Odroczone nadzieje - Aneta Krasińska - ebook + audiobook
Opis

Aldona ma poczucie przegranej. Odrzucona przed laty przez rodzinę, zawiedziona przez mężczyznę, którego pokochała, postanawia skupić się na pracy. Kariera pozwala jej zagłuszyć samotność i osiągnąć niezależność materialną. Kiedy dawny związek ponownie ożywa, Aldona z optymizmem patrzy w przyszłość. Względną stabilizację zakłócają problemy zdrowotne rodziców. Targana emocjami kobieta stawia na szali swoje życie zawodowe, potrzeby i uczucia, by sprostać karkołomnemu zadaniu, jakim jest opieka nad chorą na alzheimera matką. W zderzeniu z tą straszną chorobą musi przewartościować dotychczasowy sposób myślenia, co uruchamia lawinę skrajnych emocji i uświadamia jej pustkę, w jakiej się znalazła. Kobieta zaczyna prowadzić blog, który staje się dla niej rodzajem psychoterapii i rozrachunkiem z przeszłością. Na szczęście dla niej za drzwiami już czeka przyszłość...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 227

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 40 min

Lektor: Elżbieta Kijowska

Popularność


Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Pra­cow­nia WV

Fo­to­gra­fia na okład­ce

© Du­da­rev Mi­kha­il/Shut­ter­stock

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2016

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

tekst © Ane­ta Kra­siń­ska

ISBN 978-83-7835-557-1

Dzię­ku­ję mo­je­mu mę­żo­wi i dzie­ciom za to,

że wciąż mnie wspie­ra­ją,

po­zwa­la­jąc mi re­ali­zo­wać swo­je pa­sje…

1. Pustka

www.od­ro­czo­ne.na­dzie­je.blog.pl

Ni­g­dy nie przy­pusz­cza­łam, że w wie­ku 48 lat za­cznę pro­wa­dzić pa­mięt­nik, a już na pew­no nie są­dzi­łam, że będę to ro­bić w sie­ci. Ni­g­dy nie lu­bi­łam obar­czać ko­goś swo­imi pro­ble­ma­mi. Uwa­ża­łam, że po­tra­fię so­bie po­ra­dzić z wszyst­ki­mi prze­ciw­no­ścia­mi. Wo­la­łam słu­chać tego, co inni chcą mi po­wie­dzieć, przyj­mu­jąc ich pro­ble­my jako ba­gaż, któ­ry cza­sa­mi bar­dzo mi cią­żył. Nie skar­ży­łam się na to. Ży­łam ich tro­ska­mi, nie do­strze­ga­jąc wła­snych. Dzi­siaj sama po­trze­bu­ję roz­mo­wy, choć zu­peł­nie nie wiem, od cze­go mam za­cząć…

Od mie­sią­ca je­stem sama! Nie mam dla kogo go­to­wać… Nie mam się kim opie­ko­wać… Nie mam komu czy­tać… Zo­stał mi tyl­ko al­bum z czar­no-bia­ły­mi fo­to­gra­fia­mi, na któ­rych le­d­wie się roz­po­zna­ję, gru­by pled w czer­wo­no-be­żo­wą kra­tę, któ­ry te­raz leży na ka­na­pie, sta­ran­nie zło­żo­ny, choć chwi­lo­wo bez­u­ży­tecz­ny, i ma­leń­kie lu­ster­ko spra­wia­ją­ce mnó­stwo ra­do­ści na­wet wów­czas, gdy prze­glą­da­ją­ca się w nim oso­ba nie po­zna­wa­ła wła­sne­go od­bi­cia. Przed­mio­ty… to one są w sta­nie prze­trwać dłu­żej od swo­je­go wła­ści­cie­la.

Śmierć nie dba o tych, któ­rzy po­zo­sta­ją na zie­mi. Bez­wstyd­nie kar­mi się ich cier­pie­niem. Okrut­nie drwi z roz­pa­czy. Szy­dzi z bólu roz­dzie­ra­ją­ce­go ludz­kie ser­ce. Na­igra­wa się z tych, któ­rzy wciąż wie­rzą, że mają szan­sę z nią wy­grać. Od­cho­dząc, bez­kar­nie dep­cze ich na­dzie­je.

Je­stem sa­mot­na, choć co­dzien­nie wo­kół sie­bie spo­ty­kam lu­dzi. Czu­ję pust­kę, choć do­pie­ro nie­daw­no uda­ło mi się Cie­bie, mamo, po­znać. Czu­ję nie­do­syt, gdyż mam świa­do­mość, że mo­głam zro­bić wię­cej i le­piej. Je­stem roz­go­ry­czo­na, bo nie po­tra­fi­łam Cię oca­lić! Wierz mi, chcia­łam, ale wszy­scy wo­kół roz­kła­da­li ręce, twier­dząc, że je­dy­nym wyj­ściem jest uśmie­rze­nie bólu, któ­ry z dnia na dzień sta­wał się co­raz więk­szy. Bólu, któ­ry od­czu­wa­łam wraz z Tobą. Bólu, któ­ry po­zo­stał, choć Ty już go nie od­czu­wasz…

Wszy­scy po­wta­rza­ją mi, że po­trze­bu­ję cza­su, aby po­go­dzić się z rze­czy­wi­sto­ścią. Ale czym jest czas? To po­ję­cie zu­peł­nie abs­trak­cyj­ne, któ­re dla każ­de­go może mieć inne zna­cze­nie. Nie wiem, ile go po­trze­bu­ję, aby zro­zu­mieć to, co się wy­da­rzy­ło… Nie mogę jed­nak za­po­mnieć słów, któ­re nie­daw­no prze­czy­ta­łam: Kie­dy ma się nie­skoń­czo­ną ilość cza­su, nic nie jest wy­jąt­ko­we*.

18 paź­dzier­ni­ka 2014 r.

Od po­nad dwóch ty­go­dni Al­do­na ro­bi­ła wszyst­ko, aby ulżyć mat­ce w cier­pie­niu. Le­ka­rze nie po­zo­sta­wi­li jej żad­nych złu­dzeń: za­pa­le­nie płuc w za­awan­so­wa­nym sta­dium jej cho­ro­by może do­pro­wa­dzić do naj­gor­sze­go. Jed­nak ona nie po­tra­fi­ła na­wet o tym my­śleć. Nie chcąc tra­cić cza­su na do­jaz­dy do domu mat­ki, pod­ję­ła de­cy­zję o chwi­lo­wej prze­pro­wadz­ce. Wpraw­dzie jej miesz­ka­nie było od­da­lo­ne o za­le­d­wie czte­ry ki­lo­me­try, ale w obec­nej sy­tu­acji nie mo­gła po­zo­sta­wić mat­ki sa­mej na­wet na chwi­lę. Do­tych­czas wy­mie­nia­ły się z opie­kun­ką. Cza­sem przy­jeż­dża­ła też jej młod­sza sio­stra i przez kil­ka go­dzin zo­sta­wa­ła z cho­rą, ale sama mia­ła tro­je dzie­ci, więc nie było mowy o dłuż­szych dy­żu­rach.

Al­do­na spa­ko­wa­ła nie­wiel­ką wa­liz­kę i prze­nio­sła się do domu ro­dzin­ne­go, w któ­rym wy­cho­wy­wa­ła się wraz z dwoj­giem ro­dzeń­stwa. Młod­szy od niej o dwa lata brat – Da­rek – od szes­na­stu lat miesz­kał w Lon­dy­nie, gdzie za­ło­żył ro­dzi­nę i z po­wo­dze­niem pro­wa­dził fir­mę pro­du­ku­ją­cą ma­szy­ny rol­ni­cze. Lid­ka zaś była od niej o dzie­sięć lat młod­sza. Za­le­d­wie kil­ka lat temu wy­szła za mąż. Naj­pierw uro­dzi­ła cór­kę – Es­te­rę, a po czte­rech la­tach przy­szli na świat dwaj chłop­cy: Łu­kasz i Do­mi­nik, któ­rzy od po­cząt­ku ster­ro­ry­zo­wa­li cały dom i od trzech lat bez więk­szych trud­no­ści dyk­to­wa­li Lid­ce swo­je wa­run­ki.

Je­dy­nie Al­do­na była w sta­nie zre­zy­gno­wać z wła­sne­go ży­cia, aby od czte­rech lat opie­ko­wać się mat­ką. Na po­cząt­ku pró­bo­wa­ła go­dzić to z pra­cą, ale po pew­nym cza­sie mu­sia­ła odejść z fir­my. Mat­ka z każ­dym dniem co­raz go­rzej funk­cjo­no­wa­ła. Na po­cząt­ku mia­ła tyl­ko chwi­lo­we za­ni­ki świa­do­mo­ści, a ćwi­cze­nia kon­cen­tra­cji i pa­mię­ci po­zwa­la­ły jej przez pe­wien czas w mia­rę nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Jed­nak z cza­sem kło­po­ty z pa­mię­cią po­ja­wia­ły się co­raz czę­ściej i trwa­ły co­raz dłu­żej, przez co sta­wa­ła się nie­spo­koj­na, a cza­sem wręcz agre­syw­na. Nie była w sta­nie roz­po­znać są­sia­dek, więc spa­ce­ry sta­wa­ły się nie do znie­sie­nia. W koń­cu, kie­dy mię­śnie za­czę­ły wiot­czeć i od­ma­wiać po­słu­szeń­stwa, wy­cho­dze­nie na ze­wnątrz sta­ło się nie­do­ści­gnio­nym ma­rze­niem, któ­re mu­sia­ła za­stą­pić je­dy­nie na­miast­ką, jaką było co­dzien­ne wie­trze­nie sy­pial­ni. Wów­czas, bez wzglę­du na porę roku, Al­do­na szczel­nie okry­wa­ła mat­kę pie­rzy­ną i gru­bym czer­wo­nym ple­dem, któ­ry za­wsze le­żał na łóż­ku, i otwie­ra­ła okno, przez któ­re za­glą­da­ło po­po­łu­dnio­we słoń­ce.

Kie­dy mat­ka prze­zię­bi­ła się, Al­do­na była na sie­bie wście­kła i nie chcia­ła słu­chać le­ka­rza, któ­ry przy­je­chał, aby zba­dać pa­cjent­kę.

– Pani Al­do­no, nie mo­gła pani prze­wi­dzieć, że mama się roz­cho­ru­je – ode­zwał się le­karz, po­chy­la­jąc się nad pli­kiem re­cept, któ­re wy­pi­sy­wał.

– Wczo­raj było chłod­no i mo­głam nie otwie­rać okna – wy­rzu­ca­ła so­bie, sia­da­jąc przy sto­le. – Ostat­nio tro­chę po­ka­sły­wa­ła, ale my­śla­łam, że to dla­te­go, bo tak dużo krzy­czy. Zno­wu mia­ła gor­sze dni i trud­no było mi ją uspo­ko­ić.

– Har­to­wa­nie jest bar­dzo waż­ne dla pa­cjen­tów prze­wle­kle cho­rych – stwier­dził dok­tor Mir­ko­wicz, spo­glą­da­jąc na nią. – Zresz­tą po­stą­pi­ła pani jak co dzień.

– Tyle że nie przy­pusz­cza­łam, że skoń­czy się to aż tak źle – od­po­wie­dzia­ła ze smut­kiem i spu­ści­ła wzrok.

– Pro­szę być do­brej my­śli. Są­dzę, że an­ty­bio­tyk za­dzia­ła, a po­ju­trze przy­ja­dę na kon­tro­lę i wte­dy zo­ba­czy­my, co jesz­cze mo­że­my zro­bić – stwier­dził, po czym pod­niósł się i wy­cią­gnął do niej dłoń na po­że­gna­nie.

– Dzię­ku­ję, pa­nie dok­to­rze.

– Do wi­dze­nia.

Kie­dy za­mknę­ła drzwi za wy­cho­dzą­cym le­ka­rzem, opar­ła się ple­ca­mi o zim­ną ścia­nę, a jej gło­wa sa­mo­ist­nie opa­dła w dół. Na­dal nie mo­gła uwie­rzyć, że mat­ka jest aż tak cho­ra. Nie mo­gła jej zo­sta­wić sa­mej, więc za­dzwo­ni­ła do Lid­ki, pro­sząc, aby jak naj­szyb­ciej przy­je­cha­ła. Cze­ka­jąc na sio­strę, przy­sia­dła na krze­śle i słu­cha­ła nie­rów­ne­go od­de­chu star­szej ko­bie­ty. Po­marsz­czo­na twarz była bla­do­sza­ra, po­ora­na licz­ny­mi bruz­da­mi. Oczy mia­ła za­mknię­te. Dłu­gie, rzad­kie wło­sy upar­cie wy­su­wa­ły się z war­ko­cza i bez­ład­nie opa­da­ły na po­dusz­kę, two­rząc swo­istą mo­zai­kę. Dło­nie le­ża­ły wzdłuż wy­chu­dzo­ne­go tu­ło­wia. Tyl­ko lek­ko uno­szą­ca się koł­dra wska­zy­wa­ła na to, że le­żą­ca pod nią ko­bie­ta wciąż wal­czy o każ­dy od­dech.

– Już je­stem! – od pro­gu krzy­cza­ła Lid­ka. – Tro­chę mi się ze­szło, bo chłop­cy upar­li się, że chcą wło­żyć płe­twy za­miast bu­tów.

– Do­brze, że je­steś – od­po­wie­dzia­ła Al­do­na, spo­glą­da­jąc na swo­ich sio­strzeń­ców, któ­rzy w rę­kach moc­no ści­ska­li ma­ski do nur­ko­wa­nia i co chwi­lę się nimi na­wza­jem ude­rza­li. – Może zo­sta­niesz z mamą, a ja wy­ku­pię le­kar­stwa?

– Wiesz co, le­piej ja to zro­bię. Mu­szę jesz­cze ku­pić maść na ska­le­cze­nia, bo…

– Do­brze. Idź już – prze­rwa­ła sio­strze, nie mo­gąc się do­cze­kać, kie­dy wresz­cie bę­dzie mo­gła za­apli­ko­wać cho­rej le­kar­stwa. – Tu są re­cep­ty i kar­ta do ban­ko­ma­tu – do­da­ła, wska­zu­jąc na stół.

– Da­rek zdą­żył prze­lać pie­nią­dze? – za­nie­po­ko­iła się.

– Na szczę­ście tak. – Po­ki­wa­ła gło­wą i zno­wu spoj­rza­ła w stro­nę chłop­ców, któ­rzy wła­śnie za­czę­li się kłó­cić o to, czy­ja ma­ska ma ład­niej­szy ko­lor.

Lid­ka zda­wa­ła się nie sły­szeć ich gło­śnych po­krzy­ki­wań i po­śpiesz­nie wkła­da­ła do tor­by re­cep­ty. My­śla­mi była już zu­peł­nie gdzie in­dziej.

– Chłop­cy, słu­chaj­cie cio­ci Al­do­ny i nie de­ner­wuj­cie bab­ci – zwró­ci­ła się wresz­cie do sy­nów, otwie­ra­jąc drzwi wyj­ścio­we. – Nie­dłu­go wra­cam – oświad­czy­ła, pró­bu­jąc się wy­śli­zgnąć na ze­wnątrz.

– Mamo, ku­pis nam li­za­ka? – spy­tał Łu­kasz, se­ple­niąc.

– Li­za­ka, mamo! – pod­chwy­cił Do­mi­nik, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć bra­ta. – Li­za­ka!

– Wa­sza mama idzie do ap­te­ki – sta­ra­ła się spo­koj­nie tłu­ma­czyć Al­do­na. – Bab­cia jest bar­dzo cho­ra i po­trze­bu­je le­karstw.

– Li­za­ka! Li­za­ka! – Zda­wa­li się zu­peł­nie nie słu­chać tego, co przed chwi­lą do nich po­wie­dzia­ła.

– Do­brze, już do­brze. Tyl­ko bądź­cie ci­cho – zgo­dzi­ła się Lid­ka i czym prę­dzej wy­szła z domu, po­zo­sta­wia­jąc swo­je po­cie­chy pod czuj­nym okiem sio­stry, któ­ra w po­dob­nych sy­tu­acjach cie­szy­ła się, że nie ma po­tom­stwa.

– Pa­no­wie, odłóż­cie te ma­ski na stół i po ci­chu usiądź­cie w kuch­ni – po­le­ci­ła dość ostrym to­nem, bacz­nie ich ob­ser­wu­jąc.

– Ale my chce­my do bab­ci! – krzy­czał Łu­kasz, ko­piąc Do­mi­ni­ka, któ­ry na­tych­miast się roz­pła­kał.

– Cio­ciu, Łu­kas mnie ko­pie… – szlo­chał ma­luch, wy­cie­ra­jąc rę­ka­wem ka­pią­ce mu z oczu łzy.

– Nie­praw­da! – darł się Łu­kasz.

– Prze­stań­cie krzy­czeć, małe po­two­ry! – wrza­snę­ła, da­jąc upust swo­im emo­cjom. – Sia­dać na krze­słach i nie od­zy­wać się ani sło­wem, bo przy­nio­sę kred­ki i kar­ton, że­by­ście mo­gli na­ry­so­wać ob­ra­zek, a tego to na pew­no nie chce­cie. Praw­da?

Oby­dwaj jak na ko­men­dę po­ki­wa­li gło­wa­mi i nie spusz­cza­jąc prze­stra­szo­ne­go wzro­ku z ciot­ki, cze­ka­li, co się da­lej wy­da­rzy. Al­do­na po­sta­wi­ła czaj­nik na ga­zie i wy­ję­ła pacz­kę cia­stek, któ­rą otwo­rzy­ła i po­sta­wi­ła przed chłop­ca­mi.

– Czy obie­cu­je­cie, że w ci­szy po­ukła­da­cie puz­zle, któ­re wam ostat­nio ku­pi­łam? – spy­ta­ła, wy­mow­nie pa­trząc na sio­strzeń­ców, a jej mina wska­zy­wa­ła na to, że nie przyj­mie od­mo­wy.

– Tak – zgod­nie za­pew­ni­li, gdyż po­ku­sa zje­dze­nia cia­stek dyk­to­wa­ła jed­no­znacz­ną od­po­wiedź.

– Smacz­ne­go – po­wie­dzia­ła, sta­wia­jąc przed każ­dym ta­le­rzyk i na­le­wa­jąc im sok do kub­ków.

Za­cze­ka­ła, aż woda się za­go­tu­je i za­fun­do­wa­ła so­bie fi­li­żan­kę moc­nej kawy. Nie chcia­ła pa­mię­tać o tym, że była to już trze­cia tego dnia. Za­czer­wie­nio­ne oczy pie­kły za każ­dym ra­zem, gdy je za­my­ka­ła. Po­przed­nia noc była wy­jąt­ko­wo trud­na. Mat­ka co kil­ka­na­ście mi­nut bu­dzi­ła się, pró­bu­jąc zro­bić głęb­szy od­dech. Za każ­dym ra­zem Al­do­na mia­ła wra­że­nie, że mat­ka się dusi, dla­te­go ro­bi­ła jej in­ha­la­cje, okle­py­wa­ła jej ple­cy, co je­dy­nie na krót­ko przy­no­si­ło ulgę, więc po chwi­li wszyst­ko trze­ba było za­czy­nać na nowo.

Po­wo­li prze­szła do sy­pial­ni, by zmie­rzyć tem­pe­ra­tu­rę cho­rej. Do­kład­nie za­mknę­ła za sobą drzwi, aby nie prze­szka­dza­ły im od­gło­sy do­cho­dzą­ce z kuch­ni. Ostroż­nie od­kry­ła koł­drę i wsu­nę­ła ma­mie ter­mo­metr pod pa­chę. Ci­cho usia­dła na fo­te­lu sto­ją­cym tuż obok łóż­ka i otwo­rzy­ła książ­kę le­żą­cą na noc­nym sto­li­ku. Spoj­rza­ła na mat­kę. Wy­glą­da­ło na to, że wciąż śpi. Po­mi­mo tego za­czę­ła czy­tać na głos. Za­wsze bar­dzo to lu­bi­ła. De­lek­to­wa­ła się dźwię­kiem wła­sne­go gło­su. Czy­ta­ła wol­no, do­kład­nie ak­cen­tu­jąc po­szcze­gól­ne wy­ra­zy. Kie­dyś to ona słu­cha­ła, jak oj­ciec im czy­tał. Uwiel­bia­ła te mo­men­ty. Za­wsze pierw­sza le­ża­ła w łóż­ku, po­krzy­ku­jąc na ocią­ga­ją­ce­go się Dar­ka, któ­ry wo­lał bie­gać po po­dwór­ku. Kie­dy uro­dzi­ła się Lid­ka, oj­ciec stwier­dził, że okres dzie­ciń­stwa wła­śnie do­biegł koń­ca i te­raz to oni po­win­ni czy­tać naj­młod­szej sio­strze na do­bra­noc. Da­rek nie chciał o tym sły­szeć, dla­te­go siłą rze­czy to ona prze­ję­ła tę funk­cję. Te­raz po­wró­ci­ła do daw­nych przy­zwy­cza­jeń i znów za­czę­ła gło­śno czy­tać. Nie było dla niej waż­ne, czy mat­ka ją sły­szy i ro­zu­mie. Wie­dzia­ła od le­ka­rzy, że cho­rzy są w sta­nie roz­róż­nić bar­wę i ton gło­su osób im bli­skich i wów­czas czu­ją się bar­dziej bez­piecz­ni, a przez to spo­koj­niej­si.

Od­wró­ci­ła ko­lej­ną kart­kę, za­wie­sza­jąc wzrok na dwóch li­nij­kach tek­stu. Prze­czy­ta­ła go po raz dru­gi i trze­ci. Sło­wa co­raz moc­niej pul­so­wa­ły w jej gło­wie. Po­wo­li za­mknę­ła oczy, ana­li­zu­jąc sens od­czy­ta­nych zdań. Za­sta­na­wia­ła się, ile cza­su po­zo­sta­ło jej mat­ce. Ostat­nio każ­dą chwi­lę spę­dza­ła przy jej łóż­ku. Cza­sem za­po­mi­na­ła zjeść śnia­da­nie czy się wy­ką­pać. W tej chwi­li było to mało istot­ne. Ich wspól­ny czas nie­uchron­nie się kur­czył, a ona nie mo­gła nic na to po­ra­dzić i dużo by dała, aby móc wró­cić do prze­szło­ści i zu­peł­nie ina­czej ją za­pla­no­wać. Mia­ła jed­nak świa­do­mość, że wów­czas wy­bra­ła­by zu­peł­nie inną dro­gę.

Z za­my­śle­nia wy­rwał ją dźwięk ter­mo­me­tru, któ­ry gło­śno ob­wiesz­czał wy­ko­na­nie za­da­nia. Licz­ba, któ­rą wska­zy­wał, nie zwia­sto­wa­ła ry­chłe­go po­wro­tu do zdro­wia. Al­do­na od­sło­ni­ła fi­ran­kę i nie­spo­koj­nie wyj­rza­ła przez okno, ale nie uj­rza­ła sio­stry. Na chwi­lę za­wie­si­ła wzrok na po­żół­kłych li­ściach ma­je­sta­tycz­ne­go dębu, któ­re bez­rad­nie opa­da­ły na daw­no nie­ko­szo­ny traw­nik przed do­mem. Tyl­ko lek­kie po­dmu­chy wia­tru co rusz pod­ry­wa­ły li­ście, by po chwi­li zna­leźć dla nich nowe miej­sce.

Na­gle Al­do­na przy­po­mnia­ła so­bie, że w kuch­ni wciąż po­zo­sta­wa­li jej mali, lecz bar­dzo twór­czy sio­strzeń­cy. Prze­dłu­ża­ją­ca się ci­sza nie wró­ży­ła ni­cze­go do­bre­go. Na­tych­miast wy­szła do przed­po­ko­ju i na pal­cach po­de­szła do kuch­ni. Gdy zaj­rza­ła do środ­ka, z osłu­pie­nia otwo­rzy­ła sze­ro­ko usta, na­bra­ła tchu, ale za­bra­kło jej od­wa­gi, aby wy­pu­ścić po­wie­trze z płuc. Głos uwiązł jej w gar­dle i choć pró­bo­wa­ła prze­łknąć śli­nę, nie była w sta­nie wy­du­sić z sie­bie ani sło­wa. Chłop­cy oprócz po­zo­sta­wio­nej to­reb­ki cia­stek zdą­ży­li już zjeść ta­blicz­kę cze­ko­la­dy, pacz­kę pa­lusz­ków i wła­śnie zgod­nie opróż­nia­li pu­deł­ko z pta­sim mlecz­kiem. Z umo­ru­sa­ny­mi bu­zia­mi sie­dzie­li na pod­ło­dze i brud­ny­mi pa­lu­cha­mi roz­sma­ro­wy­wa­li dżem tru­skaw­ko­wy, krem cze­ko­la­do­wy i ket­chup, któ­ry zdo­ła­li wy­jąć z lo­dów­ki. Kie­dy ją spo­strze­gli, za­czę­li się nie­win­nie uśmie­chać. Na­wet nie wie­dzia­ła, kie­dy po­de­szła do sto­łu i oby­dwu moc­no chwy­ci­ła za ręce, po czym za­cią­gnę­ła do ła­zien­ki.

– A te­raz pod­cią­gać rę­ka­wy i szo­ro­wać łap­ska! – na­ka­za­ła, moc­no zi­ry­to­wa­na. – Na mo­ment nie moż­na spu­ścić z was oczu! Mó­wi­łam, że ma­cie za­cho­wy­wać się grzecz­nie, bo bab­cia jest cho­ra i mu­szę się nią za­jąć – do­da­ła, za­ci­ska­jąc pię­ści.

Jej ner­wy były na­pię­te do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści i nie była w sta­nie nad sobą za­pa­no­wać. Lu­bi­ła swo­ich sio­strzeń­ców, ale dzi­siaj nie mia­ła cier­pli­wo­ści do ich wy­bry­ków. Opar­ła się o ścia­nę i pa­trzy­ła, jak w ci­szy myją ręce i twarz. Kie­dy skoń­czy­li, po­da­ła im ręcz­nik i za­cze­ka­ła, aż do­kład­nie wy­trą dło­nie.

– Te­raz sia­da­cie i w ci­szy ukła­da­cie puz­zle – oświad­czy­ła, pro­wa­dząc ich do kuch­ni. – Je­stem bar­dzo cie­ka­wa, czy zdo­ła­cie to zro­bić bez ni­czy­jej po­mo­cy – do­da­ła, pro­wo­ku­jąc ich do dzia­ła­nia.

Nie śmie­li opo­no­wać, wi­dząc jej złość. Po­słusz­nie po­chy­li­li się nad sto­łem, szu­ka­jąc po­szcze­gól­nych ele­men­tów ob­raz­ka przed­sta­wia­ją­ce­go ja­kąś po­stać z kre­sków­ki, któ­rą oby­dwaj uwiel­bia­li. Al­do­na sta­ła w drzwiach, ob­ser­wu­jąc ich zma­ga­nia. Wie­dzia­ła, że je­śli spu­ści z nich wzrok, nie­chyb­nie zno­wu bę­dzie ka­ta­stro­fa. Przez cały czas na­słu­chi­wa­ła, czy z po­ko­ju nie do­by­wa się ja­kiś od­głos mo­gą­cy świad­czyć o tym, że mat­ka jej po­trze­bu­je. Nie tra­cąc z oczu chłop­ców, ty­łem prze­szła do po­ko­ju mat­ki. Ostroż­nie uchy­li­ła drzwi i zaj­rza­ła do środ­ka, ale nic się nie zmie­ni­ło, od­kąd stąd wy­szła. Przy­mknę­ła drzwi i wró­ci­ła na swo­je po­przed­nie miej­sce, sta­jąc w drzwiach kuch­ni. Ma­lu­chy na­dal po­chy­la­ły się nad sto­łem, prze­ję­te za­da­niem. Ta­kich ich uwiel­bia­ła.

– Co tu­taj tak ci­cho? – za­nie­po­ko­iła się Lid­ka, wcho­dząc do przed­po­ko­ju. – My­śla­łam, że ni­ko­go nie ma.

– Twoi pa­no­wie po­sta­no­wi­li wy­ko­nać ku­li­nar­ne graf­fi­ti – ode­zwa­ła się w koń­cu Al­do­na.

– Grzecz­nie się ba­wi­li­ście? – za­py­ta­ła, uśmie­cha­jąc się do sy­nów i głasz­cząc ich po gło­wach.

– Do­sko­na­le – stwier­dzi­ła Al­do­na, nie kry­jąc sar­ka­zmu w swo­im gło­sie. – Tyl­ko mu­sisz po­sprzą­tać to ar­cy­dzie­ło.

– Pi­cas­so też ja­koś za­czy­nał – za­żar­to­wa­ła, pa­trząc na rdza­we pla­my. – E, nie jest tak źle. W domu ro­bią gor­szy ba­ła­gan – skwi­to­wa­ła bez naj­mniej­szej skru­chy.

– Nie in­te­re­su­je mnie, na co po­zwa­lasz im w domu – po­wo­li wy­ja­śni­ła Al­do­na, cały czas pró­bu­jąc pa­no­wać nad gnie­wem. – Wy­tłu­macz im, z ła­ski swo­jej, że w go­ściach ta­kich rze­czy się nie robi.

– Ale oni nie są w go­ściach – pró­bo­wa­ła bro­nić chłop­ców, bio­rąc zmy­wak i ście­ra­jąc za­cie­ki.

– Nie o to cho­dzi – ce­dzi­ła przez zęby ko­lej­ne sło­wa. – Tu­taj nie wol­no im ro­bić ta­kich rze­czy! Ko­niec!

– Ma­rud­na je­steś – lek­ce­wa­żą­cym to­nem skwi­to­wa­ła Lid­ka. – Dzie­ci nie moż­na ogra­ni­czać, a ty naj­le­piej da­ła­byś im książ­kę i ka­za­ła ją czy­tać. Tak się nie da.

– Być może… Nie wiem… W koń­cu to ty je­steś mat­ką i wy­glą­da na to, że wiesz naj­le­piej.

Al­do­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Bę­dąc mat­ką, na pew­no nie po­zwo­li­ła­by na to, by dzie­ci wy­cho­wy­wa­ły się bez żad­nych za­sad. Nie była zwo­len­nicz­ką ry­go­ru, ale uwa­ża­ła, że to ro­dzi­ce po­win­ni za­dbać o wła­ści­wy kształt krę­go­słu­pa mo­ral­ne­go swo­ich po­ciech. Ustę­po­wa­nie im na każ­dym kro­ku spra­wia­ło, że przej­mo­wa­li kon­tro­lę nad do­mem i to oni de­cy­do­wa­li o tym, ja­kie pa­nu­ją w nim re­gu­ły.

Za­pa­dła nie­zręcz­na ci­sza. Tyl­ko chłop­cy co rusz ko­pa­li się na­wza­jem, szczę­śli­wi, że mogą po­wró­cić do swo­ich przy­zwy­cza­jeń.

Pierw­sza ode­zwa­ła się, zre­zy­gno­wa­nym to­nem, Al­do­na:

– Wszyst­ko wy­ku­pi­łaś?

– Tak. Dasz so­bie radę? Bo mu­szę ode­brać ze szko­ły Es­te­rę – spy­ta­ła i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, za­czę­ła za­kła­dać chłop­com buty.

– Ja­sne. – Wzię­ła tor­bę z le­kar­stwa­mi i prze­szła do sy­pial­ni.

– To cześć.

„Cześć” – od­po­wie­dzia­ła w my­ślach i czym prę­dzej za­bra­ła się do szy­ko­wa­nia por­cji le­karstw. Ilość me­dy­ka­men­tów, któ­re po­ja­wi­ły się na sto­le, prze­ra­ża­ła ją, dla­te­go kil­ka­krot­nie spraw­dza­ła daw­ko­wa­nie, za­nim po­da­ła leki mat­ce, któ­ra wca­le nie mia­ła ocho­ty ich za­żyć. Pierw­sze dwie pró­by za­koń­czy­ły się fia­skiem i sy­ro­py wy­lą­do­wa­ły na koł­drze, two­rząc ko­lo­ro­we, le­pią­ce się pla­my. Al­do­na wy­ję­ła z sza­fy czy­stą po­szew­kę i za­bra­ła się do prze­wle­ka­nia po­ście­li. Była do tego przy­zwy­cza­jo­na. Śred­nio dwa razy na ty­dzień nie uda­wa­ło jej się za­pa­no­wać nad nad­spo­dzie­wa­nie ru­chli­wy­mi dłoń­mi mat­ki, któ­ra bro­ni­ła się przed przyj­mo­wa­niem le­karstw. Nie po­ma­ga­ły tłu­ma­cze­nia ni proś­by Al­do­ny, z prze­ra­że­niem pa­trzą­cej na ko­lej­ne re­cep­ty, na któ­rych wciąż przy­by­wa­ło ta­ble­tek i sy­ro­pów.

Na szczę­ście po­ja­wi­ła się Mo­ni­ka, któ­ra po­ma­ga­ła jej opie­ko­wać się mat­ką. Mło­da dziew­czy­na o przy­ja­znym wy­ra­zie twa­rzy była dość po­staw­na, co sta­no­wi­ło atut w przy­pad­ku opie­ki nad nie­do­łęż­ną oso­bą. Jej prze­ni­kli­we spoj­rze­nie zdra­dza­ło, że nie jest jej obo­jęt­ny los cho­rej, któ­rą się zaj­mo­wa­ła.

Z nie­ma­łym wy­sił­kiem uda­ło im się w koń­cu za­apli­ko­wać le­kar­stwa.

– Ko­lej­na daw­ka do­pie­ro za sześć go­dzin – sap­nę­ła Al­do­na, sia­da­jąc w fo­te­lu.

– Cięż­ka noc? – ode­zwa­ła się Mo­ni­ka, pa­trząc na ko­bie­tę.

– I noc, i dzień… – stwier­dzi­ła, czu­jąc, jak jej cięż­kie po­wie­ki za­my­ka­ją się.

– Może się zdrzem­niesz? – za­pro­po­no­wa­ła. – Obu­dzę cię, jak będę wy­cho­dzić.

– Dzię­ku­ję, choć nie wiem, czy dam radę za­snąć w cią­gu dnia. Tyle się dzie­je…

– Spró­buj. Je­stem tu i wszyst­kim się zaj­mę.

Al­do­na prze­szła do ma­leń­kie­go po­ko­ju przy­le­ga­ją­ce­go do sy­pial­ni mat­ki. To w nim spę­dzi­ła swo­je dzie­ciń­stwo i do­pó­ki Lid­ka nie pod­ro­sła, na­le­żał tyl­ko do niej. Tu ba­wi­ła się je­dy­ną lal­ką, jaką po­sia­da­ła i choć już daw­no ją wy­rzu­ci­ła, gdyż czas od­ci­snął na niej swo­je pięt­no, to wciąż po­wra­ca­ła do niej pa­mię­cią. Trak­to­wa­ła ją jak przy­ja­ciół­kę, po­wier­ni­cę ta­jem­nic, któ­re nie mia­ły pra­wa uj­rzeć świa­tła dzien­ne­go. To do niej się przy­tu­la­ła, gdy oj­ciec wra­cał w nocy, moc­no pod­chmie­lo­ny. To ją za­bra­ła ze sobą, gdy pierw­szy raz szła do szko­ły. To przy niej naj­chęt­niej za­sy­pia­ła jej młod­sza sio­stra, któ­ra siłą rze­czy odzie­dzi­czy­ła po niej wszyst­kie za­baw­ki.

Kie­dy tyl­ko przy­ło­ży­ła gło­wę do po­dusz­ki, po­wie­ki same cięż­ko opa­dły, ale sen nie nad­cho­dził. Prze­krę­ca­ła się z boku na bok, na­słu­chu­jąc, czy mat­ka się nie prze­bu­dzi­ła. W koń­cu na chwi­lę za­pa­dła w drzem­kę.

Gdy otwo­rzy­ła oczy, ni­ko­go wo­kół niej nie było. Za­cho­dzą­ce słoń­ce prze­śli­zgi­wa­ło się po jej cie­le, sma­ga­jąc je cie­pły­mi pro­mie­nia­mi. Usi­ło­wa­ła się prze­krę­cić na dru­gi bok, ale ostre zia­ren­ka zło­ci­ste­go pia­sku wbi­ja­ły się w jej cia­ło, nie po­zwa­la­jąc na chwi­lę za­po­mnie­nia. Na­gle po­czu­ła okrut­ne pra­gnie­nie. Łap­czy­wym wzro­kiem szu­ka­ła odro­bi­ny wody, ale w za­się­gu wzro­ku nie było jed­nak ani jed­nej kro­pli. Spró­bo­wa­ła się pod­nieść. Nogi zda­wa­ły się drżeć pod jej cię­ża­rem i do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li uda­ło jej się zła­pać rów­no­wa­gę. Po­wo­li po­wlo­kła się przed sie­bie. Ośle­pia­ją­ce słoń­ce wy­mu­si­ło na niej kie­ru­nek wę­drów­ki, wo­la­ła bo­wiem czuć jego pro­mie­nie na ple­cach niż na twa­rzy. Każ­dy krok to wy­si­łek dzie­siąt­ków mię­śni, któ­re wca­le nie mia­ły na to ocho­ty. Dro­bi­ny pia­sku bez­ład­nie prze­sy­py­wa­ły się mię­dzy bo­sy­mi pal­ca­mi, sku­tecz­nie utrud­nia­jąc cho­dze­nie. Jej nie­wiel­kie sto­py zda­wa­ły się nie pod­da­wać i co­raz moc­niej pra­co­wać, jed­nak z każ­dą se­kun­dą bar­dziej do­skwie­ra­ło jej zmę­cze­nie ogar­nia­ją­ce cały or­ga­nizm.

W koń­cu uklę­kła, cały czas pró­bu­jąc się prze­su­wać do przo­du. Wresz­cie, wy­koń­czo­na, upa­dła na szorst­ki pia­sek, któ­ry przez cały czas pa­rzył jej cia­ło. Na mo­ment wspar­ła się na dło­niach, ale jej cia­ło od­mó­wi­ło współ­pra­cy. Po­trze­bo­wa­ła czy­jejś po­mo­cy. Ner­wo­wo roz­glą­da­ła się wo­kół sie­bie, lecz ośle­pia­ją­ce pro­mie­nie po­ma­rań­czo­wo­czer­wo­nej kuli ma­mi­ły jej wzrok, nie po­zwa­la­jąc jej doj­rzeć oto­cze­nia. Chcia­ła krzy­czeć, wzy­wać po­mo­cy, lecz głos uwiązł jej w gar­dle. Wy­su­szo­ne pod­nie­bie­nie sta­ło się wię­zie­niem dla spra­gnio­ne­go kro­pli wody ję­zy­ka. W gło­wie mia­ła tyl­ko jed­ną myśl: „Mu­szę wal­czyć!”.

Ock­nę­ła się, gdy usły­sza­ła szept Mo­ni­ki:

– Al­do­na, już osiem­na­sta. Za chwi­lę mu­szę się zbie­rać.

– Oczy­wi­ście – po­wie­dzia­ła, pod­ry­wa­jąc się i sia­da­jąc na łóż­ku. – Jak wy­glą­da sy­tu­acja?

– Two­ja mama na­dal śpi, tyl­ko na chwi­lę się prze­bu­dzi­ła. Zdą­ży­łam ją na­kar­mić, choć wy­raź­nie nie mia­ła ocho­ty na bu­lion.

– Dzię­ku­ję ci. Za­raz do niej pój­dę.

– Ju­tro przyj­dę jak zwy­kle.

– Do zo­ba­cze­nia.

– Spo­koj­nej nocy – po­wie­dzia­ła i wy­szła z po­ko­ju, po­zo­sta­wia­jąc za sobą uchy­lo­ne drzwi.

Al­do­na pod­nio­sła się i po­czła­pa­ła do sy­pial­ni. Mat­ka mia­ła za­mknię­te oczy, ale wy­da­wa­ło się, że od­dy­cha spo­koj­niej. Ko­bie­ta wy­co­fa­ła się do kuch­ni. Przy­go­to­wa­ła ko­lej­ną daw­kę le­karstw, po czym przy­rzą­dzi­ła dla sie­bie ko­la­cję. Wpraw­dzie nie od­czu­wa­ła gło­du, ale krót­ka drzem­ka zu­peł­nie ją roz­bi­ła, a na samą myśl o ko­lej­nej ka­wie jej żo­łą­dek bun­to­wał się falą gwał­tow­nych skur­czów. Uzna­ła, że go­rą­ca her­ba­ta i ka­nap­ki z żół­tym se­rem za­ła­twią spra­wę.

Sa­mot­ność sta­ła się jej na­tu­ral­ną to­wa­rzysz­ką ostat­nich mie­się­cy. Żyła z dnia na dzień, ni­cze­go nie pla­nu­jąc, o ni­czym nie ma­rząc. Tak było zde­cy­do­wa­nie ła­twiej, choć skła­ma­ła­by, twier­dząc, że nie przy­cho­dzi­ły chwi­le zwąt­pie­nia, kie­dy chcia­ła za­trza­snąć za sobą drzwi i nie my­śleć o ko­lej­nych le­kar­stwach czy nie­koń­czą­cej się re­ha­bi­li­ta­cji. Cza­sem mia­ła wra­że­nie, że jest więź­niem, któ­ry nie po­tra­fi po­wie­dzieć, kie­dy wyj­dzie na wol­ność. W ta­kich chwi­lach ob­wi­nia­ła się, że nie­wy­star­cza­ją­co do­brze zaj­mu­je się mat­ką. Wi­dzia­ła mnó­stwo swo­ich nie­do­cią­gnięć, wy­rzu­ca­ła so­bie, że tak nie­wie­le może zro­bić, by choć tro­chę ulżyć w cier­pie­niu. Może gdy­by cho­ro­ba zo­sta­ła zdia­gno­zo­wa­na wcze­śniej, wów­czas le­cze­nie mo­gło­by wy­glą­dać zu­peł­nie ina­czej.

Gdy skoń­czy­ła spo­ży­wać po­si­łek, usły­sza­ła skrzy­pie­nie ma­te­ra­ca. Szyb­ko wsta­ła, wzię­ła przy­go­to­wa­ne le­kar­stwa i po­szła do sy­pial­ni.

– Do­brze, że się obu­dzi­łaś – ode­zwa­ła się, wcho­dząc, po czym po­de­szła do sto­li­ka noc­ne­go i po­ło­ży­ła na nim ta­blet­ki. – Masz ocho­tę na ko­la­cję? – spy­ta­ła i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, do­da­ła: – Za­raz przy­nio­sę ci ka­szę man­nę z so­kiem tru­skaw­ko­wym – wy­ja­śni­ła, wy­cho­dząc do kuch­ni.

Po po­wro­cie po­sta­wi­ła ta­lerz na sto­le i za­bra­ła się do po­pra­wia­nia po­ście­li.

– Te­raz pod­ło­żę ci po­dusz­kę, żeby było ci wy­god­nie jeść – tłu­ma­czy­ła, choć nie pa­dło żad­ne py­ta­nie. – Pro­szę, zjedz. – Przy­sia­dła na sto­ją­cym nie­opo­dal łóż­ka krze­śle.

Na­bra­ła na łyż­kę odro­bi­nę ka­szy i spró­bo­wa­ła ją po­dać cho­rej.

– Nie chcesz? – spy­ta­ła, wi­dząc, że mat­ka od­wra­ca gło­wę. – Tyl­ko kil­ka ły­żek. Mu­sisz jeść, żeby wy­zdro­wieć.

Pod­ję­ła ko­lej­ną pró­bę, któ­ra po­now­nie spo­tka­ła się z od­mo­wą.

Od­kąd u mat­ki zdia­gno­zo­wa­no cho­ro­bę, du­żym pro­ble­mem sta­ło się przyj­mo­wa­nie po­sił­ków. Dość szyb­ko Al­do­na zo­rien­to­wa­ła się, że naj­chęt­niej mat­ka zja­da zupy. Jed­nak z cza­sem gry­zie­nie wa­rzyw przy­spa­rza­ło jej co­raz wię­cej trud­no­ści. W tym cza­sie da­nie zdą­ży­ło wy­sty­gnąć i trze­ba je było pod­grze­wać. To na­to­miast bu­dzi­ło fru­stra­cję pa­cjent­ki, któ­ra od cza­su do cza­su mia­ła prze­bły­ski świa­do­mo­ści i wów­czas do­strze­ga­ła swo­ją nie­do­łęż­ność. Je­dy­nym wyj­ściem było mik­so­wa­nie zup i po­da­wa­nie ich w for­mie kre­mu.

Al­do­na od­sta­wi­ła ta­lerz na stół.

– Może naj­pierw się tro­chę po­gim­na­sty­ku­je­my? – za­pro­po­no­wa­ła.

Opusz­ka­mi pal­ców za­czę­ła de­li­kat­nie ma­so­wać po­licz­ki sta­rusz­ki. Póź­niej ko­li­sty­mi ru­cha­mi roz­cie­ra­ła po­marsz­czo­ne czo­ło, na koń­cu bro­dę, któ­ra za­pa­dła się, a usta były tak wą­skie, że mo­gło się zda­wać, iż w ogó­le ich nie ma na swo­im miej­scu.

– Czy te­raz mo­że­my już jeść? – spy­ta­ła, uśmie­cha­jąc się do mat­ki, po czym po­da­ła jej odro­bi­nę kle­iku.

Tym ra­zem nie spo­tka­ła się z od­mo­wą. Ko­lej­ne por­cje po­sił­ku spraw­nie tra­fia­ły do ust kar­mio­nej. Wi­dać było jed­nak, że na­wet prze­ły­ka­nie spra­wia jej trud­ność. Kie­dy skoń­czy­ła jeść, przy­ję­ła le­kar­stwa i po­now­nie za­pa­dła w sen. Al­do­na włą­czy­ła noc­ną lamp­kę, usia­dła wy­god­nie w fo­te­lu, szczel­nie otu­li­ła swo­je cia­ło cie­płym ko­cem i za­głę­bi­ła się w lek­tu­rze jed­nej z nie­daw­no ku­pio­nych po­wie­ści. W ostat­nich mie­sią­cach to była jej je­dy­na roz­ryw­ka. Spo­ra­dycz­nie mia­ła czas na kino czy te­atr, nie mo­gła so­bie jed­nak wy­obra­zić ży­cia bez odro­bi­ny kul­tu­ry. Ni­g­dy nie uwa­ża­ła się za znaw­czy­nię sztu­ki. Mia­ła prze­świad­cze­nie, że zbyt mało o niej wie. Wo­la­ła okre­śle­nie „mi­ło­śnicz­ka”. Jej za­in­te­re­so­wa­nia się­ga­ły cza­sów stu­diów, gdy mia­ła moż­li­wość ob­co­wać ze sztu­ką na co dzień.

Na­wet nie spo­strze­gła, kie­dy się zdrzem­nę­ła. Za­pa­dła w kil­ku­na­sto­mi­nu­to­wy sen. Gło­wę mi­mo­wol­nie opar­ła o brzeg fo­te­la, a oku­la­ry, któ­re od nie­daw­na za­kła­da­ła do czy­ta­nia, odro­bi­nę zsu­nę­ły się z nosa. Kil­ka nie­sfor­nych ko­smy­ków opa­dło na twarz, przy­sła­nia­jąc pro­fil. Zmę­cze­nie od­ma­lo­wa­ło się na jej twa­rzy. W cią­gu kil­ku ty­go­dni wo­kół oczu nie­po­strze­że­nie po­ja­wi­ły się nowe zmarszcz­ki, a skó­ra stra­ci­ła swój daw­ny ko­lor i obec­nie z bra­ku wła­ści­wej die­ty i pie­lę­gna­cji sta­ła się ma­to­wa i szorst­ka. Jej ru­da­wo­zło­ci­ste wło­sy od daw­na wy­ma­ga­ły in­ge­ren­cji fry­zje­ra, lecz Al­do­na zda­wa­ła się tego nie do­strze­gać. Co rano po­śpiesz­nie wkła­da­ła spodnie i któ­rąś z roz­cią­gnię­tych ko­szu­lek, kil­ko­ma szyb­ki­mi ru­cha­mi roz­cze­sy­wa­ła wło­sy, nie ba­cząc na to, że wie­le z nich wy­ry­wa, po czym nie­dba­le pod­pi­na­ła je do góry.

Z dło­ni wy­su­nę­ła jej się nie­daw­no czy­ta­na po­wieść i spo­czę­ła na ko­la­nach. Al­do­na, lek­ko po­chra­pu­jąc, zda­wa­ła się ba­lan­so­wać na kra­wę­dzi jawy i snu. Cie­pło, któ­re ją ota­cza­ło, spra­wi­ło, że choć na mo­ment od­zy­ska­ła we­wnętrz­ny spo­kój. Zno­wu po­czu­ła się jak wów­czas, gdy miesz­ka­ła sama i mia­ła peł­ną kon­tro­lę nad wła­snym ży­ciem. Nie­za­leż­ność była dla niej luk­su­sem, o któ­rym ma­rzy­ła od dziec­ka. Dzię­ki swej pra­co­wi­to­ści uda­ło jej się to osią­gnąć. Dzi­siaj nie­za­leż­ność na­bra­ła w jej oczach zu­peł­nie no­we­go wy­mia­ru.