Odważ się pokonać granice - John Townsend - ebook
Opis

Brak właściwych granic ochronnych w życiu każdego to poważny problem, a ból spowodowany agresją ze strony innych jest ogromny. Gdzie zawodzą granice, tam rozpadają się relacje, ludzie cierpią, a jakość życia spada. Granice dotykają naszej psychiki oraz więzi ciała i ducha, dlatego tak ważne jest ustalenie zdrowych granic, które będą nas chronić. Ten temat pojawił się w bestsellerowej książce Sztuka mówienia NIE, która odmieniła życie wielu osób, ucząc je mówienia NIE wtedy, gdy tego potrzebują, i egzekwowania od innych poszanowania osobistych granic wolności i niezależności.

W jakimś momencie zaczynamy jednak zadawać sobie pytanie: „Po doświadczeniu trudnych relacji, które kazały mi wyznaczyć granice, skąd mam wiedzieć, kiedy i jak mogę znów zaryzykować i nawiązać z kimś nowe więzi?”. Gdy minie już ból, trzeba na nowo podjąć ryzyko ufania innym, jednak tym razem w mądrzejszy sposób. Musimy wyjść wtedy poza granice ochronne, które wytyczyliśmy sobie w relacjach z najbliższymi, i ponownie doświadczyć bliskości, do której przecież zostaliśmy stworzeni.

Z tego właśnie powodu książka ta nosi tytuł Odważ się pokonać granice. Została ona napisana po to, by uczyć sposobu identyfikowania tego, co poszło źle w naszych relacjach z ludźmi i jak w tych relacjach wzrastać. Ma ona również pomóc określić, czy ktoś jest godny naszego zaufania i pokazać, jak przejść przez proces bezpiecznego i stopniowego otwierania się. Kiedy już określimy swoje granice ochronne i nadejdzie właściwy czas, możemy wyjść poza to, co stanowiło naszą barierę zabezpieczającą i znaleźć wspaniałe więzi, głębię i wolność, czyli miejsce, w którym Bóg chciał nas mieć od samego początku

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 341

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Beyond Boundaries

Tłumaczenie:

Katarzyna Dumańska

Redakcja:

Elżbieta Mamczarz

Korekta:

Zespół VOCATIO

Redakcja techniczna i adaptacja graficzna okładki:

Małgorzata Biegańska-Bartosiak

Projekt okładki:

Extra Credit Projects

Zdjęcie na okładce:

GettyImages

Copyright © 2011 by Dr. John Townsend

Published by arrangement with The Zondervan Corporation L.L.C., a division of HarperCollins Christian Publishing, Inc.

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © 2018 by Oficyna Wydawnicza VOCATIO.

All rights to the Polish edition reserved.

Większość cytatów biblijnych zaczerpnięto z nieopublikowanego Nowego Przekładu Dynamicznego (NPD) za zgodą Wydawnictwa NPD © 2018 by Wydawnictwo NPD.

Wszelkie prawa do wydania polskiego zastrzeżone.

Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

W sprawie zezwoleń należy zwracać się do:

Oficyna Wydawnicza VOCATIO

02-798 Warszawa, ul. Polnej Róży 1

e-mail:[email protected]

Redakcja: tel. (22) 648 54 50, 504 793 694

Dział handlowy: tel. (22) 648 03 78

e-mail:[email protected]

Księgarnia internetowa:

e-mail:[email protected]

www.vocatio.com.pl

ISBN 978-83-7829-276-0

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Podziękowania

Dla Sealy Yates, mojej agentki: za twoje zaangażowanie w tworzenie książek wysokiej jakości i niezmordowaną pracę, którą wkładasz w kształtowanie odpowiednich warunków do ich powstawania.

Dla Moe Girkins, byłej dyrektorki wydawnictwa Zondervan Publishing: za twoją wizję jakości tej książki i wsparcie w dziele jej tworzenia.

Dla Sandy Vander Zicht, redaktorki wykonawczej wydawnictwa Zondervan Publishing: za twoją kreatywność w pracy z pierwotnym pomysłem i za twoje oddanie procesowi.

Dla Grega Campbella: za twój projekt strategiczny i za czas, który poświęciłeś na komentowanie treści.

Dla mojej żony Barbi: za twoją miłość, wsparcie i przemyślane komentarze w czasie pisania.

Dla członków moich drużyn z Leadership Coaching Program: za wasze oddanie dla osobistego i zawodowego rozwoju i za podzielenie się ze mną swoimi historiami o wychodzeniu poza granice ochronne.

Przedmowa

Pamiętam ten dzień, kiedy wraz z Johnem zdecydowaliśmy się napisać Sztukę mówienia NIE, tak jakby to było wczoraj. Byliśmy na spotkaniu organizacyjnym, gdy ktoś zapytał: „O co zwykle ludzie pytają podczas waszych wystąpień?”. „O granice” – odpowiedzieliśmy, wybuchając śmiechem. Wszystkie pytania dotyczyły właśnie granic.

Ten sam człowiek zapytał po chwili: „To dlaczego nie napiszecie na ten temat książki?”. Spojrzeliśmy z Johnem na siebie i pomyśleliśmy: „Świetny pomysł! Gdybyśmy napisali książkę, która odpowiadałaby na te wszystkie pytania dotyczące granic, to w końcu moglibyśmy przestać o tym mówić i przejść do kolejnych ważnych tematów”.

Nie sądziliśmy wtedy, że wydarzy się coś zupełnie odwrotnego. Nie mieliśmy pojęcia, jak ogromna była potrzeba rozmowy o granicach. Brak właściwych granic ochronnych w życiu każdego to poważny problem, a ból spowodowany agresją ze strony innych jest tak ogromny, że zapewne będziemy podejmować ten temat do końca naszego życia. Gdzie zawodzą granice, tam rozpadają się relacje, ludzie cierpią, a jakość życia spada. Granice dotykają naszej psychiki oraz więzi ciała i ducha, dlatego tak ważne jest ustalenie zdrowych granic, które będą nas chronić.

A teraz przejdźmy szybko do teraźniejszości, do miejsca, w którym jesteśmy dzisiaj. Jeśli zapytacie nas: „Gdy ludzie już napracowali się nad wyznaczeniem granic, czas bólu i cierpienia minął, to co dalej? Co jest poza granicami?”, odpowiemy wtedy: „No cóż, gdy minie ból, trzeba na nowo podjąć ryzyko ufania innym, jednak tym razem w mądrzejszy sposób. Czas odbudować relacje i wyznaczyć granice, które zapewnią nam bezpieczne życie, takie, jakiego oczekujemy. To właśnie znajdziemy poza granicami”. John napisał tę książkę po to, by była przewodnikiem na drodze mądrego odbudowywania zaufania.

Ta książka pomoże wam niezależnie od tego, czy macie przed sobą odbudowywanie zawiedzionego zaufania lub ustalanie granic w nowej więzi albo zdrowe definiowanie swojej przyszłości. Jestem o tym przekonany z dwóch powodów.

Po pierwsze, John jest niekwestionowanym ekspertem w tej dziedzinie. Przez ponad dwadzieścia lat uczył miliony ludzi na temat granic, prowadząc audycje radiowe, seminaria, konferencje czy konsultacje. Nie ma takiego pytania dotyczącego granic, którego by nie usłyszał i na które nie umiałby odpowiedzieć. Możecie więc zaufać jego doświadczeniu. I nie mówię tu o doświadczeniu czysto akademickim, ale o konkretnych odpowiedziach, które zostały zastosowane w praktyce i poddane próbie czasu w realnym świecie.

Po drugie, John jest wiarygodny. Przez lata wspólnej pracy widziałem, jak wciela w życie zasady, których naucza. Nie znajdziecie takiej sytuacji, czy to w jego prywatnym czy zawodowym życiu, która nie byłaby spójna z tym, o czym mówi. Dla mnie osobiście jest to równie ważne, jak jego wiedza. Nie będzie was przekonywał do zrobienia czegoś, czego sam by nie zrobił. Dlatego zaufałem mu całkowicie zarówno jako partnerowi biznesowemu, jak i bliskiemu przyjacielowi od szkolnych lat. I myślę, że wy też możecie mu zaufać.

Teraz, kiedy wasze osobiste granice są dobrze ustawione i jesteście gotowi zrobić kolejny krok, niech ta książka będzie dla was przewodnikiem na drodze stawania się osobą, jaką zostaliście stworzeni, na drodze budowania związków z odpowiednimi osobami i przybliżania się do Boga, który to wszystko stworzył.

dr Henry Cloud,

Los Angeles 2011

WSTĘPNie odpuszczajmy

Jeśli nie chcecie osiąść na laurach w swoich relacjach z ludźmi, to ta książka jest dla was.

Sztuka kompromisu i dostosowywania się do czegoś, co jest poniżej naszych oczekiwań czy możliwości, często bywa konieczna w różnych sferach naszego życia. Profesjonalni golfiści muszą w pewnym momencie przejść do ligi dla seniorów. Rodziny muszą iść na kompromis w sprawie wydatków i dostosować swój budżet do bieżącej sytuacji. Rodzice w pewnym momencie muszą odpuścić nadmierną kontrolę i pozwolić dzieciom podejmować własne decyzje. Jednak w świecie relacji interpersonalnych często odpuszczamy zdecydowanie za szybko.

Kiedy doświadczamy trudności czy pewnej niewygody w relacjach – w małżeństwie, związku, rodzinie, przyjaźni czy w pracy – mamy skłonność do wycofywania się. To naturalna i często konieczna reakcja. Ból generuje chęć wycofania się dla ochrony przed dalszym dyskomfortem czy urazem. Kiedy jako nastolatek zacząłem się golić, często się zacinałem. Nienawidziłem tego ostrego, tnącego uczucia bólu, więc szybko odkładałem żyletkę i kończyłem robotę, omijając skaleczone miejsce na twarzy. Nie cieszyłem się na następne golenie i wolałem unikać tej czynności. Ale z czasem nauczyłem się, jak prawidłowo trzymać maszynkę i jak prowadzić ją pod odpowiednim kątem.

Ludzie idą na różnego rodzaju kompromisy, przystosowując się do czegoś, co wydaje się im najlepszym scenariuszem. Niektórzy odpuszczają, przystosowując się do życia w znośnym małżeństwie – bez poważnych konfliktów, ale i bez bliskości. Inni umawiają się z kolejnymi osobami, nigdy nie podejmując stałego zobowiązania. Jeszcze inni trzymają nawet najbliższych przyjaciół na bezpieczny dystans. A są i tacy, którzy przekierowują całą swoją energię na działanie, zamiast inwestować w relacje.

Odpuszczanie i szukanie kompromisów w obszarze relacji międzyludzkich nie jest najgorszym sposobem na życie. Jest często bezbolesne i dość przewidywalne. Przewidywalność i brak bólu mogą stanowić pewną wartość, ale zdecydowanie nie jest to życie, do jakiego zostaliśmy stworzeni. Ponad wszystko inne jesteśmy stworzeni do budowania głębokich, znaczących i pozytywnych więzi z Bogiem i ludźmi. To środek do tego, by dobrze i szczęśliwie przeżyć swoje życie.

Największe wyzwanie pojawia się jednak wtedy, gdy relacje z najbliższymi zaczynają być niezdrowe, a nawet toksyczne. Wtedy kluczowe jest ustanowienie zdrowych granic, które będą nas chronić. Kiedy dwadzieścia lat temu razem z Henrym Cloudem pisaliśmy o tym w Sztuce mówienia NIE, nie mieliśmy pojęcia, jak dużym zainteresowaniem będzie się cieszyła zarówno ta książka, jak i kolejne, dotyczące małżeństwa, randkowania, rodzicielstwa, nastolatków czy prowadzenia trudnych rozmów. Jednak podczas licznych konferencji, audycji radiowych, wymiany mejli, rozmów internetowych i osobistych spotkań odkryliśmy, że wielu chrześcijan zupełnie nie rozumie tego, co Biblia mówi na temat naszej osobistej odpowiedzialności, a szczególnie na temat tego, gdzie ona się zaczyna i gdzie się kończy. I choć nauczyli się wiele na temat dawania, troski, miłości, poświęcenia i wybaczenia, nie wiedzą zbyt wiele na temat innych kwestii – jak choćby tego, za co powinni brać odpowiedzialność w związku, o co walczyć i jak nie powielać toksycznych wzorców, takich jak uzależnienia, grzech czy wykorzystywanie. Byliśmy szczęśliwi, widząc, jak wielu ludzi w końcu uczy się mówić „nie”, kiedy tego potrzebują, i odnajdywać wolność podejmowania decyzji, którą Bóg nam obiecał:

A tym, który wyzwolił nas spod mocy Prawa Mojżeszowego, abyśmy dalej żyli już jako wolni, jest Chrystus! W Nim więc trwajcie i nie pozwalajcie ponownie nakładać sobie jarzma niewoli (Ga 5,1 NPD).

Ludzie uczyli się dokonywać wyborów w oparciu o swoje wartości, znajdując tym samym szczęście i spełnienie.

Ale przez te wszystkie lata narastało pytanie: „Po doświadczeniu trudnych relacji, które kazały mi wyznaczyć granice, skąd mam wiedzieć, kiedy i jak mogę znów zaryzykować i nawiązać z kimś nowe więzi?”. To pytanie wyrosło na gruncie pragnienia bliskości i więzi, które Bóg włożył w serce każdego człowieka. Z samej definicji nauka wyznaczania właściwych granic spowodowała pewną dozę separacji pomiędzy ludźmi. Może to oznaczać pozostanie w związku, w którym jednak nie dajemy drugiej osobie dostępu do swoich najbardziej osobistych miejsc. Może to oznaczać przerwę w budowaniu relacji. Albo też, zależnie od okoliczności, zakończenie relacji. Tak czy inaczej ludzie odkrywają, że choć byli bardzo szczęśliwi w obszarze wolności, którą zapewniły im ustanowione granice, to jednak wciąż pragną bliskości i często nie wiedzą, w jaki sposób na nowo ją zbudować – czy to w istniejącym, czy w nowym związku.

Z tego właśnie powodu książka ta nosi tytuł Odważ się pokonać granice. Została ona napisana po to, by uczyć sposobu identyfikowania tego, co poszło źle w naszych relacjach z ludźmi i jak wzrastać w tych relacjach. Ma ona również pomóc określić, czy ktoś jest godny naszego zaufania i pokazać, jak przejść przez proces bezpiecznego i stopniowego otwierania się. Kiedy już określimy swoje granice ochronne i nadejdzie właściwy czas, możemy wyjść poza to, co stanowiło naszą barierę zabezpieczającą, i znaleźć tam wspaniałe więzi, głębię i wolność, czyli miejsce, w którym Bóg chciał nas mieć od samego początku.

Wizja życia poza granicami

Oto kilka przykładów tego, jak ludzie wychodzili poza własną strefę komfortu:

 W   m i e j s c u   p r a c y.  Moi przyjaciele, Glenn i Rich, byli partnerami w firmie inwestycyjnej. Sprawy pomiędzy nimi mocno się skomplikowały i trudna sytuacja obnażyła ich słabe punkty. Obwiniali się wzajemnie, stracili do siebie zaufanie i w rezultacie rozwiązali spółkę. Zasmuciło mnie to, nie tylko dlatego, że bardzo ich obu lubiłem, ale uważałem też, że stanowią zgrany duet. Ustanowienie sobie wzajemnie granic dało im czas na refleksję i rozwój. Zastosowali zasady zawarte w tej książce i w ciągu kilku lat znów wspólnie pracowali nad kolejnym projektem.

 W   m a ł ż e ń s t w i e.  Teresa i Keith, małżeństwo z dwunastoletnim stażem, stanęło nad przepaścią. Keith był surowy i skoncentrowany na sobie; Teresa bała się konfliktu i potrzebowała uwagi. Kiedy zacząłem się z nimi spotykać, było jasne, że choć zależało im na sobie i na swoim małżeństwie, to jednak czuli się w nim samotni i nie mieli nadziei na przyszłość.

Podczas naszych spotkań Teresa musiała nauczyć się wyznaczać mężowi granice. Kiedy Keith stawał się ostry i krytyczny, Teresa zwykle poddawała się i wycofywała, by nie wzniecać kłótni i zachować choć nić porozumienia. Nauczyła się jednak komunikować jasno: „Zależy mi na nas, ale twoje zachowanie mnie rani i jest dla mnie nie do zaakceptowania. Jeśli nie będziesz dla mnie łagodniejszy, wyjdę do innego pokoju albo poproszę, żebyś wyszedł z domu i nie wracał, dopóki nie przestaniesz się tak zachowywać”. Musiała tak postępować przez pewien czas.

Stopniowo Keith zaczął się zmieniać. Zmiękł i szukał porozumienia z żoną. Teresa nie była pewna, czy ta zmiana jest autentyczna, więc nie od razu się przed nim otworzyła. Ale po jakimś czasie zbudowali prawdziwą bliskość, dzięki której dziś są wspaniałą parą, cieszącą się wspólnym życiem.

 W   r o d z i n i e.  Matka Lindsay doprowadzała ją do szału. Choć Lindsay sama była już mężatką i matką, jej matka wciąż próbowała ją kontrolować i pouczać. Kiedy odwiedzała córkę, krytykowała jej metody wychowawcze. Lindsay spędzała z matką długie godziny, bo kobieta była samotna i nie miała wielu przyjaciół, tylko po to, by na koniec usłyszeć, jak mało poświęca jej czasu.

W końcu Lindsay musiała wyznaczyć granice. Powiedziała mamie, że nie mogą się tak często spotykać. Lindsay potrzebowała czasu na wypracowanie lepszych i zdrowszych sposobów radzenia sobie z własną matką. I choć matka nigdy do końca nie zrozumiała, dlaczego musiało się tak stać, to sama Lindsay w końcu mogła wejść na nowo w te relacje z jasno postawionymi zasadami, z większą energią, a nawet silniejszą miłością do mamy.

 W   m o i m   w ł a s n y m   ż y c i u.  W ostatnich latach szkoły średniej miałem przyjaciela Dana, którego nie traktowałem jak na przyjaciela przystało. Spędzałem z nim czas tylko wtedy, kiedy miałem na to ochotę, ale kiedy mi to nie pasowało, byłem niedostępny. Zawsze znajdywałem jakąś wymówkę, by nie iść na kolację czy na podwójną randkę z naszymi dziewczynami. Nie jestem z tego dumny, ale taka była rzeczywistość. Teraz jestem już innym człowiekiem. Zajęło to trochę czasu, ale w końcu ja i Dan znów zostaliśmy przyjaciółmi, a nasze relacje są teraz dużo bardziej wzajemne i zrównoważone niż wcześniej.

Modlę się, by historie, refleksje i umiejętności opisane w tej książce pomogły wam przezwyciężyć odruch wycofania i skłoniły do podjęcia ryzyka, jakim są relacje, których prawdziwym celem jest bliskość. Choć ryzyko jest realne i zawsze towarzyszy mu prawdopodobieństwo zranienia, to można je opanować i ograniczyć. Być może jednak trzeba będzie nieco odpuścić i zgodzić się na mniej, niż druga osoba jest chętna zrobić. A jeśli odpuścimy, to nie my będziemy stroną ograniczającą.

Odkupić straty

Jerry i Val Reddixowie są misjonarzami kariery i naszymi wieloletnimi przyjaciółmi. Jerry i ja w tym samym czasie broniliśmy doktoratu z psychologii. Kilka lat później Val zaszła w ciążę z ich trzecim dzieckiem. Pewnego dnia dostaliśmy telefon, że są w szpitalu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, Jerry powiedział nam, że Micheal urodził się w stanie zagrażającym jego życiu i lekarze nie dawali mu zbyt dużo czasu, zaledwie kilka tygodni. Miał zostać w szpitalu, by otrzymać wszelką możliwą pomoc. Serca nam krwawiły. Brakowało słów, by pocieszyć Jerry’ego i Val. Było nam potwornie smutno.

Byliśmy cały czas w kontakcie z naszymi przyjaciółmi i odwiedzaliśmy ich tak często, jak to było możliwe. Michael miewał lepsze i gorsze dni. Któregoś poranka Reddixowie zadzwonili do nas kilka minut po śmierci chłopca, by podzielić się z nami tą wiadomością. Popędziliśmy do szpitala. Pielęgniarka przyniosła Michaela i mogliśmy go chwilę potrzymać na rękach, by się przywitać i jednocześnie pożegnać. Potem go zabrano. W tamtym momencie weszliśmy razem z Jerrym i Val w proces żałoby. Oboje z Barbi spędzaliśmy z nimi każdą wolną chwilę, słuchając i będąc obok. Opowiadali nam o swoich marzeniach związanych z Michaelem i o tym, co czuli, będąc z nim tak blisko.

Po śmierci chłopca nadal byliśmy w kontakcie, ale jakiś czas później Jerry i Val przeprowadzili się. A potem dowiedzieliśmy się, że urodził im się kolejny syn, którego nazwali Izaak. Mieszkaliśmy w dwóch odległych stronach kraju, więc nie widywaliśmy się zbyt często. Kilka lat później odwiedzili nas razem ze swoimi dwiema córkami i Izaakiem. Chłopiec miał wtedy jakieś sześć lat. Podczas wizyty zauważyłem, że Jerry wziął Izaaka na bok i powiedział mu: „Widzisz tych ludzi? Oni znali Michaela. Spotkali go. Jeśli kiedykolwiek będziesz chciał zapytać o swojego brata, możesz z nimi porozmawiać”.

Od tego dnia minęło wiele lat. Izaak nigdy do nas nie zadzwonił, ale Jerry zrobił wtedy coś niezwykle ważnego. Zachował życie syna we wspomnieniach swojej rodziny. Swoją stratą połączył nas ze swoją rodziną. Nie chciał chować tego bolesnego wspomnienia na samym dnie relacji z innymi. Nie chciał ignorować tematu śmierci Michaela, próbując uniknąć zranienia.

To samo odnosi się do nas wszystkich. Być może nigdy nie straciliście dziecka, ale zapewne doznaliście jakiejś straty. Może była to więź, która miała trwać zawsze, może była to wasza zdolność do otwartości i obdarzania innych zaufaniem. Niezależnie od tego, czego dotyczyła wasza strata czy zranienie, zostaliście zaprojektowani do życia w związku, do odbudowywania relacji z innymi i do podatności na zranienia. Trudności, z jakimi się zmagacie, mogą zostać odkupione, a wasze bariery ochronne opuszczone, jeśli tylko wybierzecie odpowiednią drogę.

Bliskość jest tematem złożonym, ale nie jest tajemnicą nie do odkrycia. Tak jak jasne są reguły ustanawiania granic, tak jasne są reguły bliskości i związanego z nią ryzyka. Zostaliśmy stworzeni do życia poza barierami ochronnymi wzniesionymi wokół samych siebie, do życia blisko innych ludzi. Relacje, których naprawdę pragniemy, są warte tego ryzyka i wysiłku.

CZĘŚĆ IZROZUMIEĆ PROBLEM

Ostatnio spędziłem sympatyczny wieczór w gronie przyjaciół. Była wśród nich znajoma para, Colleen i Ryan. Są oni małżeństwem od niemal trzydziestu lat. Gdy poznaliśmy się trochę lepiej, nie mogłem się oprzeć tej specyficznej energii obecnej pomiędzy nimi. Ujawniała się w tym, jak odgrywali różne role w rozmowie („Ja zrobię wprowadzenie, a ty opowiedz o tym dziwnym spotkaniu z sąsiadami”), jak opowiadali o sobie dowcipy („Zignorował nawigację i przez godzinę krążyliśmy w kółko”), jak się wspierali („Opowiedz im o tym, jak zostałaś pierwszą kobietą, która dostała awans w tym dziale”) i jak na siebie patrzyli. To wyglądało tak, jakbyśmy po trosze byli częścią ich związku. Tworzyli swój własny prywatny klub, ale jednocześnie nawiązywali relacje z innymi osobami.

Gdyby to spotkanie było całym źródłem informacji na temat Ryana i Colleen, można by ulec pokusie uznania ich za wzorcowy model intymności i bliskości – wzór pary, której w jakiś sposób udało się uniknąć wszystkich pułapek zwykle powodujących utratę świeżości w wieloletnich małżeństwach, oddalanie się od siebie lub coś jeszcze gorszego. Jednak większość osób uczestniczących w tym wieczornym spotkaniu nie wiedziała, że kilkanaście lat wcześniej Ryan i Colleen byli bliscy rozstania. Ryan miał romans, który zmiażdżył Colleen. W tamtym czasie ani jedno, ani drugie nie było pewne, czy chce dalej trwać w tym małżeństwie. Gdyby ludzie biorący udział w naszym spotkaniu znali tę historię, prawdopodobnie pomyśleliby jedną z dwóch rzeczy: ta dwójka nieźle udaje albo wydarzył się cud.

Prawdą okazało się to drugie. Colleen i Ryan doświadczyli cudu. To nie wydarzyło się w mgnieniu oka i kosztowało ich wiele ciężkiej pracy, gdy postanowili pójść w poprzek schematom – oraz wbrew prognozom wielu ludzi, którzy ich znali – i zawalczyć o swój związek. Stali się nowym małżeństwem, które osiągnęło dużo głębszy poziom. Ryan zmierzył się z osobistymi problemami, które leżały u podłoża jego romansu, i jest obecnie bardzo zakochany w swojej żonie. Colleen odzyskała zaufanie do męża i odnowiła miłość, którą kiedyś do niego żywiła.

Przytoczyłem historię Ryana i Colleen, bo jest to historia prawdziwa, historia, która ma moc przywracania nadziei. Jeśli czytacie tę książkę, to najprawdopodobniej sparzyliście się w relacjach z inną osobą, która była dla was ważna. Być może dalej trwacie w tych relacjach i staracie się naprawić szkody. A może poszliście dalej i nie chcecie, by wasza przeszłość powróciła w nowych relacjach.

Zacząłem od historii Ryana i Colleen, bo niewierność to jedna z najgorszych zbrodni niszczących zaufanie w związku. A jeśli udało się Ryanowi i Colleen, to może i wy zaczniecie wierzyć, że i dla was także jest nadzieja. Można nauczyć się znowu ufać, niezależnie od tego, co się wydarzyło, jeśli tylko odważycie się iść właściwą drogą, krok za krokiem. I właśnie o tym jest ta książka.

W części I przyjrzymy się temu, w jaki sposób zostaje nadwerężone zaufanie w związku, co się dzieje z osobą, która zostaje pokrzywdzona, i jak to się odbija na relacjach między ludźmi. Odkryjemy rolę, jaką pełnią zdrowe granice w leczeniu i chronieniu ludzi przed kolejnymi zranieniami. Zobaczymy, co się dzieje, kiedy zaczynamy odczuwać pragnienie i potrzebę wejścia w nowy związek albo odbudowania obecnego, zmagając się jednocześnie z bolesnymi wspomnieniami, które powstrzymują nas przed pełnym oddaniem i zaangażowaniem się.

To wszystko kładzie fundament pod trzy pozostałe części: jak rozpoznać, że jesteśmy już gotowi; jak rozpoznać, że druga osoba jest już gotowa; jak rozpocząć proces podejmowania ryzyka związanego z bliskością.

Gdy wyruszycie w tę drogę, pamiętajcie, że Bóg dobrze zna proces odbudowywania zniszczonych więzi. Ci, których kocha, nie raz i nie dwa zawiedli Jego zaufanie. Mimo to wciąż podejmuje ryzyko i przeżywa ból wyciągania do nas ręki, kiedy sprawy zaczynają się walić. Boże reguły dotyczące odbudowywania relacji są źródłem prawdy i wskazówek, jakich potrzebujemy do przezwyciężenia bólu i doświadczania bliskości, dla której zostaliśmy stworzeni.

1.Pragnienie więzi

Wszyscy pragniemy relacji z innymi. Wewnętrzny przymus pcha nas w stronę ludzi. Kieruje nami także wiele innych sił: kiedy szukamy informacji, korzystamy z internetu. Kiedy jesteśmy głodni, przyrządzamy coś w kuchni. Kiedy potrzebujemy nowych ubrań, idziemy do sklepu. A kiedy pragniemy więzi, rozmawiamy z ludźmi. To nie jest kwestia wyboru. W taki sposób zostaliśmy stworzeni przez Boga.

Nasze pragnienie relacji z innymi może wynikać z potrzeby towarzystwa, interesu, miłości czy romansu. Jest to pragnienie silne i nieodparte. Ale jednocześnie nie zawsze zdrowe czy rozsądne lub opierające się na właściwych informacjach. Dlatego często dokonujemy złych wyborów lub nie troszczymy się o nasze relacje z innymi tak, jak powinniśmy się troszczyć. Wpadamy w te relacje, nie ustalając granic. Potem, po jakimś czasie zmagania się i próbie zrozumienia, co się tak właściwie stało, znów rzucamy się w związek – mając nadzieję, że tym razem jesteśmy już mądrzejsi. Ważne, by zrozumieć, jak bardzo pragniemy odnaleźć innych ludzi.

Temat wychodzenia poza granice zaczyna się od uznania prostej prawdy: musimy wykraczać poza nasz własny system ochrony, bo stale pragniemy połączyć się z drugim człowiekiem.

Nikt nie nawiązuje relacji, oczekując, że zakończą się one tragedią. Nie przewidujemy, że rzeczy potoczą się nie po naszej myśli. Zaczynamy pełni nadziei, pragnąc czegoś dobrego. Ufamy, że przyjaźń, bliskość, bezpieczeństwo i stabilność się rozwiną. Ufamy, że z czasem relacje się pogłębią, wzbogacą nasze życie i być może przerodzą się w silne zaangażowanie. Taką mamy wizję związku. Na początku interesujemy się jakąś osobą z różnych względów: wygląd, podobne zainteresowania, charakter, wartości. A kiedy już dostrzeżemy potencjał, inwestujemy czas i energię, by zobaczyć, co z tego wyniknie. Zawsze jednak mamy nadzieję na coś dobrego.

To pragnienie w zasadzie nie jest naszym wyborem – to niezaprzeczalna część naszej konstrukcji. Zostaliśmy zaprojektowani tak, by szukać relacji z innymi i mieć nadzieję, że wyniknie z nich samo dobro. Doświadczamy „pragnienia” – gorącej chęci, życzenia sobie czegoś – i szukamy kogoś, z kim będziemy mogli dzielić życie. Chcemy, by ktoś nas rozumiał, by spędzał z nami czas, pomógł rozwiązywać problemy. To pragnienie prowadzi nas poza nas samych.

Odnajdujemy to pragnienie w naszych pierwszych relacjach w życiu – w przywiązaniu niemowlęcia do matki. Gdy tylko wyjdzie z łona, niemowlę natychmiast poszukuje jej obecności, zapewniającej mu bezpieczeństwo, chroniącej je i dającej choć pozór przewidywalności w chaosie pierwszych minut życia. To wrodzony i instynktowny akt.

To Bóg stworzył owo pragnienie relacji. Prowadzi ono przede wszystkim do Niego samego i do szukania Jego obecności: „Szukajcie Pana, kiedy daje się znaleźć” (Iz 55,6 BT3). To w relacjach z Bogiem odnajdujemy ostateczne połączenie i bliskość. I z Bożego zamysłu to pragnienie rozciąga się też na innych ludzi. „Lepiej jest dwom niż samemu” (Koh 4,9 NPD). Gdy rozwijamy głęboką więź z Bogiem i z ludźmi, którzy liczą się dla nas najbardziej, stajemy się najlepszą wersją samych siebie. Jeśli dodamy do tego ważne cele i zadania, otrzymamy przepis na życie w najlepszym wydaniu.

Ludzka skłonność do nawiązywania relacji zapewnia wiele korzyści. Ludzie, którzy cieszą się udanymi związkami, żyją dłużej, mają mniej problemów zdrowotnych, odczuwają mniej zaburzeń fizjologicznych. Relacje interpersonalne  t o   p a l i w o   ż y c i a,  pomagają napędzać nasze działanie we właściwym kierunku i właściwie kształtować nasz wewnętrzny świat. Natomiast izolacja i destrukcyjne związki są czymś, z czego musimy się leczyć.

Choć większość z nas jest świadoma zalet budowania relacji, to wcale nie płynące z nich korzyści sprawiają, że ich pragniemy. Szukamy relacji, bo chcemy i pragniemy ich tak bardzo, że nie możemy tego pragnienia zagłuszyć. Kochać i być kochanym – ten stan dostarcza nam przyjemności i spełnienia. A kiedy rzeczy się psują, pojawia się ból i rozczarowanie. Szukamy pracy, która nas fascynuje, restauracji, które lubimy, filmów, które nas pobudzają – wszystko po to, by zaspokoić pragnienie bliskości. Tak samo dzieje się w przypadku relacji międzyludzkich.

Element zaufania

Aby pragnienie więzi popychało nas do aktywności, musimy wykazać minimum zaufania. Jeśli jesteśmy w stanie zaufać drugiej osobie, dając jej dostęp do swojego głębokiego ja, pragnienie wykonało przypisane mu zadanie i możemy zacząć budować dobry związek. Większość z nas radzi sobie z takimi problemami w relacjach, jak bałaganiarstwo, brak odpowiedzialności czy nawet zbyt duża kontrola. Ale kiedy w tym równaniu brakuje zaufania, to tak naprawdę nie wiemy, kto siedzi naprzeciwko nas. To problem, z którym zawsze trzeba się uporać w pierwszej kolejności. Zaufanie to możliwość otwarcia się przed drugim człowiekiem. Kiedy komuś ufamy, jesteśmy pewni, że ten ktoś zawsze myśli o tym, co dla nas najlepsze. Wierzymy, że jest tym, kim mówi, że jest. Czujemy, że to, co tkwi w najgłębszym zakamarku naszej duszy, będzie z tym kimś bezpieczne. Oczekujemy, że ten ktoś będzie przy nas bez względu na wszystko i że będzie nas kochać, nawet wtedy, kiedy stanie się to trudne.

Batach to jedno z hebrajskich słów, które w Biblii oznacza „zaufanie”. Tak jak na przykład w tym fragmencie: „Powierz PANU swe plany i Jemu  z a u f a j,  a wówczas zobaczysz, jak On potrafi działać” (Ps 37,5 NPD, wyróżnienie dodane). Inne ze znaczeń słowa batach brzmi „być beztroskim”. Nie chodzi tu o beztroskę kojarzoną z nieodpowiedzialnością czy impulsywnością, a raczej o brak trosk, brak zmartwień czy obaw. Jeśli mamy w sobie ten właśnie rodzaj zaufania, batach, czujemy się swobodnie z drugą osobą, nie musimy silić się na poprawność, uważać na to, co mówimy, zachowywać się w sposób dyplomatyczny. W batach otwieramy najbardziej bezbronną część siebie przed Bogiem lub przed drugim człowiekiem, nie doszukując się niczego złego i nie martwiąc o zdradę. To jest zaufanie.

Takie zaufanie to nie dobro luksusowe, to konieczność4. Bez zaufania więź nie może w pełni rozkwitnąć. Wszyscy mamy nadzieję, że uda nam się znaleźć takie relacje, w których będziemy mogli odpocząć, ufni, że ta druga osoba nie stanowi dla nas zagrożenia.

Pracowałem kiedyś ze sprzedawcą o imieniu Trevor. Miał osobowość idealną do wykonywania swojego zawodu: ekstrawertyczny5, energetyczny i dowcipny. Ale Trevor nie był godny zaufania. Jeśli umawiał się na godzinę 10:00, to można było mieć pewność, że pojawi się o 10:20. Dzwonił z samochodu, mówiąc, że będzie za dziesięć minut, a docierał po dwudziestu. Mówił, że wykonał tego dnia piętnaście telefonów, a lista połączeń wskazywała na dziesięć. Ciężko było z nim nad tym pracować. W końcu rozdrażniony powiedziałem: „Trevor, muszę odejmować dwadzieścia procent od wszystkiego, co mi mówisz, żeby mieć poczucie, że dostaję prawdziwe informacje”. Innymi słowy, nie mogłem mu ufać, niezależnie od tego, jak bardzo bym tego chciał. Pragnienie relacji z nim mocno się skurczyło. Zaufanie jest jak smar, który sprawia, że machina relacji działa gładko. To nie jest luksus, to podstawa.

To nie pragnienie stanowi problem!

Podczas ostatniego roku studiów natknąłem się na podwójną minę: w tym samym czasie miałem problem z moją dziewczyną i z kumplem. Problemy nie miały ze sobą nic wspólnego – poza mną. Moja dziewczyna i ja byliśmy w różnych miejscach, jeśli chodzi o podejście do naszego związku, więc wszystko wywracało się do góry nogami. Kłopoty z kumplem dotyczyły naszego wspólnego znajomego, który miał poważne problemy z zachowaniem w szkole, a my mieliśmy kompletnie inne pomysły na to, jak mu pomóc. Jeden z nas chciał go wspierać bez mówienia mu prawdy, drugi – wręcz przeciwnie. Widzicie sami: wpakowałem się w niezły relacyjny bałagan.

W pewnym momencie powiedziałem do innego przyjaciela: „Mam dość tych wszystkich relacji. Byłoby dużo lepiej móc się bawić, studiować, pracować i mieć z głowy cały ten interpersonalny bałagan”. Innymi słowy, o wszystko winiłem pragnienie.

Ale to nie pragnienie stanowi problem. To my sami jesteśmy tym problemem. I choć chirurgiczne usunięcie pragnienia budowania relacji mogłoby się wydawać prostsze, to razem z nim utracilibyśmy miłość, bliskość, radość i sens życia. A jednak wszyscy myślimy o budowaniu relacji. Nie możemy przeżyć głębokiego zranienia czy rozczarowania, odsunąć się od ludzi, wahać się, czy aby na pewno warto znów spróbować, czy zmagać się z obdarzeniem kogoś ponownie zaufaniem, jeśli nie kieruje nami pragnienie budowania relacji. Gdybyśmy byli odizolowanymi od wszystkich robotami, a nie ludźmi szukającymi więzi, nie doświadczalibyśmy w nich problemów.

Mimo to lepiej pracować nad sobą i rozprawiać się z tym, co dzieje się wewnątrz nas, niż odciąć się, zablokować i ochłodzić temperaturę wszystkich relacji. Parafrazując słynne powiedzenie barona Alfreda Tennysona6, zamiast kochać i stracić, nie kochalibyśmy nigdy. Zawsze lepiej jest oberwać kilka siniaków niż nigdy nie spróbować stworzyć z kimś więzi. To kluczowy element decydujący o tym, że warto żyć.

Koniec końców problemem nie jest nasze pragnienie budowania relacji, ale sposób, w jaki na nie odpowiadamy. Na przykład nasze pragnienie relacji czyni nas podatnymi na samooszukiwanie. Jeśli jesteśmy z kimś, na kim nam zależy, nasze nadzieje dotyczące tego związku mogą czasem zaburzać nasze postrzeganie. Możemy filtrować informacje, które nie pasują do wzoru tego, czego szukamy, i ignorować je. Ta nadzieja, którą psychologowie nazywają  n a d z i e j ą   o b r o n n ą,  wykrzywia doświadczenia przeżywane w takim związku i zniekształca je w taki sposób, by prowadziły do – potencjalnie nierealistycznego – szczęśliwego zakończenia.

Na przykład mężczyzna umawiający się z kobietą zaborczą i wymagającą ignoruje jej zachowanie, mówiąc, że ona „bardziej poważnie podchodzi do tego związku” niż on. Mama nastolatka, który nieustannie przeszkadza w szkole, nazywa jego zachowanie „spontanicznym”. Przedsiębiorca, którego sekretarka nie słucha wydanych jej poleceń, mówi, że jego pracownica jest „silną osobowością”. Mamy skłonność do tego, by polerować zgniłe jabłko, bo chcemy, żeby jednak było dobre.

Innym przejawem zjawiska nadziei obronnej jest tak zwany miesiąc miodowy. Choć miesiąc miodowy kojarzy się ze świeżo zawartym małżeństwem, ta reguła odnosi się do każdej nowej więzi. Także do kilku pierwszych tygodni jej budowania, kiedy widzimy tylko dobre rzeczy: energię tej osoby, jej talent, osobowość. Miesiąc miodowy ładuje nasze zapasy endorfiny i utrzymuje nas w pozytywnym nastroju – przez pewien czas. Miesiąc miodowy to w rzeczywistości forma czasowej psychozy. Zapewnia nam odskocznię od rzeczywistości negatywnej i bezkrytyczne akceptowanie tego, co pozytywne. To  i d e a l i z o w a n i e,  postrzeganie drugiej osoby jako ideału lub niemal ideału.

Te okresy idealizowania drugiej osoby pełnią w zasadzie pozytywną rolę. Pomagają nam gromadzić dobre doświadczenia, dzięki czemu mamy do czego wrócić, kiedy w końcu dopadnie nas rzeczywistość: kłótnia, porażka czy problem. Gdy pojawiają się pierwsze trudności, mamy już zgromadzony pozytywny kapitał, który pozwala poradzić sobie z nimi, rozwiązać problem i na nowo połączyć się z drugą osobą.

Badania dotyczące małżeństwa w pełni potwierdzają tezę, w myśl której pewien rodzaj idealizowania pełni pozytywną rolę w długotrwałych związkach. Mężowie i żony, którzy widzą swoich partnerów w bardziej pozytywnym świetle, niż oni sami postrzegają siebie, mają bardziej satysfakcjonujące małżeństwa7. Na przykład kiedy jedno z nich zrobi coś nie tak, to drugie pomyśli, że to po prostu niewinny błąd. Oczywiście, w którymś momencie do akcji musi wkroczyć rzeczywistość, jednak to pokazuje, że w dłuższym czasie pozytywne nastawienie w stosunku do osoby, którą kochamy, może pomóc utrzymać więź.

Czasem może żałujecie, że kiedykolwiek zaufaliście komuś, kto przysporzył wam tylu problemów. Jeśli tak jest rzeczywiście, nie róbcie tego więcej. Być może przegapiliście sygnały ostrzegawcze, będziemy o tym mówić później, żeby to się już więcej nie powtórzyło. Ale musicie zrozumieć, że wasze pragnienie więzi jest częścią was samych – to Boży dar i jest to dar dobry. Możecie go doskonalić, rozwijać i trenować. On nie zniknie. To zdrowa rzecz, bo takimi właśnie Bóg nas stworzył. Naszym najwyższym i najlepszym powołaniem jest lgnięcie do ludzi z pełną świadomością tego, do kogo nas ciągnie.

A teraz przyjrzyjmy się bliżej temu, gdzie zaczyna się prawdziwy problem – temu, co sprawia, że musimy zacząć wyznaczać granice i wycofywać się ze złych relacji.

2.Krzywda i zranienie

Pracowałem kiedyś z Adamem, opiekunem klienta w jednej z dużych korporacji. Był tam zatrudniony od niedawna i chciał zrobić dobre wrażenie. Jego szef, Gene, wspierał Adama, pomagając mu się zadomowić.

Pewnego dnia Adam przedstawił szefowi kilka świeżych, kreatywnych pomysłów na to, jak firma mogłaby zwiększyć sprzedaż. Gene wydawał się zainteresowany tematem. Kilka dni później na spotkaniu zespołu Adam usłyszał, jak przełożony Gene’a chwali go za zaproponowanie „innowacji, które znacznie wzmocnią pozycję firmy”. Te innowacje to były pomysły Adama.

Zdziwiony tym, co się stało, Adam próbował porozmawiać z szefem, który jednak zbagatelizował całą sprawę. Powiedział, że z tego, co pamięta, to wspólnie pracowali nad owymi pomysłami, po czym zapewnił, że postara się o to, by Adam również został doceniony. Adam nie był w stanie wyegzekwować od Gene’a przyznania się do kłamstwa. Nie miał żadnego argumentu w tej dyskusji – poza swoim słowem.

Na domiar złego Adam wciąż pozostawał podwładnym Gene’a. Starał się jak mógł, by wszystko było po staremu, ale niechęć i brak zaufania do Gene’a zadecydowały o tym, że po roku odszedł z firmy. Nie był w stanie pracować na najwyższych obrotach, zastanawiając się cały czas, kiedy Gene znów przypisze sobie jego zasługi.

Adam doznał krzywdy ze strony Gene’a. Konkretnie:  z a u f a n i e   w   i c h   r e l a c j a c h   z o s t a ł o   z a c h w i a n e.  Wszystko się posypało, bo zaufanie jest fundamentem. Ważne, żebyśmy jasno zdawali sobie sprawę z tego, co to naprawdę oznacza. Utrata zaufania w relacjach międzyludzkich następuje wtedy, kiedy  j u ż   n i e   w i e r z y m y,  ż e   t a   d r u g a   o s o b a   b ę d z i e   s t a ł a   p r z y   n a s   w   k a ż d e j   s y t u a c j i   i   ż e   j e s t   t ą   o s o b ą,  z a   k t ó r ą   s i ę   p o d a j e.  Gdy dzieje się coś takiego, oznacza to, że straciliśmy do tej osoby zaufanie. Nie zawsze powodem utraty zaufania jest kłamstwo czy wprowadzenie kogoś w błąd. Czasem tracimy zaufanie, gdy ta druga osoba troszczy się jedynie o swoje własne sprawy, nie zważając na nikogo – kiedy na przykład przyjaciółka używa nas jako obiektu swoich żartów na imprezach, mimo próśb, aby tego nie robiła.

Dwa rodzaje zaufania

W relacjach międzyludzkich mamy do czynienia z dwoma rodzajami zaufania – z zaufaniem funkcjonalnym i zaufaniem relacyjnym. Zaufanie funkcjonalne to stan, w którym czujemy, że możemy polegać na zachowaniu i zobowiązaniach drugiej osoby. Na przykład w małżeństwie: on odbierze ubrania z pralni, bo tak powiedział, a ona będzie w domu przed 21:00, bo tak obiecała. Schodząc poziom głębiej: ona nie będzie utrzymywała niewłaściwych relacji z innymi mężczyznami, on nie roztrwoni pieniędzy z ich funduszu emerytalnego. Zaufanie funkcjonalne opiera się na zgodności pomiędzy tym, co mówimy, i tym, co robimy: nie ma rozdźwięku między słowami i czynami. Zaufanie funkcjonalne jest kluczowe. Oznacza, że możemy być z dala od drugiej osoby i mieć pewność, że nie czekają nas żadne przykre niespodzianki, problemy etyczne czy niedyskrecje. Nie musimy się wzajemnie sprawdzać.

Drugi rodzaj zaufania, zaufanie relacyjne, sięga głębiej. Dotyczy tego, na ile bezpiecznie się czujemy, powierzając drugiej osobie swoje obawy i uczucia. Na przykład: co zrobi ta druga osoba, kiedy przyznamy się przed nią do słabości, popełnionego błędu lub poniesionej porażki, odsłonimy skrywaną potrzebę, albo opowiemy o jakimś trudnym zdarzeniu z przeszłości. To nasze najwrażliwsze punkty, z którymi trzeba się obchodzić delikatnie. Kiedy takie tematy pojawiają się w relacjach, to druga osoba powinna zrozumieć, jak dużym ryzykiem obarczone było wyciągnięcie ich na powierzchnię.

Oto, jak może to wyglądać w małżeństwie. Kiedy mąż wyjawia swoją potrzebę lub przyznaje się do błędu, żona powinna zrobić krok w jego stronę, być łaskawa, okazać czułość i zrozumienie. Oczywiście powinna też być szczera i powiedzieć, co myśli, jednak musi też pamiętać o jego bezbronności i spróbować go „z całą łagodnością, podnieść” (Ga 6,1 NPD). Jeśli mąż nie będzie ufał w to, że żona zechce go zrozumieć, zamknie się emocjonalnie. Pomyśli: „Jaki sens ma odsłanianie swoich słabości? Ona nawet nie próbuje mnie zrozumieć”.

Zaufanie relacyjne to głębszy poziom zaufania, dlatego jego utrata jest poważniejszym problemem niż utrata zaufania na poziomie funkcjonalnym. Osoba nieodpowiedzialna finansowo – która zawodzi na poziomie zaufania funkcjonalnego – może być godna zaufania w kwestii uczuć. Nikt nie powierzyłby jej pieniędzy, ale można jej ufać w innych obszarach życia. Tymczasem odwrotna sytuacja nie jest możliwa. Ktoś odpowiedzialny w obszarze zaufania funkcjonalnego, niezapewniający jednak bezpieczeństwa w obszarze zaufania relacyjnego – a więc w sferze uczuć i potrzeb – nie jest kimś, przy kim będziemy się czuć swobodnie.

Zranienie pojawia się wtedy, kiedy zostaje złamane zaufanie na poziomie funkcjonalnym lub relacyjnym. Bywa tak często wtedy, kiedy więź zostaje poddana próbie, bo na przykład zostają nam narzucone wyśrubowane normy sprzedaży, rodzi się nowe dziecko w rodzinie albo powstają problemy ze zdrowiem lub gdy pojawia się konflikt czy porażka: problemy w pracy, kłótnia z teściami czy rozdźwięk w sprawie wakacji. Nie dzieje się to od razu. Prędzej czy później czas wyciąga na światło dzienne ludzkie wady i słabości. Te wady powodują wyłom w zaufaniu funkcjonalnym, kiedy ktoś kłamie, jest nieodpowiedzialny czy przejawia zachowanie, które generuje problemy. Wady i słabości powodują utratę zaufania relacyjnego, gdy ktoś bliski oddala się emocjonalnie, chce sprawować nad nami kontrolę, krytykuje czy zanadto skupia się na sobie.

Utracone zaufanie

Zaufanie – funkcjonalne czy relacyjne – to nić łącząca dwoje ludzi. Kiedy zaufanie zostaje nadwerężone, ta nić ulega uszkodzeniu – i rozpoczyna się proces odłączania. Osoba, która została zraniona, jest często zaskoczona, przeżywa szok albo wypiera fakty. Zakłada, że źle zrozumiała sytuację albo że to wszystko przez nią i to ona ponosi odpowiedzialność. Czuje się winna i bierze ciężar winy na własne barki. Kiedy jest na przykład emocjonalnie ignorowana, może myśleć tak: „Zbyt dużo od niego oczekuję i tak naprawdę sama go odtrącam”. I nawet jeśli to nie jest prawda, będzie się tego trzymać, nie mając pewności, czy tak jest rzeczywiście. Będzie się starała zrobić wszystko, co tylko możliwe, by odbudować zaufanie.

Kiedy nie możemy już dłużej być pewni, że ta druga osoba jest po naszej stronie, i zaufanie na poziomie relacyjnym zostaje nadszarpnięte, dzieje się kilka rzeczy, które wpływają na to, jak doświadczamy życia. Czytając tę listę, zwróćcie uwagę na opisane w niej przejawy zachowań – być może rozpoznacie któreś z nich. Pomogą wam one zrozumieć, dlaczego zachowujecie się lub czujecie w ten, a nie inny sposób.

Wycofanie. Stajemy się bardziej ostrożni, mniej beztroscy. Zaczynamy z dystansem podchodzić do rozmawiania o osobistych sprawach. Unikamy sytuacji, w których moglibyśmy czuć się bezbronni, zbyt otwarci czy narażeni na dyskomfort. Poczucie bezpieczeństwa w wyrażaniu tego, czego potrzebujemy, zostało zaburzone, więc nie podejmujemy ryzyka nawiązywania relacji. W niektórych przypadkach proces wycofania postępuje – od uczucia osamotnienia do wrażenia wewnętrznej martwoty czy zamrożenia. Rzadko doświadczamy jakichkolwiek potrzeb. Nie czujemy nic lub mamy poczucie, że coś wewnątrz nas zostało zniszczone.

Ucieczka w działanie. Jeśli zaufanie zostaje utracone, możemy też uciekać w aktywności związane z pracą, karierą, szkołą, zainteresowaniami czy służbą. To sprawia, że jesteśmy aktywni na zewnątrz, ale wewnętrznie zdecydowanie bezpieczniejsze wydaje się nam działanie niż nawiązywanie relacji. Możemy kipieć energią, być stale zajęci i aktywni w realizowaniu szczytnych celów, ale dystansujemy się od swojego życia osobistego.

Brak równowagi w dawaniu. Taki ktoś we wszystkich swoich relacjach jest dawcą, unika natomiast przyjmowania. Będzie słuchać, pomagać, prowadzić innych, ale nie wyłoży swoich potrzeb na stół. To często dotyczy związków, w których pojawia się element współuzależnienia, kiedy ratujemy i wspieramy innych, zamiast pozwolić im wziąć odpowiedzialność za własne życie i własne wybory. Prowadząc ewaluację8, zwykle zadaję ludziom takie pytanie: „Jaki jest stosunek dawania do brania w waszej typowej rozmowie, na przykład przy obiedzie? 50 do 50? 90 do 10? 10 do 90?”. Zwykle, kiedy zaufanie zostało nadwerężone, ten stosunek skłania się ku proporcji 10 do 90. W ten sposób staramy się zachować bezpieczny dystans i ochronić się przed zranieniem.

Złe nawyki. Problemy z zaufaniem często mogą prowadzić do utrwalenia kłopotliwych wzorców zachowania, włączając w to problemy z jedzeniem i snem, zachowania obsesyjne czy uzależnienia.

Jaki to ma związek z zaufaniem? Jeśli zmagamy się z którymś z tych problemów, może to być sygnał, że trzeba coś przepracować, z czymś się zmierzyć. Na przykład: znacie prawdopodobnie ludzi, którzy przybierają na wadze, kiedy w ich związku pojawiają się jakieś kłopoty. Podjadanie jest objawem głębszego problemu.

Na szczęście są sytuacje, w których zaufanie można stosunkowo szybko odbudować. Jeśli na przykład ktoś kogoś zrani, ale nie w sposób bardzo poważny i nie robi tego zbyt często, jeśli są to sytuacje sporadyczne, to najczęściej wystarczy, że zraniona osoba zwróci sprawcy uwagę: „Było mi przykro, kiedy zlekceważyłeś moje uwagi podczas spotkania” lub „Zabolało mnie, kiedy nie chciałeś słuchać, przez co teraz przechodzę z dziećmi”. Tego rodzaju zdania, wypowiedziane z nutą cierpliwości i troski, zmobilizują tę drugą osobę do przyjrzenia się temu, co zrobiła, poprawienia się, zbliżenia na nowo i pójścia dalej. To są na ogół jedynie drobne wpadki, które nie wyznaczają stałego wzorca zachowań. Zwykle nie warto się nimi zbytnio przejmować. Czasem można nawet przejść ponad nimi, bo „darowanie uraz jest twoją chwałą” (Prz 19,11 BT).

Niestety są też i sytuacje ujawniające nie taki, jak powinien być charakter jakiejś osoby, kiedy wzorce zachowań są głęboko zakorzenione i kiedy nadużycie zaufania staje się poważnym problemem. To sytuacje, w których apele o odbudowanie więzi mogą zostać zignorowane, a sama rozmowa nie wystarcza. Wtedy musimy wyznaczyć granice – dla własnego dobra, dla dobra tej więzi, a także po to, by pomóc tej drugiej osobie. Miejsce i cele wyznaczania granic to temat, którym się teraz zajmiemy.

3.Granice i ich funkcja

Kiedy słowa nie wystarczają, trzeba przystąpić do czynu i ustanowić granice. Kiedy ktoś nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wpływają na nas jego zachowania, musimy wyznaczyć granice. Granice chronią nas przed dalszymi trudnościami, ale dają też tej drugiej osobie okazję do doświadczenia czegoś, co może okazać się ważniejsze i silniejsze niż słowa.

Granica jest jak płot. Określa, gdzie kończy się nasza własna przestrzeń, a zaczyna przestrzeń tej drugiej osoby. Granice ustanawia się poprzez wypowiadane słowa, podejmowane działania, a czasem z pomocą innych ludzi. Granice pozwalają jasno wyrazić to, co lubimy, a czego nie, co jesteśmy w stanie tolerować w związku, a czego nie.

Dwa rodzaje granic

Aby zrozumieć rolę granic w naszych relacjach, trzeba mieć świadomość tego, że istnieją dwa rodzaje granic: definiujące i ochronne. Każde z nich mają specyficzne zadanie. Warto wiedzieć, czym się od siebie różnią, ponieważ granice definiujące powinny być stałym elementem naszego życia, podczas gdy granice ochronne można przekraczać.

Granice definiujące to wartości, które określają to, kim jesteśmy, a kim nie. Stanowią trzon naszej tożsamości i odzwierciedlają to, co jest dla nas ważne i cenne w życiu. Oto kilka przykładów:

• Podążam za Bogiem, staram się iść Jego drogami i zawsze będę przeżywał swoje życie w Nim.

• Kocham moją rodzinę i przyjaciół, będę traktował ich łagodnie i szczerze.

• Będę stale dbał o swój rozwój i nie zboczę z obranej ścieżki.

• Wiem, co jest moim celem i życiową misją, i nie odstąpię od tego.

• Mówię prawdę i jestem gotów przyjmować ją od innych. Nie milczę, kiedy trzeba coś powiedzieć, i nie przyjmuję pozycji obronnej, kiedy powinienem coś usłyszeć.

Granice definiujące pomagają nam samym i innym ludziom poznać, kim naprawdę jesteśmy, opisują nas jako osobę, która wie, co jest dla niej ważne, i potrafi tego bronić. Pomagają podejmować decyzje i nadawać życiu właściwy kierunek.

Oto kilka przykładów tego, jak granice definiujące pełnią swoją rolę w naszych relacjach:

• Szukam pracy, która będzie odpowiadała bardziej moim strategicznym zdolnościom niż konkretnym umiejętnościom.

• W naszym domu panuje taka oto zasada: każdy, kto z nami mieszka, chodzi do kościoła.

• Chciałabym, żebyś mówił mi prawdę o tym, co myślisz na temat naszego związku.

• Jestem sową, więc nie planujmy niczego, co wymaga pobudki bladym świtem.

W ten sposób mówimy innym ludziom, kim jesteśmy, i dostajemy od nich informacje zwrotne. Dzięki tym granicom jesteśmy w stanie lepiej się dookreślić.

Granice ochronne są inne. Istnieją po to, by strzec „czystości własnego serca” (Prz 4,23 NPD) i życia przed problemami i niebezpieczeństwem. Czasami musimy bronić swoich wartości, emocji, darów, czasu i energii przed osobami i sytuacjami, które mogą je zmarnotrawić lub obrócić przeciw nam. Granice ochronne składają się z kilku elementów. Na początek musimy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że rozmowa nie odnosi rezultatu i czas narysować linię.

Ustanowienie granicy ochronnej może zaczynać się od stwierdzenia: „Chciałbym, żebyśmy doszli do porozumienia, ale widzę, że nic, co do tej pory powiedziałem, nie przyniosło skutku, więc próbuję innego podejścia”. Takie zdanie pokazuje, że zależy nam na tej więzi i chcemy, by druga osoba zrozumiała, że nasze działania nie mają na celu jej ukarania, ale tak naprawdę są ofertą pomocy. Próbujemy rozwiązać problem we wzajemnych relacjach, posługując się w tym celu granicami ochronnymi. Następnie wyjaśnijmy konsekwencje przekroczenia określonej granicy, formułując zdanie w rodzaju „Jeśli…, to…”, by upewnić się, że druga osoba rozumie, o co nam chodzi. Na przykład:

• Jeśli wciąż będziesz się spóźniać pół godziny na każdą imprezę, zacznę jeździć na nie osobno.

• Oczekuję, że będziesz się bardziej angażować w pracę, w innym wypadku będziemy musieli wprowadzić pewne zmiany.

• Jeśli wciąż będziesz wydawać więcej niż ustaliliśmy, zablokuję karty kredytowe.

• Nie pożyczę ci więcej pieniędzy, dopóki nie zobaczę, że naprawdę starasz się znaleźć pracę.

• Chciałabym przyprowadzić wnuki w odwiedziny, ale jeśli podczas wizyty będziesz ciągle siedział w internecie, to nie ma to sensu.

• Chciałabym widywać się z wnukami nie tylko wtedy, kiedy potrzebujesz niani, ponieważ czuję się wykorzystywana.

• Jeśli nie przestaniesz pić i brać narkotyków, zabiorę dzieci i wyprowadzimy się z domu.

Oto kluczowa różnica pomiędzy granicami definiującymi a ochronnymi. Granica definiująca jest stała i niezmienna, stanowi część tego, co nas określa; granica ochronna może się zmienić, jeśli ta druga osoba odpowiednio się do niej ustosunkuje. Nasze granice definiujące oznaczają na przykład, że zawsze będziemy wierni Bogu, będziemy kochać ludzi, rozwijać się i tak dalej. To kluczowe elementy tego, kim jesteśmy – i tego nie zmienimy. Możemy jednak zmienić granice ochronne, jeśli druga osoba zrozumie, jak nieodpowiednie jest jej zachowanie w stosunku do nas, i znacząco je zmieni. W takim przypadku możemy złagodzić konsekwencje lub całkowicie z nich zrezygnować: „nie” dla oddzielnej jazdy na imprezę, „nie” dla wprowadzania zmian, „nie” dla blokowania kart kredytowych i tak dalej. Kiedy zachodzi zmiana, nie potrzebujemy już więcej ochrony.

Oto inny sposób, w jaki możemy myśleć o tych dwóch rodzajach granic. Nasza skóra to jakby granica definiująca – nie biorąc pod uwagę naturalnego procesu starzenia, raczej nie podlega zmianie. Składa się z ludzkich komórek występujących wspólnie i tworzących całość, którą ludzie postrzegają jako nas samych. Kiedy ludzie patrzą na kogoś i mówią: „Oto jest Jodi”, tak naprawdę patrzą na skórę Jodi. Innymi słowy, skóra jest granicą definiującą nas. Nie zmieniamy swojej skóry. Identyfikujemy się poprzez nią.

A teraz pomyślmy o ciuchach, w które się ubieramy. Chronią nas przed różnymi czynnikami pogodowymi. Kiedy jest ciepło, nosimy lekkie ubrania i zakładamy ich mniej. Kiedy pogoda jest zła, opatulamy się wieloma ich warstwami. Nasza garderoba zmienia się wraz z potrzebą ochrony przed chłodem. Granice ochronne są jak ubrania. Dostosowujemy je do warunków. W niektórych relacjach wystarczy nam jedynie emocjonalny ekwiwalent lekkiej koszulki i szortów. W innych będziemy potrzebowali pełnego rynsztunku sapera. Ustalmy i utrzymujmy granice definiujące – swoją skórę – jako stały element tego, kim jesteśmy. Ale pozwólmy sobie na pewną dozę swobody w przypadku granic ochronnych.

Pewna para, z którą pracowałem, miała problem z finansami. Żona była bardzo rozrzutna i nie potrafiła odmówić sobie niczego, za co mogła zapłacić kartą kredytową: ubrań, kolacji na mieście, zakupów online. Jej nawyki nie tylko oddalały ją od męża, ale zagrażały istnieniu samego związku. Mąż żył w ciągłym niepokoju, w przekonaniu, że niezależnie od tego, ile zarobi i jak oszczędnie będzie żył, ich konto i tak ciągle będzie świeciło pustkami. Po naszym spotkaniu zrozumiałem, że kobieta zupełnie nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji. Powiedziała: „On za bardzo martwi się o przyszłość i zaczyna mnie kontrolować, przez to nie możemy żyć pełnią życia. Tak jakby nie rozumiał, że jutro tego wszystkiego może już nie być i będziemy sobie wyrzucać, że nie żyliśmy naprawdę. Chciałabym, żeby to do niego dotarło”. Choć mąż miał niewielką obsesję na punkcie pieniędzy, co można by porównać do małżeńskiego wykroczenia, to wydawanie przez żonę tysięcy dolarów rocznie było już zbrodnią.

Gdy już udało mi się uchwycić dynamikę9 tego związku, poradziłem im, by na jakiś czas rozdzielili swoje finanse. Ona miała kontrolować swój budżet, a on swój. Było to nieco skomplikowane, ale żona pracowała i miała własne przychody, więc oboje na to przystali. Po pewnym czasie kobieta doświadczyła, co to znaczy żyć na własny rachunek, w oparciu o własne środki, i zaczęła mieścić się w budżecie. W pewnym momencie uznaliśmy, że oboje rozumieją już, jak to wszystko działa, i można było uchylić ustanowioną w postaci rozdzielności majątkowej  g r a n i c ę   o c h r o n n ą  i ponownie scalić małżeńskie finanse. Jednak – co bardzo istotne – oboje przyznali, że zawsze będą trzymać się  g r a n i c y   d e f i n i u j ą c e j,  jaką w ich przypadku jest realistyczny budżet i utrzymywanie wydatków na rozsądnym poziomie. To nigdy się nie zmieni.

Oboje macie wybór

Każdy w każdym momencie może odrzucić nasze granice. To twarda rzeczywistość. Ta druga osoba zawsze ma wybór. Niezależnie od tego, co powiemy czy zrobimy, jeśli druga osoba uważa, że jesteśmy niesprawiedliwi, nierozsądni, niekochający czy karzący i nie zmieni swojego zdania na ten temat, musimy to zaakceptować. Nasz wybór, sprowadzający się do ustanowienia granic, musi zostać uszanowany, tak jak wybór drugiej osoby, sprowadzający się do braku na to zgody.

Pracowałem kiedyś z parą, w której mąż, Carl, był werbalnie agresywny i podły dla swojej żony Jackie. Pracowałem z nim długo i ciężko, nakłaniając go do zmierzenia się ze swoim problemem i podjęcia próby zrozumienia tego, jak niszczące dla jego żony było to, co robi, tak by mógł to zmienić. Jednak Carl stale bagatelizował wpływ swojego zachowania na Jackie i obwiniał ją o prowokowanie jego wybuchów gniewu. W końcu powiedziałem im, że dopóki do Carla nie dotrze, co się dzieje, obawiam się o emocjonalne zdrowie Jackie. Zaleciłem, by za każdym razem, kiedy Carl zaczyna na nią wrzeszczeć, bo spóźniła się dziesięć minut z kolacją, Jackie wychodziła z pokoju, a jeśli trzeba, to nawet z domu, dotąd, aż jej mąż uświadomi sobie, jak mocno ją rani. Carl nie zgodził się na ustanowienie rekomendowanej przeze mnie granicy. Kiedy Jackie zaczęła wprowadzać ją w życie, stawał się jeszcze bardziej zły i podły. W końcu, po długiej i bolesnej serii zdarzeń, znalazł sobie kogoś innego i rozwiódł się z Jackie.

Można się zastanawiać, czy warto było nakreślać taką granicę i czy owa granica nie doprowadziła do rozpadu ich związku. Jednak w rzeczywistości to nie granica stanowiła problem. Jackie nie zostawiła Carla, nie przekreśliła swojego zobowiązania wobec niego. Była oddana temu związkowi, ale też chroniła siebie. To Carl podjął decyzję o rozstaniu – Jackie go do tego nie zmusiła. I choć było jej bardzo przykro z powodu rozpadu małżeństwa, to powiedziała, że gdyby mogła cofnąć czas, zrobiłaby to samo: wyznaczyłaby granice, by chronić samą siebie. Nie możemy pozwolić na to, by relacyjny terroryzm drugiej osoby powstrzymał nas przed zrobieniem tego, co trzeba.

Chodzi o to, że wyznaczone przez nas granice izolują nas, tworzą przestrzeń między nami i tą drugą osobą w naszym życiu. Ta osoba będzie miała wybór: albo zasypie tę przestrzeń, dokonując zmian, stając się bardziej kochająca, albo powiększy dystans, oddalając się od nas, a nawet całkowicie zrywając więź. Możemy zrobić wszystko, co tylko możliwe, by tę więź posklejać, ale nie jesteśmy w stanie zmusić drugiej osoby, by z nami została. Zostać czy odejść – to zawsze wybór, który Bóg dał każdemu człowiekowi w każdej dziedzinie życia. „A jeśli służba PANU wydawałaby się wam złym wyborem, to już dzisiaj zdecydujcie, komu będziecie służyć” (Joz 24,15 NPD). Kiedy kochamy ludzi, jesteśmy  d l a  nich, jednak wyznaczamy granice, które mają nas chronić przed ich bolesnymi czy niebezpiecznymi zachowaniami i pozwalają tym ludziom określić kierunek, w którym zmierzają – do nas lub od nas.

Czasami moi rozmówcy twierdzą: „W moim przypadku granice nie działają”. Zwykle mają na myśli to, że zakreślili granicę ochronną, a druga osoba zareagowała wybuchem lub odeszła. Ale przecież granice nie gwarantują nagłego przyrostu odpowiedzialności czy troski. One mogą wyjaśnić sytuację i dać jej pełniejszy obraz. Mogą nas ochronić. Mogą wskazać komuś kierunek zmian. Ale nie mogą zmienić czyjejś decyzji. Więc jeśli spojrzymy na prawdziwą funkcję granic z tej perspektywy, to jednak okaże się, że działają. I jeśli wyznaczymy granicę, a rezultaty nie są takie, jakich się spodziewaliśmy, musimy zrozumieć, że to wciąż jest dobra wiadomość. Wyznaczenie granic pomaga nam postawić diagnozę. Daje niezbędne informacje na temat charakteru tej osoby i trudności, jakich doświadczamy. Lepiej zdiagnozować dolegliwości niż unikać wizyty u lekarza i pozwolić, by problem wyrządził jeszcze więcej szkody.

Kiedy wyznaczamy i utrzymujemy zdrowe granice, tworzymy w relacjach interpersonalnych pewną przestrzeń – co ma swoje konsekwencje dla tej drugiej osoby. Ale musimy rozumieć, że te same granice mają emocjonalne konsekwencje także i dla nas samych. Czasami ludzie nie spodziewają się emocji, jakie wzbudzi w nich ustanowienie granic, i nie wiedzą, co z tymi emocjami zrobić. Kolejny rozdział to wyjaśni.

4.Powrót pragnienia

Nasi synowie często się kłócili i bili, kiedy byli mali. Awantury wybuchały z najprzeróżniejszych powodów: obaj chcieli tę samą zabawkę, obaj chcieli ustalać reguły zabawy albo jeden przedrzeźniał drugiego do granic szaleństwa. W tych kłótniach czasem dochodziło do rękoczynów, ale ja wkraczałem dopiero wtedy, kiedy sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli.

Czasami po prostu z nimi rozmawiałem i to wystarczało, by uspokoić atmosferę. A jeśli wina w oczywisty sposób leżała po stronie jednego z chłopców, wyciągałem konsekwencje: chwila odosobnienia, utrata zabawki, pomoc bratu. Innym razem najlepszą strategią wydawało się przerwanie kontaktu i odseparowanie chłopców na pewien czas. Kiedy widziałem, że ochłonęli i wyciągnęli wnioski z awantury, pozwalałem im znów się wspólnie bawić.

Kiedy jeden z chłopców ewidentnie skrzywdził drugiego, wydawać by się mogło, że ten zraniony będzie miał na jakiś czas dość agresywnego brata. Można by oczekiwać, że to raczej winowajca będzie szybciej szukał kontaktu i okazji do pojednania się ze zranionym bratem. Ale nie było takiej prawidłowości. W zasadzie nie było żadnej prawidłowości. Obaj chłopcy mieli dość separacji i chcieli wrócić do wspólnej zabawy po tym samym mniej więcej czasie. Niezależnie od tego, kto był ofiarą, a kto był sprawcą, każdy z nich potrzebował mniej więcej tyle samo czasu na ochłonięcie. Wynika z tego, że ich wzajemne przywiązanie przerastało pragnienie separacji. Po pewnym czasie spędzonym osobno pragnienie przebywania razem okazywało się silniejsze niż złość i strach.

Ta dynamika nie ogranicza się jedynie do moich synów ani jedynie do dzieci. Ma ona zastosowanie do każdego z nas. Zrozumienie tego, na czym polega powrót pragnienia – tej chęci powtórnego nawiązania relacji – jest kluczowe w procesie uczenia się tego, co się dzieje, kiedy wyznaczamy granice.

Gdzie jest przestrzeń, tam jest miejsce na pragnienie

Kiedy wyznaczacie granice w relacjach, pomiędzy wami i tą drugą osobą tworzy się pewna przestrzeń. W zdrowych relacjach ta przestrzeń definiuje was oboje jako dwie indywidualności o różnych poglądach i opiniach, które jednak wciąż odnoszą obopólną korzyść z tego, że pozostają we wzajemnych relacjach. Jesteście ze sobą blisko, ale jeśli jedno z was jest ekstrawertykiem, a drugie introwertykiem10, to ta różnica wcale relacji nie osłabia. W zasadzie w zdrowych związkach ludzie doceniają swoją odmienność: introwertyk podziwia energię ekstrawertyka, a ekstrawertyk lubi słuchać o wewnętrznym świecie introwertyka.

Jednak jeśli musicie wyznaczyć komuś granice ochronne, to stworzona pomiędzy wami przestrzeń nie służy świętowaniu różnorodności. Służy chronieniu siebie przed czymś niedobrym, na przykład przed manipulacją lub kontrolą. I ta przestrzeń może przybierać różne formy: od czegoś stosunkowo drobnego, tak jak decyzja o tym, by nie poruszać pewnych tematów w rozmowie, do dużego kalibru, jakim może być wyprowadzka z domu lub zupełna rezygnacja z utrzymywania relacji.

Stworzenie przestrzeni ma dość oczywiste konsekwencje dla drugiej osoby, ale nie pozostaje bez wpływu także i na nas samych. Może zwiększyć nasze pragnienie związku i zainteresowanie tym związkiem, nad którym obecnie pracujemy, lub pragnienie zupełnie nowych relacji. To dopiero jest ironia! Bo kiedy już doświadczyliśmy kłopotów w związku i mamy za sobą ciężką przeprawę, mogłoby się wydawać, że ostatnią rzeczą, której potrzebujemy, jest pragnienie kolejnej więzi. Dajcie mi trochę luzu! I choć jest to powszechne odczucie w pierwszej fazie ustanawiania granic, to nie trwa ono wiecznie. Przestrzeń to próżnia, a próżnia popycha nas ku danemu nam przez Boga pragnieniu nawiązywania relacji. Szczególnie jeśli wcześniejsze problemy wynikały z braku zaufania, szukamy kogoś, kto będzie stał po naszej stronie, kto będzie wspierał nasze wybory i wolność decydowania o własnym życiu. Nawiasem mówiąc, używam tu słowa „pragnienie” w dużo szerszym, nie tylko romantycznym kontekście. To słowo zwyczajnie oznacza, że czegoś chcemy: pragniemy nowego samochodu, biletu na mecz, awansu albo dobrego partnera.

Rozpoznanie różnicy między problemem a rozwiązaniem problemu

Pragnienie odbudowania już istniejącego związku czy nawiązania nowych relacji z kimś innym nie jest złe samo w sobie. To pragnienie może prowadzić do problemów lub do ich rozwiązania, zależnie od tego, jak na nie odpowiemy. Na przykład kobieta biorąca udział w prowadzonym przeze mnie programie dla liderów miała męża uzależnionego od narkotyków. W pewnym momencie odrzuciła zachowania, które umożliwiały mężowi trwanie w nałogu. Zażądała, żeby się wyprowadził, dopóki nie zacznie się leczyć. To był dobry ruch. Niestety, była zbyt podatna na jego manipulacje i bardzo pomyliła się w ocenie. Wykorzystując jej słabość, mąż przekonał ją, że nie potrzebuje odwyku, bo dzięki sile swojego charakteru i miłości do niej pokonał uzależnienie. Kobieta pozwoliła mu wrócić do domu, mimo że niektóre osoby z naszej grupy błagały ją, by tego nie robiła. Przez kilka miodowych miesięcy wszystko szło jak najlepiej. Aż w końcu przy okazji kłótni o domowe finanse on znów sięgnął po narkotyki. Tym razem ustanowienie i utrzymanie mocnych granic kosztowało ją dużo więcej siły, czasu i energii.

W przypadku tej kobiety pragnienie ponownego nawiązania relacji zaowocowało problemem, ale samo pragnienie nim nie było. Problem pojawił się wtedy, gdy zbyt szybko się temu pragnieniu poddała, nie zdając sobie sprawy z tego, że nie jest na to jeszcze gotowa.

Ale w wielu innych przypadkach podążanie za pragnieniem prowadzi do dobrych rezultatów. Znam męża, którego żona zdradziła, co prawie zakończyło ich małżeństwo. Przez długi czas mężczyzna był zdruzgotany. Mógł się z nią rozwieść i nikt by go o to nie winił, jednak on wciąż ją kochał i chciał uzdrowić ten związek. Ona rozstała się z tym drugim mężczyzną i wraz z mężem wkroczyła na drogę długiego i rozbudowanego procesu wzrastania zarówno w wymiarze osobistym, jak i relacyjnym.

Na samym początku, kiedy podjęli decyzję zawalczenia o swoje małżeństwo, on nie czuł ani miłości, ani żadnych innych pozytywnych uczuć w stosunku do swojej żony. Jedynymi emocjami, jakich doświadczał, były gniew i ból. Czuł się obco, zamknął się w sobie, niezdolny do zaufania. Nie starał się ukarać żony, unikając jej. Obiektywnie naprawdę mu na niej zależało jako na osobie i chciał dla niej jak najlepiej. Patrząc z perspektywy wartości, kochał ją. Ale emocje związane z pragnieniem, pożądaniem i tęsknotą, nie mówiąc już o dawnym uczuciu zakochania, były zwyczajnie nieobecne.

Na szczęście kobieta odpowiedziała na tę sytuację zrozumieniem i przyjęciem odpowiedzialności za to, jak bardzo go zraniła. Nie tylko okazywała skruchę, ale była też cierpliwa. Powiedziała mu: „Będę robiła wszystko, co trzeba, tak długo, jak trzeba, żebyśmy do siebie wrócili”. I tak się stało. Z czasem dzięki ich wspólnej pracy mąż zaczynał się powoli otwierać. Wzrastał, uczył się, leczył rany. I stopniowo zaczął tęsknić za więzią, jaka ich łączyła. Przestrzeń pomiędzy nimi zaczęła dla niego oznaczać nieprzyjemną pustkę i był w stanie podjąć emocjonalne ryzyko, które pozwoliło im na nowo się do siebie zbliżać.

Oto najważniejsza rzecz: to, że chcemy z kimś być, nie oznacza, że szalejemy z pragnienia albo że jest to właściwy czas na odnowienie relacji. To zwyczajnie znak, że nasze wnętrze jest żywe i że ustanowione granice stworzyły nam przestrzeń na spokojny oddech i przypomnienie sobie o naturalnej ludzkiej potrzebie więzi. Przyglądajmy się temu, cieszmy się, że żyjemy, i pamiętajmy, że rozsądek i dobrzy ludzie mogą pomóc nam zdecydować, co z tym dalej zrobić.

Zdrowa odpowiedź na nowe pragnienie

Kiedy chcemy ponownie nawiązać relacje, może to oznaczać, że dzieją się w nas same dobre rzeczy. Oto kilka przykładów.

Nowy związek romantyczny. Po rozwodzie lub po okresie przerwy w spotykaniu się z innymi ludźmi możemy odczuć wewnętrzne przebudzenie. Wyobrażamy sobie, jak by to było poznać kogoś interesującego albo kogoś zainteresowanego nami. Wstępuje w nas ostrożny optymizm, myślimy, że taka nowa osoba mogłaby oznaczać nowy początek i że teraz nareszcie wszystko zacznie się układać.

Ten sam związek romantyczny. Możemy otworzyć się na nowy początek z tą samą osobą. Tak jak u moich synów, nasza potrzeba przywiązania znów się w nas odezwała; tęsknimy za tym, co było dobre, i mamy więcej nadziei na to, że może teraz wszystko się zmieni. Chcemy włożyć w ten związek jakiś wysiłek i przydać mu trochę życia, aby stawał się tym, na co dawał nadzieję od samego początku.

Ten sam przyjaciel lub członek rodziny