Wydawca: Psychoskok Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Odrodzona po zdradzie. Wystarczyła jedna noc… ebook

Hanna Lipińska

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 64 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Odrodzona po zdradzie. Wystarczyła jedna noc… - Hanna Lipińska


Książka "Odrodzona po zdradzie. Wystarczyła jedna noc..." jest zapisem zdobytej, przetestowanej na własnym sercu praktycznej wiedzy. Po tę książkę powinny sięgnąć zwłaszcza kobiety, a już koniecznie te cierpiące właśnie z powodu zdrady kochanego mężczyzny. Dowiedzą się z niej, że w ciągu nocy można uwolnić się od bólu, pozbyć rozpaczy, poczucia krzywdy i wściekłości na zdrajcę, zastępując je radością, dumą i wielką dla niego wdzięcznością. Takie niezwykłe doświadczenie stało się udziałem przeciętnej kobiety tylko dlatego, że postanowiła zbuntować się przeciwko cierpieniu i poszukać ratunku we własnej duszy.

Autorka, myśl po myśli, dokładnie opisuje szukanie drogi wyjścia z impasu i nieoczekiwaną metamorfozę, która okazała się początkiem prawdziwej wewnętrznej rewolucji. Zapoczątkowała trwający kilka lat okres „studiów” nad przyczynami problemów w relacjach damsko-męskich. Najwięcej uwagi poświęciła zrozumieniu na przykładzie partnera meandrów męskiej duszy, ze szczególnym uwzględnieniem przyczyn niewierności i ze zdziwieniem dostrzegła ich sprzeczność z przekonaniami zakorzenionymi w powszechnej świadomości. Zainspirowany opisanymi tu doświadczeniami, każdy może dokonać pozytywnych zmian we własnym wnętrzu i relacjach z otoczeniem.

Opinie o ebooku Odrodzona po zdradzie. Wystarczyła jedna noc… - Hanna Lipińska

Fragment ebooka Odrodzona po zdradzie. Wystarczyła jedna noc… - Hanna Lipińska

Hanna Lipińska "Odrodzona po zdradzie. Wystarczyła jedna noc..."

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright © by by Hanna Lipińska, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok

Zdjęcie okładki: www.free-przebisniegi-nieg.img-download.com

ISBN: 978-83-7900-039-5

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl

http://ebooki123.pl

e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Hanna Lipińska

Odrodzona po zdradziewystarczyła jedna noc...

Wydawnictwo Psychoskok 2013 Konin

Wstęp czyli długie dojrzewanie do miłości

Doskonale pamiętam liczne rozmowy w gronie koleżanek na krótko przed maturą sprzed ponad czterdziestu laty. U progu dorosłego życia miałyśmy bardzo podobne marzenia – zdecydowana większość szansę na szczęście widziała w miłości i rodzinie, przypominam sobie tylko jeden wyjątek, może dlatego tak dokładnie, że miałyśmy potem kontakt i byłam świadkiem urzeczywistnienia jej pragnień. Owa koleżanka już w wieku siedemnastu lat planowała wyjść za mąż bez miłości za prywaciarza-cukiernika i dorobić się dużych pieniędzy. Spełniło jej się co do joty, ale po wielu latach życia w nieudanym związku została alkoholiczką, mąż zmarł przedwcześnie na serce, a jej samej też nie ma już wśród żywych. Dla mnie jest to cena za wykluczenie miłości już na etapie marzeń. Ja, idealistka wtedy i teraz, sens życia widziałam w uczuciach wielkich i autentycznych: miłości, przyjaźni, zaangażowaniu bez reszty na każdej płaszczyźnie aktywności. 

PRL-owska rzeczywistość szybko pozbawiła mnie złudzeń związanych z pracą, ale ideałów dotyczących uczuć nie pozwoliłam sobie na szczęście odebrać. Mimo licznych wątpliwości, porażek, napomnień starszych i rozsądniejszych nie dałam się sprowadzić na ziemię, zachowując do dziś otwartość i wrażliwość osoby młodej, co pozwala mi o wiele lepiej porozumiewać się z ludźmi o pokolenie lub nawet dwa młodszymi niż z rówieśnikami. Widzę, że wśród tych ostatnich bardzo niewielu udało się ocalić taką postawę, obserwując pary pięćdziesięcio-sześćdziesięciolatków w najbliższym otoczeniu dostrzegam tylko bardzo nieliczne żyjące w związku, w jakim sama chciałabym się znaleźć. Pozbawiona wszelkiej namiętności wegetacja obok siebie albo, co jeszcze gorsze - życie w stanie permanentnej wojny z partnerem, który w dodatku nierzadko deklaruje wielkie uczucie. Moje wyobrażenia o związku dwojga ludzi nie mają nic wspólnego z owymi najczęściej chyba spotykanymi w praktyce wzorcami małżeńskiej wspólnoty. Z dwojga złego wolę już być sama. Oczywiście doskwiera mi samotność i mam świadomość niespełnienia jako kobieta, ale przecież jestem także matką, siostrą, przyjaciółką, sąsiadką, koleżanką..., istnieją więc pola aktywności, gdzie mam większy wpływ na satysfakcjonujące relacje z innymi. Czas wszystko zmienia, priorytety też, dziś miłość i seks, kiedyś bardzo ważne, straciły na znaczeniu.

Kiedy w wieku trzydziestu sześciu lat zdecydowałam się, po pięciu latach szarpaniny, zakończyć trwające tylko siedem miesięcy małżeństwo wybierając niepewny los w obcym kraju z czteroletnim synkiem, byłam pewna, że nigdy więcej nie zdarzy mi się związać z mężczyzną niekochanym w naiwnej nadziei na pojawienie się uczucia później. Przyznaję, że niewiele wtedy pojmowałam z dramatu między nami, nie starałam się wyjść partnerowi naprzeciw ani zrozumieć motywów jego zachowań, moje reakcje ograniczały się do oceniania i potępiania zgodnie ze schematem: ja - ta dobra i on – ten zły. Do dziś jestem zdania, że nie było dla nas innego wyjścia jak rozstanie, jednak teraz rozumiem więcej i przestałam obarczać winą za klęskę wyłącznie byłego męża. Kiedy dwoje ludzi dzieli właściwie wszystko, nie da się znaleźć płaszczyzny porozumienia ani osiągnąć kompromisu w żadnej sprawie. Tylko mojemu wykorzenieniu i zagubieniu w nowej rzeczywistości na marginesie niemieckiego społeczeństwa po przyjeździe z Polski (stan wojenny zastał mnie w tym kraju) przypisuję zaplątanie się w ten przypadkowy związek, który wyłącznie dzięki mojej ciąży nie rozpadł się bardzo szybko. Niewiarygodna wydaje mi się dziś własna głupota, ale wtedy naprawdę wierzyłam, że nie ma na świecie człowieka, z którym nie byłabym w stanie się porozumieć – ja, taka dobra i tolerancyjna. Potężna „sójka w bok”, jaką dostałam od życia za ten przejaw pychy, na jego resztę nauczyła mnie pokory, co zaliczam do kilku pozytywnych aspektów tego bardzo niedobrego doświadczenia. Najważniejszy – szczęście macierzyństwa – zrekompensowało w moich oczach z olbrzymią nawiązką wszystko, co było i jest między nami negatywne, dlatego wolna jestem od pretensji do byłego męża. Zwykle przyjście na świat nawet upragnionego przez oboje dziecka nie zdoła uratować związku zbudowanego od początku na piasku zamiast solidnego fundamentu, lecz pogarsza jeszcze sytuację przez dodatkową odpowiedzialność i nagłe powiększenie ilości codziennych obowiązków. My też nie byliśmy wyjątkiem; za sobą zostawiłam trwający pięć lat związek tak toksyczny, że na kolejne pięć odebrał mi ochotę na zbliżenie z innym mężczyzną, choćby tylko na krótko. 

Ostatnie, bolesne jak żadne dotąd niepowodzenie skłoniło mnie do podsumowania dotychczasowych doświadczeń z mężczyznami i musiałam uznać, że w dużym stopniu sama byłam przyczyną klęsk, ponieważ w każdej nowej znajomości widziałam szansę na szczęście wielkie i dozgonne, gotowa zakochać się w mężczyźnie tylko dlatego, że raczył zwrócić na mnie uwagę. Takie nastawienie wydaje mi się dziś oznaką słabości i niedojrzałości, wręcz gwarancją porażki. W małżeństwie wzięłam na swoje barki niemal całą odpowiedzialność za nasz związek zamiast podzielić ją na dwoje. W ogóle stanowczo za małą wagę przykładałam do zaspokojenia własnych potrzeb uczuciowych starając się przede wszystkim dbać o potrzeby innych, co na dłuższą metę powoduje frustrację i niezadowolenie obu stron. Metryka wskazywała na dojrzałość, jednak bardzo daleko było mi do jej osiągnięcia. Moją wiedzę o miłości stanowił zestaw stereotypów wyniesionych z domu i środowiska, ale także wiedza uzyskana z namiętnie czytanych książek i publikacji psychologicznych. Niestety, owa teoretyczna wiedza okazała się mało przydatna w konfrontacji z prawdziwymi problemami życiowymi - starałam się robić wszystko jak najlepiej, a ciągle przegrywałam. Zrozumiałam wreszcie, że nie tędy droga. Zdałam sobie sprawę, że muszę zacząć egzekwować od najbliższych respektowanie moich potrzeb i dbać o ich zaspokojenie. Dopiero kiedy sama będę szczęśliwa, będę w stanie dać szczęście innym – taka oczywistość wydała mi się wtedy ważnym odkryciem, co daje pojęcie o poziomie mojego ówczesnego wewnętrznego rozwoju.

Postanowiłam nauczyć się zdrowego egoizmu, nareszcie stanąć za sterem swojego życia kończąc na zawsze z dryfowaniem, które raz po raz spychało mnie na „mielizny” lub “skały”. Było oczywiste, że te zamierzenia wymagają zasadniczych zmian w sposobie myślenia i postępowania. Zaczęłam od szczegółowych planów na najbliższą pięciolatkę:

- praca dorywcza od zaraz,

- praca stała, kiedy synek będzie dość samodzielny,

- prawo jazdy natychmiast po znalezieniu stałej pracy,

- samochód,

- miłość wielka i prawdziwa. 

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że los sprzyja tym, którzy dokładnie wiedzą, czego chcą, przekonałam się o tym jednak w sposób wykluczający przypadek. Na pierwszą pracę czekałam dwa tygodnie, sama przyszła mi do domu w postaci sąsiadki i jej rady, żeby zadzwonić do pewnej znanej restauracji. Jeden telefon i mogłam zaczynać. Po krótkim okresie próbnym miałam pracę i to bardzo dobrą. Po czterech latach uznałam, że czas na stałe zajęcie – synek skończył osiem lat i mógł już sam wyprawić się do szkoły. Doszłam do wniosku, że dłużej nie wolno mi zwlekać, miałam już czterdzieści lat i moje szanse na rynku pracy malały z każdym następnym rokiem. 

Tym razem czekałam jeszcze krócej – za radą innej znajomej znalazłam pracę, która wykonywałam przez prawie dwadzieścia lat, aż do upadłości firmy trzy lata temu. W ciągu pierwszego roku pracy udało mi się zrealizować następne dwa punkty planu, czyli zdać egzamin na prawo jazdy i kupić samochód. To nic, że przygotowanie do egzaminu trwało strasznie długo, kosztowało mnóstwo wysiłku i pieniędzy. To nic, że pierwsze auto było starym gratem; do dziś odczuwam radość przy każdym uruchomianiu silnika. Nieważne nawet, że praca niezupełnie odpowiadała moim aspiracjom, liczyło się tylko uniezależnienie od zapomogi czyli “socjalhilfy”. Czułam się fantastycznie, kiedy zamykałam ten etap życia kwiatami i bombonierką wręczoną urzędniczce z nadzieją, że nigdy więcej … 

Nie wiadomo kiedy mijała planowana pięciolatka, w tym czasie los sprzyjał mi na każdym kroku w sposób naprawdę zdumiewający. Zesłał mi dwie wspaniałe sąsiadki, z którymi znajomość przerodziła się z czasem w przyjaźń; bez ich pomocy nie dałabym sobie po prostu rady, a kiedy potrzebowałam pieniędzy na drugi samochód – spadły mi jak z nieba. 

Byłam samotna jako kobieta, ale nie jako człowiek, miałam wspaniałą rodzinę w kraju i grono przyjaciół, głównie małżeństw, wśród których doskonale się czułam. Nie potwierdziło się w moim życiu szeroko rozpowszechnione przekonanie, że mężatki boją się i unikają rozwiedzionych kobiet. 

Miałam już stałą pracę, mieszkanie, samochód, czyli