Odrzucony - Tomasz Gruszka - darmowy ebook
Opis

Anita prowadzi spokojne życie z pięcioletnim synkiem. W ciągu 3 dni bardzo wiele się w jej życiu wydarzy. Podejrzane anonimowe przesyłki, które otrzyma, to tylko wstęp do tego, co ma spotkać ją i jej bliskich. Nagle pojawi się ktoś, kto nie ma pokojowych zamiarów i będzie chciał zburzyć jej świat. Kto to jest? Jak to wszystko się zakończy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 73

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tomasz Gruszka

Odrzucony

© Tomasz Gruszka, 2018

Anita prowadzi spokojne życie z pięcioletnim synkiem.

W ciągu 3 dni bardzo wiele się w jej życiu wydarzy.

Podejrzane anonimowe przesyłki, które otrzyma, to tylko wstęp do tego, co ma spotkać ją i jej bliskich.

Nagle pojawi się ktoś, kto nie ma pokojowych zamiarów i będzie chciał zburzyć jej świat.

Kto to jest?

Jak to wszystko się zakończy?

ISBN 978-83-8126-898-1

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Poniższą książkę — moją pierwszą w życiu, nie licząc wierszy — dedykuję mojej ukochanej żonce Violi.

Za to, że jest.

Za wszystko.

Za całe życie.

Kocham Cię Violu!

Województwo małopolskie, wcześniej

Rozdział 1

Mężczyzna spojrzał na odbicie swojej twarzy w lustrze. Miał na imię Edward. Głębokie spojrzenie niebieskich oczu, ostra linia brwi i kwadratowa szczęka dodawały mu męskości, chociaż niektórych przerażały.

Kilka kobiet stwierdziło, że ma twarz bandyty. Nie przejmował się takimi opiniami. Wiedział, że raczej nikt nie potrafi go zrozumieć. Nawet matka jego dziecka nie chciała się z nim związać na stałe, chyba się go obawiała.

Obrócił szyję w lewo, aby więcej światła padało na lewą część czoła. Dokładnie tam, gdzie niedawno wytatuował sobie trzy litery. Ważne litery: „BÓG”.

Tatuaż był już zagojony, pokrywała go nowa cienka i delikatna skóra, wszystko to dzięki maści, którą stosował, aby tatuaż się nie wysuszył i nie odbarwił.

Miał dosyć trudne dzieciństwo, ciągłe tułaczki po domach dziecka i rodzinach zastępczych bardzo go doświadczyły.

Ale teraz czuł spokój, oraz podekscytowanie, związane z misją, jaką sobie zaplanował. Wreszcie prawda wyjdzie na jaw. Był gotów zapłacić każdą cenę, aby jego misja się powiodła, musiał jednak zachować ostrożność.

Przemyślał wszystko wielokrotnie. Misja podzielona była na kilka etapów. Wiedział, że musi temu podołać.

W razie niepowodzenia misji zabezpieczył się przed taką sytuacją. Wykupił pewną usługę, którą w przypadku powodzenia misji po prostu anuluje. Ale jeżeli mu się nie uda, procedura uruchomi się w określonej chwili i wtedy dostanie on kolejną szansę na zrealizowanie misji.

Odszedł od lustra i spojrzał za okno przełykając swoją ulubioną czarną kawę, koniecznie bez cukru. W poprawczakach, a następnie kilku zakładach karnych, w których przebywał, trudno było o cukier. O kawę również, ale jakoś sobie radził. Cukier był jednak zbędnym na owe czasy i warunki wydatkiem.

Za oknem padał deszcz, taką pogodę uwielbiał. Krople uderzały w szybę, rozbijały się na parapecie, powoli spływały w dół, tworząc nieprzewidywalne ścieżki. Jak w życiu.

Dziś był ważny dzień. O godzinie 10.00 miał otrzymać dane, na które oczekiwał. Potrzebował ich do realizacji misji.

Sam nie potrafił ich zdobyć, ale kumpel spod celi dał mu namiar na kogoś, kto potrafi wszystko załatwić. Za odpowiednią cenę. Co ciekawe, gość był gliniarzem ze śląska. O to mu nawet chodziło, bo dane, których potrzebował na pewno znajdowały się w rejestrach, do których ten miał dostęp. A jeżeli nie miał, to ze swoją blachą oraz możliwością dostępu do danych osobowych, wielu rzeczy mógł się dowiedzieć.

Edward wyszedł z kamienicy, przeczesał włosy palcami i wyjął z kieszeni paczkę Cameli. Włożył jednego do ust i odpalił rzucając zapałkę pod nogi. Wypuścił smugę dymu i ruszył pomiędzy krople deszczu.

Do spotkania z gliniarzem zostało mu jeszcze 40 minut, ale musiał dostać się w wybrane przez niego miejsce Krakowa. To gliniarz wyznaczył miejsce, jakaś wąska uliczka pozbawiona monitoringu, gość dbał o to, aby nikt go w prosty sposób nie wkręcił i nie pozbawił roboty. Za swoją przysługę nie chciał alkoholu ani darmowych kobiet, jak niektórzy z nich. Ten chciał gotówki. W szarej kopercie. W niskich nominałach, co najwyżej banknoty po 50 zł lub niższe.

Powoli zbliżał się do miejsca spotkania, przeszedł je dwukrotnie obserwując uważnie przechodniów, zaparkowane samochody, podejrzane pudła, skrzynie lub śmietniki, które mogły ukrywać w sobie kamery, niczego podejrzanego nie zauważył.

Sam też nie chciał stać się ofiarą policyjnej zasadzki i odpowiadać za wręczanie korzyści majątkowych związanych z naruszeniem ustawy o ochronie danych osobowych. Nic poza tym by na niego nie mieli, dlatego musiał zaryzykować. W broń zaopatrzy się u kogoś innego.

Przeszedł cztery razy przez bramę z numerem 8. Dokładnie rozejrzał się po wnętrzu śmierdzącego uryną podwórka w głębi bramy. Nic podejrzanego. Jeżeli kumple skorumpowanego gliny gdzieś tu się ukryli, to zrobili to bardzo dobrze.

Stanął w przejściu bramy przodem w stronę ulicy, zapalił Camela i obserwował przemieszczających się ludzi. Nie wiedział, jak wygląda gliniarz, kontaktował się z nim przez kumpla. Mieli umówione hasło do kontaktu.

Umówili się na cenę 10 paczek za informacje, za potrzebne mu dane. Potem gliniarz przekazał, że musi dostać się do danych ośrodków adopcyjnych, a policja nie ma do tego bezpośredniego dostępu, musi więc sam się tam udać i pod przykrywką jakiejś sprawy wydobyć informacje. Z tego powodu podniósł stawkę do 15 paczek. Pewnie wliczył sobie też w cenę dojazd do Krakowa. Nie mógł być stratny.

Mężczyzna za pazuchą trzymał szarą kopertę z gotówką. 1500 zł w banknotach o nominałach 10, 20 i 50zł stanowiły pokaźny plik. Spokojnie mógł zaakceptować taką kwotę.

Do bramy wszedł jakiś kloszard z wózkiem, zbierał butelki rozstawione po rogach bramy.

Czyżby taki kamuflaż przybrał gliniarz? — pomyślał Edward. Nie, wątpliwe, żeby aż tak się poświęcił.

Kloszard podszedł w jego stronę, możliwe, że chciał go poprosić o jakieś drobne, ale gdy spojrzał na jego twarz, natychmiast opuścił wzrok i zawrócił w stronę ulicy.

Po chwili w bramie stanął wysoki łysy mężczyzna około 45 lat o cerze zniszczonej młodzieńczym trądzikiem, jego policzki przypominały wulkan w spoczynku po wylewie lawy. Czarna kurtka — skóra do pasa z wybrzuszeniem z prawej strony nie pozwalała ukryć tego, co się tam znajdowało, od gościa waliło gliną z daleka.

Facet rozejrzał się kilka razy i podszedł do oczekującego mężczyzny.

— Przepraszam, ma pan ognia? — zagaił przybyły mężczyzna o zniszczonej cerze.

— Jeżeli preferuje pan benzynę, to mam.

— Zawsze gustowałem w starych dobrych metalowych zapalniczkach.

— A zwłaszcza w Zippo — odparł Edward, czym dopełnił wypowiadanie umówionego hasła.

— Ok, to co, przechodzimy do interesów?

— Jak najbardziej.

— Masz gotówkę? — zapytał przybyły mężczyzna.

Edward rozpiął kurtkę i pokazał kopertę, którą gliniarz wziął do ręki, rozchylił i z uśmiechem schował sobie za pazuchę.

— Nie przeliczysz? — zapytał Edward.

— Nie trzeba, w razie potrzeby znajdę cię.

Z tylnej kieszeni wyjął foliową koszulkę na dokumenty, wewnątrz której znajdowała się kartka papieru. Gliniarz rozłożył koszulkę i powiedział:

— To twoje dane. Wyjmij kartkę.

Wyjął kartkę, jak ten mu polecił, rozłożył ją i ujrzał kilka słupków z danymi, były też adresy, które interesowały go najbardziej. Gliniarz foliową koszulkę ze swoimi odciskami schował do kieszeni i powiedział:

— Swoją drogą zajebisty masz tatuaż, nie przyszło ci do głowy, ze z takim gównem na czole każdy cię wszędzie zapamięta i rozpozna?

— To akurat nie twój interes.

— Wiem — odparł gliniarz — Chodzi mi tylko o to, że jak odwalisz jakiś numer, to jesteś jak na celowniku. Pamiętaj, że nigdy się nie widzieliśmy i nigdy nie spotkaliśmy.

— Wiadomo. Dzięki.

— Poczekaj kilka minut zanim wyjdziesz z bramy. Cokolwiek zamierzasz nie chciałbym oglądać twojej gęby w wiadomościach. Powodzenia.

Gliniarz odwrócił się na pięcie i odszedł.

Minutę po odejściu łasego na kasę policjanta mężczyzna z tatuażem na czole wyszedł z bramy i skierował się w stronę dworca z zamiarem udania się pod jeden z adresów przekazanych przez gliniarza.

Rozdział 2

Małgorzata Wola w szybkim tempie wciągała na nogi rajstopy, a następnie stanęła przed szafą dokonując wyboru spódnicy, która będzie pasowała do jej nowych szarych szpilek.

Do szarości szpilek na szczęście szybko dobrała spódnicę w czarno-szare pasy. Przejrzała się w lustrze — może być, stwierdziła.

Jak co dzień musi dostać się przez zakorkowane ulice Krakowa do ośrodka adopcyjnego, w którym pracuje. Lubiła swoją pracę, choć czasami miała chwile zwątpienia. Los dzieci nie był jej obojętny, ale nie zawsze decyzja Sądu wydawała się zgodna z szeroko pojętym dobrem dziecka. Czasem postanowienia sędziego jej zdaniem były krzywdzące i niewłaściwe. To właśnie powodowało nieraz dylematy moralne, ale to jej praca i musiała się trzymać litery prawa.

Najgorzej było z dziećmi starszymi, które sprawiały już problemy i z tego powodu nikt nie chciał ich na stałe przysposobić. Nikomu nie są potrzebne problemy z dzieckiem, któremu chce się pomóc, a w zamian za to słyszy się tylko -„Nie jesteś moją matką, nie będziesz mi rozkazywać!”

Przeczesała szczotką swoje farbowane na mahoń włosy, włożyła płaszcz, zabrała szarą torebkę i wyszła z mieszkania zamykając je na klucz.

Schodząc po schodach dostrzegła na półpiętrze stojącego mężczyznę, który zajęty był grzebaniem w telefonie.

Przeszła obok niego myśląc — „Jakim trzeba być zjebem genetycznym, żeby wytatuować sobie na czole napis BÓG.”

Nie miała nic przeciwko tatuażom, ale takim artystycznym ze studia, które są ostre, kolorowe i ładne. Nienawidziła natomiast tatuaży u swoich starszych podopiecznych, którzy robili je w garażach i piwnicach, wskutek czego były ohydne, blade i nieostre, jakby rozlane pod skórą.

Wyszła z klatki schodowej kierując się do samochodu.

W tym samym momencie mężczyzna stał już przed klatką i przeglądał wykonane przed chwilą na półpiętrze zdjęcia. Większość była nieostra, bo bez lampy błyskowej, ale jedno z nich przedstawiało na zbliżeniu twarz kobiety o rudych włosach. To z pewnością ona, numer mieszkania i wiek się zgadzają.

Zapamiętał też samochód, którym odjechała z parkingu. Zastanawiał się, jak długo będzie musiał się nad nią pastwić i jakich środków użyć, aby wydobyć z niej prawdę i zmusić ją do mówienia.

Już niedługo.

Już sobie wyobrażał, jak rozkaże jej zdjąć rajstopy, a następnie zwiąże nimi jej nadgarstki za plecami. Rzuci ją na dywan i zedrze z niej majtki wpychając je do jej ust, aby ją zakneblować. Ułoży ją na brzuchu i kolanami rozsunie jej nogi na boki, a potem brutalnie wedrze się swoim nabrzmiałym członkiem w jej delikatne i ciepłe wnętrze. Każde pchnięcie będzie wywoływało jej jęk lub nawet krzyk, ale zza zakneblowanych majtkami ust niewiele będzie słychać. Nawet, gdyby w trakcie chciała wszystko mu wyśpiewać, to będzie musiała poczekać, aż z nią skończy, aż miną dreszcze ekstazy.

Wtedy dopiero jej wysłucha.

Województwo śląskie, obecnie

CZWARTEK

Rozdział 1

Anita stanęła przed lustrem w przedpokoju spoglądając krytycznym okiem na swoją smukłą sylwetkę. Mimo, iż za kilka miesięcy miała obchodzić swoje czterdzieste urodziny, jak na swój wiek wyglądała bardzo dobrze — szczupła linia ciała, uwydatniony biust, krągła linia pośladków zachęcająco rysująca się spod dopasowanych legginsów, czarne proste włosy do ramion, lekko zadarty wąski nosek i ten uśmiech, który każdy jej znajomy określał mianem czarującego…

Mimo to zawsze miała jakieś „ale” co do swojego wyglądu. Naciągnęła lekko skórę pod oczami niwelując na chwilę drobne nieliczne zmarszczki, po chwili odsuwając ręce od twarzy uśmiechnęła się mrużąc oczy, tym samym pogłębiając zmarszczki dwukrotnie — nienawidziła tego widoku. Cóż, ale mogło być gorzej, tak się zawsze pocieszała.

Bardzo pragnęła już swojej porannej kawy, ale nie mogła sobie jeszcze na to pozwolić. Co prawda odprowadziła już Adasia do przedszkola, ale teraz miała w planach bieganie, zanim coś zje i wypije kawę.

Spojrzała raz jeszcze za okno, szeroka połać błękitnego nieba oraz słońce przebijające się przez nieliczne chmury zapowiadały piękny dzień. Wciągnęła szybko bluzę, włożyła do uszu słuchawki podpinając do nich swój telefon Sony i włączyła odtwarzacz muzyki w trybie losowania utworów. To właśnie lubiła najbardziej, utwory znane, ale nie wiadomo w jakiej kolejności je usłyszy.

Wsunęła swoje szczupłe stopy w wysłużone różowe Rebooki, zamknęła drzwi i zbiegła schodami w dół klatki, a następnie powoli truchtem opuściła osiedle kierując się ścieżkami rowerowymi w stronę rzeki. Cieszyła się, że jest w pobliżu taki teren jak ścieżki przy rzece, gdzie można pobiegać lub spacerować. Bieganie wzdłuż pełnych ulic spalin napawało ją obrzydzeniem.

— Cześć! — krzyknął młody chłopak biegnący ścieżką w jej stronę.

— Cześć! — odpowiedziała podnosząc przy tym rękę. Zawsze podobały się jej te pozdrowienia wymieniane pomiędzy biegającymi nie znającymi się osobami, było to takie miłe i motywujące.

Po przebiegnięciu odcinka około trzech kilometrów zawróciła i zaczęła biec tą samą trasą, jaką przybyła.

Gdy dotarła do pagórka obsadzonego drzewami, kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Była przekonana, iż był to mężczyzna chowający się na jej widok za drzewem. Poczuła się przez chwilę niepewnie. Pobiegła dalej i nagle obejrzała się przez ramię. Nic. Żadnego ruchu. Jak na złość nikt akurat nie biegł w pobliżu, nie było tam nikogo poza nią i tym kimś za drzewem.

Nie dawało jej to na tyle spokoju, że postanowiła zrobić pętlę wokół pagórka, by z dala dostrzec, czy ktoś za tym drzewem stoi, bo o samym podbiegnięciu do drzewa nie było nawet mowy, za bardzo się bała. Tyle teraz różnych zboczeńców i świrów kręci się po miastach, wystarczy włączyć wiadomości w telewizji.

Skręciła w lewo i pobiegła wzdłuż zbocza pagórka, który na szczęście nie był duży. Widziała już drzewo, za którym skrył się nurtujący ją cień, niczego jednak nie dostrzegła. Włączyła pauzę w odtwarzaczu w telefonie i nieśmiało powoli zaczęła wbiegać pomiędzy drzewa okrążając nadal wzgórze, aż znalazła się po jego przeciwnej stronie i widziała z tego miejsca trasę, którą wcześniej biegła. Serce biło jej zbyt szybko i nie było to spowodowane biegiem, gdyż mogła przebiec spokojnie piętnaście kilometrów w stałym tempie, nie powodując znacznego przyspieszenia oddechu, czy też bicia serca. To reakcja organizmu na tą sytuację.

— Po co ja tu biegnę? — zapytała pod nosem sama siebie, lecz ciekawość nie pozwalała jej zawrócić. Zwolniła przechodząc do marszu i powoli zbliżyła się do miejsca, w którym widziała chowającego się mężczyznę. Nikogo tam nie było. Rozejrzała się dookoła — nikogo nie dostrzegła. Widziała z tego miejsca dobrze ścieżkę nad rzeką, którą właśnie ktoś przebiegał oraz w oddali majaczyła sylwetka kobiety z małym pieskiem na smyczy.

Teraz