Odnaleziona - Magda Stachula - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Odnaleziona ebook i audiobook

Magda Stachula

4,1

12 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Kim jestem? To wciąż pozostaje dla mnie zagadką. Wiem tylko, że kiedyś mnie skrzywdzono, ale i ja zrobiłam coś złego. Moje życie stało się ucieczką. Mieszkanie w centrum Kopenhagi to doskonała kryjówka, ale czy wystarczająca? Ostatnio, idąc ulicą, miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Czułam wbity we mnie wzrok, chociaż nikogo nie widziałam. Potem ta kobieta  wpatrywała się w okna mojego mieszkania. Chciała mnie przestrzec czy mnie skrzywdzić? Jak żyć, gdy ukradziono ci przyszłość? Słyszę szum windy. Rusza z dołu i wjeżdża na moje piętro, drzwi się otwierają, ale nikt z niej nie wysiada, jedynie w poświacie porusza się cień sylwetki. Czas się zatrzymuje. To on, ona czy oni? Czy tym razem przeżyję, uda mi się uciec, a może teraz to już mój koniec? Zostałam Odnaleziona.

 

 

 

Dwudziestotrzyletnia Lena, po traumatycznych wydarzeniach w Polsce, ucieka do Danii, jednak nie na długo udaje jej się odzyskać spokój, bo demony przeszłości powracają. Gra, w której przyjdzie jej wziąć udział, jest nierówna i ktoś w niej poniesie śmierć.

 

 

 

Magda Stachula, mistrzyni domestic noir, jak nikt inny w Polsce potrafi dotknąć najciemniejszych stron ludzkiej natury, właśnie powraca z kolejnym niepokojącym thrillerem psychologicznym.

 

 

 

O wcześniejszych losach bohaterów opowiada bestsellerowa OSZUKANA.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 27 min

Lektor: Olga Nowicka

Oceny
4,1 (285 ocen)
129
75
56
17
8
Sortuj według:
ania_reads

Nie oderwiesz się od lektury

Po raz kolejny pani Magda sprawiła, że nie mogłam oderwać się od lektury. Brawo, bardzo mi się podobała 👍
00

Popularność




Pro­log

Pro­log

Kopen­haga

Droga z Ting­bjerg w kie­runku cen­trum

Rower leżał na pobo­czu, tylne koło było wygięte do góry, łań­cuch przy­sy­pany żwi­rem, a wikli­nowy koszyk zwi­sał z wykrzy­wio­nej kie­row­nicy. Kie­rowca volvo zwol­nił, choć i tak jechał powoli, nie wię­cej niż trzy­dzie­ści na godzinę, bo wła­śnie wycho­dził z ostrego zakrętu. Kolor ramy roweru przy­cią­gnął jego uwagę, soczy­sta mięta. Znał się na bar­wach jak mało który męż­czy­zna, był pro­jek­tan­tem w jed­nym z naj­więk­szych kopen­ha­skich domów mody. Sty­lowa zie­leń ramy kon­tra­sto­wała z jaskrawą żół­cią w tle.

Jego serce na moment zamarło, włą­czył świa­tła awa­ryjne i zatrzy­mał samo­chód, w nie­bez­piecz­nym miej­scu, tuż za zakrę­tem. Wysko­czył z auta, drobne kro­ple desz­czu migo­tały w bla­sku włą­czo­nych reflek­to­rów, kiedy prze­bie­gał przed maską. Zatrzy­mał się przy rowe­rze i zastygł bez ruchu. Spod żół­tej pele­ryny wysta­wały nogi kobiety. Nie mylił się, pierw­sze wra­że­nie oka­zało się tym wła­ści­wym. Ktoś jest ranny i potrze­buje natych­mia­sto­wej pomocy. Nachy­lił się nad ofiarą wypadku, chwy­cił za ocie­ka­jącą desz­czem pele­rynę, prze­wró­cił kobietę na plecy.

Młoda i mar­twa twarz. Przy­szło mu na myśl, że kobieta musiała podo­bać się face­tom, cho­ciaż teraz nie­wiele zostało z jej atrak­cyj­no­ści.

Pęk­nięta czaszka, zasy­cha­jąca krew na skó­rze skroni i wło­sach – w jed­nej sekun­dzie zro­zu­miał, że jest już za późno. Nie­kon­tro­lo­wany cichy jęk wydo­był się z jego ust, wie­dział, że ten obraz pozo­sta­nie z nim na długo.

Zaczął kle­pać się po klatce pier­sio­wej w poszu­ki­wa­niu tele­fonu komór­ko­wego, po chwili wyjął smart­fon z wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza. Już miał wybrać numer alar­mowy, gdy nagły impuls zablo­ko­wał ruch jego palca po wyświe­tla­czu.

A jeśli mu nie uwie­rzą? Jeśli poli­cja uzna, że to on potrą­cił kobietę? Nie powi­nien się w to mie­szać. Jej nikt już nie pomoże, a jemu może tylko zaszko­dzić. Jest znaną i wpły­wową osobą, nie potrze­buje pro­ble­mów, wizyt na poli­cji, zeznań w sądzie. Jeżeli teraz odje­dzie, nikt się nie dowie, że tu był, a za dwa­dzie­ścia minut zaszyje się w swoim przy­tul­nym apar­ta­men­cie w cen­trum Kopen­hagi. Mógł słu­chać muzyki, być sku­pio­nym na dro­dze, nie patrzeć na boki, poza tym się ściem­nia, dosłow­nie za kilka chwil zapad­nie zmrok, widocz­ność jest utrud­niona. Nie jest spo­strze­gaw­czą osobą, siąpi deszcz, po pro­stu nie zauwa­żył roweru ani ciała kobiety na pobo­czu. Jutro rano ma lot do Nowego Jorku, fashion week, na który cze­kał od wielu tygo­dni. Kto wie, czy zezna­nia w spra­wie wypadku nie zatrzy­mają go w kraju, a na to nie może sobie pozwo­lić. To nie jego sprawa, ktoś, kto potrą­cił kobietę, uciekł z miej­sca wypadku, za to grozi wię­zie­nie, ale on nie ma z tym nic wspól­nego.

Pośpiesz­nym kro­kiem wró­cił do samo­chodu, wyłą­czył świa­tła awa­ryjne i ruszył przed sie­bie. Naj­pierw powoli, a potem coraz szyb­ciej. Co chwilę zer­kał we wsteczne lusterko, jakby się bał, że nagle ktoś pojawi się za nim. Na szczę­ście nikt nie jechał, być może kolejny kie­rowca, tak jak on kilka minut wcze­śniej, z cie­ka­wo­ści zatrzy­mał się przy kobie­cie, a poza tym to mało uczęsz­czana droga.

To spo­strze­że­nie spra­wiło, że nie­po­kój znów dorwał mu się do gar­dła. To nie mógł być wypa­dek. Wycho­dząc z ostrego zakrętu, nie jedzie się szybko, mało praw­do­po­dobne, żeby śmier­tel­nie potrą­cić rowe­rzy­stę, co naj­wy­żej lekko zra­nić. Oczy­wi­ście bywają wyjątki, ale jakiś wewnętrzny głos pod­po­wia­dał mu, że ktoś celowo to zro­bił. Wje­chał w kobietę, bo chciał ją zabić. Być może jego pod­świa­do­mość zare­je­stro­wała drobny szcze­gół, ulotne wra­że­nie, które jasno wska­zy­wało na mor­der­stwo, a nie nie­szczę­śliwy wypa­dek? Teraz nie potra­fił sobie przy­po­mnieć, nazwać po imie­niu, ale czuł, że w tam­tym miej­scu zda­rzyło się coś złego.

Naci­snął pedał gazu, nie chciał już wra­cać myślami do mar­twej kobiety, tylko jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w domu. Wziąć cie­płą kąpiel i zapaść się w miękki fotel z kie­lisz­kiem bour­bona w dłoni. Jutro o tej porze będzie wysoko, w prze­stwo­rzach nad Oce­anem Atlan­tyc­kim, z dala od Kopen­hagi i przy­ziem­nych spraw.

Z prze­ciw­nej strony nad­jeż­dżała biała fur­go­netka. Poczuł, że się poci. Był dobrych kilka kilo­me­trów od miej­sca zda­rze­nia, po dro­dze minął parę zjaz­dów. Kie­rowca busa jechał szybko, wąt­pliwe, żeby zwró­cił na niego uwagę. Poza tym wcale nie musi kie­ro­wać się w tamtą stronę i natra­fić za kilka minut na mar­twą dziew­czynę na pobo­czu. I, do cho­lery, prze­cież jest nie­winny, dla­czego mar­twi się, że ktoś go widział, oskarży o mor­der­stwo lub nie­udzie­le­nie pomocy?

Skrę­cił w kie­runku swo­jego osie­dla, starł pot z czoła, wyłą­czył ogrze­wa­nie, się­gnął po pilota i otwo­rzył bramę do pod­ziem­nego garażu. A jeśli ta kobieta jesz­cze żyła, a jego tele­fon mógł jej pomóc? To nie­moż­liwe, prze­cież widział jej twarz, była mar­twa. Po co wybrał tamtą drogę, teraz ma tylko przez to wyrzuty sumie­nia. Wie­dział, że nie zagłu­szy ich lampka naj­lep­szego trunku. Zapar­ko­wał samo­chód, wyłą­czył sil­nik i wysia­da­jąc z auta, zauwa­żył, że do butów ma poprzy­kle­jane liście. Wdep­nął w nie tam, w miej­scu mor­der­stwa. Zro­biło mu się nie­do­brze. Może liście trzy­mają się na lep­kiej i gęstej krwi tam­tej kobiety?

Odru­chowo zaczął wycie­rać buty o kratkę kana­li­za­cyjną, by pozbyć się brudu. A jeśli zosta­wił ślady pode­szew swo­ich butów na innych liściach, odci­ski pal­ców na pele­ry­nie denatki? Musi się uspo­koić, nie ma nic wspól­nego z tam­tym zda­rze­niem, nie jest winny jej śmierci. Pada­jący deszcz zmyje ślady jego obec­no­ści, może być spo­kojny. Cho­ciaż rusza­jąc w stronę windy, wie­dział, że ten wie­czór nie będzie nale­żał do łatwych. I wszystko przez nie­zna­jomą dziew­czynę, kobietę, która dzi­siaj nie wróci do domu, któ­rej ktoś nie­ba­wem zacznie szu­kać, a może nawet już szuka. Jesz­cze dziś wie­czo­rem, naj­póź­niej jutro, zosta­nie odna­le­ziona, a świat jej bli­skich legnie w gru­zach.

Kim była? Dla­czego ktoś ją zabił? I kim jest mor­derca? Pyta­nia bez odpo­wie­dzi były czymś, czego nie zno­sił, za to one uwiel­biały jego. Wie­dział, że nie zazna spo­koju, dopóki nie pozna prawdy.

Część pierw­sza

Część pierw­sza

Przed zabój­stwem

Lena

Lena

11 wrze­śnia 2019

Kopen­haga

Sia­dam na łóżku z biją­cym ser­cem. Kręci mi się w gło­wie, pokój przed moimi oczami wiruje, coś mnie zbu­dziło, jakiś hałas. Dźwięk tłu­czo­nego szkła? Ktoś roz­bił szybę i wtar­gnął do domu?

Gwał­tow­nie pod­ry­wam się z pościeli, serce wali z zawrotną pręd­ko­ścią, krew pul­suje w uszach, znów zawrót głowy, za szybko wsta­łam, przy­trzy­muję się szafy, żeby nie upaść. Łapię rów­no­wagę i na koszulę nocną zarzu­cam szla­frok leżący na fotelu. Pasek wypadł ze szlu­fek, ale nie mam czasu się po niego schy­lać. Powin­nam ucie­kać. Głos w mojej gło­wie łomo­cze z coraz więk­szą siłą. Zna­leźli mnie, wie­dzia­łam, że kie­dyś to nastąpi. Ni­gdy i ni­gdzie nie będę bez­pieczna. Ukra­dli mi przy­szłość i nic tego nie zmieni.

Drzwi do mojego pokoju nie mają zamknię­cia, a nawet gdyby, dla nich to żadna prze­szkoda. Pod­bie­gam do okna i odsła­niam rolety. Świta. Blade pro­mie­nie słońca muskają fasadę kamie­nicy po prze­ciw­nej stro­nie ulicy. Mój pokój znaj­duje się na zaadap­to­wa­nym pod­da­szu, nie uda mi się tędy uciec. To już koniec. Jak w ogóle byłam w sta­nie choć przez chwilę myśleć, że mogę spać spo­koj­nie po tym, co się zda­rzyło? Prze­kli­nam sie­bie za naiw­ność. Ucie­kać! Powin­nam się na tym teraz sku­pić. Ale jak i dokąd? Może się scho­wać? W sza­fie, pod łóż­kiem, na bal­ko­nie?

W popło­chu roz­glą­dam się po pokoju, z kory­ta­rza dobiega odgłos prze­su­wa­nego po pod­ło­dze szkła. Żad­nych roz­mów, kro­ków, nikt po mnie nie idzie? Otwie­ram drzwi i wyglą­dam na kory­tarz. Szur, szur, szur, tępy odgłos docho­dzący z dołu, spo­kojny, wręcz nie­na­tu­ral­nie powolny. Na pal­cach pod­cho­dzę do szczytu scho­dów i widzę kawałki szkła na deskach, a potem sły­szę pochli­py­wa­nie. Cichy szloch. A więc to nie oni? Nie ma tu nikogo oprócz mnie i pani Sary?

Zbie­gam po scho­dach i dostrze­gam ją na środku salonu, sie­dzi na swoim wózku inwa­lidz­kim i w ręku ści­ska trzo­nek mio­tły.

– I na doda­tek jesz­cze cie­bie zbu­dzi­łam – mówi, pod­no­sząc na mnie wzrok.

– Pani Saro, co się stało? – pytam, kuca­jąc przed nią.

Chwy­tam za jej dło­nie, są zimne i pomarsz­czone.

– Roz­bi­łam wazon – mówi. – Ten po pra­babce Larsa, to był Hol­me­ga­ard – dodaje, spo­glą­da­jąc na mnie smutno. Przy­wo­łuje naj­star­szą hutę szkła w Danii, sły­nącą z wyso­kiej jako­ści przed­mio­tów o ponad­cza­so­wej i ele­ganc­kiej for­mie, już kil­ku­krot­nie opo­wia­dała mi histo­rię tego wazonu. – Ale nie­zdara ze mnie. Ręce się trzęsą, a chcia­łam sło­necz­niki wsta­wić do wody, wczo­raj wie­czo­rem Søren przy­niósł.

Ma na myśli sąsiada spod szóstki. Eme­ry­to­wa­nego pro­fe­sora nauk spo­łecz­nych, wie­lo­let­niego przy­ja­ciela pani Sary i jej męża Larsa. Pani Sara uważa, że sło­necz­niki są naj­pięk­niej­szymi kwia­tami na świe­cie, gdy tylko jedne uschną, w wazo­nie poja­wiają się kolejne.

– Są jak słońce, nie znam osoby, która nie uśmie­cha się na ich widok.

Mówi tak za każ­dym razem, gdy układa z nich świeży bukiet i sta­wia w swoim ulu­bio­nym wazo­nie, któ­rego kolo­rowe frag­menty leżą teraz pod moimi gołymi sto­pami.

– Pro­szę mi to dać. – Biorę od niej zmiotkę i pochy­lam się nad roz­bi­tym wazo­nem.

– Włóż kap­cie – prosi. – Jesz­cze wdep­niesz w odła­mek szkła.

Posłusz­nie wbie­gam do swo­jego pokoju i wsu­wam na nogi klapki.

– Wobec sta­ro­ści czło­wiek jest taki bez­radny – mówi, kiedy znów jestem na dole.

Pani Sara z natury jest pogodną osobą, rzadko kiedy bywa smutna czy przy­gnę­biona, ale cza­sem jakieś wyda­rze­nie zakłóca jej życiowy zen i potrze­buje kilku godzin, by znów wró­cić do dobrej formy. Mówi wtedy, jak ważne jest życiowe hygge. Sły­sza­łam o tym ter­mi­nie, ale nie sądzi­łam, że naprawdę tak czę­sto to słowo jest wypo­wia­dane w Danii. Pani Sara wła­ści­wie w każ­dej sytu­acji wtrąca je do naszych roz­mów, spraw­nie zastę­pu­jąc nim kilka pol­skich przy­miot­ni­ków, jak „przy­jemny”, „przy­tulny”, „uro­kliwy”, teraz też roz­wo­dzi się na ten temat. Zasty­gam z mio­tłą w dłoni i zer­kam na nią, zasta­na­wia­jąc się, co by zro­biła, gdyby była na moim miej­scu. Czy w mojej sytu­acji też umia­łaby odna­leźć hygge?

A może zary­zy­ko­wać i zdo­być się na szcze­rość wobec niej? Przy­znać się, co zro­bi­łam, z jakiego powodu kilka mie­sięcy temu przy­je­cha­łam do Danii i zdra­dzić, dla­czego muszę się ukry­wać? Zrzu­cić z sie­bie ten cały cię­żar, wyga­dać się… Tylko czy ona potra­fi­łaby mnie zro­zu­mieć?

– Smu­cisz się? – pyta nagle. – Z powodu tego wazonu?

– Nie – pro­te­stuję, pod­no­sząc się z kolan.

Emo­cje wyryte na mojej twa­rzy nie mają nic wspól­nego ze zbi­tym wazo­nem, chcia­ła­bym mieć tylko takie pro­blemy.

– Na targu sta­roci kupimy nowy. – Uśmie­cham się, wyrzu­ca­jąc zawar­tość szu­felki do kubła na śmieci.

Mój puls zwol­nił, na­dal jestem bez­pieczna, ukryta w domu sta­ruszki w cen­trum Kopen­hagi. Tu, w jej obec­no­ści, nic mi nie grozi, mogę się uspo­koić. Odkła­dam szu­felkę do szafki w przed­po­koju i ruszam w stronę kuchni.

W pomiesz­cze­niu czuć zapach ryby i cebuli, które wczo­raj pani Sara jadła na kola­cję. Pod­cho­dzę do okna i otwie­ram je na oścież, wpusz­cza­jąc rześ­kie powie­trze do miesz­ka­nia. Opłu­kuję ręce nad zle­wem i się­gam po płó­cienną szmatkę z napi­sem po duń­sku: hav en god dag zna­czą­cym: miłego dnia. Mimo że pobudka była nie­przy­jemna, to będzie dobry dzień, obie­cuję sobie w myślach.

– Zro­bię nam śnia­da­nie, a potem pój­dziemy na spa­cer – mówię, wyj­mu­jąc pie­czywo z chle­baka. – Zapo­wiada się piękny dzień, trzeba to wyko­rzy­stać.

– Ser­nik i kawa – wtó­ruje mi star­sza pani, poja­wia­jąc się w progu.

– I to mi się podoba.

Odwra­cam się w jej stronę. Sze­roki uśmiech na jej twa­rzy spra­wia, że od razu czuję się lepiej. Doce­niam każdą chwilę spę­dzoną w obec­no­ści tej weso­łej sta­ruszki, choć nawet przez moment nie potra­fię zapo­mnieć, dla­czego tu się zna­la­złam. Nie można przejść do porządku dzien­nego nad tym, że zabiło się czło­wieka.

Emil

Emil

11 wrze­śnia 2019

Kopen­haga

Szpi­tal, w któ­rym pra­cuję, jest jed­nym z naj­no­wo­cze­śniej­szych w Danii, numer jeden w Kopen­ha­dze. Oku­li­styka na świa­to­wym pozio­mie, coś, o czym w Pol­sce mogłem tylko poma­rzyć. Zespół leka­rzy i pie­lę­gnia­rek to mię­dzy­na­ro­dowe śro­do­wi­sko, nie czuję się więc tu obco. Każdy ma ten sam pro­blem – adap­ta­cja, trud­no­ści języ­kowe i życie z dala od swo­jego kraju. Wynaj­muję miesz­ka­nie nie­całe dzie­sięć minut pie­szo od szpi­tala. Nie­wiel­kie stu­dio z wido­kiem na kanał Sor­ten­dams. Gustowne, przy­tulne i jasne. Jak więk­szość miesz­kań­ców, po Kopen­ha­dze poru­szam się rowe­rem.

Prze­pro­wadzka do Danii, na którą zde­cy­do­wa­łem się pod wpły­wem impulsu – była reak­cją na pro­po­zy­cję, zło­żoną mi przez Mar­tina, mojego kolegę z Sofii, także leka­rza oku­li­stę – oka­zała się śmia­łym kro­kiem w kie­runku zmian w moim życiu. Chcia­łem, aby nastą­pił moment zwrotny i nie cho­dziło tylko o wyż­sze zarobki czy lep­sze moż­li­wo­ści w pod­no­sze­niu kwa­li­fi­ka­cji zawo­do­wych, lecz także otwar­cie na nowo w kwe­stiach oso­bi­stych. Marazm, w jakim żyłem, spra­wiał, że gnu­śnia­łem. Celowe wpro­wa­dze­nie bała­ganu do poukła­da­nego życia cza­sem ma sens. Zale­żało mi, aby podob­nym do sie­bie dniom nadać nowy kolo­ryt.

A przede wszyst­kim chcia­łem zapo­mnieć o Lenie. Dziew­czy­nie, która nagle znik­nęła z mojego życia. Z dnia na dzień, bez słowa poże­gna­nia, wyja­śnie­nia, zosta­wia­jąc pustkę w moim sercu, swoje oso­bi­ste rze­czy w naszym miesz­ka­niu i całą masę pytań bez odpo­wie­dzi. Jed­nak przy­jeż­dża­jąc tu kilka mie­sięcy temu, nie sądzi­łem, że tak szybko spo­tkam nową kobietę, z którą zacznę ukła­dać sobie życie.

Młoda pie­lę­gniarka, także Polka, była spra­gniona zmian i potrze­bo­wała seksu rów­nie mocno jak ja. Do łóżka poszli­śmy na dru­giej randce, a potem pozwo­li­łem jej wpa­dać do mnie, kiedy tylko miała na to ochotę. Od ponad trzech mie­sięcy jeste­śmy parą, nie zde­cy­do­wa­li­śmy się zamiesz­kać razem, choć to byłoby finan­sowo naj­lep­szym roz­wią­za­niem, zwa­żyw­szy na fakt, że i tak więk­szość czasu spę­dzamy w kli­nice. Ostat­nio nawet kilka razy o tym wspo­mniała, ale nie pod­ją­łem wątku. Uwa­żam, że jest za wcze­śnie na jakie­kol­wiek dekla­ra­cje, a wspólne miesz­ka­nie jest pew­nego rodzaju gra­nicz­nym punk­tem, począt­kiem nowego etapu, na który mamy jesz­cze czas. Dzi­siaj to ona zapro­siła mnie do sie­bie na kola­cję, zapewne ze śnia­da­niem. Z chę­cią pozwolę jej zająć się sobą.

Wycho­dzę z kli­niki kilka minut po osiem­na­stej i od razu dzwo­nię do niej.

– Cześć, kotku – odzywa się, a w oddali sły­szę, jak coś skwier­czy na patelni.

– Robisz steki? – pytam.

– Jak zawsze – kwi­tuje. – Dobrze wysma­żone dla mnie i krwi­ste dla cie­bie. Możesz kupić wino, czer­wone wytrawne, w tym skle­pie na rogu mojej ulicy?

– Jasne – mówię, przy­ci­ska­jąc tele­fon uchem do ramie­nia, a ręką wpi­suję kod w zapię­ciu od roweru.

Odpi­nam go, cho­wam zabez­pie­cze­nie do ple­caka, cały czas słu­cha­jąc jej wywodu na temat naszego kil­ku­dnio­wego wspól­nego wyjazdu do Pol­ski. Pra­cuję zbyt krótko, by móc pozwo­lić sobie na peł­no­wy­mia­rowy urlop tak jak ona, ale trzy lub cztery dni mam w pla­nach.

– Zatrzy­ma­li­by­śmy się w Mię­dzyz­dro­jach – cią­gnie.

Brzę­kają jakieś naczy­nia, z kranu leje się woda. Nie lubię, gdy włą­cza gło­śne mówie­nie, zazwy­czaj pro­szę, aby prze­rzu­ciła się na słu­chawkę, ale teraz nie robię tego, i tak mam zamiar za chwilę skoń­czyć roz­mowę.

– A potem wpadł­byś do mnie do Szcze­cina – rzuca. – Poznał­byś moją rodzinę.

– Poga­damy o tym, jak przy­jadę – prze­ry­wam jej. – Wsia­dam wła­śnie na rower.

Żegnam się i cho­wam tele­fon do kie­szeni spodni. Nie podoba mi się plan wizyty w jej rodzin­nym domu. Niby nic, ale tak jak w przy­padku wspól­nego zamiesz­ka­nia, to także pew­nego rodzaju linia gra­niczna, nie­pi­sana dekla­ra­cja, że coś dla sie­bie zna­czymy, mamy wobec sie­bie poważne plany i niech dowie­dzą się o naszym ist­nie­niu nasi bli­scy. Nie mam ochoty pozna­wać jej rodziny. Nie na tym eta­pie związku, nie teraz.

Zarzu­cam ple­cak na ramiona i wjeż­dżam na Sor­te­dam Dosse­ring, drogę bie­gnącą wzdłuż kanału. Wrze­sień jest wyjąt­kowo cie­pły, choć co kilka dni nie­spo­dzie­wa­nie nad mia­stem prze­cho­dzi ogromna zlewa. Duń­ska pogoda nie jest tak bez­na­dziejna, jak można by się spo­dzie­wać, być może zmie­nię zda­nie, gdy przyj­dzie desz­czowa jesień, ale jak do tej pory nie mogę narze­kać.

Jesz­cze nie wiem, jak długo zostanę w Danii, kon­trakt ze szpi­ta­lem pod­pi­sa­łem na trzy lata, z moż­li­wo­ścią skró­ce­nia lub prze­dłu­że­nia pobytu; to dość ela­styczna forma zatrud­nie­nia, która jest mi na rękę. Od paź­dzier­nika wraz z Mar­ti­nem mamy w pla­nach zapi­sać się na inten­sywny kurs duń­skiego. Obec­nie znam tylko pod­sta­wowe zwroty, a język brzmi niczym beł­kot nawie­dzo­nego przez złe duchy czło­wieka. Czarno widzę moje suk­cesy w tej kwe­stii, ale dam sobie i duń­skiemu szansę.

Prze­jeż­dżam trasą rowe­rową na drugą stronę kanału i staję na czer­wo­nym świe­tle. Ruch jest duży, popo­łu­dniowe godziny szczytu, w słu­chaw­kach przy­jem­nie gra Miles Davis, gdy nagle dziew­czyna po prze­ciw­nej stro­nie ulicy przy­kuwa moją uwagę. Dosłow­nie świat na moment zamiera, jeste­śmy tylko ona i ja. Auta jeż­dżące w jedną i drugą stronę sta­no­wią jedy­nie tło dla spek­ta­klu, który odgrywa się przed moimi oczami. Nie ma wąt­pli­wo­ści, nie mogę się mylić, to ona, Lena. Pew­nego dnia wyszła i już nie wró­ciła, a teraz idzie chod­ni­kiem po dru­giej stro­nie ulicy, zwin­nie prze­my­ka­jąc pomię­dzy kału­żami po wczo­raj­szej zle­wie. Włosy wirują na wie­trze i choć nie widzę jej twa­rzy, nie mam cie­nia wąt­pli­wo­ści, to Lena.

Jak to w ogóle moż­liwe? Co ona tutaj robi? Może jed­nak się mylę i to tylko podobna do niej dziew­czyna? Ale ten sam krok, syl­wetka. Nagle się odwraca, jakby wyczuła, że ktoś jej się przy­gląda. Dosko­nale widzę jej twarz, Lena Roma­now­ska, dziew­czyna, w któ­rej powoli zaczy­na­łem się zako­chi­wać i która nie dała nam szansy, aby­śmy spraw­dzili, czy to, co się mię­dzy nami dzieje, jest praw­dziwe. Muszę ją zatrzy­mać, poznać odpo­wie­dzi na te wszyst­kie pyta­nia, które nie opusz­czały mnie przez dłu­gie tygo­dnie.

– Lena! – krzy­czę. – Lena!

Jed­nak szum jadą­cych aut i gwar ulicy nie pozwa­lają moim sło­wom dotrzeć do niej. Wyj­muję pośpiesz­nie tele­fon z kie­szeni i robię zdję­cie. Nie zła­pa­łem ostro­ści, syl­wetka dziew­czyny uchwy­cona jest w ruchu, ale nie mam wąt­pli­wo­ści. To Lena. Nie­świa­doma tego, że ją obser­wuję, scho­dzi do sta­cji metra Østerport, zni­ka­jąc mi z oczu.

– Szlag – klnę pod nosem.

Nie może mi teraz uciec, nie, gdy ją odna­la­złem. Ner­wowo podry­guję nogą, wście­kły, że czer­wone świa­tło wciąż świeci. Gdy wresz­cie zmie­nia się na zie­lone, ruszam, prze­ci­nam ulicę i zeska­kuję z roweru. W pierw­szej chwili mam zamiar rzu­cić go i pobiec za Leną na sta­cję metra, ale roz­są­dek zwy­cięża. Nie chciał­bym, aby ktoś ukradł mi mój nowy naby­tek. Choć mówią, że tutaj nikt rowe­rów nie krad­nie, wolę nie ryzy­ko­wać. Pośpiesz­nie przy­ku­wam go do sto­jaka i pusz­czam się bie­giem w dół. Roz­glą­dam się na boki, ale ni­gdzie jej nie widzę. Nie mam karty do metra, nie mogę prze­kro­czyć bra­mek, pod­bie­gam do auto­matu z bile­tami i wtedy znów ją zauwa­żam. Nie widzi mnie, wsia­dła już do wago­nika, stoi oparta o okno i szuka cze­goś w torebce. Drzwi zamy­kają się i kolejka odjeż­dża wraz z nią.

– Kurwa – klnę gło­śno.

Prze­chod­nie zer­kają na mnie, a wypy­chane przez kolejkę powie­trze połyka kolejne słowa wście­kło­ści wydo­by­wa­jące się z moich ust. Ucie­kła mi, nie udało mi się jej dogo­nić, ale jed­nego jestem pewien, to ona. I jak­kol­wiek brzmi to nie­wia­ry­god­nie, Lena ukrywa się w Kopen­ha­dze. A ja zro­bię wszystko, by ją odna­leźć.

Niko­dem

Niko­dem

11 wrze­śnia 2019

Jezioro Powidz­kie

Bisz­kopt kopie kolejną dziurę w ziemi. Ostat­nio takie nie­fra­so­bliwe zaję­cie sobie zna­lazł mój przy­ja­ciel labra­dor. Całe dnie spę­dza w ogro­dzie, robiąc szkody, na które wcze­śniej mu nie pozwa­la­łem, a teraz mu w tym nie prze­szka­dzam. Psiak cie­szy się powro­tem do daw­nego życia, zupeł­nie tak jak ja. Od kilku mie­sięcy znów miesz­kam w domu nad jezio­rem, choć myśla­łem, że to już nie­moż­liwe. Ale nie dla mojej matki. Dla niej nie ma rze­czy nie­moż­li­wych.

Gdy kilka mie­sięcy temu mój ojciec oznaj­mił, że sprze­dał działkę z dom­kiem nad Jezio­rem Powidz­kim, myśla­łem, że to koniec. Wszyst­kie moje grze­chy ukry­łem w tym miej­scu, moim skrawku ziemi i nie wyobra­ża­łem sobie życia gdzie indziej. Nie mogłem do tego dopu­ścić, ale było już za późno, ojciec wyma­chi­wał mi przed nosem umową sprze­daży i z dumną miną opo­wia­dał, jaki nie­by­wały inte­res zro­bił, pozby­wa­jąc się tej ziemi. Miliony sce­na­riu­szy prze­wi­jały się w mojej gło­wie, a każdy wska­zy­wał na moją szybką i nie­unik­nioną śmierć. Nie mia­łem zamiaru gnić w wię­zie­niu, a wie­dzia­łem, że lada dzień to nastąpi. Odkryją, co zro­biłem, poznają moją tajem­nicę i wsa­dzą mnie za kratki. To zabije matkę – prawda o mnie będzie cio­sem, z któ­rego się nie podźwi­gnie, nie chcia­łem tego oglą­dać. Dla­tego posta­no­wi­łem zała­twić sprawę po swo­jemu. Jed­nak skoń­cze­nie z samym sobą wymaga od czło­wieka nie tyle deter­mi­na­cji, ile fizycz­nej siły, a ja nie byłem w sta­nie wstać z łóżka, a co dopiero się zabić.

Ogar­nęły mnie dziwny para­liż i nie­moc. Wie­dzia­łem, że pierw­szy szok minie, zbiorę się w sobie i stanę na wyso­ko­ści zada­nia. Potrze­buję kilku dni i zro­bię to. Raz, a dobrze. Leża­łem, wpa­tru­jąc się w sufit i wyobra­ża­jąc sobie, w jaki spo­sób nastąpi mój koniec. Bisz­kopt poło­żył się obok łóżka, zer­ka­jąc na mnie za każ­dym razem, gdy prze­wra­ca­łem się z boku na bok. Odno­si­łem wra­że­nie, że wie, co zamie­rzam zro­bić. Jakimś szó­stym zmy­słem, psim instynk­tem roz­szy­fro­wał mnie i dla­tego nie opusz­cza na krok.

Wie­czo­rem przy­szła do mnie matka.

– Nikoś, tak bywa, ta dziew­czyna… – powie­działa, sia­da­jąc obok mnie na łóżku. Wie­działa, że nie lubię, jak mówi o niej bez­oso­bowo. – Lena – popra­wiła się, odchrzą­ku­jąc. – Nie była dla cie­bie. Kiedy w końcu to zro­zu­miesz?

Patrzy­łem niemo w sufit.

– Synku… – Zaczęła gła­dzić moją rękę przez koł­drę. – Czas leczy rany, zoba­czysz, wszystko się ułoży.

– Ojciec – wydu­si­łem z sie­bie. – Ojciec sprze­dał dom.

– Och! – Wypu­ściła gło­śno powie­trze z płuc. – Miał ci tego nie mówić.

Wez­brała we mnie złość na matkę, ale nawet nie mia­łem siły, aby to oka­zać. Trak­to­wała mnie jak cho­rego umy­słowo, chciała decy­do­wać za mnie w każ­dej kwe­stii, zawsze lepiej wie­działa, czego potrze­buję i co jest dla mnie dobre. Zamkną­łem oczy.

– Jeśli o to cho­dzi, uwa­żam, że tak będzie lepiej, pozby­cie się tego par­szy­wego miej­sca, które stale przy­po­mina ci tamtą dziew­czynę – zaczęła. – Tę oszustkę Lenę…

– Wyjdź! – krzyk­ną­łem, prze­ry­wa­jąc jej. – Chcę pobyć sam!

Byłem na nią, na nich, wście­kły.

– Nikoś! – Znów pró­bo­wała dotknąć mojej ręki.

– Mamo, wyjdź!

Powie­dzia­łem to ostrym tonem, mia­łem ochotę użyć innych słów, dużo wul­gar­niej­szych, i gdyby wtedy nie opu­ściła posłusz­nie pokoju, tak pew­nie bym zro­bił. To ona wszystko popsuła. Jeśliby nie wsa­dzała nosa w nie swoje sprawy, Lena na­dal byłaby ze mną. A tak – ucie­kła, zosta­wia­jąc pustkę w moim życiu. Nie chcia­łem i nie potra­fi­łem się z tym pogo­dzić. Nie tylko radość, lecz także grzech jest łatwiej dzie­lić z kimś na pół, jak mówi stara pio­senka.

Następ­nego dnia cze­ka­łem, żeby matka wyszła z domu – ojciec już dawno wybył do pracy. Około połu­dnia usły­sza­łem, jak zamyka drzwi i wsiada do samo­chodu. Przy­pusz­cza­łem, że jedzie odwie­dzić ciotkę w domu spo­koj­nej sta­ro­ści, zazwy­czaj wpa­dała do niej w ponie­działki.

Wsta­łem z łóżka, odpro­wa­dzi­łem wzro­kiem jej samo­chód i kuc­ną­łem, by poże­gnać się z Bisz­kop­tem. Wtedy naprawdę uwa­ża­łem, że widzę go ostatni raz w życiu. Był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i mocno ubo­le­wa­łem, że nad­szedł kres naszej rela­cji. Jed­nak nie mia­łem wyj­ścia, nie było Leny, nie było domku nad jezio­rem, nie mogło być już także mnie.

Przed wyj­ściem celowo zamkną­łem Bisz­kopta w domu, wie­dzia­łem, że gdy ojciec wróci, wściek­nie się. Nie zno­sił, gdy pies zosta­wał sam, cza­sem zda­rzało się, że zro­bił jakąś szkodę, ale w tam­tej chwili chcia­łem, żeby wła­śnie tak się stało. Matka obroni Bisz­kopta, nic złego go nie spo­tka, nato­miast ojcu popsuje to humor, a potem będzie tylko gorzej. Dotrze do nich wia­do­mość, że ich syn popeł­nił samo­bój­stwo. Pier­wo­rodny wzię­tego praw­nika, a skoń­czył tak mar­nie. Jego nazwi­sko okryje się wsty­dem, ale zasłu­żył sobie na to. Gdyby nie był tak surowy w wycho­wa­niu i szorstki w oby­ciu, nie był­bym tym, kim się sta­łem. To przez niego zawsze czu­łem się jak wybra­ko­wany towar.

Chcia­łem zro­bić to nad jezio­rem, skoń­czyć ze sobą w miej­scu, które na zawsze nazna­czyło moje życie. Wie­dzia­łem, że domek jest pusty, ojciec potrze­bo­wał kilku dni, aby zabrać stam­tąd nasze rze­czy, nowy wła­ści­ciel jesz­cze nie zdą­żył się wpro­wa­dzić. Gdy zapar­ko­wa­łem przed bramą, trzę­sły mi się ręce. Już kilka razy pró­bo­wa­łem tar­gnąć się na życie, ale tam­tego dnia uwa­ża­łem, że tym razem nikt ani nic nie pokrzy­żuje mi pla­nów. Jed­nak stało się ina­czej. Nie zdą­żyłem zaci­snąć stryczka na szyi, gdy matka zja­wiła się za moimi ple­cami.

– Niko­dem, Matko Naj­święt­sza! – Pod­bie­gła i chwy­ciła mnie w pasie. Byłem od niej wyż­szy i sil­niej­szy, ale jej obec­ność mnie zasko­czyła. – Wie­dzia­łam, wie­dzia­łam, że trzeba mieć na cie­bie oko, jak dobrze, że posłu­cha­łam intu­icji. – Potok słów wyle­wał się z niej, mie­sza­jąc ze szlo­chem. – Gdzie popeł­ni­łam błąd? Co zro­bi­łam nie tak?! – lamen­to­wała.

Zro­biło mi się jej szkoda i o ile ojciec zasłu­gi­wał na bole­sny cios, o tyle ona nie powinna go otrzy­mać. Mimo swo­jej nado­pie­kuń­czo­ści i wszyst­kich wad była jedyną osobą, któ­rej na mnie zale­żało. Temu, jaki się sta­łem, winien był ojciec, nie ona.

W kwe­stii Leny oczy­wi­ście to była matki sprawka; gdyby nie wtrą­cała się do naszych rela­cji, może uda­łoby się oca­lić nasze „razem”. Wie­dzia­łem, że zro­biła to z tro­ski o mnie. Wszyst­kie jej dzia­ła­nia były podyk­to­wane chę­cią stwo­rze­nia mi ide­al­nego życia, tylko zapo­mniała, że wizje dziecka i rodzica rzadko się pokry­wają. Mimo wszystko nie pora­dzi­łaby sobie z poczu­ciem winy po mojej śmierci. Nie zasłu­gi­wała, żeby ją tak okrut­nie zra­nić. Obją­łem ją i mocno przy­tu­li­łem.

Matka musiała mnie śle­dzić albo wyna­jęła do tego kogoś, mogła też pod­rzu­cić nadaj­nik GPS do mojego auta, to wszystko byłoby bar­dzo w jej stylu. W każ­dym razie tam­tego dnia ura­to­wała mi życie, a potem nie­mal nie odstę­po­wała mnie na krok. Wró­ci­li­śmy do Gnie­zna, posta­na­wia­jąc zacho­wać w tajem­nicy to, co chcia­łem zro­bić. Prze­ko­ny­wała, że z cza­sem ból minie.

– Jesz­cze będziesz szczę­śliwy, zaufaj mi – mówiła. – Daj sobie czas, a wszystko się ułoży.

Drża­łem na samą myśl o tym, co się sta­nie, gdy dom dosta­nie się w ręce nowego wła­ści­ciela, a moja tajem­nica ujrzy świa­tło dzienne. To zabije matkę, nie mia­łem co do tego wąt­pli­wo­ści. Stało się ina­czej.

Kilka dni po mojej nie­uda­nej pró­bie samo­bój­czej zja­wiła się na progu mojej sypialni i powie­działa z uśmie­chem na ustach:

– Wszystko zała­twi­łam.

Zamknęła za sobą drzwi i pode­szła do mojego łóżka.

– Słu­cham? – Spoj­rza­łem na nią, nie do końca rozu­mie­jąc, o co jej cho­dzi.

– Możesz spać spo­koj­nie. – Poło­żyła rękę na moim ramie­niu, a mnie prze­bie­gły dresz­cze.

Ona wie. Na moment zro­biło mi się ciemno przed oczami. Ude­rze­nie gorąca i nagle prze­szy­wa­jący chłód. Trzą­słem się w środku. Odkryła moją tajem­nicę. Odga­dła, co zro­bi­łem i kim naprawdę jestem.

– Dom na­dal należy do cie­bie. – Uśmiech­nęła się.

Patrzy­łem na nią z nie­do­wie­rza­niem. Mil­cza­łem, nie potra­fi­łem wydu­sić z sie­bie słowa.

– Do nas wła­ści­wie – popra­wiła się, sia­da­jąc obok mnie na łóżku. – Do ojca, ści­śle rzecz ujmu­jąc, ale gene­ral­nie do cie­bie. – Znów uśmiech zago­ścił na jej twa­rzy.

– Nie rozu­miem – wymam­ro­ta­łem, pró­bu­jąc roz­wi­kłać, o co jej cho­dzi.

Ojciec sprze­dał dom, poka­zy­wał mi umowę, nie­moż­liwe, aby znów nale­żał do nas.

– Wyma­gało to ode mnie tro­chę sprytu i zachodu – cią­gnęła. – Ale czego się nie robi, żeby mój synek był szczę­śliwy! – Nie prze­sta­wała się uśmie­chać.

Opo­wie­działa, jak zadzwo­niła do nowego wła­ści­ciela i podzie­liła się z nim histo­rią, która sku­tecz­nie odwio­dła go od pomy­słu zakupu domu.

– „Jestem agentką nie­ru­cho­mo­ści”, skła­ma­łam – powie­działa. – „Zauwa­ży­łam pana ofertę. Na­dal jest pan zain­te­re­so­wany zaku­pem domu nad jezio­rem?”, zapy­ta­łam. „Nie”, odpo­wie­dział. „To nie­ak­tu­alne, już kupi­łem domek nad Jezio­rem Powidz­kim”. „O nie”, prze­rwa­łam mu. „Tylko nie to!”. „Nie rozu­miem?”, zanie­po­koił się i już wie­dzia­łam, że mam go w gar­ści. „Muszę pana prze­strzec przed tym miej­scem! Niech pan wycofa się z zakupu. Czy sły­szał pan, co się tam stało?”.

Gdy powie­działa te słowa, kro­ple potu poja­wiły się na moim czole. Ona wie. Dowie­działa się, co się tam wyda­rzyło. Poznała sekret, który skrywa dom nad jezio­rem. Zamkną­łem oczy i ści­ska­łem koł­drę, aby nie zacząć wrzesz­czeć. Wszystko stra­cone, Lena ucie­kła, a matka odkryła moją naj­mrocz­niej­szą tajem­nicę. Jakie to będzie miało dla mnie kon­se­kwen­cje? Mój mózg pro­du­ko­wał naj­gor­sze sce­na­riu­sze, jed­nak znów byłem w błę­dzie.

– Oczy­wi­ście facet nie wie­dział, co mam na myśli, więc przed­sta­wi­łam mu kata­stro­ficzną wizję przy­szło­ści jeziora – cią­gnęła swoją opo­wieść. – Gość nie jest stąd, więc nie sły­szał o cofa­niu się linii brze­go­wej, o fatal­nym wpły­wie kopalni odkryw­ko­wych na poziom wód w Jezio­rze Powidz­kim, naopo­wia­da­łam mu samych strasz­nych rze­czy o tym miej­scu. – Teatral­nym gestem unio­sła oczy ku górze. – Wmó­wi­łam mu, że kupił domek nad jezio­rem, które z cza­sem może prze­stać ist­nieć.

To prawda, Jezioro Powidz­kie nik­nie w oczach, w ostat­nim cza­sie linia brze­gowa cof­nęła się o sześć metrów, a poziom wody obni­żył o ponad dwa.

– Kto chciałby popeł­nić taki błąd i za kilka lat obu­dzić się na pomo­ście pośród wyschnię­tej trawy? – W cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie spo­sób prze­krzy­wiła głowę. – Poda­łam mu dla zmyłki kilka cie­ka­wych loka­li­za­cji, które moje biuro ma w swo­jej ofer­cie i powie­dzia­łam, że skon­tak­tuję się za kilka dni, żeby spraw­dzić, czy coś wybrał – cią­gnęła matka. – I tak jak przy­pusz­cza­łam, jesz­cze tego samego dnia facet zadzwo­nił do ojca i zre­zy­gno­wał z zakupu.

– Ale jak to? – prze­rwa­łem jej. – Prze­cież już pod­pi­sali umowę.

– Przed­wstępną. – Posłała mi swój pokrze­pia­jący uśmiech. – Mamu­sia nad wszyst­kim czuwa. – Ści­snęła moją rękę. – Namó­wi­łam ojca na sprze­daż, to teraz napra­wi­łam swój błąd. – Dum­nie unio­sła głowę do góry. – W każ­dym razie znów możesz tam zamiesz­kać, ale pod warun­kiem, że ja wpro­wa­dzę się na naj­bliż­sze tygo­dnie razem z tobą. Muszę mieć cię, synek, na oku. – Spoj­rzała na mnie, jak­bym znów miał osiem lat, a ona na­dal była osobą, wokół któ­rej kręci się mój świat.

Kolejny raz ura­to­wała mi skórę i zwró­ciła coś, co ni­gdy nie powinno tra­fić w obce ręce.

Lena

Lena

11 wrze­śnia 2019

Kopen­haga

Nad­mor­ski kli­mat Danii bar­dzo mi służy. Odkąd tu miesz­kam, moja skóra jest nawil­żona i nabrała zdro­wego kolo­rytu. Zauwa­ży­łam, że nie­mal każda Dunka ma natu­ral­nie błysz­czącą i jędrną cerę. Nawet taka sta­ruszka jak pani Sara nie może narze­kać na zmarszczki. Chcia­ła­bym tak dobrze się czuć i wyglą­dać w jej wieku. Pani Sara mieszka w Kopen­ha­dze od ponad sie­dem­dzie­się­ciu lat. Przy­je­chała z Pol­ski po zakoń­cze­niu wojny, była wtedy małą dziew­czynką. Pozna­łam ją w nie­ty­powy spo­sób, spa­dła mi z nieba niczym anioł i spra­wiła, że mogłam ukryć się u niej bez­piecz­nie.

Kiedy pół roku temu przy­je­cha­łam do Danii, nie sądzi­łam, że zostanę tutaj tak długo. Po tym, co odkry­łam w domu nad jezio­rem i po swo­jej ucieczce ze szpo­nów Niko­dema, wyna­ję­łam pokój w cen­trum Kopen­hagi. Potrze­bo­wa­łam dużego, ano­ni­mo­wego mia­sta, gdzie nikt nie będzie zwra­cać na mnie uwagi i nikogo nie zain­te­re­suje moja prze­szłość. Była to meta na chwilę, zda­wa­łam sobie z tego sprawę. Skromne oszczęd­no­ści nie mogły wystar­czyć mi na długo, a nie mia­łam poję­cia, co ze sobą zro­bić, potrze­bo­wa­łam pracy, pie­nię­dzy i pomy­słu na życie.

Pew­nego wie­czoru, gdy wra­ca­łam ze snu­cia się po mie­ście i bez­owoc­nego szu­ka­nia pracy, usły­sza­łam z gło­śni­ków kościoła pol­ski język. Zacie­ka­wiona prze­szłam na drugą stronę ulicy i weszłam do środka. Jak się oka­zało, wie­czorne msze w kościele Świę­tej Anny odby­wały się po pol­sku. Aku­rat nabo­żeń­stwo się skoń­czyło, wycho­dzili ludzie, świa­tła jedno po dru­gim gasły, a ja roz­wa­ża­łam, czy nie zacze­pić któ­rejś z kobiet i nie zapy­tać o pracę. Jak do tej pory jedy­nie odbi­ja­łam się od drzwi. Bez zna­jo­mo­ści duń­skiego nie chcieli mnie przy­jąć w kawiarni ani skle­pie. Oczy­wi­ście mogłam pra­co­wać na zmy­waku albo w roli sprzą­taczki, ale chcia­łam dać sobie jesz­cze kilka dni na zna­le­zie­nie cze­goś lepiej płat­nego.

Sto­jąc za ciężką, atła­sową zasłoną, patrzy­łam, jak kobiety wycho­dzą, szep­cząc do sie­bie. Nie widziały mnie, może gdyby któ­raś zacze­piła mnie wzro­kiem, byłoby mi łatwiej zro­bić pierw­szy krok. Za długo zwle­ka­łam, aż po chwili zosta­łam sama w przed­sionku. Wtedy zauwa­ży­łam kor­kową tablicę ogło­szeń, gdzie oprócz mnó­stwa pro­po­zy­cji wyjaz­dów piel­grzym­ko­wych były też oferty pry­watne. Powbi­jane szpil­kami kartki róż­nej wiel­ko­ści i koloru, w więk­szo­ści w języku duń­skim, ale było też kilka po pol­sku. Zamiana miesz­ka­nia, wspólna podróż do Pol­ski, poszu­ki­wany współ­lo­ka­tor i pro­po­zy­cja pracy. Jakaś pani Ewa drob­nym, pochy­łym pismem wyzna­wała, że z przy­czyn oso­bi­stych jest zmu­szona wró­cić na stałe do Pol­ski i szuka kogoś, kto chciałby peł­no­eta­towo zaj­mo­wać się star­szą panią. Jesz­cze tego samego wie­czoru zadzwo­ni­łam pod podany numer. A następ­nego dnia pozna­łam panią Sarę.

Nie byłam pierw­szą osobą, która chciała dostać tę pracę, ale jako jedyna przy­sta­łam na warunki. To, co prze­szka­dzało innym kan­dy­da­tom, dla mnie było naj­lep­szym roz­wią­za­niem. Otóż star­sza pani wyma­gała opieki cało­do­bo­wej, a nie każdy chciał porzu­cić swoje życie, part­nera, rodzinę i wpro­wa­dzić się do miesz­ka­nia przy Espla­na­den. Ja byłam zachwy­cona tą pro­po­zy­cją. Sta­ruszka oka­zała się pogodną, entu­zja­styczną osobą, bez oznak demen­cji star­czej. Jej umysł był na­dal sprawny, zupeł­nie odmien­nie od ciała. Kobieta od kilku mie­sięcy poru­szała się na wózku inwa­lidz­kim, być może to także odstra­szało inne osoby, które odpo­wie­działy na ogło­sze­nie. Dla mnie było to ide­alne roz­wią­za­nie.

Dosta­łam wła­sny pokój w jej prze­stron­nym, pięk­nym dwu­po­zio­mo­wym miesz­ka­niu, świetne wyna­gro­dze­nie i choć wie­dzia­łam, że nie jest to praca na stałe, tam­tego dnia, gdy się do niej wpro­wa­dzi­łam, uzna­łam, że wygra­łam los na lote­rii. I do dziś nie mogę na nic narze­kać. Nie wiem, co przy­nie­sie przy­szłość, jak długo będę miesz­kać i pra­co­wać u pani Sary, ale nauczy­łam się żyć chwilą, ogra­ni­czać swoje plany i marze­nia do dwu­dzie­stu czte­rech godzin, a obec­ność star­szej pani obok tylko mi w tym pomaga. Naj­waż­niej­sze, że ucie­kłam z Pol­ski, wymknę­łam się z rąk czło­wieka, który sta­no­wił dla mnie naj­więk­sze zagro­że­nie.

Wciąż jed­nak tkwi w mojej pod­świa­do­mo­ści, nawie­dza mnie w snach. Dzi­siaj znów do mnie przy­szedł. Niko­dem sta­nął na progu miesz­ka­nia na Espla­na­den, pani Sara zaje­chała mu wóz­kiem drogę, pró­bo­wa­łam uciec, ale nogi odmó­wiły mi posłu­szeń­stwa i wtedy zbu­dzi­łam się zlana potem. Na samą myśl o tym, co by się stało, gdyby on mnie odna­lazł, lub ktoś z mojej prze­szło­ści, robi mi się słabo. Odrzu­cam od sie­bie te myśli i sku­piam się na chwili obec­nej.

Pcham wózek wzdłuż Bred­gade, rześ­kie powie­trze owiewa mi twarz. Idziemy na Nyhavn, napić się kawy i zjeść ser­nik w ulu­bio­nej kawiarni pani Sary. Słońce prze­bija się przez chmury, a wiatr nie­sie ze sobą zapach morza. Pani Sara, zanim zaczęła poru­szać się na wózku, pro­wa­dziła bujne życie towa­rzy­skie wśród duń­skiej Polo­nii. Nie­jed­no­krot­nie mia­łam ochotę zapy­tać ją, czy zna pana Ste­fana, sąsiada znad Jeziora Powidz­kiego, ale stwier­dzi­łam, że ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa lepiej o nim nie wspo­mi­nać. Nikt z mojego daw­nego świata nie może się dowie­dzieć, że obec­nie żyję w Kopen­ha­dze. A zna­jąc eks­tra­wer­tyczną naturę pani Sary, łatwo zgad­nąć, że zaraz wymy­śli­łaby, że koniecz­nie musimy odwie­dzić jego pen­sjo­nat na Prin­ses­se­gade lub zapro­sić go do nas.

Docho­dzimy do Nyhavn; rząd kolo­ro­wych kamie­ni­czek ma w sobie nie­zwy­kły urok. Mimo że od kilku mie­sięcy wpa­damy tutaj mniej wię­cej raz w tygo­dniu, nie prze­staje mnie zachwy­cać. Sia­damy w cie­niu, przy sto­liku z lnia­nym obru­sem i bukie­tem nagiet­ków w zło­tym fla­ko­nie. Zama­wiamy ulu­biony ser­nik pani Sary i kawę. Ocze­ku­jąc na deser, sie­dzimy w ciszy i patrzymy na zacu­mo­wane w przy­stani statki. Cie­szę się, że sta­ruszka jest dys­kretną osobą i ni­gdy nie pyta o moje życie oso­bi­ste. Kiedy zamiesz­ka­łam u niej, oględ­nie wspo­mnia­łam, że przy­je­cha­łam tutaj, aby ode­rwać się od prze­szło­ści. To jej wystar­czyło.

– Cza­sem podróż w nie­znane jest naj­lep­szą alter­na­tywą – powie­działa wtedy. – Rzu­cić to, co było, i stać się kimś nowym; niby to ta sama osoba, ale jed­nak miej­sce, gdzie żyje, zmie­nia ją zupeł­nie.

Musia­łam przy­znać jej rację.

– Tak było z moją rodziną – dodała. – Gdy przy­je­cha­li­śmy do Danii po woj­nie, na zupeł­nie nowy, czy­sty grunt, to mimo że nikt nie zapo­mniał tego, co działo się przez sześć lat, łatwiej było zacząć w nowym śro­do­wi­sku.

Pani Sara jest jedyną znaną mi oso­bi­ście osobą, która prze­żyła Holo­caust. Wraz z rodzi­cami i bra­tem ukryli się u pol­skich przy­ja­ciół, dzięki temu prze­żyli.

– Ach, pra­wie bym zapo­mniała, dosta­łam zapro­sze­nie na odczyt do Insty­tutu Pol­skiego – mówi, gdy kel­ner podaje nam zamó­wie­nie. – Podwójne. – Posyła mi uśmiech. – Cie­kawy wykład samej pani dyrek­tor, nie­sa­mo­wi­cie mądra kobieta, robi bar­dzo dużo dla pro­pa­go­wa­nia pol­skiej histo­rii, wspiera duń­ską Polo­nię, zaan­ga­żo­wana jak nikt wcze­śniej. – Nabija na widel­czyk kawa­łek ciastka. – Zało­żyła fun­da­cję, która ma za zada­nie krze­wić pol­skość wśród spo­łecz­no­ści Pola­ków miesz­ka­ją­cych w Danii. Wspa­niała ini­cja­tywa, ogromny nacisk kła­dzie na histo­rię, ale także na pro­mo­cję mło­dych talen­tów. Co roku przy­znaje sty­pen­dia naj­lep­szym uczniom. Kobieta anioł, zresztą sama zoba­czysz, gdy ją poznasz.

Nie podoba mi się ten pomysł. Nie chcę tam iść, bo wśród Polo­nii kopen­ha­skiej żyje pan Ste­fan, jedyna osoba, która łączy mnie z prze­szło­ścią. Nie mogę pozwo­lić, aby się dowie­dział, że tu się ukry­łam. Choć to on zain­spi­ro­wał mnie do przy­jazdu do Kopen­hagi i mimo że jest bar­dzo sym­pa­tycz­nym sta­rusz­kiem, przede wszyst­kim jest sąsia­dem Niko­dema i spo­tka­nie z nim ozna­cza zbyt wiel­kie ryzyko.

– W pią­tek dwu­dzie­stego siód­mego wrze­śnia o dzie­więt­na­stej – oznaj­mia pani Sara.

Dobrze, że nie w pią­tek trzy­na­stego, nie to, że jestem prze­sądna.

– Na spo­tka­nie przy­bę­dzie przed­sta­wi­ciel z amba­sady – cią­gnie nie­świa­doma tego, co dzieje się w mojej gło­wie. – I kilku wpły­wo­wych ludzi z duń­skiej Polo­nii.

Tym bar­dziej nie chcę tam pójść.

– Czego będzie doty­czyć ten odczyt? – rzu­cam, aby pod­trzy­mać kon­wer­sa­cję i nie wyjść na osobę nie­kul­tu­ralną.

– Dok­tor Szmida będzie mówiła na temat zasłu­żo­nych osób wśród duń­skiej Polo­nii.

– Będzie mówiła o pani? – pytam, zer­ka­jąc na sta­ruszkę.

– Nie. – Śmieje się. – Przy­naj­mniej nic mi o tym nie wia­domo. Pre­lek­cja wydaje się cie­kawa i chcia­ła­bym jej posłu­chać. Myślę, że i tobie takie wyj­ście do ludzi dobrze zrobi.

Mam w tej spra­wie odmienne zda­nie. Muszę szybko wymy­ślić jakąś wymówkę, to zbyt ryzy­kowne, by tam iść.

– Nie­zbyt inte­re­suję się histo­rią – mówię.

To nie do końca prawda, nie jestem wielką pasjo­natką, ale też nie igno­rantką. Po minie pani Sary widzę, że nie spo­dzie­wała się takiej odpo­wie­dzi. Widocz­nie ma o mnie lep­sze zda­nie.

– Och, to nie­do­brze. – Kręci głową. – Histo­ria to toż­sa­mość czło­wieka, wy, mło­dzi, nie może­cie o tym zapo­mi­nać. – Spo­gląda mi w oczy i dodaje: – Odczyt będzie połą­czony z degu­sta­cją wina, obwią­zuje strój wie­czo­rowy.

Myśli, że tym mnie prze­kona? Alko­hol, modne stroje… Może jed­nak nie ma o mnie tak dobrego zda­nia, jak sądzi­łam.

– I tak nie mam się w co ubrać – stwier­dzam, spo­glą­da­jąc na nią.

– Żadna kobieta nie ma. – Nabija na widel­czyk ostat­nią por­cję ciastka. – Ale to naj­mniej­szy pro­blem. – Kła­dzie dłoń na moim nad­garstku. – O to się nie martw, kupimy coś odpo­wied­niego na tę oka­zję. Chęt­nie odwie­dzę z tobą kilka skle­pów, przy­po­mnę sobie, jak to miło jest się stroić. Jestem pewna, że wybie­rzemy coś szy­kow­nego.

Nie komen­tuję tej uwagi, pośpiesz­nie szu­kam jakichś argu­men­tów, które pozwolą mi zostać w domu, ale żadne wytłu­ma­cze­nie nie przy­cho­dzi mi do głowy.

– Jeśli chcesz, możemy nawet jutro pójść na zakupy – pro­po­nuje.

Chyba w ogóle nie bie­rze pod uwagę innej moż­li­wo­ści. Jak sama na wózku ma się tam dostać? A kto ma jej tej pomocy udzie­lić, jeśli nie opie­kunka? W końcu za to mi płacą, nie mogę o tym zapo­mi­nać.

– A na tym wie­czo­rze w insty­tu­cie będzie dużo osób? – Spo­glą­dam na nią.

– Wej­ście tylko z zapro­sze­niami – infor­muje. – Więc nie martw się, nikt nie­wła­ściwy się tam nie dosta­nie.

W jej spoj­rze­niu widzę zro­zu­mie­nie. Już kilka razy to dostrze­głam, niemą suge­stię, znak, że domy­śla się, że spo­tkało mnie coś złego. Ni­gdy nie pytała, dla­czego wybra­łam pracę jej opie­kunki i czy mam zamiar kie­dyś poje­chać na urlop i odwie­dzić bli­skich. Zapewne w życiu sama miała tajem­nice, któ­rymi nie chciała się dzie­lić z innymi. Dys­kre­cja pani Sary jest mi na rękę, a jej empa­tia daje mi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa.

– To co z tym tournée po skle­pach? Dasz się namó­wić? – Odsuwa od sie­bie pusty tale­rzyk i fili­żankę.

– Tak – zga­dzam się, posy­ła­jąc jej uśmiech. – Może w następ­nym tygo­dniu?

Kopen­haga to nie Orchó­wek, mało praw­do­po­dobne, żeby pan Ste­fan przy­szedł na ten odczyt, a skoro obo­wią­zują wej­ścia z zapro­sze­niami, to tym bar­dziej szanse, że się spo­tkamy, maleją. Zapewne zapro­szone zostały tylko osoby najbar­dziej wpły­wowe w spo­łecz­no­ści duń­skiej Polo­nii, a pan Ste­fan jedy­nie pro­wa­dzi hostel. Jeśli nawet przyj­dzie, nie wia­domo, czy mnie w ogóle pamięta i czy roz­po­zna po tak dłu­gim cza­sie. Byłam u niego pół roku temu, w nocy, roz­czo­chrana, w domo­wych ciu­chach, teraz będę ele­gancka i zupeł­nie inna niż tamta ja. W razie naj­gor­szego wszyst­kiemu zaprze­czę, powiem, że musiał mnie z kimś pomy­lić. Tak czy ina­czej, jeśli będzie na tym spo­tka­niu wielu ludzi, jak prze­wi­duje pani Sara, łatwo wto­pię się w tłum.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki