wygląd i stroje, ale uparty rodzic umyślił sobie znaleźć jej zalotnika. Ani chybi sądził, że zdobne trzewiki sprawią, iż konkurenci zlecą się do niej jak muchy do lepu. Cóż, jego plany spełzną na niczym. Zamiast wychodzić za mąż, Beth zamierzała bowiem poprowadzić samodzielnie drukarnię i zdobyć upragnioną niezależność. Matka będzie z niej dumna, kiedy spojrzy na nią czasem z niebios. Teraz oboje rodzice mogą przyglądać jej się już tylko stamtąd, westchnęła z żalem.

Kto, na Boga, chciałby uśmiercić ojca? I z jakiego powodu? Wzdrygnęła się bezwiednie i otarła twarz wilgotną chustką. Potem wsunęła włosy pod czepek, sięgnęła do puzderka z ozdobami i wydostawszy z niego prosty krzyżyk z ametystu, zawiesiła go sobie na szyi. Należał niegdyś do matki.

Kiedy przykrywała ciało zmarłego pledem, zmroził ją odgłos kroków. Przerażona, poderwała się na nogi i zerknęła bojaźliwie w stronę wejścia. Na widok sir Gawaina odetchnęła z ulgą.

– Chwała Najwyższemu! Wywiedziałeś się czegoś, panie?

– I owszem. Widziano wchodzącą do namiotu niewiastę.

– Nie, nieprawda… nie wierzę – Beth nie posiadała się ze zdumienia.

– Nosiła szkarłatne szaty – ciągnął niezrażony Raventon. – Zatem to zapewne do niej należała spódnica, którą widziałaś, pani. Ponoć jak na kobietę była wyjątkowo rosła. Łatwo będzie rozpoznać ją pośród tłumu.

– Dalibóg, w głowie się nie mieści… Ojciec nie zadawał się z ulicznicami. A może był to przebrany za kobietę mężczyzna?

– Cóż… niewykluczone.

– Możliwe, że jakiś zwykły złodziejaszek postanowił skorzystać z okazji, myśląc, że w namiocie nikogo nie ma. W środku natknął się na ojca i doszło do wypadku… – Sądząc po minie Gawaina, panna Llewellyn oszukiwała samą siebie. Uczepiła się tej wersji wydarzeń tylko dlatego, że wydawała się mniej przerażająca od rzeczywistej.

– Przejrzyj pani swoje rzeczy i sprawdź, czy czego nie brakuje. Jeśli coś zginęło, będziemy mogli przyjąć, że mamy do czynienia ze złodziejem.

Elizabeth sięgnęła odruchowo do zawieszonego na szyi krzyżyka.

– Tego nie zabrali…

Gawain spojrzał na jej zgrabny kark i mlecznobiałą pierś i raptem zapragnął przywrzeć ustami do nieskazitelnej, odsłoniętej dekoltem skóry. Zdumiało go, że pomyślał o czymś takim w tak przykrych okolicznościach. Nim znów wydobył z siebie głos, musiał odchrząknąć.

– Kimkolwiek jest sprawca, trzeba nam go odnaleźć. Zarządziłem już poszukiwania, miej wszakże świadomość, pani, że ludzie będą się rozglądać nie tylko za ową niewiastą w szkarłatach, lecz także za pewnym wyrostkiem, który wchodził do namiotu niedługo po niej. Jego rysopis jak ulał pasuje do ciebie.

– Sądzą, że… że to ja go zabiłam?!

– Miarkuj się, kobieto. Mów nieco ciszej. Nie chcesz chyba, żeby całe obozowisko dowiedziało się, że paradujesz między pospólstwem odziana w portki. Powiedziałem im, że chłopak wyczołgał się na zewnątrz przez podkop, kiedy usłyszał moje nadejście.

Panna Llewellyn przycupnęła na stołku i przygryzła wargę.

– Będą zachodzić w głowę, czemu nie podniosłam wrzasku, kiedy go zobaczyłam.

– Pomyślą, że wróciłaś pod ich nieobecność. Poprosiłem, żeby sprowadzili medyka. Musimy czym prędzej pozbyć się twego męskiego przyodziewku, pani. Zwiń wszystko w jeden tobołek. Zabiorę go ze sobą, gdy będę wychodził.

Beth ani myślała ruszyć się z miejsca.

Gawain popatrzył na nią spode łba.

– Jeśli zamierzasz, pani, kontynuować tę maskaradę, to uprzedzam, będziesz zmuszona porzucić owe plany. Dopóki znajdujesz się pod moją opieką, nigdy więcej nie włożysz tego niedorzecznego przebrania.

Elizabeth nie dowierzała własnym uszom.

– Pod twoją opieką? – powtórzyła zdumiona.

Nie odpowiedział od razu. Z jakiegoś powodu nie chciał jej wyjawić, że mistrz Llewellyn powierzył mu nad nią pieczę.

– Cóż, ktoś powinien się tobą zająć – mruknął niewyraźnie.

– Może cię to zdziwi, panie, ale potrafię zadbać o siebie sama – odparła z godnością.

Raventon obrzucił uważnym spojrzeniem jej blade, mokre od łez a zarazem dumne oblicze.

– Jesteś, pani, rozumną i zaradną młodą damą, nie przeczę. Niemniej znalazłaś się w nad wyraz trudnym położeniu. W twojej sytuacji każdy potrzebowałby pomocy. Podejrzane okoliczności śmierci twego ojca wymagają zastosowania określonych procedur. Trzeba zgłosić zajście odpowiednim władzom i przekazać im narzędzie zbrodni. Jeśli dopisze nam szczęście, ktoś je rozpozna.

Oboje spojrzeli w stronę stołu, na którym pozostawili sztylet. Okazało się, że nóż zniknął.

– O mój Boże! Czyżby morderca wrócił i go zabrał? Kiedy się przebierałam, przez jakiś czas nikogo tu nie było.

– Musiałby być niewidzialny. Albo piekielnie szybki.

– No… tak, naturalnie. Może zwyczajnie spadł na ziemię… – Beth opadła na kolana, a Gawain przykucnął tuż obok niej. Niechcący zderzyli się przy tym głowami.

– Zraniłem cię, pani? – Raventon wyciągnął dłoń i poprawił jej czepek.

– N-ni-e… – Poczuła, że braknie jej tchu. – A ja? Zraniłam ciebie, panie?

Uśmiechnął się ponuro.

– Nic mi nie będzie. Mam twardy czerep.

– Trzeba mieć twardą czaszkę, jeśli staje się do pojedynków tak często jak ty.

– Na jakiś czas skończyłem z pojedynkowaniem się – mruknął, stając na nogi.

– Musi gdzieś tu być. – Panna Llewellyn szukała dalej, jednocześnie zastanawiając się, co właściwie miał na myśli.

– Służba się tym zajmie – rzekł Gawain, pomagając jej się podnieść.

Zauważyła, że skrzywił się z bólu.

– Coś ci dolega, panie?

– To drobiazg. Nic poważnego. – Za nic nie zdradziłby jej, że odczuwa skutki nierozważnej decyzji. Stanął do pojedynku, choć wiedział, że nie powinien. Nie wiedzieć czemu odczuwał jednak palącą potrzebę potwierdzenia swej męskości. Bez wątpienia przyczyniła się do tego zdrada Mary. Nie mógł przeboleć tego, że jego prawowita małżonka pokazuje się publicznie w towarzystwie innego mężczyzny. Niełatwo przełknąć taki dyshonor. Porzucił też, choć z zupełnie innych pobudek, służbę w Straży Przybocznej Jego Królewskiej Mości. Utworzony specjalnie w tym celu korpus wojska towarzyszył królowi w trakcie bitew, na królewskim dworze, a także podczas uroczystości podobnych do tych, które odbywały się właśnie w Paryżu.

– Nie wierzę w ani jedno twoje słowo, panie – wypaliła bez ogródek Beth. – Na pierwszy rzut oka widać, że doskwiera ci ból.

– To nic, nad czym warto by się rozwodzić – odparł przez zaciśnięte zęby. – Pozwól, pani, że znów się oddalę. Trzeba powiadomić o zajściu kardynała Wolseya.

– Nie! – zaprotestowała gorączkowo. – Tylko nie Wolseya. Ojciec nie darzył go nazbyt wielką estymą. Czy nie mógłbyś osobiście zająć się śledztwem?

– Nie byłoby to właściwe. Koniec końców, sam mogę znaleźć się na liście podejrzanych.

– Ty, panie? A to niby dlaczego? – Elizabeth miała dziwne poczucie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. – Wciąż nie mogę w to uwierzyć – dodała zduszonym głosem. – Wydaje mi się, że biorę udział w jakiejś niedorzecznej maskaradzie.

– Chyba nie zamierzasz omdleć, pani? – Gawain ujął ją za łokieć i posadził na stołku. Modlił się w duchu, aby jak najprędzej doszła do siebie. – Odwagi, panno Llewellyn – próbował dodać jej otuchy. – Wiem, że jesteś bardzo dzielna. Możesz mi ufać. Po prawdzie wcale nie jestem podejrzany. Nie o to mi szło.

– To po co tak powiedziałeś, panie? – rzekła z wyrzutem. – Mnie także można podejrzewać. Zyskałabym na śmieci ojca. I to niemało.

Raventon uzmysłowił sobie, że w jej słowach tkwi ziarno prawdy, nie posądziłby jej wszakże o ojcobójstwo. Nie byłaby zdolna do tak haniebnego czynu.

Wtem przed namiotem rozległy się kroki.

– Skryj się w alkierzu i ani mru-mru – polecił tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Pozwól, że sam dopilnuję spraw.

Wahała się przez chwilę. W końcu doszła do wniosku, że powinna zdać się na niego. Nie tracąc więcej czasu, przeszła przez przepierzenie, zawinęła w węzełek pozostawione na sienniku ubranie, po czym położyła się na posłaniu.

Słyszała dobiegające zza ściany odgłosy rozmowy, z której niewiele rozumiała. Oddałaby wiele za to, żeby opuścić to okropne miejsce i nigdy tu nie wracać, a jednocześnie drżała na myśl o tym, że zabójca ojca nie został schwytany i być może czai się gdzieś w pobliżu.

Nie wiedziała, jak długo przyszło jej czekać, aż sir Gawain wezwie ją z powrotem. Zdawało jej się, że upłynęły całe wieki, nim głosy za ścianą wreszcie umilkły.

Kiedy wróciła do Raventona, natychmiast spostrzegła, że ciało ojca zniknęło.

– Dokąd go zabrali? – spytała.

– Do kościoła we wsi. Rankiem zostanie pochowany.

– Tak prędko? – Mruknęła niewyraźnie, choć wiedziała, że przy takiej spiekocie pośpiech jest ze wszech miar wskazany. – Udam się tam o świcie i poproszę, aby odprawiono mszę w jego intencji.

– Skoro taka jest twoja wola, nie będę się sprzeciwiał. Ja tymczasem rozmówię się z Wolseyem. To on pilnuje tu porządku. Jeśli nie doniosę mu o morderstwie, ani chybi uzna, że mam coś do ukrycia.

– Dobrze go znasz, panie?

– Poznaliśmy się na królewskim dworze.

Beth zbladła. Kardynał weźmie udział w śledztwie. To nieuniknione.

– Jeśli mnie pamięć nie myli, twój ojciec miał dziś spotkanie w Calais – upewnił się Raventon.