Odnowa - Gawkowski Krzysztof - ebook + książka

Odnowa ebook

Gawkowski Krzysztof

0,0
30,00 zł

lub
Opis

KIEDY PRZESZŁOŚĆ WYPRZEDZA PRZYSZŁOŚĆ, JEDYNYM RATUNKIEM JEST Odnowa.
Czy historia, która swój początek ma w średniowieczu, może zmienić przyszłość?
Czy konstruktorzy i wynalazcy z początków XX wieku, mogą mieć swoich wielkich naśladowców sto lat później? Co łączy mistyczny świat tajnych stowarzyszeń z losami studentki, która chce rozpocząć nowe życie? I czy w końcu można zmienić człowieka tak, aby dusza pozostała, a natura uleciała? Ekscytujący thriller, który łączy tajemnice przeszłości z pragnieniami teraźniejszości. Raz wkraczając w opowiadaną historię, nigdy już nie będzie wiadomo, co w realnym życiu jest prawdą, a co jej cieniem.
Radosny początek wakacji Bogny burzy wiadomość o zaginięciu brata i jego znajomej. Życie młodej dziewczyny niespodziewanie nabiera tempa, a świat biznesu, w który wkracza, okazuje się mroczny i bezwzględny. Pomocną rękę do błądzącej nastolatki wyciągają dziennikarze największej bydgoskiej gazety i razem – w pogoni za prawdą – trafiają na historię, której nigdy nie powinni poznać. Na ich drodze nieoczekiwanie stają wielcy wynalazcy przeszłości na czele z Leonardem da Vinci i Nikolą Teslą. Wielkie pieniądze nie znają jednak kompromisów i o tym bez litości przekonują się bohaterowie. W sieci powiązań – w której nie wiadomo, kto jest kim – pewne jest tylko to, że ruszając w nieznaną podróż, można już z nigdy z niej nie wrócić.
Krzysztof Gawkowski – społecznik i polityk, poseł na Sejm RP. Doktor nauk humanistycznych i wykładowca akademicki. Pasjonat kryminologii i kryminalistyki. Autor powieści Piętno prawdy, Obudzić państwo i Cień przeszłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 327

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Projekt okładkiKrzysztof Krawiec
KorektaRobert PniewskiMałgorzata Stempowska
Skład i łamanieKrzysztof Szporak
Koordynator projektuJoanna Zimny
© Copyright by Krzysztof Gawkowski
ISBN 978-83-xxx
Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.
www.rozpisani.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Hani

Prolog

Dojrzały, smukły mężczyzna szedł 35. ulicą na wschód i zastanawiał się, czy na pewno wszystko przewidział.

– Jedno zaskoczenie na dziś wystarczy – powiedział sam do siebie i zmarszczył brwi. Kiedy wychodził z domu, nic nie zapowiadało, że zacznie padać śnieg. Teraz, lekko przemoczony, kroczył w padającym białym puchu, ale na szczęście do celu było już blisko. Zatrzymał się i z szarego długiego płaszcza wyciągnął zmiętego papierosa.

„Ostatnia zapałka” – pomyślał. Odpalając iskrę, przypomniał sobie o zeszłotygodniowych fajerwerkach, które olśniły całe miasto. To był jeden z najpiękniejszych pokazów sztucznych ogni, jakie kiedykolwiek widział. Od Nowego Roku nie minął jeszcze tydzień, a niestety już zaczęły się nowe, tegoroczne kłopoty. W poniedziałek rano zjawił się inspektor finansowy, który przypominał o niezapłaconej grzywnie i konsekwencjach, jakie mogą go spotkać. Zamiast polubownej rozmowy i kolejnego wykrętu skończyło się na karczemnej awanturze. Dziesięć dni. Tyle dostał na ostateczne uregulowanie zaległości. Później czekał go już tylko wniosek o licytację mieszkania.

„Dobrze, że trafiła się ta robota” – pomyślał i w tym momencie zapałka zgasła.

– Fuck! To jakaś klątwa – powiedział na głos.

– Przepraszam, czy ma pan zapałki? – Zaczepił młodego kulejącego mężczyznę.

– Niestety, przepraszam. – Usłyszał w odpowiedzi.

„Czy dziś może się coś udać bez komplikacji? Jest siódmy stycznia. Miało być szczęśliwie, a jest jak zawsze” – pomyślał. Ruszając dalej, schował papierosa do bocznej kieszeni i postawił kołnierz płaszcza. Skręcając w prawo, w Ósmą Aleję, zobaczył wzbijającego się ku niebu olbrzyma. Elewacja budynku składała się z naprzemiennych pionowych pasów, ciepłej szarej cegły i okien, co dawało wrażenie odważnie wymodelowanej figury.

„Te nowe budynki są wspaniałe” – pomyślał i skierował wzrok w stronę lśniącego napisu Hotel New Yorker. Doskonale się przygotował i wiedział, że budynek jest wielowarstwowy. Kiedy w 1928 roku przedstawiano początkowy projekt hotelu, miał mieć trzydzieści osiem pięter, a jego koszt szacowany był na osiem milionów dolarów. W czasie inwestycji wiele się jednak pozmieniało i gdy kończono pracę, w ostatnich miesiącach 1929 roku, budynek urósł do czterdziestu trzech pięter, a jego ostateczny koszt wyniósł ponad dwadzieścia dwa miliony dolarów. Hotel był fascynujący – mógł poszczycić się liczbą dwóch i pół tysiąca pokoi, co czyniło go największym tego typu obiektem na Manhattanie.

Do budynku wszedł jak do siebie. Od wtorku przychodził tu codziennie i kolejny raz wydawał się normalnością. Skierował się do wind i czekał, aż jedna z nich zawiezie go na trzydzieste trzecie piętro.

„To będzie szybka kasa” – myślał, jadąc powoli w górę. Zapłaci grzywnę i zostanie jeszcze na jakąś imprezę. Wszystko miał przemyślane. Przez ostatnie dwa dni stary zachowywał się dokładnie tak samo. O godzinie dziesiątej rano wychodził z pokoju, zjeżdżał na dół na śniadanie i punktualnie po trzydziestu minutach wracał. Wszystko jak w zegarku, więc i zadanie banale. Chwilę odczeka, aż klient zjedzie do restauracji, wchodzi do pokoju, zabiera, co trzeba, i maksymalnie po dziesięciu minutach znika. Bułka z masłem – skonstatował.

Przyczaił się w bocznym korytarzu i spojrzał na zegarek. Była dziewiąta pięćdziesiąt pięć. 

– To chyba będzie najłatwiej zarobiona stówka w moim życiu – powiedział cicho. Ze zleceniodawcą umówił się na jutro na wieczór, więc gdyby nawet dziś coś nie wyszło, zawsze robotę można powtórzyć kolejnego dnia.

Z lekkiego letargu wyrwał go szczęk drzwi. Zerknął w stronę bocznego korytarza. Z pokoju nr 3327 wychodził mężczyzna. „Punktualnie” – pomyślał. Kiedy drzwi windy się zamknęły, odczekał minutę i powoli ruszył w stronę apartamentu. Z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciągnął dłuższy wytrych w kształcie grzebienia i lekko przesuwając, włożył do zamka. Kilka sekund i był w środku.

Na niepościelonym łóżku leżał czarny gruby notatnik. 

– Jesteś – zacharczał sam do siebie. To był główny punkt wizyty. Pamiętał jednak słowa siwego dżentelmena, który powiedział, że za każdy dodatkowy notes zapisany odręcznie dostanie po pięć dolarów.

„Warto się rozejrzeć” – pomyślał. W końcu pięciodolarówki nie leżą na ulicy. Zerknął w stronę biurka. Było zastawione różnego rodzaju urządzeniami, zresztą cały pokój wyglądał jak małe laboratorium. Nie było jednak niczego, co przypominałoby notatniki. Otworzył szafę i w tym momencie usłyszał szczęk klamki. Do pokoju powoli wtoczył się gospodarz.

W głowie złodzieja pojawiła się setka myśli z jedną główną, która uderzała go coraz mocniej. Nie miał maski. Mężczyzna na pewno go rozpozna. Nie przewidział tego. Chciał się zerwać do ucieczki, ale przybysz stał jak sparaliżowany w drzwiach i ani się nie ruszał, ani nic nie mówił.

W końcu starszy mężczyzna się odezwał:

– Czego chcesz? Nie mam tu żadnych pieniędzy.

Napastnik nie odzywał się. Stał w milczeniu i powoli włożył rękę do płaszcza. W jednej chwili doskoczył do mężczyzny i wbił mu tuż za uchem małą igłę. Gospodarz próbował się bronić, ale po kilku sekundach jego ciało zwiotczało, a złodziej delikatnie ułożył je w naturalnym położeniu blisko łóżka.

„Fuck, fuck, fuck, co teraz będzie?!” – krzyczał w myślach.

Doskonale wiedział, że zaaplikowany środek doprowadzi do śmierci mężczyzny. Użył tej metody już drugi raz i dobrze pamiętał, że maksymalnie po kilku godzinach, bez podania leków, pacjenta czeka niechybny zgon. Decyzję podjął jednak gwałtownie, obawiając się konsekwencji rozpoznania.

„Może będzie jak poprzednio, gdy u ofiary stwierdzono, że przyczyną śmierci był zakrzep tętnicy wieńcowej” – myślał. Śmiertelną truciznę otrzymał jako zapłatę od chińskiego emigranta, który dał mu to w zamian za wpisanie na listę zdolnych do pracy. Wtedy nie sądził, że dwóch małych strzykawek z fiolkami będzie zmuszony użyć sam. Szukał nawet kupca, ale chętnych nie było.

Teraz nie było już wyboru. Co będzie, to będzie – bił się z myślami. Gdy układał ofiarę blisko łóżka, zauważył pod materacem karton pełen notatników. Spakował wszystko do zielonej torby, którą przyniósł ze sobą, i szybko wymknął się z pokoju. Przed wyjściem na zewnętrznej klamce zawiesił wywieszkę: „Proszę nie przeszkadzać”.

Zjeżdżając windą, czuł, jak serce bije mu wielokrotnie szybciej niż zazwyczaj. Pamiętał, jak w piątkowy sylwestrowy wieczór obiecał sobie, że ten nowy, 1943 rok będzie lepszy...

Rozdział I

Miała to wreszcie za sobą. Właściwie nie potrafiła określić, jak się czuje. Szczęśliwa? Chyba tylko dlatego, że może zdjąć te niewygodne ciuchy i przebrać się w coś wygodnego.

Bogna do domu wracała sama. Wszyscy studenci, w eleganckich strojach, poszli prosto do ulubionego baru City Pub przy ul. Podchorążych. To tam przez ostatnie trzy lata odbywały się studenckie popijawy. Tym razem szykowała się wyjątkowa impreza. Przecież licencjat broni się tylko raz. Bogna miała dość towarzyskie usposobienie, ale dziś brak w niej było szczególnej ochoty, by przesiadywać w pubie, pomimo że obsługiwał jej ulubiony barman o ślicznym, śnieżnobiałym uśmiechu. Specjalnie znalazła jak najszybszy pociąg do Bydgoszczy. Gdy przyjedzie, Karol już zdąży wrócić z pracy. Zresztą i tak już od dłuższego czasu miała zapasowy klucz do jego mieszkania.

Próbowała sobie wyobrazić, co właśnie porabia jej poukładany brat. Jest dość wcześnie, przynajmniej jak dla niej. Przypomniała sobie, że najczęściej o tej godzinie jadał śniadanie. Możliwe, że akurat odchodził od swojego biurka, gdzie pieczołowicie kreślił plany albo robił jakiś model. Przechodził szybkim krokiem przez korytarze, starając się na nikogo nie wpaść. Nie przepadał za przypadkowymi interakcjami, jak sam powiadał. Pewnie siedzi gdzieś sam z kanapką w ręku i stara się nie utrzymywać z nikim kontaktu wzrokowego. Kanapka wygląda oczywiście, jakby ktoś ją wydrukował w drukarce 3D. Karol nawet chleb tostowy kupował po to, aby wszystko się w środku idealnie dopasowało. Szkoda tylko, że sałata nie chciała się podporządkowywać.

Za to ona od jakiegoś czasu nie mogła skupić się na studiach. Chociaż architekturę krajobrazu studiowała z prawdziwą pasją, gdy zaczęła pisać pracę, uzmysłowiła sobie, że czegoś jej brakuje. Właściwie to nie była pewna czego. Chciała zapytać Karola, czy jemu też czegoś brakowało. Czy z tego powodu spakował manatki i wyjechał do Bydgoszczy?

A może czegoś miał w nadmiarze? Im była starsza, tym bardziej zadziwiała ją rozbieżność charakterów mamy i brata. Od kiedy trafił do technikum, chyba już w ogóle nie potrafili się porozumieć z mamą. Ona była najbardziej emocjonalną i wrażliwą osobą, jaką znała. Czuła jak sejsmograf. Każdy kryzys kończył się niemal rozdzieraniem szat i awanturą słyszalną po drugiej stronie ulicy. Zresztą i ona ostatnio miała problemy z porozumiewaniem się z mamą.

Teraz jej myśli krążyły tylko wokół wyjazdu. Chciała wpaść do domu, przebrać się, pochwalić egzaminem i z zapakowaną już torbą pobiec na dworzec. Im mniej będzie rozmawiać z mamą, tym lepiej.

W domu było cicho. Podejrzanie cicho. Przez chwilę Bogna zastanawiała się, czy matka nie przygotowała jakiejś niespodzianki. W końcu szykowała się niebagatelna okazja. Młodsza córka obroniła dyplom. Co z tego, że dopiero licencjacki. Co z tego, że studia ani trochę nie podobały się matce. Zawsze to jakiś sukces. Nie byłoby to jednak w jej stylu. Uzmysłowiła sobie, że mama nigdy nie robiła niespodzianek. Zresztą ani jej, ani Karolowi.

Zdjęła niewygodne szpilki, rzuciła żakiet na szafkę z butami i poszła szukać mamy. Nie było jej w kuchni, ale po chwili usłyszała szloch w salonie. Matka siedziała skulona na kanapie, ramiona podrygiwały jej rytmicznie.

– Mamo, co się stało? – zapytała zaniepokojona.

– Jeszcze pytasz?! Przecież ty mi nigdy o niczym nie mówisz! Zawsze dowiaduję się na końcu!

A więc jednak. Mama dowiedziała się o wszystkim, zanim Bogna podjęła ostateczną decyzję. Chciała ją jeszcze na spokojnie skonsultować z Karolem. On zawsze potrafił podejmować najrozsądniejsze decyzje w rodzinie.

– To nie tak, zaraz ci wszystko wyjaśnię – zaczęła błagalnym tonem i usiadła zaraz obok niej na kanapie.

– Co tu jest do wyjaśniania?! Kiedy to się dokładnie stało? Przecież ten dziennikarz musiał z tobą rozmawiać! – Mama dość mocno ją odepchnęła, a Bogna dynamicznie wstała z łóżka. W jej głosie narastała nerwowość, gdzieś czaiła się histeria.

– Jaki dziennikarz? O czym ty mówisz? Przecież ja nie znam żadnego dziennikarza!

Matka skrzywiła się i niemal rzuciła gazetą w całkowicie zdezorientowaną córkę. Ta uchwyciła zmięte kartki i na pierwszej stronie przeczytała ogromny nagłówek: „Pobeda Investments, co ukrywacie?”. Pod spodem były zdjęcia pary. Kobieta była dziennikarką „Nowego Expresu”, a młody mężczyzna inżynierem w firmie. Bogna natychmiast rozpoznała Karola.

– Myślałaś, że o niczym się nie dowiem? – wykrzyknęła ponownie matka.

Studentka z gazetą w ręku opadła na kanapę. Karol zaginął. Ale jak, kiedy? Co tu się dzieje? Co to wszystko oznacza? Bogna starała się zrozumieć informacje zawarte w artykule. Ta dziennikarka i jej brat zaginęli? Nikt nie wie, gdzie są? Była w coraz większym szoku. Przecież Karol doskonale wiedział, że wybiera się do niego. Sam ustalił ten właśnie termin. Dlaczego nie powiedział jej, że gdziekolwiek wyjeżdża?

Mama wyrzucała z siebie kolejne pytania, nie zważając na fakt, iż córka nie odpowiada i próbuje się skupić.

– I jak zwykle mnie ignorujesz! – Matka bębniła palcami coraz bardziej, już kompletnie nad sobą nie panując.

Tego było za wiele. Dziewczyna wstała z gniewną miną i podeszła bardzo blisko matki. Ta chyba się przestraszyła, bo nawet jej ciche szlochy ustały. Nie wyglądała najlepiej. Jej rude włosy były potargane, a tusz rozpłynął się i tworzył właśnie brudne strumienie na policzkach. Była naprawdę zrozpaczona i Bogna wiedziała, że tym razem matka nie przesadza. Sama czuła, jakby ktoś rozdarł jej serce.

– Mamo, nie mów tak. Wiesz coś więcej?

– Skąd mam niby wiedzieć?!

– Nikt z tobą na pewno nie rozmawiał? Nie dzwonił? Masz wiecznie rozładowany telefon. Gdzie on jest?

– W torebce. – Zaszlochana kobieta wskazała ręką w stronę wąziutkiego przedpokoju.

Bogna pobiegła po telefon. Ku jej zdziwieniu był naładowany. I nikt nie dzwonił. Z telefonem w ręku usiadła na swoim ulubionym fotelu. Próbowała się czegokolwiek dowiedzieć od mamy, ale każde nowe pytanie wywoływało tylko kolejną falę rozpaczy. Przez chwilę czuła się jak zły policjant, który próbuje wyciągnąć zeznania od niewinnej ofiary. Czuła, że powoli zaczyna przechodzić jej złość i włącza się troska. Czy w tym domu jest gdzieś melisa? Biorąc pod uwagę usposobienie matki, w którejś z szafek powinien być roczny zapas uspokajającego ziółka. Nie zdążyła. W tym momencie mama pochyliła się do przodu, mówiąc, że źle się czuje, jakby zaraz miała zemdleć. Bardzo ciężko oddychała. Przerażona dziewczyna podała jej szklankę wody, kazała spokojnie oddychać i zadzwoniła pod numer 112. Gdy usłyszała głos w słuchawce, kątem oka dostrzegła, jak mama osuwa się na łóżko i traci przytomność.

***

Bogna była zszokowana obrotem spraw, które działy się wokół niej. Miała być już w drodze do Bydgoszczy, a tymczasem Karol gdzieś zaginął, a ona jest z mamą w tym przytłaczającym miejscu. Siedziała sama w pustym i nieco obskurnym korytarzu szpitalnym. Zazwyczaj gdy jakaś potrzeba sprowadzała ją do jakiegokolwiek ambulatorium, ze spokojem czytała plakaty i ogłoszenia na ścianach oraz przechadzała się w oczekiwaniu na wyniki badań. Teraz wcale jej nie bawiły plakaty z dramatycznym pytaniem: „Rak prostaty? – Runda 1!”. Nie zwracała też uwagi na przechodzących lekarzy, nawet tych, którzy biegli w stronę sali, gdzie leżała jej mama. Starała się skupić tylko na jednym i cały czas trzymała telefon przy uchu.

Odebrała tylko ciocia Teresa, siostra mamy. Już była w drodze.

Ojciec był niedostępny. Jak zawsze. Bogna zastanawiała się ostatnio, czy jej numer nie jest zablokowany. Wolała nie sprawdzać, czy przypadkiem nie odbierze, gdy zadzwoni ze szpitalnej budki telefonicznej.

Karol również był nieosiągalny, choć miała cichą nadzieję, że telefon za którąś próbą zareaguje. Może to wszystko nie jest tak, jak na to wygląda? Może wcale nie zaginął? Mocno wierzyła, że cała sytuacja z bratem to zwykłe nieporozumienie.

Próbowała się także dodzwonić do Pobeda Investments. Sekretarka o zimnym głosie powoli kruszała. Najpierw kazała zadzwonić później. Następnie przekazała oficjalne stanowisko firmy, które można streścić jednym zdaniem: jest nam przykro, ale nic nie wiemy. Gdy zadzwoniła kolejny raz, sekretarka poddała się i skierowała ją do wiceprezesa firmy. Ten też nie wykazywał chęci do współpracy i zasadniczo powiedział niewiele więcej.

Ciocia wraz z mężem przyjechali bardzo szybko. Oboje wpadli zdyszani na korytarz. Starsza kobieta przysiadła się do niej i niemal natychmiast objęła dziewczynę ramionami. Przez tę krótką chwilę poczuła się nieco lepiej. Zaraz jednak przyszło wrażenie, że to bardzo złudne uczucie, niemal iluzja.

– Kochanie, tak mi przykro. – Ciocia próbowała uspokoić ją swoim aksamitnym głosem. – Czy już coś wiadomo?

– Czekam cały czas na lekarza. Na razie nie chcą mi nic powiedzieć. Ale wygląda na to, że to zawał – odparła Bogna.

– Czytaliśmy dziś o Karolu – wyrwało się wujowi, pomimo że ciotka próbowała go uciszyć.

– Tak. I to chyba wszystko przez to. Jak z mamą będzie nieco lepiej, to chcę pojechać do Bydgoszczy. Na razie próbuję czegokolwiek dowiedzieć się telefonicznie, ale nikt nie chce mi podać żadnych szczegółów. Mam nadzieję, że osobiste spotkanie z kimś z firmy, w której pracował Karol, pomoże zdobyć jakieś dodatkowe informacje.

Ciotka próbowała uspokoić Bognę. Prosiła, aby jednak przemyślała sprawę. Argumentowała, że w tej sytuacji i w jej stanie samotna podróż to nie najlepszy pomysł. Dziewczyna podjęła już jednak decyzję. Czuła, że matka z tego wyjdzie, i gdy tylko będzie wiadomo coś na temat jej stanu, to pojedzie do domu po rzeczy, a następnie uda się do Bydgoszczy.

Stłoczeni w korytarzu uważali, że na jakąkolwiek informację czekają bardzo długo. Dopiero późnym popołudniem wyszedł do nich lekarz. Krótko i bardzo rzeczowo opowiedział, że mama jest już bezpieczna i teraz śpi. To nie był rozległy zawał, ale będzie musiała na oddziale spędzić kilka dni. Na koniec pozwolił całej trójce wejść na salę.

Mama podłączona do aparatury, pod szpitalną pościelą w zielonkawym kolorze, robiła surrealistyczne wrażenie. Tak jakby to była jakaś postać tylko przypominająca jej najbliższą osobę. Dotknęła dłoni mamy swoją ręką i cicho powiedziała: – Kocham cię.

Wujostwo odwiozło ją do domu, cały czas proponując nocleg u nich w domu. Bogna jednak odmawiała. Chociaż bardzo chciała, nie mogła teraz pozwolić sobie na to, aby siedzieć tutaj i czekać. Nienawidziła bezczynnie czekać. Ktoś musiał działać i sprawdzić, co się dzieje z jej bratem.

***

Nocny pociąg do Bydgoszczy był prawie pusty. Bogna mijała kolejne przedziały, aż w końcu wybrała miejsce, w którym siedziała matka z trójką dzieci. Jedno spało, pozostała dwójka zawzięcie grała na telefonach. Opiekunka wesołej gromadki nieśpiesznie przerzucała kartki kolorowego magazynu. Cisza i spokój. Dziewczyna weszła po cichu do przedziału i zapytała, czy może się dosiąść. Po dokładnym otaksowaniu wzrokiem przez kobietę uzyskała zgodę. Zajęła miejsce przy oknie, niemal wciskając się w kąt. Nałożyła słuchawki na uszy i starała się zastanowić nad wszystkim, co dziś się wydarzyło.

Zaczęła myślą o mamie, a w głowie wybrzmiały jej słowa lekarza, że kobieta wyzdrowieje. To była dobra wiadomość. Zdecydowanie inne emocje towarzyszyły myślom o bracie. Czuła niepokój i wiedziała, że dzieje się coś niedobrego. Informacja o zniknięciu Karola nie wypłynęła z firmy. Poinformował o tym „Nowy Expres”, de facto zawiadamiając o zniknięciu swojej dziennikarki. Towarzyszyła bratu w podróży. Ale gdzie i w jakim celu? Autorem tekstu był Adam Sznajder. „Warto się do niego zgłosić” – pomyślała.

Najpierw jednak trzeba dotrzeć do prezesa Pobeda Investments. Nie będzie łatwo, bo każdy dotychczasowy kontakt z firmą kończył się na rozmowach z sekretarką. Bogna była niemal przyklejona do swojego smartfona. Na bieżąco śledziła portale informacyjne i stronę internetową Pobeda. Czekała na oficjalne stanowisko. Dlaczego nie ustosunkują się do informacji, która dotyczy firmy? Dlaczego nie chcą nic wyjaśnić, pomimo że chodzi o ich pracownika? I dlaczego ma przeczucie, że to nie wróży nic dobrego?

Z zamyślenia wyrwał ją wzrok kobiety. Niby wciąż zaciekawiona kolorowymi kartkami czasopisma, ale zerkała zza nich złowrogo, jakby karcąco. Dziewczyna uświadomiła sobie, że przez dłuższy czas siedziała zasępiona, spoglądając nieobecnym wzrokiem w zmieniające się barwnie wieczorne niebo.

Zwróciła też uwagę, że wpatrywał się w nią najmłodszy z synów kobiety. Nie zauważyła, kiedy się obudził. Teraz stał niemal na jej trampkach. Już chciała wyjąć słuchawki i zapytać, co też malec chce. I wtedy zauważyła, że chłopcy mają dwa telefony, na których zawzięcie rywalizują w jakąś grę. Najwidoczniej zabrakło sprzętu dla najmłodszego. Teraz, gdy co chwila odświeża strony informacyjne, nie może sobie pozwolić na oddanie telefonu. Nawet gdyby chciała. A kobieta z tlenionymi lokami może tak sobie na nią patrzeć nawet do samej Bydgoszczy.

Powoli zaczynało świtać i wysłużony pociąg wjechał na jej stację docelową. Na nieszczęście matka z wesołą czeredą również wysiadała. Wrzask dzieci gonił ją do samego postoju taksówek. Bogna przez chwilę zastanawiała się, gdzie właściwie teraz jechać. Do Pobeda Investments czy lepiej do mieszkania brata?

***

Dzień w firmie powoli się zaczynał. Czuć było jeszcze poranne rozprzężenie. Tylko nieliczni pracownicy byli już w pracy. Ada, za swoim szerokim biurkiem, myślami była zupełnie gdzie indziej. Wiedziała, że dziś prezes wyjątkowo nie miał zaplanowanych żadnych wieczornych spotkań. Zatem ona, asystentka zarządu, mogła spokojnie opuścić szklany biurowiec punktualnie. Zaraz po pracy wyskoczy tylko do tego nowego sklepiku po jakieś wino i wieczór spędzi ze swoim chłopakiem w romantycznej atmosferze.

Przyjemne myśli przerwała nieznana dziewczyna. Zdecydowanie nie wyglądała na tutejszego pracownika, ba, nawet na osobę, która mogłaby się starać o pracę. Rude włosy, luźna koszulka i poszarpane szorty. A w ręku jeszcze torba podróżna. Skąd ona się tu wzięła?

– Dzień dobry, ja w sprawie... – zaczęła dziewczyna, jakby trochę niepewnie.

– Ulotek. O nie, nie, źle trafiłaś, moja droga. My się tak nie promujemy. – Adrianna tego typu informacji udzielała przynajmniej kilka razy dziennie. Dziwiła się tylko, jak ci wszyscy licealiści doszli aż do pionu administracyjnego. Oj, będzie musiała porozmawiać z szefem ochrony. Ostatnio coraz mniej kompetentnych ludzi zatrudnia.

– Ale...

– Hmm, praktyk też nie prowadzimy.

– Praktyki studenckie mam już za sobą. – Rozmówczyni szybko odzyskała rezon. – Nazywam się Bogna Gral, rozmawiałyśmy wczoraj.

Adrianna nie zamierzała się denerwować. Opędzanie się od osób, których nie powinno tu być, w jej recepcji, miała w małym palcu. Po kilku latach pracy nawet w pewien sposób przynosiło jej to frajdę. Ot, dodatkowy sposób na odprężenie się.

– Szanowna pani, przeprowadzam kilkadziesiąt rozmów dziennie – rozpoczęła z wyraźnym chłodem w głosie.

– Rozmawiałyśmy w sprawie mojego brata, Karola Grala. – Ton Bogny stawał się coraz twardszy. – Chcę tylko wiedzieć, co się z nim stało. Wątpię, żeby mi pani to wyjaśniła. Chcę rozmawiać z prezesem Litwińskim.

– Rozumiem pani sytuację, ale prezes zaraz wychodzi na ważne spotkanie. – Głos Adrianny był coraz chłodniejszy, a ona sama przyjęła formalną postawę.

– Chyba się nie rozumiemy. – Przyjezdna oparła się dłońmi o biurko, a asystentka lekko się cofnęła. – Zrobię wam niezły sajgon, włącznie z protestem pod tym snobistycznym budynkiem i zawiadomieniem mediów. Wtedy nie będziecie mieli wyjścia i prezes będzie musiał ze mną porozmawiać, ale wcześniej będzie się gęsto tłumaczył w telewizji. No to jak?

– Tak, jak powiedziałam.

– Czekałam pod firmą od świtu i nie zamierzam odpuszczać. Do zobaczenia jutro i na pewno jak przyjdzie pani do pracy, to będę przed wejściem. Myślę, że będzie mnie trudno przeoczyć.

Właściwie zabrzmiało to jak formalne oświadczenie, z którym nie sposób polemizować. I Adrianna nawet nie próbowała.

Bogna odwróciła się i wyszła z pokoju. Czekając na windę, zastanawiała się, jak bardzo spełnienie jej groźby jest możliwe. Była mała szansa, że jakiś dziennikarz zainteresowałby się okrzykami nikomu nieznanej dziewczyny. Możliwe, że udałoby jej się wywołać choćby krótkotrwałą dyskusję w mediach społecznościowych. Najbardziej jednak prawdopodobne, że nie zdążyłaby wznieść pierwszego okrzyku, gdy jakiś ponury pan w firmowym uniformie odprowadziłby ją jak najdalej od gmachu firmy. Sprawnie i dyskretnie, tak aby prezes i konkurencja nie zdążyli się zorientować, że jest jakiś problem.

Szybka winda z szumem zajechała na jej piętro. Już chciała wchodzić do ciasnej kabiny, gdy usłyszała za sobą lekko zdyszany głos sekretarki:

– Proszę chwilę poczekać. Porozmawiam z prezesem. Ale nie obiecuję, że coś dzisiaj da się zrobić.

– Prosiłabym jednak, aby to właśnie dziś było możliwe – odpowiedziała chłodno.

– Wróćmy do środka. – Kobieta wskazała na sekretariat. W środku zaś usadziła dziewczynę na fotelu obitym czarną skórą.

Bogna skorzystała z propozycji. Była bardzo ciekawa, co dzieje się za drzwiami gabinetu. Niestety, były one idealnie wytłumione i nic nie słyszała. Czy sekretarka spokojnie opowiada o tym, kto przyszedł? A może szef właśnie instruuje swoją pracownicę, jak się pozbyć natręta?

Po kilku chwilach asystentka wyszła z gabinetu.

– Pan prezes dziś niestety wychodzi. Ale chętnie spotka się z panią jutro. Czy może pani przyjść o dziesiątej?

– Tak, przyjechałam do Bydgoszczy specjalnie po to i dziwię się, że prezes nie może poświęcić dziś pięciu minut.

Sekretarka nie skomentowała słów dziewczyny.

– Szef naprawdę współczuje pani i rodzinie, nas też tutaj bardzo zaniepokoiła ta sytuacja. Prosił przekazać, że robi wszystko, co w jego mocy, aby rozwiązać ten problem.

Studentka podziękowała blondynce w grafitowej garsonce i wyszła. Sunąc windą, uśmiechnęła się pod nosem. Z jednej strony jej plan wypalił, z drugiej jednak musiała czekać aż do jutra na zdobycie jakiejkolwiek informacji o bracie.

Rozdział II

Adam siedział wygodnie na wysłużonym i wytartym krześle naprzeciwko biurka szefa. Ten jak zwykle odchylał się mocno w swoim wielkim fotelu na kółkach. Robił tak zawsze, gdy tylko jakaś większa sprawa zajmowała mu głowę.

– Zadowolony, kurwa, z siebie? – zapytał bez ceregieli Marek.

– Jeszcze nie.

– Jeszcze. To co myślałeś, że się stanie?

– Miałem nadzieję na jakąś reakcję, a jest głucha cisza. Spodziewałem się większego szumu. Nie uważasz, że to jednak bardzo dziwne, że firma tak milczy?

– Zwykle, jak mnie wsadzasz na jakąś minę, to tak się tłumaczysz – odpowiedział naczelny.

– A ty nie uważasz, że dziwne jest to przeciągające się milczenie?

– Może i tak, ale to nie znaczy, że nie zareagują w ogóle.

– Nie rozumiem, dlaczego tak cię irytuje fakt, że ujawniliśmy zniknięcie Niny. Przecież dzięki temu coś się może ruszyć. Swoją drogą niezłą ścieżkę wydeptałem do prezesa Litwińskiego, aby dowiedzieć się czegokolwiek. Sekretarka udawała, że absolutnie nie ma żadnego problemu. Pracownik wyjechał w delegację i tyle. A dziewczyna miała taki kaprys, że chciała mu w tej podróży towarzyszyć. Wszyscy tam opowiadali tę samą historię, jakby na pamięć regułkę wykuli.

– Nie jęcz. Ja też nie próżnowałem – zaprotestował stanowczym głosem szef. – Rozmawiałem już z Wojtkiem, moim przyjacielem z policji. Pamiętasz go?

Adam skinął głową. Doskonale pamiętał eleganckiego i stonowanego podinspektora policji, który nijak nie pasował do Marka i jego niezbyt starannego wizerunku.

– Odradzał mi spektakularne działania i obiecał zająć się tym po cichu.

– To mam tylko jedno proste pytanie. Dlaczego się zgodziłeś?

Marek westchnął głęboko. Gdyby mógł, odchyliłby się w fotelu jeszcze głębiej. Już teraz był tak cofnięty, że Adam mógł od spodu obserwować niezbyt starannie ogoloną brodę szefa.

– Wojtek wie, co robić. Za to ciebie dobrze znam i wiem, że gdybyś dostał jakąkolwiek tajną informację, to zrobiłbyś wszystko, aby wypłynęła na światło dzienne.

– Masz rację, staruszku, na pewno coś bym wymyślił. Dziennikarz lekko się roześmiał.

– A mi na pewno to by się nie spodobało.

– Coś trzeba robić. Mam złe przeczucia.

– Ty i te twoje przeczucia. Moja córka powiedziałaby, że jesteś za bardzo elektryczny.

– Ile razy się sprawdzały? – szybko wtrącił Adam.

– Sprawdzały, nie sprawdzały. Wszystko zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa – zgrabnie zripostował naczelny. – Jestem przekonany, że masz dobre intencje. Nie musisz mi nic udowadniać. Tylko, na Boga, myśl trochę i przewiduj skutki swoich działań.

Dziennikarz nie odezwał się. Patrzył na szefa i starał się zrozumieć, jaki jest cel w tym wyhamowywaniu. Zazwyczaj temat byłby już rozpisany na kilka scenariuszy i dostałby pewnie jeszcze kogoś do pomocy. Szef mobilizowałby do działania i kazał góry przenosić. Pamiętał, jak niedawno w książce „Bazar złych snów” Stephena Kinga przeczytał, że w pracy dziennikarskiej koniec zawsze jest tylko końcem tymczasowym, a w rzeczywistości kropkę postawić można tylko na stronie z nekrologami. Chciał odgonić tę myśl jak najdalej, ale ona, jakby na siłę, stawała się coraz bardziej natrętna.

***

Cieszyła się, że jest już w domu, ale jednocześnie była potwornie zmęczona. Cały wczorajszy dzień to jedna wielka emocja. Obrona pracy dyplomowej, informacja o zaginięciu brata, zawał mamy i nocna podróż. Na dodatek dziś nieprzyjemna rozmowa w firmie brata. „Za dużo jak na mnie” – pomyślała.

W mieszkaniu Karola była już co prawda kilka razy, ale pamiętała tylko moment, gdy przyjechała po raz pierwszy. Właściwie od tamtej pory niewiele się tu zmieniło. Akurat wtedy dostała się na swoje wymarzone studia, a brat rozpoczął pracę w Pobeda Investments. Cieszyli się i snuli plany na przyszłość. To był dla obojga dobry czas.

Bogna uświadomiła sobie, że był to jeden z niewielu momentów, gdy widziała brata tak szczęśliwego i w pewien sposób rozluźnionego. Szczerze śmiał się z jej dowcipów, zamiast marszczyć brew z tym dziwnym, zamyślonym wyrazem twarzy. Sam nawet zaproponował, że gdzieś się przejdą. W efekcie wylądowali na Wyspie Młyńskiej z butelkami ciepłego piwa w ręku. Siedzieli na trawie i przypatrywali się zachodowi słońca. Karol mówił, że to najpiękniejsze zielone miejsce w Bydgoszczy, i wymądrzał się, że wyspa położona jest pomiędzy głównym nurtem Brdy a jej odnogą zwaną Młynówką. Ta oaza spokoju i jej przypadła do gustu. W drodze powrotnej zaliczyli kładkę, na której pary zakochanych przypinały do barierki kłódki. Zaciekawiona pytała brata, co to za miejsce, ale za dużo nie wiedział. Dopiero za pomocą niezawodnego „wujka Google’a” dowiedziała się, że stoją na moście Jana Kiepury, przez bydgoszczan zwanego mostem miłości.

Zatrzymała tę chwilę w pamięci.

W tym mieszkaniu nie było ciepło. Pod żadnym względem. Przeszklone ściany ukazywały Bydgoszcz tonącą w szarówce. Karol urządził mieszkanie bardzo skromnie. Kanapa chyba najmniejsza, jaka była w sklepie. Reszta mebli również w ilościach niezbędnych. Jakby mieszkał tu oszczędny student, a nie uznany przez swoją firmę konstruktor. Żadnych zdjęć i innych ozdób. Obraz, który mu przysłała na święta, stał koło łóżka do góry nogami. Usiadła i schowała twarz w dłoniach.

Właściwie to nie wiedziała, co ze sobą począć. Czy to mieszkanie, wyglądające jak katalog salonu meblowego, mogło dać jej jakąś podpowiedź?

Nie było tu niczego. Szafa była prawie pusta, ale to niezbyt dziwne, gdy ktoś wybiera się w podróż, najwyraźniej długą. Zastanowiło ją jedno. Szafka z trzema przegrodami. W jednej było pudło z narzędziami, w drugiej pudło z książkami, w większości specjalistycznymi poradnikami. Tylko półka na środku była pusta. Bogna, znając pedanterię brata, była pewna, że i tu było pudełko. Tylko dlaczego zostało zabrane? I co w nim było?

Położyła się w ubraniu na pościeli i na chwilę przymknęła oczy.

***

W otaczającej przestrzeni zagościł ostry, przenikliwy dźwięk. Bogna nie wiedziała, co się dzieje. Ledwo uświadamiała sobie, gdzie właściwie jest. Próbowała szybko myśleć. Budził ją dźwięk telefonu, którego sygnał stawał się coraz ostrzejszy. Spojrzała na zegarek, była 7.30 rano i nie mogła uwierzyć, że tak długo spała.

„Firma brata” – pomyślała. Trzeba wstać i pojechać raz jeszcze do ich siedziby. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Czy już ustalono, co się stało z Karolem? Może dlatego wcześniej nikt nie chciał jej nic powiedzieć. To nawet miałoby sens. Firma mogła się obawiać, że wyjdą z niej niepełne, wykluczające się informacje, co tylko pogorszyłoby sytuację. A gdyby to wyciekło do mediów?

Dziewczyna była pewna, że jej groźba zadziałała. Duże firmy przecież niezwykle starannie dbają o swój medialny wizerunek. Wczoraj wyczytała, że Pobeda Investments należy do międzynarodowego funduszu inwestycyjnego. Karol mówił jej nawet kiedyś, że za firmą stoi wielki kapitał, i dzięki temu wie, że na pewno nie zbankrutuje. W pociągu przez ganiające dzieciaki nic więcej nie znalazła. Może to dobry pomysł, aby przed rozmową z prezesem odrobinę więcej dowiedzieć się o nim i całej firmie?

Usiadła do starego laptopa, którego znalazła w jednej z szaf. Pamiętała ten sprzęt z czasów, gdy Karol mieszkał razem z nią i mamą. Był to pierwszy komputer, który kupił za własne pieniądze. To właściwie dziwne, że wciąż go jeszcze trzymał. Gdy ostatnio tu była, korzystał z laptopa, który wyglądał jak dar od kosmitów.

Pomyślała nawet, że zostawił go tu nie przez przypadek. Przejrzała zawartość dysku i historię przeglądania. Nie było nic. Najwidoczniej nie korzystał z tego sprzętu od lat. Zganiła się w myślach. Jak mogła podejrzewać, że zostawił jakąś wskazówkę na temat własnego zniknięcia. To mogłoby przecież wskazywać, że to wszystko nie przypadek.

Bardzo skrupulatnie przejrzała wszystkie strony związane z Pobeda Investments i jej prezesem. Przeczytała nawet blogi i fora branżowe, gdzie opiniami dzielili się zarówno klienci firmy, jak i pracownicy.

Była zdziwiona, jak niewiele tego było. Poza oficjalną stroną internetową w sieci można było znaleźć bardzo mało informacji na temat firmy i jej powiązań. Dowiedziała się jedynie, że tworzą nowe technologie, głównie dla firm telekomunikacyjnych. Części do telefonów, komputerów, nawet nadajników. Chwalili się różnymi inwestycjami i było mnóstwo zdjęć elektronicznych komponentów, które zupełnie nic jej nie mówiły. Doczytała, że korporacja zajmuje się projektowaniem bardzo specjalistycznego sprzętu. Właściwie to jej nie dziwiło. Karol zajmował się tym już w liceum. Znosił do domu kilogramy elektronicznych części. Matka załamywała ręce, bo jej śliczny, wymarzony dom w cichej okolicy wyglądał jak magazyn przemysłowy.

Po informacjach na temat firmy przyszedł czas na poszukiwanie dossier prezesa. Tak, jak się spodziewała, informacji również nie było zbyt wiele. Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby nie nosił innych ubrań niż eleganckie garnitury w prążki. No może z jednym wyjątkiem. Prezes otwierał świetlicę z nowoczesnymi komputerami gdzieś na beskidzkiej wsi. Miał na sobie tylko koszulę w prążki. Każde jego zdjęcie było idealnie dopracowane. Były to fotografie głównie z siedziby firmy, przygotowane specjalnie dla prasy. Znalazła też kilka z otwarcia nowych filii i innych inwestycji. Najbardziej rozbawiło ją zdjęcie tego eleganckiego i postawnego mężczyzny w granatowym garniturze, gumofilcach i z łopatą w ręku.

Dowiedziała się, że studiował na dwóch uczelniach technicznych, Pobeda Investments to trzecia firma, którą kieruje. Zastąpił na stanowisku prezesa poprzedniego szefa firmy, który zginął w wypadku samochodowym.

Była ciekawa, jakie wrażenie robi na ludziach. Wszystkie opinie na temat tego człowieka podkreślały jego profesjonalizm, znajomość dobrych manier, a nade wszystko zdecydowanie w działaniach. „To całkiem dobra wróżba – pomyślała – mogąca oznaczać, że zajmie się sprawą”.

Uzbrojona w podstawową wiedzę uznała, że jest już gotowa do wyjścia. Włożyła najładniejsze ciuchy, jakie znalazły się w torbie. Lekko sprane dżinsy i białą koszulę. Spomiędzy guzików wystawała wyhaftowana kocia łapka. Kosztowało to trochę wysiłku, a za lekcję dziergania zapłaciła butelką tequili. Haft podpowiadał, że się opłacało. Znalazły się nawet jakieś czarne sandałki. Nie lubiła ich, ale przynajmniej pasowały do reszty ubioru.

W recepcji czekała na nią sekretarka, która wyglądała dokładnie tak samo jak poprzedniego dnia. Bogna, chcąc nieco podnieść się na duchu, wyobraziła sobie, że kobieta w ogóle nie wyszła z tego lekko klaustrofobicznego miejsca. Po prostu po skończonej pracy wyciągnęła z szafy materac i poszła spać.

Jedyną zmianą był uśmiech młodej kobiety. Czuć było, że jest empatycznie wystudiowany, tak jakby blondynka stawała przed lustrem i ćwiczyła codziennie profesjonalne wykrzywianie. Nie było w nim jednak ciepła, które kojarzyło się z uśmiechniętymi ludźmi. Sekretarka poprosiła, aby Bogna poczekała chwilę.

Zajęła ten sam fotel co wczoraj i po chwili zaczęła delikatnie stukać palcami w miękkie oparcie. Nie lubiła czekać. Szybko się wtedy irytowała. Gdy na uczelni czekała w pustym korytarzu na swoją kolej i obronę pracy dyplomowej, również nie mogła usiedzieć w miejscu.

„Czasami czekanie jest gorsze od tego, na co się czeka” – myślała.

Po dłuższej chwili sekretarka wyszła z pomieszczenia i zaprosiła dziewczynę do środka. Gabinet prezesa oszałamiał. Duże biurko z czarnym blatem stało na tle tafli szkła wygiętej w półokrąg. Gdzieś z boku kolejna skórzana kanapa, a przy niej dwa fotele. Między nimi stał niewielki stoliczek ze szkła.

Z okien, a raczej przeszklonych ścian, rozciągał się przyjemny widok na miasto, z mostem Uniwersyteckim w roli głównej. Zapatrzyła się na pylony budowli i nie usłyszała, kiedy prezes pojawił się tuż obok. Ubrany jak zwykle w garnitur w drobne prążki podszedł do niej i ciepłym głosem powiedział:

– Witam panią. Te pylony mostu mają prawie siedemdziesiąt metrów wysokości i ukształtowano je w formie przenikających się podków o kształtach greckich liter alfa i omega. Pięknie to wygląda.

Dziewczyna próbowała zebrać myśli i zaraz po tym, jak powiedziała „dzień dobry”, wypaliła:

– Czy wiadomo, co się stało z moim bratem?

– Niestety, wciąż niewiele wiemy. Wysłaliśmy już specjalną ekipę, która sprawdza różne ślady. Przyznam, że to dość nietypowa sprawa. Wysyłamy naszych pracowników w różne rejony świata, niektóre dość problematyczne, ale zawsze wszyscy byli bezpieczni. Myślę, że szybko odnajdziemy pani brata.

Bogna cały czas przyglądała się prezesowi. Mężczyzna po pięćdziesiątce, szpakowate włosy zaczesane na bok. Wydawał się odprężony, jakby gawędzili sobie przy popołudniowej herbatce. Jednocześnie jego postawa i to, co mówił, wydawały się bardzo przemyślane. Z jego twarzy biły spokój i niezachwiana pewność. Dłonie trzymał nieruchomo, stykając je jedynie opuszkami palców. Pomyślała, że przeszedł jakiś kurs mowy ciała, podobnie jak jego sekretarka.

– A gdzie on właściwie zniknął? Dokąd go wysłaliście? – zapytała, przerywając prezesowi.

– Miał jechać do Włoch, ale nie wiemy, czy tam się udał. Nie mamy pewności, co kiedy się działo – odparł spokojnie, jakby opowiadał o zagubieniu się kartonu z dokumentami.

Ta odpowiedź zdecydowanie nie przypadła dziewczynie do gustu. W przeciwieństwie do prezesa, który miał doświadczenie w znacznie trudniejszych negocjacjach biznesowych, nie potrafiła zachować spokoju.

– To gdzie jest? – Podniosła nieznacznie głos i lekko pochyliła się w stronę stoliczka.

– Tego właśnie próbujemy się dowiedzieć – odpowiedział tym samym spokojnym głosem prezes. Nie zwrócił większej uwagi na podenerwowanie swojej rozmówczyni i kontynuował: – Wiem, że to dla pani trudne, naprawdę to rozumiem. Czuje pani wielki stres. Ale nad sprawą pracuje już kilku zawodowców. Proszę mi wierzyć, to ludzie, którzy znają się na swojej pracy. Wprawdzie wcześniej zajmowali się dla nas głównie szukaniem informacji czy kontaktów ze specjalistami, ale potrafią znaleźć wszystko. Nawet zabłąkanego inżyniera. Musimy się wszyscy uzbroić w cierpliwość.

– Rozumiem. Czyli nie wiecie nic?

– Wiem, że to z pani perspektywy nie wygląda najlepiej...

– No raczej. Nie wysłaliście przecież mojego brata do puszczy amazońskiej, tylko do dużego kraju w Europie.

– Prosiłbym mimo wszystko o zachowanie spokoju. Wówczas będziemy mieć wystarczająco dużo przestrzeni na wszelkie działania. A przecież nam wszystkim zależy tylko na jednym, aby pani brat się odnalazł.

Ach, więc to tak. Bogna zrozumiała przekaz natychmiast. Siedź cicho, to dołożymy wszelkich starań, aby odnaleźć człowieka, którego zgubiliśmy. Nikt nam przecież nie może za bardzo patrzeć na ręce, musimy mieć spokój. Delikatnie kiwnęła głową. Miała już dosyć tego miejsca, teraz chciała tylko wyjść stąd jak najszybciej.

– Cieszę się, że się rozumiemy. Oczywiście obiecuję kontakt, jak tylko sam coś będę wiedział. Proszę zostawić namiary do siebie u mojej asystentki. Gdzie się pani zatrzymała?

– W mieszkaniu brata. Dostałam od niego kiedyś zapasowe klucze na wszelki wypadek.

– To bardzo dobrze, ktoś powinien na niego czekać, gdy już wróci. A wróci z pewnością.

– Jestem pewna, że wróci, i zrobię wszystko, aby tak się stało. W każdym razie dziękuję panu za spotkanie. – Bogna podniosła się z kanapy i szybkim, zdecydowanym ruchem podała rękę na pożegnanie.

Gospodarz odprowadził ją do drzwi i na koniec jeszcze raz zapewnił o podjęciu działań. Cały czas miała wątpliwości co do intencji biznesmena i nie czuła się tu dobrze. Podała swoje dane sekretarce tak szybko, jak to możliwe, i z ulgą wyszła z klimatyzowanego biurowca.

***

Gospodarz ze swojego panoramicznego okna doskonale widział, jak rudowłosa dziewczyna szybkim krokiem idzie wzdłuż głównej ulicy. Najwyraźniej zmierzała w stronę przystanku autobusowego i, co ważne, szła sama. Obawiał się nieco, że zainteresował się nią ten dziennikarz z „Expresu”. Niemal dostał zawału, gdy zobaczył nagłówek w przedwczorajszej gazecie. Gdyby to był jeszcze jakiś brukowiec z kiepską opinią. Tymczasem całą sprawą musiał się akurat zająć znany dziennikarz z najbardziej poczytnego dziennika w regionie. Na szczęście jednak wciąż nie rozpętała się afera, żadne ważne informacje nie wyciekły.

„Doskonale – pomyślał – wszystko zgodnie z planem”. Podszedł do swojego biurka, rozsiadł się w czarnym fotelu i wybrał numer telefonu.

– Dzień dobry. Wszystko załatwione – zameldował.

W słuchawce przywitała go głucha cisza. Doskonale znał to uczucie i wiedział, co oznacza milczenie po drugiej stronie aparatu.

– To tylko smarkula, która boi się o brata – kontynuował. – Była trochę zdenerwowana, ale to znacznie ułatwiło sprawę. Tak jak planowałem, wszystko spokojnie przyjęła i żaden dziennikarzyna na nią nie czekał.

– Pamiętaj, że ten dziennikarz może być jak jego koleżanka – odezwał się spokojny głos. – To nie jest jakieś pisemko dla gospodyń domowych, tylko poważna gazeta. Miej z tyłu głowy, że ostrożność tępi niepowodzenia – poinstruował mężczyzna w słuchawce.

– Oczywiście – powiedział krótko, bo kolejny raz zabrakło mu słów, aby zgrabnie odpowiedzieć. – Będę na bieżąco informował i proszę pamiętać o akceptacji wystąpienia na konferencji prasowej.

Usłyszał, jak rozmówca się rozłącza. Nie było ani do widzenia, ani spieprzaj. Nastała po prostu cisza. Te rozmowy nigdy nie należały do łatwych. Na początku w ogóle nie rozumiał jego zamiarów, ale w końcu przecież dał mu najlepszą pracę w tej części Polski. Nie zamierzał mu wchodzić w drogę, chociaż nie tak wyobrażał sobie pracę w firmie. Zwykle odpowiadał jedynie przed radą nadzorczą. Tymczasem tutaj okazało się, że de facto ma nad sobą szefa, którego musi się słuchać. Zdecydowanie nie tego się spodziewał. Ostatnio był w podobnej sytuacji dwadzieścia lat wcześniej, gdy zaczynał pracę w fabryce kabli we Frankfurcie. A tu okazało się, że całą nowoczesną korporacją rządzi jedna osoba.

Było w tym człowieku coś niepokojącego. Na początku wydawało mu się nawet zabawne, że nie zajmuje żadnego oficjalnego stanowiska. Pracownicy wyższego szczebla szeptali o nim zazwyczaj bezosobowo. Sam z czasem też zaczął tak mówić, a w końcu i myśleć. W gruncie rzeczy nie wiedział o nim zbyt wiele. Mówił mało, ale konkretnie. Zazwyczaj zgadzali się co do kierunków rozwoju czy inwestycji. Zawsze w jego obecności czuł się jednak jak uczniak raportujący u surowego ojca o ostatnich szkolnych porażkach.

Usiadł do komputera, aby sprawdzić, czy otrzymał potwierdzenie tez na konferencję. Zastanawiał się nawet, czy nie posłać na pożarcie jedynie swojego rzecznika prasowego. Gość od PR-u był sprawnym wykonawcą poleceń, ale Litwiński nie był pewien, czy akurat dziś będzie w stanie wykazać się odpowiednią inwencją. Wiedział, że samo wystąpienie nie pomoże. Co powie w sytuacji, gdy ktoś zada zbyt celne pytanie? W głowie zaczął powtarzać wcześniej ułożone odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Był gotowy do starcia.

***

W ogromnym biurze zalanym ledowym światłem stało kilkanaście biurek i panował spory gwar. W redakcji o tej godzinie zawsze było najwięcej pracy. Część osób już zdążyła wrócić z terenu, inni dopiero szykowali się do wyjścia. Reszta wisiała na słuchawkach albo cierpliwie stukała w klawisze. Nagle do sali wszedł jeden z dziennikarzy. Szedł tak szybko, że jego nieco dłuższe kręcone włosy lekko falowały i podrygiwały w takt sprężystych kroków. Część z nich zasłaniała śniadą twarz o dość mocnych rysach. Był nieco starszy, niż wszyscy sądzili, a jego prawdziwy wiek zdradzały jedynie delikatne zmarszczki wokół oczu. Było je widać głównie wtedy, gdy się śmiał, a ostatnio Adam nie miał okazji uśmiechać się zbyt często.

W porannym zamieszaniu nikt go prawie nie zauważył. Niemal co chwilę ktoś wchodził i wychodził z sali. Tymczasem mężczyzna przeszedł rząd biurek i pochylił się nad jednym z nich.

– Hej, gdzieś się podziewał? Są nowe informacje w sprawie Niny i Pobeda Investments – przy biurku obok odezwała się sporo młodsza dziennikarka.

– To znaczy? – odpowiedział, wyjmując z szuflady notes i dyktafon, ale wciąż jeszcze czegoś szukał. Gdy otworzył szafkę, na nogi wypadł mu segregator. – Kurwa – syknął.

– To znaczy, że szanowny prezio, który tak napsuł Ninie krwi, wreszcie postanowił zabrać głos. Chociaż, szczerze mówiąc, obstawiam tego szczurka Purka – szybko mówiła Matylda.

– Kogo?! – Dziennikarz właśnie się zorientował, że w szafce nie ma nic poza segregatorem z notatkami.

– Adam, ty nieogarze, no rzecznik firmy przecież.

– Kto znowu grzebał w mojej szafce i zajebał mi fajki?! – ryknął niemal na całe biuro. W pomieszczeniu zrobiło się jakby ciszej, a kilku dziennikarzy popatrzyło w jego stronę.

– Co tu się wyprawia? – Do sali wszedł naczelny z niedopałkiem w ustach i zmiętoszoną paczką papierosów w ręku.

– Szukam twoich fajek – odpowiedział ironicznie dziennikarz, gdy tylko Marek się do niego zbliżył.