Odrodzenie Joan Ashby - Cherise Wolas - ebook + książka

Odrodzenie Joan Ashby ebook

Cherise Wolas

5,0

Opis

„To, że się zezłościłem na osobę, która nie istnieje, jest zasługą Cherise Wolas, której udało się z powodzeniem stworzyć skomplikowaną i wyrazistą postać fikcyjną”.

The New York Times Book Review

Postrzegałam wyniszczającą naturę miłości, jako zagrożenie dla poważnych kobiet. Ale fantastyczny mężczyzna, którego poślubiłam, wierzy podobnie jak ja, że praca jest najważniejsza i absolutnie żadnych dzieci – teraz miłość wydaje mi się czymś cudownym.

Te słowa mogłaby powiedzieć do entuzjastycznie nastawionej publiczności Joan Ashby, genialna pisarka dużego kalibru, której mroczne i jedyne w swoim rodzaju opowiadania są sensacją w literackim świecie.

Kiedy Joan przekonuje się, że zaszła w ciążę, jest oszołomiona radością Martina, jego natychmiastowym zerwaniem ich umowy. Podejmuje wtedy brzemienną w skutki decyzję bez oglądania się na siebie, by stworzyć rodzinę, której tak naprawdę nie chciała.

Wychowanie dwóch wcześnie rozwiniętych synów staje się dla niej wyzwaniem i miną dziesięciolecia zanim ukończy swoją mistrzowską powieść. Gdy jest gotowa ponownie stanąć w świetle reflektorów, wrócić do życia, które porzuciła dla miłości, zdrada na miarę szekspirowskiej tragedii zmusza ją do podważenia wyborów, jakich dokonała w życiu.

Epicka, inspirująca, niesłychanie ambitna i napisana oszałamiająco dobrym językiem książka Zmartwychwstanie Joan Ashby to historia o poświęceniu i macierzyństwie, obciążeniu talentem i oczekiwaniami. Wspaniały debiut Cherise Wolas to opowieść o kobiecie obdarzonej niezłomną ambicją i jej zmaganiach z życiem.

Cherise Wolas jest pisarką, prawniczką i producentką filmową. Urodzona w Los Angeles, mieszka z mężem w Nowym Jorku. Zmartwychwstanie Joan Ashby to jej debiut literacki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 821

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




Część I

PISZE SIĘ KOLEJNA HISTORIA

Ēka aura kahānī likh di

1.

Joan Ashby od samego początku była szczera wobec Martina Manninga.

– Powinieneś wiedzieć o mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, pisarstwo zawsze będzie dla mnie najważniejsze. Po drugie, dzieci nie wchodzą w grę. Nie odczuwam potrzeby, pierwotnej ani żadnej innej, bycia matką.

Martin uśmiechnął się, zajrzał pod obrus w kratkę – „Na wszelki wypadek, gdyby ukrywały się tam te urwisy, których nie chcesz” – po czym sprawdził zawartość jej kieliszka do wina.

– Pochlebia mi to – powiedział – ale czy taka dyskusja nie jest przedwczesna?

Energicznie potrząsnęła głową.

– Prawda nigdy nie jest przedwczesna. Nie chcę wprowadzać cię w błąd.

Kiedy przestało już być za wcześnie na taką rozmowę, kiedy oboje uznali, że to miłość na poważnie, kiedy Joan powtórzyła dwukrotnie te dwie prawdy o sobie samej – w Battery Park, wpatrując się w Statuę Wolności, zieloną i odległą, i fale wzburzone na wiosennym wietrze, oraz na ławce w Central Parku, czytając niedzielną gazetę, kiedy oboje siedzieli zlani potem w prawie trzydziestoośmiostopniowym upale – Martin nigdy się nie zawahał, zawsze odpowiadał w ten sam sposób.

Jedynie raz sam rozpoczął rozmowę na temat jej obaw. Kładąc obie dłonie na sercu, złożył deklarację:

– W moich planach życiowych nie zakładam wersji samego siebie wypisanej małymi literami. Nie potrzebuję niczego więcej poza czasem, który będziesz gotowa mi podarować. Razem mamy wszystko, jesteśmy najbardziej wyjątkową parą, jaką można być.

Roześmiała się, ponieważ rozumiał, ponieważ był czarujący, ponieważ nigdy nie spodziewała się, że zostanie obiektem takich romantycznych uniesień, ale pomyślała sobie, że źle użył tego porównania – wyjątkowość każdego z nich nie miała nic wspólnego z tym, jaką byli parą.

W zimowy niedzielny poranek zawarli jednoznaczny pakt – jeśli w przyszłości będą razem, nie odłożą na bok swojego życia z powodu prokreacji. Joan poprosiła Martina, żeby złożył taką przysięgę, kiedy leżeli razem w jej łóżku, w mieszkaniu w East Village, potem kazała mu usiąść, podnieść prawą dłoń i powtórzyć to raz jeszcze. Kiedy powiedział: „Obiecuję. Żadnych dzieci”, zaczął padać śnieg, uciszając miasto, i zostali w łóżku przez cały dzień. Przed zmrokiem, kiedy Martin wrzucał rzeczy do swojej torby na weekendowe przyjazdy, śnieg przestał padać, ale na zewnątrz wciąż panowała cisza, przez białe zaspy, które się nagromadziły, nie przedzierał się żaden samochód, żadna taksówka. Okolica, w której mieszkała Joan, obrzydliwa i wyniszczona, zamieniła się w zimową krainę z bajki.

Przez swoje okna w salonie, cztery piętra nad ziemią, Joan przyglądała się, jak Martin krok po kroku brnął w swoich mokasynach przez zasypaną śniegiem ulicę, swoimi śladami jako pierwszy naruszając nieskazitelną biel. Zmierzał na Penn Station, żeby złapać pociąg powrotny do Baltimore o osiemnastej zero pięć. Przeskoczył przez zaspę na krawężniku, wylądował na chodniku i zatrzymał się. Dostrzegł ją w oknie, pomachał jak szalony, potem skręcił za rogiem i zniknął z pola widzenia. Piętnaście minut później Joan siedziała w swojej flanelowej piżamie przy porysowanym drewnianym stole w jadalni, od dawna używanym jako biurko, czytając korektę Fikcyjnego życia rodzinnego, które wkrótce miało zostać opublikowane. Spojrzała na wazonik, podarowany jej przez Martina, w którym nie stały zimowe kwiaty z oranżerii, ale pałeczki czerwonej lukrecji, ponieważ dowiedział się, że je lubiła – przyjemność, na którą w granicach rozsądku sobie pozwalała, kiedy praca dobrze jej szła. Robiła korektę autorską do późnego wieczora, ze świadomością, że się uśmiecha i że nigdy dotąd nie pracowała z takim wyrazem twarzy. Miesiąc później doktor Martin Manning oświadczył się Joan Ashby.

Wesele było skromne. Ceremonia, sugestywna i poruszająca do głębi, odbyła się w małym parku na Manhattanie, pośród rabatek czerwonych i żółtych tulipanów o rozkwitniętych i otwartych kielichach. Suknia Joan, długa i biała, była skromna, prosta, naga smukła szyja i odkryte ramiona wystawione na promienie słońca wczesnej wiosny, włosy zaplecione w warkocz upstrzony drobnymi białymi kwiatuszkami. Martin miał na sobie elegancki czarny garnitur i poważny krawat.

Nie towarzyszył im nikt z rodziny. Ojciec Martina, którego Joan spotkała jedynie raz, odkąd byli zaręczeni, został pochowany w Kolumbarium Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w Annapolis, w deszczowy dzień, trzy miesiące wcześniej. A kiedy Joan z ociąganiem zadzwoniła do swoich rodziców, żeby ich zaprosić, matka odpowiedziała:

– Impossible, mais nous vous souhaitons bonne chance.

To niemożliwe, ale życzą szczęścia. Eleanor Ashby nie była Francuzką, a jej noga nigdy nie stanęła we Francji, ale biegle – choć rzadko – mówiła w tym języku, który często proklamowała jako język swojej prawdziwej duszy, nalegając, żeby Joan także perfekcyjnie go opanowała. W opinii Joan to, czy Eleanor Ashby w ogóle miała duszę, pozostawało kwestią dyskusyjną, ale francuski zwrot bonne chance wskazywał na to, że jej matka próbowała być uprzejma. Fakt, że zastosowała formalne vous zamiast intymnego tu, wyraźne zaprzeczenie istnienia pomiędzy nimi relacji matka–córka, podciął skrzydła tej uprzejmości, ale i tak było to więcej, niż Joan się spodziewała.

– Merci, maman – odparła Joan z poczuciem ulgi, że nie będzie musiała się z nimi spotykać.

Gości nie było po równo. Znajomi zaproszeni przez pana młodego znacznie przewyższali liczbą gości panny młodej. Wszyscy kumple Martina z college’u i akademii medycznej przebyli długą drogę ze stanów, które stały się ich rodzinnymi domami, a dziesięciu jego nowych kolegów z Rhome przyjechało jednym środkiem transportu z kampusu, gdzie znajdował się szpital i laboratoria, położonego jakieś trzydzieści kilometrów za miastem. Wśród gości była Annabelle Iger, dawna koleżanka Joan z wydawnictwa Gravida Publishing, najbliższy odpowiednik prawie najlepszej przyjaciółki, jaką kiedykolwiek miała, razem z kilkoma innymi koleżankami, z którymi zdołała się zakolegować i utrzymać znajomość, zanim zaczęła robić olśniewającą karierę.

Po tym jak złożyli z Martinem ślubowanie, wsunęli sobie nawzajem na palce ślubne obrączki i zajęli się pierwszym małżeńskim pocałunkiem, niewielka grupa zebranych zaczęła wznosić okrzyki i oklaski.

– Wasza miłość sprawia, że czuję w kościach pragnienie miłości, tylko że… krótkoterminowej – powiedziała do nich obojga już po ceremonii Annabelle Iger.

– Idź do mojego przyjaciela Maxa – odparł Martin. – Jest zabawny, bystry i chyba myśli podobnie jak ty.

A Joan dodała szeptem do Iger:

– Ma też ponętne usta.

W pobliskim francuskim bistro, nieco w dole wzgórza, goście weselni pili, świętowali i tańczyli prawie do czwartej nad ranem.

Obudzili się po południu.

– Żono – powiedział Martin.

– Mężu – odparła Joan.

To słowo dziwnie brzmiało w jej ustach, słowo, którym nigdy nie spodziewała się zwracać do mężczyzny ani w swoim łóżku, ani poza nim. Zastanawiała się, cóż jeszcze mogło oznaczać, poza małżonkiem, partnerem, czy nie lepiej oszczędnie go używać. Potem znowu spletli się razem w uścisku.

Tego samego dnia wieczorem Martin wrzucił walizkę Joan do bagażnika pracującej na jałowym biegu taksówki, po czym sam także wyjechał z miasta i wrócił do Rhome, do świeżo zakupionego domu, do swojej praktyki lekarskiej i pracy badawczej, podczas gdy jego panna młoda odleciała, żeby uczestniczyć w zagranicznej części trasy spotkań autorskich wokół Fikcyjnego życia rodzinnego. Mieszkanie Joan zostało opróżnione, właściciel otrzymał wiadomość, że na stałe rezygnuje z wynajmu, a kiedy wróci do Stanów, nie wyląduje na lotnisku JFK ani na La Guardii, tylko pod Waszyngtonem. Potem Joan poleciała na drugą stronę oceanu, podróżowała pociągami, rozpakowywała rzeczy w wytwornych zagranicznych pokojach hotelowych, czytała fragmenty swoich opowiadań mniejszym i większym grupom czytelników, podpisywała książki, po czym wieczory spędzała z właścicielami księgarni, krytykami, recenzentami, emisariuszami zamorskich wydawców, kolegami pisarzami, słuchając ciętych debat o tym, które nowe powieści były przerażające, którzy pisarze zostali niesłusznie pobłogosławieni, chociaż nie zasługiwali na tak pełne uwielbienia, kwieciste pochwały, czyja praca została niesprawiedliwie pominięta. Potem Joan znowu znajdowała się w świetle jupiterów, zasypywana deszczem pytań o to, co sprawiło, że pisze, dlaczego napisała to, co napisała, i kiedy zostanie opublikowana jej pierwsza powieść.

Codziennie pisała specjalną kartkę dla Martina i wyprawiała ją w drogę, z naklejonym w rogu ładnym znaczkiem z kraju, w którym akurat przebywała. Kiedy udało im się porozmawiać przez telefon, mawiał:

– Wspaniale jest wyjmować przesyłki od ciebie z naszej nowej skrzynki na listy. Czytam twoje kartki i całuję twój podpis, po czym przypinam każdą z nich na ścianie w kuchni.

Kiedy Joan wróciła do domu, okazało się, że Martin zrobił kolaż ze wszystkich słów, które napisała.

Minęły dwa miesiące, odkąd wzięli ślub, trzy tygodnie, od kiedy zamieszkała na stałe w Rhome, a wysoki, przystojny mąż Joan klęczał, choć nie zrobił tego przy oświadczynach, przyciskając swoje dłonie, które jego koledzy nazywali „cudownymi”, do jej płaskiego brzucha.

Joan położyła swoje dłonie na jego głowie, w geście przypominającym błogosławieństwo, czując jedwabistość jego brązowych włosów pod palcami, na których nie miała niczego poza wąską ślubną obrączką z platyny na serdecznym palcu. Obrączka nadal wydawała się jakimś nieznanym obciążeniem, widokiem, który zaskakiwał ją kilkakrotnie w ciągu dnia, kiedy podnosiła wzrok znad kartki wciągniętej w maszynę do pisania i dostrzegała ten srebrzysty blask.

Nowo poślubiony mąż klęczał na kolanach, na pomalowanej farbą drewnianej podłodze, w jej nowym gabinecie, w ich nowym domu. Podłoga była z klonu, ale bejca nabrała dziwnego pomarańczowego zabarwienia, więc kiedy Joan w końcu tutaj dotarła, pudła zostały rozpakowane, jej ostatnie spotkanie ze sporym tłumem czytelników w Barnard College stało się wspomnieniem, które nadal wywoływało w niej dreszczyk emocji, podobnie jak ten wybuch śmiechu, jaki nastąpił, gdy powiedziała, że Martin też nie chce mieć dzieci i tylko chciałby wiedzieć, czy pewnego dnia mogliby wziąć sobie psa – wtedy pomalowali podłogę na biało. Trzy kolejne warstwy w trzy kolejne soboty, aż podłoga w jej gabinecie błyszczała.

Martin klęczał, a Joan przez cienki sweter czuła żar jego dłoni wypalający piętno na jej skórze i zdała sobie sprawę, że się modli, nie do Boga ani do boga, ponieważ religia nie była częścią jej wychowania, ale że wznosi swoje własne modły, kojącą mantrę, której nauczyła się w dzieciństwie, powtarzając ulubione słowa – „chronometryczny”, „kasandryczny”, „roztrzaskany”, „zaszpachlowany”, „wyszperany”, „obłąkany”, „rozprzężony”, „spłaszczony”, „roziskrzony”, „postrzępiony”, „egzaltowany”, „naszkicowany”ptyczne wyrównywanie marp – cicha recytacja, słowo za słowem, błaganie, wołanie o pamięć, o życzliwość, o sprawiedliwość. Te słowa, jedno po drugim, brzmiały w jej głowie, a potem Martin podniósł na nią wzrok, uśmiechnął się, i Joan zobaczyła ten jego uśmiech, i poczuła przypływ strachu, odwróciła oczy od błogiego wyrazu jego twarzy i spojrzała w kąt pokoju, gdzie dostrzegła, że pominęli jedno miejsce, pasek drewna nie tak śnieżnobiały jak reszta.

– Joan… – odezwał się, wciąż trzymając ręce na jej brzuchu, jakby swoimi długimi palcami chirurga mógł utulić to coś nieskończenie małego i niechcianego, co znalazło schronienie wewnątrz jej ciała.

W jego brązowych oczach widać było rozanielony błysk. Nigdy nie widziała, żeby uronił łzę, nawet na pogrzebie swojego ojca, ale teraz istniało takie zagrożenie, i przez głowę przemknęło jej kolejne ulubione słowo, „drżący”, ponieważ pod rzęsami Martina czaiły się drżące łzy, gotowe, by popłynąć, i tym razem nie była w stanie odwrócić wzroku, mogła jedynie wpatrywać się w niego, ponieważ jej ciało naprężyło się, zesztywniało, serce zaczęło jej walić z przerażenia, w uszach dźwięczał jej biały szum, a w myślach nadal recytowała słowa – „bezładny”, „brodaty”, „przedmuchiwany”, „uzewnętrzniany”, „bezcelowy”, „przemilczany” – choć słyszała, jak mówi:

– Nigdy nie byłem taki szczęśliwy.

Przyglądała się, jak podniósł się z podłogi, a potem znowu się odezwał:

– Musimy to uczcić. Pojadę i kupię jakiegoś szampana i coś musującego, bezalkoholowego dla ciebie.

A potem wyszedł z jej gabinetu, słychać było ciężkie stąpanie po klonowych podłogach, kiedy przechodził przez pozostałą część ich małego domu, brzęk kluczy, kiedy wyciągnął je z miski na półce obok tylnego wyjścia, trzaśnięcie drzwiami, wycie silnika jego starej toyoty.

Szok nie wypuścił jej ze swojego uścisku. Stała niczym wrośnięta w białą drewnianą podłogę, zdruzgotana tym, że Martin nie pamiętał o ich pakcie, o przysiędze, jaką złożył tamtego śnieżnego dnia niecałe sześć miesięcy wcześniej, i tym, że on odczuwał instynkt, jakiego ona nie miała, od jakiego była kompletnie oderwana, już na samym początku. Szybki zabieg, prawie bez znieczulenia, macica oczyszczona i wymarła, bardziej opustoszała niż puste pokoje w ich nowym domu.

Przyszło jej na myśl opowiadanie ze zbioru Inne małe mieściny, które stało się rewolucyjnym hasłem wśród niewielkiej grupki najbardziej zagorzałych fanek Joan, i przypłynęły do niej pierwsze akapity:

Elizabeth wydało się słuszne, że powinna uwolnić swoją dłoń od tego palca z obrączką i pierścionkiem, które czyniły z niej jego własność. Kikut przestał krwawić, ale krwi było o wiele więcej, niż przypuszczała, powiększająca się kałuża na podłodze nowej kuchni właśnie zaczynała zastygać w bezruchu.

Krew z pewnością poplami białe płytki, białe fugi, ale może tak właśnie miało być, plamy nie do usunięcia przypominające o jej cierpieniu. Pochyliła się, żeby spojrzeć na krwawą kałużę, zaskoczona jej nasyconą barwą – intensywne, ciemne bordo, zupełnie jak ulubione wino Stuarta, a nie radosna czerwień, która opryskała opuszki jej palców, kiedy przecięła się papierem w biurze albo skaleczyła się nożem do krojenia, siekając warzywa na kolację. Zastanawiała się, jak trudno będzie to wyczyścić, i już prawie otworzyła szafkę ze środkami czystości, ale pomyślała sobie, po co ten pośpiech. Zostawi to na następny dzień.

Wstała i poczuła, jak kości wskakują z powrotem na swoje miejsce, czego nie doświadczała nigdy przedtem, zanim zabrał się do okładania jej pięściami. Na nowym blacie kuchennym, o nazwie Granit Centaura, leżał wszystkiemu winny palec. Z początku, kiedy go odcięła, był różowy, ale teraz zbladł i miał subtelny odcień niebieskiego. Niczym dzieło sztuki, naprawdę, rzeźba na postumencie w modnej galerii w centrum miasta, z tabliczką pod spodem, na której byłoby napisane „Pozbawiony życia”.

Jednak palec błyszczał z powodu pierścionka zaręczynowego, była taka uszczęśliwiona, mogąc być jego właścicielką, nosić go, ten rzadki i doskonały czterokaratowy diament, błyszczący w promieniach słońca, który nie miał żadnych zanieczyszczeń, żadnych plamek, żadnych zmatowiałych miejsc, żadnych ubytków, niczego, co zakłócałoby ten widok, w przeciwieństwie do jej własnego mętnego wzroku, kiedy przyglądała się gładkiej powierzchowności Stuarta, jego przystojnej twarzy i powiedziała: „Tak, Stuart, zgadzam się”, nie mając pojęcia o tej porywczości, której nie potrafił utrzymać w ryzach. Obok pierścionka z diamentem owinięta wokół niego ciasno, niczym śpiący wąż, usadowiła się złota obrączka ślubna, która zawsze była zbyt ciasna.

Nie mogła sobie wyobrazić twarzy Stuarta, kiedy wróci i zobaczy tę zakrwawioną podłogę, jej martwy palec na ladzie, który zastygł w oskarżycielskim i potępiającym geście. Jakież to dziwne, że całe to piłowanie nie zepsuło jego ładnego, delikatnego kształtu, nie zdrapało lakieru z paznokci. Nawet teraz ten odcień wciąż wyglądał ładnie, blady róż o nazwie Księżniczka z Bajki…

Joan pomyślała, że może jeszcze nie było za późno, żeby zsunęła z palca swoją własną obrączkę ślubną, by powiedziała Martinowi, że ich krótkie małżeństwo dobiegło końca, że jedyną ideą, jaka ją interesowała, było to, co powoła do życia na kartce papieru.

Ich dom znajdował się w nowej części miasteczka, niektóre drogi wciąż czekały na wybrukowanie, market był szesnaście kilometrów stąd, sklep monopolowy tuż obok. Martin przyjechał z powrotem do domu po jakiejś godzinie, a sama myśl o tym, że wróci rozpromieniony, strzelając korkiem od szampana, wznosząc toasty, sprawiła, że Joan zaczęła oddychać urywanym oddechem i otworzyła usta niczym pies, którego powinni sobie byli natychmiast sprawić. Zrobiło jej się słabo, widziała wszystko jak przez mgłę, jakby jej niebieskie irysy stały się czarne i położył się na nich jakiś cień. Zdołała dojść do krzesła, zanim nogi odmówiły jej posłuszeństwa, włożyła głowę między kolana i czekała.

Kiedy przejrzała nieco na oczy, a serce teraz tylko kłusowało, usiadła i spojrzała na półki, które zawiesił Martin, wypełnione egzemplarzami jej dwóch nagrodzonych bestsellerowych książek, na wszystkie te rozmaite okładki, tytuły w niezliczonych językach, dowód, że miała czytelników na całym świecie. Spojrzała na lampę na elastycznym ramieniu, którą znaleźli na wyprzedaży podwórkowej, kiedy zamieszkała z nim w Rhome, na stary, wysłużony drewniany stół do pokoju jadalnego, przywieziony z Nowego Jorku, na którym napisała swoje opowiadania, na swoją solidną maszynę do pisania, Olivetti Praxis, którą uwielbiała, na czterysta stron swojej pierwszej książki, którą nazywała Współczującymi egzekutorami. Chciałaby móc cofnąć czas do chwili, zanim przyjęła zaproszenie na drinka od Martina w tamtym barze w Annapolis.

Spojrzała na wąską obrączkę ślubną na swoim palcu, na ukrytą pod spodem inskrypcję – „MM kocha JA” – i pomyślała, że z łatwością mogłaby położyć ją Martinowi na dłoni, podzielić rzeczy, pozwolić mu odkupić dom, a może po prostu mu go podarować, przekazać go aktem notarialnym jako rodzaj nagrody pocieszenia za koniec ich małżeństwa. Miała teraz trochę pieniędzy, nie utknie w pokrytym sadzą East Village z jego gryzącymi w nozdrza ulicami i budynkami napiętnowanymi agresywnym graffiti. Spakowanie rzeczy i zorganizowanie firmy przeprowadzkowej zajęłoby niecały tydzień. Kiedy będzie szukała nowego mieszkania w Nowym Jorku, mogłaby zamieszkać u Iger, obecnie starszej redaktorki w wydawnictwie Gravida i świeżo upieczonej właścicielki apartamentu z dwiema sypialniami na Upper East Side. Joan mogłaby tego wszystkiego dokonać, pomyślała sobie, nie tracąc zbyt wiele czasu i nie odrywając się za bardzo od książki. Zbyt wiele działo się w życiu Silasa i Abego, jej młodych płatnych morderców, pełnych współczucia egzekutorów, żeby teraz miała zwolnić kroku.

Głośny dźwięk melodyjki samochodu-lodziarni przerwał jej gorączkową ciszę, piosenka była coraz głośniejsza, kiedy furgonetka jechała przez niedokończoną dzielnicę, a jakiś mężczyzna krzyczał: „Zaczekaj, zaczekaj! Masz jeszcze dwóch małych klientów!”, co przywiodło Joan na myśl samotne, nieprawdziwe dzieciństwo, którego ona i Martin doświadczyli. Matka Martina zmarła, kiedy zarówno on, jak i ona byli na to za młodzi, pozostawiając go z surowym ojcem, od zawsze admirałem marynarki wojennej, który nigdy go nie przytulił, nie położył ciepłej dłoni na jego głowie czy ramieniu. Życie Joan, niechcianej w domu swoich rodziców, zagubionej i samotnej, jeśli właśnie nie czytała albo nie pisała w swojej sypialni na piętrze, schowanej w miejskiej bibliotece, robiąc jedno albo drugie. Sposób, w jaki patrzyli na nią rodzice, jakby jej związek z nimi, jej istnienie były jakąś niezrozumiałą układanką. Natychmiast zobaczyła swojego ojca, pod koniec dnia pracy, prawie nieruchomego w swoim fotelu – wiadomości w telewizji, krzyżówka na kolanach, szklaneczka czystego burbona obok, głowa odwrócona do żony, matki Joan, która stała po drugiej stronie salonu, ze słuchawką przyciśniętą do zadbanej fryzury, z wymalowanymi szminką ustami otwartymi szeroko w udawanym zaskoczeniu, kiedy słuchała sekretów swoich przyjaciółek czy plotek, które krążyły dookoła. Konspiracja pomiędzy tymi ludźmi, których Joan nazywała Matką i Ojcem, kiedy ona odkładała słuchawkę i kołysząc biodrami, szła, żeby usiąść na jego kolanach, ten nierozerwalny krąg ich dwojga, któremu Joan przyglądała się z boku, siedząc na szczycie schodów, gdy niezależnie od tego, ile akurat miała lat, skończyła już swoje czytanie i pisanie danego dnia. Sposób, w jaki pochylali ku sobie głowy w ciągu tych przeciągających się minut w salonie, a potem przy stole w kuchni, opowiadając sobie, jak minął im dzień, i nigdy o nic nie pytając Joan. Pamiętała te obrzydliwe kolacje z wątróbką cielęcą roboty jej matki i ojca, bladego i zimnego, gdy tak rozszarpywał to mięso, skrobiąc nożem i widelcem po talerzu.

Martin nie był blady i zimny, pomyślała, siedząc w swoim gabinecie w Rhome. Był błyskotliwy, równie zafascynowany swoją pracą jak ona. Był silny i zaangażowany, dobry i przystojny, zawsze wyglądał, jakby właśnie spędził słoneczny dzień na plaży albo w zawrotnym tempie zbiegał w dół po zboczu, promieniejąc wewnętrznym światłem. Spędzał całe dnie na kampusie, w laboratorium albo na szpitalnych salach operacyjnych, ale kiedy się pojawiał, lubił muzykę, rozmowy i mnóstwo ludzi, za czym ona nie przepadała. Fakt, że czasem potrafiła być czarująca, sprawiał, że ludzie niesłusznie brali ją za istotę towarzyską, podczas gdy ona wolała bić się z własnymi myślami w samotności. Nauczyła się czerpać przyjemność z przyjęć, na które chadzali, postrzegając je jako empiryczne przerywniki, potencjalną pożywkę dla jej przyszłej pracy.

Ludzie szukali towarzystwa doktora Martina Manninga, chcieli z nim przebywać, uważali go za swojego najlepszego przyjaciela. I był najlepszym przyjacielem, troskliwym, taktownym, życzliwym, biorącym pod swoje skrzydła świeżo upieczonych lekarzy odbywających staż. Dzieci też do niego lgnęły. W Nowym Jorku, kiedy przyjeżdżał do niej na weekendy, widziała, jak niemowlęta i dwulatki uśmiechały się do niego, machały ze swoich wózków, a kiedy oboje przechodzili obok, ona omijała wózki na grubych oponach, a on nachylał się nad nimi, rzucając krótkie przywitanie i mówiąc: „Ładna czapka, przyjacielu, idziesz na ryby?” albo „Masz na sobie taką ładną sukieneczkę, aż żałuję, że nie mam w tej chwili w ręce aparatu”. Nieraz opowiadał Joan, że kiedy był chłopcem, miał niemożliwe do spełnienia pragnienie – chciał mieć rodzeństwo i kuzynów, z którymi mógłby się pobawić w czasie świąt, chciał w ogóle mieć święta, obchodzone ze śmiechem i hałasem. Tymczasem jego rodzice, podobnie jak rodzice Joan, byli jedynakami.

Jakim sposobem mogło jej całkowicie umknąć to, że Martin może potrzebować ludzi, którzy będą do niego przynależeć poprzez więzy bardziej trwałe niż przyjaźń, że bycie zastępczym starszym bratem wobec przerażonych lekarzy stażystów może mu nie wystarczać, że machanie do cudzych dzieci nie zaleczy rany w jego sercu? Przysiągł jej, że nie będą się rozmnażać. Być może składał tę przysięgę uczciwie, a może nie. Niezależnie od tego Joan miała dowód, że pragnął dziecka, pragnął tego dziecka.

Spojrzała na zegar na swoim biurku. Staromodny przedmiot, który należał do ojca Martina, jedna z niewielu rzeczy, jakie zatrzymał, kiedy sprzedał wszystko z domu w Annapolis, łącznie z samym domem. Zegar był pękaty jak ojciec Martina. Wskazówki spowolnione, w przeciwieństwie do ojca Martina, tykanie stawało się głośniejsze, kiedy Joan trudniej przychodziło pisanie, poza tym wcale nie słyszała tego dźwięku. Zaskoczyło ją to, że Martin zatrzymał zegar, chociaż słyszała, z jakim przerażeniem obserwował go, kiedy dorastał, odliczając godziny, potem połówki godzin, minuty, sekundy, dopóki ojciec nie wracał do domu z akademii. Przed kolacją wyrzucał Martina na podwórze z tyłu domu, wykrzykując wojskowe ćwiczenia, które chłopiec miał zrobić: „Na ziemię, chłopcze, zrób mi tu czterdzieści pompek”. A kiedy już w milczeniu zjedli kolację, Martin znowu spoglądał na zegar. Zawsze dziesięć minut po tym, jak skończył zmywać naczynia, ojciec żądał od niego odrobionych zadań domowych, czekając z czerwonym piórem wciśniętym między grube palce dłoni wiceadmirała.

Patrząc na powolny ruch wskazówki sekundowej, Joan nie mogła doliczyć się, ile minut minęło od chwili, kiedy Martin wyruszył z domu w poszukiwaniu kielichów, żeby wznieść nimi iluzoryczny toast.

Dzień wcześniej jej znajomość historii tego zegara nie zmieniała tykającej świetlanej przyszłości, jaka ich czekała. Jednak teraz czuła to, co musiał czuć kiedyś Martin, czekając, aż wskazówki pokażą budzącą postrach godzinę. Czas się kończył. Nagle przestrzeń ich przyszłego życia razem wydała się skurczona do zera.

Joan zrozumiała teraz, że jeśli urodzi to dziecko, będzie to oznaczało drugie dziecko. I tylko termin będzie podlegał dyskusji. Martin będzie chciał stworzyć podwaliny rodziny, dzieci Manningów, które będą mieli obowiązek wykarmić przez całe lata, chociaż Martin będzie je postrzegał jako dar. Dzieci Manningów, które dorosną i będą miały swoje dzieci, i ich dzieci będą miały dzieci, i tak dalej, dopóki nikt nie zostanie pozostawiony samemu sobie. Przeciwieństwo stylu życia Joan, przeciwieństwo tego, czego potrzebowała do swojej pracy. Wiedziała, że inne kobiety potrafiły to wszystko pogodzić, robiły tak od wieków. Jednak większość tych kobiet pragnęła zostać matkami i spełniały to pragnienie, jak wyobrażała sobie Joan, z całym arsenałem przekonań, jak to będzie wyglądało, a nawet wiarą w swoje zdolności macierzyńskie, w swoje kwalifikacje. Ta wiara i przekonanie o szlachetności macierzyństwa, wspierając i uspokajając, dawała im odpowiedzi na pytanie, jak odnaleźć w tym wszystkim drogę. Nie była taka jak te kobiety. Nie pragnęła macierzyństwa, nie miała żadnej podskórnej wiary w swoją umiejętność poradzenia sobie z ogromem tych obowiązków ani nie była zainteresowana domniemanym majestatem tego doświadczenia. Zawsze miała inne odczucia, nigdy nie tęskniła za małżeństwem ani za dzieckiem, nigdy nie bawiła się w dom, nigdy nie bawiła się lalką, którą dostała na piąte urodziny, tak realistyczną z tą miękką skórą, gaworzeniem, chichotem i płaczem, kiedy nacisnęło się mocno na jej brzuch. Nie mogła znaleźć odpowiedzi, ponieważ te wszystkie sprawy związane z domem nigdy jej nie interesowały, a jedynym przekonaniem, jakie żywiła, była świadomość – jak mawiała jej matka, niezależnie od istniejącej sytuacji – że nie jest ulepiona z tej samej gliny. I wcale tego nie chciała.

Gdyby Joan zgładziła to coś wewnątrz niej, musiałaby odejść od Martina albo on musiałby odejść od niej. Radość, która rozpromieniła jego twarz, wprawiła w drżenie jego głos, kiedy zakomunikowała mu te straszliwe wieści, zadające kłam ich przysiędze, stanowiły jasny dowód na to, że takie zerwanie byłoby konieczne. Rozwarcie i wyłyżeczkowanie, nakłucie komórek, które szybko namnażały się we wnętrzu jej ciała, które w odpowiednim momencie utworzą twarz, serce, dwie małe stópki, odebrałyby im szczęście, gdyby dokonała tak drastycznego wyboru.

Dałaby sobie radę bez Martina. Wsadziłaby pod pachę swoją miłość do niego i polegała, jak zawsze, na wyjątkowych cechach, które wykształciła w sobie w pozbawionym miłości dzieciństwie. Te cechy – obiektywizm oraz ponadprzeciętne umiejętności percepcyjne i obserwacyjne – pozwoliły jej przebrnąć przez te koszmarne lata i to dzięki nim stała się pisarką. Bez miłości Martina jej bieżący kontakt ze światem uległby osłabieniu, ale życie w pojedynkę także sprzyjało jej pracy, a była na tyle zawzięta, żeby się zaadaptować. Powrót do poprzedniego życia, takiego, jakie sobie zaplanowała, nie stanowiłby problemu, ale kiedy spuściła wzrok, dostrzegła własne dłonie troskliwie obejmujące brzuch. Nagle kurczowo je ścisnęła.

Westchnęła. To prawda, że była o wiele szczęśliwsza z Martinem niż wcześniej bez niego. Jednak czy trzymanie się tej miłości warte było przecierpienia tych gigantycznych zmian, jakie miały przewrócić do góry nogami jej życie, jeśli będzie żywić tę mikroskopijną plamkę przez kolejne miesiące, zdrowo się odżywiać, nie pić alkoholu, myśleć pozytywnie – co nie przewidywało nadziei, że poroni – i sprowadzi na ten świat niemowlę, które pozostanie już na zawsze ich dzieckiem? Czy w ogóle brała pod uwagę zwolnienie Martina ze złożonej przysięgi? Urodzenie tego czegoś?

Jak by to wyglądało, gdyby to zrobiła, tak hipotetycznie? Czym w takiej sytuacji ludzie przeważnie się zamartwiają? Zdrowiem psychicznym matki, dobrą formą fizyczną ojca, zdrowiem płodu, pieniędzmi na koncie, dziadkami i tym, jak chcieliby, żeby się do nich zwracać – głupie zdrobnienia w rodzaju babunia i dziadunio – depresją poporodową, cięciami cesarskimi kontra naturalnymi porodami, wadami wrodzonymi, przodkami, historią, czasem.

Czym ona by się martwiła? Regularnością swoich codziennych zajęć, czasem na pisanie, czasem na czytanie, tym, jak rzadko pozwalała sobie na to, by zboczyć z kursu. Umiejętność Joan bycia obecną zarówno w realnym świecie, jak i w tych przez siebie wymyślonych, pośród postaci, które wydawały jej się bardziej rzeczywiste niż większość ludzi, jakich znała, niż ludzie, których znała i obserwowała w Nowym Jorku, obcy, których teraz analizowała w księgarniach, w bibliotece, na targu, na ulicach i w restauracjach Rhome.

Jeśli przeszłaby przez to, tak hipotetycznie, musiałaby być przy dziecku, nie mogłaby zrobić tego, co zrobili jej matka i ojciec, tego, co ojciec Martina zrobił jemu. Nie mogłoby być żadnego chłodu, izolacji, dystansu, niezadowolenia, żadnej kiepskiej niby-miłości. Dziecko miałoby prawo do radosnego dzieciństwa, co oznaczało, że ona, że oni musieliby mu zapewnić to radosne dzieciństwo. Musiałaby znaleźć w sobie dodatkowe pokłady miłości i cierpliwości, tych podziwianych cech, co do których miała wątpliwości, czy posiadała je w wystarczającej ilości, pełna wad, pochłonięta swoimi wymyślonymi istotami ludzkimi, tymi często poważnymi i rozdzierającymi serce sytuacjami, w jakich ich stawiała albo od jakich ich uwalniała. Musiałaby dobrowolnie dać całą siebie albo przynajmniej większość siebie. Poświęcenie, do którego gotowość tak głośno i dumnie ogłaszają młodzi rodzice, skłonni, jak mówią, by złożyć swoje życie w ofierze dla dobra swojego potomstwa… Czy Joan potrafiłaby to zrobić, poświęcić samą siebie, jeśli byłaby taka potrzeba? Ostatnio, tak naprawdę od wielu lat, w służbie swojej pracy, poświęcała innych, ale nigdy siebie.

Zaledwie dzień wcześniej przyszłość jasno rysowała się przed jej oczami, ale nagle nie można jej było dostrzec na horyzoncie, a wszystko przez przypadkowy wyłom, który pozostawił ją bezbronną.

Obróciła się na krześle i wyjrzała przez wielkie okno przed swoim biurkiem. Ogromny pofałdowany areał ich działki, garby ziemi, które wznosiły się i opadały na powierzchni dobrych stu sześćdziesięciu arów, rozpościerały się jak okiem sięgnąć. Nie mogła dostrzec, gdzie kończyła się ich posiadłość. Nie byli z Martinem ogrodnikami, i któż to wiedział, czy mieli rękę do uprawiania roślin, ale potrafiła sobie wyobrazić, jak ziemia zniknie, pokryta żywą zielenią, szmaragdowym dywanem miękkiej trawy, pojawi się huśtawka, piaskownica, drabinki. Mieli tak dużą posiadłość, że dziecko mogłoby mieć własny plac zabaw. Ale czy zabawa w parku nie byłaby lepsza? To, czego Joan unikała jako dziecko, nigdy nie odchodząc od biurka ani nie wychodząc z biblioteki publicznej, do której chodziła przez większość dni po szkole. Brak miłości uczynił z niej pisarkę, ale pisarski styl życia, przez większość czasu samotniczy, nie wyrządził jej krzywdy, a przynajmniej niezbyt wielką. Dopóki nie nastąpił ten skryty atak pływaków Martina, tylko spójrzcie, czego do tej pory dokonała…

Roześmiała się nagle pustym i piskliwym śmiechem, który szybko ucichł, po czym znowu próbował wydostać się przez jej gardło, szarpiąc struny głosowe – jakieś nieludzkie wycie, które na siłę powstrzymywała, chciało się uwolnić. Jakie to zabawne, w jednej chwili planować zabieg przerwania ciąży i powrót do samotnego życia, a w następnej projektować własny, prywatny plac zabaw dla niechcianego dziecka.

Zamknęła oczy i pomyślała, że to doskonały moment, żeby się rozpłakać. Nie płakała, odkąd skończyła siedem lat, odkąd znalazła pióro i notatnik i zaczęła powoływać do życia swoje własne postacie, ludzi, których mogła kontrolować i którymi mogła kierować, wiodących skomplikowane życie, jakie dla nich wybrała, dobro i zło, które byli zmuszeni przetrwać.

Kiedy otworzyła oczy, późnopopołudniowe słońce zmieniło swoje położenie, rzucając na jej maszynę do pisania snop ciepłego światła. Na jej palcu błyszczała platynowa obrączka. Gdyby napisała takie opowiadanie, gdyby Joan była jedną ze swoich bohaterek, czy postrzegałaby ruch słońca, blask obrączki jako omen, czy jako błogosławieństwo, coś, nad czym trzeba się zastanowić, czy co należy zignorować? Postaciom Joan często grunt, który niesłusznie uważały za pewny, usuwał się spod nóg, linia demarkacyjna pomiędzy kiedyś a teraz, punkt, z którego już nie było odwrotu, kiedy przedtem w ich życiu w jednej chwili się zmieniło. Opisywała wstrząsy, jakie przeżywali, potem przyglądała się ich odważnym wyborom, których dokonywali, żeby wreszcie powitać potem, niezależnie od tego, jakie działania w końcu podjęli. Nigdy nie wyobrażała sobie, że mogłoby to przydarzyć się jej ani że czułaby się tak, jakby grunt usunął jej się spod nóg, niczego nie było widać w zasięgu wzroku, jedynie niebo w takiej oddali.

Mogłoby to być jedno z jej opowiadań – o kobiecie, która staje w obliczu tego, co wydawało jej się nie do pomyślenia, i o swojej szaleńczej miłości z powodu tych wieści. Co zrobiłaby taka bohaterka? Po cierpieniu związanym z odkryciem, zbyt wcześnie, że jej dobry mąż jest niedoskonały, czy ta kobieta wydostałaby się z otchłani, otworzyła bardziej serce, nie porzuciła miłości albo nie wyeliminowała powstałego w niej nowego życia? Czy przyjęłaby z zadowoleniem pierwsze ruchy płodu, stałaby się cudowną kobietą w ciąży, kochającą matką, pławiącą się w blasku uwielbienia swojego pełnego wad męża, w domu, w którym dobro królowałoby nad złem, gdzie ostatecznie rany z dzieciństwa goiłyby się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Ta bohaterka mogłaby tak zrobić – i w całym tym procesie odkryć niewykorzystane zdolności, żeby żyć pełnią życia, w prawdziwym życiu, poza stronami opowiadań, które napisała, i powieści, nad którą właśnie pracowała. Ta postać nigdy nie porzuciłaby swojej pracy, swojego celu życia, pozostałaby poważną pisarką, bez względu na to, co zgotowało jej życie, skończyłaby swoją pierwszą powieść, i powieść, która powstałaby po niej, i kolejną, i wszystkie powieści, jakie powstałyby później, ponieważ pisałaby i kochałaby swoje nieplanowane dziecko, podobnie jak kolejne, z biegiem cudownych lat. Oczywiście w historii tej kobiety potrzebne by były wątki tragedii, nieszczęścia, katastrofy, pecha i złamanego serca, ale nie czas było nad tym rozmyślać. Wiedziała, że potrafiłaby napisać takie opowiadanie, ale czy mogłaby uczynić samą siebie jego bohaterką, stać się tamtą tytułową Joan?

Usłyszała, jak samochód Martina z łoskotem wjechał na podjazd, przeciągły świst ulgi silnika, kiedy zdał sobie sprawę, że może odpocząć, i pomyślała: chyba spróbuję.

– Joan Ashby-Manning, gdzie jesteś? – zawołał Martin i natychmiast przyszło jej na myśl, dlaczego zgodziła się przyjąć jego nazwisko, chociaż jego zastosowanie ograniczało się do ich życia prywatnego, nazwiska na wspólnych rachunkach bieżących i kontach oszczędnościowych.

Słyszała, jak szeleścił papierowymi torebkami w kuchni. Dźwięk szybko rozchodził się po tak małym i zwartym domu, z trzema sypialniami i dwiema łazienkami. Naprawdę idealnym dla młodej rodziny. Nie wymyślili jeszcze, co zrobić z tym trzecim pokojem, w którego pustce rozbrzmiewało echo.

Siedząc przy biurku, usłyszała wystrzał korka, szum nalewanego do kieliszka płynu, potem szelest folii aluminiowej zdartej z butelki musującego cydru jabłkowego, który najwyraźniej piły wszystkie kobiety w początkach ciąży – fałszywy eliksir świętowania.

Joan spojrzała na napisanych w pocie czoła Współczujących egzekutorów i zastanawiała się, czy da radę skończyć książkę na czas.

– Jeszcze siedzę na górze, Martin, ale już schodzę – zawołała.

Przyszła do niego do kuchni. Musujący cydr jabłkowy w szklance ze żłobkowanego szkła, którą jej podał, przypominał pojemnik na mocz do badania, ale płyn był z pianką, z musującymi bąbelkami, z zaskakującą, delikatną słodyczą, którą czuła przez długie sekundy na języku. Wyszli przez tylne drzwi i stanęli razem na swojej ziemi. Kiedy sięgnął po jej dłoń, pozwoliła mu na to, czuła się tak, jakby pochłaniał ją całą.

– Dziękuję – powiedział Martin. – Wiem, ile to znaczy.

Nadal była w otchłani, nie była w stanie dostrzec tej niebezpiecznej ścieżki, którą będzie musiała się wspiąć, żeby znowu poczuć grunt pod stopami, więc nic nie odpowiedziała, milczała, ćwicząc to, co, jak sądziła, zrobiłaby Joan – siedzenie cicho, pozostawienie swojego zdania dla siebie, przemyślenie wszystkiego.

Martin co jakiś czas znowu jej dziękował, i znowu, i znowu, zawsze szeptem, aż światło wykrwawiło się z nieba, a błękit stał się pogrążoną w smutku szarością. Stojąc przy tylnym wejściu, zanim Joan weszła za Martinem do domu, jeszcze raz podniosła wzrok, spróbowała pomyśleć o niebie, jak o czymś więcej, jak o niebiosach, miejscu, do którego wysyła się życzenia, gdzie one są spełniane, ale przypominało jej ono tylko starą, wyżętą do sucha szmatę.

2.

Joan Ashby nawet przed sobą nie mogła zaprzeczyć prawdzie – w ciąży była boginią. Siła hormonów sprawiła, że jej wrodzone dobre zdrowie stało się zauważalne i wręcz doskonałe. Skóra lśniła, białka oczu błyszczały, a długie włosy, które zawsze przypominały wodospad czarnych loków, rosły w zapierającym dech tempie i sięgały już do talii, nieustannie łaskocząc ją w gołą skórę, kiedy spała. Rzęsy Joan zamieniły się w liście palmy nad jasnoniebieskimi oczami, które też się zmieniły, ich kolor nabrał egzotycznej głębi, zaskakiwały ją, kiedy podnosiła wzrok, myjąc zęby. Zawsze była obiektywna, jeśli chodzi o swoją urodę, ale nawet ona była zadziwiona, kiedy własne odbicie migało jej w lustrze. Była boginią, a w kąpieli, która stała się jej codziennym wieczornym rytuałem, czuła się jak syrena.

Często w myślach dziękowała temu dziecku za to, że było bardziej myślące, niż się wcześniej spodziewała. Obawiała się, że będzie ją karało za to, że go nie chciała, ale nie cierpiała na poranne mdłości ani nie była wyczerpana, a w miarę jak rosło, ładnie układało się w środku, z gracją ją zaokrąglając, nie nadszarpując przy tym naturalnej fizycznej delikatności Joan i nie nadając jej ciału jakichś nieporęcznych i niezgrabnych kształtów.

Serdeczni mieszkańcy Rhome często zatrzymywali ją na ulicy, zapewniając, że będzie cudowną matką, czasem pytali o pozwolenie, a czasem bez pytania sięgali ręką i głaskali ją po brzuchu, mówiąc: „Niech się szczęści”, chociaż nie bardzo wiedziała, czy to ona im miała przynieść to szczęście, czy też oni jej. Wieczorem, po kąpieli, kiedy Martin chciał zrobić to samo, często mówiła:

– Proszę, nie rób tego. Dzisiaj pogłaskano mnie już tyle razy, że czuję się jak Budda.

W niewielkim Rhome nie była jedyną kobietą w ciąży. Mieszkało tam jeszcze sześć innych, ale ona uchodziła za największą gwiazdę miasteczka. Słynna pisarka z Nowego Jorku z szykownym mężem u boku, neurochirurgiem od oczu, który kupił dom na tym nowym osiedlu, oficjalnie jeszcze bez nazwy, choć niektórzy zaczęli już nazywać je Brzoskwiniowym Gajem, co nie miało dla Joan najmniejszego sensu. W sąsiedztwie nie rosły żadne brzoskwinie, w ogóle nie było tam żadnych drzew – przynajmniej na razie – ani trawy, ani ogrodów, jedynie sąsiedzi mieszkający z dala od siebie, którzy machali do siebie, wycofując auta ze świeżo wyrównanych podjazdów.

Małomiasteczkowe życie miało swoje zalety. Nie goniło jej stado wilków, jak to bywało w Nowym Jorku, gdzie nawet banalne sprawunki okazywały się warte uwagi, i ta ciągła irytacja podczas zakupów w sklepie, czytania gazety w pralni, kupowania świeżych owoców w warzywniaku. Jednak w Rhome nie była całkowicie anonimowa. W Opowiastce i Molu Książkowym, dwóch księgarniach w miasteczku, znajdujących się na przeciwległych krańcach ładnej, głównej ulicy nazwanej z fantazją Strada di Felicità, przez całe miesiące na wystawach prezentowano z maestrią jej książki, które w mgnieniu oka znikały z półek, więc ludzie rozpoznawali ją po zdjęciach na skrzydełkach tylnej okładki oraz z artykułów prasowych na jej temat w „New York Timesie” i „Washington Post”, w których zamieszczano jej zdjęcia. Jednak przechodnie podchodzili do niej nieśmiało, grzecznie, życzliwie, prosząc o autograf na tytułowych stronach książek, chcieli wiedzieć, po pogłaskaniu jej brzucha, kiedy dziecko przyjdzie na świat, czy ma na uwadze jakieś ulubione imiona, czy ona i doktor z łatwością się aklimatyzują. Joan uśmiechała się uprzejmie na to delikatne wtrącanie się, przedstawiała się, jak należy, poznawała imiona i zawody, angażowała się w nieco inną wersję pogaduszek o życiu niż ta, do której zapewne miejscowi byli przyzwyczajeni. Miała skłonności do tego, by szybko sięgać poza sztuczność, zadając podchwytliwe, odważne pytania. Ale widziała, że jest lubiana, i czuła się mile widziana, nawet jeśli to właśnie dziecko pozwalało przełamywać pierwsze lody, a ciąża sprawiała, że wydawała się mniej onieśmielająca, bardziej przystępna.

Jedynie raz śledził ją jakiś człowiek, kiedy była w piątym miesiącu ciąży i pod koniec dnia zrobiła sobie przerwę od pisania powieści, i nadal krążyły jej po głowie dopiero co napisane fragmenty:

Było to czasopismo z wyższej półki, luksusowo wydane, drukowane w Englewood w stanie New Jersey, i co miesiąc zamieszczano w nim dwadzieścia stron ogłoszeń opatrzonych jednym nagłówkiem: „Uprzejmi egzekutorzy poszukiwani”. Każde ogłoszenie stanowiło gorącą prośbę o ich usługi. W jednym z nich, które zwróciło szczególną uwagę Silasa i Abego, było napisane: „ZABÓJCA TROSKLIWEGO OJCA – POSZUKIWANY. Mój ojciec był kiedyś wspaniałym człowiekiem, dyrektorem liceum, uczciwym i solidnym. Byłby zszokowany, gdyby wiedział, jak jęczy o każdej porze dnia, gdyby wiedział, że grube kasztanowe włosy, które były jego sekretną dumą, przerzedziły się do pojedynczych pasm, eksponując delikatną niczym jajko czaszkę. Mogę powiedzieć, że on wie, że daleko zboczył z kursu, że stracił sens życia. Kiedyś rzucał słowami z ogromną pewnością siebie, ale w jego oczach odbija się teraz świadomość, że cofa się do etapu dziecka. Nie powinien tak cierpieć. Osobę zainteresowaną proszę o kontakt. Zapłacę według obowiązującej stawki”.

Mężczyzna, który śledził Joan, zastygł w bezruchu, stojąc na chodniku, kiedy weszła do sklepu, a potem ruszył za nią, gdy kontynuowała spacer. Odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, i w powietrzu rozbłysły białe gwiazdki, flesz aparatu tego mężczyzny, reportera, który ją tropił, i nagle Odile, właścicielka Opowiastki, wypadła przez drzwi wejściowe swojej księgarni i urządziła mu piekło. Kiedy mężczyzna natychmiast się poddał, w geście obronnym zaciskając dłonie na aparacie, i pobiegł szybko ulicą, Joan wiedziała, że nie należał do tej mafii, która deptała jej po piętach w Nowym Jorku – żaden z nich nie poddałby się tak łatwo. Ale Odile nie przestała krzyczeć, dopóki nie zniknął za rogiem.

Proszono ją, żeby czytała swoje teksty na wieczorkach literackich w księgarniach, w bibliotece, żeby wpadała na comiesięczne spotkania dyskusyjnego klubu książki, które odbywały się w miejskim ośrodku kultury w Rhome, zrzeszającego wszystkich tutejszych szanowanych czytelników. Zrobiła listę polecanych książek dla liderki grupy, trajkoczącej Renee w podeszłym wieku, która powiedziała:

– Byłabym uszczęśliwiona, ustępując pani miejsca, absolutnie uszczęśliwiona, wprost uradowana, mogąc to zrobić, i zachwycona tym, że dołączę do grona pani admiratorów. Dopilnuję, żebyśmy mieli świeżo upieczone ciasteczka i domową lemoniadę na nasze spotkanie w ośrodku kultury. Jakie pani lubi? Owsiane? Z kawałkami czekolady? Maślane? Proszę mi tylko powiedzieć, a ja przypilnuję, żeby wszystko było, jak trzeba. Zapewnimy pani także wygodne krzesło, nie jedno z tych metalowych, na których sami siedzimy.

Jednak Joan odmawiała wszystkiego, co pochłaniałoby czas i odrywało ją od pracy nad Współczującymi egzekutorami, ponieważ jej agentka, Volkmann, regularnie sprawdzała, na jakim etapie jest książka. „Zniknęłaś z cywilizowanego świata, wobec tego musimy dopilnować, żeby twój głos zabrzmiał donośnie z tej prowincji, na którą wyjechałaś, aby był wyjątkowo głośny i wyraźny. Wobec tego pisz szybko, Joan, pisz bardzo, bardzo szybko”.

Martin także często pytał, jak tam postępy w pracy nad książką, zazwyczaj kiedy brała wieczorną kąpiel, gdy potrzebowała absolutnej ciszy, żeby zostać sam na sam ze swoimi myślami, by dziecko mogło się spokojnie przewracać w brzuchu bez bycia upominanym. Za każdym razem, kiedy pytał: „Czy mogę coś przeczytać?”, jego uśmiech i ciekawość pozostawiały za sobą ślady, bagatelizując jej spokój. Kiedy zaczął się ich romans, Inne małe mieściny odniosły już spory sukces, a Joan kończyła pracę nad ostatnim z połączonych ze sobą opowiadań, które składały się na zbiór Fikcyjnego życia rodzinnego. W trakcie weekendowych wizyt, które sobie nawzajem składali, poważnie oceniała wpływ tej kiełkującej miłości na swoją pracę, to, czy miłość zmieniała ilość czasu, jaką spędzała przy biurku w swoim mieszkaniu w East Village albo w Bibliotece Muzycznej Friedheima na Uniwersytecie Johna Hopkinsa w Baltimore, kiedy byli tam z Martinem. Jednak wydajność jej pracy nie spadła. Napisała większość Współczujących egzekutorów, będąc z nim w związku, doświadczając jego wspaniałomyślności, szacunku dla jej twórczej aktywności, kiedy przychodziła do niego w nocy nieprzytomna, jakby wracała z innego świata. Ani razu nawet nie pozwolił sobie na to, by zapytać, czy może przeczytać to, co napisała, a gdyby to zrobił, musiałaby się zastanowić nad tym, czy ten związek ma szanse na przetrwanie. Teraz, kiedy nosiła jego dziecko, zaczynał zmieniać się w mężczyznę, który rościł sobie takie prawo. Wiedziała, że on nie postrzegał tego w ten sposób, ale już nieraz po takiej prośbie miała ochotę zabrać swój brzuch razem z jego zawartością i wyjść.

– Może za jakiś czas – odpowiadała, wcale nie mając tego na myśli.

Kilka razy w tygodniu Joan bywała w miejskim ośrodku rekreacyjnym, pływając powoli kolejne długości basenu w swoim ciążowym kostiumie kąpielowym. Pozostałe ciężarne kobiety z Rhome też pływały, tam i z powrotem, wzdłuż torów, z podskakującymi piersiami, trzymając suche głowy nad wodą i rozmawiając o swoim życiu seksualnym teraz, kiedy gwałtownie przytyły, i o swoich zachciankach żywieniowych. Jedyną zachcianką Joan była możliwość utrzymania się na powierzchni wody. W poniedziałki, środy i piątki po południu upinała swoje niezwykle długie włosy, naciągała czepek i pływała kraulem, trzymając głowę nad wodą.

Augusta, Carla, Dawn, Emily, Meg i Teresa stanowiły „Brzuchatą Szóstkę”, jak same zaczęły o sobie mówić, przyjaciółki z dzieciństwa, które rozjechały się na różne uniwersytety albo do college’ów, a potem podróżowały, zanim na dobre wróciły w rodzinne strony. Kiedy rozmawiały w szatni, po pływaniu, Joan była zaskoczona, że kontakt z szerokim światem nie zmienił ich pragnień, planów, nie przekonał ich do tego, żeby osiedlić się w bardziej interesującym miejscu – choćby w jakimś dużym mieście – wieść bogatsze życie, które sama tak niedawno porzuciła.

Kobiety stłoczyły się wokół niej, chcąc się dowiedzieć, czy Nowy Jork jest tak niebezpieczny, jak mówią w wiadomościach. Kiedy opowiadały jej o krajach, jakie odwiedziły po ukończeniu studiów, nazywały ten czas „swoją młodością”, a chodziło o standardową trójcę: Francję, Anglię i Włochy.

A dokąd podróżowała Joan, chciały wiedzieć. Nie wymieniła wszystkich krajów, jakie odwiedziła w trakcie trasy spotkań autorskich wokół Fikcyjnego życia rodzinnego, i zapytała wymijająco:

– A więc żadna z was nie była w Indiach? Chcę zobaczyć ten kraj. Od dziecka.

Nie pojechali z Martinem w podróż poślubną, a teraz, kiedy Joan jest w ciąży, też nie pojadą, ale chciała, żeby miesiąc miodowy spędzili właśnie w Indiach. Nie miało wielkiego znaczenia to, co Martin ględził na ten temat, powiedział, że nie jest zainteresowany, że nie chce zanurzać się w brudzie i w biedzie, i że kto wie, kiedy wybiorą się w jakąkolwiek podróż teraz, gdy ich życie uległo zmianie.

Brzuchata Szóstka miała podobne odczucia w kwestii Indii jak Martin, więc Joan nie wyjaśniała, z jakich powodów jest zafascynowana tym krajem. Nie miała pewności, czy te kobiety były czytelniczkami – żadna z nich nie zwracała się do niej jak do gwiazdy, jak to robili inni mieszkańcy Rhome, nie wspominały też, że wiedzą, że jest pisarką – wobec tego nie pisnęła ani słowem o tym, że Indie mocno ją pociągały z powodu przeczytanych w dzieciństwie książek autorstwa E.M. Forstera, R.K. Narayana, Mulka Raja Ananda, Rajy Rao i innych, którzy opisywali sposób bycia, postrzegania, nieznane i dzikie krajobrazy, całkowicie różne od tych, jakie widziała za oknem domu swoich rodziców – takie same domy z ogródkami z przodu i z tyłu, z identycznymi drzewami i kwiatami posadzonymi w ten sam staranny sposób. Nawet wiosną i jesienią, kiedy rozkwitały kwiaty, świat wokół niej był zanurzony w sepii, natomiast w historiach o Indiach, które czytała, flora i fauna roiły się i kipiały życiem, a ludzie tryskający energią prawdziwie przeżywali swoje trudne życie na ulicach. Każdy miał jakąś historię do opowiedzenia, własną albo cudzą. Małe i ubogie hinduskie miasteczka były dla Joan o wiele bardziej interesujące niż miejsce, w którym dorastała. Te książki stanowiły dla niej sprawdzian zarówno jako czytelniczki, jak i autorki.

Pytania, jakie zadawała Joan Brzuchatej Szóstce w czasie rozmów po pływaniu, kiedy wszystkie miały skórę śmierdzącą przemysłowym chlorem, pozwalały jej zajrzeć pod ich łagodną powierzchowność, to nieustanne chichotanie, sposób, w jaki odgarniały sobie nawzajem z twarzy pojedyncze pasma włosów, komplementując kolor paznokci u nóg. Nie były to bezwartościowe kobiety. Carla była właścicielką Rękodzielni przy Laurel Place, tuż obok Strada di Felicità. Joan wchodziła tam i natychmiast stamtąd wychodziła, z tego labiryntu schowków wypełnionych po brzegi kolorowymi motkami włóczek do robótek ręcznych i nićmi do haftowania. Kawałki materiału z próbkami haftów wisiały na żyłkach wędkarskich. Stały tam pojemniki z koralikami i amuletami oraz jedwabne sznureczki do nawlekania tych koralików i amuletów, we wszystkich kolorach tęczy, każdy kolor w osobnej wiązce, grubej niczym koński ogon, a wszystkie zawieszone na haczykach. Carla prowadziła również w sklepie warsztaty robótek na drutach i haftowania, a trzy razy do roku zapraszała artystów, którzy tworzyli oryginalne rysunki na płótnie do haftu dla jej klientek.

– To sztuka autoekspresji na zlecenie, naprawdę, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Bo klientka ma jedynie kontury obrazka na siatce, dopóki sama go nie wyhaftuje.

Joan widziała ceny tych oryginalnych obrazków do haftowania… Carla pobierała opłaty od pięciuset dolarów w górę. Faktycznie, wspaniały biznes jak na Rhome, podbijanie cen towarów potrzebnych do zajęć, które wydawały się Joan niepojęte, ale potem zrobiła pośpiesznie kilka notatek o pewnym miasteczku pogrzebanym pod lawiną włóczki i o ludziach nieświadomych tej katastrofy, ponieważ nigdy nie wyszli przez frontowe drzwi, zbyt pochłonięci marnowaniem swojego życia na robienie na drutach i haftowanie.

Dawn była właścicielką Boulangerie de Rhome, znajdującej się tuż obok Mola Książkowego. Po college’u zapisała się na trzydziestodwutygodniowy intensywny kurs cukiernictwa artystycznego we Francji i tuż po powrocie otworzyła swój sklep, dofinansowany przez ojca.

– Dawno oddałam mu pieniądze, i to z odsetkami – powiedziała do Joan, trzymając rękę podniesioną do góry, żeby w razie czego kogoś nią trzepnąć.

Wstawała codziennie o czwartej nad ranem i pracowała w kuchni na tyłach sklepu, wyrabiając wszystkie rodzaje francuskiego pieczywa – pain à l’ail, pain au froment, pain aux noix, pain au beurre, pain beignet – podobnie jak typowe bagietki i ulubiony wypiek Joan, który kupowała co tydzień, pain bâtard, chleb, który wychodził z pieca nierówny, w dziwnych, przypadkowych kształtach. Stały tam żeliwne stoliki w stylu francuskiego bistro i witryny chłodnicze pełne ułożonych równo rzędów petit four, tarteletek, tortów i eklerów, sosów waniliowych, cytrynowych i czekoladowych. Martin uznał już Boulangerie de Rhome za miejsce objęte zakazem wstępu dla samego siebie. Nie wiedział, jak twierdził, że jest aż takim łasuchem.

Meg i Teresa miały bardziej zwyczajne zawody. Obie były nauczycielkami, Meg uczyła szóste klasy w szkole podstawowej w Rhome, a Teresa uczyła fizyki w miejscowym liceum.

Augusta i Emily były prawniczkami i wspólnie prowadziły kancelarię.

– Skupiamy się – wyjaśniła Emily – na prawie rodzinnym i małżeńskim, w tym na adopcjach i rozwodach, oraz na nieruchomościach, majątkach powierniczych, testamentach i na egzekucji majątku.

Zabrzmiało to dla Joan, jakby były ponurymi żniwiarkami miasteczka, obstawiającymi wszystko, od kołyski aż po grób. Zastanawiała się, jakim sposobem mieścina wielkości Rhome generowała wystarczająco wiele spraw prawnych, żeby obie miały się czym zająć. Populacja miasteczka liczyła jakieś siedem tysięcy mieszkańców. Czy aż tak wiele domów zmieniało właścicieli?, zastanawiała się. Czy aż tak wielu ludzi potrzebowało zapisywać w spadku przepastne posiadłości? I chociaż ta szóstka przyszłych mam stanowiła dowód, że mieszkańcy nie mieli problemów z płodnością, zastanawiała się nad liczbą adopcji, jakie dwie wspólniczki obsługiwały. Nie widywała, tak jak to było w Nowym Jorku, rosyjskich i chińskich dzieci w wózkach pchanych przez rodziców, którzy najwyraźniej nie dzielili tej samej tożsamości etnicznej ze swoimi ślicznymi maleństwami. Jednak ponad wszelką wątpliwość mieszkańcy powierzali Auguście i Emily większość swoich kwestii prawnych, ponieważ czasami jedna albo druga była zbyt zajęta, żeby przyjść na basen o dwunastej w południe.

Gdyby Joan nie dopytywała, dowiedziałaby się tylko, że wszystkie dziewczyny należące do Brzuchatej Szóstki wyszły za mąż za chłopaków, których znały, ale nie umawiały się z nimi na randki w szkole średniej – dwóch Billów, jeden Kevin i jeden Steve – i były dumne ze swoich powiększających się brzuchów, obfitych piersi, szczególnie Augusta.

– Po raz pierwszy w życiu noszę stanik – powiedziała.

Kiedy rozmawiały o swoich sklepach, obowiązkach nauczycielskich, kancelarii, osiągnięciach, były wolnymi, niezależnymi kobietami. Gdy gromadziły się razem, jak zawsze w szatni, tworzyły kolonię, niczym owady, stado emitujące bzyczenie na wysokich falach. Być może sprawiało to podobieństwo ich fryzur, krótkich, o ostrych liniach, różnych odcieniach karmelu, dzięki czemu wyglądały niczym rój pszczół. Kiedy Joan do nich dołączała, zazwyczaj jako ostatnia wychodziła z basenu, rajcowały, jak kolektyw mrówek na misji, wlekący okruszki dla tych, którzy zostali w tyle. Niemniej jednak, kiedy jej nadejście je rozdzielało, wracały do rozmowy, mówiąc normalnymi głosami, śmiejąc się z tego, ile razy w nocy wstawały z łóżka na siku, lamentując, z dumą, nad tym, że straciły figurę, przybrały na wadze, szybko wymieniając się wskazówkami i poradami i włączając do tych sesji Joan.

– Joan jest szczęściarą – stwierdziły. – W twoim wieku wcale nie stracisz figury, a wszystkie zmiany szybko wrócą do poprzedniego stanu. My będziemy musiały się bardziej napracować.

Przed tym życiowym przypadkiem Joan nigdy nie wyobrażała sobie zamartwiania się tym, by jej figura wróciła do poprzednich kształtów. Zastanawiała się, dlaczego kobiety z Brzuchatej Szóstki uparły się, żeby podkreślać swój wiek. Być może według małomiasteczkowych standardów były stare jak na pierwsze dziecko, wszystkie miały trzydziestkę i traktowały ją, jakby należała do innego pokolenia, chociaż nie była od nich aż tak dużo młodsza. Jeśli dziecko urodzi się po terminie, będzie miała dwadzieścia sześć lat, kiedy zostanie matką.

Dziewczyny z Brzuchatej Szóstki lubiły pogawędki o tym, jak zmienią się ich priorytety. Najpierw był mąż, potem praca, potem one same, ale wkrótce na pierwszym miejscu będzie dziecko, potem mąż, a następnie praca. Uważały się za mądre, z wewnętrzną świadomością, chociaż wszystkie były nowicjuszkami, jeśli chodzi o ciążę i bycie matką. W trakcie tych szatnianych zgromadzeń Joan w głębi duszy wątpiła w ich pewność co do tego, jak będą wiodły swoje nowe życie, w te ich nieporuszone niczym głaz deklaracje. Uważała, że coś łączyło brak zainteresowania ze strony jej matki z tą uciążliwością, jaką dziewczyny z Brzuchatej Szóstki już obejmowały myślami. Powinno jej się udać, pomyślała, rozdzielać różne cele i zamiary, poruszać się pomiędzy równocześnie istniejącymi światami, żyć w różnych wcieleniach, w miarę jak te będą się pojawiać w równoległych wszechświatach.

W miejskim ośrodku rekreacyjnym w Rhome, w związku z dużą liczbą kobiet oczekujących dziecka, uznano za dobry pomysł zorganizowanie zajęć jogi dla kobiet w ciąży. Zajęcia miały się odbywać dwa razy w tygodniu o trzynastej – taka chwila wytchnienia dla przyszłych mam w samym środku zabieganego dnia. Skonsultowano z Teresą wybraną godzinę. Zasiadała w zarządzie miejskiego ośrodka rekreacyjnego i uznała, że joga po pływaniu będzie stanowiła miłe połączenie. Joan po raz pierwszy usłyszała o nowych zajęciach, kiedy pewnego dnia po basenie wszystkie zebrały się w szatni i członkinie Brzuchatej Szóstki zdarły z siebie mokre kostiumy i włożyły luźne spodnie dresowe albo szorty, krótkie topy albo podkoszulki, po czym podniosły wrzawę wokół Joan, która nadal stała w ociekającym wodą kostiumie, i powiedziały, że musi do nich dołączyć, a uśmiechały się przy tym zachęcająco, sięgając ręką, by dotknąć jej wilgotnych loków, i zapewniając, że będą się wszystkie świetnie bawić.

– Bez ciebie to nie będzie to samo – pokrzykiwały. – Musisz wpaść, chociaż raz.

Wcześniej nie zapraszały jej do grupy, która tak naprawdę była kliką, a teraz zrobiły to jedynie ze względu na dziecko.

Instynktownie chciała odmówić, ale pewnego piątku, w szóstym miesiącu ciąży, po pływaniu spędzonym na rozmyślaniach o rodzinie kamieniarzy, jaka pojawiła się na kartach powieści – matce, ojcu i trzech córkach, które dostały wolną rękę w wyborze płyt nagrobkowych, w decydowaniu o ozdobach i epitafiach na grobach osób wyeliminowanych przez współczujących egzekutorów – Joan znalazła się w małym pomieszczeniu z lustrami, stojąc na macie i słuchając kobiety o szerokich ramionach, która opowiadała im o jodze dla kobiet w ciąży. Miała włosy w kolorze czerwonej miedzi, oszustwo, które nie zdołało zapewnić jej młodości, za którą tak się uganiała.

– Cześć wszystkim. Mam na imię Lannie. Sądząc po waszych mokrych głowach, domyślam się, że pływałyście, co jest dobrym ćwiczeniem na układ sercowo-naczyniowy, ale to dzięki jodze zachowacie sprężystość, poprawicie równowagę i krążenie, rozluźnicie mięśnie, nauczycie się właściwie oddychać i relaksować, co okaże się przydatne, kiedy będzie was boleć albo będziecie się bały w trakcie porodu. Poćwiczymy teraz oddychanie ujjayi. Zróbcie powoli wdech przez nos, aż wasze płuca całkowicie się wypełnią powietrzem, a potem zróbcie wydech, wciągając brzuch.

Rozległy się śmiechy i ciężarne chwyciły się za brzuchy.

– Tak, dobrze – odparła Lannie – ale nadal czujecie go od wewnątrz. Patrzcie teraz na mnie.

Zrobiła wdech, aż jej olbrzymi nos się zwęził, a klatka piersiowa uniosła się do góry niczym wał obronny, po czym rozległ się świst powietrza, który trwał wiecznie i wydawał się Joan głośny i denerwujący.

– Czy dla wszystkich jest to jasne?

Na co Brzuchata Szóstka odkrzyknęła:

– Jasne!

Stanowiły swoją własną drużynę cheerleaderek i mimo że przyjęły ją do swojego grona, Joan poczuła niesmak, przypomniawszy sobie tę hordę dziewczyn ze swojego liceum i siebie, młodszą o kilka lat od pozostałych koleżanek i kolegów w klasie – mając czternaście lat była uczennicą ostatniej klasy – i te dziewczyny w kusych kołyszących się spódniczkach i krótkich bluzeczkach do talii, które włóczyły się po korytarzach, podniesionym głosem rzucając w swoim mniemaniu trafne, a w rzeczywistości przykre uwagi, czym doprowadzały niektóre dzieciaki do płaczu. O Joan powiedziały kiedyś: „To ta dziewczyna, która na pewno lubi pióra. Ciekawe, co robi z nimi sama w łóżku”. Niemądra uwaga, która nie osiągnęła zamierzonego celu, udowadniając Joan, ponownie, jak łatwo ludzie kpią sobie z czyjegoś człowieczeństwa, sprawiają komuś ból, zaspokajając jakąś swoją wewnętrzną potrzebę. Nie mogła powstrzymać się od ciekawości, co mówiły o niej dziewczyny z Brzuchatej Szóstki, kiedy z nimi nie przebywała, gdy spotykały się razem i nuciły półgłosem.

Ćwiczyły oddychanie ujjayi, robiąc niezsynchronizowane wydechy, aż w końcu Lannie powiedziała:

– Dobrze. Wystarczy na pierwszy raz. Jesteśmy teraz gotowe na naszą pierwszą asanę. Pierwsza Virabhadrasana, pozycja stojąca, pierwsza spośród trzech pozycji wojownika. Jogini są znani ze swojego pokojowego nastawienia, ale Bhagawadgita, czyli „Pieśń Pana”, najbardziej szanowany ze wszystkich tekstów jogi, właściwie jest dialogiem pomiędzy dwoma sławnymi i budzącymi lęk wojownikami, który odbywa się na polu bitwy dwóch armii szykujących się do boju. W tej pozie został upamiętniony „duchowy wojownik”, który odważnie walczy przeciwko uniwersalnemu wrogowi, awidja, jakim jest nieświadomość samego siebie, ostateczne źródło naszego cierpienia. Wszystko to, nad czym pracujecie, podejmując walkę wewnątrz własnej jaźni.

Joan była przekonana, że Lannie wyuczyła się na pamięć swojej gadki na temat jogi, ale weszła w pozycję Virabhadrasany I, a potem w pozycję Virabhadrasany II i III, Drzewa, Psa z głową w dół, Kota-krowy, aż do starego dobrego siadu po turecku, podczas gdy Lannie wciąż rozprawiała o medytacyjnych korzyściach jogi, wyciszaniu wewnętrznych dialogów i uczeniu się, jak być tu i teraz.

Joan odkryła, że była dziwnie zwinna i z gracją wchodziła w te pozycje, że sprawiało jej przyjemność rozważanie instrukcji, puszczenie kontroli na godzinę, skupienie się nie na historii w swojej powieści, która jeszcze nie została odsłonięta, jak wtedy podczas pływania, ale na mistycznym sposobie, w jaki wykręcała swoje ciało, obserwując się w lustrze, jak z łatwością przechodziła z jednej pozy w drugą, pomimo brzucha, i nawet to chlupotanie, które razem z jednym czy dwoma kopnięciami dochodziło z jej wnętrza. Kiedy spojrzała na pozostałe dziewczyny, była zaskoczona, jak pretensjonalną postawę przyjmują, przechodząc z jednej pozy w drugą, rzadko odrywając ręce od swojego brzemienia, jakby były naczyniami dla kolejnych wielkich filozofów tego świata.

– Czas na Baddha konasanę, czasami zwaną również pozycją spętanego kąta – wyjaśniła Lannie. – Przysuńcie swoje maty do ściany. Usiądźcie wyprostowane plecami do ściany, złączcie razem podeszwy stóp i pozwólcie, żeby kolana luźno opadły… Meg, nie jesteś uziemiona. Złap kontakt z ziemią. Tak, rozstaw pośladki tak, żeby siedzieć stabilnie.

Na koniec zostały poproszone, żeby położyć się na boku na matach.

– Czas na zmodyfikowaną na potrzeby kobiet w ciąży Savasanę, pozycję trupa. Ułóżcie się wygodnie. Zamknijcie oczy. Ramiona i nogi rozluźnione. Dłonie odwrócone wewnętrzną stroną do góry. Teraz zróbcie wdech. Wciągnijcie ten oddech do płuc. Teraz zróbcie wydech. Wypchnijcie z siebie całe powietrze. A teraz każda z was łagodnie napina całe ciało. Trzymajcie. Trzymajcie. Trzymajcie. A teraz puśćcie… Zgaszę światło i możecie zostać w takiej pozycji tak długo, jak chcecie.

Kiedy Joan otworzyła oczy w ciemnej sali, była sama, na podłodze została już tylko jej mata. Zegar nad drzwiami pokazywał piętnastą zero trzy. Zajęcia skończyły się ponad godzinę temu. Czuła się szczęśliwa, w jakiś nieokreślony sposób, i to uczucie trwało, kiedy wracała samochodem do domu i przez kolejne dwie godziny pisania, i w trakcie kolacji z Martinem, gdy zanosiła się śmiechem, kiedy opowiedział jej o wpadkach pracujących pod jego opieką stażystów, gdy uważnie słuchała, jak opisywał wymyślone przez siebie pierwsze kroki radykalnego zabiegu chirurgicznego, który mógł przywracać na stałe wzrok w niektórych chorobach oczu. Mimo wszystko naprawdę poczuła radość z bycia w ciąży. Wcześniej jej nie czuła, a przynajmniej nie w pełni.

Tego wieczoru w łóżku, kiedy leżała na boku odwrócona plecami do Martina, dosiadając okrakiem, niczym konia, poduszki dla kobiet w ciąży, powiedziała:

– Bardzo spodobała mi się ta joga. Mam zamiar chodzić na zajęcia z Lannie, ale kiedy dziecko przyjdzie na świat, znajdę nauczyciela jogi z prawdziwego zdarzenia, nawet gdybym miała jeździć do innego miasteczka.

Martin ziewnął i odparł:

– Brzmi dobrze. Wszystko, cokolwiek chcesz robić, dla mnie brzmi dobrze. – Po czym zaczął po cichu chrapać.

Joan przyszła na myśl jej dawna okolica w Nowym Jorku, szkoła jogi, obok której często przechodziła. Nieraz myślała o tym, żeby otworzyć tamte drzwi, wejść do środka i sprawdzić, jak tam jest. W jej sercu pojawiły się nieco cieplejsze uczucia wobec dziecka, bo to dziecko, w zamian za zakwaterowanie i wyżywienie, podarowało jej coś nowego.

3.

Silas i Abe zostali porzuceni w koszu z wikliny przy remizie strażackiej, na prawo od czerwonej śluzy hangaru, i znalezieni przez kapitana, który zajrzał pod koc w kratkę i odkrył tam bliźniaki z przypiętymi do śpioszków karteczkami z wypisanymi na nich imionami. Obok kosza stała torba izotermiczna, na górze leżały pieluchy, a pod nimi znajdowały się butelki do karmienia. Kiedy kapitan wyciągnął butelkę, okazała się pełna. Wszystkie były pełne i na każdej napisano odblaskowym różowym pisakiem świeże mleko z piersi i wypisano datę. Ta, którą trzymał w ręce, miała datę dzisiejszą.

Kapitan zaniósł kosz i torbę do budynku, a jego silni strażacy, którzy na co dzień rzucali się w ogień, teraz pieszczotliwie przemawiali do niemowląt, robili słodkie miny i świergocząc, zmienili im pieluchy i nakarmili je, podczas gdy on zadzwonił do ośrodka opieki społecznej.

Pracownica ośrodka przyjechała i stwierdziła:

– Przynajmniej są w wieku niemowlęcym. To najważniejsze. Znajdą dla nich miejsce w mgnieniu oka.

– Proszę się tylko upewnić – odparł kapitan – że będą razem. Mają już wystarczająco trudny początek życia, by jeszcze iść przez nie oddzielnie. Zawsze będą się nawzajem szukali, jeśli pani tego nie dopilnuje.

Nie tego chciała kobieta. Rozdzielenie bliźniąt ułatwiłoby jej pracę, ale kapitan zmusił ją, żeby mu to przyrzekła, a ona, jako matka, która sama zawiodła, przystała na to.

W trakcie kolejnych lat, jako niemowlęta, małe dzieci, młodzi chłopcy, a potem nastolatki, Silas i Abe przewędrowali cały Środkowy Zachód, od Kansas i Iowy po Indianę, aż w końcu osiedli w Illinois. Ich przeróżni rodzice zastępczy, w sumie cztery komplety, wszyscy chcieli dobrze, zapewniali chłopcom jedzenia pod dostatkiem, ciepłe kołdry w łóżkach, książki do czytania i telewizję do oglądania, kosz do gry w uliczną koszykówkę i korzyści z dobrej publicznej edukacji. A oni byli dobrymi chłopakami – obaj blondyni, pogodni i radośni – przystojniakami lubianymi w szkołach, do których uczęszczali, mającymi powodzenie wśród dziewczyn, które ich obstępowały. Podobali się także słodkim i nieśmiałym dziewczętom, nie tylko tym szybkim, których biodra wcześnie przybrały ponętne, zaokrąglone kształty, a piersi podrygiwały w czerwonych albo czarnych stanikach.

W ciągu ostatnich pięciu lat Silas i Abe mieszkali w trzypiętrowej kamienicy w Chicago. Spośród wszystkich miejsc, w których do tej pory przebywali, to tam czuli się najbardziej jak w domu. Rodzicami zastępczymi chłopców byli księgowy i jego żona, nauczycielka gry na fortepianie. Niscy ludzie zimnego chowu, chociaż ten zimny chów nie był aż tak widoczny, oboje nosili okulary z grubymi szkłami i bez nich byli ślepi. Chłopcy nazywali ich Frederick i Shirley, ale kiedy rozmawiali o swoich dniach spędzonych w szkole, o swoich nocnych marzeniach i przyszłych planach, czasem się zapominali i na własny użytek zastępowali imię Frederick słowem tata, a na Shirley mówili mama. Tak blisko czuli się z nimi związani.

W swoje osiemnaste urodziny zbiegli z łoskotem po schodach na urodzinowe królewskie śniadanie przygotowywane rokrocznie przez Shirley – naleśniki, gofry, omlety, trzydzieści pasków bekonu i świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Butelki soku z malinojeżyn, soku klonowego i słój słodkich pianek na stole w jadalni razem z ogromnym tortem, na którym wyrastały podwójne komplety osiemnastu świeczek. Pokój był udekorowany serpentynami, a z sufitu zwisał ręcznie zrobiony transparent, na którym napisano: „WSZYSTKIEGO DOBREGO Z OKAZJI URODZIN! PRZYSZŁOŚĆ NA WAS CZEKA!”.

Kiedy półmiski zostały opróżnione, sok pomarańczowy wypity, a talerzyki na tort wymazane lukrem, Shirley zagoniła ich do salonu. Silas i Abe opierali się. Zostali dobrze wychowani przez wszystkich swoich rodziców zastępczych, żeby wszędzie umieć się zachować i pomagać.

– Posprzątamy – powiedzieli chłopcy, a Shirley potrząsnęła głową.

– Nie trzeba. Mamy dla każdego z was prezent, taki rodzaj prezentu, z którego można wciąż czerpać i czerpać.

Pod łukowatym przejściem prowadzącym do salonu zsunęli buty, zgodnie z zasadą Shirley: żadnych butów na dywanie. Ale tego dnia ich zaskoczyła.

– Tym razem to nie będzie potrzebne. Natychmiast zasznurujcie z powrotem tenisówki. Miejcie je na nogach, bo będziecie ich potrzebować. A teraz idźcie i usiądźcie na sofie.

Chłopcy z powrotem zawiązali sznurówki tenisówek i na paluszkach przeszli po dywanie, spoglądając na siebie z ukosa i bez słów rozważając dziwność sytuacji, że pozwolono im robić to, co było zabronione. Usiedli na sofie, zaledwie o kilka centymetrów od siebie, po czym do pokoju weszli Frederick i Shirley, oboje na bosaka, każde z nich dzierżąc w ramionach olbrzymi prezent. Postawili zapakowane pakunki tuż obok obutych w tenisówki stóp Silasa i Abego.

Shirley usiadła przy pianinie i zagrała urodzinową melodię. Frederick klaskał i śpiewał, sam. Potem Shirley obróciła się na ławeczce i powiedziała:

– Gotowi? Dobrze, to zaczynajcie! Oderwijcie od razu te kokardy, rozerwijcie papier. Tym razem nie będziemy niczego zachowywać.

Chłopcy znowu spojrzeli na siebie. Co miały oznaczać wszystkie te nowe instrukcje, złamanie nienaruszalnych zasad? Shirley miała w piwnicy kufer z papierem do pakowania, dokładnie wyprasowanym, i kokardami, używanymi po raz drugi, trzeci i czwarty, które trzymała w plastikowych reklamówkach.

Wzruszyli ramionami i zrobili tak, jak im powiedziano.

Kiedy zdarli papier, stanęły przed nimi dwie zupełnie nowe walizki na kółkach z materiału w kolorze wojskowej zieleni. Walizki były ładne, ale nie tego oczekiwali bliźniacy, a raczej jednej z dwóch rzeczy: że Jacksonowie ich adoptują albo że podarują im używany samochód, z którego obaj mogliby korzystać.

– Bardzo wam dziękuję – powiedział każdy z nich.

– To tylko pierwszy prezent – odparł Frederick.

– Tak jak powiedzieliśmy, to prezent, który zawsze będzie procentował – wyjaśniła Shirley. – No dalej chłopcy, odsuńcie zamki walizek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Eleanor Ashby, matka Joan Ashby (przyp. aut.). [wróć]

Przedruk za zgodą wydawcy, wydawnictwa Storr&Storr (przyp. aut.). [wróć]

Kiedy opublikowano Inne małe mieściny, Ashby, która wcześniej ukończyła szkołę średnią, po czym w cztery lata skończyła studia i studia podyplomowe, pracowała jako redaktorka w dziale beletrystyki nowojorskiego wydawnictwa Gravida Publishing, obecnie wchłoniętego przez Annabelle Iger Books, wydawnictwo-córkę Hargreen House (przyp. aut.). [wróć]

W książce Ashby w zbliżeniu, nieautoryzowanej biografii pisarki wydanej w 2000 roku, Geoffrey Collins napisał: „Ashby nie powróciła ze swojej zwieńczonej sukcesem europejskiej trasy spotkań autorskich na temat Fikcyjnego życia rodzinnego do mieszkania przy Lower East Side. Wraz ze swoim mężem osiedliła się w Rhome, w północnej Wirginii. W dokumentach można przeczytać, że Ashby kupiła dom o powierzchni stu dwudziestu metrów oraz ponad pół hektara działki, które były zapisane wyłącznie na jej nazwisko (przyp. aut.). [wróć]