Odkrywca - Katherine Rundell - ebook + książka

Odkrywca ebook

Katherine Rundell

4,3

Opis

Wyjątkowa opowieść o sile przyjaźni i lojalności, o wierności sobie i swoim ideałom, a także o miłości do natury i potrzebie jej ochrony.

 

 

Najnowsza, wielokrotnie nagradzana powieść utytułowanej pisarki Katherine Rundell – autorki znanych już i ciepło przyjętych w Polsce „Dachołazów” – o przygodach czwórki dzieci w Puszczy Amazońskiej.

 

Fred zawsze chciał zostać odkrywcą, jednym z wielkich podróżników i podziwianych dowódców wypraw. Kiedy samolot, którym leci, rozbija się w puszczy amazońskiej, chłopiec wraz z innymi ocalałymi dziećmi musi poradzić sobie w dżungli.  Czy wiedza zdobyta dzięki lekturze przygodowych książek pozwoli mu znaleźć sposób na przetrwanie, a może i powrót do domu? Czas prawdziwej  próby ma dopiero nadejść…

 

Wyjątkowa opowieść o sile przyjaźni i lojalności, o wierności sobie i swoim ideałom, a także o miłości do natury i potrzebie jej ochrony. Autorka pracując nad książką odwiedziła Amazonię, toteż powieść jest niezwykle realistyczna  - przenosimy się z bohaterami do serca dżungli i wraz z nimi przeżywamy niezwykłe przygody – budujemy tratwę, wspinamy się na drzewa i uciekamy przed aligatorem. Ta rzeczywistość zapiera dech w piersiach, a mistrzowskie tłumaczenie dopełnia dzieła. Witaj, przygodo!

 

Połączenie „Indiany Jonesa” i filmu „Odlot” – jedna z najbardziej fascynujących książek roku- Spectator

Książka piękna jak puszcza, którą z taką miłością opisuje. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie dziecka, które się nią nie zachwyci– 

The Independent

 

Katherine Rundell jest laureatką nagród „Blue Peter Book Award”, „Waterstones Children's Book Prize” oraz była nominowana do „CILIP Carnegie Medal” i do Nagrody Guardiana za powieść dziecięcą. „Odkrywca” przyniósł jej Boston Globe Horn Book Award i Costa Award dla najlepszej książki dziecięcej. Philip Pullman, autor „Złotego kompasu”, orzekł, że Rundell jest pisarką „o wyjątkowej wyobraźni, bezsprzecznie W PIERWSZEJ LIDZE”. 

 

* * *

Książkę przeczytała jako pierwsza Justyna  Bednarek, bestsellerowa autorka wydawnictwa, na której powieść zrobiła wielkie wrażenie: Wszyscy o tym marzymy: oderwać się od naszego poukładanego życia i wskoczyć w sam środek fantastycznej przygody. Tak żeby było trochę strasznie, trochę groźnie, ale też żeby można było odkryć coś pięknego i jeszcze znaleźć skarb. Bohaterowie „Odkrywcy" – Fred, Con, Lila i Max mają to niesamowite szczęście. Dołączają tym samym do innych znanych szczęściarzy – na przykład Dzieci Kapitana Granta czy Jima Hawkinsa z Wyspy Skarbów. 

 

Książka wymarzona dla złaknionych przygód młodych czytelników napisana nowocześnie i wartko, pozostawia w nas przesłanie, że doświadczanie świata jest dużo ciekawsze, niż siedzenie godzinami przy komputerze. I że głaskanie prawdziwego ptasznika (jest dość niegroźny) jest jednak fajniejsze, niż trzecia godzina gry w strzelankę. Ta książka to podróż, z której każdy wróci trochę odmieniony. Serdecznie polecam!

 

O autorce

Katherine Rundell  spędziła dzieciństwo w Afryce i Europie. Po obronie doktoratu na temat Johna Donne’a, stała się pisarką na pełen etat. Wykłada także w college’u All Souls w Oxfordzie. Tam też bada literaturę renesansu, a w nocy wspina się na dachy starych budynków. Za swoją twórczość otrzymała wiele nagród i nominacji. W 2017 roku została wybrana przez publiczność festiwalu Hay jedną z trzydziestu wpływowych młodych osób, które warto obserwować.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 251

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (23 oceny)
14
4
2
3
0
Sortuj według:
29dan

Nie oderwiesz się od lektury

Niezwykła podróż dla czytelnika w każdym wieku🥰
00

Popularność




Tytuł oryginału: THE EXPLORER
Zdjęcie na okładce: HANNAH HORN
Ilustracje: HANNAH HORN
Opracowanie typograficzne i skład: MARZENNA DOBROWOLSKA
Redakcja: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK
Korekta: MAGDALENA GERAGA
Text copyright © Katherine Rundell 2017 Illustrations copyright © Hannah Horn 2017 Copyright © for the Polish translation by Paweł Łopatka Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2018
Wydanie I
ISBN 978-83-63960-91-9
Poradnia K Sp. z o.o. ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa e-mail: poradniak[email protected] www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Samolot zaczął wzbijać się w powietrze jak zaklęty.

Gdy tak piął się w objęcia nieba, siedzący w kokpicie chłopiec, Fred, wstrzymał oddech i wczepił palce w fotel. Zacisnąwszy zęby, w skupieniu, z drżącymi dłońmi, śledził ruchy pilota siedzącego obok: raz drążek sterowy, raz przepustnica.

Samolot drgał, pędząc coraz szybciej w zachodzące słońce, w ślad za gwałtownym skrętem Amazonki w dole. Fred spostrzegł cień sześcioosobowego samolotu, czarny punkt na błękitnej połaci, mknący w kierunku Manaus, nadrzecznego miasta. Odgarnąwszy włosy z oczu, przywarł czołem do szyby.

Za Fredem siedziała dziewczynka z małym bratem. Oboje o skośnych brwiach, śniadej skórze, długich rzęsach. Dziewczynka, która jeszcze na lotnisku do ostatniej chwili tuliła się lękliwie do rodziców, nuciła coś teraz pod nosem, zapatrzona w wodę, gdy tymczasem jej braciszek próbował zjeść pas bezpieczeństwa.

W sąsiednim rzędzie siedziała blada blondynka z włosami do pasa. Była w bluzce z żabotem, który sięgał jej do brody. Raz po raz ugniatała żabot, krzywiąc się niechętnie. Usilnie też starała się odwracać wzrok od okna.

Lotnisko, z którego właśnie wylecieli, było zakurzone i nieomal puste – ot, zwykły pas asfaltu pod srogim brazylijskim słońcem. Kuzynka Freda uparła się, by włożył szkolny mundurek i sweter do krykieta, więc w dusznej nagrzanej kabinie chłopcu zdawało się, że za chwilę się ugotuje jak na wolnym ogniu.

Silnik jęknął, a pilot zmarszczył brwi i klepnął drążek. Niemłody i nieustraszony, miał dziarskie włosy w nozdrzach i wywoskowane siwe wąsy, którym prawo powszechnego ciążenia było najwyraźniej obce. Musnął przepustnicę i samolot poszybował jeszcze wyżej w chmury.

Dzień prawie już dogasał, gdy Fred poczuł lekki niepokój. Pilot zaczął czkać – najpierw cicho, potem gwałtownie i bez przerwy. Ręka mu zadrżała i samolot dał nagłego nura w lewo. Za Fredem ktoś krzyknął. Ni stąd, ni zowąd samolot oderwał się od biegu rzeki i wykonał woltę. Pilot stęknął, sapnął i zamykając przepustnicę, zmniejszył prędkość. Zakaszlał, tak jakby się dławił.

Fred wbił wzrok w pilota, którego skóra przybrała barwę wąsów.

– Nic panu nie jest? – zapytał. – Mogę jakoś pomóc?

Pilot pokręcił głową, z trudem łapiąc oddech. Wyciągnął rękę do pulpitu i wyłączył silnik. Ryk ustał. Samolot pikował dziobem w dół, a drzewa rosły w oczach.

– Co się dzieje? – spytała ostro blondynka. – Co on wyprawia? Niech przestanie!

Chłopczyk z tyłu zaczął piszczeć. Pilot na sekundę ścisnął Freda za nadgarstek, po czym jego głowa osunęła się na pulpit.

A niebo, które przed chwilą wydawało się tak niezachwiane, skapitulowało.

Fred, biegnąc, rozmyślał, czy aby żyje. „Ale śmierć jest chyba cichsza”. Jego dłonie i stopy przeszywał huk płomieni i szum krwi w żyłach.

Noc była czarna. Próbował w biegu odzyskać oddech, żeby zawołać o pomoc, ale całkiem zaschło mu w krtani. Włożył sobie palec w gardło, by odzyskać ślinę.

– Jest tu kto? – wrzasnął. – Pali się! Ratunku!

W odpowiedzi zawył pożar – za chłopcem buchnęło ogniem drzewo. Rozległ się grzmot pioruna. Poza tym nikt się nie odezwał.

Gdzieś pękła płonąca gałąź, trysnęła czerwienią i spadła na ziemię wśród kaskady iskier. Odskakując, Fred potknął się, upadł do tyłu w ciemność, uderzył głową w coś twardego. Gałąź wylądowała w miejscu, gdzie pewnie stanąłby przed chwilą. Przełknął żółć, która podeszła mu do gardła, i znów pobiegł jak oszalały.

Gdy raptem coś trafiło go w podbródek, uchylił się i zaczął okładać się po twarzy, była to jednak tylko najzwyklejsza w świecie kropla deszczu.

Lunęło niespodziewanie, jak z cebra. Zmieniając sadzę i krew na jego rękach w smołę, deszcz gasił też pomału pożar. Fred zwolnił nieco tempo, aż wreszcie się zatrzymał. Dusząc się i krztusząc, obejrzał się za siebie, sprawdzając, jaką przebiegł drogę.

Niewielki samolot leżał wśród drzew, wypuszczając w nocne niebo sinobiałe kłęby dymu.

Oszołomiony i zdesperowany chłopiec rozejrzał się, ale nie dostrzegł ani nie usłyszał ludzi – tylko rosnące wokół jego kostek rośliny podobne do paproci i sięgające setek stóp pod niebo drzewa oraz paniczne gonitwy i pokrzykiwania ptaków. Mocno potrząsnął głową, by wygnać z uszu upiorny odgłos katastrofy.

Włosy na jego rękach były osmalone i śmierdziały zgniłym jajem. Kiedy przyłożył dłoń do czoła, drobinki zwęglonych brwi poprzylepiały mu się do palców. Otarł czoło rękawem koszuli.

Fred spojrzał po sobie. Jedna nogawka spodni była rozdarta aż po kieszeń, ale kości chyba miał całe. Okrutny ból pleców i szyi nie pozwolił chłopcu zapanować nad dziwnie obcymi teraz kończynami.

Wtem dobył się z mroku czyjś głos.

– Kto tam? Odczep się od nas!

Fred odwrócił się prędko. Wciąż walcząc z szumem w uszach, chwycił kamień i rzucił nim w stronę głosu. Skrył się za drzewem i przykucnął, gotów do skoku albo biegu.

Serce tłukło mu jak człowiek orkiestra. Starał się wstrzymywać oddech.

– Na litość boską, przestań rzucać! – odezwał się głos.

Dziewczęcy.

Fred wyjrzał zza drzewa. Światło księżyca przenikało ciemną zieleń aż po runo, na które drzewa rzucały długie niby szpony cienie, zobaczył więc tylko dwa krzewy. W obu coś szeleściło.

– Kto to? – dobiegł go głos z drugiego krzewu. – Kto tam?

Fred przymrużył oczy w mroku, czując, jak jeży mu się resztka włosów na rękach.

– Proszę, nie rób nam krzywdy – rzekły liście. Akcent nie był brytyjski, brzmiał subtelniej, a głos należał do dziecka, nie do dorosłego. – To ty rzuciłeś kupą?

Fred spojrzał na ziemię i podniósł kawałek skamieniałych zwierzęcych odchodów.

– Jejku – odpowiedział. – No tak. – Pomału oswajając się z ciemnością, dojrzał wśród sinej zieleni wpatrzone weń badawczo czyjeś połyskliwe oczy. – Jesteście z samolotu? Ranni?

– Pewnie, że ranni! Zlecieliśmy z nieba! – odparł jeden krzak, a drugi równocześnie: – Niezbyt.

– Możecie wyjść – rzekł Fred. – Prócz mnie nie ma tu nikogo.

Drugi krzew rozchylił się. Serce omal nie wyskoczyło Fredowi z piersi. I dziewczynka, i jej braciszek byli podrapani, poparzeni i umorusani popiołem, który w połączeniu z potem i deszczówką zmienił ich twarze w lepkie maski – ale żyli. Nie był sam.

– Przeżyliście! – powiedział.

– Jak widać – wtrącił pierwszy krzew – inaczej nie bylibyśmy tak rozmowni, prawda? – W strugach deszczu pokazała się blondynka. Z powagą powiodła wzrokiem po Fredzie i rodzeństwie. – Na imię mi Con – oznajmiła. – To skrót od Constance, ale nie nazywajcie mnie tak, bo zamorduję.

Fred zerknął na drugą dziewczynkę, która uśmiechnęła się nerwowo i wzruszyła ramionami.

– Dobra – odpowiedział. – Jak chcesz. Jestem Fred.

– Mam na imię Lila – przedstawiła się druga dziewczynka, trzymając brata na biodrze. – A to Maks.

– Cześć. – Próbując się uśmiechnąć, Fred naciągnął sobie ranki na policzku aż zapiekły, przestał więc i zadowolił się grymasem tylko lewej strony twarzy.

Wkroczywszy w fazę spazmatycznego ryku, Maks wczepił się w siostrę tak kurczowo, że na jej skórze wystąpiły pod jego paluszkami sińce. Drżąc z wysiłku, przechyliła się na bok, by go utrzymać. Fred pomyślał, że wyglądają jak dwugłowy stwór ze splecionymi ramionami.

– Brat jest poważnie ranny? – spytał.

Lila zapamiętale klepała braciszka po plecach.

– W ogóle się nie odzywa... Tylko płacze.

Con obejrzała się na pożar i wzdrygnęła. Blask płomieni odbijał się w jej oczach. Nie była już blondynką. Włosy zszarzały jej od sadzy i zbrązowiały od krwi. Na ramieniu miała – chyba głębokie – zadrapanie.

– Nic ci nie dolega? – spytał Fred, ocierając ręką twarz z deszczu. – Ta rana wygląda nieciekawie.

– Owszem, dolega! – rzuciła. – Zgubiliśmy się w dżungli amazońskiej i statystycznie rzecz biorąc, mamy marne szanse na przeżycie.

– Jasne. – Fred nie potrzebował tego przypomnienia. – Chodziło mi...

– Źle się czuję!!! – Głos Con przeszedł w dyszkant. – Nie ma się co oszukiwać, wszyscy jesteśmy w podłym stanie!

Krzewy szeleściły. Deszcz chłostał Freda po twarzy.

– Musimy znaleźć schronienie – powiedział chłopiec. – Duże drzewo, jaskinię czy coś, co by...

– Nie! – Maks wydał z siebie nagle mokry od śliny, przerażony skowyt.

– Nie płacz! – Fred cofnął się, wznosząc ręce. – Pomyślałem tylko...

Jego wzrok powędrował za palcem Maksa.

Trzy cale od jego bucika siedział wąż.

Brązowy w smoliste plamy, idealnie zlewał się z poszyciem, a łeb miał wielkości pięści. Wszyscy wstrzymali na sekundę oddech. Dżungla zamarła. Wtem Maks wydał drugi okrzyk, rozdzierający głębię nocy, i cała czwórka wzięła nogi za pas.

Podłoże było rozmokłe, biegli więc bezładnie, ochlapując jedno drugie błotem i trąc łokciami o drzewa. Fred gnał tak, jakby wyrwał się ze swego ciała, jak nigdy dotąd, z szeroko rozcapierzonymi dłońmi. Potknął się o jakiś korzeń, fiknął kozła i wstał, plując ziemią. Ruszył dalej. Oślepiony deszczem, pędził, wymijając mroczne cienie.

Z tyłu znów rozległ się ryk.

– Maks, proszę! – wykrzyknęła Lila.

Fred odwrócił się i poślizgnął na błocie.

– Sam nie pójdzie! – Lila pochyliła się nad bratem. – A ja go nie uniosę!

Chłopczyk położył się na plecach, wznosząc szloch do nieba, cały roztrzęsiony w rozszalałym deszczu.

– Chodź! – Fred wziął go na plecy.

Maks zaczął krzyczeć, gdy Fred go podnosił. Chłopczyk okazał się nadspodziewanie ciężki, ale Fred chwycił go za kolana i – mimo bólu przeszywającego ciało – pobiegł dalej. Tuż za nimi, głośno tupiąc, podążała Lila.

Ledwie już znosząc potworną kolkę w boku, Fred nagle wyrwał się spośród drzew na polanę. Gdy się zatrzymał, Maks uderzył główką o jego kark i zawył. Rozzłoszczony, koniecznie chciał teraz ugryźć go w łopatkę.

– Przestań – powiedział Fred, którego raptem zajęło coś innego. Jak urzeczony zapatrzył się przed siebie.

Byli na skraju rozległej polany, pod gołym niebem, oświetlonej przez wielki księżyc. Pod stopami mieli dywan zielonego mchu i trawy, a srebrna gęstwina gwiazd nad ich głowami rozjaśniała mroki nocy. Fred opuścił Maksa na ziemię i stał pochylony, z rękami wspartymi o uda, bez tchu.

– Wąż nas gonił? – spytał Maks.

– Nie – westchnęła Con.

– Skąd wiesz? – zaryczał malec.

Lila opadła na kolana, chwytając się za brzuch.

– Węże nie biegają, Maksiu, jak oboje wiemy. Po prostu...

– Spanikowałaś – rzuciła Con z goryczą. – No i tyle! Ani śladu węża, widzisz? Głupki z nas. A teraz zbłądziliśmy jeszcze bardziej.

Z drugiej strony spadzistej polany majaczyła spora sadzawka. Fred, którego bolały wszystkie mięśnie, podszedł do niej i powąchał: cuchnęła zgnilizną, był jednak straszliwie spragniony. Wziął trochę wody do ust i natychmiast wypluł.

– Bez sensu – orzekł. – Paskudna jak nogi nieboszczyka.

– Ale mi się chce pić! – krzyknął Maks.

Fred rozejrzał się po polanie w nadziei, że znajdzie wodę, nim Maks znowu się rozbeczy.

– Jak wyciśniesz włosy – poradził – to spłynie z nich woda. – Zgarnął ciemną grzywkę z czoła i wykręcił: kilka kropel spadło mu na język. – Lepsze to niż nic.

Pożuwszy chwilę włosy, Maks mocno zacisnął powieki.

– Boję się – powiedział. Bez cienia skargi, rzeczowo.

„To chyba gorsze niż łzy” – pomyślał Fred.

– Wiem – odrzekła cicho Lila. – Wszyscy się boimy, Maksiu.

Zbliżyła się do brata i przyciągnęła go do siebie. Gdy objął kościstymi paluszkami oparzenie na jej nadgarstku, nie odepchnęła go. Zaczęła szeptać mu do ucha po portugalsku łagodne słowa, jakby piosenkę, kołysankę. Oboje lekko drżeli.

Fred przełknął ślinę.

– Rano nie będzie tak źle – stwierdził.

– Czyżby? – odparła cierpko Con. – Co ty powiesz?

– Wątpię, żeby się jeszcze pogorszyło. W świetle dziennym będzie łatwiej obmyślić powrót.

Con popatrzyła na Freda surowo – i nieco wyzywająco. Odpowiedział jej spojrzeniem bez drgnienia powiek. Twarz miała regularną, symetryczną: ostry podbródek i kości policzkowe, ostro zarysowane oczy.

– I co teraz? – spytała.

– Nasi rodzice mówią... – zaczęła Lila. Na ich wspomnienie aż się zmarszczyła, ale przełknęła ślinę i ciągnęła: – Wciąż mówią, że trzeba się przespać, zanim się pomyśli. Mówią, że jak się jest wyczerpanym, to wtedy robi się głupstwa. A to naukowcy, powinniśmy więc się przespać.

Fred stwierdził, że boli go całe ciało.

– Dobra. Okej. Śpijmy.

Położył się na wilgotnej trawie. Ubranie miał mokruteńkie, ale powietrze było ciepłe. Przymknął oczy. W myślach zapragnął zbudzić się w swym łóżku w szkole, przy chrapiących współlokatorach, Jonesie i Scrasie. Po policzku przeszła mu mrówka.

– Nie lepiej byłoby czuwać, żeby nie umrzeć wskutek wstrząsu mózgu? – pomyślała na głos Con.

– Po wstrząsie mózgu mielibyśmy zawroty głowy – odparła Lila.

Już w półśnie Fred pomału sprawdzał, czy nie kręci mu się w głowie. Świat zaczął mu ulatywać.

– Jak wszyscy pomrzemy w nocy, to będzie przez was – rzekła Con.

I z tą optymistyczną myślą Fred począł oddalać się od gęstej aury nocy i od dżungli – zapadając w sen.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki