Odeszło, zostało - Jennifer Croft - ebook
NOWOŚĆ

Odeszło, zostało ebook

Jennifer Croft

3,8

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Przejmująca osobista historia opowiedziana słowem i obrazem

Siostry Amy i Zoe dorastają w szczęśliwej rodzinie w Oklahomie. Są zdolne, inteligentne, otwarte na nowe wyzwania i… nierozłączne.

Kiedy młodsza, Zoe, zaczyna chorować, uczą się i bawią w domu, dużo czytają i poznają nowe języki – Amy rosyjski, Zoe ukraiński. Amy fotografuje.

Dziecięcy świat zderza się z dramatyczną diagnozą nowotworową Zoe. I wtedy siostry oddalają się od siebie. Amy dorasta zbyt szybko. Przeżywa tragedię pierwszej miłości i wyjeżdża z rodzinnego domu, żeby uczyć się w college’u. Nie opuszcza jej traumatyczne poczucie odpowiedzialności za siostrę. Próbując unieść to wszystko, decyduje się na radykalny krok....

Jak poradzi sobie z tym w dalszym życiu?

Proza mądra, pełna wdzięku i wrażliwości. Wzruszająca, oryginalna i wyjątkowa. „Kirkus ”

Powieść Jennifer Croft to odkrywcze spojrzenie na tragedię rodzinną, chorobę oraz sposoby nadawania znaczeń rzeczom i zjawiskom. To także najlepsza odpowiedź na pytanie: Dlaczego postanowiła zostać tłumaczką? Pacific Standard („Must Read Books for Fall”)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 159

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Homesick
Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK, LUCYNA KOWALIK
Redakcja: ANNA MILEWSKA
Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, EWA KOCHANOWICZ, MARIA WOLAŃCZYK
Projekt okładki: JAYA NICELY
Opracowanie graficzne wersji papierowej na podstawie oryginału: MAREK PAWŁOWSKI
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
Copyright © 2019 Jennifer Croft Zdjęcia © Jennifer Croft i Laurie Croft © Copyright for Polish translation by Robert Sudół © Copyright for Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2021
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07249-3
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dla mojej siostry

My, fotografowie, zajmujemy się rzeczami,które nieustannie znikają, a gdy już znikną,nie ma na świecie takiego mechanizmu,który mógłby przywołać je z powrotem.

HENRI CARTIER-BRESSON

Zdjęcie to tajemnica tajemnicy.Im więcej mówi, tym mniej wiemy.

DIANE ARBUS

Pamiętasz, jak uczyłam Cię wymawiać słowa?

Mówiłam wtedy: powtarzaj za mną. „Jajko”. Odchylałaś się nieznacznie, jakbyś chciała zerwać się do ucieczki. „Jejko!” Zawsze z wyraźnym oklahomskim akcentem.

Za każdym razem na ułamek sekundy (niemieckie Augenblick, a więc dosłownie „okamgnienie”, angielskie blink of an eye, zgodnie z najstarszym znaczeniem blink jako „migot światła”) zastygałaś i czekałaś, aby moja mina wyraziła, czy dobrze wywiązałaś się z zadania.

Wtedy patrzyłam z niezadowoleniem, a Ty odwracałaś wzrok.

CZĘŚĆ PIERWSZALEFT/ODESZŁO

Mama przygotowuje dziewczynki na wszelkie możliwe katastrofy, które mogą się wydarzyć.

Dlatego gdy Amy i Zoe jedzą cheeriosy na śniadanie, mama czyta im nagłówki z „Tulsa World”. Siedzą cicho, kiedy ona mówi, lecz tak naprawdę nie słuchają. Wiedzą tylko, że gdzieś zawsze rozgrywa się jakaś tragedia. Oprócz tornad są trzęsienia ziemi, katastrofy lotnicze i wojny. Panuje epidemia AIDS, choć ani Amy, ani Zoe nie wiedzą, co to jest AIDS. Wiedzą tylko, że powinny myć ręce.

Znalazła się tam też opowieść o szybolecie, a to określenie oznacza, że gdy ktoś niewłaściwie wymawia słowa, wtedy nie może przejść rzeki i zostaje zabity.

Kiedy mama się kąpie, czyta im z „Good Housekeeping”. Nigdy, przenigdy nie bierze prysznica, bo pewnego razu widziała film, w którym główna bohaterka została zamordowana pod prysznicem, a potem wszędzie była krew. Mama lubi, jak dziewczynki dotrzymują jej towarzystwa w trakcie kąpieli w wannie.

Czasem opowiada rodzinne historie. Każdemu wspomina o szalonym sąsiedzie, który mieszkał nieco dalej, przy tej ulicy bez wyjazdu, i powystrzelał swoją rodzinę, a potem ukrył się na dużym drzewie na podwórku. Tata był wtedy w Stillwater, prowadził jeden z tych swoich kursów z geografii. Mama poszła i wzięła jego sztucer, bo chciała się przygotować, zrobić wszystko, co konieczne, żeby ochronić córki. Kazała Amy wejść pod łóżko i siedzieć tam, choćby nie wiem co, cichutko jak trusia. Choćby nie wiem co, powtórzyła, i za każdym razem, gdy opowiada tę historię, głos jej matowieje.

Zoe była wtedy malutka, trzeba ją było nosić na rękach. Ale wyczuła, że dzieje się coś niedobrego, bo płakała bez końca, a to, mówi mama, przywodzi na myśl te wszystkie kobiety z czasu Holokaustu, które musiały udusić swoje dzieci, żeby ich nie wykryto.

Amy i Zoe wiedzą, że Holokaust był wtedy, gdy wszyscy Żydzi zostali wymordowani bez powodu i wrzuceni do wielkiego dołu w lesie.

Tak więc na jednym ręku mama trzymała kwilącą Zoe, a w drugim broń. Policja już wtedy przyjechała i otoczyła mężczyznę. Wiedziały o tym z telewizji, bo choć wszystko rozgrywało się w ogrodzie tuż obok, mama zdawała sobie sprawę, że trzeba się trzymać z dala od okien na wypadek zbłąkanej kuli. Szalony sąsiad strzelał i strzelał, zranił nawet innego sąsiada, bo miejscowi zjawili się, żeby pomóc policji.

Mama przerywa historię i rozgląda się dokoła. Robi tak za każdym razem, gdy opowiada.

Sąsiad, który został postrzelony, lubił żuć tytoń. I żuł akurat w tamtym momencie. Kula przebiła policzek pod kątem, o, tak – mama wskazuje na swoją twarz, używając wyprostowanego palca jako lufy pistoletu – ale zamiast trafić w gardło i go wykończyć, ugrzęzła w tytoniu!

Wszyscy lubią tę część opowieści, lecz dziewczynki jej nie rozumieją, bo przecież wiedzą, że tytoń też powoduje śmierć, a poza tym ciągle widują tego sąsiada siedzącego na werandzie i wypluwającego ciemny sok do wielkiego blaszanego wiadra – sama skóra i kości, niechlujny wygląd, paskudna, stara szrama na twarzy.

Amy nie cierpi tej historii. Nie pamięta, jak leżała sama pod łóżkiem, ale słyszała o tym tak często, że potrafi to sobie wyobrazić, i to do tego stopnia, że czasami o tym śni: Zoe orbituje dokoła, płacze, jest poza zasięgiem.

W końcu szalony sąsiad strzelił do siebie i potem umarł.

Amy z niecierpliwością czeka na tornada, chociaż wie, że nie powinna.

Nawet za dnia niebo robi się czarne i pustoszeją ulice. Wiatr zrywa z klonu liście, które połyskują od spodu.

Jeśli jest ostrzegawcza prognoza, dziewczynki nic nie robią, ale gdy pojawia się alert, idą do spiżarni, wchodzą do środka, wciskają się między puszki, pojemniki i kartony i czekają, aż mama albo tata powiedzą, że można wyjść. Spiżarnia to jedyne pomieszczenie bez okien w całym domu. Kiedy nadchodzi tornado, trzeba się trzymać z dala od okien, bo najbardziej ze wszystkiego tornado lubi wybijać szyby, a jeśli tak się dzieje, podczas gdy człowiek na przykład siedzi w wannie pod oknem, to prawie nieuchronnie zrobi sobie kuku.

Kiedy rozbrzmiewają syreny, to Amy wszystkim kieruje. Opracowała system. Dziewczynkom wolno wziąć po trzy zabawki, nie więcej, i to Amy operuje latarką, bo Zoe mogłaby ją rozbić. Zoe zawsze marudzi nad lalkami, gdyż czuje się winna, że faworyzuje jedne kosztem drugich. Amy tłumaczy jej, że w życiu trzeba dokonywać wyborów, więc koniec końców Zoe się decyduje, choć czasem próbuje coś schować w kieszonkach spodni.

Gdy zostaje przyłapana, wybucha śmiechem albo płaczem – w zależności od miny Amy. W każdym razie zawsze zostaje przyłapana. Potem Amy ucisza Zoe, klękają obie na pomarszczonym linoleum, zamykają drzwi i czekają.

Za zamkniętymi drzwiami lalki Zoe toczą rozmowy. Często o pogodzie. Amy tylko słucha, pozwala odpocząć swoim lalkom, czuje na szyi szybki, gorący oddech siostry. Jeśli nawet prąd nie jest wyłączony, Amy upiera się, żeby zgasić światło. Powoli robi się senna, tak jak w aucie, jak wtedy, gdy dokądś jadą; Amy, w przeciwieństwie do Zoe, wolałaby nie dotrzeć do celu, wolałaby wciąż jechać, wolałaby, żeby alert nigdy nie minął. Ale potem drzwi spiżarni otwierają się na oścież i w głębi domu widać błyszczące się noże, patelnię i durszlak, wszystkie rozkołysane, jakby chciały pospadać. Mama wyciąga ręce, bierze Zoe i niesie ją.

Zoe, zastanawiasz się czasem, skąd się biorą słowa?

Pierwszy raz Zoe przestaje być Zoe rankiem w dniu zakończenia swojej edukacji przedszkolnej.

Amy właśnie ukończyła drugą klasę.

Babcia i dziadek nieczęsto przychodzą do szkoły, więc teraz dziewczynki się przekrzykują, mając nadzieję, że przyciągną ich uwagę; Zoe popiskuje jak ta sójka w ogrodzie, która pikuje dziobem na kota i wyrywa mu kępy sierści. Wreszcie dziadek się nachyla, ukazując w całej okazałości łysinę na czubku głowy, podnosi wnuczkę i zabiera ją na plac zabaw.

W ciszy, która zapada dzięki temu, Amy pokazuje babci swoje prace. Ostatnio zapełniła cały kołonotatnik, słowa układają się w znaczenia; wystarczy zmrużyć oczy i motyl staje się prawdziwym motylem, przestaje być zwykłymi bazgrołami na delikatnym papierze, frunie, to jest jak magia.

Babcia mruży oczy, wydaje ochy i achy, lecz nagle wraca dziadek.

Dziadek mówi, że Zoe chyba uderzyła się w główkę. Babcia na to: Oj, Zoe, nie bądź takim maleństwem, i przewraca kolejną kartkę w zeszycie Amy.

Amy zerka na stronę i widzi, że wszystkie istoty z jej historyjek rozpadły się z powrotem na bazgroły, kreski urywają się niedokończone. Kleksy nad „i” oraz „j” nadymają się ohydnie, to na pewno błędy.

Amy wie, że najgorsze, co można zrobić Zoe, to powiedzieć jej, że jest maleństwem. Wtedy Zoe często wyje. Czasem rzuca przedmiotami.

Ale teraz nie robi nic. Nawet nie spojrzy. Amy obserwuje ją i czuje, jak sama odzyskuje siły i się czerwieni. Podchodzi do siostry, stawiając jak najmniejsze kroki, próbuje złowić jej wzrok. Kiedy jej się to nie udaje, szepcze: Chodź ze mną. Zoe nie odpowiada.

Więc Amy wyciąga ręce i powoli, bardzo powoli bierze siostrzyczkę i niesie ją przez trawnik na parking; przystaje tylko na chwilę, żeby pokazać jej miejsce, w którym są klatki z królikami. Ale Zoe to nie obchodzi.

W aucie zaczyna płakać. Mama otwiera drzwi i pochyla się, żeby spytać Zoe, czy siostra powiedziała coś, co ją zdenerwowało. Amy i Zoe nie zwracają na nią uwagi.

Gdy mama z powrotem zamyka drzwi, nie słychać żadnego dźwięku. Są tylko rączki Zoe na klamrze od pasa bezpieczeństwa, drżą. Z bliska widać, że paluszki dygoczą.

Amy wpatruje się w jej buzię. Spływają po niej łzy, a oczy, zawsze duże i brązowe, i roziskrzone jak ognisko, są przygasłe. Ledwo widoczne malutkie okruszki życia znieruchomiały w kącikach oczu jak wskazówki zepsutego zegara. Zoe nigdzie nie patrzy, bo wzrok ma pociemniały.

Głosem bardziej stanowczym niż kiedykolwiek by się po sobie spodziewała, Amy mówi dziadkowi, żeby ruszał.

Jedziemy do lekarza, dodaje, a jej słowa przywracają brzmienie świata.

Silnik zaskakuje. Babcia pstryka zapalniczką i wciąga dym ustami. Osuwa się szyba w oknie po jej stronie.

Dziadek zerka na Amy w lusterku wstecznym i rusza.

Drzewa, domy i ulice przesuwają się do tyłu, a Amy szuka Zoe w twarzyczce Zoe. Ale Zoe nie ma.

Albo dokąd dążą?

Po pewnym czasie lekarze odsyłają ich do domu.

Mówią, że łagodne wstrząśnienie mózgu czasem prowadzi do takich objawów jak ten. Nic jej nie będzie, dodają. Nie ma się czym martwić, chyba że to się powtórzy.

Tego lata Amy ma nadzieję, że zapełni do końca zeszyt z drugiej klasy, ale zaczyna nienawidzić swojego charakteru pisma, więc rezygnuje. Przez kilka tygodni w czasie wolnym czyta książki, które przynosi im babcia. Dowiaduje się, że rośliny żywią się światłem, a w kosmosie nie lewitujemy dlatego, że jest przyciąganie ziemskie. Chciałaby wiedzieć, dlaczego sama też nie może się żywić światłem zamiast brokułami, które są przecież rośliną, i co by się stało, gdyby przyciąganie ziemskie przestało działać, i co by się stało, gdyby Zoe miała drugie łagodne wstrząśnienie mózgu.

Babcia odpowiada, że dlatego, że nie jest rośliną, że nie przestanie i że nie będzie miała.

Gdy tornado wieje i są w domu dziadków, dzień tak samo zmienia się w noc, a liście przekręcają się spodem do góry i znikają samochody, ale dziewczynki muszą się chować do składziku, który jest pełen starych gier taty z czasów, gdy był dzieckiem w ich wieku.

Niełatwo wyobrazić sobie tatę jako małego chłopca, bo jest ogromny, ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i szopę szpakowatych włosów, z których dziadkowie żartują sobie na różne sposoby, kiedy mamy nie ma w pobliżu, i wszyscy się wtedy śmieją, bo twierdzą, że to z jej powodu tak posiwiał. Amy i Zoe zakazano mówić mamie o tych żartach, więc nie mówią.

Gdy siedzą w składziku u dziadków, Amy pozwala zapalić światło, chociaż Zoe jest za mała na większość tych gier. Próbują grać w domino, lecz Zoe nie rozumie zasad i za wcześnie przewraca kostki. Bawią się szklanymi kulkami, ale niewiele da się z nimi zrobić na małym kwadracie z wyświechtanego dywanu. Gubią się, kiedy się je turla.

Zoe zawsze chce grać w Operację, która polega na tym, że szczypczykami trzeba usunąć choroby z ciała Sama. Trzeba bardzo uważać, bo jeśli dotknie się szczypczykami boków otworu, w którym znajduje się dolegliwość, to Sam zabuczy, nos mu się zaświeci i wtedy się przegrywa. Ale Zoe uwielbia rozświetlony nos i śmieje się, i śmieje, nie rozumiejąc zasad, i prosi Amy, aby pozwoliła jej jeszcze raz pogmerać szczypczykami.

Gdy dziewczynki zostają wypuszczone ze składziku, dziadkowie nazywają to wyjściem z paki i dają im w nagrodę ciastka i napój gazowany. We własnym domu dziewczynkom nie wolno pić napojów gazowanych, więc u dziadków wypijają jak najwięcej, potem skaczą bez końca na ogromnym łóżku na piętrze, aż wreszcie chcą, aby babcia im poczytała, a wtedy padają na te wszystkie wielgachne poduszki, każda z innej parafii, i wyciągają się, jakby robiły orła w śniegu, i podążają myślą za wątkiem, bo zawsze wybierają te same historie i znają je na pamięć, a mimo to boją się za każdym razem, gdy babcia mówi głosem wiedźmy, tak jak wtedy, kiedy gubią się Jaś i Małgosia. Potem dziewczynki wyprężają się pod kołdrami, rączki trzymają po bokach i Zoe przysuwa się z boku do siostry.

Amy zrobiła po jednym polaroidowym zdjęciu każdego pomieszczenia w domu dziadków, a także garażu, ogrodu od frontu i z tyłu oraz dwa zdjęcia schodów, bo nie mają takich u siebie.

Na jednym jest zbliżenie białej metalowej balustrady, która na co drugim słupku ma duże S z wąsami. Słupki wyglądają jak laski cukrowe, z których zlizano paski i odgryziono główki. Na innym zdjęciu widać nabzdyczoną Zoe siedzącą na schodku, rozmytą przez jaskrawe światło w tle, padające z otwartych drzwi łazienki, gdzie okno wpuszcza promienie słońca.

Amy ma aparat od czterech lat i przez ten czas zrobiła swojej siostrze jeszcze pięćdziesiąt jeden innych zdjęć, a na siedmiu z nich widać psa, którego Zoe dostała od Świętego Mikołaja w zeszłym roku. Pies to potargany szkocki terier z czarnym nosem jakby z plastiku. Podobnie jak Zoe pies jest nie do opanowania i Amy podejrzewa, że ma na siostrę zły wpływ, skoro zjada z ziemi rzeczy, których nie powinien jeść, takie jak martwe robale i plastelina. Amy wie na sto procent, że Zoe z kolei zjada psie smakołyki, chociaż mówiła jej ponad milion razy, żeby tego nie robiła. Aparat okazuje się dobrym sposobem ucywilizowania obu tych stworzeń, nauczenia ich, jak siedzieć bez ruchu. Uczą się nawet udawać nieżywych. Amy starannie robi zdjęcia, bo wkłady nie są tanie, więc zmusza psa i siostrę do pozowania przez całe godziny, zanim wszystko wyjdzie, jak trzeba.

Potem pies truchta w pogoni za jakimś wyimaginowanym przedmiotem, a dziewczynki czekają, aż na wywoływanym zdjęciu powoli coś się pojawi. Amy bierze je w palce za sztywny biały pasek u dołu i macha nim delikatnie w powietrzu, a wtedy z połyskliwej szarości wyłaniają się kolory. Siostry nieświadomie wstrzymują oddech.

Zoe za każdym razem pyta, czy może wziąć fotografię, ale Amy za każdym razem odmawia. Czasem Zoe płacze, lecz Amy nie daje się zmiękczyć łzami, a jej przekonanie o trafności własnego osądu, co jest dobre dla siostry, pozostaje niewzruszone. Dzięki temu na zawsze będą miały te zdjęcia. Bo gdyby się zgodziła, Zoe z pewnością dałaby je psu, a wtedy zostałyby pogryzione i zniszczone, podobnie jak ścieżka z okruszków, którymi Jaś chciał wytyczyć drogę z lasu do domu dla siebie i Małgosi, została zjedzona przez ptaki.

Dlatego Amy trzyma zdjęcia w sekretnej szarej kopercie na dnie szuflady, w której chowa też groty i skamieliny zebrane na obozie.

Na ogół dziewczynki mają wspólne tajemnice przed mamą.

To pierwsza tajemnica, która wkracza między siostry.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki