Oddychaj ze mną - Kristen Proby - ebook
Opis

Czasem odrzucasz miłość, bo boisz się, że cię pochłonie. Ale jeśli jest prawdziwa, nie uciekniesz przed nią…


Mark Williams zakochał się bez pamięci w Meredith jeszcze w liceum. Złamała mu serce, a on przez ostatnie dziesięć lat starał się o niej zapomnieć. Teraz jest człowiekiem sukcesu, ma rodzinę, przyjaciół i jest pewien, że mu się to udało. I wtedy znowu spotyka Meredith.
Meredith Summers dla tańca poświęciła wszystko, nawet miłość. Przez ostatnie dziesięć lat realizowała swoje marzenie i… starała się nie myśleć o Marku. Teraz wróciła do Seattle, prowadzi modną szkołę tańca i chce porzucić swoją cygańską przeszłość. Ale pojawia się Mark.
Czas staje w miejscu. Czułość i namiętność są tak nieodparte jak kiedyś, a szept Marka „Oddychaj ze mną” spływa jak balsam na jej zranioną duszę. Ale czy Meredith da drugą szansę miłości, czy znów wszystko pójdzie nie tak?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktorzy serii

Małgorzata Cebo-Foniok

Ewa Turczyńska

Korekta

Hanna Lachowska

Małgorzata Lach

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

Breathe with Me

BREATHE WITH ME by Kristen Proby.

Copyright © 2014 by Kristen Proby.

Published by arrangement with the Author.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5886-7

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Pameli

Nigdy

Prolog

Meredith

Jedenaście lat temu

„Spotkajmy się u Ciebie za pół godziny. Kocham Cię”.

Uśmiecham się i odpisuję: „Też Cię kocham”, po czym wyłączam telefon i lecę na lekcje tańca. Chciałam sobie odpuścić dzisiejszą lekcję, ale Mark naciskał. Powiedział, że doskonale rozumie, jak ważny jest dla mnie taniec, więc spotka się ze mną później.

Obchodzimy dzisiaj moje siedemnaste urodziny. Co prawda o tydzień wcześniej niż faktyczne, ale to dlatego, że w rzeczywiste urodziny moja mama będzie w domu. Dziś ma wyjazd służbowy, a Mark powiedział swoim rodzicom, że będzie nocował u przyjaciół, więc może zostać u mnie na całą noc.

Wciąż nie wiem, czy jestem bardziej zdenerwowana, czy podekscytowana. Może i jedno, i drugie.

Ponieważ dzisiaj to zrobimy.

Znów się uśmiecham i kręcę pupą na siedzeniu kierowcy w lekkim tańcu, w moim fordzie eskorcie z 1995 roku. Mam akurat wystarczająco czasu, żeby wziąć krótki prysznic i poprawić makijaż, zanim przyjdzie Mark.

Prysznic biorę szybko, zwracając jednak szczególną uwagę na dokładne ogolenie nóg i bikini. Wycieram parę z lustra w łazience i marszczę nos. Niestety mój makijaż nie przetrzymał tańca i prysznica, więc szybko zmywam jego pozostałości i na nowo nakładam maskarę, eyeliner oraz nieco błyszczyku na usta. Mark co prawda widywał mnie już wielokrotnie bez makijażu, ale chcę tym razem pokazać, że się staram.

Z szafy wyciągam czarną krótką spódnicę oraz sweter w czerwone kropki, który pokazuje mój brzuch, wskakuję w czarne koronkowe majtki, trzymane na tę właśnie okazję, a potem wkładam swój śliczny strój i obracam się przed lustrem, przyglądając się sobie.

– Wyglądasz cudownie – słyszę za sobą głos i uśmiecham się, odwracając się do Marka, który opiera się o futrynę. – A więc tak to wygląda.

– Ano tak. – Otwieram szeroko ramiona i rozglądam się po sypialni. Normalnie, kiedy Mark do mnie przychodzi, moja mama nie pozwala mu tutaj wchodzić.

I prawdopodobnie to dobry pomysł, biorąc pod uwagę to, co zamierzamy dzisiaj zrobić.

Nagle nerwy biorą górę, wykręcając mi palce, podczas gdy gigantyczny motyl lata mi w brzuchu.

– Podoba mi się – mówi, w ogóle nie spuszczając ze mnie oczu. Uśmiecham się zawstydzona.

– Nawet się nie rozejrzałeś.

Uśmiecha się i rozgląda po moim pokoju. Moje buty do tańca są rozrzucone. Zdjęcia mojej drużyny tanecznej i przyjaciół zajmują tablicę korkową nad biurkiem, gdzie stoi komputer. Nasze wspólne zdjęcie przy Pike’s Place Market stoi oprawione obok łóżka. Blat komódki jest zawalony biżuterią i kosmetykami do makijażu. Podwójne łóżko jest starannie pościelone. Zmieniłam pościel, zanim poszłam na tańce.

– Podoba mi się – powtarza. – Czemu tam stoisz?

Wzruszam ramionami i wyglądam przez okno na padający deszcz.

– Hej M. – Podchodzi do mnie i obejmuje mocno. To jest to, czego potrzebowałam jego swojskiego zapachu i poczucia jego silnych ramion wokół mnie. Jest o tyle większy ode mnie. Ma bardzo silnie zaznaczone mięśnie, ale to jego słodki uśmiech i niebieskie oczy uwiodły mnie tamtego dnia, kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy na lekcji biologii w zeszłym roku.

Gdy się uśmiecha, wygląda, jakby ukrywał niegrzeczny sekret.

Mam nadzieję, że poznam dzisiaj wszystkie jego niegrzeczne sekrety.

– Przygotuję ci kolację – mówi, całując mnie w czoło i prowadząc za rękę na dół, do kuchni.

– Naprawdę? – chichoczę, zeskakując za nim po schodach. – Co zrobisz?

– Kurczaka w parmezanie z makaronem.

– To morze kalorii, Batmanie! – wykrzykuję, a w myślach liczę, ile kilometrów będę musiała przebiec, żeby to spalić.

– To twoje urodziny, M. Dziś kalorie się nie liczą – odpowiada i prowadzi mnie do blatu w kuchni.

– Kupiłeś kwiaty! – wykrzykuję ponownie i natychmiast zanurzam nos w przepięknych czerwonych różach, które stoją na blacie. Wyciągam bilecik z plastikowej otoczki i czytam głośno.

– „Dla M. Wszystkiego najlepszego. Kocham, M”. – Uśmiecham się szeroko, ale w środku skaczę jak szalona, po czym przytulam się do Marka. – Dziękuję.

– Nie ma za co. – Całuje mnie mocno, zanim siada i przystępuje do kolacji. – Swój właściwy prezent dostaniesz później.

– Jest coś jeszcze? – pytam, klaszcząc w ręce.

– Tak. – Nalewa mi nieco gazowanej wody, a ja ponownie siadam i obserwuję swojego mężczyznę kręcącego się w kuchni.

– Dobry jesteś.

– Mama każe nam gotować na zmianę. – Wzrusza ramionami. – Mówi, że musimy zarobić na swoje utrzymanie.

– Uwielbiam twoją mamę – mówię, popijając łyk wody.

– Ona ciebie też.

– Cieszę się bardzo, że lubimy naszych rodziców. Inaczej byłoby beznadziejnie.

– Masz jakieś wątpliwości, co do moich możliwości oczarowywania twojej mamy? – pyta.

– Nie – chichoczę, kręcąc głową. – Jesteś całkiem czarujący.

– Żartuję. Bardzo lubię twoją mamę. I mam lekkie wyrzuty sumienia, że okłamaliśmy ją w kwestii dzisiejszej nocy.

– Wiem. – Przygryzam wargę i spoglądam na swoją szklankę.

– Hej, wszystko będzie w porządku.

Kiwam głową i prostuję się, obserwując dalej, jak krząta się po kuchni, i napawając się jego ruchami. Ma naturalną grację, którą widzi moja wewnętrzna tancerka. Kiedy tańczyliśmy razem w grupie juniorskiej, to było najwspanialsze, co mogło być.

Kiedy kolacja jest gotowa, podaje najpierw mnie, a potem śmiejemy się przez cały posiłek, rozmawiając o szkole i wspólnych przyjaciołach.

– Jak się ma Luke? – pytam niezobowiązująco.

– Dobrze. Ma jakieś przesłuchanie do filmu o wampirach – odpowiada ze śmiechem. – Wyobrażasz sobie mojego brata jako wampira?

Śmieję się razem z nim i kręcę głową.

– Nie, on jest za ładny na wampira.

– Sam bawi się dobrze w college’u – kontynuuje Mark, sprzątając talerze. – Dom wydaje się bez niej cichy.

– Ona mnie nie lubi – odpowiadam i przygryzam wargę. Nieważne, jak bardzo się staram, rozmawiając ze starszą siostrą Marka, ona mnie nie lubi.

– Ona cię po prostu nie zna za dobrze, a w stosunku do obcych jest raczej zdystansowana – odpowiada, wkładając ostatnie naczynie do zmywarki, po czym bierze moją dłoń w swoją i całuje mnie delikatnie. – A poza tym nie obchodzi mnie to, że cię nie lubi. To nie ona się z tobą umawia.

– Dzięki Bogu – uśmiecham się szeroko i przytulam do niego, mając nadzieję, że znów mnie pocałuje. Nigdy nie mam dość jego pocałunków. Opiera czoło o moje i delikatnie pociera dłońmi moje ramiona, wywołując u mnie dreszcze.

– Jesteś tego pewna, M? Nie musimy robić nic więcej niż leżenie na kanapie i oglądanie telewizji, jeśli tak chcesz.

– Tego właśnie chcesz? – pytam słabym głosem.

– Nie – chrząka i, jeśli się nie mylę, lekko czerwieni na twarzy. – Nie mogę oderwać od ciebie rąk i o niczym innym nie marzę, tylko żeby się z tobą kochać, ale to duży krok i chcę, żebyś wiedziała, że nie będę miał ci za złe, jeśli nie jesteś gotowa.

Kocham go jeszcze bardziej za te słowa. Z ponownym poczuciem zaufania łączę jego palce z moimi, rzucam wyzywający uśmiech przez ramię i prowadzę go na górę, do swojej sypialni. Gdy już tam jesteśmy, on zamyka i rygluje drzwi – tak na wszelki wypadek – i podąża za mną do łóżka. Patrząc mu cały czas w oczy, kładę się na łóżku i opieram na łokciu w najbardziej wyzywającej pozie, jaką jestem w stanie przyjąć. Macham palcem, zapraszając go, by się do mnie przyłączył.

– Uznaję to za oznakę, że jesteś pewna – mruczy, ściągając szybko buty, i wspina się do mnie na łóżko.

– Tak sądzę – szepczę. Mój żołądek wykonuje niebywałe salta, kiedy on całuje mnie w policzek, a potem niżej, w szyję.

– Jesteś taka piękna, M – szepcze. – Jestem szczęściarzem, że jesteś moja.

Uśmiecham się i zamykam oczy, gdy on wsuwa mi dłonie we włosy i odwraca moją głowę, bym spotkała się z jego ustami. Układa mnie na plecach i kładzie się na mnie, całując. Moje dłonie krążą po jego plecach i ramionach. Boże, kocham jego ciało i nagle chcę poczuć jego nagość.

Teraz.

Podciągam jego koszulkę, a on unosi się na tyle, żeby przełożyć ją przez głowę i rzucić na podłogę, po czym wraca do całowania mnie, ale tym razem jego dłonie wędrują po całym moim ciele.

To jest to, co znam. Robimy to cały czas. Któregoś razu na tylnym siedzeniu samochodu po meczu zdjął mi nawet koszulkę i stanik, nim to przerwaliśmy.

Deszcz pada coraz mocniej i robi się coraz ciemniej. Jedynym źródłem światła jest srebrna poświata dochodząca od latarni na rogu. Oddech Marka przyspiesza, kiedy podnosi mi sweter i dotyka stanika.

– Pozbądźmy się tych twoich wspaniałych ciuchów – mówi, przyglądając mi się z bliska. Kiwam głową i siadam, pozwalając mu zdjąć mój sweter i zsunąć stanik.

Ręce mu się tak trzęsą, że mija kilka sekund, nim udaje mu się odpiąć zapięcie. Potem wysuwam się z mojej spódnicy i majtek, a kiedy wykonuję ruch, by zasłonić piersi, on łapie mnie za dłonie i całuje je delikatnie.

– Nigdy nie widziałem nic piękniejszego od ciebie.

Gubię się w jego niebieskim spojrzeniu. Jestem za chuda, a moje piersi nie osiągnęły jeszcze właściwego rozmiaru, ale kiedy on na mnie patrzy z tą miłością w oczach, wiem, że mówi prawdę.

– Kocham cię, M – mruczę i obejmuję jego twarz. – Tak bardzo cię kocham.

– Ja też cię kocham – mówi i całuje mnie delikatnie. Sięgam do guzika w jego dżinsach i z pewnym zmieszaniem i szeptanymi przez niego przekleństwami udaje mu się zrzucić z siebie spodnie i nagle jest, w całej swojej okazałości.

– Jesteś cholernie podniecający, Marku Williamsie – mówię, obserwując swoją dłoń przesuwającą się po jego biodrze i niezwykle seksownych mięśniach. Moje oczy kierują się w stronę… tego i czuję, jak się rozszerzają ze zdziwienia.

– Jasna cholera.

– To dobra jasna cholera czy zła? – pyta, śmiejąc się.

– On się we mnie nie zmieści – mówię i czuję, jak moją twarz oblewa szkarłat. Matko, zamknij się, Meredith!

– Da radę – obiecuje i przyciąga mój wzrok swoim, znów mnie całując. Wie, że kocham całowanie. Leży na mnie, kołysze moją głową i całuje mnie zabawnie, skubiąc moje wargi i pocierając swoim nosem o mój. I w chwili, kiedy mięśnie mojego brzucha się rozluźniają, wciska się pomiędzy moje nogi i nagle czuję go tam.

– O Boże – wzdycham w panice.

– Hej, wszystko w porządku, kochanie.

– Naprawdę się denerwuję. – Przygryzam wargę, patrząc na niego.

– Nadal jesteś pewna? Czy jesteś zdenerwowana tym, jak to czujesz?

– Zdenerwowana tym, jak to czuję – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– Spójrz na mnie, M, to tylko ja. – Porusza się lekko, co jest bolesne. – Kurwa, to boli! – Ale znowu nie boli tak bardzo. – Oddychaj ze mną, Meredith.

Bierze głęboki wdech, a ja razem z nim, obserwując go z całą moją uwagą, i kiedy tak oddychamy razem, on wsuwa się we mnie jeszcze głębiej. Na grzbiet występuje mu pot, nerwowo oblizuje usta i widzę, że jest tak samo zdenerwowany jak ja.

– Kocham cię – szepcze delikatnie.

– Ja też cię kocham.

– Wszystkiego najlepszego.

– Dziękuję.

Łączy swoje palce z moimi i trzyma nasze ręce na łóżku, obok mojej głowy. Boże, on jest tak cholernie duży. I to jest niezbyt wygodne, ale zarazem jest jakieś inne. Pełne. Nasze oddechy robią się coraz szybsze i nagle on zaczyna się poruszać, jakby nie mógł nic na to poradzić. Jego biodra kołyszą się w przód i w tył, najpierw powoli, a potem szybciej.

– O Boże, to jest takie cudowne – mówi, jęcząc. – Tak się cieszę, że jesteś moją pierwszą, M.

– Ja też – odpowiadam szczęśliwa, że coś mówi. Robi się dziwnie, kiedy milczymy. My rozmawiamy non stop. – Jestem taka szczęśliwa, że poczekaliśmy na siebie.

– Chcę być tylko twój, kochanie.

– Naprawdę?

– O tak. Tylko ty i ja. M i M przeciw światu. – Jego biodra poruszają się szybciej, a ja czuję, jak oczy wypełniają mi się łzami, gdy jego ciało drży. Boże, nigdy nie czułam, czegoś takiego jak to. Jak byśmy byli połączeni nie tylko fizycznie, ale w każdy inny możliwy sposób. – Och Boże, kochanie. Dochodzę.

– Okej. – Obejmuję dłońmi jego twarz. – To chyba dobrze, nie? Chodź, M.

– O cholera. – Jego twarz wykrzywia się w dziwnej masce, jakby pod wpływem niebywałego bólu, a ja nie mogę od niego oderwać oczu. Wow.

– W porządku? – pytam delikatnie.

– Myślę, że to ja powinien cię o to spytać. – odpowiada, oddychając ciężko.

– Ze mną tak – uśmiecham się uspokajająco. Ale musisz to ze mnie wyciągnąć, bo… och.

– Kocham cię M. – Delikatnie opiera czoło o moje.

– Ja ciebie też, M.

Rok później

Nigdy w życiu nie byłam tak zdenerwowana. Nawet tamtej nocy, kiedy po raz pierwszy kochaliśmy się z Markiem. Uśmiecham się na tamto wspomnienie i wiele, wiele innych, kiedy się kochaliśmy. Mój Mark jest nienasycony i tyle się o sobie nawzajem nauczyliśmy przez ten ostatni rok.

Już więcej nie będzie mój.

Biorę głęboki wdech i wypuszczam powoli powietrze, widząc jego samochód parkujący przed domem. Tydzień temu skończyliśmy szkołę. To był wielki moment dla nas obojga i dla naszych rodzin, które wyprawiły nam wielkie przyjęcie.

A za dwa dni mieliśmy razem jechać do Nowego Jorku.

– Cześć kochanie – mówi z tym swoim charakterystycznym przebiegłym uśmiechem, kiedy spotyka się ze mną na ganku i mocno mnie obejmuje. – Spakowana?

– Tak – odpowiadam i wtulam nos w jego policzek wiedząc, że to może być ostatni raz, kiedy mam do tego prawo.

– Co się dzieje? – Odsuwa mnie i przygląda się mojej twarzy. Zna mnie tak cholernie dobrze. – M?

– Nie powinieneś jechać ze mną do Nowego Jorku. – mówię to szybko, jakbym zrywała plaster.

Mruga i ściąga brwi.

– O czym ty mówisz? Planowaliśmy to przez cały rok.

– Wiem, tylko… – Wsuwam palce we włosy, aby zatrzymać choć trochę zdrowego rozsądku – Muszę się skupić na tańcu, Mark.

– Okej. – mówi, potrząsając głową, jakby nic nie rozumiał. – Skąd taka zmiana?

– Myślałam o tym już od jakiegoś czasu, ale nie wiedziałam, jak ci to powiedzieć.

– Jak długo?

– Kilka miesięcy – szepczę. Od dnia, kiedy mój instruktor odciągnął mnie na bok, bo przyłapał mnie na marzeniu o Marku, i nakrzyczał na mnie, mówiąc o odpowiedzialności i jak trudno będzie w Nowym Jorku.

– Miesiące? – Pociera dłonią usta, zaczynając panikować. – Mer, skąd ci się to wzięło. Czy jest ktoś inny?

– Oczywiście, że nie – spoglądam na niego, jakby stracił rozum. – Wiesz, że kocham cię aż do bólu.

– Więc dlaczego?

– Ponieważ, muszę się skupić na tańcu, Mark. To jest najtrudniejsza rzecz, jaką robię. Dni są superdługie, a to jest takie wciągające.

– Więc mówisz, że ja będę stał na drodze? – Opiera ręce na biodrach i wpatruje się we mnie, a ja czuję, jak pierwsza łza spływa mi po policzku.

– Będziesz rozproszeniem, na które nie mogę sobie pozwolić, Mark. – Robię krok w jego stronę, błagając go wzrokiem, żeby zrozumiał, ale on się cofa.

– Nie chcę żyć w związku na odległość, Meredith.

– Ja też nie. – To jest jedynie szept, ale jego twarz blednie, kiedy zdajemy sobie dokładnie sprawę, co to oznacza.

– Zrywasz?

– Kocham cię, Mark.

– Ale zrywasz.

– Po prostu myślę, że jesteśmy tacy młodzi. A ja muszę skupić się na tańcu.

Robi kolejny krok do tyłu, mrugając bezwiednie, a ja wiem, że łamię mu serce.

– I tyle z M i M przeciw światu – wyrzuca z siebie.

– Mark wejdź do środka i porozmawiajmy.

– Nie, powiedziałaś już wystarczająco. – Zatrzymuje się i patrzy na mnie, jak płaczę, sam ma łzy w oczach. – Powodzenia, Meredith.

Potem potrząsa głową i odchodzi, a ja wbiegam do środka, gdzie znajduję płaczącą mamę, która słyszała naszą rozmowę.

– Mamo. – Wpadam jej w ramiona.

– Córeczko. – Głaszcze mnie. – Przykro mi z powodu was obojga.

– Co ja zrobiłam? – Płaczę niekontrolowanie, opierając się o silną matkę.

– Podjęłaś właśnie dorosłą decyzję, kochanie. Ale wiem, że to boli. Jego też.

– Ja go tak bardzo kocham.

– Wiem.

– Jak ja będę żyć bez niego?

Mierzwi mi włosy i całuje w czoło.

– Dzień po dniu, kochanie.

Dwa dni później

Nigdy wcześniej nie leciałam samolotem. Nie pochodzę z biednej rodziny, ale nigdy nie wyjeżdżaliśmy na wakacje, które wymagały podróżowania samolotem. I oto jestem. Kilka miesięcy po moich osiemnastych urodzinach i w samolocie.

Bez Marka.

Wyciągam telefon z kieszeni i jeszcze raz czytam esemesa od niego, z ostatniej nocy. Tego, na którego nie odpowiedziałam.

„Proszę, nie rób nam tego. Możemy dać radę. Kocham cię”.

Boże, co ja zrobiłam? Płakałam całe dwa dni. Czy mogę wysiąść z tego samolotu? Cholera, zamknęli już drzwi. Może mnie wysadzą, jeśli zamówię drinka – jeszcze nigdy nie piłam alkoholu – zbyt dużo kalorii – ale potrzebuję czegoś, żeby się uspokoić.

Potrzebuję Marka.

Potrzebuję Marka!

Jestem na skraju zrobienia dzikiej sceny, słysząc jego głos w swojej głowie. Po prostu oddychaj, M. Oddychaj ze mną. Biorę głęboki oddech i zamykam oczy, skupiając się na jego głosie, marząc, że naprawdę siedzi obok mnie i mówi do mnie.

Po prostu oddychaj, M.

Rozdział 1

Mark

Dziesięć lat później

Hej, brachu. Wchodź. – Mój starszy brat Luke cofa się, kiedy wchodzę przez drzwi i widzę swoją piękną bratową Natalie, jak chwyta swojego nowego syna, Keatona, i bierze go na ręce.

– Wujek Małk! – Olivia, starsza siostra Keatona, krzyczy i biegnie z wyciągniętymi ramionami i szerokim uśmiechem na idealnej buźce.

– Cześć, rozrabiako – mówię i podnoszę ją wysoko w górę, po czym łapię w ramiona.

– Moje dziecko – mówi i pokazuje na brata.

– Rości sobie do niego prawo – śmieję się, całując Nat w policzek.

– Z pewnością – odpowiada gorzko Nat. – Keaton jest jej, wraz ze wszystkimi jego zabawkami i ubraniami.

– W porządku, możesz mieć, co tylko chcesz – mówię i dmucham jej w szyję, wywołując chichot.

– Jestem już właściwie gotowy – oznajmia Luke, poklepując się po spodniach i kieszeniach kurtki, po czym rozgląda się po pokoju. – Gdzie jest mój portfel, kochanie?

– Na szafce w kuchni. – Nat wskazuje go i śmieje się. – Od kiedy pojawił się Keaton, zapomina więcej niż ja.

Natalie to wspaniała kobieta, ze swoimi ciemnymi włosami, wielkimi zielonymi oczami i krągłościami, które narosły w ciągu jakiegoś czasu. Mój brat to szczęśliwy, szczęśliwy facet, a ja upewniam się, że wykonuję swoją część, flirtując z nią, jak mogę, i doprowadzając go do szaleństwa.

– Ucieknij ze mną – mówię, obejmując ją i przyciągając do siebie. – On jest brzydki i przez większą część czasu śmierdzi.

– Zabieraj łapy od mojej żony, gościu – protestuje Luke i kręci głową

– Ona mnie kocha, prawda, kochanie?

– Kocham. – Nat klepie mnie po klatce, a ja uśmiecham się z dumą. – Ale swojego męża bardziej.

– Zdrajczyni – wzdycham teatralnie. – I co ja teraz zrobię?

– Jestem przekonana, że znajdzie się mnóstwo dziewczyn, które pokochają takie zaproszenie.

Parsknąłem i przytaknąłem, ale prawdą jest, że wcale nie miałem tylu kobiet, ile oni myśleli.

I mam zmierzyć się twarzą w twarz z kobietą, która może rzucić mnie na kolana po raz pierwszy od dziesięciu lat.

– Przykro mi słyszeć o Adeline Summer, Mark. – Nat całuje mnie w policzek i lekko pociera moje ramię. – Była dobrą kobietą.

– Była – potwierdzam, podczas gdy ból przeszywa moje serce. Mama Meredith przegrała swoją walkę z rakiem piersi tydzień temu, a dziś idę na jej pogrzeb. – Była dla mnie naprawdę dobra.

– Poszłabym z wami, ale dziś jestem na dyżurze dziecięcym.

Uśmiecham się szeroko i znów całuję policzek Livie. – W porządku. Luke, ty też nie musisz iść. To nie jest nic wielkiego.

– Owszem, jest – mówi, marszcząc się. Tak dobrze mnie zna. – Chcę iść. Lubiłem Addie.

Kiwam głową, w głębi duszy szczęśliwy, że nie muszę iść sam, stawiam Olivię na ziemi, po czym Luke prowadzi mnie do drzwi. W połowie drogi odwraca się i bardzo mocno całuje swoją żonę.

Dobry Jezu, nadal mam wrażenie, że oni randkują.

– Zobaczysz ją za kilka godzin, Romeo.

– Jasne – uśmiecha się szeroko. – Jesteś po prostu zazdrosny.

– Robi mi się niedobrze – odpowiadam i prowadzę go do jeepa.

– A jak czujesz się naprawdę? – pyta Luke cicho, kiedy wyjeżdżam z podjazdu jego nowego domu w kierunku Bellevue, gdzie odbędzie się pogrzeb.

– Nie wiem. Wiem, że była chora, więc to nie jest szok.

– Mam na myśli Meredith, Mark. Boże, aleś ty uparty.

Wzruszam ramionami i przeciągam dłonią po twarzy. Miałem dziesięć lat, by przyzwyczaić się do myśli, że znów ją zobaczę, a teraz denerwuję się jak cholera.

– Prawdopodobnie wyszła za mąż – odpowiadam.

– Obaj wiemy, że to nieprawda – mówi spokojnie.

– Słuchaj, minęło sporo czasu. Jadę oddać hołd kobiecie, którą kochałem. Spotkanie z Mer to część tego. – Przełykam z trudem, a Luke to wyłapuje.

– Ale? – pyta.

– Ale czuję się tak, jakbym żegnał się na dobre także z Meredith. Jakby to zamykało całą tę pieprzoną sprawę.

Luke wzdycha i zakłada swoje okulary przeciwsłoneczne.

– Przykro mi, stary.

Wzruszam ramionami, i koncentruję się na drodze.

– Jest, jak jest.

Dom pogrzebowy znajduje się niedaleko miejsca, gdzie spędzaliśmy dzieciństwo. Na parkingu stoi kilka samochodów oraz trochę rozmawiających ludzi. Inni wchodzą i wychodzą przez czerwone drzwi domu pogrzebowego.

– Nic się nie dzieje – szepczę. Jezu, nie byłem tak zdenerwowany od lat. Zamykamy drzwi i kierujemy się w stronę wejścia. Luke wygląda jak bogaty celebryta w tym swoim szytym na miarę garniturze. Ja również mam na sobie garnitur, z fioletowym krawatem. Fiolet był ulubionym kolorem Addie.

Wchodzimy przez drzwi i kiwamy niektórym osobom, które znamy. Mama i tata rozmawiają z jakąś parą, machają nam, kiedy nas zauważają, i wracają do rozmowy.

Kiedy wchodzimy do kaplicy, słyszę jej głos.

Jej głos.

Zatrzymuję się i patrzę na nią, stojącą blisko trumny pokrytej ulubionymi kwiatami Addie i rozmawiającą z pastorem. Przeciera oczy chusteczką i kiwa głową. Jeszcze mnie nie zauważyła, więc wykorzystuję moment i napawam się jej widokiem.

Nie jest już tą młodą kobietą, którą tak dobrze znałem. W każdym calu. Wiedziałem, co ją nakręca, co powoduje, że się uśmiecha. Co sprawia, że wzdycha z przyjemności.

Ale w szczególności wiedziałem, co ją rozśmiesza. Co sprawia, że jest smutna. Jak ją rozbawić, a nawet co powie, nim jeszcze to wypowiedziała.

Wiedziałem wszystko.

Była moim światem i choć wiem, że byłem zbyt młody, nic nigdy nie przebije tego uczucia, gdy stoję na jej ganku, a ona mi mówi, że już mnie nie chce. Walczyłem z tymi demonami przez lata.

Odwraca się i zauważa mnie, spojrzenie jej jasnoniebieskich oczu zatrzymuje się na mnie i nagle Meredith kieruje się w moją stronę, idąc szybko w czarnych szpilkach. Twarz się jej załamuje i ku mojemu największemu zdziwieniu przywiera do mnie i ściska mnie z całej siły.

– Nie mogę uwierzyć, że odeszła, M – szepcze i chowa twarz w moją szyję, tak jak to zawsze robiła. Tak jakby nie minęło tyle czasu. A ja czuję się, jakby ktoś zadawał mi w serce ciosy lodowym ostrzem.

– Ta mi przykro – mówię i obejmuję ją mocno. – Tak mi przykro, M.

– Przynajmniej święta muszę spędzić z nią – mówi, pociągając nosem. – Zaplanowała zrobić to w święta i zrobiła.

Kiwam głową i łamię się na chwilę, całując ją w głowę. Cholera, pachnie cały czas tak samo.

Jak to możliwe?

– Nie wiem, co powiedzieć – mruczę i głaszczę ją delikatnie po plecach. Wciąż jest taka szczupła. Taka mała. Jej biodra i biust nabrały bardziej kobiecych kształtów, ale dla mnie jest nadal taka, jak była.

Jakby urodziła się, by ze mną być.

Przestań, dupku.

Chyba orientuje się, co się dzieje, bo odsuwa się ode mnie, wycierając oczy, i uśmiecha się do Luke’a.

– Cześć, Luke.

– Miło cię widzieć, Meredith. – Luke całuje ją w policzek i nachyla się, szepcząc coś do jej ucha. Ona uśmiecha się delikatnie i kiwa głową, kiedy on się odsuwa.

Mężczyzna, którego nie rozpoznaję, pojawia się obok Mer i obejmuje ją ramieniem.

– Wszystko dobrze, pączusiu?

Pączusiu?

Zerkamy na siebie szybko z Lukiem, ale to spojrzenie zawiera całkiem długą wymianę zdań.

Pączusiu? Kto, kurwa, nazywa swoją dziewczynę pączusiem? Jak ona może to znosić?

I kim, do kurwy nędzy, jest ten dupek?

Meredith uśmiecha się do niego i pokazuje na nas.

– W porządku, Jax. To są Mark i Luke Williamsowie. Obaj są moimi starymi przyjaciółmi.

Jasne, starzy przyjaciele. Spędziłem większość roku w tobie, kochanie.

– To jest Jax – kontynuuje.

Razem z Lukiem kiwamy głowami i nagle rozbrzmiewa muzyka wskazująca, że zaczyna się ceremonia.

Znajdujemy miejsca gdzieś pośrodku obok rodziców, podczas gdy Mer i Jax idą na początek sali. Obserwuję ją, jak odchodzi, a mój wzrok wypala dziury w ramieniu, które nadal ją obejmuje.

Pozwala, żeby nazywał ją pączusiem?

– A więc ma kogoś – szepczę do Luke’a.

– To może być tylko przyjaciel.

Parskam i kręcę głową. Swoją drogą czego się spodziewałem? Jakiegoś pieprzonego ponownego zjednoczenia? Gdybym się tego spodziewał, pojawiłbym się przy jej boku już w pierwszej chwili, kiedy dowiedziałem się, że jest ponownie w Seattle.

Nic takiego się nie wydarzyło.

Ceremonia rozpoczyna się muzyką, a potem pastor mówi o Addie i jej zasługach dla wspólnoty, o jej rodzinie i modlitwach. Po kilku słowach zaprasza ochotników, by podzielili się swoimi wspomnieniami o Addie. Obok trumny znajdują się zdjęcia. Zdjęcia Meredith i Addie oraz rodziny z czsów, kiedy Meredith była bardzo mała.

Meredith wstaje i podchodzi do podium, zaciskając w swojej małej dłoni chusteczkę. Chciałbym być tam z nią, trzymać ją za rękę, kiedy przechodzi przez to wszystko.

– Witam wszystkich – zaczyna i oczyszcza gardło. – Bardzo wszystkim dziękuję za przyjście tutaj dzisiaj. Mama byłaby dumna i szczęśliwa, że tak o niej myślicie. Wszystkich was kochała.

Zaciskam dłonie na udach i wpatruję się w jej twarz.

Tak mi przykro, M.

– Wiecie wszyscy, że razem z mamą straciłyśmy tatę i Tiffany piętnaście lat temu – zaczyna, nawiązując do wypadku samochodowego, który zabrał jej ojca i siostrę, gdy miała trzynaście lat. – Wierzę, że mama jest teraz z nimi i wszyscy są szczęśliwi, że są razem.

Musi zrobić przerwę i wziąć głęboki wdech, a kiedy to robi, jej oczy odnajdują mnie w tłumie. Sprawia wrażenie, jakby wyprostowała ramiona i mówi dalej.

– Moja mama uczyła mnie zawsze, żebym walczyła. Powtarzała mi: „Nikt nie spełni twoich marzeń, kochanie”. I miała rację. Pokazała mi, co to znaczy być dobrą kobietą i walczyć o to, co uważasz za słuszne.

Kiwa powoli głową, wciąż na mnie patrząc.

– Będę za nią tęsknić. Każdego dnia. Ale jestem szczęśliwa, że już nie jest chora. Zawsze była silną, naprawdę silną kobietą i ten ostatni rok z chorobą strasznie ją wkurzał.

Wszyscy chichoczemy i kiwamy głowami, wiedząc, że ma rację.

– Więc, choć trudno mówić „żegnaj”, wiem, że teraz jest o wiele szczęśliwsza. Kocham cię, mamo.

Wraca na miejsce, a kilku innych przyjaciół opowiada swoje historie o Addie. Niektóre są zabawne, inne po prostu miłe.

W końcu wstaję i ja, zapinam marynarkę i podchodzę do podium. Kiedy spoglądam na Mer w pierwszym rzędzie, pieprzony Jax znowu ją obejmuje, delikatnie głaszcząc jej plecy.

Nigdy w życiu tak bardzo nie pragnąłem kogoś walnąć.

– Jestem Mark Williams – mówię i uśmiecham się szeroko, patrząc na trumnę Addie. – Nie mógłbym dzisiaj być tutaj i nie podzielić się historią o Addie.

Jezu, którą historię opowiedzieć?

– Znałem tę kobietę, od kiedy byłem młodym mężczyzną. Zwykle była z mojego powodu przerażona, gdyż spotykałem się z jej córką.

Wszyscy chichoczą razem ze mną, sprawiając, że się wyluzowuję.

– Ale szybko się nauczyłem, że Addie nie była pozbawioną rozumu kobietą, która nigdy nie spotkała obcego. Była wspaniała i lojalna. I choć przez lata nasze relacje uległy zmianie. – Spoglądam w dół, by zobaczyć świeże łzy spływające po policzkach Mer. Przerywam, oczyszczam gardło i kontynuuję. – Addie nigdy nie traktowała mnie inaczej. Odwiedzałem ją wiele razy przez te lata. Przycinałem trawę czy pomagałem przy domu. I za każdym razem, kiedy pojawiałem się pod jej domem, zachowywała się tak, jakby nie widziała mnie przez lata i zawsze miała dla mnie gorący uścisk i zimną szklankę lemoniady.

Przygryzam wargę i spoglądam gdzieś w dal, zatopiony we własnych myślach o tej wspaniałej kobiecie.

– Dzięki, Addie, za traktowanie mnie jak członka rodziny. Byłaś cudowną kobietą.

Uśmiecham się i wracam na miejsce. Parę innych osób opowiada jeszcze swoje historie, a po chwili rozbrzmiewa pieśń, gdy pastor daje swoje błogosławieństwo.

– Chcecie z nami iść na stypę? – pyta mama i bierze moją dłoń w swoją.

– Raczej nie – odpowiadam. Nie mogę znieść myśli o przyglądaniu się Meredith z tym facetem przez kilka następnych godzin.

Nie ma mowy.

– Muszę wrócić do Nat i dzieciaków – mówi Luke i całuje mamę w policzek.

– To, co powiedziałeś, było naprawdę miłe, synu – mówi tata i klepie mnie po ramieniu. – Addie by się spodobało.

– Dzięki, tato.

Rozglądam się wkoło ostatni raz i zauważam Mer wycierającą oczy i obejmującą się z jednym z dawnych sąsiadów.

– Chodźmy – mruczę do Luke’a.

– Nie chcesz się pożegnać?

Kręcę głową i rzucam okiem na najpiękniejszą kobietę w tym pomieszczeniu.

– Już to zrobiłem.

Żegnamy się z rodzicami i kierujemy do wyjścia, do naszego jeepa.

– Cóż, poszło lepiej, niż sądziłem – komentuje Luke, wzdychając.

– To był pogrzeb. Czego się spodziewałeś?

– Nie bądź dupkiem. Mer wygląda świetnie. I przytuliła cię. To mnie zaskoczyło.

– Jest w żałobie. – Wzruszam ramionami, jakby nie było to nic wielkiego, ale żołądek nadal mam ściśnięty. – Jestem kimś dobrze znanym. Gdybym spotkał ją na ulicy dwa miesiące temu, nie tak by to wyglądało.

– Skoro tak mówisz.

– Co ty próbujesz zrobić? Związać mnie z nią? Ona ma faceta. Pączusia faceta.

– Kto, kurde, nazywa swoją dziewczynę pączusiem? – pyta Luke ze śmiechem.

– Myślę o tym samym. I jak, do cholery, ona to znosi?

– Pachnie nieco tandetą – zgadza się Luke. – Wszystko w porządku?

– Tak, dam radę.

– Wejdź do środka – mówi Luke, kiedy parkujemy przed domem. – Wygląda na to, że w domu są Nate i Jules.

– Nie widziałem ich dziecka od urodzenia. – Wysiadamy z samochodu, a kiedy wchodzimy do domu, słyszymy śmiech Nate’a i Jules. Nate leży na podłodze na brzuchu, a Livie wspina się po nim.

– Kupiliśmy jej zestaw do wspinaczki, a jedyne, po czym ona chce się wspinać, to Nate – mruczy Luke zdegustowany.

– Ja też lubię wspinać się na Nate’a – odpowiada Jules i unosi brwi. – Hej, przystojniaku. – Wstaje i wyciąga do mnie ramiona. – Przykro mi z powodu twojej straty.

– Dziękuję, piękna. – Przytulam ją mocno i całuję w czoło, a gdy się odsuwa, widzę cudowną dziewczynkę w ramionach Nate’a. – Moja kolej.

– Kto by pomyślał, że będziesz takim psem na dzieci – mówi Nate i podnosi się z podłogi.

– Jestem psem na baby – odpowiadam i uśmiecham się do nowo narodzonej Stelli Montgomery McKenny. – Witaj, cudowna dziewczyno.

– Jest coś podniecającego w patrzeniu na ciebie z dziećmi – mówi czule Nat.

– Cieszę się, że to akceptujesz. Dobrze wiedzieć, że kobieta, którą zamierzam ukraść swojemu bratu, myśli, że jestem podniecający.

– Zapomnij o tym – odpowiada Luke, podając Nat śpiącego Keatona, następnie obejmując ją i sadzając sobie na kolanach. – Znajdź swoją dziewczynę.

– Znalazłem już – odpowiadam i uśmiecham się do Stelli, która patrzy na mnie swoimi wielkimi, spokojnymi błękitnymi oczami. – Boże, Jules, ona jest cudowna.

– Wiem – wzdycha i opiera się na ramieniu Nat, obserwując nas. Livie przepycha się pomiędzy kolanami Nate’a, błagając, by wziąć ją na ręce. Nat trzyma Keatona.

– Dom wygląda jak żłobek.

Natalie śmieje się i całuje blond głowę swojego syna. Podczas gdy Livie urodziła się z ciemnymi włosami, jej młodszy brat ma jasne włosy, jak Luke.

– Brynna niedługo rodzi? – Nate pyta Jules o swoją szwagierkę.

– Tak, jeszcze tylko kilka tygodni.

– Wszyscy jesteście bandą maszyn do robienia dzieci. Ale dziękuję za zdjęcie ze mnie ciśnienia u mamy i taty – mrugam do Luke’a, który śmieje się i delikatnie gładzi palcami głowę Keatona.

– Nie ma za co. Do usług.

Różowe usta Stelli wykrzywiają się i nagle wydaje z siebie przeciągłe zawodzenie.

– Okej, to dla mnie sygnał do wyjścia. – Delikatnie podaję płaczące dziecko matce i unoszę w poddaniu ręce. – Nie lubię, kiedy kobiety płaczą.

– Mięczak – żartuje Luke.

– Nazywaj mnie, jak chcesz. Nie lubię doprowadzać kobiet do płaczu. – Całuję każdą z kobiet w policzek i kieruję się do drzwi – Miłego popołudnia.

– Pa. – Wszyscy machają, a ja wracam do mojego jeepa i kieruję się do domu, który niedawno kupiłem w północnym Seattle. Jest do remontu, ale kupiłem go okazyjnie, a sam pracuję w budownictwie. Doszedłem do wniosku, że mogę go naprawić tanim kosztem, a potem sprzedać z niezłym zyskiem.

Strategia win-win.

Zastanawiam się, co Mer zamierza zrobić z domem mamy. Zatrzyma go? Będzie w nim mieszkać? Z Jaxem?

Dlaczego myśl o tym mnie boli?

Bo wciąż myślę o niej jak o mojej. Po takim czasie, kiedy myślę o Meredith, jest moją Meredith. Irracjonalne? Tak.

Głupie? Z pewnością.

Ale mało mnie to obchodzi.

Biorę głęboki wdech, przeciągam dłonią po twarzy i nagle czuję się… ciężki. Tak jakby właśnie wszystko się zakończyło. Definitywnie. Może przez cały ten czas miałem nadzieję, że pójdzie po rozum do głowy i wróci do mnie. Kurwa, nie wiem, co myślałem. Ale widząc ją dzisiaj, przytulając ją tak mocno, słysząc, jak szepcze mi do ucha: M, a potem widząc tego faceta obejmującego ją, wreszcie to zrozumiałem.

Ona nie jest moja. Nie jest moja już od bardzo, bardzo dawna.

Czas pójść wreszcie do przodu.