Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 258 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Odrobina brokatu - Shari L. Tapscott

Pełna blasku historia o pierwszej młodzieńczej miłości!

Lauren ma prosty plan na życie: skończyć szkołę, dalej rozwijać swojego bloga DIY i poślubić kogoś sławnego. W swojej przyszłości widzi jeszcze dwa słodkie pieski i bardzo dużo brokatu. Klasyczne „i żyli długo i szczęśliwie”.

Plany krzyżuje Harrison, szkolny przyjaciel jej brata, który nagle postanawia zamieszkać w ich domku gościnnym. Przecież to studio nagraniowe Lauren! Gdzie ma teraz kręcić nowe filmy dla swoich fanów?

Dziewczyna decyduje się na ignorowanie intruza. Jakoś przeczeka jego niechcianą obecność i wróci do swojej kreatywnej codzienności. Gdyby tylko Harrison nie był taki przystojny... i zabawny... i zdolny... i wkurzający!

Czy kiedy przyjdzie pora przeprowadzki, Lauren będzie w stanie rozstać się z Harrisonem? W sumie każda chwila z nim spędzona ma w sobie jakiś tajemniczy blask.

Opinie o ebooku Odrobina brokatu - Shari L. Tapscott

Fragment ebooka Odrobina brokatu - Shari L. Tapscott

Rozdział 1

1 listopada

Brokat jest najwspanialszym wynalazkiem ludzkości. Wystarczy odrobina kleju w sprayu i można go przyczepić dosłownie wszędzie. Właśnie dlatego pokryłam nim lampkę, półkę na książki, ozdobiłam nim ściany i praktycznie wszystko na biurku.

I to nie są jakieś tam przedszkolne prace plastyczne. Nie da się ukryć, że władam pędzelkiem i tubką kleju z odrobiną finezji. Zapytajcie któregokolwiek z czytelników mojego bloga. (Nie chwaląc się, możecie spytać o to też wiele innych osób).

– Lauren, kolacja! – krzyczy sprzed schodów moja mama.

Wpatruję się w figurkę sowy, którą kupiłam wczoraj w galerii handlowej, i próbuję zdecydować, co z nią zrobić. Jest biała i nudna, ale ma w sobie taki potencjał, że po prostu musiałam ją kupić. Leniwie przeczesuję grzebieniem włosy, rozważając możliwości.

– Natychmiast, Lauren!

Odchodzę od biurka, wzdychając. Rodzice, a może tylko moi rodzice, nie rozumieją, jak funkcjonuje artystyczna dusza. Nie mogę ot tak przerwać pracy i pójść sobie na kolację. Muszę tworzyć, gdy mam natchnienie.

Przewracam oczami na tę myśl, bo jest zbyt melodramatyczna nawet jak na mnie.

Związuję prędko swoją burzę miodowych loków w niedbały kucyk, chwytam sowę, zbiegam ze schodów i wpadam do kuchni.

– Tu chyba musi być wściekły różowy – oznajmiam w przestrzeń, siadając na swoim zwyczajowym miejscu i stawiając sowę przy talerzu. – Ale tak często go ostatnio używałam, że zaczyna…

Krztuszę się i przerywam. Na wprost mnie, na miejscu mojego okropnego starszego brata, siedzi najseksowniejszy chłopak, jakiego w życiu widziałam.

I nie mam pojęcia, kim on jest.

– Cześć. – Jego usta wykrzywiają się w półuśmiechu i wygląda, jakby powstrzymywał się, żeby się nie roześmiać.

– Coś ty za jeden? – wyrywa mi się.

Głupia, głupia Lauren. Kiedy jakiś przystojniak mówi ci „cześć”, ty też odpowiadasz mu „cześć”.

– Na pewno pamiętasz Harrisona. – Mama podchodzi do niego od tyłu i kładzie mu czule dłoń na ramieniu.

Słucham?

Ten boski, szczupły grecki gladiator o lekko zmierzwionych włosach jest głupkowatym kolegą Brandona, który wydaje prymitywne dźwięki pachą?

Niemożliwe.

Oczy Harrisona rozjaśnia rozbawienie.

– Masz farbę na policzku.

Wycierając twarz serwetką, jęczę i przeklinam w duchu. (Ale zaznaczam, że nie bardzo brzydkimi słowami. W końcu jestem damą).

– Zupełnie jak za dawnych czasów – dodaje, ewidentnie uradowany moim skrępowaniem.

Harrison – bo to jednak naprawdę jest Harrison – ma na myśli pamiętny letni dzień dawno, dawno temu, kiedy on i Brandon oblali mnie krwiście czerwoną farbą podczas zleconego nam przez rodziców malowania szopy.

Miałam wtedy dziesięć lat, zatem chłopcy byli trzynastolatkami. Rok później Harrison przeprowadził się do Connecticut, a ja nigdy z taką radością nie żegnałam żadnego wyjeżdżającego sąsiada. Moja mama, która całe życie przyjaźniła się z jego mamą, nie była jednak taka szczęśliwa.

– Co tu robisz? – pytam obcesowo.

Nie obchodzi mnie, że jest teraz największym przystojniakiem, jaki kiedykolwiek zaszczycił swoją obecnością nasz stół kuchenny – to wciąż Harrison. I go nie lubię.

Mama piorunuje mnie wzrokiem.

– Harrison przenosi się na nasz uniwersytet, więc powiedziałam Vannie, że może pomieszkać u nas kilka miesięcy, zanim znajdzie sobie lokum.

Jakim cudem rodzice zapomnieli mi powiedzieć o czymś takim? Jak można było nie wpleść tej informacji któregoś razu do rozmowy? „Lauren, jesteśmy bardzo dumni, że dostałaś główną rolę w szkolnym przedstawieniu; a tak przy okazji – nieznośny kolega Brandona będzie u nas mieszkał przez kilka miesięcy”.

– Zajmie domek gościnny – ciągnie mama.

– Domek gościnny? – powtarzam z niedowierzaniem.

To moja pracownia, miejsce, w którym nagrywam filmy na bloga. Są tam wszystkie moje przybory i materiały.

To moja przestrzeń. Zamiast odpowiedzieć mama znowu posyła mi zabójcze spojrzenie i stawia na stole patelnię z lasagne w towarzystwie jej popisowego, boskiego pieczywa czosnkowego, idealnie przypieczonego i posmarowanego masłem. Niestety zdążyłam już stracić cały apetyt.

Do kuchni wkracza raźno tata i skubie pieczywo z półmiska. Mama go beszta, a ja wpatruję się gniewnie w swoją sowę, unikając widoku wyprzystojniałego intruza siedzącego naprzeciwko.

– Deb pisała, że przyjechałeś wcześniej – zwraca się do niego tata, siadając za stołem. – Jaką miałeś pogodę?

– Ładną, proszę pana – odpowiada Harrison. – Dziękuję, że pozwolili mi państwo zatrzymać się tu na trochę.

Lizus.

– Żaden kłopot – mówi tata. – Cieszymy się, że znowu z nami jesteś. Kiedyś praktycznie tu mieszkałeś.

Ble. Nie wytrzymam tego dłużej. Podnoszę się, gorączkowo szukając jakiejś wymówki. Udam, że mam migrenę, kobiece przypadłości, zapalenie płuc albo coś w tym stylu.

– Lauren, siadaj – mówi mama, gdy jestem w pół drogi.

Opadam z powrotem na krzesło jak wytresowany pies i rzucam jej gniewne spojrzenie. Przez ułamek sekundy patrzy na mnie wyrozumiale. Mama wie, że nigdy nie przepadałam za Harrisonem. Nie przypominał innych kolegów Brandona, którzy byli dla mnie mili. On był okropny.

Nie mogąc uciec od stołu, zaczynam błądzić myślami. Dlaczego to nie Austin się u nas zatrzyma? W liceum był najlepszym przyjacielem Brandona i nie tylko był niesamowitym ciachem, ale też miał dobre maniery. Och… albo Jamie. Nigdy nie zapomnę tamtego lata, gdy razem z Brandonem chodzili grać w kosza…

– Przenieśliśmy twoje rzeczy do garażu – mówi tata, a gdy nikt przy stole mu nie odpowiada, staje się jasne, że kierował to do mnie.

Przerażona, podnoszę na niego wzrok.

– Do garażu?

– Nie sądziłaś, że się nim z tobą podzielę, co? – pyta, całkowicie błędnie interpretując moje zdziwienie. – Poprzesuwałem swoje sprzęty i zrobiłem ci trochę miejsca. Nie ma za co, księżniczko.

Harrison przysłuchuje się tej wymianie zdań, a w jego błękitnych jak ocean oczach błyszczy rozbawienie.

Błękitne jak ocean oczy? A to skąd mi się nagle wzięło? Jakby mnie w ogóle obchodziło, jakiego są koloru.

Spojrzałam w talerz i odkroiłam widelcem duży, płaski kawałek lasagne. W normalnych okolicznościach wepchnęłabym go sobie w całości do ust, ale dziwnie się czuję, jedząc pod bacznym okiem Harrisona, który tylko czeka na przejaw jakiejś słabości z mojej strony, żeby móc to potem wykorzystać.

– A więc jesteś maturzystką, Lauren? – pyta.

Oczywiście zdążyłam już włożyć jedzenie do ust. Przeżuwam, a nad stołem zawisa martwa cisza. Czemu potrawy stają się mdłe, gdy wszyscy czekają, aż odpowiesz na pytanie?

– Tak – mówię i upijam łyk herbaty z nadzieją, że zrozumie, że nie jestem w nastroju do rozmów.

– Lauren chodzi na zajęcia plastyczne dla zaawansowanych i gra główną rolę w jesiennym przedstawieniu – dodaje mama. – Prawda, skarbie?

Harrison szczerzy do mnie zęby.

– Zajęcia plastyczne dla zaawansowanych? Jest coś takiego?

Ściskam widelec.

– Tak.

– Zawsze lubiłaś malować.

Głębokie, uspokajające oddechy.

Rodzice wybuchają śmiechem, znowu przypominając sobie dzień, do którego Harrison – raz jeszcze – robi aluzję. Nie żeby mogli o tym kiedykolwiek zapomnieć. Brandon wciąż do tego wraca. Miałam farbę we włosach, na twarzy i na całym ubraniu. Oczywiście wtedy tata był wściekły na chłopaków. Zadziwiające, jak z czasem takie szczegóły zacierają się w pamięci.

Rozmowa schodzi z powrotem na Harrisona, a ja staram się nie zwymiotować, gdy rodzice zaczynają rozpływać się nad jego osiągnięciami. Skończył liceum wcześniej i miał już dyplom inżyniera z architektury. Po wygraniu jakieś ważnej nagrody mimo młodego wieku zaproponowano mu tu prestiżową posadę. Właśnie dlatego przenosił się na miejscowy uniwersytet, żeby dokończyć studia magisterskie.

Dokładnie w chwili gdy wstajemy, by pozmywać naczynia, dzwoni mój telefon, który leży w torebce za ścianą. Zerkam błagalnie na mamę, żeby pozwoliła mi odebrać.

– Ja się tym zajmę – ofiarowuje się Harrison, biorąc stertę talerzy i uśmiechając się do mojej mamy w wyuczony sposób, od którego zmiękłoby serce każdego rodzica.

Mama odprawia mnie machnięciem ręki.

– Idź.

Pędzę do pokoju obok i odbieram na sekundę przed włączeniem się poczty głosowej.

– Nareszcie – mówi Riley.

Wbiegam po schodach, wpadam do swojego pokoju i przekazuję newsy najlepszej przyjaciółce.

– Jest ciachem? – pyta, gdy kończę.

– No… tak. Generalnie jest dość seksowny. – Przewracam oczami, odwracając się do lustra, by zetrzeć z policzka zaschniętą smugę farby. – Ale nie w tym rzecz.

Moje odbicie w lustrze rzuca mi gniewne spojrzenie, a jasnoniebieskie oczy zwężają się z poirytowania. Przynajmniej po tym bliskim spotkaniu trzeciego stopnia mam ładnie zaróżowioną cerę, bo na ogół jest blada.

– Okej – mówi Riley. – Czyli rzecz w tym, że w waszym domku gościnnym zamieszkał superprzystojny, i być może wolny, facet, który kiedyś ci dokuczał, bo uważał, że jesteś ładniutka… i to jest źle?

– Miałam wtedy dziesięć lat. A on dokuczał mi nie dlatego, że uważał mnie za ładniutką. Dokuczał mi, bo jest okropny.

– No cóż – mówi Riley, a z jej tonu zgaduję, że ironizuje: – Już nie masz dziesięciu lat.

Mam jej właśnie przedstawić kolejne dowody na to, że Harrison jest pomiotem szatana, gdy rozlega się pukanie do drzwi.

– Muszę iść – mówię. – Mama przyszła, żeby się płaszczyć.

Riley protestuje, ale żegnam się i rozłączam, wiedząc, że jutro w szkole będzie mnie molestowała o więcej informacji.

Otwieram z impetem drzwi, gotowa zacząć marudzić, jednak to nie mama.

Krzyżuję ramiona i patrzę wilkiem na Harrisona.

– Czego chcesz?

– Nie wyglądasz na uszczęśliwioną moim widokiem, Laura-Lou.

Krzywię się, słysząc to przezwisko. Nie cierpiałam go, gdy mama tak do mnie mówiła, kiedy miałam dziesięć lat, i nie cierpię go teraz.

– Idź sobie, proszę – mówię.

Harrison otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale jego wzrok pada na wnętrze mojego pokoju i opada mu szczęka.

– Wow – mamrocze. – Wybuchła tu puszka brokatu?

Prostuję się, nie zaszczycając go odpowiedzią.

Przemyka obok mnie, a ja rozdziawiam usta.

Jest w moim pokoju.

Nie chcę go tu.

Bierze do ręki ozdoby i się im przygląda, a ja jedna po drugiej odbieram mu je i starannie odkładam na miejsce.

– Proszę, nie dotykaj tego. – Ratuję z jego szponów wazon kwiatów z krepiny. – Tego też nie!

Usiłuję wyrwać mu z rąk ramkę na zdjęcia, ale jest ode mnie dużo wyższy i trzyma ją nad głową, wpatrując się w nią.

– Hmm – mówi.

Poirytowana, biorę się pod boki.

– Co „hmm”?

– Twój chłopak jest taki…

To zdjęcie z zeszłorocznego balu maturalnego, a Tyler z całą pewnością nie jest moim chłopakiem. Poszliśmy razem na bal tylko dlatego, że Vance Teller zaprosił tę małpę Kally Prath, chociaż cały semestr flirtował ze mną na porannych zajęciach z kompetencji językowych. Niemniej jednak czuję się w obowiązku bronić Tylera, mimo że jest odrobinę ofermowaty.

– Jaki? – dopytuję ostro.

Harrison wyszczerza zęby i w końcu oddaje mi ramkę.

– Nieważne.

Kontynuuje inspekcję mojego pokoju, a ja tupię nogą, czekając, aż się znudzi i wyjdzie. Wiem, że jeśli pokażę po sobie zdenerwowanie, będzie miał świetny ubaw. Drapieżcy już tacy są.

Nie mogę okazywać strachu.

– Jesteś jakaś nerwowa. – Przesuwa palcem po błyszczącej framudze okna. – Tata pozwolił ci to zrobić?

Prawdę mówiąc, był o to troszkę zły.

Wzruszyłam ze znużeniem ramionami.

– Należysz do dziewczyn, które muszą wypróbować wszystko, co zobaczą na Pintereście, co nie?

Po tych słowach nie jestem w stanie dłużej milczeć. Pochylam się do przodu i mrużę oczy.

– Należę do dziewczyn projektujących rzeczy, które inni próbują skopiować z Pinteresta.

Unosi brwi z wyrazem twarzy mówiącym „Fiu, fiu”.

Przez chwilę mierzymy się wzrokiem, taksując się nawzajem. Jego włosy są trochę ciemniejsze niż dawniej. To chyba wciąż blond, ale poprzetykany mnóstwem brązowych pasemek. Są dość krótkie, ale wystarczająco długie, by udało im się lekko zmierzwić.

On to robi specjalnie – myśli złośliwa część mojego mózgu. – Pewnie używa więcej kosmetyków do pielęgnacji włosów niż ty.

To naprawdę dziwne. Harrison wyładniał. Ale nie w zniewieściały sposób – jest bardzo męski i z powodzeniem mógłby być gwiazdą popularnego serialu dla nastolatek, na widok którego mdleją fanki.

Niepokojące.

– No dobra, Lauren. Zróbmy tak – mówi nagle.

Krzyżując ramiona, wpatruję się w niego i czekam, co powie.

– Nie będę się wtrącał w twoje sprawy – mówi – jeśli ty nie będziesz się interesowała moimi.

Unoszę brew.

– A niby czemu miałabym się interesować twoimi „sprawami”?

Harrison śmieje się i posyła mi znaczące spojrzenie. Rzuca wyszywaną cekinami poduszkę z powrotem na łóżko, mącąc spokój mojej kotce, która podczas tej inspekcji przyglądała mu się podejrzliwie.

Potem podchodzi do mnie i robi coś nie do pomyślenia – kładzie mi dłonie na ramionach i się pochyla.

Ku mojemu przerażeniu, serce przestaje mi bić. Po prostu się zatrzymuje. Robi mi się zimno, a zaraz potem gorąco, a w całym ciele czuję mrowienie. A, i go nie cierpię. Ale, mój Boże, jego usta wyglądają tak apetycznie!

Zatrzymuje się jakieś dziesięć centymetrów od mojej twarzy i zagląda mi w oczy.

– Wiem, że w dzieciństwie się we mnie podkochiwałaś i teraz pewnie jesteś cała w skowronkach na myśl, że będę tuż obok. To może być dla ciebie trudne i chcę, żebyś wiedziała, że to rozumiem i postaram się ci tego dodatkowo nie utrudniać, ale nie jestem tobą w ten sposób zainteresowany, więc będziesz musiała o mnie zapomnieć.

Krztuszę się, a moje policzki pąsowieją – nie uroczym dziewczęcym rumieńcem, ale wściekłą czerwienią złości.

– Nienawidziłam cię – warczę.

Harrison klepie mnie po ramionach w sposób najbardziej protekcjonalny z możliwych.

– Już dobrze. Wiem, że po prostu nie jesteś wystarczająco dojrzała, żeby porozmawiać o tym bez defensywnego nastawienia.

Posyła mi pobłażliwy uśmiech i wymaszerowuje na korytarz.

– Ja nie… co z tobą… – Nie jestem nawet w stanie sformułować spójnego zdania i trzęsę się ze wściekłości i oburzenia.

– Nie zrozum mnie źle – rzuca. – Jesteś uroczą dziewczyną, a jeśli to cię nie przerasta, to chciałbym, żebyśmy żyli w przyjaźni, dopóki tu mieszkam.

Po tych słowach drzwi się za nim zamykają, a ja zostaję sama, gapiąc się na malowane różowe i białe paski.

Rozdział 2

2 listopada

– Lauren, jesteś z nami? – woła pani Camberly ze schodków w audytorium.

Spoglądam na nią ze scenariuszem w ręce. Nie mam pojęcia, o co mnie właśnie zapytała, bo wywnętrzałam się Riley o tym, jak bardzo wredny jest Harrison.

– Słuchasz? – pyta nauczycielka.

– Przepraszam – mówię, kurcząc się w sobie na krześle.

Gram główną rolę, więc to praktycznie moje przedstawienie. Nie mogę tak leserować.

– Przerobimy twoją pierwszą scenę.

Kiwam głową i podrywam się z miejsca.

Partneruje mi Tyler, który unosi znacząco brew, ewidentnie zaskoczony, że jestem dziś rozkojarzona. Przerabiamy nasze kwestie, a ja staram się, jak mogę, żeby wymazać z pamięci wstrętny – i najpewniej przećwiczony – monolog Harrisona z wczoraj.

Jakby ten ciskający farbą troll kiedykolwiek mi się podobał. Błagam.

Po skończonej próbie pani Camberly przekazuje nam swoje spostrzeżenia. Mówi, że nie włożyłam dziś serca w swoją grę. Ma rację. Ale jutro postaram się bardziej.

Gdy się z nami żegna, zakładam plecak na ramię, odnajduję Riley i idziemy razem do mojego samochodu. Riley stwierdza, że nie opłaca jej się zakładać kurtki, bo za parę minut ma trening cheerleaderek. Gdy tylko wychodzimy na zewnątrz, zaczyna się trząść z zimna. Na pewno przemarznie do kości.

– Skoro domek gościnny odpada, to gdzie nagrasz dzisiejsze wideo? – pyta, nie zwracając uwagi na podmuch zimnego jesiennego wiatru.

Kręcę głową i jęczę.

– Nie wiem. Chyba w swoim pokoju.

– Po treningu mogę przyjść i ci pomóc.

– Byłoby fajnie – mówię, po czym zatrzymuję się i zaczynam się jej przyglądać. Na jej twarzy pojawia się skrucha. – Chcesz po prostu zobaczyć Harrisona.

Moja przyjaciółka wzrusza obnażonymi ramionami, rozcierając je.

– Jestem go trochę ciekawa.

– W porządku. – Przewracam oczami i wsiadam do samochodu. – Niech ci będzie.

– A co twoja mama robi na kolację? – pyta, nie przestając się trząść na szkolnym parkingu.

– Nie wiem, ale nie będzie miała nic przeciwko temu, żebyś została – odpowiadam, podkręcając ogrzewanie w samochodzie.

Riley uśmiecha się szeroko. Zamykam drzwi, a ona biegnie z powrotem do budynku, machając mi przez ramię.

Mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie wymyślić żadnej wymówki, żeby gdzieś pojechać, więc wracam do domu. Gdy zatrzymuję się z tyłu, widzę, że nie ma furgonetki Harrisona. To dobrze. Wchodzę do domu, zadowolona, że nie będę musiała się z nim męczyć.

– Lauren? – woła mama z głębi domu, gdy zamykam za sobą drzwi wejściowe.

– Tak, to ja.

Rzucam plecak na sofę i idę do niej do kuchni. Od wczorajszego wieczoru nie miałyśmy jeszcze okazji porozmawiać.

Przygląda mi się ostrożnie.

– Czemu mi nie powiedziałaś? – pytam.

Dzwoni minutnik kuchenki, a mama wyjmuje z piekarnika bochenek chleba domowej roboty. Zazwyczaj używa po prostu automatu do wypieku, więc dziś ewidentnie chce się popisać.

– Lauren. – Wzdycha. – Zawsze dramatyzujesz. Miałam ci powiedzieć, ale Harrison przyjechał kilka dni wcześniej…

– Tak trudno było mnie przed tym ostrzec? – przerywam. – Nie dramatyzuję.

Unosi znacząco brew, a ja wzruszam ramionami.

Aromat świeżego chleba sprawia, że robię się głodna, więc otwieram spiżarnię i zaczynam w niej myszkować.

– I tak za parę tygodni wraca Brandon – mówi mama – więc chłopcy będą tak zajęci nadrabianiem zaległości towarzyskich, że na pewno zostawią cię w spokoju.

Tak, na pewno zostawią mnie w spokoju. Bo jestem zakochanym szczeniakiem, który najwyraźniej przez ostatnie osiem lat nie robił nic innego, jak tylko płakał za Harrisonem. Kroję jabłko z większą siłą, niż to konieczne, i smaruję je masłem orzechowym. Z przekąską w ręce wychodzę z kuchni.

– Muszę popracować nad filmem na bloga.

– Kolacja o szóstej! – woła mama.

Odwracam się.

– Riley wpadnie, dobrze?

Mama jest zajęta krojeniem warzyw swoim fikuśnym karbowanym nożem.

– Jasne.

Kiwam głową i wbiegam na górę.

– A więc będziesz architektem? – Riley trzepocze rzęsami.

Harrison śmieje się, ewidentnie zadowolony z uwagi mojej ładnej przyjaciółki cheerleaderki.

– Zgadza się.

Oczarowana Riley obraca w palcach swój blond warkocz.

Serio?

Przecież on nie studiuje żadnej neurochirurgii czy biofizyki. Będzie projektował kompleksy mieszkaniowe i domy kultury. Wielka mi rzecz.

– To niesamowite – grucha Riley.

Jesteśmy już po kolacji i pijemy kawę w salonie. To znaczy moi rodzice, Harrison i Riley piją kawę.

Ja skromnie maczam w kubku torebkę herbaty, po czym wyjmuję ją i kładę na spodku.

– Jak herbatka, lady Laura-Lou? – droczy się ze mną Harrison.

Zerkam na niego, posyłając mu pogardliwe, udręczone spojrzenie.

– Idealna, dziękuję.

Jak na kogoś, kto obiecywał, że nie będzie wściubiał nosa w moje sprawy, jest naprawdę nieznośny.

Jego usta drgają.

– Jak dorośniesz, też będziesz mogła pić kawę.

– A ty będziesz mógł pić herbatę, jak… – Riposta umiera nagłą śmiercią na moich ustach, gdy orientuję się, że zupełnie nie wiem, co powiedzieć.

– Nauczysz się manier? – podsuwa Harrison.

Muszę przyznać, acz niechętnie, że to by była całkiem dobra kontra.

Harrison pochyla się wyzywająco do przodu, żeby podtrzymać te przekomarzanki. Wędruję wzrokiem do jego bicepsów, które pod jego obcisłym podkoszulkiem wyglądają na muskularne. Gdy tylko uświadamiam sobie, gdzie błądzę myślami, natychmiast odrywam od nich oczy i wracam spojrzeniem do jego twarzy. Dlaczego ze wszystkich ludzi to właśnie on musiał wyrosnąć na takiego oszałamiającego przystojniaka? Wielka szkoda.

Wielkie marnotrawstwo materiału.

– Czemu Harrison nazywa cię „Laura-Lou”? – pyta mnie Riley, marszcząc nos.

– W dzieciństwie wszyscy ją tak nazywali. – Chłopak odwraca się do moich rodziców. – Prawda?

Mama śmieje się, kiwając głową, i razem z tatą zaczynają snuć żenującą opowieść z czasów mojego dzieciństwa. Ignorując ich, popijam herbatę i przeglądam telefon, jakbym była kimś ważnym i nie miała czasu zajmować się tą błahą rozmową. Niestety nie mam żadnych nowych wiadomości. Pustka.

Gdy unoszę wzrok, napotykam spojrzenie Riley, która mi się przygląda.

– Gotowa do pomocy? – pytam ją.

Riley zerka na Harrisona, a jej wzrok staje się tęskny. Ewidentnie nie ma ochoty porzucać jego towarzystwa.

Będzie musiała jakoś znieść tę rozłąkę.

Chwytam ją za rękę i podnoszę.

– Riley, pożegnaj się.

Chichocze i spogląda na Harrisona, marszcząc uroczo nosek; chłopcy ze szkoły z jakiegoś powodu nie są w stanie się temu oprzeć.

– Bardzo, bardzo miło było cię poznać – mówi niemal szeptem.

Harrison patrzy na mnie, unosząc brwi, po czym mruga do niej.

– Ciebie też miło było poznać, Riley.

Mam odruch wymiotny.

– Okey, pożegnałaś się – mówię, ciągnąc ją za sobą.

Gdy jesteśmy już bezpieczne za zamkniętymi drzwiami mojego pokoju, Riley odwraca się do mnie z rozdziawioną buzią.

– On jest boski – mówi.

– Tak, jestem tego świadoma.

Potrząsa głową, jakbym nic nie rozumiała.

– Nie, mam na myśli to, że jest po prostu… taki do schrupania.

Czuję nadchodzący ból głowy i pocieram skronie.

– Czy możemy się skupić?

– Czy mogę go sobie wziąć?

– Co? – Podnoszę gwałtownie wzrok. – Nie.

Robi smutną minkę.

– Myślałam, że go nie chcesz.

Mam ochotę przewrócić oczami, ale się powstrzymuję.

– Bo go nie chcę.

– To dlaczego ja nie mogę go sobie wziąć? – dopytuje.

– Czemu w ogóle o tym rozmawiamy? – odpowiadam pytaniem. – Miałyśmy pracować nad filmem na bloga.

– Rozumiem, że to znaczy: „Tak, Riley, oczywiście, że możesz go sobie wziąć”.

– Przestaniesz wreszcie? – Tracę cierpliwość.

Całkowicie mnie ignorując, Riley wykonuje szybki taniec radości i w końcu sięga po mój telefon.

– Co dziś robisz? – pyta.

– Malujemy sprayem koniuszki tych piór, zanurzając końcówki w brokacie, a potem robimy wieniec.

Riley patrzy nieufnie na białe pióra.

– Super.

– Będzie super, zobacz. – Pokazuję jej skończony projekt, który jest dodatkowo ozdobiony gałązkami ostrokrzewu i borówek.

Riley wzrusza ramionami. Rękodzieło nieszczególnie ją interesuje.

– Twoi rodzice nie mają nic przeciwko temu, że używasz w pokoju farby w sprayu? – pyta.

– Już wszystko pomalowałam.

W garażu. W zimnym, cuchnącym garażu.

Przygotowuję materiały i Riley zaczyna nagrywać. Idzie świetnie; jestem już w połowie, gdy nagle moja kotka Penelope wskakuje na sam środek projektu, a pióra lądują dosłownie wszędzie.

Piszczę, a Penelope przestraszona ewakuuje się ze stołu. Zeskakując, trąca tylną łapą aluminiową foremkę na ciasto z brokatem, która wzbija się w powietrze i obsypuje mnie złotymi drobinkami.

Odskakując od bałaganu, Riley przyłącza się do moich pisków. Przerażona kotka miota się po pokoju. Dwie sekundy później drzwi otwierają się z impetem.

– Co, u licha…? – zaczyna tata i robi wielkie oczy.

Penelope niczym biała, skrząca się złotym brokatem futrzana rakieta pędzi na korytarz.

– Nie w pokoju! – krzyczy mama. – Lauren!

Odchylam do tyłu głowę i próbuję wytrząsnąć brokat z włosów, żeby żadne drobinki nie wpadły mi do oczu (co, wierzcie mi, boli jak diabli), po czym patrzę na mamę.

– A gdzie niby mam to robić?

– Nie tym tonem, młoda damo – mówi tata, krzyżując ramiona na piersi.

Prawie, prawie wybucham, ale tata ma rację. Nie jestem zbuntowaną nastolatką. Jestem grzeczną dziewczyną, która dostaje dobre stopnie i nie pyskuje rodzicom. W każdym razie niezbyt często. Mama zakrywa dłonią oczy, jakby nie mogła patrzeć na ten bałagan.

– Idź za dom i się z tego otrzep. Potem musisz wszystko odkurzyć.

– Na mnie już chyba pora – szepcze Riley.

Pośpiesznie wychodzi, a ja idę za nią na dół.

– Lauren! – krzyczy z góry tata. – I usuń ten brokat z kota!

Na zewnątrz jest przeraźliwie zimno i pada śnieg. Trzęsąc się, próbuję strzepać z siebie złote drobinki.

– Co ci się stało? – pyta Harrison, który materializuje się za moimi plecami.

Nie odwracam się.

– W internecie zabrakło biedaków do dręczenia? Wyglądasz na typa, który to lubi.

– Zadziorna – mruczy, po czym przesuwa dłonią po moich ramionach.

Odskakuję od niego.

– Rozluźnij się – mówi i podchodzi do mnie. Zaczyna bardziej stanowczo strzepywać ze mnie brokat. Jego dłoń wędruje z mojej łopatki coraz niżej, zatrzymując się na krzyżu.

Puls mi przyśpiesza (na pewno ze złości) i odsuwam się.

– Ręce przy sobie.

Harrison prycha.

– Jakbym chciał się tam zapędzać.

– Dam sobie radę. – Odpędzam go machnięciem. – Możesz już się oddalić.

Patrzę na swój sweter, który nie daje się wyczyścić. W przyćmionym świetle werandy złote drobinki migoczą na śniegu pod moimi stopami.

Przez podwórko przechodzi podmuch wiatru, który przyprawia mnie o dreszcze.

– Bez kurtki zamarzniesz tu na śmierć – stwierdza Harrison.

Otrzepuję się dalej, nie zaszczycając go żadną odpowiedzią. Harrison kołysze się na piętach.

– Wejdź do domku. Terakotę łatwo wyczyścić.

Przechodzi mnie kolejny gwałtowny dreszcz.

– Niech ci będzie.

Wchodzę za nim do środka. Gdy tylko przekraczam próg, wytrzeszczam oczy na widok przestrzeni – mojej przestrzeni. Na blacie w aneksie kuchennym walają się czasopisma motoryzacyjne, a na sofie leży rozbebeszona walizka, z której wylewają się ubrania. Miejsce wygląda na zamieszkałe przez chłopaka. Niechlujnego chłopaka.

Przynajmniej jest tu cieplej niż na zewnątrz.

Od razu po wejściu ściągam sweter. Gdy rzucam go na kafelki i spoglądam na Harrisona, ten odwraca wzrok. Czuję w brzuchu dziwny trzepot i wygładzam nieistniejące fałdki na bezrękawniku.

– Wciąż masz trochę… – Harrison zbliża się, a jego dłoń zawisa nad moją głową.

Nie odsuwam się, więc przeczesuje mi palcami włosy, napuszając je. Wokół nas pada deszcz lśniących drobinek.

– Masz brokat na koszuli – mówię, starając się bezgłośnie przełknąć ślinę.

– Przez ciebie – odpowiada, a nasze oczy się spotykają.

Nie lubię go. To dupek. Przez niego co roku miałam okropne wakacje.

Czemu więc teraz przesuwam dłonią po jego ramieniu, strzepując brokat? Czemu moje opuszki palców muskają jego klatkę piersiową i udaję, że to nie dlatego, że chcę go dotykać?

– Lauren, co robisz? – pyta szeptem, a jego oczy ciemnieją.

Nagle ponosi mnie wyobraźnia. Harrison wciąż trzyma palce w moich włosach. A gdyby tak przestał strzepywać brokat i zaczął okręcać sobie wokół nich moje kosmyki?

Gdyby delikatnie przyciągnął mnie do siebie, pochylił się...?

– Lauren?

Spoglądam na niego, mrugam i gwałtownie odrywam dłonie od jego klatki oraz odsuwam jego ręce z włosów.

Weź się w garść, Lauren.

– Co? – pytam.

Harrison patrzy na mnie dziwnie, po czym wciska ręce do kieszeni.

– Eee… dzięki – mówię, podnosząc sweter, który jeszcze raz porządnie otrzepuję i ruszam do drzwi. – Prawie załatwione.

– Wciąż wyglądasz jak ofiara wybuchu w fabryce brokatu.

Ciągle jestem rozdygotana i czuję się nieswojo.

– Skoro tak mówisz.

Harrison patrzy na mnie, marszcząc brwi, i ściąga kurtkę.

– Jest zimno jak na spacery w samym swetrze.

– Do domu mam tylko parę kroków.

– Nieważne, załóż ją.

Rzuca mi kurtkę. Zakładając ją, staram się nie myśleć o tym, jaka jest ciepła, i wymykam się z domku.

Rozdział 3

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Karta redakcyjna

Tytuł oryginału:

Glitter and Sparkle

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Redakcja: Monika Pruska

Korekta: Justyna Yiğitler

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © oneinchpunch (iStock.com)

Copyright © 2016. Glitter and Sparkle by Shari L. Tapscott.

Copyright © 2018 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for Polish translation by Edyta Świerczyńska, 2018

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2018

ISBN 978-83-66074-74-3

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek